Author: newuser

  • Lewandowski na ustach Rosjan. Wydali wyrok. Pada słowo “podejrzane”

    Lewandowski na ustach Rosjan. Wydali wyrok. Pada słowo “podejrzane”

    Książka „Lewandowski. Prawdziwy” autorstwa Sebastiana Staszewskiego, która ukazała się w listopadzie 2025 roku, odsłoniła kulisy kariery Roberta Lewandowskiego, o których wcześniej mówiło się jedynie półgłosem. Jedna z historii zawartych w publikacji szczególnie mocno odbiła się echem także poza Polską. Chodzi o wątek, według którego napastnik miał zostać poproszony o… ograniczenie zdobywania bramek. Sam Lewandowski nigdy nie potwierdził tego wprost, ale jego wypowiedzi sugerowały, że temat nie był wyssany z palca. Teraz sprawa dotarła również do rosyjskich mediów.

    Lewandowski w trakcie swojej kariery reprezentował największe marki światowego futbolu, jednak dziś to FC Barcelona jest klubem, z którym jest najmocniej kojarzony. Polak trafił do Katalonii latem 2022 roku, a „Blaugrana” zapłaciła Bayernowi Monachium około 50 milionów euro, uwzględniając bonusy zapisane w umowie.

    Od momentu transferu kapitan reprezentacji Polski zaczął budować własną historię w barwach Barcelony. W ciągu niespełna czterech lat przeżył w Hiszpanii zarówno wielkie triumfy, jak i trudniejsze momenty. Wspomniana książka Staszewskiego szczegółowo opisuje wiele z nich, rzucając nowe światło na kulisy funkcjonowania klubu.

    Kontrowersyjny wątek obiega świat. Rosjanie cytują książkę

    Największe poruszenie wywołała historia związana z zapisami kontraktowymi pomiędzy Barceloną a Bayernem. Według książki, po przekroczeniu przez Lewandowskiego określonej liczby goli kataloński klub musiałby wypłacić niemieckiemu gigantowi dodatkowy bonus w wysokości 2,5 miliona euro. Właśnie dlatego – jak sugeruje autor – w pewnym momencie miały pojawić się naciski, by Polak nie śrubował już swoich statystyk.

    Wątek ten Lewandowski częściowo potwierdził w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim, choć unikał jednoznacznych deklaracji. Temat szybko podchwyciły zagraniczne media, a niedawno dotarł także do Rosji. Portal sports.ru postanowił przyjrzeć się sprawie bliżej.

    „Według książki Barcelona mogła w ten sposób zaoszczędzić pieniądze. Gdyby Lewandowski zdobył 25 bramek, klub musiałby zapłacić Bayernowi dodatkowe 2,5 miliona euro. Ta informacja wywołała falę żartów na temat nowej roli Joana Laporty. Obejrzeliśmy jednak mecze, by sprawdzić, czy rzeczywiście było w tym coś podejrzanego” – napisali rosyjscy dziennikarze.

    Analiza ostatnich spotkań nie potwierdziła sensacyjnych teorii. Wręcz przeciwnie – w meczu z Mallorcą Lewandowski zaprezentował się bardzo dobrze i był jednym z najbardziej aktywnych zawodników na boisku. Co prawda rywale od 14. minuty grali w osłabieniu, ale – jak podkreślają Rosjanie – nie zmienia to faktu, że Polak był niezwykle zaangażowany.

    „Liczba strzałów, kontaktów z piłką w polu karnym oraz akcji poprzedzających uderzenie należały do najwyższych w całym sezonie. W statystykach takich jak kluczowe podania, xA czy dryblingi w polu karnym nie widać żadnego spadku jakości czy zaangażowania. To nie wygląda na brak motywacji” – czytamy w dalszej części analizy.

    Dziennikarze zwracają również uwagę, że w meczach nie było sytuacji, w których Lewandowski celowo pudłował z dogodnych pozycji lub konsekwentnie rezygnował ze strzałów na rzecz podań.

    „Nie zauważyliśmy epizodów, które mogłyby sugerować, że Robert grał w sposób nienaturalny. Wszystko wskazuje na to, że dawał z siebie maksimum” – podsumowano.

    Wnioski są więc jednoznaczne: mimo kontrowersyjnych doniesień zawartych w książce, trudno znaleźć na boisku dowody na to, że Lewandowski świadomie ograniczał swoje gole tylko po to, by Barcelona uniknęła wypłaty bonusu.

  • Nawrocki jednym podpisem może wkurzyć tysiące Polaków. Kradną na potęgę

    Nawrocki jednym podpisem może wkurzyć tysiące Polaków. Kradną na potęgę

    Pirackie transmisje sportowe pod lupą. Polska może dogonić Europę, ale kluczowy ruch należy do prezydenta

    Coraz więcej kibiców decyduje się oglądać sport poza legalnym obiegiem, omijając abonamenty i opłaty za dostęp do transmisji. Skala zjawiska w Polsce rośnie lawinowo – sygnał największych nadawców bywa kradziony nawet kilkadziesiąt razy dziennie. Choć nasz kraj od lat pozostaje w tyle za innymi państwami Europy w walce z piractwem, w najbliższym czasie może dojść do przełomu. Wszystko zależy od decyzji prezydenta Karola Nawrockiego.

    Od kradzieży w sklepach do kradzieży sygnału

    Pierwsze sześć miesięcy 2025 roku przyniosło w Polsce odwrócenie trendu, jeśli chodzi o drobne przestępstwa. Po okresie spadków statystyki znów poszły w górę – towar coraz częściej znika z półek sklepowych. Oficjalne dane i tak nie oddają pełnej skali zjawiska, bo wielu sprawców pozostaje bezkarnych.

    Podobna sytuacja ma miejsce w świecie cyfrowym. Tyle że zamiast fizycznego produktu „kradziony” jest sygnał telewizyjny. W praktyce oznacza to nielegalne udostępnianie transmisji osobom, które albo nie zapłaciły w ogóle, albo uiściły symboliczną opłatę – tyle że piratom, a nie legalnym nadawcom.

    Widz też może zapłacić karę – Polska wyjątkiem

    W przypadku transmisji sportowych odpowiedzialność rozkłada się na dwie strony: tych, którzy nielegalnie udostępniają sygnał, oraz tych, którzy z takich źródeł korzystają. W Polsce karana jest w zasadzie wyłącznie pierwsza grupa. Inaczej wygląda to we Włoszech, gdzie państwo poszło o krok dalej.

    Tamtejsze służby, po namierzeniu organizatorów pirackich platform (którym grożą wysokie grzywny lub więzienie), sprawdzają również osoby płacące za dostęp do nielegalnych streamów. Efekt? Mandaty w wysokości od 150 do 1000 euro, czyli nawet ponad 4 tys. zł. Tylko w 2025 roku takie kary dotknęły już blisko 2,5 tys. widzów.

    To jednak dopiero początek. Właściciele praw sportowych – m.in. DAZN, Sky Italia i sama Serie A – uzyskali dostęp do danych użytkowników pirackich serwisów i zapowiadają pozwy cywilne. DAZN już teraz wysyła wezwania do zapłaty ryczałtowego odszkodowania w wysokości 500 euro. Brak reakcji oznacza sprawę w sądzie.

    A skala jest ogromna. Niedawno we Włoszech zlikwidowano piracką platformę mającą aż 900 tys. użytkowników. Według badań IPSOS sprzed kilku lat nawet jedna czwarta dorosłych Włochów przyznawała się do korzystania z nielegalnych transmisji. Aktualne szacunki mówią nawet o pięciu milionach takich widzów.

    Wielka Brytania też ma problem

    Piractwo sportowe nie omija również Wielkiej Brytanii. Według sondażu YouGov przeprowadzonego dla „The Athletic”, w ostatnim półroczu nielegalne relacje sportowe oglądało tam około pięciu milionów osób – o 200 tys. więcej niż w 2023 roku. Co znamienne, niemal 10 proc. ankietowanych nie potrafiło lub nie chciało odpowiedzieć na pytanie, czy korzysta z pirackich streamów.

    Najczęściej nielegalnie oglądaną dyscypliną pozostaje piłka nożna (78 proc. wskazań), przed boksem (31 proc.). Kibice trafiają na pirackie transmisje głównie przez specjalne strony internetowe, ale popularne są też tzw. firesticki oraz media społecznościowe. W samym poprzednim sezonie Premier League zablokowała globalnie aż 660 tys. nielegalnych przekazów.

    Polska: ponad 20 kradzieży sygnału dziennie

    Z raportu Grant Thornton i Live Content Coalition wynika, że liczba zgłoszeń dotyczących nielegalnych transmisji sportowych w Polsce wzrosła o 142 proc. rok do roku (2024–2025). Problem dostrzegają także sami nadawcy.

    – Transmisje sportowe są szczególnie trudne do ochrony. Jeśli nie zablokujemy nielegalnego przekazu w ciągu maksymalnie 30 minut, straty są ogromne – tłumaczy Piotr Wójtów, ekspert ds. ochrony antypirackiej w Canal+.

    Dane Cyfrowego Polsatu pokazują skalę zjawiska: czterech największych nadawców w Polsce odnotowuje łącznie ponad 8 tys. przypadków nielegalnych transmisji rocznie. To oznacza, że sygnał jest kradziony średnio ponad 22 razy dziennie.

    Najczęściej piracone treści? W Canal+ są to Ekstraklasa, Premier League, Liga Mistrzów, La Liga i żużel. W Polsacie – oprócz piłki nożnej – również siatkówka, tenis i Formuła 1.

    Odcinanie piratów od pieniędzy

    Nadawcy nie ograniczają się do zgłaszania naruszeń. Współpracują w ramach Stowarzyszenia Sygnał, realizując strategię „follow the money”, czyli odcinania pirackich serwisów od reklamodawców i pośredników finansowych.

    – Technologia to pierwszy bastion obrony, organy ścigania – ostatni – podkreśla Wójtów. – Monitorujemy sieć, zbieramy materiał dowodowy, prowadzimy biały wywiad (OSINT), a następnie przekazujemy komplet informacji prokuraturze.

    Takie działania przynoszą efekty. W październiku 2025 roku mazowiecka policja zlikwidowała nielegalny punkt tzw. sharingu sygnału telewizyjnego. Straty oszacowano na 1,5 mln zł, a sprawcy grozi do trzech lat więzienia.

    Problem pojawia się jednak wtedy, gdy piraci korzystają z infrastruktury poza UE. W takich przypadkach skutecznym rozwiązaniem byłby tzw. siteblocking – blokowanie stron przez dostawców internetu w Polsce.

    Nowe prawo coraz bliżej

    Dotąd Polska wyraźnie odstawała od krajów takich jak Włochy, Hiszpania, Francja czy Grecja, gdzie szybkie blokowanie pirackich stron jest standardem. Teraz może się to zmienić.

    W grudniu 2025 roku Sejm uchwalił nowelizację ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną. Przewiduje ona możliwość wydawania nakazów blokujących dostęp do treści naruszających prawo autorskie oraz utworzenie rejestru domen – podobnego do tego, który funkcjonuje przy blokowaniu nielegalnych bukmacherów.

    – To nie jest cenzura ani ograniczanie wolności słowa. Nakazy dotyczyć będą wyłącznie czynów już uznanych za przestępstwa – podkreśla Ewa Wzięch z działu prawnego Canal+.

    Choć nowe przepisy nie gwarantują jeszcze blokady pirackiej transmisji w 30 minut, dla nadawców to i tak przełomowy krok.

    Teraz wszystko w rękach prezydenta. Jeśli Karol Nawrocki podpisze ustawę, rok 2026 może być momentem, w którym Polska realnie dołączy do europejskiej walki z piractwem sportowym.

  • Szeremeta i jej trener oficjalnie razem ogłaszają. Niespodzianka i jedna prośba do fanów

    Szeremeta i jej trener oficjalnie razem ogłaszają. Niespodzianka i jedna prośba do fanów

    Końcówka roku przyniosła sympatykom Julii Szeremety dość nieoczekiwane wyznanie. Utalentowana pięściarka razem ze swoim trenerem Tomaszem Dylakiem pojawiła się w studiu telewizyjnym i wspólnie ogłosili coś, co wyraźnie zaintrygowało kibiców. Okazało się bowiem, że między zawodniczką a szkoleniowcem doszło do zawarcia nietypowego zakładu. Jego stawką jest miejsce Szeremety w nowej edycji plebiscytu na Najlepszego Sportowca Roku, którego rozstrzygnięcie poznamy podczas Gali Mistrzów Sportu. Przy tej okazji pięściarka zwróciła się do fanów z jedną, bardzo konkretną prośbą.

    Po intensywnym okresie obejmującym start w młodzieżowych mistrzostwach Europy w boksie, krótki urlop w Egipcie oraz świąteczną przerwę, życie Julii Szeremety stopniowo wraca na sportowe tory. Zawodniczka ma już jasno określone plany na nadchodzący rok. Jak niedawno zdradziła na antenie „Dzień dobry TVN”, jej głównym celem będą seniorskie mistrzostwa Europy zaplanowane na wrzesień.

    Na tym jednak lista wyzwań się nie kończy. W 2025 roku Szeremeta zamierza wystartować także w zawodach Pucharu Świata – w kwietniu w Brazylii, w czerwcu w Chinach oraz w listopadzie w Uzbekistanie. Zanim jednak rozpocznie się intensywna rywalizacja sportowa, przed pięściarką jeszcze jedno ważne wydarzenie. Już 10 stycznia pojawi się na Gali Mistrzów Sportu, co wiąże się z emocjami wokół prestiżowego plebiscytu. To właśnie w tym kontekście narodził się nietypowy zakład.

    Zakład o miejsce w plebiscycie

    Miniony rok był dla Julii Szeremety wyjątkowo udany. Srebrny medal wywalczony podczas igrzysk olimpijskich w Paryżu sprawił, że jej nazwisko na stałe zapisało się w świadomości sportowych kibiców. W poprzedniej edycji plebiscytu organizowanego przez „Przegląd Sportowy” i Polsat zajęła wysokie, siódme miejsce. Teraz liczy na to, że ponownie znajdzie się w czołowej dziesiątce – i wcale tego nie ukrywa.

    Wątek ten pojawił się podczas jej wizyty w studiu TVP Sport, gdzie towarzyszył jej trener Tomasz Dylak. To właśnie on zdradził kulisy ich prywatnej rywalizacji. Okazało się, że szkoleniowiec i zawodniczka postanowili założyć się o wynik plebiscytu, a stawką są pieniądze.

    – Co do Julki, to nawet się założyliśmy o tysiąc złotych. Ja powiedziałem, że Julka nie będzie w dziesiątce, a Julka stwierdziła, że jednak będzie – przyznał Dylak na antenie.

    Szeremeta szybko potwierdziła te słowa i z uśmiechem dodała, że zakład jest aktualny. Jednocześnie jasno dała do zrozumienia, że wiele zależy od kibiców. – Zakładzik poszedł. Zobaczymy. Liczę na was, kochani – powiedziała, zwracając się bezpośrednio do fanów, których głosy mogą przesądzić o końcowym wyniku.

    Przygotowania nie tylko sportowe

    Julia Szeremeta do samej gali podchodzi bardzo poważnie – i to nie tylko od strony emocjonalnej. Pięściarka już od dłuższego czasu ma wybraną kreację, w której pojawi się na balu mistrzów sportu. Jak zdradziła pół żartem, pół serio w „Dzień dobry TVN”, w czasie świąt Bożego Narodzenia musiała pilnować diety, aby w styczniu bez problemu zmieścić się w suknię.

    – Mogłam sobie troszkę pojeść, ale uważałam z jedzeniem, bo muszę zmieścić się w suknię na bal. A 30 grudnia mam jeszcze przymiarki – podsumowała z uśmiechem.

    Teraz pozostaje już tylko czekać na werdykt kibiców i ostateczne wyniki plebiscytu. Jedno jest pewne – emocji nie zabraknie, a zakład między Szeremetą a jej trenerem dodatkowo podgrzewa atmosferę przed Galą Mistrzów Sportu.

    https://www.instagram.com/reel/DSzbvLiDctf/?igsh=OHQ5ZnJvc2ppbHJk

  • Ależ wyróżnienie dla Wiktorowskiego. Wpis legendy niesie się po sieci

    Ależ wyróżnienie dla Wiktorowskiego. Wpis legendy niesie się po sieci

    Rick Macci, jeden z najbardziej rozpoznawalnych trenerów w historii światowego tenisa, nie kryje zachwytu nad Naomi Osaką. Amerykanin zapowiada, że w nadchodzącym sezonie wiele rywalek Japonki będzie miało powody do niepokoju. W obszernym wpisie w mediach społecznościowych legendarny szkoleniowiec wskazał nie tylko największe atuty czterokrotnej mistrzyni wielkoszlemowej, ale zwrócił też uwagę na ogromny wpływ, jaki na jej grę ma obecny trener – Tomasz Wiktorowski.

    Od blisko pół roku to właśnie polski szkoleniowiec odpowiada za rozwój Osaki. Współpraca początkowo miała charakter próbny, jednak bardzo szybko przyniosła wymierne efekty. Na początku sierpnia Japonka dotarła do finału prestiżowego turnieju w Montrealu, a kilka tygodni później potwierdziła rosnącą formę podczas US Open, gdzie jej marsz zatrzymał się dopiero na etapie półfinału. Choć końcówka sezonu nie była już aż tak spektakularna, Osaka ponownie zaczęła być postrzegana jako pełnoprawna członkini światowej czołówki.

    Macci zachwycony Osaką. W tle nazwisko Wiktorowskiego

    Przed kolejnym sezonem 28-letnia tenisistka zapowiada się jako jedna z najciekawszych postaci kobiecego touru. Wielu ekspertów uważa, że może znów realnie włączyć się do walki o największe trofea. Jednym z nich jest Rick Macci – były trener m.in. Andy’ego Roddicka, Marii Szarapowej oraz sióstr Williams. We wtorek Amerykanin opublikował na platformie X wpis poświęcony właśnie Osace.

    – Osaka ma w swoim tenisowym menu trzy potężne bronie: forehand, backhand i serwis. Wielokrotnie wygrywała turnieje wielkoszlemowe, więc siła mentalna również w niej drzemie. Teraz gra z zupełnie inną koncepcją poruszania się po korcie, a wraz ze zmianą trenera odkryła zasięg uderzeń, którego w przyszłym roku wiele przeciwniczek będzie się obawiać – napisał Macci.

    Wspomniana „zmiana trenera” to oczywiście nawiązanie do współpracy z Tomaszem Wiktorowskim, który wcześniej prowadził Agnieszkę Radwańską oraz Igę Świątek. Dla Polaka takie słowa uznania ze strony jednego z najbardziej utytułowanych szkoleniowców na świecie są ogromnym wyróżnieniem.

    „Po prostu niesamowite” – Wiktorowski robi wrażenie

    Macci, siedmiokrotny trener roku i członek galerii sław amerykańskiego stowarzyszenia tenisowego USPTA, jasno dał do zrozumienia, że zmiany w grze Osaki są efektem pracy nowego sztabu. Co ważne, podobne opinie od dłuższego czasu wyraża sama zawodniczka.

    – W bardzo krótkim czasie wprowadził do mojej gry wiele zmian. Były one proste, a jednocześnie po prostu niesamowite – mówiła Osaka podczas US Open. Podkreślała przy tym ogromną wiedzę, doświadczenie i profesjonalizm polskiego trenera.

    Wszystko wskazuje na to, że jeśli zdrowie dopisze, a proces przebudowy gry będzie kontynuowany, Naomi Osaka może w nadchodzącym sezonie ponownie stać się jedną z głównych bohaterek kobiecego tenisa – ku uznaniu ekspertów i z coraz wyraźniejszym polskim akcentem na ławce trenerskiej.

  • Podawała piłki Nadalowi, on nie mógł się powstrzymać. Oto co teraz robi

    Podawała piłki Nadalowi, on nie mógł się powstrzymać. Oto co teraz robi

    11 lat temu nagranie z turnieju ATP w Rio obiegło świat. Dziś jej życie wygląda zupełnie inaczej

    Jedenaście lat temu internet oszalał na punkcie krótkiego filmiku z turnieju ATP w Rio de Janeiro. Na kilkudziesięciu sekundach nagrania widać było Rafaela Nadala, który – siedząc na ławce – co chwilę zerkał w stronę dziewczyny podającej piłki. Hiszpan próbował robić to dyskretnie, ale uwadze internautów nic nie umknęło. Wideo błyskawicznie stało się viralem, a młoda Brazylijka z dnia na dzień zyskała ogromną popularność.

    Bohaterką nagrania była 26-letnia wówczas Fernanda Maia Carelli, pracująca jako ball girl podczas zawodów ATP w Rio. Jednym z uczestników turnieju był Rafael Nadal, który wyraźnie nie potrafił oderwać wzroku od stojącej tuż obok jego ławki kobiety. Gdy pił wodę lub wycierał pot, ukradkiem spoglądał w jej stronę. Carelli również nie pozostawała obojętna i odwzajemniała spojrzenia.

    Internauci szybko podchwycili temat, a komentarze tylko podkręcały atmosferę. „Wyraźnie widać, że Rafa jest tu pod ogromną presją. Bardzo trudno grać w tenisa, gdy na korcie są tak atrakcyjne dziewczyny od podawania piłek. Ta dziewczyna to prawdziwy skarb” – pisano na portalu Wikigrewal.com.

    Od viralowego filmiku do kariery w mediach

    Nagrania z Nadalem i Carelli błyskawicznie rozeszły się po sieci, a uroda Brazylijki otworzyła jej drzwi do świata mediów. Fernanda umiejętnie wykorzystała swoje „pięć minut”, otrzymując propozycje pracy w brazylijskich stacjach telewizyjnych i radiowych. Pojawiała się w programach sportowych, głównie o tematyce piłkarskiej, budując swoją pozycję jako prezenterka i komentatorka.

    Jak sama informuje, obecnie jest związana ze stacją SBT Sports Rio, wcześniej współpracowała m.in. z Globo TV oraz lokalnymi rozgłośniami radiowymi. Równolegle rozwijała swoją obecność w mediach społecznościowych – dziś jej konto na Instagramie śledzi ponad 600 tysięcy obserwatorów.

    Carelli pracuje nie tylko jako prezenterka i komentatorka sportowa, ale również jako spikerka na Estádio Olímpico Nilton Santos – stadionie, na którym swoje mecze rozgrywa Botafogo, ukochany klub Brazylijki. Współpracuje także z firmą bukmacherską, co dodatkowo umacnia jej pozycję w świecie sportowych mediów.

    Życie prywatne dziś

    Dziś Fernanda Maia Carelli ma 37 lat. Jest żoną Juniora Carelliego, trenera personalnego. Para wychowuje dwójkę dzieci: córkę Robertę Maię, urodzoną w 2018 roku, oraz syna Rafaela, który przyszedł na świat w 2021 roku. Rodzina jest dla niej najważniejsza – w mediach społecznościowych chętnie dzieli się zdjęciami z życia prywatnego, pokazując codzienne chwile spędzane z najbliższymi.

    Krótki moment uchwycony na korcie w Rio okazał się punktem zwrotnym w jej życiu. Z anonimowej dziewczyny podającej piłki Carelli stała się rozpoznawalną twarzą brazylijskich mediów sportowych – i do dziś udowadnia, że potrafiła przekuć internetową sensację w trwałą, profesjonalną karierę.

  • Mamy to! Ratajski w ćwierćfinale MŚ! Rywal najlepszy na świecie

    Mamy to! Ratajski w ćwierćfinale MŚ! Rywal najlepszy na świecie

    Krzysztof Ratajski w ćwierćfinale mistrzostw świata! Wielki sukces Polaka i hitowe starcie z numerem jeden

    Krzysztof Ratajski zameldował się w ćwierćfinale mistrzostw świata w darcie, odnosząc jedno z najważniejszych zwycięstw w swojej dotychczasowej karierze. Polski Orzeł po emocjonującym i momentami bardzo wyrównanym pojedynku pokonał Luke’a Woodhouse’a 4:2. Choć przez długi czas żaden z zawodników nie potrafił wypracować wyraźnej przewagi, końcówka należała do Ratajskiego, który zachował spokój i wykorzystał swoje doświadczenie. W nagrodę awansował do czołowej „32” światowego rankingu, zagwarantował sobie najwyższą wypłatę w karierze i już wie, że nowy rok rozpocznie starciem z najlepszym darterem globu – Lukiem Littlerem.

    Wtorkowy mecz z Woodhouse’em miał dla Ratajskiego ogromne znaczenie. Stawką był nie tylko drugi w karierze awans do ćwierćfinału mistrzostw świata, ale także powrót do ścisłej elity rankingu PDC oraz realna szansa na zmierzenie się z aktualnym mistrzem i liderem światowego zestawienia. Choć Anglik był rozstawiony z numerem 25 i nie uchodził za zdecydowanego faworyta, eksperci zapowiadali, że spotkanie może przynieść mnóstwo emocji – i nie pomylili się ani trochę.

    Dla obu zawodników był to dopiero drugi raz, gdy dotarli do tego etapu turnieju. Woodhouse przed rokiem zakończył rywalizację na 1/16 finału, przegrywając wyraźnie 0:4 ze Stephenem Buntingiem. Ratajski po raz pierwszy znalazł się w tej fazie pięć lat temu, gdy po dramatycznym boju wyeliminował Gabriela Clemensa. Wówczas jego przygoda zakończyła się właśnie na ćwierćfinale, w którym lepszy okazał się ponownie Bunting.

    Drogi obu graczy do tego meczu znacząco się różniły. Woodhouse stosunkowo gładko przechodził kolejne rundy, pokonując Borisa Krcmara, Maxa Hoppa oraz swojego rodaka Andrew Gildinga. Ratajski miał znacznie trudniejsze zadanie – mierzył się z Alexisem Toylo, Ryanem Joycem, a przede wszystkim z bardzo groźnym Wesleyem Plaisierem. Mimo wysokiego poziomu rywali, Polak za każdym razem potrafił znaleźć sposób na zwycięstwo.

    Falstart i odpowiedź rywala

    Początek spotkania należał do Ratajskiego. Pierwszy set wygrał 3:1, imponując świetnymi kolejkami i średnią przekraczającą 106 punktów. Pomogły także problemy Woodhouse’a, który wykorzystał zaledwie jedną z siedmiu prób na podwójnych. Druga partia przyniosła jednak zupełnie inny obraz gry. Anglik wyraźnie się rozkręcił – dwukrotnie rzucił 180, popisał się wysokim finiszem i skutecznie wykorzystał momenty słabości Polaka na doublach. Po dwóch setach na tablicy wyników widniał remis 1:1.

    Trzeci set mógł okazać się przełomowy. Woodhouse był o krok od dziewięciolotkowego zamknięcia lega, co dałoby mu nie tylko ogromny prestiż, ale i premię w wysokości 60 tysięcy funtów. Trafił potrójne dwudziestki i dziewiętnastki, jednak zawiódł na podwójnej dwunastce. Ten niewykorzystany moment zemścił się błyskawicznie – Ratajski przejął inicjatywę, wykorzystał błędy rywala i wyszedł na prowadzenie 2:1 w setach.

    Gra nerwów i detali

    Przez długi czas obaj zawodnicy grali bardzo nierówno. Gdy jeden prezentował wysoki poziom, drugi notował wyraźny spadek skuteczności. Czwarty set padł łupem Woodhouse’a, który doprowadził do remisu 2:2. Co ciekawe, wszystkie sety kończyły się identycznym wynikiem 3:1 – dwa dla Ratajskiego i dwa dla Anglika.

    Piąta partia była już prawdziwą bitwą o każdy punkt. Poziom gry znacznie wzrósł, a o zwycięstwie decydowały niuanse. Przy stanie 1:1 pech okrutnie doświadczył Woodhouse’a – aż dwukrotnie lotki wypadły mu z tarczy. Ratajski bezlitośnie to wykorzystał, przełamał rywala, a następnie utrzymał własny rzut, obejmując prowadzenie 3:2 w setach.

    W szóstym secie Polak wiedział, że jest o krok od historycznego sukcesu. Skupił się na tym, co najważniejsze – utrzymaniu własnych legów. Presja rosła, ale to Ratajski lepiej ją wytrzymał. W decydującym momencie ustawił sobie dogodny finisz i drugą lotką meczową przypieczętował zwycięstwo.

    Największa wypłata i starcie z gigantem

    Awans do ćwierćfinału oznacza dla Krzysztofa Ratajskiego największą finansową nagrodę w karierze – już teraz zapewnił sobie 100 tysięcy funtów. Dzięki temu zanotuje również potężny skok w rankingu PDC. Przed startem turnieju zajmował 37. miejsce, a w rankingu „na żywo” jest już 28.

    W walce o półfinał Polak zmierzy się z absolutnym dominatorem światowego darta – Lukiem Littlerem. 18-letni Anglik, lider rankingu i główny faworyt do końcowego triumfu, w poprzedniej rundzie pokonał Roba Crossa. Ich pojedynek zaplanowano na 1 stycznia, choć dokładna godzina nie została jeszcze potwierdzona. Stawka będzie ogromna – zwycięzca zgarnie kolejne 100 tysięcy funtów i awans do półfinału mistrzostw świata.

    Dla Ratajskiego to nie tylko sportowy sukces, ale także symbol powrotu do światowej elity. Teraz przed nim najtrudniejsze możliwe wyzwanie – i szansa, by zapisać się w historii polskiego darta złotymi zgłoskami.

  • Niesamowite zestawienie po Oberstdorfie. Kamil Stoch na pierwszym miejscu

    Niesamowite zestawienie po Oberstdorfie. Kamil Stoch na pierwszym miejscu

    Pierwszy konkurs Turnieju Czterech Skoczni przeszedł już do historii. Po dyskwalifikacji Timiego Zajca najwyżej sklasyfikowanym z Polaków został Kacper Tomasiak, który ostatecznie zajął 14. miejsce. Kamil Stoch uplasował się nieco niżej, bo na 17. pozycji, ale mimo to po zakończeniu zawodów nie krył zadowolenia. I trudno się dziwić – tuż po konkursie pojawiło się bowiem intrygujące zestawienie, w którym trzykrotny mistrz olimpijski znalazł się na samym szczycie. Chodzi o tzw. ranking szczęścia, uwzględniający warunki wietrzne.

    Turniej Czterech Skoczni tradycyjnie budzi ogromne emocje i jest jednym z najbardziej wyjątkowych momentów całego sezonu Pucharu Świata. Charakterystyczna atmosfera, pełne trybuny i sportowa presja sprawiają, że rywalizacja w Niemczech i Austrii ma zupełnie inny wymiar niż pozostałe konkursy.

    W Oberstdorfie triumfował Domen Prevc, który zaprezentował bardzo równą i pewną formę. Drugie miejsce zajął obrońca Złotego Orła Daniel Tschofenig, a trzeci był najlepszy z Niemców – Felix Hoffmann. Początkowo na podium znalazł się także Timi Zajc, sklasyfikowany ex aequo z Tschofenigiem, jednak po decyzji sędziów Słoweniec został zdyskwalifikowany.

    Z biało-czerwonych najlepiej zaprezentował się Kacper Tomasiak, kończąc zawody na 14. pozycji. Kamil Stoch był 17., lecz w jego przypadku same miejsca zajęte w konkursie zeszły na dalszy plan. Wszystko dlatego, że legendarny skoczek bierze udział w Turnieju Czterech Skoczni po raz ostatni w karierze i – jak sam podkreśla – chce cieszyć się każdym oddanym skokiem.

    Zdumiewające zestawienie po Oberstdorfie. Stoch numerem jeden
    Tego wieczoru nawet aura zdawała się sprzyjać doświadczonemu Polakowi. Po zakończeniu konkursu Adrian Lozio z Polskiego Związku Narciarskiego opublikował zestawienie dotyczące rekompensat za warunki wietrzne, które rzuciło nowe światło na przebieg rywalizacji.

    Okazało się, że Kamil Stoch był… jedynym zawodnikiem, któremu odjęto punkty za wiatr. Podczas gdy wszyscy pozostali skoczkowie otrzymywali dodatnią rekompensatę, Polak zanotował wynik -1,1 punktu. W praktyce oznacza to, że tylko on trafił na teoretycznie najbardziej sprzyjające warunki w całych zawodach.

    Dzięki temu Stoch znalazł się na pierwszym miejscu w nieformalnym rankingu „szczęściarzy”. Drugi w zestawieniu Ilja Miziernych otrzymał już +4,3 punktu, co pokazuje, jak duża była różnica między nim a Polakiem. Na trzeciej pozycji uplasował się zwycięzca konkursu Domen Prevc, któremu doliczono 4,7 punktu.

    Po drugiej stronie skali znaleźli się zawodnicy, którym wiatr wyjątkowo nie sprzyjał. Wśród największych pechowców był Kacper Tomasiak – młodemu Polakowi dodano aż 15,7 punktu, co dało mu piąte miejsce w tej niechlubnej klasyfikacji.

    Największym przegranym walki z warunkami atmosferycznymi okazał się jednak Halvor Egner Granerud. Norweski mistrz Turnieju Czterech Skoczni z 2023 roku otrzymał rekompensatę w wysokości 18,6 punktu, co jasno pokazuje, jak trudne warunki panowały podczas jego skoków.

    Pierwszy konkurs TCS już pokazał, że w tegorocznej edycji nie zabraknie niespodzianek – zarówno sportowych, jak i tych związanych z kaprysami pogody.

  • Rozłam w Rosji. Zaskakująca decyzja Andriejewej. Jest oficjalny komunikat

    Rozłam w Rosji. Zaskakująca decyzja Andriejewej. Jest oficjalny komunikat

    Już za trzy dni w Brisbane i Perth ruszy nowy sezon WTA, a niespełna trzy tygodnie dzielą nas od pierwszych wielkoszlemowych emocji w 2026 roku, czyli Australian Open. Ostatnie dni były dla wielu czołowych tenisistek okazją do sprawdzenia formy – głównie podczas turniejów pokazowych rozgrywanych w Azji. Wśród nich znalazła się Mirra Andriejewa, przez ekspertów typowana na przyszłą liderkę światowego rankingu. Rosjanka wystąpiła w Makau, a następnie przeniosła się do Australii. I właśnie stamtąd napłynęły informacje, które mogą mieć spory wpływ na jej występ w Melbourne.

    18-letnia Andriejewa od dawna uchodzi za zawodniczkę o wyjątkowym talencie. Jeszcze przed ukończeniem 16. roku życia zachwyciła w Madrycie, eliminując Leylah Fernandez, Beatriz Haddad Maię oraz Magdę Linette i wchodząc do szerokiej świadomości kibiców WTA. Z racji wieku przez półtora roku miała ograniczone możliwości startów w głównym cyklu, ale w minionym sezonie była już jego pełnoprawną uczestniczką. Wiosną odniosła dwa spektakularne triumfy w turniejach rangi WTA 1000 – w Dubaju oraz Indian Wells. Awansowała do czołowej dziesiątki rankingu, a w szczytowym momencie zajmowała nawet piąte miejsce na świecie.

    Jesienna część sezonu obnażyła jednak słabsze strony młodej tenisistki. Pojawiły się problemy z presją, a być może również oznaki zmęczenia. W samym singlu rozegrała aż 56 spotkań, do których doszły jeszcze 44 mecze deblowe oraz dwa występy w mikście podczas US Open. W efekcie Andriejewa spadła na dziewiątą pozycję w rankingu i w ostatniej chwili straciła miejsce w WTA Finals w Rijadzie na rzecz Jeleny Rybakiny. Do Arabii Saudyjskiej pojechała jedynie na zmagania deblowe, które również nie przyniosły sukcesów.

    Wiele wskazuje na to, że nadchodzący sezon będzie dla 18-latki z Krasnojarska wyraźnie inny. Już pierwsze komunikaty z Melbourne pozwalają wysnuć konkretne wnioski.

    Znacząca zmiana w planach Mirry Andriejewej

    Do Wimbledonu Rosjanka prezentowała się bardzo solidnie. Na londyńskiej trawie dotarła do ćwierćfinału, gdzie po dwóch tie-breakach uległa Belindzie Bencic. To właśnie Szwajcarka zmierzyła się później z Igą Świątek w walce o finał. Po Wimbledonie forma Andriejewej na kortach twardych wyraźnie spadła – w żadnym z kolejnych pięciu turniejów nie zdołała awansować do ćwierćfinału. Przegrywała z niżej notowanymi rywalkami, a frustracja często była widoczna gołym okiem. Zdarzały się łzy na korcie.

    Pod koniec listopada planowała jeszcze występ w pokazowym turnieju w Sankt Petersburgu, jednak – jak informowały rosyjskie media – jej trenerka Conchita Martínez była temu przeciwna. Andriejewa miała odpocząć i ostatecznie na północy Rosji się nie pojawiła. Zrezygnowała również z gry deblowej z Dianą Sznajder, choć razem tworzyły jedną z najmocniejszych par w tourze.

    Ich współpraca rozpoczęła się na igrzyskach olimpijskich w Paryżu, gdzie dwie młode tenisistki sięgnęły po srebrne medale, za co później zostały odznaczone przez Władimira Putina. Przez cały sezon prezentowały się bardzo solidnie – triumfowały w styczniu w turnieju WTA 500 w Brisbane, dotarły do półfinałów Australian Open i WTA 1000 w Dosze, a także wygrały zawody w Miami. Dobre wyniki notowały również na kortach ziemnych (półfinały w Rzymie i Paryżu). Z czasem jednak forma zaczęła spadać, podobnie jak w singlu. W WTA Finals w Rijadzie wygrały zaledwie jednego seta.

    Już ogłoszenie listy debli na turniej w Brisbane było sygnałem ostrzegawczym – zabrakło na niej zarówno Andriejewej, jak i Sznajder. Teraz wszystko stało się jasne po publikacji par uprawnionych do gry w Australian Open, którą na platformie X przedstawiła Ellen Perez. Diana Sznajder wystąpi w Melbourne u boku Ludmiły Samsonowej i duet ten może liczyć na wysokie rozstawienie. Nazwiska Mirry Andriejewej na liście jednak nie ma.

    To potwierdza, że przynajmniej w pierwszej części sezonu – a być może nawet dłużej – Rosjanka skupi się wyłącznie na grze pojedynczej. Podobną decyzję kilkanaście miesięcy temu podjęła Coco Gauff, która również odnosiła wielkie sukcesy w deblu, ale z czasem zaczęło jej brakować sił na kluczowe mecze singlowe.

    Na liście zgłoszeń do debla Australian Open znalazły się za to dwie Polki. Katarzyna Piter wystąpi wspólnie z Janice Tjen z Indonezji – niedawno obie triumfowały w turnieju WTA 250 w Kantonie. Z kolei Magda Linette zagra w parze z doświadczoną Japonką Shuko Aoyamą.

  • Sabalenka rozbita. I wybuchła afera. Korwin-Mikke nie wytrzymał. Ostra reakcja

    Sabalenka rozbita. I wybuchła afera. Korwin-Mikke nie wytrzymał. Ostra reakcja

    Pokazowy mecz określany mianem „bitwy płci”, w którym Aryna Sabalenka zmierzyła się z Nickiem Kyrgiosem, wywołał prawdziwą burzę w świecie tenisa. Kontrowersje wzbudziły nie tylko same założenia tego wydarzenia, ale również jego sportowy i symboliczny wydźwięk. Po spotkaniu, w którym liderka rankingu WTA przegrała 3:6, 3:6 z półemerytowanym Australijczykiem, fala komentarzy nie ustaje. Do grona krytyków dołączył także Janusz Korwin-Mikke, który jak zwykle zabrał głos w charakterystycznym dla siebie stylu na platformie „X”.

    Od początku pomysł meczu Sabalenki z Kyrgiosem budził ogromne emocje. Organizatorzy, chcąc „wyrównać szanse”, wprowadzili specjalne zasady: kort po stronie Białorusinki został skrócony i zwężony, a oboje zawodnicy dysponowali tylko jednym serwisem. W zamyśle miało to uatrakcyjnić widowisko, jednak dla wielu obserwatorów okazało się dowodem na to, że całe wydarzenie bardziej ośmiesza kobiecy tenis, niż go promuje.

    Krytycy zarzucają Sabalence, że zgadzając się na udział w takim przedsięwzięciu, wystawiła żeńskiemu tenisowi wyjątkowo niekorzystne świadectwo. Tym bardziej że – mimo ułatwień – nie zdołała wygrać ani jednego seta z Kyrgiosem, który w rankingu ATP zajmuje obecnie bardzo odległe miejsce i dawno nie rywalizuje regularnie na najwyższym poziomie.

    Jedną z najbardziej stanowczych opinii wygłosiła Alize Cornet. Doświadczona Francuzka nie kryła zdziwienia decyzją Sabalenki.
    – Te nowe zasady, a zwłaszcza skrócenie kortu dla Sabalenki, uważam za kompletną głupotę – stwierdziła.
    – Dlaczego ona w ogóle je zaakceptowała? Jest numerem jeden na świecie, od dwóch lat dominuje w kobiecym tenisie i spokojnie mogłaby zagrać z Kyrgiosem na normalnym korcie – dodała Cornet, podkreślając, że takie eksperymenty działają na niekorzyść wizerunku zawodniczek.

    Po porażce Sabalenki do dyskusji włączył się również Janusz Korwin-Mikke. Polski polityk wykorzystał okazję, by ponownie zaakcentować swoje poglądy na temat różnic między kobietami a mężczyznami w sporcie. W jednym z pierwszych wpisów zasugerował, że media nie oddają w pełni skali „utrudnień”, z jakimi musiał zmagać się Kyrgios, jednocześnie ironicznie chwaląc występ Sabalenki.

    Internauci szybko zwrócili mu jednak uwagę, że pomylił kluczowe fakty. W rzeczywistości oboje zawodnicy mieli po jednym serwisie, a to kort Sabalenki został zmniejszony. Korwin-Mikke w kolejnych postach skorygował część informacji, szczegółowo wyliczając różnice w wymiarach kortu po stronie liderki WTA. Zaznaczył przy tym, że pole gry Białorusinki zostało skrócone o ponad metr i zwężone o kilkadziesiąt centymetrów, a jej pole odbioru serwisu również było mniejsze.

    Polityk odniósł się także do wypowiedzi Alize Cornet, która stwierdziła, że Sabalenka mogłaby grać z Kyrgiosem na normalnym korcie. Ten komentarz skwitował krótko i prowokacyjnie, wpisując się w znany z jego wypowiedzi ton.

    Cała „bitwa płci” zamiast sportowej zabawy i promocji tenisa przyniosła więc lawinę kontrowersji. Dla jednych była kosztownym, ale nieszkodliwym show, dla innych – ciosem w prestiż kobiecego tenisa i niepotrzebnym eksperymentem, który na długo pozostanie przedmiotem gorących sporów.

  • Natychmiastowy triumf Tomasiaka, a to nie koniec. Wielka radość Stocha

    Natychmiastowy triumf Tomasiaka, a to nie koniec. Wielka radość Stocha

    Seria próbna przed poniedziałkowym konkursem otwierającym 74. Turniej Czterech Skoczni nie przyniosła polskim kibicom powodów do optymizmu. Szczególnie niepokojąco wyglądał występ Kamila Stocha, który uplasował się dopiero na 50. miejscu. Kilkadziesiąt minut później okazało się jednak, że próbne skoki nie miały większego znaczenia, a doświadczony mistrz potrafił odpowiednio zareagować w najważniejszym momencie. W samym konkursie Stoch zaprezentował się zdecydowanie lepiej i w wewnętrznej „polskiej rywalizacji” ustąpił jedynie Kacprowi Tomasiakowi, który zakończył zawody na 14. pozycji. Inaugurację 74. edycji TCS zdominował Domen Prevc.

    Turniej Czterech Skoczni od lat bywał szczęśliwy dla Biało-Czerwonych. W dziewięciu poprzednich edycjach aż czterokrotnie Złoty Orzeł trafiał w ręce Polaka, a największym bohaterem tej imprezy pozostaje Kamil Stoch – trzykrotny triumfator klasyfikacji generalnej. Tym razem oczekiwania wobec 38-latka były jednak znacznie skromniejsze. Do Oberstdorfu przyjeżdżał bez presji walki o końcowy triumf, a w gronie potencjalnych „czarnych koni” eksperci znacznie częściej wymieniali młodego Kacpra Tomasiaka.

    Niedzielne kwalifikacje dały jednak sygnał, że Stoch może być groźny – zajął w nich 14. miejsce. Zupełnie inaczej wyglądała poniedziałkowa seria próbna, w której Tomasiak wypadł najlepiej z Polaków, a Stoch był ostatni w stawce. Mimo to jasne było, że przy rywalizacji w systemie KO prawdziwa walka dopiero się rozpocznie.

    Konkurs ruszył z wysokiej, 16. belki startowej i już na początku przyniósł kibicom sporo emocji. W pierwszej parze zaprezentował się Kacper Tomasiak, który w swoim debiutanckim starcie w Turnieju Czterech Skoczni poleciał na 128,5 metra. Ten skok bez problemu wystarczył do pokonania Niko Kytosaho, lądującego ponad dziesięć metrów bliżej. Znacznie gorzej potoczył się pojedynek Piotra Żyły – odległość 123 metrów nie dała mu szans na awans do drugiej serii nawet w gronie szczęśliwych przegranych.

    Pewny awans do kolejnej rundy zapewnił sobie za to kolejny z Polaków. W środku konkursu doszło do wewnętrznej rywalizacji Pawła Wąska z Maciejem Kotem. Wąsek skoczył 122 metry, Kot o metr mniej, co przełożyło się na zwycięstwo młodszego zawodnika.

    Na rozbiegu pozostał już tylko Kamil Stoch. Doświadczony mistrz wyraźnie zapomniał o nieudanej serii próbnej. Skok na 131 metrów w dobrym stylu dał mu pewny awans i miejsce w czołowej dwudziestce po pierwszej serii. Polak uplasował się tuż za Kacprem Tomasiakiem, co samo w sobie było pozytywnym sygnałem.

    W walce o prowadzenie mocny akcent postawił Felix Hoffmann, który w trudnych warunkach osiągnął 132,5 metra i zbliżył się do liderującego wcześniej Jonasa Schustera. Chwilę później wszystkich pogodził jednak główny faworyt zawodów. Domen Prevc oddał kapitalny skok na 141,5 metra i objął prowadzenie z wyraźną przewagą.

    Do drugiej serii Polacy przystępowali z realnymi szansami na poprawę pozycji. Tomasiak zajmował 15. miejsce i tracił zaledwie pięć punktów do czołowej dziesiątki. Kamil Stoch był 17., a Paweł Wąsek plasował się na 28. pozycji. Rywalizację wznowiono z belki numer 15.

    Wąsek trafił na sprzyjające warunki, ale nie potrafił ich wykorzystać – skok na 118,5 metra nie pozwolił mu przesunąć się w górę klasyfikacji. Na znaczącą poprawę nie mógł liczyć także Kamil Stoch, choć jego próba była bardzo solidna. Lądowanie na 131,5 metra wywołało u niego ogromną radość, jednak lepsze warunki wietrzne sprawiły, że po swoim skoku był drugi na liście.

    Chwilę później na belce pojawił się Kacper Tomasiak. 18-latek również skorzystał z dobrego wiatru i uzyskał identyczną odległość jak Stoch. Tym razem przełożyło się to na prowadzenie młodego Polaka.

    Finałowa rywalizacja o zwycięstwo i prowadzenie w Turnieju Czterech Skoczni toczyła się w okolicach rozmiaru skoczni, wynoszącego 137 metrów. Niespodzianki jednak nie było. Domen Prevc nie tylko obronił przewagę, ale jeszcze ją powiększył, lecąc aż 140 metrów i w efektownym stylu sięgając po wygraną.

    Wyniki pierwszego konkursu 74. Turnieju Czterech Skoczni:

    1. Domen Prevc – 316,7

    2. Daniel Tschofenig – 299,2

    3. Felix Hoffmann – 297,3
    …

    1. Kacper Tomasiak – 279,7

    2. Kamil Stoch – 271,2

    3. Paweł Wąsek – 238,0

    4. Maciej Kot – 123,1

    8. Piotr Żyła – 118,8