Author: newuser

  • Dramat Ter Stegena, Barcelona potwierdza. Pilny komunikat ws. Niemca

    Dramat Ter Stegena, Barcelona potwierdza. Pilny komunikat ws. Niemca

    Piłkarze FC Barcelony przebywają obecnie w Arabii Saudyjskiej, gdzie już w środowy wieczór rozpoczną rywalizację o Superpuchar Hiszpanii. Do Dżuddy Hansi Flick zabrał trzech bramkarzy: Joana Garcíę, Wojciecha Szczęsnego oraz Marca-André ter Stegena. Już teraz wiadomo jednak, że Niemiec na pewno nie wystąpi w tym turnieju, o czym klub poinformował w oficjalnym komunikacie.

    „Duma Katalonii” przed rokiem sięgnęła po Superpuchar Hiszpanii po efektownym zwycięstwie 5:2 nad Realem Madryt w finale. W tegorocznej edycji Blaugrana ponownie uchodzi za jednego z głównych faworytów do zdobycia trofeum, ale najpierw musi uporać się w półfinale z Athletikiem Bilbao. Spotkanie zaplanowano na środę, 7 stycznia, na godzinę 20. W przypadku awansu Barcelona w finale zmierzy się z Atlético Madryt lub Realem Madryt. Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem stało się jasne, że z szerokiej kadry Hansiego Flicka wypadł jeden z golkiperów.

    Niemiecki szkoleniowiec powołał do Arabii Saudyjskiej trzech zawodników występujących między słupkami: Garcíę, Szczęsnego oraz ter Stegena. Flick już wcześniej zapowiedział, że w Superpucharze postawi na podstawowego bramkarza zespołu, czyli Joana Garcíę. To oznaczało, że zarówno Polak, jak i Niemiec mieli rozpocząć turniej na ławce rezerwowych.

    Teraz wiadomo już, że Marc-André ter Stegen nie pojawi się na boisku nawet w awaryjnej sytuacji. We wtorkowy, późny wieczór FC Barcelona opublikowała komunikat, z którego wynika, że Niemiec opuszcza zgrupowanie zespołu w Arabii Saudyjskiej i wraca do Barcelony na szczegółowe badania medyczne. Jednocześnie poinformowano, że do drużyny dołączy Diego Kochen, bramkarz zespołu rezerw.

    Na razie klub nie ujawnił, co dokładnie dolega ter Stegenowi ani jak poważny jest jego uraz. Warto przypomnieć, że doświadczony golkiper w ostatnich miesiącach zmagał się z problemami zdrowotnymi. Po operacji pleców i długiej rehabilitacji wrócił do gry dopiero pod koniec ubiegłego roku.

    Jak donosi hiszpański dziennik „Sport”, ter Stegen wziął udział we wtorkowym treningu Barcelony, jednak około 25 minut przed jego zakończeniem musiał opuścić zajęcia z powodu urazu. Od momentu powrotu do gry w grudniu Niemiec wystąpił tylko w jednym spotkaniu – w meczu Pucharu Króla przeciwko Guadalajarze. Dziennikarze podkreślają, że przy Joanem Garcíi jako numerze jeden w bramce, perspektywy ter Stegena w Barcelonie wyglądają coraz gorzej. Tym bardziej że od pewnego czasu bramkarz jest intensywnie łączony z transferem do Girony, a jego przyszłość w klubie od dłuższego czasu stoi pod dużym znakiem zapytania.

  • Nie tylko boks. Oto “druga praca” Szeremety. 34 tys. Polek zajmuje się tym samym

    Nie tylko boks. Oto “druga praca” Szeremety. 34 tys. Polek zajmuje się tym samym

    Jeden olimpijski medal wystarczył, by Julia Szeremeta na stałe zapisała się w historii polskiego sportu. Choć na co dzień skupia się na boksie i to właśnie z nim wiąże swoją przyszłość, 22-latka rozwija się również na zupełnie innym polu. Wicemistrzyni olimpijska z Paryża zdecydowała się na drogę, którą wcześniej wybrała m.in. Natalia Bukowiecka. Co ciekawe, coraz więcej Polek decyduje się na takie połączenie kariery sportowej z inną służbą.

    Latem 2024 roku nazwisko Julii Szeremety obiegło sportowy świat. Reprezentantka Polski dotarła do finału olimpijskiego turnieju bokserskiego w kategorii do 57 kilogramów podczas igrzysk w Paryżu. W walce o złoto musiała uznać wyższość Lin Yu-Ting, jednak srebrny medal miał wymiar historyczny. Było to pierwsze olimpijskie podium dla Polski w boksie od 1992 roku, a zarazem jedno z największych osiągnięć w dziejach kobiecego pięściarstwa w naszym kraju.

    Na ten sukces pracowała latami. Wcześniej Szeremeta sięgnęła po srebro mistrzostw świata w Liverpoolu, zdobyła drugie miejsce w Pucharze Świata w Brazylii oraz wywalczyła tytuł mistrzyni Europy do lat 23. Seria imponujących wyników sprawiła, że zaledwie 22-letnia zawodniczka bardzo szybko stała się jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci polskiego sportu.

    Choć boks jest jej największą pasją i głównym zajęciem, Szeremeta nie ogranicza się wyłącznie do kariery sportowej. Równolegle pełni bowiem służbę wojskową. Jest żołnierzem Wojska Polskiego i należy do Centralnego Wojskowego Zespołu Sportowego. W mediach społecznościowych regularnie publikuje zdjęcia w mundurze, pokazując, że potrafi łączyć wymagające treningi z obowiązkami wynikającymi ze służby.

    Jej zaangażowanie zostało również docenione w strukturach wojskowych. 11 listopada ubiegłego roku, w Narodowe Święto Niepodległości, Szeremeta otrzymała awans. „11.11 – Święto Niepodległości. Tym razem wyjątkowe, bo połączone z awansem” – informowała wówczas w sieci, zdradzając, że została mianowana na wyższy stopień przez szefa Centralnego Wojskowego Zespołu Sportowego, pułkownika Mariusza Denkewicza.

    W jednym z wcześniejszych wpisów, opublikowanym z okazji Dnia Flagi Rzeczypospolitej Polskiej, podkreślała wagę narodowych symboli i służby Ojczyźnie. „2 maja to szczególna data, w której oddajemy hołd naszym barwom narodowym – bieli i czerwieni. To dzień dumy, jedności i szacunku dla historii oraz wszystkich, którzy służą Ojczyźnie” – pisała.

    Jak wynika z danych Wojska Polskiego, w marcu 2025 roku służbę pełniło ponad 34 tysiące Polek, z czego około 21 tysięcy stanowiły żołnierki zawodowe. W Centralnym Wojskowym Zespole Sportowym, obok Julii Szeremety, znajduje się także Natalia Bukowiecka (wcześniej Kaczmarek), jedna z najbardziej utytułowanych polskich lekkoatletek. – Naszym zadaniem jest reprezentowanie Polski na arenach międzynarodowych i jednocześnie zachęcanie innych do wstępowania do wojska – podkreślała Bukowiecka, opowiadając o specyfice łączenia kariery sportowej ze służbą wojskową.

    Przykład Julii Szeremety pokazuje, że nowoczesny sportowiec coraz częściej realizuje się na więcej niż jednej płaszczyźnie, a sukcesy olimpijskie mogą iść w parze z zupełnie inną, równie wymagającą drogą życiową.

  • Świątek puściły hamulce. “Zakazane uderzenie” na United Cup. Publika tylko ryknęła

    Świątek puściły hamulce. “Zakazane uderzenie” na United Cup. Publika tylko ryknęła

    Tym razem obyło się bez jakichkolwiek nerwów i niepotrzebnych zwrotów akcji. Iga Świątek w spotkaniu Polska–Holandia w ramach United Cup pewnie pokonała Suzan Lamens 6:3, 6:2, potwierdzając znakomitą dyspozycję na starcie nowego sezonu. Co więcej, liderka naszej reprezentacji grała z taką swobodą, że w pewnym momencie pozwoliła sobie na efektowny pokaz tenisowej fantazji. Jedno z jej zagrań natychmiast obiegło media społecznościowe, a reakcja kibiców była jednoznaczna – takie rzeczy ogląda się z przyjemnością.

    Do rywalizacji z Holandią doszło w nocy z wtorku na środę. Wcześniej Hubert Hurkacz uporał się z Tallonem Griekspoorem, zapewniając „Biało-Czerwonym” awans do ćwierćfinału jeszcze przed wyjściem Igi Świątek na kort. Mimo że stawka meczu była już formalnością, wiceliderka rankingu WTA nie zamierzała odpuszczać ani na moment. Od pierwszych piłek było widać pełne skupienie i chęć dominacji.

    Całe spotkanie trwało zaledwie 72 minuty. W pierwszym secie gra była wyrównana tylko do stanu 3:3. Wtedy Świątek wrzuciła wyższy bieg, wygrała trzy kolejne gemy i pewnie zamknęła partię. Druga odsłona przebiegała już pod pełną kontrolą Polki. Nie straciła ani razu własnego serwisu, dwukrotnie przełamała rywalkę i spokojnie sięgnęła po zwycięstwo 6:3, 6:2.

    Jednak nie sam wynik był tym, co najbardziej zapadło kibicom w pamięć. W środowy poranek w sieci zaczęło krążyć nagranie jednej z akcji z pierwszego gema drugiego seta. Przy stanie 15:0 dla Świątek, przy podaniu Lamens, doszło do wymiany, która wywołała poruszenie na trybunach.

    Holenderka zaserwowała na zewnątrz, a Polka odpowiedziała wysokim slajsem, po którym piłka opadła w środkowej części kortu. Lamens uznała to za doskonałą okazję do ataku – uderzyła mocno w forhend i ruszyła do siatki. Świątek zdołała jeszcze odpowiedzieć, ale rywalka była przygotowana i zagrała krótki drop wolej tuż za siatką. Wtedy wydarzyło się coś, czego nikt się nie spodziewał.

    Zagranie, które wykonała Polka, było efektowne, wręcz showmańskie. Choć – zgodnie z przepisami – rakieta musi mieć kontakt z dłonią zawodnika, a to uderzenie nie spełniało regulaminowych wymogów, publiczność natychmiast zareagowała gromkimi brawami. Było to zagranie nielegalne, ale zarazem spektakularne i „ikoniczne”, idealnie wpisujące się w tenisowy luz i fantazję.

    Po całej akcji trybuny ożyły, a obie zawodniczki wymieniły pod siatką uśmiechy, doceniając niecodzienny moment. Trudno było nie odnieść wrażenia, że w takiej chwili duch Aleksandra Bublika – znanego z podobnych ekscesów na korcie – był gdzieś bardzo blisko. Jedno jest pewne: Iga Świątek nie tylko wygrywa mecze, ale potrafi też bawić tenis i publiczność na całym świecie.

    https://x.com/TennisTV/status/2008723213237281132?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E2008723213237281132%7Ctwgr%5Ee0ac26fc4d0201c1852ac8131c2cb1d73f1cb17f%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fsport.interia.pl%2Figa-swiatek%2Fnews-swiatek-puscily-hamulce-zakazane-uderzenie-na-united-cup-pubnId22505508

  • To wtedy Świątek wyprzedzi Sabalenkę w rankingu. Wyjaśniamy

    To wtedy Świątek wyprzedzi Sabalenkę w rankingu. Wyjaśniamy

    Iga Świątek ma realną szansę, by już po australijskiej części sezonu ponownie objąć prowadzenie w rankingu WTA. Droga do pozycji numer jeden nie zależy jednak wyłącznie od jej własnych wyników, ale także od postawy aktualnej liderki – Aryny Sabalenki. Wyjaśniamy krok po kroku, jakie warunki muszą zostać spełnione, by Polka wyprzedziła Białorusinkę.

    Australijski początek sezonu i kluczowe turnieje

    Nowy sezon tenisowy tradycyjnie rozpoczął się w Australii. Iga Świątek występuje tam najpierw w drużynowym United Cup, a następnie – od 18 stycznia – w wielkoszlemowym Australian Open. To właśnie te dwa turnieje będą miały decydujące znaczenie dla układu czołówki rankingu WTA na początku lutego.

    Aryna Sabalenka nie bierze udziału w United Cup ze względu na zawieszenie reprezentacji Białorusi w rozgrywkach drużynowych. Zamiast tego wybrała turniej WTA 500 w Brisbane, a następnie przeniesie się do Melbourne na Australian Open.

    Aktualna sytuacja punktowa

    Na starcie sezonu Sabalenka miała wyraźną przewagę punktową nad Świątek. W poprzednim zestawieniu rankingowym Białorusinka zgromadziła 10 870 punktów, a Polka 8395, co dawało różnicę 2475 „oczek”. Po odjęciu części punktów z pierwszego tygodnia sezonu przewaga liderki wynosi obecnie 2312 punktów (10 490 wobec 8178).

    Kluczowe jest jednak to, ile punktów obie tenisistki muszą w Australii bronić, czyli utrzymać w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego sezonu.

    Punkty do obrony: Świątek kontra Sabalenka

    Iga Świątek broni w Australii łącznie 1105 punktów:

    780 za półfinał Australian Open,

    325 za występy w United Cup.

    Aryna Sabalenka ma znacznie trudniejsze zadanie, bo do obrony aż 1800 punktów:

    500 za zwycięstwo w Brisbane,

    1300 za finał Australian Open, przegrany z Madison Keys.

    Już ten fakt sprawia, że potencjalnie więcej do stracenia ma liderka rankingu.

    Ile może zyskać Świątek?

    System punktacji w United Cup jest skomplikowany – liczba punktów zależy od pozycji rankingowej pokonanej rywalki. Teoretycznie maksymalnie można zdobyć 500 punktów, ale tylko przy wygranych z tenisistkami z czołowej dziesiątki.

    W fazie grupowej Świątek mierzyła się z niżej notowanymi rywalkami:

    z Ewą Lys (39. WTA) – zwycięstwo dało jej 35 punktów,

    z Susan Lamens (97. WTA) – 25 punktów.

    Jeśli Polka dotarłaby do końca turnieju i w kolejnych meczach pokonywała wyżej sklasyfikowane zawodniczki, mogłaby w United Cup zdobyć do 450 punktów. W porównaniu z ubiegłym rokiem oznaczałoby to +125 punktów do rankingu.

    Jeszcze więcej do zyskania jest w Australian Open. Świątek może poprawić zeszłoroczny wynik tylko na dwa sposoby:

    awansując do finału (1300 punktów),

    wygrywając turniej (2000 punktów).

    Przy triumfie w Melbourne Polka zyskałaby aż 1220 punktów więcej niż rok wcześniej. W najbardziej optymistycznym wariancie – komplet zwycięstw w United Cup i triumf w Australian Open – jej ranking mógłby wzrosnąć łącznie o 1345 punktów, co dałoby 9740 punktów po zakończeniu australijskiej części sezonu.

    Co musi się stać z Sabalenką?

    Jeśli Sabalenka obroni wszystkie punkty – ponownie wygra w Brisbane i dotrze do finału Australian Open – utrzyma dorobek na poziomie 10 870 punktów i Świątek jej nie wyprzedzi.

    Dlatego kluczowe są scenariusze, w których Białorusinka wypada słabiej niż przed rokiem. Najczarniejszy wariant dla liderki rankingu zakłada:

    odpadnięcie w trzeciej rundzie Brisbane (60 punktów zamiast 500),

    porażkę już w pierwszej rundzie Australian Open (10 punktów zamiast 1300).

    W takim przypadku Sabalenka straciłaby łącznie 1730 punktów i spadła do poziomu 9140 „oczek”, co oznaczałoby, że Świątek – przy maksymalnej zdobyczy – bez problemu wróciłaby na pierwsze miejsce.

    Nie trzeba jednak aż tak skrajnego scenariusza. Jeśli Sabalenka:

    obroni tytuł w Brisbane,

    ale odpadnie w trzeciej rundzie Australian Open,

    straci 1170 punktów i zakończy australijski etap z wynikiem około 9700 punktów – o 40 mniej niż Świątek przy jej idealnym występie.

    Możliwe są też inne kombinacje, np. finał w Brisbane i czwarta runda Australian Open, które również otwierają Polce drogę do fotela liderki, o ile sama wykorzysta maksimum swoich szans.

    Nie tylko Australia

    Nawet jeśli Świątek nie uda się wrócić na pozycję numer jeden już na początku lutego, jej sytuacja w dalszej części sezonu wygląda bardzo obiecująco. Wiosną Polka broni znacznie mniej punktów niż Sabalenka. Białorusinka triumfowała rok temu m.in. w Miami i Madrycie oraz grała w finale Roland Garros. Świątek w tych turniejach osiągała słabsze wyniki, co oznacza, że każdy lepszy występ będzie dla niej czystym zyskiem rankingowym.

    Różnica punktowa między obiema tenisistkami systematycznie malała w drugiej połowie 2025 roku, a wszystko wskazuje na to, że w nadchodzących miesiącach jeszcze nieraz zobaczymy je zamieniające się na prowadzeniu w rankingu WTA. Sabalenka jest liderką od października 2024 roku, gdy zawieszona Świątek nie mogła startować w azjatyckiej części sezonu. Teraz Polka ma idealną okazję, by odzyskać utraconą pozycję.

  • Cały świat trąbi o tym, co zrobili Świątek z Hurkaczem

    Cały świat trąbi o tym, co zrobili Świątek z Hurkaczem

    Reprezentacja Polski znakomicie spisuje się w tegorocznej edycji United Cup. Po pewnym zwycięstwie 3:0 nad Holandią Biało-Czerwoni zapewnili sobie awans do ćwierćfinału, w którym zmierzą się z Australią. Forma Igi Świątek i Huberta Hurkacza nie przechodzi bez echa – o ich grze szeroko piszą media na całym świecie, zwłaszcza tuż przed startem Australian Open.

    Dla Świątek i Hurkacza udział w United Cup to ważny etap przygotowań do pierwszego wielkoszlemowego turnieju sezonu. W nocy z wtorku na środę Polacy przypieczętowali awans do fazy pucharowej, nie pozostawiając Holendrom żadnych złudzeń. Na komplet punktów złożyły się trzy zwycięstwa: Iga Świątek pokonała Suzan Lamens, Hubert Hurkacz okazał się lepszy od Tallona Griekspoora, a w grze mieszanej duet Katarzyna Kawa – Jan Zieliński wygrał z parą Demi Schuurs – David Pel.

    Światowe media zachwycone Polakami

    Postawa reprezentacji Polski odbiła się szerokim echem w zagranicznych mediach. Oficjalna strona WTA już w nagłówku podkreślała, że „Świątek i Hurkacz prowadzą Polskę do kolejnego ćwierćfinału United Cup”. Zwrócono uwagę na wyraźną poprawę gry liderki światowego rankingu w porównaniu do wcześniejszego meczu z Evą Lys. Wyliczono m.in., że Polka zanotowała pięć gemów serwisowych wygranych do zera, zdobyła aż 84 procent punktów po pierwszym podaniu i tylko raz musiała bronić break pointa.

    Holenderski portal nos.nl przypomniał, że dla reprezentacji Oranje był to dopiero drugi występ w United Cup i – podobnie jak w 2024 roku – zakończony już na fazie grupowej. Dziennikarze podkreślali przede wszystkim ogromne problemy Tallona Griekspoora w starciu z rozpędzonym Hurkaczem. Mocny serwis Polaka odegrał kluczową rolę – w dwóch setach zanotował aż 21 asów. Z kolei serwis nu.nl określił występ Holandii mianem „drugiej dotkliwej porażki” w turnieju, przypominając, że wcześniej zespół przegrał 0:3 z Niemcami i zamknął tabelę grupy.

    Australijskie zapowiedzi przed ćwierćfinałem

    Przed ćwierćfinałowym starciem również australijskie media poświęcają Polakom sporo uwagi. Portal wellingtontimes.com.au wprost zapowiada, że gospodarze zmierzą się z będącą w bardzo dobrej formie reprezentacją Polski. W tekście podkreślono, że „mocno serwujący Hubert Hurkacz poprowadził Polskę do przebojowego starcia z Australią”, przywołując jego zwycięstwo 6:3, 7:6 (7:4) nad Griekspoorem.

    Nie zabrakło także pochwał pod adresem Igi Świątek, która – jak napisano – „poszła śladem Hurkacza”, pokonując Suzan Lamens 6:3, 6:2 w zaledwie godzinę i 12 minut. Australijscy dziennikarze odnotowali również decydujący punkt w mikście, gdzie Kawa i Zieliński przypieczętowali triumf Polski, wygrywając 6:3, 3:6, 10:4 z Schuurs i Pelem.

    Media antypodów zaznaczają, że przed gospodarzami stoi bardzo trudne zadanie. Polska to bowiem dwukrotny wicemistrz United Cup, podczas gdy Australijczycy w poprzedniej edycji nie zdołali nawet awansować do ćwierćfinału.

    Ćwierćfinałowe starcie Polski z Australią zaplanowano na piątek, 9 stycznia. Rywalizację rozpocznie mecz Igi Świątek z Mayą Joint o godz. 7:30 czasu polskiego. Następnie, nie przed 9:00, na kort wyjdą Hubert Hurkacz i Alex De Minaur. W razie potrzeby o losach awansu zadecyduje gra mieszana. Zwycięzca tego pojedynku w półfinale zmierzy się z reprezentacją USA lub Grecji.

  • Aż wierzyć się nie chce. 87,5%. Świątek na czele, absolutna dominacja

    Aż wierzyć się nie chce. 87,5%. Świątek na czele, absolutna dominacja

    Iga Świątek po raz kolejny potwierdziła, że United Cup to turniej, w którym od lat nie ma sobie równych. Choć reprezentacja Polski wciąż czeka na końcowy triumf w tych rozgrywkach, a sama liderka kadry ma na koncie już dwa przegrane finały, jej indywidualne występy budują status absolutnej królowej turnieju rozgrywanego na antypodach. Środowe zwycięstwo nad Suzan Lamens było kolejnym pokazem klasy wiceliderki rankingu WTA, a opublikowane po meczu statystyki tylko potwierdziły skalę jej dominacji.

    Polska reprezentacja znakomicie rozpoczęła nowy sezon, imponując formą w fazie grupowej United Cup. „Biało-Czerwoni” nie pozostawili rywalom złudzeń, wygrywając oba spotkania 3:0 – najpierw z Niemcami, a następnie z Holandią. Ogromny wkład w te sukcesy miała właśnie Iga Świątek, która pewnie wygrała oba swoje mecze singlowe.

    W poniedziałek raszynianka musiała co prawda odrabiać straty w starciu z Evą Lys. Po przegranym pierwszym secie pokazała jednak charakter i odwróciła losy pojedynku, triumfując 3:6, 6:3, 6:4. Jeszcze bardziej przekonujące było jej środowe wystąpienie przeciwko Suzan Lamens. Notowana na 97. miejscu rankingu WTA Holenderka nie była w stanie zagrozić Polce, która zwyciężyła 6:3, 6:2, kończąc mecz po zaledwie 72 minutach gry.

    – Bardzo się cieszę, że w środkowej fazie pierwszego seta potrafiłam być bardziej solidna, bo wcześniej gra była dość wyrównana. Później czułam już większą kontrolę nad piłką i mogłam częściej przejmować inicjatywę – podkreślała Świątek po spotkaniu. – To ważne, że wygraliśmy cały mecz już po singlu. Daje nam to sporo pewności siebie przed ćwierćfinałami – dodała liderka polskiej drużyny.

    Po zwycięstwie nad Lamens uwagę kibiców i ekspertów przykuły statystyki opublikowane przez portal OptaAce, specjalizujący się w analizie danych tenisowych. Liczby jednoznacznie pokazują, jak wyjątkową pozycję zajmuje Świątek w historii United Cup. Od pierwszej edycji turnieju w 2023 roku Polka może pochwalić się bilansem zwycięstw na poziomie aż 87,5 procent w singlu – najlepszym spośród wszystkich zawodniczek, które rozegrały co najmniej pięć meczów.

    Na ten imponujący wynik składa się 14 wygranych spotkań w 16 występach. Co więcej, tylko dwie tenisistki zdołały w tym czasie pokonać Świątek w United Cup – Coco Gauff w finale ubiegłorocznej edycji oraz Jessica Pegula w 2023 roku. Poza tymi wyjątkami Polka pozostaje praktycznie nie do zatrzymania.

    Po pewnym awansie z fazy grupowej przed reprezentacją Polski kolejne wyzwanie. Już za dwa dni „Biało-Czerwoni” zmierzą się w ćwierćfinale z gospodarzami turnieju – Australijczykami. Przypomnijmy, że w dwóch poprzednich edycjach United Cup Polacy docierali aż do finału, jednak za każdym razem musieli uznać wyższość rywali – najpierw Niemców, a następnie reprezentacji Stanów Zjednoczonych. Czy tym razem uda się zrobić ostatni krok? Z formą Igi Świątek nadzieje są jak najbardziej uzasadnione.

    https://x.com/OptaAce/status/2008733938836254993?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E2008733938836254993%7Ctwgr%5E245c8f64e133950dcbf45356f256985f77b4f45a%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fsport.interia.pl%2Figa-swiatek%2Fnews-az-wierzyc-sie-nie-chce-87-5-swiatek-na-czele-absolutna-dominId22505527

  • Echa awantury podczas posiedzenia rządu. Premier wprost. “Podjąłem decyzję”

    Echa awantury podczas posiedzenia rządu. Premier wprost. “Podjąłem decyzję”

    Premier Donald Tusk zdecydował o zakończeniu prac nad projektem ustawy, która miała znacząco rozszerzyć kompetencje Państwowej Inspekcji Pracy. Jak podkreślił, z jego punktu widzenia temat jest definitywnie zamknięty. Propozycje zmian, nad którymi czuwała minister rodziny, pracy i polityki społecznej Agnieszka Dziemianowicz-Bąk z Nowej Lewicy, od początku budziły poważne kontrowersje w koalicji rządzącej i – jak ujawnili dziennikarze – doprowadziły nawet do ostrej wymiany zdań podczas posiedzenia Rady Ministrów.

    O kulisach sporu wokół projektu mówili w programie „Polityczny WF” redaktor naczelny Interii Piotr Witwicki oraz dziennikarz Polsat News Marcin Fijołek. Z ich relacji wynikało, że dyskusja nad ustawą była na tyle burzliwa, iż szefowa resortu pracy usłyszała, że zapisy projektu muszą zostać gruntownie zmienione. Wkrótce potem szefowa Rządowego Centrum Legislacji potwierdziła w rozmowie z money.pl, że dokument wrócił do ministerstwa i na razie nie jest procedowany. Marcin Fijołek prognozował wówczas, że sprawa może stać się jednym z kluczowych problemów koalicji na początku 2026 roku.

    We wtorek nowe światło na dalsze losy projektu rzucił sam Donald Tusk. Premier odniósł się do medialnych doniesień, mówiąc o „legendach” krążących wokół przebiegu rządowej dyskusji. Wyjaśnił, że jednym z pomysłów resortu pracy było przyznanie PIP bardzo szerokich kompetencji, pozwalających inspektorom w praktyce ingerować w rodzaj umowy zawieranej między pracodawcą a pracownikiem.

    Szef rządu nie krył swojego krytycznego stosunku do takich rozwiązań. Jego zdaniem nadmierna władza urzędników, którzy mogliby decydować o formach zatrudnienia, byłaby szkodliwa dla wielu firm i mogłaby prowadzić do realnych konsekwencji na rynku pracy, w tym do zwolnień. – Z mojej analizy wynika, że takie rozwiązania byłyby bardzo destrukcyjne – podkreślił Tusk. Przyznał jednocześnie, że emocje podczas posiedzenia Rady Ministrów były „uzasadnione”, po czym jednoznacznie ogłosił, że zdecydował o zaprzestaniu dalszych prac nad reformą. – Sprawę uważam za zamkniętą – zakończył.

    Decyzja premiera spotkała się z ostrą krytyką ze strony Lewicy. Poseł Nowej Lewicy Andrzej Szejna, pytany o sprawę w programie „Debata Gozdyry” na antenie Polsat News, stwierdził wprost, że to zła wiadomość – zarówno dla jego ugrupowania, jak i dla pracowników. Jak argumentował, projekt ustawy był odpowiedzią na liczne nadużycia na rynku pracy i miał przeciwdziałać omijaniu etatów poprzez stosowanie mniej stabilnych form zatrudnienia.

    Szejna zaznaczył, że proponowane zmiany nie dawały PIP nieograniczonej swobody działania. Kontrole miałyby być przeprowadzane wyłącznie na wniosek pracownika lub grupy pracowników, a nie z inicjatywy samej inspekcji. Dodatkowo od decyzji inspektora przysługiwałoby odwołanie do sądu pracy, co – według Lewicy – stanowiło wystarczające zabezpieczenie przed nadużyciami.

    Innego zdania byli koalicjanci z PSL. Wicepremier i minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz napisał w serwisie X, że dobrze, iż historia tego projektu dobiegła końca. Podkreślił, że Polskie Stronnictwo Ludowe od początku było jednoznacznie przeciwne proponowanym zmianom i nie zgadzało się na rozwiązania, które – w ich ocenie – uderzałyby w przedsiębiorców. Jak zaznaczył, PSL nie wyraziło i nie wyrazi zgody na forsowanie takich przepisów.

    Tym samym projekt ustawy o wzmocnieniu uprawnień Państwowej Inspekcji Pracy stał się kolejnym przykładem napięć wewnątrz rządzącej koalicji, pokazując różnice w podejściu do relacji między ochroną pracowników a interesami pracodawców.

  • Świątek walczyła z mistrzynią z Osaki. 72 minuty starcia podczas United Cup

    Świątek walczyła z mistrzynią z Osaki. 72 minuty starcia podczas United Cup

    Po zwycięstwie Huberta Hurkacza nad Tallonem Griekspoorem reprezentacja Polski miała już zapewniony awans do ćwierćfinału United Cup. To jednak nie oznaczało końca emocji. Iga Świątek wciąż miała konkretną stawkę do zrealizowania – w grze pozostawały zarówno kolejne punkty do rankingu WTA, jak i dodatkowa premia finansowa. Rywalką Raszynianki w kolejnym meczu fazy grupowej była Suzan Lamens, triumfatorka turnieju rangi WTA 250 w Osace w sezonie 2024. Spotkanie zakończyło się po 72 minutach rywalizacji.

    Polacy znajdowali się w bardzo komfortowej sytuacji przed ostatnim dniem zmagań w grupie United Cup. Do wygrania grupy i bezpośredniego awansu do ćwierćfinału wystarczało im co najmniej jedno zwycięstwo w meczach singlowych lub zdobycie trzech setów w starciu z Holandią. Kluczowe rozstrzygnięcie zapadło jednak błyskawicznie – Hubert Hurkacz po raz kolejny zaprezentował znakomitą formę, imponował serwisem i opanowaniem w kluczowych momentach. Wrocławianin pokonał Tallona Griekspoora 6:3, 7:6(4), zapewniając całej drużynie miejsce w najlepszej ósemce turnieju.

    Mimo że losy awansu były już przesądzone, rywalizacja z Holandią toczyła się dalej. Niedługo po meczu Hurkacza na kort wyszła Iga Świątek. Wiceliderka rankingu WTA zmierzyła się z Suzan Lamens, którą doskonale pamiętała z drugiej rundy US Open 2025. Wówczas Holenderka sprawiła niespodziankę, urywając Polce seta, choć ostatecznie przegrała 6:1, 4:6, 6:4. Tym razem stawka była mniejsza pod względem drużynowym, ale dla Świątek wciąż istotna – zwycięstwo przybliżało ją do maksymalnej puli 500 punktów w klasyfikacji WTA.

    Mecz rozpoczął się od serwisu Polki, która pewnie utrzymała podanie. Chwilę później tym samym odpowiedziała Lamens. Pierwsze okazje na przełamanie pojawiły się w czwartym gemie, gdy Świątek wypracowała sobie dwie szanse na objęcie prowadzenia 3:1. Drugą z nich wykorzystała, uzyskując dwugemową przewagę. W kolejnych minutach Raszynianka straciła jednak nieco rytm – pojawiły się niewymuszone błędy, z czego skorzystała Holenderka, odrabiając straty i doprowadzając do remisu 3:3.

    Ten moment nie wybił jednak Igi z równowagi. Polka szybko odzyskała kontrolę nad wydarzeniami na korcie. Pewnie utrzymała serwis, a następnie przyspieszyła w returnie. Po długiej, intensywnej wymianie z głębi kortu wypracowała break pointa przy stanie 4:3. Lamens nie wytrzymała presji i popełniła błąd, oddając gema. Chwilę później Świątek serwowała po zwycięstwo w pierwszym secie. Przy stanie 30-30 popisała się asem, wypracowując setbola. Choć rywalka zdołała jeszcze doprowadzić do równowagi, Polka przy trzeciej okazji postawiła kropkę nad „i”, wygrywając partię 6:3.

    Drugi set rozpoczął się od serwisu Lamens, która zdołała utrzymać podanie. Świątek odpowiedziała tym samym, a już w trzecim gemie wywarła dużą presję na przeciwniczce. Po minimalnym błędzie Holenderki pojawiły się dwa break pointy z rzędu. Pierwszy nie został wykorzystany, ale przy drugim Raszynianka była już bezbłędna i objęła prowadzenie. Od tego momentu przewaga Polki systematycznie rosła. Kilka minut później miała już na koncie podwójne przełamanie, kontrolując przebieg spotkania.

    Lamens zdołała jeszcze urwać gema przy stanie 1:5, ale było to wszystko, na co było ją stać w tej partii. Świątek spokojnie utrzymała serwis i zakończyła mecz zwycięstwem 6:3, 6:2, potwierdzając swoją dominację.

    Wyniki spotkań: Hubert Hurkacz – Tallon Griekspoor 6:3, 7:6(4)
    Iga Świątek – Suzan Lamens 6:3, 6:2

    Stan rywalizacji: 2:0 dla Polski
    Przed zespołami pozostał jeszcze mecz miksta, który dopełnił udanego dnia biało-czerwonych w United Cup.

  • Kapelan Nawrockiego wprost ws. prezydenta. Ogłosił to publicznie. I te słowa o Janie Pawle II

    Kapelan Nawrockiego wprost ws. prezydenta. Ogłosił to publicznie. I te słowa o Janie Pawle II

    Jarosław Wąsowicz o Karolu Nawrockim i środowisku kibiców. Wspomina też wydarzenia po śmierci Jana Pawła II

    Jarosław Wąsowicz, salezjanin mianowany przez prezydenta Karola Nawrockiego jego kapelanem, nie ukrywa swoich poglądów i otwarcie mówi o relacji głowy państwa ze środowiskiem kibicowskim. W rozmowie z Danielem Nawrockim, najstarszym synem prezydenta, podkreśla, że doświadczenia ze stadionów miały realny wpływ zarówno na kampanię wyborczą, jak i na samego Nawrockiego. – On jest jednym z nas i wiem, że o tym nie zapomni – przekonuje duchowny. W trakcie wywiadu wraca również do wydarzeń, które rozegrały się w Polsce po śmierci Jana Pawła II.

    Po objęciu urzędu prezydenta Karol Nawrocki podjął szereg istotnych decyzji personalnych. Jedną z nich było powołanie nowego kapelana prezydenckiego. Wybór padł na ks. Jarosława Wąsowicza, z którym Nawrocki przed laty współtworzył książkę „Wielka Lechia Moich Marzeń”. Publikacja poświęcona była postaci Tadeusza Kazimierza Duffka „Dufo”, legendarnego lidera kibiców Lechii Gdańsk, zmarłego w 2005 roku.

    Wąsowicz od lat jest związany ze środowiskiem fanów piłki nożnej. Organizuje ogólnopolskie pielgrzymki kibiców na Jasną Górę i z tego powodu bywa określany mianem „kapelana kibiców”. Już w najbliższą sobotę, 10 stycznia, do Częstochowy po raz osiemnasty przyjadą sympatycy klubów z całej Polski, by wspólnie uczestniczyć w mszy świętej.

    Wydarzenie promuje Daniel Nawrocki, który na swoim kanale w serwisie YouTube opublikował nagranie zapowiadające pielgrzymkę. Główną częścią materiału jest rozmowa z ks. Wąsowiczem, w której pojawiają się wątki związane zarówno z prezydentem, jak i z historią kibicowskich inicjatyw, w tym z reakcjami stadionów na śmierć Jana Pawła II.

    „Jest jednym z nas”

    Kapelan prezydenta zwraca uwagę na rolę, jaką – jego zdaniem – odegrali kibice w kampanii wyborczej Karola Nawrockiego. Jak podkreśla, bez wsparcia zwykłych ludzi, także tych ze stadionów, zwycięstwo mogłoby nie być możliwe. – Tata miałby ciężko wygrać wybory bez zaplecza zwykłych ludzi, którzy się modlili i którzy na stadionach wywieszali transparenty „Byle nie Trzaskowski”. Warto o tym dziś pamiętać – mówi w rozmowie z Danielem Nawrockim.

    Wąsowicz opisuje też zasady, które – jego zdaniem – obowiązują w środowisku kibiców. – Jeśli komuś dzieje się krzywda, staramy się pomóc. Gdy trzeba coś zrobić dla Lechii czy dla Polski, stoimy w jednym szeregu – zaznacza. Jednocześnie przypomina, że sam Karol Nawrocki wywodzi się z tego środowiska i wielokrotnie dawał temu wyraz.

    Przywołuje sytuację, gdy już jako prezydent RP Nawrocki pojawił się na meczu Lechii Gdańsk z Motorem Lublin i wszedł na trybunę najbardziej zagorzałych kibiców. – To był moment wzruszający, ale też historyczny. Głowa państwa weszła na młyn, gdzie doping jest na całego, a wszyscy skandują jego imię. On jest jednym z nas i wiem, że o tym nie zapomni. To środowisko ukształtowało go w imię zasad, które w życiu bardzo się przydają – tłumaczy duchowny.

    Wspomnienia po śmierci Jana Pawła II

    W dalszej części rozmowy ks. Wąsowicz mówi o społecznych inicjatywach kibiców oraz o wydarzeniach sprzed lat, związanych z osobą Jana Pawła II. Przypomina, że fani klubów piłkarskich wielokrotnie angażowali się w obronę papieża i Kościoła. – Kiedy trzeba było bronić Ojca Świętego, gdy był atakowany przez postkomunę, kibice stawali w jego obronie, pojawiały się oprawy. Gdy trzeba było bronić kościołów, robili to właśnie kibice – mówi.

    Kapelan ocenia, że Pielgrzymka Kibiców na Jasną Górę nie mogłaby się odbywać, gdyby nie doświadczenie wspólnoty, które narodziło się po śmierci Jana Pawła II. Wspomina sceny ze stadionów w całej Polsce, wspólne modlitwy i momenty, gdy rywalizujące ze sobą środowiska potrafiły się zjednoczyć.

    – To były narodowe rekolekcje – podkreśla. Przypomina m.in. przerwane mecze po informacji o śmierci papieża czy wspólne Eucharystie kibiców klubów będących od lat w konflikcie. – Kibice Cracovii i Wisły Kraków, najwięksi rywale, spotkali się razem na stadionie na mszy. Takie sceny działy się w całej Polsce. Wtedy kibice zobaczyli, że są wydarzenia i postacie, które nas wszystkich łączą – bez względu na to, jakie barwy nosimy – podsumowuje ks. Jarosław Wąsowicz.

  • Stoch wywołany w Bischofshofen. Złoty Orzeł dla Polaka, wielki moment

    Stoch wywołany w Bischofshofen. Złoty Orzeł dla Polaka, wielki moment

    Nie zawiódł kibiców finałowy konkurs tegorocznego Turnieju Czterech Skoczni. Rywalizacja w Bischofshofen dostarczyła ogromnych emocji, a o końcowym triumfie zdecydowała szalona końcówka, w której nie brakowało prób przekraczających 140 metrów. Na austriackiej skoczni dobrze zaprezentowali się także reprezentanci Polski, w tym Kamil Stoch. Dla trzykrotnego mistrza olimpijskiego był to jednocześnie ostatni start w legendarnych niemiecko-austriackich zawodach. Tuż po zakończeniu konkursu doszło do wyjątkowej i niezwykle wzruszającej sceny.

    Obecny sezon zimowy ma szczególne znaczenie dla Kamila Stocha. Doświadczony skoczek już przed jego rozpoczęciem oficjalnie ogłosił, że to jego ostatnia kampania w zawodowej karierze. Od tamtej pory każdy kolejny występ Zakopiańczyka budzi ogromne emocje wśród kibiców, którzy coraz wyraźniej odczuwają zbliżające się pożegnanie z jedną z największych legend polskich skoków narciarskich. Nie inaczej było w Bischofshofen, gdzie Stoch po raz kolejny potwierdził swoją klasę.

    Po nieudanym występie w Innsbrucku 38-latek potrafił się odbudować i we wtorek oddał dwie solidne próby, pokazując, że wciąż stać go na skakanie na wysokim poziomie. Gdy wydawało się, że po ostatnim skoku będzie mógł spokojnie zejść ze skoczni, odpocząć i zacząć przygotowania do powrotu do kraju, organizatorzy przygotowali dla niego niespodziankę.

    Ku radości licznie zgromadzonych fanów spiker zawodów nagle wywołał nazwisko Kamila Stocha. Na oczach tysięcy kibiców Polak został uhonorowany symbolicznym Złotym Orłem. Choć statuetka nie była tak okazała jak trofeum dla zwycięzcy Turnieju Czterech Skoczni, sam gest miał ogromne znaczenie. Stoch przyjął wyróżnienie z widocznym wzruszeniem, a na jego twarzy pojawiły się emocje, których nie próbował ukrywać.

    – Zrobiło się bardzo sentymentalnie, gdy usłyszałem ten aplauz kibiców i słowa spikera – przyznał później w rozmowie z Eurosportem. – Każda skocznia miała w tym roku w sobie coś wyjątkowego, szczególnie podczas Turnieju Czterech Skoczni. W Oberstdorfie czułem się niesamowicie, w Garmisch-Partenkirchen było podobnie, w Innsbrucku również. Wszędzie organizatorzy i fani żegnali się ze mną w wyjątkowy sposób. Może właśnie dlatego warto było wcześniej powiedzieć, że to będzie mój ostatni sezon. Dzięki temu mogłem przeżyć takie chwile pożegnania – podkreślił Stoch.

    Symboliczny Złoty Orzeł w Bischofshofen stał się kolejnym dowodem na to, jak wielkim szacunkiem i sympatią Kamil Stoch cieszy się nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie. To był moment, który na długo pozostanie w pamięci zarówno samego zawodnika, jak i jego kibiców.