Author: newuser

  • Lewandowski leci do Arabii Saudyjskiej. Potwierdziły się doniesienia. Oto szczegóły

    Lewandowski leci do Arabii Saudyjskiej. Potwierdziły się doniesienia. Oto szczegóły

    FC Barcelona w ostatnim czasie wyraźnie złapała rytm i imponuje formą. W sobotnich derbach Katalonii zespół prowadzony przez Hansiego Flicka bez większych problemów pokonał Espanyol 2:0. Kropkę nad „i” w samej końcówce postawił Robert Lewandowski, który sprytnym lobem nad bramkarzem rywali przypieczętował zwycięstwo. Teraz przed kapitanem reprezentacji Polski i całym zespołem Blaugrany kolejna podróż – tym razem do Arabii Saudyjskiej. Powód jest jasny.

    Ostatnia porażka Barcelony miała miejsce 25 listopada, gdy Katalończycy ulegli Chelsea 0:3 na Stamford Bridge w Lidze Mistrzów. Od tamtego momentu drużyna Flicka prezentuje się znakomicie, notując serię ośmiu kolejnych zwycięstw. Najświeższym sukcesem było właśnie sobotnie derby z Espanyolem.

    To spotkanie było szczególne również dla Roberta Lewandowskiego. Polski napastnik przełamał strzelecką niemoc, która trwała ponad miesiąc. W 90. minucie meczu zachował zimną krew i efektowną podcinką ustalił wynik rywalizacji. W trwającym sezonie Lewandowski rozegrał już 19 spotkań, w których zdobył dziewięć bramek i dorzucił dwie asysty.

    Superpuchar Hiszpanii w Arabii Saudyjskiej. Kto poleci z Barceloną?

    Teraz przed Barceloną kolejne wyzwanie – rywalizacja w Superpucharze Hiszpanii. W tegorocznej edycji turnieju, obok Dumy Katalonii, udział biorą także Real Madryt, Atletico Madryt oraz Athletic Bilbao. W półfinale mistrzowie Hiszpanii zmierzą się właśnie z zespołem z Kraju Basków.

    Mecz zaplanowano na środę 7 stycznia, na godzinę 20:00. Areną zmagań będzie King Abdullah Sports City w Dżuddzie, a więc – podobnie jak w poprzednich latach – turniej rozegrany zostanie w Arabii Saudyjskiej. Kataloński dziennik „Sport” ujawnił szczegóły dotyczące podróży zespołu.

    Zgodnie z informacjami hiszpańskich mediów, barcelońska „ekspedycja” ma wyruszyć do Dżuddy w poniedziałek o godzinie 12:30. W kadrze meczowej nie zabraknie oczywiście Roberta Lewandowskiego, który po udanym występie w derbach może liczyć nawet na miejsce w wyjściowym składzie.

    Dziennikarze „Sportu” informują również, że bardzo możliwy jest wylot Ronalda Araujo razem z drużyną. Urugwajczyk nie pojawiał się w meczowej kadrze Barcelony od pamiętnego starcia z Chelsea, w którym obejrzał czerwoną kartkę. Później zmagał się z problemami natury mentalnej i nie był dostępny dla trenera. Ostatnio jednak wrócił do treningów i wszystko wskazuje na to, że jego powrót na boisko jest coraz bliżej.

    „Przebywanie z zespołem może odegrać kluczową rolę w jego dalszym rozwoju oraz pomóc mu uporać się z problemami ze zdrowiem psychicznym” – podkreśla kataloński dziennik. Do Arabii Saudyjskiej ma polecieć także Gavi, który powoli wraca do pełni sił po kontuzji łąkotki.

    FC Barcelona przystępuje do turnieju w roli obrońcy tytułu Superpucharu Hiszpanii. Relację na żywo z półfinałowego starcia z Athletikiem Bilbao będzie można śledzić na łamach Interii Sport.

  • Wybitny powrót Hurkacza. Zverev pokonany, wszystko w rękach Świątek

    Wybitny powrót Hurkacza. Zverev pokonany, wszystko w rękach Świątek

    Prawie siedem miesięcy kibice musieli czekać na kolejny występ Huberta Hurkacza. W poniedziałek odliczanie wreszcie dobiegło końca. Wrocławianin wrócił do rywalizacji podczas United Cup i od razu został rzucony na głęboką wodę. Jego pierwszym rywalem był Alexander Zverev, jeden z czołowych tenisistów świata. Polak sprawił jednak ogromną niespodziankę. Zaprezentował się tak, jakby w ogóle nie miał za sobą długiej przerwy od gry, i w znakomitym stylu pokonał Niemca 6:3, 6:4, dając reprezentacji Polski prowadzenie w rywalizacji.

    Problemy zdrowotne, które doskwierały Hurkaczowi podczas turnieju ATP 250 w ’s-Hertogenbosch, wykluczyły go z gry na wiele miesięcy. Polak zniknął z kortów, poddał się kolejnemu zabiegowi i konsekwentnie realizował plan powrotu do pełnej dyspozycji. Tym razem nie chciał ryzykować i popełnić błędu z 2024 roku, gdy zbyt szybki powrót odbił się na jego formie. Dlatego świadomie zrezygnował z końcówki poprzedniego sezonu, skupiając się na solidnym przygotowaniu do nowej kampanii.

    Pod koniec grudnia półfinalista Wimbledonu z 2021 roku udał się do Australii, gdzie tradycyjnie rozpoczął sezon od występu w drużynowym United Cup. Razem z resztą reprezentacji Polski chciał nawiązać do bardzo udanych występów z poprzednich edycji – w 2023 roku biało-czerwoni dotarli do półfinału, a w dwóch kolejnych sezonach meldowali się w wielkim finale. Tegoroczna rywalizacja od początku zapowiadała się jednak niezwykle wymagająco. Polacy trafili do trudnej grupy F, w której mierzą się z Niemcami oraz Holandią.

    Na inaugurację czekało ich starcie z naszymi zachodnimi sąsiadami – drużyną, która dwa lata temu odebrała Polakom tytuł w finale. Wówczas Hurkacz miał nawet piłki mistrzowskie w meczu z Zverevem, lecz Niemiec doprowadził do decydującego miksta, wygranego przez swój zespół. Tym razem Hubert dostał szansę na sportowy rewanż. Przed meczem trudno było jednak przewidzieć jego dyspozycję po tak długiej przerwie.

    Spotkanie rozpoczęło się od serwisu Hurkacza. Już pierwszy gem przyniósł zaciętą walkę na przewagi, lecz Polak nie dopuścił rywala do żadnego break pointa. Chwilę później sam ruszył do ataku i błyskawicznie zaskoczył Zvereva. Po błędzie trzeciego zawodnika rankingu ATP Wrocławianin wypracował dwie okazje na przełamanie i przy drugiej z nich wyszedł na prowadzenie. Po potwierdzeniu breaka Hurkacz objął wynik 3:0, nadając ton całemu setowi.

    Niemiec próbował odpowiedzieć i szukał swoich szans przy returnie, ale Polak był w tej fazie meczu praktycznie bezbłędny. Nawet jeśli przegrywał pierwszy punkt w gemie, natychmiast ratował się kapitalnym serwisem. W premierowej odsłonie Hurkacz imponował podaniem, notując aż 13 asów w pięciu własnych gemach serwisowych. Taka dyspozycja pozwoliła mu pewnie wygrać seta 6:3.

    Druga partia zaczęła się od serwisu Zvereva, który starał się przejąć inicjatywę i wywrzeć większą presję na Polaku. W czwartym gemie Niemiec doczekał się pierwszego break pointa, lecz Hurkacz obronił go asem i chwilę później doprowadził do remisu 2:2. Choć Zverev wyglądał na nieco bardziej stabilnego, z każdą kolejną minutą narastała w nim frustracja wynikająca z braku realnych korzyści.

    Przełom nastąpił w siódmym gemie. To Hurkacz od początku dyktował warunki i szybko wypracował dwie szanse na przełamanie. Pierwsza nie została wykorzystana, lecz przed kolejnym break pointem Zverev otrzymał ostrzeżenie od sędziego za przekroczenie czasu. Niemiec długo dyskutował z arbitrem, jednak decyzja nie została cofnięta. Chwilę później Polak znakomicie rozegrał akcję, odważnie zaatakował i przełamał rywala, co wyraźnie wytrąciło Zvereva z równowagi. Niemiec, nie kryjąc emocji, cisnął rakietą o kort.

    Po zmianie stron Hurkacz bez problemu potwierdził przełamanie i znalazł się o krok od zwycięstwa. Zverev zdołał jeszcze dorzucić jednego gema, przerzucając presję na Polaka przy zamykaniu meczu. Wrocławianin zachował jednak spokój, wytrzymał napięcie i ostatecznie triumfował 6:3, 6:4, kończąc spotkanie z imponującym dorobkiem 21 asów serwisowych.

    Jeśli w kolejnym singlu Iga Świątek pokona Evę Lys, reprezentacja Polski zapewni sobie zwycięstwo nad Niemcami już po grach indywidualnych.

    Wyniki: Hubert Hurkacz – Alexander Zverev 6:3, 6:4
    Iga Świątek – Eva Lys
    Iga Świątek/Hubert Hurkacz – Laura Siegemund/Alexander Zverev

    Stan rywalizacji: 1:0 dla Polski

  • Potwierdzają się niebywałe doniesienia o Justynie Kowalczyk-Tekieli. Ma powód do radości

    Potwierdzają się niebywałe doniesienia o Justynie Kowalczyk-Tekieli. Ma powód do radości

    Justyna Kowalczyk-Tekieli ponownie pojawiła się na trasach biegowych i zrobiła to w sposób, który nie pozostawił żadnych wątpliwości co do jej sportowej klasy. Multimedalistka olimpijska w imponującym stylu wygrała XII edycję Pucharu Kościeliska, zdecydowanie pokonując wszystkie rywalki. Jej triumf miał szczególny wymiar, bo tegoroczne zawody odbywały się ku pamięci wybitnego polskiego olimpijczyka i legendy lokalnego sportu.

    Nie ma przesady w stwierdzeniu, że Justyna Kowalczyk-Tekieli jest najwybitniejszą postacią w historii polskich biegów narciarskich. Multimedalistka igrzysk olimpijskich, dwukrotna mistrzyni świata, czterokrotna zdobywczyni Kryształowej Kuli oraz czterokrotna zwyciężczyni Tour de Ski przez lata wyznaczała standardy światowego narciarstwa biegowego. Jej kariera była symbolem żelaznej konsekwencji, odporności psychicznej i sportowej doskonałości, a sukcesy osiągane na największych arenach na trwałe zapisały jej nazwisko w historii światowego sportu. Dla wielu młodych zawodniczek i zawodników stała się wzorem do naśladowania i inspiracją.

    Choć kilka lat temu zakończyła zawodową karierę i przeszła na sportową emeryturę, nigdy nie odcięła się od narciarstwa biegowego. Wręcz przeciwnie – nadal aktywnie uczestniczy w życiu sportowym, angażując się w szkolenie młodzieży i promocję aktywności fizycznej. Od czasu do czasu sama także staje na linii startu, udowadniając, że prawdziwa pasja i znakomita forma nie znikają wraz z końcem profesjonalnej rywalizacji.

    Tak było również podczas XII edycji Pucharu Kościeliska. Zawody rozegrano na trasach biathlonowych w Kirach, gdzie na starcie stanęło łącznie 121 amatorów narciarstwa biegowego – 27 kobiet i 94 mężczyzn. Rywalizacja odbywała się w formule startu wspólnego, oddzielnie dla kobiet i mężczyzn, co dodatkowo podkreślało sportowy charakter wydarzenia.

    W rywalizacji pań faworytka była tylko jedna – i szybko potwierdziła swoją pozycję. Justyna Kowalczyk-Tekieli od pierwszych metrów narzuciła bardzo wysokie tempo, stopniowo powiększając przewagę nad rywalkami. Dystans pięciu kilometrów pokonała w znakomitym czasie 10:34,8, zdecydowanie deklasując pozostałe zawodniczki. Jej występ był prawdziwą ozdobą zawodów i kolejnym dowodem na to, że nawet po latach pozostaje zawodniczką z absolutnego topu.

    Tegoroczna edycja Pucharu Kościeliska miała również wyjątkowy, symboliczny charakter. Zawody poświęcono pamięci Stanisława Bukowskiego – wybitnego olimpijczyka, trenera oraz 12-krotnego mistrza Polski, który przez lata był jedną z ikon sportu w Kościelisku. Bukowski reprezentował Polskę m.in. podczas igrzysk olimpijskich w Cortinie d’Ampezzo w 1956 roku, zajmując 13. miejsce, co przez długi czas pozostawało najlepszym wynikiem polskiego narciarza. Legendą stała się także jego niezwykła sprawność – w wieku 60 lat oddał skok na Wielkiej Krokwi, i to w tradycyjnym góralskim stroju.

    Zwycięstwo Justyny Kowalczyk-Tekieli w Kirach było więc nie tylko sportowym pokazem klasy, ale również pięknym hołdem dla bogatej historii polskiego narciarstwa i postaci, które je tworzyły.

  • Nocny komunikat WTA. Sabalenka straciła punkty. Zmiana na podium rankingu

    Nocny komunikat WTA. Sabalenka straciła punkty. Zmiana na podium rankingu

    Nowy sezon WTA ledwie się rozpoczął, minęło zaledwie kilkadziesiąt godzin od pierwszych spotkań, a większość największych gwiazd kobiecego tenisa wciąż nie wyszła jeszcze na kort. Mimo to w nocy polskiego czasu doszło do niespodziewanych przetasowań w światowym rankingu. Najboleśniej odczuły je Aryna Sabalenka oraz Coco Gauff. Amerykanka wypadła nawet z podium i nie zajmuje już miejsca tuż za plecami Igi Świątek. Skąd tak nagłe zmiany i dlaczego WTA zdecydowała się na taki ruch właśnie teraz? Wyjaśniamy.

    Sezon ruszył, a ranking już zaskakuje

    Piątkowe mecze United Cup oraz kwalifikacje do turnieju WTA 500 w Brisbane oficjalnie zainaugurowały nowy sezon w kobiecym tourze. Od pierwszych dni rywalizacja toczy się na wysokim poziomie, a do wtorku wszystkie zawodniczki z czołowej dziesiątki rankingu powinny mieć już za sobą co najmniej jedno singlowe spotkanie. Zarówno obecny tydzień, jak i kolejny – z turniejami w Adelajdzie (WTA 500) i Hobart (WTA 250) – traktowane są jednak głównie jako etap przygotowań do najważniejszego wydarzenia stycznia, czyli Australian Open.

    Układ światowej czołówki został ustalony jeszcze w pierwszej połowie listopada, po zakończeniu WTA Finals w Rijadzie. Wówczas spory awans zanotowała Jelena Rybakina, lecz w samej ścisłej elicie zmiany były raczej kosmetyczne. Liderką pozostawała Aryna Sabalenka, wyprzedzając Igę Świątek, Coco Gauff oraz Amandę Anisimovą. Co ciekawe, z tego grona jedynie Gauff zdążyła już rozegrać singlowy mecz w nowym sezonie – i to właśnie ona najbardziej odczuła skutki nocnej aktualizacji rankingu, spadając na czwarte miejsce.

    Dlaczego Coco Gauff wypadła z podium?

    W nocy WTA przeprowadziła bowiem cotygodniową aktualizację rankingu. Zgodnie z obowiązującymi zasadami, w każdej takiej aktualizacji odejmowane są punkty zdobyte dokładnie 52 tygodnie wcześniej, a w ich miejsce wchodzą rezultaty z ostatniego tygodnia rywalizacji.

    Tym razem sytuacja była jednak nieco bardziej skomplikowana niż zwykle. Sezon w Australii rozpoczął się bowiem o tydzień później niż przed rokiem. Teoretycznie oznaczało to, że od zakończenia United Cup czy turnieju WTA 500 w Brisbane formalnie minęło właśnie 52 tygodnie, ale wielu obserwatorów spodziewało się, że WTA weźmie przesunięcie kalendarza pod uwagę. Logika podpowiadała, że punkty z tych imprez powinny „wypaść” dopiero za tydzień, gdy zostaną zastąpione aktualnymi wynikami.

    Tak się jednak nie stało. Punkty z zeszłorocznych australijskich turniejów zostały odjęte już teraz. Najwięcej straciła Aryna Sabalenka – aż 500 punktów za triumf w Brisbane. Jednocześnie w jej dorobku pojawiło się wolne miejsce, które natychmiast zostało uzupełnione 120 punktami za występ w turnieju WTA 1000 w Dubaju.

    Iga Świątek straciła w tej aktualizacji 217 punktów, ale prawdziwym przegranym okazała się Coco Gauff. Amerykanka pożegnała się z 500 punktami zdobytymi przed rokiem w United Cup, a w zamian „wskoczyło” jedynie 10 oczek z jednego z lutowych turniejów na Bliskim Wschodzie w 2025 roku. To wystarczyło, by jej dorobek spadł poniżej Amandy Anisimovej, której punkty pozostały bez zmian. W efekcie Gauff obsunęła się na czwarte miejsce w rankingu.

    Ranking WTA na starcie sezonu 2026

    Tak prezentuje się aktualna klasyfikacja najlepszych tenisistek świata na początku sezonu 2026:

    1. Aryna Sabalenka – 10 490 pkt

    2. Iga Świątek – 8 178 pkt

    3. Amanda Anisimova – 6 287 pkt (awans o 1 pozycję)

    4. Coco Gauff – 6 273 pkt (spadek o 1 pozycję)

    5. Jelena Rybakina – 5 850 pkt

    6. Jessica Pegula – 5 583 pkt

    7. Madison Keys – 4 335 pkt

    8. Jasmine Paolini – 4 236 pkt

    9. Mirra Andriejewa – 4 125 pkt

    10. Jekaterina Aleksandrowa – 3 375 pkt

    Polki w rankingu WTA

    Zmiany objęły także reprezentantki Polski, choć w ich przypadku miały one raczej pozytywny charakter:

    52. Magda Linette – 1 089 pkt (awans o 2 pozycje)

    59. Magdalena Fręch – 1 059 pkt

    133. Linda Klimovicova – 538 pkt (awans o 5 pozycji)

    134. Katarzyna Kawa – 537 pkt (awans o 5 pozycji)

    146. Maja Chwalińska – 493 pkt (awans o 4 pozycje)

    323. Martyna Kubka – 196 pkt (awans o 1 pozycję)

    395. Weronika Ewald – 152 pkt (awans o 2 pozycje)

    Nocna aktualizacja rankingu pokazała, że nawet zanim sezon na dobre się rozkręci, matematyka WTA potrafi wywołać spore zamieszanie. Kolejne tygodnie i pierwsze turnieje w Australii szybko zweryfikują jednak ten układ sił.

  • Bez hitu z Osaką. Mistrzyni US Open 2021 rezygnuje z występu. Jest komunikat

    Bez hitu z Osaką. Mistrzyni US Open 2021 rezygnuje z występu. Jest komunikat

    Naomi Osaka nie zaliczyła udanego otwarcia sezonu 2026. Już w swoim pierwszym występie Japonka musiała uznać wyższość Marii Sakkari, przegrywając wyraźnie w rywalizacji podczas United Cup. W niedzielę w Perth miało dojść do kolejnego głośnego pojedynku z jej udziałem – tym razem z Emmą Raducanu. Starcie dwóch mistrzyń US Open zapowiadano jako jeden z hitów fazy grupowej, jednak ostatecznie do niego nie doszło. Na niespełna godzinę przed rozpoczęciem meczu organizatorzy wydali oficjalny komunikat o rezygnacji jednej z tenisistek.

    Zarówno Osaka, jak i jej trener Tomasz Wiktorowski, z pewnością inaczej wyobrażali sobie początek nowego sezonu. Japonka rozpoczęła rywalizację w piątek i od razu trafiła na wymagającą rywalkę – Marię Sakkari. Czterokrotna triumfatorka turniejów wielkoszlemowych nie była jednak w stanie sprostać temu wyzwaniu. Greczynka zaprezentowała się zdecydowanie lepiej, wygrywając spotkanie w dwóch setach. Szczególnie jednostronny był drugi z nich, w którym Sakkari całkowicie zdominowała wydarzenia na korcie. Mecz zakończył się wynikiem 6:4, 6:2 na korzyść tenisistki z Europy.

    W niedzielę Osaka miała otrzymać szansę na rehabilitację, a rywalka zapowiadała się równie atrakcyjnie. Organizatorzy United Cup już wcześniej wskazywali to spotkanie jako jedno z najciekawszych w całej fazie grupowej. Naprzeciw siebie miały stanąć dwie mistrzynie US Open – triumfatorka z lat 2018 i 2020 oraz sensacyjna zwyciężczyni nowojorskiego Szlema z 2021 roku. W meczu Japonii z Wielką Brytanią oznaczało to potencjalny pojedynek Naomi Osaki z Emmą Raducanu.

    Na krótko przed rozpoczęciem rywalizacji nadeszły jednak rozczarowujące wieści. Kilka minut po godzinie 2:00 czasu polskiego, niespełna 60 minut przed pierwszym gwizdkiem w meczu Japonia – Wielka Brytania, organizatorzy poinformowali o zmianach w składach. Z oficjalnego komunikatu wynikało, że Emma Raducanu wycofała się z niedzielnego występu. Tym samym hitowe starcie z Osaką nie doszło do skutku. Brytyjkę, mistrzynię US Open z 2021 roku, zastąpiła Katie Swan – zawodniczka sklasyfikowana na 276. miejscu w rankingu WTA. To ona ostatecznie stanęła po drugiej stronie kortu w pojedynku z Japonką.

    Dla reprezentacji Wielkiej Brytanii było to kolejne poważne osłabienie. Już kilka dni przed rozpoczęciem United Cup stało się jasne, że w żadnym z australijskich turniejów na początku sezonu nie wystąpi Jack Draper. Triumfator turnieju Masters w Indian Wells wciąż zmaga się z problemami zdrowotnymi, które wykluczyły go z gry przez znaczną część drugiej połowy sezonu 2025. W jego miejsce do zespołu dołączył Billy Harris. Zawodnik zajmujący 128. miejsce w rankingu ATP spisał się solidnie, pokonując Shintaro Mochizukiego 7:6(4), 6:3 i wyprowadzając Brytyjczyków na prowadzenie w rywalizacji z Japonią.

    Pozostaje pytanie, czy Emma Raducanu pojawi się na korcie w kolejnym spotkaniu swojej drużyny – tym razem przeciwko Marii Sakkari. Niewykluczone, że ponownie zastąpi ją niżej notowana koleżanka z zespołu. Poniedziałkowe starcie pomiędzy reprezentacjami Wielkiej Brytanii i Grecji zaplanowano na godzinę nie wcześniejszą niż 10:00 czasu polskiego.

  • Sceny grozy na Bergisel. Co zrobił Tomasiak? Polak 4 punkty od TOP 3

    Sceny grozy na Bergisel. Co zrobił Tomasiak? Polak 4 punkty od TOP 3

    Domen Prevc szybko otrząsnął się po kwalifikacyjnej wpadce na Bergisel i znów pokazał klasę lidera. Prowadzący w klasyfikacji generalnej Turnieju Czterech Skoczni Słoweniec wygrał serię próbną przed niedzielnym konkursem Pucharu Świata w Innsbrucku. Próba została jednak poprzedzona niepokojącym zdarzeniem – groźnym upadkiem przedskoczka, który wymagał interwencji służb medycznych. Z bardzo dobrej strony zaprezentował się także 18-letni Kacper Tomasiak. Polak zajął siódme miejsce, tracąc zaledwie cztery punkty do trzeciego Stefana Krafta. Na belce startowej pojawili się również Kamil Stoch, Maciej Kot oraz Dawid Kubacki.

    Turniej Czterech Skoczni wchodzi w kluczową fazę rywalizacji. Po zmaganiach w Niemczech karawana Pucharu Świata przeniosła się do Austrii, gdzie tradycyjnie wszystko rozpoczyna konkurs na Bergisel w Innsbrucku. Niedzielne zawody zaplanowano na godzinę 13:30, natomiast w samo południe rozegrano serię próbną, która miała dać odpowiedź na pytanie o aktualną formę czołowych skoczków.

    W tle wciąż żywe były emocje po sobotnich kwalifikacjach, które zakończyły się burzliwą dyskusją po dyskwalifikacji Pawła Wąska. Ostatecznie do konkursu Pucharu Świata awansowało czterech reprezentantów Polski: Kamil Stoch, Maciej Kot, Dawid Kubacki oraz Kacper Tomasiak.

    Początek serii próbnej został nieco opóźniony. Jak poinformował portal Skijumping.pl, powodem był „groźny upadek przedskoczka”, który miał miejsce przy zeskoku skoczni Bergisel i wymagał natychmiastowej pomocy medycznej.

    Gdy rywalizacja w końcu ruszyła, jako pierwszy z Polaków zaprezentował się Kamil Stoch. Trzykrotny mistrz olimpijski uzyskał 120 metrów, notując przeciętny wynik i minimalnie przegrywając z Maximilianem Ortnerem (121 m). To właśnie Austriak będzie jego rywalem w systemie KO w pierwszej serii konkursowej.

    Tę samą odległość osiągnął Maciej Kot, jednak nota punktowa była o 0,2 punktu niższa niż w przypadku Stocha, co przełożyło się na dalszą lokatę. Kluczowym punktem odniesienia dla Kota pozostaje jednak jego bezpośredni rywal z pary – Kacper Tomasiak. 18-latek spisał się znakomicie, szybując na 127,5 metra i zdecydowanie wygrywając wewnętrzny polski pojedynek.

    Najkrótszy skok spośród Biało-Czerwonych oddał Dawid Kubacki. Wracający do rywalizacji w Pucharze Świata mistrz świata z Seefeld uzyskał 117,5 metra. Startował jednak z 11. belki, a nie – jak pozostali Polacy – z 12., dzięki czemu uplasował się wyżej w klasyfikacji serii próbnej. Co więcej, okazał się lepszy od Słoweńca Roka Oblaka, co może być umiarkowanie optymistycznym sygnałem przed konkursem.

    Serię próbną zdominował Domen Prevc, który wylądował na 134,5 metra i nie dał rywalom żadnych złudzeń. Tuż za nim znaleźli się Stephan Embacher oraz Stefan Kraft. Wysokie, siódme miejsce zajął Kacper Tomasiak, potwierdzając bardzo dobrą dyspozycję przed niedzielnymi zawodami.

    Skoki narciarskie – PŚ w Innsbrucku. Wyniki serii próbnej:

    1. Domen Prevc – 84,2 pkt (134,5 m)

    2. Stephan Embacher – 82,1 pkt (128 m)

    3. Stefan Kraft – 75,4 pkt (127 m)
    …

    4. Kacper Tomasiak – 71,4 pkt (127,5 m)
    …

    5. Dawid Kubacki – 62,8 pkt (117,5 m)
    …

    29. Kamil Stoch – 59,2 pkt (120 m)
    …

    31. Maciej Kot – 59,0 pkt (120 m)

    Niedzielny konkurs zapowiada się niezwykle ciekawie – zarówno w kontekście walki o triumf w Turnieju Czterech Skoczni, jak i występów młodego Tomasiaka, który coraz śmielej zaznacza swoją obecność w światowej czołówce.

  • Wrzawa w Barcelonie. Wszystko przez Lewandowskiego. Tak nazwali Polaka

    Wrzawa w Barcelonie. Wszystko przez Lewandowskiego. Tak nazwali Polaka

    Robert Lewandowski rozpoczął sobotnie derby stolicy Katalonii na ławce rezerwowych, ale gdy pojawił się na murawie w drugiej połowie, ostatecznie zrobił to, z czego słynie najbardziej. Choć jego występ długo pozostawał niemal niezauważony, w 90. minucie spotkania z Espanyolem wpisał się na listę strzelców i przypieczętował zwycięstwo FC Barcelona 2:0. Ten gol wywołał ogromną radość wśród kibiców „Dumy Katalonii” i sprawił, że Polak został bardzo wysoko oceniony przez hiszpańskich ekspertów, którzy nazwali go w sposób wyjątkowo sugestywny.

    Espanyol przez długi czas był niezwykle wymagającym rywalem dla Barcelony. Gospodarze stworzyli kilka groźnych sytuacji i w innych okolicznościach mogli nawet prowadzić różnicą kilku bramek. Ich marzenia o sensacyjnym wyniku skutecznie studził jednak Joan Garcia – były zawodnik Espanyolu, a obecnie jeden z bohaterów Barcelony. Hiszpan po raz kolejny w tym sezonie popisał się serią kapitalnych interwencji, a wspierany przez solidnie broniącego Marko Dmitrovicia długo utrzymywał wynik bezbramkowy.

    Wobec narastających problemów ofensywnych trener Hansi Flick zdecydował się na zdecydowany ruch. W 64. minucie przeprowadził potrójną zmianę, zdejmując z boiska Gerarda Martina, Ferrana Torresa i Raphinhę. Na murawie pojawili się Pedri, Robert Lewandowski oraz Dani Olmo – i to właśnie ta roszada okazała się kluczowa dla losów spotkania.

    Jako pierwszy niemoc Barcelony przełamał Dani Olmo, który w 86. minucie popisał się efektownym uderzeniem i dał gościom prowadzenie 1:0. Gdy Espanyol próbował jeszcze odpowiedzieć w końcówce, decydujący cios zadał Lewandowski. W doliczonym czasie gry Polak wykorzystał dogranie Fermína Lópeza i podwyższył wynik na 2:0, zapewniając Barcelonie spokój w ostatnich sekundach meczu.

    Przy tej bramce kapitan reprezentacji Polski miał nieco szczęścia – próbując przelobować bramkarza, sprawił, że piłka odbiła się jeszcze od torsu golkipera, zanim wpadła do siatki. Liczy się jednak efekt końcowy, a ten był dla Barcelony idealny.

    Dla Lewandowskiego był to już dziewiąty gol w obecnym sezonie La Liga, co nie umknęło uwadze katalońskich mediów. „Mundo Deportivo” określiło go mianem „człowieka demolki”, podkreślając przede wszystkim jego instynkt strzelecki i skuteczność. – Wszedł na boisko, by wnieść do ataku więcej jakości niż mający problemy ze szczęściem Ferran Torres. Gdy tylko nadarzyła się okazja, nie pomylił się – napisano przy nazwisku 37-latka.

    Równie zadowoleni byli dziennikarze „Sportu”, którzy nazwali Polaka po prostu „Goleadorem” i przyznali mu notę 8 w dziesięciostopniowej skali. – Podwyższył wynik na 2:0, dając Barcelonie upragniony spokój. Świetne podanie Fermína zostawiło go niemal sam na sam z bramkarzem. To nie był jego najlepszy mecz, ale strzelił gola, a właśnie tego się od niego oczekuje – podsumowano występ Lewandowskiego.

    Derby Barcelony po raz kolejny pokazały, że nawet gdy Lewandowski nie dominuje na boisku przez całe spotkanie, w kluczowym momencie potrafi przesądzić o losach meczu. A to dla Barcelony wartość nie do przecenienia.

  • Nawrocki też się podpisał. To już się dzieje na całym świecie

    Nawrocki też się podpisał. To już się dzieje na całym świecie

    Kryptowaluty, giełda, transfery piłkarskie – hazard stał się codziennością życia publicznego

    Hazard dawno przestał być domeną kasyn i punktów bukmacherskich. Dziś przenika niemal każdą sferę życia społecznego – od inwestowania, przez sport, aż po politykę. Co więcej, sami bukmacherzy nie tylko świetnie odnajdują się w tej rzeczywistości, ale coraz śmielej wchodzą do świata władzy.

    Pod koniec ubiegłego roku popularny podcast „Dwie lewe ręce” opublikował odcinek zatytułowany „Witajcie w globalnym kasynie, czyli nasze przepowiednie na rok 2026”. Jakub Dymek i Marcin Giełzak rozmawiali w nim o zjawisku, które w krajach anglosaskich analizowane jest już od dłuższego czasu: o coraz powszechniejszym hazardowym podejściu do gospodarki, polityki i decyzji publicznych. Nie chodzi wyłącznie o branżę hazardową sensu stricto, lecz o logikę ryzyka, spekulacji i gry va banque, która stała się nową normą.

    Polityka jak gra w tchórza

    Najbardziej jaskrawym symbolem tej tendencji pozostaje Donald Trump – były właściciel kasyn, który politykę prowadzi dokładnie tak, jakby siedział przy stole hazardowym. Widać to chociażby na przykładzie ceł nakładanych na towary importowane do Stanów Zjednoczonych. Gdy ogłaszał ich wysokość, ekonomiści przecierali oczy ze zdumienia, pytając, skąd wzięły się te liczby i czy mają jakiekolwiek uzasadnienie ekonomiczne.

    Tyle że sens ekonomiczny nie był tu kluczowy. Liczyła się reakcja drugiej strony. Trump zachowywał się jak uczestnik gry w tchórza: rozpędzał samochód do maksimum i sprawdzał, kto pierwszy skręci. Nie chodziło o to, czy to się „opłaca”, lecz o to, kto mrugnie.

    Trump jest jednak bardziej skutkiem niż przyczyną szerszego procesu. Globalne giełdy coraz częściej przypominają kasyna, w których „inwestorzy” obstawiają krótkoterminowe wzrosty i spadki kursów, zamiast realnie uczestniczyć w rozwoju firm i ich zyskach. Podobną logiką rządzą się kryptowaluty – aktywa o wartości czysto umownej, oderwanej od realnej gospodarki. W Polsce ich regulację zawetował prezydent Karol Nawrocki, mimo że ryzyko kolejnej spekulacyjnej bańki jest oczywiste i powszechnie dostrzegane.

    Poufna wiedza i szybkie pieniądze

    Hazardowa polityka to nie tylko abstrakcyjne decyzje makroekonomiczne, ale też bardzo konkretne pieniądze trafiające do kieszeni wtajemniczonych. Gdy Trump czasowo zawiesił 125-procentowe cła na towary z Chin, natychmiast pojawiły się oskarżenia, że osoby znające decyzję przed jej oficjalnym ogłoszeniem mogły zarobić fortuny na giełdzie.

    Podobny skandal wybuchł w Wielkiej Brytanii. Ujawniono, że kilku posłów Partii Konserwatywnej, urzędników oraz funkcjonariuszy ochrony rządu obstawiło u bukmacherów termin przedterminowych wyborów parlamentarnych. Gwarancją wygranej była wiedza o decyzji premiera Rishiego Sunaka, zanim ta została upubliczniona. Łącznie aż 15 osób ma stanąć przed sądem pod zarzutem wykorzystania informacji poufnych.

    Bukmacherzy odkrywają politykę

    To jednak zaledwie przedsmak tego, co może nadejść. W Stanach Zjednoczonych rynek zakładów politycznych dopiero się rozwija, a już osiąga gigantyczną skalę. Na platformach Kalshi i Polymarket na wynik wyborów na burmistrza Nowego Jorku postawiono – według szacunków – około pół miliarda dolarów.

    Co więcej, notowania bukmacherskie zaczęły być traktowane niemal jak sondaże opinii publicznej. Podczas jednego z wywiadów Zohran Mamdani, późniejszy zwycięzca wyborów, usłyszał, że według Kalshi ma aż 92 procent szans na wygraną. Odpowiedział anegdotą: po latach zadzwonił do niego kolega z liceum tylko po to, by powiedzieć: „Stary, postawiłem na ciebie tysiąc dolarów, nie zawiedź mnie”.

    John Herrman z „New York Magazine” stawia w tym kontekście fundamentalne pytanie: czy hazard pożre media polityczne tak samo, jak wcześniej zdominował media sportowe? W USA jeszcze do 2018 roku obowiązywał federalny zakaz zakładów sportowych (z wyjątkiem Nevady). Po wyroku Sądu Najwyższego reklamy bukmacherów, kursy i prognozy stały się nieodłącznym elementem transmisji sportowych. ESPN – największa sportowa stacja w kraju – uruchomiła własnego bukmachera ESPN Bet, a FanDuel przejął sieć lokalnych telewizji sportowych, zmieniając ich nazwę na FanDuel Sports.

    Piłkarskie transfery – ruletka milionów

    Duch hazardu przenika sport także w inny sposób. Szczególnie w europejskiej piłce nożnej, gdzie kondycja finansowa klubów wprost zależy od wyników sportowych. Ryzyko jest tu wpisane w sam model funkcjonowania.

    Najlepszym przykładem pozostaje FC Barcelona. Tzw. „dźwignie finansowe” zastosowane przez prezydenta Joana Laportę były klasyczną grą va banque. Ryzykując przyszłość klubu, postawił na kosztowne transfery – w tym Roberta Lewandowskiego – by utrzymać Barcelonę w światowej czołówce. Na razie hazard się opłacił: sukcesy sportowe i bramki Polaka pozwoliły klubowi wciąż generować setki milionów euro. Równowaga finansowa pozostaje jednak wyjątkowo krucha.

    Laporta dla jednych jest wizjonerem i bohaterem, dla innych symbolem niebezpiecznej lekkomyślności. Z kolei Javier Tebas, szef La Liga, który od lat pilnuje finansowych reguł i ogranicza rozrzutność klubów, przez kibiców bywa nazywany „szkodnikiem”. Paradoks polega na tym, że to on próbuje uchronić ligę przed zamienieniem się w kasyno prowadzące prosto do bankructw.

    Polskie kasyno piłkarskie

    Również w Polsce nie brakuje przykładów ryzykownych decyzji właścicieli klubów. Najbardziej znanym pozostaje Bogusław Cupiał, który w piłkarskiej ruletce stracił ponad 100 milionów złotych, zanim oddał Wisłę Kraków praktycznie za bezcen. Kupował najlepszych piłkarzy w kraju, inwestował ogromne środki, a mimo to nigdy nie zdołał doprowadzić klubu do upragnionego awansu do Ligi Mistrzów.

    Mimo tej porażki jego metoda wciąż działa na wyobraźnię kibiców. Transfery, kolejne transfery i jeszcze więcej transferów – tego oczekują trybuny. Tymczasem w realiach finansowych polskich klubów znalezienie zawodnika, który realnie odmieni losy drużyny, bywa równie prawdopodobne jak trafienie głównej wygranej w ruletce.

    Hazard przestał być marginesem. Stał się językiem, w którym opisujemy dziś gospodarkę, politykę i sport. I nic nie wskazuje na to, byśmy mieli szybko odejść od stołu.

  • Było tuż po meczu. Szczęsny od razu ruszył do Garcii i zrobił to

    Było tuż po meczu. Szczęsny od razu ruszył do Garcii i zrobił to

    Tuż po zakończeniu derbowego meczu Espanyol – FC Barcelona (0:2) w mediach społecznościowych zaczęło krążyć nagranie, które błyskawicznie przykuło uwagę kibiców. Jego bohaterami byli Wojciech Szczęsny oraz Joan Garcia – bramkarz, który skradł show w sobotnie popołudnie.

    Joan Garcia po raz kolejny w tym sezonie potwierdził, że już dziś należy do ścisłej czołówki światowych golkiperów. 24-letni Hiszpan był kluczową postacią zwycięskich dla Barcelony derbów rozgrywanych na stadionie Espanyolu. Paradoks tej historii jest wyjątkowy – Garcia jeszcze niedawno reprezentował barwy lokalnego rywala, a teraz w barwach „Blaugrany” kilkukrotnie w fenomenalnym stylu zatrzymywał swoich byłych kolegów z drużyny, ratując zespół przed stratą bramki.

    Szczęsny zachwycił gestem wobec bohatera meczu

    Choć na listę asyst wpisali się Dani Olmo i Robert Lewandowski, a Fermin Lopez – który pojawił się na murawie po przerwie – zanotował dwie decydujące dogrania, to statuetka dla najlepszego piłkarza spotkania trafiła właśnie do Garcii. Decyzja ta nie budziła większych kontrowersji, biorąc pod uwagę klasę interwencji hiszpańskiego bramkarza.

    Prawdziwe emocje wywołało jednak to, co wydarzyło się już po końcowym gwizdku. Kamery uchwyciły moment, w którym Wojciech Szczęsny jako pierwszy podbiegł do Garcii, mocno go uściskał, a następnie – ku zaskoczeniu wielu – pocałował w szyję. Gest byłego reprezentanta Polski został odebrany jako wyraz ogromnego szacunku i uznania dla młodszego kolegi z zespołu. W sieci szybko pojawiły się komentarze podkreślające klasę Szczęsnego, a także ironiczne uwagi, że Marc-André ter Stegen w tym czasie bez zwłoki udał się do szatni.

    Statystyki Garcii tylko potwierdzają jego znakomitą dyspozycję. W obecnym sezonie wystąpił w 15 spotkaniach, stracił zaledwie 14 bramek i aż sześciokrotnie zachował czyste konto – liczby, które robią ogromne wrażenie.

    Barcelona odjeżdża rywalom i myśli o Superpucharze

    Dzięki zwycięstwu w derbach FC Barcelona – przynajmniej do niedzielnego popołudnia – ma aż siedem punktów przewagi nad drugim w tabeli Realem Madryt, który zmierzy się u siebie z Realem Betis (godz. 16:15).

    Zespół prowadzony przez Hansiego Flicka nie zamierza jednak zwalniać tempa. Już 7 stycznia (godz. 20:00) „Blaugrana” rozpocznie walkę o Superpuchar Hiszpanii. W półfinale rozgrywanym w Arabii Saudyjskiej jej rywalem będzie Athletic Bilbao. W drugim półfinale dojdzie do elektryzujących derbów Madrytu – Real kontra Atletico.

    https://x.com/angrygavi/status/2007573263484961267?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E2007573263484961267%7Ctwgr%5Ef3617b3c98d00bd281a1c4ccd88bbf02a0e77ff5%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fwww.sport.pl%2Fpilka%2F76508232505452bylo-tuz-po-meczu-szczesny-od-razu-ruszyl-do-garcii-i-zrobil.html

  • Ksiądz grzmi ws. Tuska. To jego wybrał Nawrocki. “Największa obraza”

    Ksiądz grzmi ws. Tuska. To jego wybrał Nawrocki. “Największa obraza”

    Ksiądz Jarosław Wąsowicz, salezjanin wybrany przez Karola Nawrockiego na kapelana, ostro skomentował wpis Kancelarii Prezesa Rady Ministrów opublikowany przy okazji październikowego meczu reprezentacji Polski z Litwą w Kownie. W rozmowie z Danielem Nawrockim duchowny nie krył oburzenia, określając użyte w nim sformułowania jako „największą obrazę”, zwłaszcza w kontekście dzieci zaproszonych na spotkanie.

    Październikowy wyjazd do Kowna był dla reprezentacji Polski udanym zakończeniem zgrupowania eliminacyjnego do mistrzostw świata. Zespół prowadzony przez trenera Jana Urbana zwyciężył Litwę 2:0, a bramki na Stadionie Dariusa i Girenasa zdobyli Sebastian Szymański oraz kapitan kadry Robert Lewandowski. Mecz z trybun honorowych oglądał premier Donald Tusk, który zasiadł obok litewskiej premier Ingi Ruginienė.

    Wizyta szefa polskiego rządu nie przebiegała jednak w spokojnej atmosferze. Z sektora zajmowanego przez polskich kibiców słychać było wulgarne okrzyki pod jego adresem, a na stadionie pojawił się również transparent bezpośrednio wymierzony w premiera. Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem Kancelaria Premiera opublikowała w mediach społecznościowych wpis informujący o specjalnej inicjatywie towarzyszącej tej wizycie. Przekazano w nim, że Donald Tusk zaprosił dzieci polonijne z Wilna do wspólnego kibicowania reprezentacji Polski, dołączając do komunikatu zdjęcia z premierem RP.

    Właśnie do tego sformułowania odniósł się ksiądz Jarosław Wąsowicz, który w sierpniu objął funkcję kapelana prezydenta Karola Nawrockiego. Duchowny, nawiązując do doświadczeń dzieci uczestniczących w salezjańskich koloniach dla młodych Polaków z Ukrainy, Litwy, Białorusi i innych krajów dawnego bloku wschodniego, nie szczędził mocnych słów.

    – Dla nich największą obrazą jest mówienie, że są Polonią. Tak właśnie zrobił premier podczas ostatniego meczu. Kancelaria Premiera napisała, że Donald Tusk zaprosił dzieci polonijne z Wilna. To tak, jakby ktoś uderzył je w twarz – powiedział w rozmowie z Danielem Nawrockim w ramach cyklu „Nawrocki w Polsce”.

    Kapłan podkreślił, że dzieci te nie powinny być określane mianem Polonii. Jak zaznaczył, są to Polacy, którzy pozostali na historycznych polskich ziemiach i od lat dbają o zachowanie narodowych tradycji oraz języka. – Oni pilnują polskości, są jej wierni, choć często mają znacznie trudniejsze warunki niż ich rówieśnicy w kraju – dodał.

    Wypowiedź księdza Wąsowicza wywołała szeroką dyskusję wokół używanego w przestrzeni publicznej języka oraz sposobu określania Polaków mieszkających poza granicami kraju, zwłaszcza na terenach dawnej Rzeczypospolitej.