Author: newuser

  • Znacząca decyzja Nawrockiego, ukrywano to aż do teraz. Niespodzianka na mszy świętej

    Znacząca decyzja Nawrockiego, ukrywano to aż do teraz. Niespodzianka na mszy świętej

    Od kilku dni media spekulowały, czy Karol Nawrocki rzeczywiście pojawi się na Jasnej Górze podczas Pielgrzymki Kibiców. Wątpliwości rozwiał oficjalny komunikat Kancelarii Prezydenta, który potwierdził wizytę głowy państwa w Częstochowie. Jak się okazało, prezydent nie tylko wziął udział w uroczystościach, ale także przygotował dla Ojców Paulinów wyjątkowy dar. Informacja o nim była utrzymywana w tajemnicy aż do samej mszy, a niespodziankę ujawniono dopiero w kaplicy.

    Karol Nawrocki modlił się wspólnie z tysiącami wiernych podczas mszy świętej odprawianej w ramach XVIII Patriotycznej Pielgrzymki Kibiców na Jasną Górę. Jeszcze przed rozpoczęciem Eucharystii prezydent został uroczyście i serdecznie powitany przez gospodarzy sanktuarium. Z ambony padły słowa podkreślające rangę wizyty:
    — To dla nas wielki zaszczyt i honor gościć pana w Narodowym Sanktuarium Polaków. Pańska obecność jest wypełnieniem obietnicy, że jako prezydent Rzeczypospolitej Polskiej będzie pan pielgrzymował razem ze środowiskiem kibiców, prosząc o potrzebne łaski dla naszej Ojczyzny.

    W trakcie uroczystości ujawniono również, że prezydent nie przybył do Częstochowy z pustymi rękami. Zdecydował się ofiarować Ojcom Paulinom dar o szczególnym, symbolicznym znaczeniu.

    Oto co Karol Nawrocki podarował na Jasnej Górze. Symboliczny gest

    Przed rozpoczęciem mszy przypomniano, że Karol Nawrocki nie jest nową postacią na Pielgrzymce Kibiców. W poprzednich latach uczestniczył w niej jeszcze jako kandydat na urząd prezydenta. Zwrócono uwagę, że rok temu obiecał powrót na Jasną Górę w 2026 roku – już jako prezydent Rzeczypospolitej. Słowa dotrzymał.

    Jak ogłoszono z ołtarza, prezydent przekazał Ojcom Paulinom wotum dziękczynne w postaci mszalnego kielicha. — Już teraz dziękujemy za dotrzymanie słowa i za dar wotywny, jakim jest mszalny kielich — poinformował jeden z duchownych.

    Przedmiot ten ma głęboką wymowę symboliczną. W tradycji Kościoła kielich stanowi wotum dziękczynne, składane jako wyraz wdzięczności za otrzymane łaski. Co więcej, ma on również wymiar historyczny. W przeszłości był darem dla metropolity Edwarda Ozorowskiego, ofiarowanym z okazji ingresu do archidiecezji białostockiej 16 listopada 2006 roku przez Ryszarda Kaczorowskiego – ostatniego prezydenta RP na uchodźstwie, który zginął w katastrofie smoleńskiej.

    Także sam Karol Nawrocki nie opuścił Jasnej Góry bez pamiątki. Prezydencki kapelan, a zarazem organizator Pielgrzymki Kibiców, ksiądz Jarosław Wąsowicz, wręczył mu okolicznościowy szal z napisem:
    „XVIII Pielgrzymka Kibiców. Jasna Góra 10.01.2026”.

    Wizyta prezydenta oraz przekazane dary stały się jednym z najbardziej symbolicznych momentów tegorocznej pielgrzymki, podkreślając zarówno jej religijny, jak i patriotyczny charakter.

  • Pajor i spółka nie miały litości. Popis Polki, siedem goli w pierwszej połowie. Absolutna deklasacja

    Pajor i spółka nie miały litości. Popis Polki, siedem goli w pierwszej połowie. Absolutna deklasacja

    Kobieca FC Barcelona to niekwestionowany dominator hiszpańskiej Ligi F. Niewiele jest drużyn, które potrafią stawić czoła Ewie Pajor i spółce. 10 stycznia próby powstrzymania “Blaugrany” podjęły się zawodniczki drużyny Madrid CFF, zajmujące przed tym spotkaniem 7. miejsce w ligowej tabeli. Liderki hiszpańskiej ekstraklasy nie zamierzały jednak okazywać choćby cienia litości swoim rywalkom. W samej tylko pierwszej połowie udało im się strzelić… siedem bramek. Pajor była autorką trzech z nich. W drugiej odsłonie meczu tempo zdobywania bramek absolutnie nie spadło.

    Kobieca FC Barcelona to zespół, który dominuje świat damskiego futbolu. Od 6 lat drużyna ta dzierży w swoich rękach tytuł mistrzyń Hiszpanii, nie dając absolutnie żadnych szans konkurencji.
    Od 2024 roku w szeregach tej ekipy gra najlepsza polska piłkarka – Ewa Pajor. Napastniczka z kraju nad Wisłą niemal natychmiast stała się fundamentem katalońskiej ekipy, niezwykle często goszcząc na ustach Hiszpańskich mediów. Wszystko to dzięki instynktowi strzeleckiemu, który sieje postrach w szeregach rywalek.

    W tym sezonie polska napastniczka znów figuruje na szczycie lisy strzelczyń hiszpańskiej Ligi F. Po 14 meczach Pajor ma bowiem na swoim koncie aż 11 trafień oraz 3 asysty. Szansę na powiększenie tego dorobku 29-latka otrzymała 10 stycznia, kiedy to FC Barcelona rozegrała kolejne ligowe spotkanie. Tym razem naprzeciw piłkarkom “Dumy Katalonii” wyszły zawodniczki klubu Madrid CFF zajmującego 7. miejsce w ligowej tabeli.
    Pajor nie miała litości dla rywalek. Koncert Polki i deklasacja w pierwszej połowie
    Premierowe minuty starcia Barcelony z Madrid CFF był dość wyrównane. “Duma Katalonii” pozwoliła rywalkom nieco nacieszyć się posiadaniem piłki. Mimo to, pierwszy groźny strzał na bramkę oddała Alexia Putellas. Golkiperka rywalek z Madrytu stała jednak na posterunku.

    Pierwsza kapitulacja czekała ją jednak w 10. minucie. Wówczas świetnie wyprowadzona piłka odnalazła Pajor, która zabawiła się z defensorkami rywalek. Później prostym zwodem pokonała bramkarkę, która zdecydowała się na niezbyt przemyślane wyjściem z bramki. Sytuację próbowała jeszcze uratować jedna z defensorek, jednak jej wysiłki ostatecznie nie przyniosły rezultatu. Dzięki temu Ewa Pajor mogła cieszyć się swoim pierwszym golem w 2026 roku, który dodatkowo dał Barcelonie prowadzenie.

    Od momentu zdobycia bramki przez Pajor, FC Barcelona stopniowo przejmowała pełną kontrolę nad meczem. Raptem 6 minut później Polka miała okazję do podwyższenia prowadzenia. Tym razem strzał głową nie znalazł jednak drogi do bramki rywalek.

    Polka miała bardzo wyraźną chęć na zdobywanie goli. Ponownie objawiło się to w 21. minucie meczu, kiedy wspomniana wcześniej Putellas zgrała świetną piłkę w pole karne. Wpierw dopadła do niej bramkarka madryckiej drużyny, jednak nie dała ona rady opanować futbolówki. Ta szczęśliwie odpiła się od nabiegającej Pajor, znajdując drogę do bramki.
    Drugi gol Polki podziałał demotywująco na rywalki. Fakt ten wykorzystała 19-letnia Carla Julia, która również nie miała tego dnia litości dla defensorek. Jedna z nich została upokorzona, kiedy to nastolatka puściła piłkę między jej nogami. Chwilę po tym zagraniu Julia oddała precyzyjny strzał z ostrego kąta, umieszczając piłkę niemalże w samym okienku bramki, pilnowanej przez Paolę Ulloa. Tym sposobem kobieca Barcelona prowadziła już trzema bramkami.

    Wynik ten nie utrzymał się jednak długo. Tym razem do głosu doszła bowiem 18-letniej Sydney Schertenleib. Potężny strzał Szwajcarki nie pozostawił bramkarce najmniejszych szans.
    Zdawało się, że w tej połowie gra stanie się już nieco spokojniejsza. Ewa Pajor zdecydowanie nie powiedziała jednak swojego ostatniego słowa. Polska napastniczka znów znalazła się w odpowiednim miejscu, zdobywając gola po świetnym uderzeniu głową. Tym samym przed zejściem do szatni kapitan reprezentacji Polski skompletowała swojego pierwszego hat-tricka w tym roku.

    Do przerwy na listę strzelczyń wpisały się jeszcze Esmee Brugts, a także Nuria Mendoza, dla której było to jednak trafienie samobójcze. Tym sposobem piłkarki Barcelony zeszły na przerwę przy druzgocącym wyniku 7:0.
    Pajor nie zwalniała tempa. Po tym meczu znów będzie głośno o Polce
    Mocno zdemotywowane rywalki z Madrytu miały przed sobą jeszcze 45 minut męki. Dość niespodziewanie druga odsłona spotkania zaczęła się jednak od gola Emilie Nautnes, który nieco zmniejszył wymiar kary, zafundowanej tego dnia przez katalońskie piłkarki.
    Raptem kilka minut później doszło jednak do przewinienia w polu karnym, po którym FC Barcelona otrzymała “jedenastkę”. Tą na bramkę zamieniła Alexia Putellas, szybko odpowiadając na nieoczekiwane trafienie rywalki.

    Również w tej połowie mogliśmy obserwować świetnie dysponowaną Pajor. W 59. minucie Polka ponownie otrzymała fenomenalne dośrodkowanie. Piłka znalazła się na idealnej wysokości, aby oddać potężny strzał głową. To właśnie uczyniła Pajor, zdobywając swoją 4 bramkę w tym meczu.
    W takim tempie zdobywania bramek przebicie dwucyfrowej liczby goli wydawało się jedynie kwestią czasu. Sztuka ta ostatecznie udała się po trafieniu 18-letniej Ainoi Gomez. Chwilę później swoją drugą bramkę w tym meczu zdobyła również Sydney Schertenleib. Tuż po 80. minucie na listę strzelczyń wpisała się także Claudia Pina.

  • Show Ewy Pajor w Barcelonie! Wystarczyło 38 minut

    Show Ewy Pajor w Barcelonie! Wystarczyło 38 minut

    Ewa Pajor przerwała krótką serię dwóch ligowych spotkań bez gola i zrobiła to w imponującym stylu. Reprezentantka Polski zdobyła aż trzy bramki w ciągu pierwszych 38 minut sobotniego meczu 15. kolejki ligi hiszpańskiej, w którym FC Barcelona rozbiła Madrid CFF.

    Już w 9. minucie spotkania Pajor znalazła się w centrum uwagi. Polka otrzymała piłkę na szóstym metrze, minęła bramkarkę rywalek i z ostrego kąta posłała futbolówkę do pustej siatki, otwierając wynik meczu. Barcelona od początku narzuciła wysokie tempo, a Pajor była niezwykle aktywna w polu karnym przeciwniczek.

    Na kolejne trafienie nie trzeba było długo czekać. W 21. minucie napastniczka ponownie wpisała się na listę strzelczyń, podwyższając prowadzenie „Dumy Katalonii”. Jej popis strzelecki zwieńczyła 38. minuta, gdy po podaniu Carli Julii Martínez skompletowała hat-tricka, mając na koncie trzy gole jeszcze przed przerwą.

    Dla Pajor było to już 14. ligowe trafienie w obecnym sezonie, dzięki czemu umocniła się na pozycji liderki klasyfikacji strzelczyń. Druga w tym zestawieniu Imade z Realu Sociedad ma na koncie trzy gole mniej.

    Barcelona nie poprzestała na wyczynach Polki. Na 3:0 trafiła 19-letnia Carla Julia Martínez, a cztery minuty później wynik podwyższyła o rok młodsza Szwajcarka Sydney Schertenleib. Do przerwy gospodynie prowadziły aż 5:0, powtarzając dorobek bramkowy z poprzedniego starcia z Madrid CFF, choć w tamtym meczu Pajor zdobyła tylko jedną bramkę.

    Po 15 kolejkach FC Barcelona ma na koncie 42 punkty i siedem „oczek” przewagi nad wiceliderem tabeli – Realem Madryt. W kolejnym spotkaniu ligowym kataloński zespół zmierzy się z inną drużyną ze stolicy Hiszpanii – Atletico Madryt (14 stycznia, godz. 19).

    https://x.com/LigaF_oficial/status/2010053186825105598?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E2010053186825105598%7Ctwgr%5Edad9e8dc34ad2d7fc20e25f3ef8d70179eaa1714%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fwww.sport.pl%2Fpilka%2F76494632519331wystarczylo-21-minut-pajor-bohaterka-barcelony.html

  • Polska w finale United Cup, a zaraz komunikat organizatorów. W sprawie Świątek

    Polska w finale United Cup, a zaraz komunikat organizatorów. W sprawie Świątek

    Takiego obrotu spraw przed startem United Cup nie przewidywał chyba nikt. Kluczem do trzeciego w historii awansu reprezentacji Polski do finału tych prestiżowych rozgrywek okazał się duet Katarzyna Kawa/Jan Zieliński. Po zwycięstwie Huberta Hurkacza nad Taylorem Fritzem oraz porażce Igi Świątek z Coco Gauff, to właśnie mikst musiał rozstrzygnąć losy półfinału z USA. Kawa i Zieliński stanęli przed niezwykle trudnym zadaniem – rywalizacją z Gauff i Christianem Harrisonem – i sprostali mu w imponującym stylu, sensacyjnie odwracając losy drugiego seta. Chwilę po tym triumfie organizatorzy United Cup opublikowali komunikat dotyczący finału. Wiemy już, kto rozpocznie decydujące starcie.

    Do każdego z dotychczasowych spotkań Polaków w mikście formalnie zgłaszany był sprawdzony duet Iga Świątek/Hubert Hurkacz, który w poprzednich edycjach United Cup spisywał się znakomicie. W pierwszych meczach grupowych z Niemcami i Holandią na kort wychodzili jednak Katarzyna Kawa i Jan Zieliński. Było to w pełni zrozumiałe – po zwycięstwach w singlach Biało-Czerwoni mieli już zapewnione wygrane całych spotkań.

    Sytuacja diametralnie zmieniła się jednak w starciach z Australią oraz Stanami Zjednoczonymi. W obu przypadkach Polska wygrywała tylko jeden mecz singlowy: najpierw Świątek z Mayą Joint, a w półfinale Hurkacz z Fritzem po dwóch tie-breakach. Porażka w mikście oznaczałaby odpadnięcie z turnieju. Mimo to na kort ponownie nie wyszli liderzy kadry. Kapitan znów postawił na Kawę i Zielińskiego.

    Decyzja okazała się strzałem w dziesiątkę. Najpierw polski duet pokonał mikst australijski, a w półfinale na wypełnionej po brzegi Ken Rosewall Arenie stoczył pasjonujący bój z Amerykanami. Kawa i Zieliński nie byli faworytami starcia z Harrisonem i Gauff, a mimo to wygrali oba sety w tie-breakach. Szczególnie dramatyczny był drugi z nich – Polacy odwrócili losy seta przy stanie 4:5 i 5:6, gdy serwowali rywale, broniąc przy tym dwie piłki setowe. Ten triumf zapewnił Polsce awans do wielkiego finału.

    Już wszystko jasne w sprawie niedzielnego finału w Sydney. Świątek „zamieniła się” z Hurkaczem
    Wcześniej miejsce w decydującym meczu wywalczyli Szwajcarzy, którzy po jeszcze bardziej dramatycznym starciu pokonali Belgię 2:1. To właśnie z zespołem dowodzonym przez 40-letniego Stana Wawrinkę Polacy zmierzą się w niedzielny poranek.

    Zgodnie z oficjalnym komunikatem United Cup, finał rozpocznie się o godz. 7.30 czasu polskiego pojedynkiem Belindy Bencic z Igą Świątek. W minionym sezonie Polka dwukrotnie pokonała Szwajcarkę – w półfinale Wimbledonu oraz w trzeciej rundzie turnieju w Wuhanie. Łączny bilans ich spotkań to 5:1 na korzyść Świątek.

    Po zakończeniu tego meczu, choć nie wcześniej niż o godz. 9.00, na kort wyjdą Hubert Hurkacz i Stan Wawrinka. Dla trzykrotnego mistrza wielkoszlemowego z czasów rywalizacji Federera, Nadala i Djokovicia to ostatni sezon w zawodowym tourze. W United Cup Wawrinka przegrał trzy z czterech spotkań, ale wciąż pozostaje groźnym rywalem – mimo że zajmuje miejsce w drugiej setce rankingu ATP. Szwajcar otrzymał dziką kartę do głównej drabinki Australian Open i nie musi grać kwalifikacji. Z Hurkaczem mierzył się dotąd tylko raz – trzy lata temu, również w United Cup. Wówczas lepszy był Polak.

    Jeśli po singlach będzie remis 1:1, o triumfie w finale zdecyduje mikst. Na razie Polacy zgłosili do niego Igę Świątek i Huberta Hurkacza, a Szwajcarzy Belindę Bencic i Stana Wawrinkę. Niewykluczone jednak, że obie drużyny zdecydują się na zmiany – o ile w ogóle do takiego rozstrzygnięcia dojdzie.

    https://x.com/UnitedCupTennis/status/2009984690695090528?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E2009984690695090528%7Ctwgr%5Edc4bf625496f3707aa5f4983d10a6ed3fdaa9217%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fsport.interia.pl%2Figa-swiatek%2Fnews-polska-w-finale-united-cup-a-zaraz-komunikat-organizatorow-wnId22507158

  • Tak powitali Nawrockiego na Jasnej Górze. Czegoś takiego jeszcze nie było

    Tak powitali Nawrockiego na Jasnej Górze. Czegoś takiego jeszcze nie było

    Prezydent Karol Nawrocki dotrzymał jednej z głośniej zapowiadanych przedwyborczych obietnic i wziął udział w XVIII Ogólnopolskiej Patriotycznej Pielgrzymce Kibiców na Jasną Górę. Jego obecność w Częstochowie miała wyjątkowy charakter i – jak podkreślali duchowni – była wydarzeniem bez precedensu. W Kaplicy Cudownego Obrazu Matki Bożej Częstochowskiej padły mocne, symboliczne słowa, a sama pielgrzymka zgromadziła rekordową liczbę wiernych i kibiców z całej Polski.

    Kilka dni przed uroczystościami Kancelaria Prezydenta oficjalnie potwierdziła udział głowy państwa w wydarzeniu. Tym samym Karol Nawrocki spełnił obietnicę złożoną jeszcze w trakcie kampanii wyborczej, kiedy zapowiadał, że jako prezydent spotka się z kibicami właśnie na Jasnej Górze. Przed rokiem mówił o szczególnej atmosferze tej pielgrzymki, podkreślając, że nawet sympatycy zwaśnionych klubów potrafią tu – „za sprawą duchowego czaru Jasnej Góry” – jednoczyć się we wspólnym myśleniu o Polsce, wierze i wartościach. Zwracał też uwagę na autonomiczny, niezależny charakter środowiska kibicowskiego i jego zdolność do podejmowania ważnych tematów społecznych.

    Sobotnia msza święta, zaplanowana na 10 stycznia, rozpoczęła się punktualnie w Kaplicy Cudownego Obrazu. Prezydent pojawił się na Jasnej Górze w towarzystwie młodszego syna oraz funkcjonariuszy Służby Ochrony Państwa. Już na początku jeden z duchownych zwrócił się bezpośrednio do Karola Nawrockiego, zapowiadając jego obecność i nadając wydarzeniu uroczysty ton.

    Zanim rozpoczęła się Eucharystia, odbyły się oficjalne powitania. W pierwszej kolejności uhonorowano prezydenta RP. – „Pragnę w imieniu swoim oraz gospodarzy tego miejsca serdecznie powitać i pozdrowić prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej pana Karola Nawrockiego” – powiedział duchowny, a zgromadzeni wierni i kibice odpowiedzieli gromkimi brawami.

    – „Panie prezydencie, jest pan na Jasnej Górze po raz trzeci. To dla nas wielki zaszczyt i honor gościć pana w Narodowym Sanktuarium Polaków. Pańska obecność jest wypełnieniem obietnicy, że jako prezydent będzie pan pielgrzymował razem ze środowiskiem kibiców, prosząc o potrzebne łaski dla naszej Ojczyzny” – dodano z ambony.

    Uroczyście powitano także głównego celebransa mszy, salezjanina księdza Tadeusza Itrycha, kapelana prezydenta księdza Jarosława Wąsowicza – organizatora XVIII Ogólnopolskiej Patriotycznej Pielgrzymki Kibiców – a także współpracowników prezydenta, w tym ministrów Jarosława Dębowskiego, Mateusza Koteckiego i Łukasza Witka, licznie zgromadzonych kapłanów oraz przedstawicieli mediów.

    – „Witam was wszystkich, bracia i siostry, pielgrzymi, kibice” – padło z ambony. Duchowny podkreślał, że mimo mroźnej aury wierni zgromadzili się jako wspólnota ludzi kochających sport, rywalizację i swoje drużyny, ale także przekazujących te pasje młodszym pokoleniom. Zwrócił uwagę, że działalność środowiska kibicowskiego daleko wykracza poza same stadiony i sportowe emocje. – „Ta pielgrzymka nieprzypadkowo nosi miano patriotycznej. W tym miejscu nikomu nie trzeba tłumaczyć, czym jest miłość do Ojczyzny” – zaznaczył.

    Głos zabrał również ksiądz Jarosław Wąsowicz, który podkreślił wyjątkowość tegorocznej edycji pielgrzymki. Jak zauważył, nigdy wcześniej wydarzenie to nie zgromadziło tak wielu uczestników. – „Chciałbym podziękować wam za obecność na Jasnej Górze w takiej liczbie, jakiej jeszcze tu nie było. To osiemnasta pielgrzymka, symbolicznie wchodzimy w pełnoletność – i to z przytupem. To się naprawdę dzieje” – mówił, zwracając się do tysięcy zgromadzonych kibiców.

    XVIII Ogólnopolska Patriotyczna Pielgrzymka Kibiców zapisała się tym samym w historii nie tylko rekordową frekwencją, ale także obecnością urzędującego prezydenta, co – jak podkreślali duchowni – stanowiło wydarzenie wyjątkowe i symboliczne dla całego środowiska.

  • Świątek przegrywała 1:4, gdy nagle ruszyła na Gauff. A potem dramat

    Świątek przegrywała 1:4, gdy nagle ruszyła na Gauff. A potem dramat

    Trener Wim Fissette poderwał się z miejsca i bił brawo. Podobnie reagowała niemal cała widownia w Sydney. Iga Świątek w imponującym stylu potrafiła odwrócić losy pierwszego seta, odrabiając stratę z 1:4 do 4:4 w półfinałowym meczu United Cup z Coco Gauff – w nieoficjalnych drużynowych mistrzostwach świata. Ostatecznie jednak radość była po stronie Amerykanki, która zwyciężyła w pełni zasłużenie 6:4, 6:2. To już czwarta z rzędu porażka Świątek z Gauff, odkąd Polka współpracuje z Fissette’em. Problem staje się aż nadto widoczny.

    Już rok temu Świątek przegrała z Gauff w finale United Cup, a Polska musiała uznać wyższość USA. Tym razem liderka naszej reprezentacji wychodziła na kort z teoretycznym komfortem – Hubert Hurkacz chwilę wcześniej pokonał Taylora Fritza 7:6, 7:6, dając Polsce prowadzenie. Zwycięstwo Igi oznaczałoby awans do finału. Tyle że w głowie Polki mogła krążyć inna myśl: od dłuższego czasu mecze z Gauff nie dają jej ani spokoju, ani poczucia kontroli.

    Początek spotkania dawał nadzieję. Po niespełna minucie Świątek prowadziła 40:0 przy serwisie rywalki i miała trzy break pointy. Gauff wyszła jednak z opresji bez szwanku, obroniła także czwartą szansę na przełamanie i to ona objęła prowadzenie. Chwilę później było już 4:1 dla Amerykanki.

    Gauff znalazła sposób na Świątek

    Dlaczego wynik tak szybko uciekł Idze? Bo Gauff grała niemal bezbłędnie. Polka dobrze returnowała, była dynamiczna, poruszała się z energią i konsekwentnie kierowała piłki na słabszą – teoretycznie – stronę rywalki, czyli forhend. Problem w tym, że Coco wyglądała, jakby słabych punktów po prostu nie miała.

    I nagle nastąpił zwrot. To Gauff zaczęła sprawiać wrażenie bezradnej, bo Świątek weszła na absolutnie najwyższe obroty. Od stanu 1:4 Polka ruszyła do frontalnego ataku, narzuciła gigantyczną presję i grała z taką precyzją, że gemy na 2:4, 3:4 i 4:4 wygrała… do zera. Dwanaście punktów z rzędu dla Igi było popisem na światowym poziomie.

    Niestety, odpowiedź Gauff była natychmiastowa i bardzo dojrzała. Od 4:4 to ona wygrała dwa kolejne gemy i zamknęła pierwszego seta. W trudnym momencie zachowała spokój, nie wpadła w nerwowość. Kto liczył, że powtórzą się jej problemy z meczu z Hiszpanką Bouzas Maneiro, był w błędzie.

    Tamto spotkanie Gauff przegrała 1:6, 7:6, 0:6, popełniając aż 14 podwójnych błędów serwisowych i notując zaledwie jednego asa. Przeciwko Świątek od ponad roku potrafi jednak znakomicie łączyć ofensywną odwagę z odpowiedzialnością i spokojem. Bez zbędnego ryzyka i bez paniki. Efekt? Odkąd trenerem Igi jest Wim Fissette, Gauff pozostaje dla niej niepokonana.

    Fissette oklaskiwał Polkę na stojąco, gdy ta w pierwszym secie odrobiła straty. Chwilę później wyglądał jednak na kompletnie bezradnego. Szczególnie było to widać przy prowadzeniu Gauff 6:4, 2:0. Amerykanka zmierzała wtedy po czwarte z rzędu zwycięstwo nad Świątek – czwarte, odkąd Belg zasiada w jej boksie.

    Walka była, ale to za mało

    Świątek nie odpuszczała, lecz to nie wystarczyło. Gauff zbudowała – jak trafnie zauważył przy stanie 4:6, 0:3 komentator Polsatu Sport Dawid Olejniczak – prawdziwy mur. Mur, przez który Polka nie potrafiła się przebić. Z biegiem czasu było już tylko trudniej. Iga walczyła o każdy punkt, ale kluczowe wymiany przegrywała, a serwis nie dawał jej wsparcia.

    Przy stanie 4:6, 0:5 Polka była o krok od porażki do zera w drugim secie. Obroniła jednak meczbola. Kolejne dwa obroniła przy 4:6, 1:5 i podaniu Gauff. W gestach i mimice Amerykanki pojawiło się zdenerwowanie, że nie potrafi postawić kropki nad „i”. Gdy Świątek przełamała na 2:5, na trybunach i przed telewizorami pojawiła się nadzieja. Niestety, przy serwisie Igi Gauff wypracowała czwartego meczbola i tym razem go wykorzystała.

    Porażka Igi, ale Polska wciąż w grze

    Po tym meczu warto zapamiętać trzygemowy zryw Świątek z pierwszego seta. W szerszej perspektywie jej bilans z Gauff wciąż jest korzystny – 11 zwycięstw w 16 meczach. Jednak zmiana z 11:1 na 11:5 mówi wiele. Gauff stała się dla Igi wyjątkowo niewygodną rywalką. I albo Wim Fissette nie ma pomysłu, jak ją pokonać, albo Świątek nie potrafi tego planu wdrożyć. A być może – niestety – jedno i drugie.

    Po porażce Igi w półfinale United Cup 2026 rywalizacja Polski z USA jest remisowa – 1:1. O awansie do finału zdecyduje mikst. Nie wiadomo jeszcze, czy kapitan postawi na duet Świątek/Hurkacz, czy na sprawdzoną w tym turnieju parę Katarzyna Kawa/Jan Zieliński, która zaczęła rozgrzewkę jeszcze w trakcie meczu Igi. Jedno jest pewne: zwycięzcy tego starcia zagrają w niedzielnym finale, gdzie czeka już reprezentacja Szwajcarii.

  • Kolejny wielki triumf Huberta Hurkacza na United Cup. Amerykański mistrz pokonany

    Kolejny wielki triumf Huberta Hurkacza na United Cup. Amerykański mistrz pokonany

    Półfinałowe starcie United Cup pomiędzy Polską a Stanami Zjednoczonymi w Sydney rozpoczęło się z blisko godzinnym opóźnieniem, jednak oczekiwanie w pełni się opłaciło. Jako pierwsi na kort wyszli Hubert Hurkacz i Taylor Fritz, a stawką ich pojedynku był niezwykle cenny pierwszy punkt w walce o awans do finału, w którym czekała już reprezentacja Szwajcarii. Dla wrocławianina była to także okazja do rewanżu za zeszłoroczną porażkę z Amerykaninem w decydującym meczu tych rozgrywek. Tym razem losy rywalizacji potoczyły się po myśli Polaka, który po dwóch zaciętych tie-breakach triumfował 7:6(1), 7:6(2).

    Reprezentacja Polski od początku istnienia United Cup imponuje regularnością. Od inauguracji turnieju w 2023 roku Biało-Czerwoni nieprzerwanie meldują się co najmniej w półfinale. W sobotę nasi tenisiści stanęli przed szansą trzeciego z rzędu awansu do wielkiego finału, co stało się możliwe dzięki zwycięstwu nad Australią 2:1 w ćwierćfinale. Kluczowy punkt w tamtym spotkaniu zdobył kapitalnie grający mikst Katarzyna Kawa / Jan Zieliński.

    Na drodze do finału ponownie stanęła jednak reprezentacja USA, czyli rywal, z którym Polska mierzyła się w walce o tytuł przed rokiem. Wówczas Coco Gauff i Taylor Fritz okazali się lepsi od Igi Świątek oraz Huberta Hurkacza w singlu. Tym razem organizatorzy odwrócili kolejność gier, a półfinał rozpoczął się od pojedynku mężczyzn.

    Hurkacz przystępował do meczu w bardzo dobrej dyspozycji. W dwóch pierwszych spotkaniach tegorocznego United Cup pokonał Alexandra Zvereva i Tallona Griekspoora, nie tracąc ani jednego gema serwisowego. Dopiero Alex de Minaur znalazł sposób na Polaka w ćwierćfinale z Australią. Fritz z kolei nie zachwycał formą w dotychczasowych występach, zmagał się również z drobnymi problemami zdrowotnymi, choć z dnia na dzień wyglądał coraz lepiej. Zapowiadało się więc na wyrównane i pełne napięcia starcie.

    Mecz rozpoczął się od serwisu Amerykanina, który pewnie wygrał swojego gema. Hurkacz w pierwszym rozdaniu musiał odrabiać straty ze stanu 15–30, ale zrobił to skutecznie, wygrywając trzy kolejne akcje. W kolejnych gemach obaj zawodnicy solidnie pilnowali własnych podań. Pierwsza szansa na przełamanie pojawiła się w siódmym gemie, gdy Polak wygrał dwie pierwsze wymiany przy serwisie Fritza. Amerykanin zdołał jednak wyjść z opresji i nie dopuścił do break pointów.

    Przy stanie 5:4 dla Fritza Hurkacz stanął przed poważnym wyzwaniem. Amerykanin wypracował dwa break pointy, które jednocześnie były piłkami setowymi. Wrocławianin zachował jednak zimną krew – najpierw posłał wygrywający serwis, a chwilę później asa. O losach seta zadecydował tie-break, który rozpoczął się od dwóch mini przełamań. Później na korcie rządził już tylko Hurkacz. Polak zagrał kapitalną serię, zdobywając sześć punktów z rzędu i zamykając pierwszą partię wynikiem 7:6(1).

    Drugi set rozpoczął się od serwisu Hurkacza. Polak popełnił drobne błędy i szybko zrobiło się 0–30, jednak ponownie potrafił się podnieść, wygrywając cztery kolejne akcje. Z racji zmienionej kolejności serwowania to Fritz musiał gonić wynik. W szóstym gemie Amerykanin popełnił błąd, który dał Hurkaczowi pierwszego break pointa w meczu i szansę na prowadzenie 4:2. Fritz obronił się jednak trzema znakomitymi podaniami.

    Do końca seta obaj zawodnicy skutecznie bronili własnych gemów, co oznaczało drugi tie-break. Ten rozpoczął się pechowo dla Hurkacza, który popełnił podwójny błąd serwisowy. Polak szybko się jednak zrehabilitował, odrabiając mini przełamanie po kapitalnej wymianie. Przy zmianie stron miał już dwa punkty przewagi, a efektownym minięciem wyszedł na prowadzenie 4:2. Od tego momentu Hurkacz nie oddał rywalowi ani jednego punktu, pewnie zamykając mecz zwycięstwem 7:6(2).

    Dzięki wygranej Huberta Hurkacza Polska objęła prowadzenie 1:0 w półfinale United Cup. Teraz na korcie w Sydney dojdzie do starcia Igi Świątek z Coco Gauff. Zwycięstwo Polki zapewni naszej reprezentacji awans do finału. W przypadku porażki o losach rywalizacji zadecyduje mecz mikstowy.

    Półfinał United Cup: Polska – USA
    Hubert Hurkacz – Taylor Fritz 7:6(1), 7:6(2)
    Iga Świątek – Coco Gauff
    mikst
    Stan rywalizacji: 1:0 dla Polski

  • Marianna Schreiber nie miała zamiaru niczego ukrywać. Takie ogłoszenie tuż przed walką w PRIME

    Marianna Schreiber nie miała zamiaru niczego ukrywać. Takie ogłoszenie tuż przed walką w PRIME

    Marianna Schreiber ponownie znalazła się w centrum zainteresowania tuż przed kolejnym wejściem do klatki. Na kilka dni przed sobotnią galą PRIME MMA i walką z Sarą „Lasuczitą” Sise 33-letnia celebrytka wzięła udział w oficjalnym ważeniu, a następnie bez żadnych niedomówień ujawniła w mediach społecznościowych, ile dokładnie waży.

    Schreiber od dawna uchodzi za jedną z najbardziej rozpoznawalnych, ale też najbardziej kontrowersyjnych postaci polskiego show-biznesu. W sportowym środowisku zrobiło się o niej szczególnie głośno w 2023 roku, gdy ogłosiła debiut we freak fightach. Decyzja ta wywołała ogromne poruszenie, ponieważ zaledwie kilka tygodni wcześniej – jako żona polityka PiS Łukasza Schreibera – publicznie krytykowała tego typu wydarzenia, nazywając je „patologią” i zapewniając, że nigdy nie wejdzie do oktagonu. Jej stanowisko szybko jednak uległo diametralnej zmianie.

    Od tamtej pory Marianna Schreiber stoczyła już kilka pojedynków, z których każdy budził spore emocje i dzielił opinię publiczną. Nie brakowało zarówno entuzjastów, jak i ostrych krytyków jej decyzji. Sama zainteresowana wielokrotnie podkreślała w wywiadach, że wejście do świata freak fightów było dla niej przede wszystkim wyborem pragmatycznym. Jak zaznaczała, udział w takich galach pozwolił jej poprawić sytuację finansową w trudnym okresie życia i stanąć na nogi.

    Z czasem można jednak odnieść wrażenie, że wraz z kolejnymi występami w klatce rośnie w niej sportowa ambicja. Schreiber coraz częściej podkreśla, że treningi traktuje poważnie, a każda kolejna walka jest dla niej wyzwaniem, które chce wygrać. Nadchodzące starcie z Sarą Sise tylko podsyca emocje, a sama zawodniczka nie ukrywa, że z niecierpliwością odlicza dni do sobotniej gali.

    W ramach przygotowań do pojedynku obie zawodniczki stanęły na wadze podczas oficjalnej ceremonii. Marianna Schreiber nie tylko pojawiła się na ważeniu PRIME MMA, ale również postanowiła podzielić się szczegółami z fanami. Na Instagramie opublikowała zdjęcia z wagi, pozując w skąpym stroju i prezentując sylwetkę wypracowaną podczas intensywnych treningów.

    Celebrytka nie pozostawiła miejsca na domysły i ujawniła dokładne dane. „176 cm wzrostu, 64,5 kg. 1 dzień do gali – trzymajcie kciuki” – napisała, dając jasno do zrozumienia, że jest w pełni gotowa na kolejne wyzwanie. Wszystko wskazuje na to, że zbliżająca się walka będzie dla niej nie tylko sprawdzianem sportowym, ale również kolejnym krokiem w umacnianiu swojej pozycji w świecie freak fightów.

  • 90 minut i koniec! Sabalenka na taki mecz czekała od ponad sześciu lat

    90 minut i koniec! Sabalenka na taki mecz czekała od ponad sześciu lat

    Aryna Sabalenka potwierdziła znakomitą dyspozycję na początku sezonu 2026 i bez większych problemów awansowała do finału turnieju WTA 500 w Brisbane. Liderka światowego rankingu pokonała w półfinale Karolinę Muchovą 6:3, 6:4, notując kolejne pewne zwycięstwo bez straty seta. Białorusinka zna już swoją rywalkę w decydującym starciu, a jej forma może być niepokojącym sygnałem dla konkurentek, w tym dla Igi Świątek.

    Podczas gdy najlepsza polska tenisistka reprezentuje kraj w rozgrywkach United Cup, jej największa rywalka w walce o prymat w kobiecym tenisie skupia się na rywalizacji indywidualnej. Sabalenka bardzo mocno weszła w nowy sezon, a jej gra w Brisbane pokazuje, że ewentualny powrót Świątek na fotel liderki rankingu WTA nie będzie prostym zadaniem.

    Trudne wyzwanie przed liderką rankingu

    Wszystko wskazywało na to, że Sabalenka w półfinale może zmierzyć się z Jeleną Rybakiną, co byłoby jednym z największych hitów początku sezonu. Ostatecznie Kazaszkę sensacyjnie wyeliminowała Karolina Muchova i to Czeszka stanęła naprzeciw liderki rankingu. Był to pojedynek, który zapowiadał się wymagająco dla Białorusinki – Muchova należała bowiem do nielicznego grona zawodniczek mających z nią dodatni bilans bezpośrednich spotkań (3:1 przed meczem).

    Kontrola od pierwszych piłek

    Sabalenka od początku dała jednak jasno do zrozumienia, że zamierza poprawić niekorzystne statystyki. Już na starcie meczu przełamała rywalkę i szybko objęła prowadzenie 3:0. W dalszej części pierwszego seta obie tenisistki skutecznie pilnowały własnych podań, jednak Muchova nie zdołała znaleźć sposobu na return Sabalenki. Liderka rankingu bez większych komplikacji dowiozła przewagę i zamknęła partię wynikiem 6:3.

    Drugi set był bardziej wyrównany. Czeszka lepiej radziła sobie w defensywie, broniąc break pointa w trzecim gemie, a chwilę później sama miała okazję na przełamanie. Sabalenka wyszła jednak z opresji obronną ręką. Kluczowy moment nastąpił w dziewiątym gemie – to właśnie wtedy Białorusinka wykorzystała swoją szansę i odebrała Muchovej serwis. Choć Czeszka ambitnie walczyła do końca i obroniła trzy piłki meczowe, losów spotkania nie zdołała już odwrócić. Sabalenka zwyciężyła 6:3, 6:4, odnosząc dopiero drugą wygraną w karierze nad Muchovą i pierwszą od ponad sześciu lat.

    Sabalenka pędzi po tytuł

    Forma Aryny Sabalenki na początku 2026 roku nie pozostawia złudzeń. W Brisbane liderka rankingu WTA przechodzi przez kolejne rundy jak burza, nie tracąc ani jednego seta. W finale zmierzy się z Martą Kostjuk. Ukrainka sprawiła niespodziankę w półfinale, eliminując jedną z głównych faworytek turnieju – Jessicę Pegulę.

    Turniej w Brisbane jest ostatnim poważnym sprawdzianem przed startem Australian Open, które rozpocznie się 12 stycznia. Jeśli Sabalenka utrzyma obecną dyspozycję, do Melbourne przystąpi jako jedna z głównych kandydatek do końcowego triumfu – i jako tenisistka, którą reszta stawki będzie musiała bardzo uważnie obserwować.

    https://x.com/WTA/status/2009820652560413094?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E2009820652560413094%7Ctwgr%5E48317bccf305696b5012e76f11065b7c9b12ed30%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fwww.sport.pl%2Ftenis%2F7649873251857390-minut-i-koniec-sabalenka-na-taki-mecz-czekala-od-ponad-szesciu.html

  • Tusk się wściekł, ale mu przeszło. Zwrot ws. umów śmieciowych

    Tusk się wściekł, ale mu przeszło. Zwrot ws. umów śmieciowych

    Rząd wraca do dalszych prac nad projektem Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, którego celem jest skuteczniejsza walka z tzw. umowami śmieciowymi. To rezultat piątkowego spotkania premiera Donalda Tuska z liderem Nowej Lewicy i marszałkiem Sejmu Włodzimierzem Czarzastym.

    To wyraźna zmiana kursu, ponieważ jeszcze we wtorek szef rządu zapowiadał, że prace nad propozycją zmian ustawowych przygotowaną w resorcie kierowanym przez minister Agnieszkę Dziemianowicz-Bąk zostaną zakończone. Premier deklarował wówczas, że podjął decyzję o rezygnacji z tego typu reformy i uznał temat za zamknięty.

    Donald Tusk krytycznie odnosił się do zapisów projektu, które przewidywały znaczące rozszerzenie uprawnień inspektorów pracy. Zgodnie z pierwotnymi założeniami mieliby oni otrzymać możliwość przekształcania umów B2B, umów zlecenia czy umów o dzieło w umowy o pracę. Premier argumentował, że taka ingerencja – dokonywana przez urzędnika bez zgody pracodawcy i pracownika oraz bez rozstrzygnięcia sądu – jest złym pomysłem. Podkreślał przy tym, że rolą rządu jest ograniczanie nadmiernych regulacji i biurokracji oraz poszukiwanie innych, lepszych form ochrony pracowników. Jeszcze w czwartek wyrażał te wątpliwości publicznie w mediach społecznościowych.

    Sytuacja zmieniła się jednak po rozmowach z Włodzimierzem Czarzastym. Choć w piątek po południu premier sugerował, że ewentualne zmiany w funkcjonowaniu Państwowej Inspekcji Pracy mogłyby zostać wprowadzone poza drogą ustawową – m.in. z uwagi na ryzyko prezydenckiego weta – te zapowiedzi szybko straciły aktualność. Jak wynika z ustaleń Gazeta.pl, podczas wieczornego spotkania liderów koalicji zapadła decyzja o wznowieniu prac nad projektem resortu pracy.

    Premier zapowiedział jednak, że projekt zostanie zmodyfikowany. Nowe rozwiązania nie mają przyznawać urzędnikom pełnej i niekontrolowanej władzy, ale jednocześnie powinny stworzyć skuteczny mechanizm ochrony pracowników przed nadużyciami i niewłaściwym wykorzystywaniem elastycznych form zatrudnienia.

    Zdaniem marszałka Sejmu kluczową rolę w takich sprawach powinien odgrywać sąd pracy. Włodzimierz Czarzasty wskazywał, że rozważany jest wariant, w którym decyzja inspektora pracy nie będzie obowiązywać do momentu wydania rozstrzygnięcia przez sąd.

    Donald Tusk zapowiedział, że prace nad zmianami w projekcie ruszą niezwłocznie. Jeszcze tego samego dnia minister Agnieszka Dziemianowicz-Bąk ma otrzymać rekomendację, aby jak najszybciej rozpocząć współpracę z ministrem sprawiedliwości Waldemarem Żurkiem. Premier zaznaczył przy tym, że rola sądów pracy – jego zdaniem osłabionych przez działania poprzedniej władzy – musi zostać wyraźnie uwzględniona w nowych propozycjach legislacyjnych.