Author: newuser

  • Oszukała 15-letnią Polkę. Zapadł ostateczny wyrok. Potężna kara

    Oszukała 15-letnią Polkę. Zapadł ostateczny wyrok. Potężna kara

    Po blisko dwóch latach zakończyła się głośna sprawa odebrania Lilianie Lewińskiej szansy na olimpijski debiut w Paryżu. W środę Trybunał Arbitrażowy ds. Sportu (CAS) w Lozannie wydał ostateczne orzeczenie, potwierdzając winę sędzi Evangelii Trikomiti, która miała dopuścić się manipulacji wynikami mistrzostw Europy w gimnastyce artystycznej. Działania Cypryjki sprawiły, że olimpijską kwalifikację wywalczyła urodzona w Rosji, a reprezentująca Cypr Vera Tugolukova.

    Do kontrowersyjnych wydarzeń doszło podczas mistrzostw Europy rozegranych w 2024 roku w Budapeszcie. Zaledwie 15-letnia wówczas Liliana Lewińska była jedną z głównych faworytek do zdobycia jedynej dostępnej w tych zawodach przepustki na igrzyska olimpijskie. Polka nie mogła wcześniej wystartować w mistrzostwach świata, które stanowiły kluczową imprezę kwalifikacyjną, ponieważ nie spełniała jeszcze kryterium wieku.

    W Budapeszcie Lewińska zaprezentowała się znakomicie, potwierdzając ogromny talent i sportową klasę. Mimo to wyższe noty otrzymywała Tugolukova, choć w jej występach nie brakowało poważnych błędów, takich jak zachwiania równowagi czy upuszczenie przyrządu. To właśnie te decyzje sędziowskie wzbudziły ogromne kontrowersje i wywołały międzynarodowy skandal.

    Nadzór nad pracą sędziów pełniła wówczas Evangelia Trikomiti, pełniąca funkcję tzw. superior judge. Co więcej, w komisji sędziowskiej zasiadała jej córka, a sama Tugolukova trenowała w klubie, którego nazwa zawierała nazwisko obu kobiet. Te powiązania tylko spotęgowały podejrzenia o brak bezstronności.

    – Sędziowie przyznają noty składające się z kilku komponentów, a jury superior ma prawo je blokować w ramach kontroli. W przypadku Liliany doszło do sytuacji skrajnej: pierwszego dnia zablokowano wszystkie komponenty w jednym układzie, a w kolejnym niemal wszystkie. W sumie straciła na tym około trzech punktów – tłumaczył w rozmowie z mediami Leszek Blanik, prezes Polskiego Związku Gimnastycznego.

    Polska strona składała protesty już w trakcie mistrzostw, jednak oceny nie zostały zmienione. W efekcie Lewińska nie znalazła się w gronie 24 zawodniczek, które uzyskały kwalifikację olimpijską.

    Teraz, po niemal dwóch latach postępowań, sprawa doczekała się finału. CAS potwierdził, że Evangelia Trikomiti dopuściła się manipulacji wynikami podczas mistrzostw Europy. Jednocześnie utrzymano w mocy wcześniejszą decyzję Rady Etyki Gimnastycznej, która nałożyła na Cypryjkę czteroletnią dyskwalifikację oraz odebrała jej licencję sędziowską.

    Jak podkreślono w oficjalnym komunikacie, postępowanie dyscyplinarne zostało wszczęte po szeroko zakrojonym i niezależnym dochodzeniu, przeprowadzonym w odpowiedzi na liczne zarzuty pochodzące z różnych źródeł. Jednocześnie zaznaczono, że sprawa nie miała na celu zmiany wyników mistrzostw Europy – te pozostaną bez korekty.

    Liliana Lewińska mimo ogromnej niesprawiedliwości, jaka ją spotkała, pozostaje jednym z największych talentów światowej gimnastyki artystycznej. Jako pierwsza Polka w historii sięgnęła po złote medale mistrzostw świata juniorek, a także stanęła na podium zawodów Pucharu Świata oraz mistrzostw Europy juniorek, potwierdzając, że jej przyszłość w tej dyscyplinie rysuje się w jasnych barwach.

  • Minister Donalda Tuska zabrał głos. Ważne ogłoszenie

    Minister Donalda Tuska zabrał głos. Ważne ogłoszenie

    Gminy, które zdecydują się na budowę swojego pierwszego Orlika, mogą liczyć na znaczące wsparcie finansowe z budżetu państwa. Minister sportu i turystyki Jakub Rutnicki poinformował w środę w Suwałkach, że resort pokryje aż 60 proc. kosztów takiej inwestycji. Jednocześnie zapowiedział przeznaczenie środków na modernizację i rewitalizację istniejących, często zaniedbanych boisk.

    Szef resortu sportu odwiedził w środę Suwałki, gdzie zapoznawał się z miejskimi inwestycjami oraz spotkał się z samorządowcami z całego województwa podlaskiego. Do rozmów doszło w Parku Naukowo-Technologicznym Polska–Wschód, a ich głównym tematem była infrastruktura sportowa i zachęcanie gmin do realizacji programu Orlik.

    Jak podkreślił Rutnicki, skala potrzeb w regionie jest wciąż bardzo duża. — W województwie podlaskim aż 47 proc. gmin nie posiada własnego Orlika — zaznaczył minister. Dodał, że to właśnie te samorządy będą traktowane priorytetowo i mogą liczyć na szczególne wsparcie ze strony ministerstwa.

    Resort sportu nie ogranicza się jednak wyłącznie do dofinansowania nowych obiektów. W planach są także środki na remonty i unowocześnianie już istniejących boisk. — Pokazujemy samorządom nowe modele finansowania, z których będą mogły korzystać przy realizacji inwestycji sportowych — mówił Rutnicki, podkreślając, że ministerstwo dysponuje dokładnym wykazem gmin, które nie mają jeszcze Orlików.

    W trakcie wizyty minister odwiedził również gminę Słobódka, położoną przy granicy polsko-litewskiej, gdzie wkrótce ma powstać nowe boisko. Jak zaznaczył, informacja o planowanej inwestycji spotkała się z dużym entuzjazmem wśród młodzieży. Przypomniał także, że tylko w ubiegłym roku na terenie województwa podlaskiego oddano do użytku cztery Orliki.

    — Przez poprzednie osiem lat Orliki były zapomniane. Nie było programów ich rewitalizacji ani budowy nowych obiektów. My do tego wróciliśmy. Dajemy nowe życie boiskom wymagającym remontu i zachęcamy gminy, które ich nie mają, do realizacji takich inwestycji — podkreślił Rutnicki.

    Do zapowiedzi ministra odniósł się prezydent Suwałk Czesław Renkiewicz, który poinformował, że miasto będzie starało się o środki zarówno na remont istniejących Orlików, jak i na całkowitą odbudowę jednego z nich.

    Podczas wizyty w Suwałkach minister sportu zapowiedział także uruchomienie nowego programu dotyczącego budowy lodowisk. — W ciągu dwóch lat planujemy realizację blisko 100 takich obiektów w całym kraju — poinformował Rutnicki.

    Jedno z lodowisk ma powstać również w Suwałkach. Prezydent Renkiewicz przekazał, że miasto złożyło już wniosek o rozbudowę istniejącego obiektu przy Szkole Podstawowej nr 11. Szacunkowa wartość inwestycji wynosi 2,6 mln zł.

  • Świątek w Australii, a tu taki komunikat od jej ojca. Ogłosił to za kulisami

    Świątek w Australii, a tu taki komunikat od jej ojca. Ogłosił to za kulisami

    Iga Świątek uplasowała się na drugim miejscu w głosowaniu na Sportowca Roku 2025, a statuetkę w jej imieniu odebrał ojciec, Tomasz Świątek. Po zejściu ze sceny porozmawiał on jeszcze chwilę za kulisami z Łukaszem Kadziewiczem i wprost odniósł się do kwestii obecności córki na tego typu wydarzeniach. Jego słowa nie pozostawiły żadnych wątpliwości – decyzja zapadła już dawno, a jej powody są bardzo konkretne.

    Tegoroczny Plebiscyt „Przeglądu Sportowego” zakończył się triumfem Klaudii Zwolińskiej. Kajakarka, która w 2025 roku zdobyła dwa złote medale mistrzostw świata w konkurencjach K-1 i C1 oraz brąz w crossie, sięgnęła po tytuł Sportowca Roku. Po ogłoszeniu wyników nie kryła wzruszenia.
    – Trochę trzęsie mi się głos. Kompletnie się tego nie spodziewałam. Jestem w szoku. Jako dziecko oglądałam Bale Mistrzów Sportu i marzyłam, żeby kiedyś tu stanąć. Patrzyłam na Justynę Kowalczyk, która wielokrotnie wygrywała ten plebiscyt, i myślałam: może kiedyś ja też – mówiła ze sceny.

    Jak się okazało, rywalizacja o końcowe zwycięstwo rozstrzygnęła się pomiędzy Zwolińską a Igą Świątek. Tenisistki ponownie zabrakło na Gali Mistrzów Sportu, a nagrodę w jej imieniu odebrał ojciec. Po wszystkim Tomasz Świątek jasno wyjaśnił, dlaczego taka sytuacja najprawdopodobniej będzie się powtarzać.

    – W imieniu Igi dziękuję za to wyróżnienie. Gratuluję wszystkim laureatom i nominowanym. Najlepiej jednak, żeby sama Iga wypowiadała się we własnym imieniu – powiedział ze sceny. Chwilę później na ekranie pojawiła się sama tenisistka, która połączyła się zdalnie i podziękowała za nagrodę.

    Świątek przyznała, że – podobnie jak w poprzednich latach – nie mogła pojawić się na gali ze względu na obowiązki sportowe. Początek stycznia spędziła na United Cup w Sydney, a obecnie przenosi się do Melbourne, gdzie przygotowuje się do startu w Australian Open. W krótkim wystąpieniu wspomniała także o jednym z najważniejszych momentów minionego sezonu, czyli triumfie na Wimbledonie.

    Jej ojciec nie ukrywał, że liczył, iż właśnie ten sukces może przechylić szalę zwycięstwa w plebiscycie. – Jadąc na Galę Mistrzów Sportu, wydawało mi się, że zwycięstwo w Wimbledonie jest na tyle mocnym argumentem, że wystarczy do wygranej – ocenił w rozmowie z WP SportoweFakty.

    Jeszcze dosadniej wypowiedział się w kuluarach, rozmawiając z Łukaszem Kadziewiczem. – To dziwne uczucie, odbierać nagrodę za własne dziecko, jakby było się na jej miejscu. To już kolejny raz, bo Iga o tej porze roku jest w Australii. Dopóki będzie czynnie grała i realizowała swoje sportowe cele, na takich imprezach raczej się nie pojawi – stwierdził wprost.

    Tomasz Świątek podkreślił, że jego córka i tak jest regularnie doceniana za swoje osiągnięcia, a on sam jest dumny z jej minionego sezonu. Nie zabrakło też słów uznania dla zwyciężczyni plebiscytu. – Klaudia Zwolińska osiągnęła niesamowity wynik. Nie spodziewałem się, że sporty wodne aż tak zdominują tegoroczne głosowanie. Sam byłem wioślarzem, więc doskonale wiem, ile wysiłku kosztują takie sukcesy – podsumował.

  • Pilny komunikat organizatorów Australian Open. Potwierdzili ws. Świątek i Sabalenki

    Pilny komunikat organizatorów Australian Open. Potwierdzili ws. Świątek i Sabalenki

    Organizatorzy Australian Open wydali pilny komunikat, w którym przekazali kluczowe informacje organizacyjne dotyczące zbliżającego się turnieju. Potwierdzono dokładny termin losowania drabinki wielkoszlemowej, ujawniono nazwiska prowadzących ceremonię, a przy okazji zwrócono uwagę na możliwy hit całej imprezy – finałowe starcie Igi Świątek z Aryną Sabalenką.

    Iga Świątek do rywalizacji w Melbourne przystąpi w znakomitych nastrojach po historycznym sukcesie w barwach reprezentacji Polski. Wraz z biało-czerwonym zespołem sięgnęła po triumf w United Cup w Sydney, co jest jej pierwszym tytułem zdobytym w turnieju drużynowym. Droga do zwycięstwa nie była jednak usłana różami. Wiceliderka rankingu WTA wygrała tylko dwa z pięciu swoich spotkań singlowych, ale w zawodach reprezentacyjnych kluczowa okazała się postawa całej drużyny. Ogromną rolę odegrał Hubert Hurkacz, a prawdziwą rewelacją był mikst Katarzyny Kawy i Jana Zielińskiego. Polski duet wygrał wszystkie swoje mecze, w decydujący sposób przyczyniając się do końcowego triumfu zespołu.

    Organizatorzy Australian Open poinformowali, że losowanie turniejowej drabinki odbędzie się w czwartek 15 stycznia o godzinie 14:30 czasu lokalnego, co oznacza 4:30 rano czasu polskiego. Ceremonię poprowadzą znane tenisowe postacie – Todd Woodbridge oraz Jelena Dokic. Pierwsze mecze głównej drabinki zaplanowano na niedzielę 18 stycznia.

    Z punktu widzenia polskich kibiców istotną informacją jest obecność aż pięciu reprezentantów naszego kraju w głównej drabince turnieju. Oprócz Igi Świątek w Australian Open wystąpią Magdalena Fręch, Magda Linette, Kamil Majchrzak oraz Hubert Hurkacz.

    Najwyżej rozstawionymi zawodnikami tej edycji Wielkiego Szlema będą Aryna Sabalenka w rywalizacji kobiet oraz Carlos Alcaraz w turnieju mężczyzn. Organizatorzy zwracają uwagę, że sytuacja w kobiecej drabince powtarza się już drugi rok z rzędu. „Aryna Sabalenka, Iga Świątek i Coco Gauff są najwyżej rozstawionymi tenisistkami turnieju kobiet drugi sezon z rzędu” – czytamy w oficjalnym komunikacie.

    Przypomniano również wydarzenia sprzed roku. W Melbourne Park Sabalenka i Świątek były o zaledwie jeden punkt od bezpośredniego starcia w finale pomiędzy liderką i wiceliderką rankingu WTA. Taki scenariusz nie doszedł jednak do skutku. „W 2025 roku Madison Keys obroniła piłkę meczową w półfinale przeciwko Świątek, a następnie w finale pokonała dwukrotną mistrzynię Australian Open, Arynę Sabalenkę” – podkreślili organizatorzy, zaznaczając jednocześnie, że ze względu na dwa najwyższe numery rozstawienia, finał Świątek – Sabalenka w 2026 roku pozostaje jak najbardziej możliwy.

    Tytułów mistrzowskich w Melbourne bronić będą Madison Keys oraz Jannik Sinner. Amerykanka przystąpi do turnieju jako zawodniczka rozstawiona z numerem dziewiątym, natomiast Włoch będzie „dwójką” w męskiej drabince.

  • Kuriozum w Australii. Triumf Świątek w 16 sekund. Na stole milion dolarów

    Kuriozum w Australii. Triumf Świątek w 16 sekund. Na stole milion dolarów

    W środę na Rod Laver Arenie – głównym korcie Australian Open w Melbourne – rozegrano pokazowy turniej „1 Point Slam”, w którym udział wzięła Iga Świątek. Polka rozpoczęła rywalizację od drugiej rundy i trafiła na Flavio Cobollego. Sam mecz trwał zaledwie 16 sekund i zakończył się zwycięstwem 24-latki, jednak spore zainteresowanie wzbudziło również to, co wydarzyło się jeszcze przed pierwszym i jedynym punktem spotkania. Doszło bowiem do kuriozalnej, a zarazem zabawnej sytuacji związanej z wyborem serwującego.

    Organizatorzy Australian Open, na kilka dni przed oficjalnym startem wielkoszlemowej rywalizacji, przygotowali dla kibiców tenisową atrakcję w postaci turnieju „1 Point Slam”, który po raz pierwszy zaprezentowano już w ubiegłym roku. Tegoroczna edycja przeszła jednak kilka istotnych zmian. Zasada pozostała niezmienna – każdy mecz rozgrywany jest do jednego punktu – ale połowę stawki uczestników stanowią amatorzy. Zwiększono również liczbę zawodników do 48, a pula nagród urosła do imponującego miliona dolarów.

    Na liście startowej nie mogło zabraknąć Igi Świątek. Druga rakieta świata wśród kobiet rozpoczęła zmagania od drugiej rundy, w której zmierzyła się z Flavio Cobollim, aktualnie 22. zawodnikiem rankingu ATP. Tuż przed wyjściem na kort Polka nie kryła emocji.

    – Pełne trybuny na „1 Point Slam”? Szczerze mówiąc, to wygląda niesamowicie. Jestem bardzo podekscytowana, że tu jestem. To świetny start turnieju – mówiła Świątek przed rozpoczęciem rywalizacji.

    O tym, kto rozpocznie jedyną wymianę serwisem, tradycyjnie miała zdecydować gra w „papier, kamień, nożyce”. Właśnie wtedy doszło do zabawnej sceny. Iga Świątek i Flavio Cobolli zupełnie nie mogli się zgrać – najpierw Polka była spóźniona z ruchem, potem oboje nie nadążali za tempem narzuconym przez sędziego. Dopiero przy trzeciej próbie udało się rozstrzygnąć pojedynek, który wygrał Włoch. Ku zaskoczeniu wielu kibiców Cobolli zdecydował się jednak na return.

    Świątek serwowała na jego bekhendową stronę. W trakcie krótkiej, ale intensywnej wymiany Włoch biegał za jej zagraniami wzdłuż linii końcowej, próbując utrzymać się w akcji. Gdy wydawało się, że ma sytuację pod kontrolą, nie zdołał przebić jednego z uderzeń Polki. Punkt – a zarazem cały mecz – padł łupem 24-latki. Całe starcie zamknęło się w 16 sekundach.

    – Nie wiem, co się stało. Po prostu w to poszłam. Chciałam, żeby jak najwięcej biegał – mówiła po zwycięstwie uśmiechnięta Iga Świątek.

    Polka tym samym udanie rozpoczęła swój udział w „1 Point Slam”, dając kibicom zarówno sportowe emocje, jak i sporą dawkę rozrywki jeszcze przed oficjalnym startem Australian Open.

    https://x.com/Eurosport_PL/status/2011372643149373734?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E2011372643149373734%7Ctwgr%5Ea156b93f5d53ad641162337f278b24fbc34bbb1d%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fsport.interia.pl%2Figa-swiatek%2Fnews-kuriozum-w-australii-triumf-swiatek-w-16-sekund-na-stole-milnId22508716

  • Świątek już po starciu z Sabalenką na Rod Laver Arena. 60 minut walki na korcie

    Świątek już po starciu z Sabalenką na Rod Laver Arena. 60 minut walki na korcie

    Australian Open to kluczowy punkt styczniowego kalendarza tenisowego i pierwszy wielkoszlemowy sprawdzian w nowym sezonie. Nic więc dziwnego, że czołowi zawodnicy i zawodniczki dokładają wszelkich starań, by właśnie na ten turniej osiągnąć optymalną formę. Do Melbourne dotarła już Iga Świątek, która przed rokiem była o krok od awansu do finału. Teraz z pewnością liczy na jeszcze lepszy rezultat. W środę raszynianka miała okazję przetestować swoją dyspozycję w wyjątkowych warunkach – podczas treningu z Aryną Sabalenką na Rod Laver Arena.

    Początek sezonu 2026 w wykonaniu Świątek można określić jako słodko-gorzki. Ogromnym powodem do radości był triumf reprezentacji Polski w United Cup. Jak sama tenisistka podkreślała, na taki sukces pracowała przez lata, a wcześniej niewiele brakowało, by sięgnąć po końcowe zwycięstwo. Po dwóch przegranych finałach tym razem „Biało-Czerwoni” dopięli swego i w decydującym meczu pokonali Szwajcarię 2:1.

    Z drugiej strony pewien niepokój mogły budzić fragmenty spotkań Świątek z Coco Gauff oraz Belindą Bencic. W obu pojedynkach wiceliderka rankingu WTA notowała serie aż siedmiu przegranych gemów z rzędu, co znacząco komplikowało jej sytuację. O ile w starciu z Amerykanką udało się w ostatniej chwili uniknąć seta przegranego do zera, o tyle mistrzyni olimpijska z Tokio zdołała już taką partię wygrać. To sygnał, że przed startem Australian Open Polka wciąż ma elementy do poprawy. Główna część turnieju rusza w niedzielę, 18 stycznia.

    Po zakończeniu rywalizacji w Sydney Świątek przeniosła się do Melbourne. Wtorek był jeszcze dniem odpoczynku, natomiast w środę rozpoczęła pierwsze treningi na kortach Australian Open. Najpierw pojawiła się na obiekcie numer 22, gdzie odbyła standardową rozgrzewkę. Zajęcia obserwowało wielu kibiców, a frekwencja – jak co roku – robiła wrażenie.

    Kulminacyjnym punktem dnia był jednak trening na głównym obiekcie turnieju. Po godzinie 1:30 czasu polskiego raszynianka wyszła na Rod Laver Arena, by przez godzinę trenować z Aryną Sabalenką. To nie pierwszy raz, gdy dwie najwyżej notowane tenisistki świata decydują się na wspólne zajęcia podczas turnieju wielkoszlemowego – podobna sytuacja miała miejsce choćby przed ubiegłorocznym Roland Garros.

    Po krótkiej rozgrzewce obie zawodniczki przystąpiły do intensywnych wymian. Tempo i jakość gry stały na bardzo wysokim poziomie, a żadna z nich nie zamierzała odpuszczać. W jednej z akcji to Sabalenka zagrała krótszą piłkę, zmuszając Świątek do podejścia pod siatkę i dynamicznego zakończenia wymiany.

    Trening z Białorusinką to dla Polki niezwykle wartościowy sprawdzian, zwłaszcza że Sabalenka prezentuje znakomitą formę na starcie sezonu. Kilka dni temu obroniła tytuł w turnieju WTA 500 w Brisbane, nie tracąc ani jednego seta w pięciu meczach. Dwukrotna triumfatorka Australian Open będzie w Melbourne jedną z głównych faworytek do końcowego zwycięstwa. Przed rokiem przegrała finał z Madison Keys i teraz z pewnością marzy o odzyskaniu korony.

    Świątek i Sabalenka mogą trafić na siebie najwcześniej w finale, ponieważ znajdą się po przeciwnych stronach drabinki. Losowanie odbędzie się w czwartek o godzinie 4:30 czasu polskiego. Główna część Australian Open potrwa od 18 stycznia do 1 lutego, a najważniejsze informacje z Melbourne tradycyjnie będzie można śledzić w specjalnej zakładce poświęconej turniejowi.

    https://x.com/kostekcanu/status/2011225080026771508?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E2011225080026771508%7Ctwgr%5Ebad11c22054b7256323accdb6acf9bbed3461a4c%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fsport.interia.pl%2Figa-swiatek%2Fnews-swiatek-juz-po-starciu-z-sabalenka-na-rod-laver-arena-60-minnId22508423

  • 159 minut walki Chwalińskiej w Melbourne. Turniejowa “10” pokonana przez Polkę

    159 minut walki Chwalińskiej w Melbourne. Turniejowa “10” pokonana przez Polkę

    Noc z wtorku na środę przyniosła polskim kibicom tenisowym kolejną porcję wielkich emocji podczas Australian Open. Na korcie numer 8 o awans do decydującej rundy eliminacji walczyła Maja Chwalińska. Przed reprezentantką Polski stanęło wyjątkowo trudne wyzwanie – po drugiej stronie siatki znalazła się turniejowa „10”, Rebeka Masarova. Spotkanie od pierwszych piłek trzymało w napięciu, a jego losy ważyły się aż przez 159 minut intensywnej walki.

    Chwalińska przyjechała do Melbourne z jasno określonym celem: po raz drugi z rzędu zameldować się w głównej drabince Australian Open. Eliminacje rozpoczęła bardzo obiecująco, mierząc się z doświadczoną Amerykanką Madison Brengle. W pierwszym secie Polka prowadziła już 5:3, jednak wtedy inicjatywę przejęła rywalka, która doprowadziła do stanu 6:5 i serwowała po wygranie partii. O wszystkim przesądził tie-break, w którym zawodniczka BKT Advantage Bielsko-Biała zachowała więcej spokoju. Zwycięstwo 7:6(3) dodało jej pewności siebie, a w drugim secie poszła za ciosem, triumfując 6:3.

    W drugiej rundzie eliminacji poprzeczka powędrowała jeszcze wyżej. Notowana na 145. miejscu w rankingu WTA Chwalińska zmierzyła się z Rebeką Masarovą, sklasyfikowaną o 30 pozycji wyżej i rozstawioną z numerem 10. Szwajcarka w przeszłości niejednokrotnie udowadniała, że potrafi rywalizować z czołówką światowego tenisa – w poprzednim sezonie stoczyła chociażby zacięty pojedynek z Aryną Sabalenką w Berlinie. Do środowego starcia przystępowała jednak po morderczym boju w pierwszej rundzie eliminacji, gdzie po 3 godzinach i 29 minutach pokonała Alinę Czarajewą. Także konfrontacja z Polką szybko nabrała bardzo wyrównanego charakteru.

    Mecz rozpoczął się od serwisu Masarovej, a już pierwszy gem zapowiadał ogromne emocje. Szwajcarka prowadziła 40:15, lecz po podwójnym błędzie serwisowym pojawił się break point dla Chwalińskiej. Pierwsza szansa przepadła, ale przy kolejnej Polka dopięła swego i przełamała rywalkę. Po chwili miała nawet trzy okazje, by objąć prowadzenie 2:0, jednak Masarova zdołała odrobić straty i po trzecim gemie wyszła na prowadzenie, broniąc się jeszcze przed kolejnym przełamaniem.

    Break pointy pojawiły się ponownie w piątym gemie, lecz tym razem Chwalińska nie wykorzystała swoich szans. Kilka minut później była już jednak skuteczna – przełamała serwis rywalki, a następnie dołożyła własne podanie, zbliżając się do wygrania seta. Masarova nie zamierzała jednak składać broni. Utrzymała serwis i wywarła presję na Polce, która ponownie miała problemy z zamknięciem partii. Zbyt zachowawcza gra została szybko wykorzystana przez Szwajcarkę, która doprowadziła do wyrównania i w dwunastym gemie miała nawet piłkę setową.

    Ostatecznie Chwalińska przerwała serię trzech gemów z rzędu przegranych i doprowadziła do tie-breaka. W decydującej rozgrywce długo dominowały serwujące. Pierwsze mini-przełamanie pojawiło się dopiero przy stanie 4:4 i było dziełem Polki. Masarova natychmiast odrobiła jednak stratę i aż do wyniku 8:8 żadna z zawodniczek nie potrafiła przechylić szali na swoją stronę. Przy stanie 9:8 Chwalińska miała trzeciego setbola. Stanęła spokojnie na środku kortu, czekając na ruch przeciwniczki. Forhend Masarovej wylądował na aucie – po 75 minutach walki Polka wygrała seta 7:6(8), broniąc wcześniej dwóch piłek setowych.

    Druga partia rozpoczęła się od pewnie wygranych gemów serwisowych, po czym obie zawodniczki zanotowały po jednym przełamaniu. Przy stanie 5:4 dla Chwalińskiej Masarova serwowała, by pozostać w meczu, i wytrzymała presję. Końcówka seta należała już zdecydowanie do Szwajcarki, która wygrała trzy kolejne gemy, tracąc w nich łącznie zaledwie trzy punkty. Dzięki temu triumfowała w drugiej odsłonie 7:5 i doprowadziła do trzeciego, decydującego seta.

    Przed finałową partią zawodniczki skorzystały z dłuższej przerwy. Zdecydowanie lepiej wpłynęła ona na Chwalińską. Po Masarovej było widać zmęczenie – zarówno środowym bojem, jak i długim spotkaniem z pierwszej rundy. Polka błyskawicznie wykorzystała tę sytuację, obejmując prowadzenie 5:0. Szwajcarka zdołała jeszcze zdobyć jedno „oczko” przy własnym podaniu i próbowała zagrozić serwisowi rywalki, dochodząc do stanu 30:15. Ostatnie słowo należało jednak do Chwalińskiej, która wygrała trzy kolejne punkty i przypieczętowała zwycięstwo.

    Ostatecznie Maja Chwalińska pokonała Rebekę Masarovą 7:6(8), 5:7, 6:1 i po niemal trzech godzinach walki zameldowała się w decydującej rundzie eliminacji Australian Open. O awans do głównej drabinki turnieju wielkoszlemowego w Melbourne powalczy teraz z Anheliną Kalininą.

  • A więc to prawda. Potwierdzenie ws. Świątek. Polka we łzach, oto dlaczego

    A więc to prawda. Potwierdzenie ws. Świątek. Polka we łzach, oto dlaczego

    Iga Świątek już na samym starcie sezonu 2026 zrealizowała jeden z kluczowych celów, jaki sobie stawiała – wraz z reprezentacją Polski sięgnęła po triumf w prestiżowym United Cup. Turniej rozgrywany w Sydney zakończył się dla „Biało-Czerwonych” wielkim sukcesem, choć dla wiceliderki rankingu WTA nie był pozbawiony momentów trudnych i bardzo emocjonalnych. Jednym z nich była scena z piątkowego meczu z Mayą Joint, gdy podczas jednej z przerw 24-letnia tenisistka niespodziewanie zalała się łzami. Teraz wiadomo już, co było przyczyną tej reakcji.

    Do niepokojącej sytuacji doszło na samym początku ćwierćfinałowego starcia Polski z Australią. Spotkanie otwierał pojedynek singlowy Świątek z Mayą Joint. Pierwszy gem, przy serwisie Australijki, padł łupem gospodyni. Chwilę później Polka pewnie utrzymała własne podanie, a następnie przełamała rywalkę. Po trzecim gemie, przy prowadzeniu 2:1, Iga zeszła na przerwę.

    Wtedy kamery uchwyciły moment, który zaniepokoił kibiców. Świątek podeszła do boksu reprezentacji Polski, usiadła na ławce i nagle w jej oczach pojawiły się łzy. Obok niej znajdował się trener Wim Fissette, który od razu zaczął dopytywać, co się stało, po czym nachylił się nad swoją zawodniczką, próbując ją uspokoić.

    Początkowo trudno było ocenić, co jest powodem takiej reakcji. W sieci natychmiast pojawiły się spekulacje o możliwej kontuzji lub problemach zdrowotnych. Te domysły szybko jednak straciły sens, gdy tylko Polka wróciła na kort. Świątek zaprezentowała tenis na najwyższym poziomie i kompletnie zdominowała rywalkę, wygrywając 6:1, 6:1 w zaledwie 57 minut. Również PR menadżerka zawodniczki, Daria Sulgostowska, zapewniła później, że ze zdrowiem tenisistki wszystko jest w najlepszym porządku.

    Skąd więc wzięły się łzy? Jedną z pierwszych osób, które spróbowały wyjaśnić tę sytuację, był Dawid Celt. W rozmowie z Markiem Furjanem na kanale „Break Point” były reprezentant Polski wskazał na ogromne napięcie i presję, z jaką Świątek mierzy się na co dzień.

    – Pojawiały się różne scenariusze, nawet o kontuzji. Moim zdaniem po prostu zeszło z niej przedmeczowe napięcie i stres. Właśnie po tym trzecim gemie – tłumaczył Celt. – To nie była kwestia Mayi Joint. To jest ogólne napięcie u Igi: nowy sezon, Australia, duże oczekiwania. Iga narzuciła sobie ogromną odpowiedzialność za całą drużynę. Chciała wygrać za wszelką cenę. To normalne. Jedni rozładowują emocje, rzucając rakietami czy krzycząc w stronę boksu. U Igi zdarza się to rzadziej, ale też się zdarza. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego – dodał.

    Teraz tę interpretację potwierdził także kapitan reprezentacji Polski, Mateusz Terczyński. W rozmowie z portalem Sport.tvp.pl jasno wyjaśnił, że łzy Świątek były efektem nagromadzonych emocji, a nie jakichkolwiek problemów zdrowotnych.

    – Z tego, co wiem, łzy pojawiły się z powodu emocji. Iga musi mierzyć się z ogromną presją. To nie jest łatwe, gdy do każdego meczu podchodzi się w roli zdecydowanej faworytki, a kibice oczekują wyłącznie zwycięstw. Musimy pamiętać, że wszyscy jesteśmy ludźmi – podkreślił Terczyński. – Każdy ma lepsze i gorsze momenty, każdy może pęknąć. Czasem lepiej pozwolić emocjom wyjść, zamiast udawać twardziela. To pomaga sobie z tym wszystkim poradzić. Uspokajam: u Igi wszystko jest w porządku – zapewnił.

    Reprezentacja Polski zakończyła turniej w Sydney w najlepszy możliwy sposób, sięgając po końcowe trofeum po zwycięstwie nad Szwajcarią w wielkim finale. Dla Igi Świątek był to nie tylko sportowy sukces, ale także dowód, jak ogromną presję i odpowiedzialność bierze na siebie, będąc liderką drużyny narodowej.

  • Szczęśliwy kraj, w którym Iga Świątek nie zwycięża w plebiscycie na najpopularniejszego sportowca

    Szczęśliwy kraj, w którym Iga Świątek nie zwycięża w plebiscycie na najpopularniejszego sportowca

    Bycie kajakarzem nie przypomina kolorowej bajki o dalmatyńczykach ani opowieści o hawajskiej księżniczce. Wiem to z własnego doświadczenia. Pewnej zimy, wiele lat temu, trener Puchalski, prowadząc motorówkę, doprowadził do mojej wywrotki na częściowo zamarzniętym Kanale Żerańskim. Efekt? Trzy kilometry wiosłowania do bazy w przemoczonej odzieży, która z każdą minutą twardniała na mrozie. To wspomnienie wraca dziś jak bumerang – i nie bez powodu.

    Nie chcę brzmieć ani egocentrycznie, ani jak sportowy kombatant, ale trudno – kajakarze i kajakarki naprawdę zasługują na ogromny szacunek. Także ci, których kariery zakończyły się przedwcześnie. Tak, mówię również o sobie.

    Tym większe było moje zdziwienie, gdy dowiedziałem się, że reprezentantka właśnie tej dyscypliny została uznana za najpopularniejszą sportsmenkę minionego roku w Polsce w plebiscycie „Przeglądu Sportowego”, który akurat obchodził setne urodziny. A właściwie – nie zdziwienie, lecz konsternacja granicząca z niedowierzaniem. Jakby nagle Krzyżacy wygrali pod Grunwaldem. Gdybym wiedział, że kajakarstwo może dawać aż taką popularność, moje treningi wyglądałyby zupełnie inaczej. Satysfakcja z wiosłowania byłaby większa, a opalenizna – jeszcze intensywniejsza.

    Dla pewności popytałem jednak tu i ówdzie. I niestety – nie, większość osób wciąż nie kojarzy Klaudii Zwolińskiej, mimo że zdobyła trzy medale mistrzostw świata w kajakarstwie górskim, w tym dwa złote. To mówi samo za siebie.

    Drugie miejsce w plebiscycie zajęła Iga Świątek. Osoba znana nie tylko w całej Polsce, ale i w sporej części globu. Tenisistka jednak – paradoksalnie – ma pecha do tego typu głosowań. Być może dlatego, że zarabia ogromne pieniądze, co w sposób całkowicie niezawiniony sprawiło, iż zgromadziła wokół siebie elektorat co najmniej chłodny, a nierzadko wręcz niechętny.

    Przybysz z Francji czy Anglii mógłby w takiej sytuacji zapytać z niedowierzaniem: cóż to za kraj, w którym triumfatorka Wimbledonu nie wygrywa plebiscytu na najpopularniejszego sportowca? Jakie sukcesy muszą odnosić pozostali, skoro nawet taki wynik nie wystarcza?

    Na tle tych rozstrzygnięć co roku odżywa znany konflikt: między młodymi ludźmi uprawiającymi sporty niekomercyjne a tymi, którzy robią dokładnie to samo – trenują, poświęcają życie sportowi, walczą o wyniki – lecz mają to „szczęście”, że ich dyscyplina generuje ogromne pieniądze. O ile są wystarczająco dobrzy.

    Gdy w styczniu 2022 roku plebiscyt za 2021 rok wygrał Robert Lewandowski, Paweł Fajdek – pięciokrotny mistrz świata i medalista olimpijski – skomentował to krótko: „Wstyd. Nie pozdrawiam”. W tej lakonicznej wypowiedzi dało się wyczuć sugestię, że piłkarzowi-milionerowi takie wyróżnienie się nie należy, a piłkarze w gruncie rzeczy niewiele robią. Lewandowski, wiadomo, olimpijskich medali nie zdobywa. Świątek ma na koncie jeden – brązowy – za to jej zarobki sięgają około 40 milionów euro. Gdyby tylko miała odpowiednie podejście do życia, nie musiałaby się zastanawiać, czy jeździć ferrari czy lamborghini. Wystarczyłoby jej porsche. Albo nawet trzy*.

    Iga Świątek bez tej nagrody spokojnie sobie poradzi.

    Przy zwycięstwie Klaudii Zwolińskiej podobnych złośliwości już nie było. Być może zadziałała tu schadenfreude – satysfakcja z cudzego „potknięcia” faworytki. A może po prostu poczucie, że sprawiedliwości stało się zadość, a kosmiczna równowaga została przywrócona. Sama Zwolińska, znana z błyskotliwych wypowiedzi, i tym razem nie zawiodła. W Kanale Sportowym powiedziała: – Idze zawsze należy się takie wyróżnienie, zwłaszcza gdy wygrywa się Wimbledon. Ale myślę, że przez to, co możemy zrobić dzięki tej nagrodzie w mojej dyscyplinie i w sportach niszowych, Iga przeżyje, jeśli raz jej nie dostanie.

    I trudno się z tym nie zgodzić. Może nie same dyscypliny niszowe, ale ich reprezentantki realnie skorzystają na takim rozstrzygnięciu. Wystarczy spojrzeć na Aleksandrę Mirosław, zawodniczkę innej „niszowej” konkurencji – wspinaczki sportowej na czas. Złoto olimpijskie w Paryżu w 2024 roku, a potem zwycięstwo w plebiscycie „Przeglądu Sportowego” otworzyły jej drzwi do świata reklamy. Dzięki spotom emitowanym w najlepszym czasie antenowym stała się prawdopodobnie bardziej rozpoznawalna niż wcześniej, gdy zdobywała kolejne sportowe laury.

    Stąd mój postulat, by uniknąć corocznego weltschmerzu, schadenfreude i całej gamy niemieckich słów opisujących frustrację. Niech „Przegląd Sportowy” stworzy kategorię „poza konkurencją”, niczym specjalne klasyfikacje na górskich etapach Tour de France. Dla piłkarzy, tenisistów, golfistów, kierowców wyścigowych czy siatkarzy – wszystkich tych, którzy mają ten „problem”, że zarabiają ogromne pieniądze.

    * Świątek wygrała dwa porsche w Stuttgarcie, gdzie w kolejnych edycjach turnieju główną nagrodą był właśnie ten samochód. Czy nadal je posiada? Tego nie wiemy.

  • Nawrocki zdecydował! Dalej będą kraść na potęgę

    Nawrocki zdecydował! Dalej będą kraść na potęgę

    Prezydent Karol Nawrocki zawetował ustawę o świadczeniu usług cyfrowych, która w debacie publicznej była przedstawiana głównie jako narzędzie ochrony dzieci i sposób na zdyscyplinowanie globalnych gigantów technologicznych. W cieniu tych argumentów znalazł się jednak jeszcze jeden, niezwykle istotny wątek – walka z piractwem, zwłaszcza tym dotyczącym transmisji sportowych. Decyzja głowy państwa sprawiła, że to właśnie sport i nadawcy telewizyjni mogą dziś mówić o „rykoszecie”.

    Bilans decyzji prezydenta i zawetowana ustawa

    Osiem ustaw podpisanych, trzy zawetowane – tak wygląda dotychczasowy bilans legislacyjnych decyzji prezydenta Karola Nawrockiego. Wśród dokumentów, które nie uzyskały jego akceptacji, znalazła się ustawa o świadczeniu usług drogą elektroniczną. Dla nadawców telewizyjnych był to akt prawny wyczekiwany od lat, ponieważ miał wprowadzić w Polsce unijny Akt o usługach cyfrowych (Digital Services Act – DSA).

    To właśnie DSA, w zależności od krajowych rozwiązań, daje państwom realne narzędzia do walki z nielegalnym obiegiem treści w internecie. W praktyce oznacza to możliwość szybkiego reagowania na pirackie transmisje sportowe, które generują ogromne straty finansowe dla legalnych nadawców.

    „Nie jestem notariuszem rządu”

    Prezydent Nawrocki w uzasadnieniu swojej decyzji nie pozostawił wątpliwości co do motywów weta.
    – Są granice, których przekraczać nie wolno. Rządzący muszą zrozumieć, że nie jestem ich notariuszem – napisał na oficjalnej stronie internetowej.

    Choć przyznał, że ustawa jest potrzebna i ważna, ocenił, iż w zaproponowanym kształcie może naruszać konstytucję i działać przeciwko obywatelom. Jego zdaniem do korzystnych rozwiązań „doklejono przepisy nie do obrony”, które niosą ze sobą ryzyko nadużyć.

    Szeroki zakres regulacji

    Projekt ustawy obejmował bardzo szeroki katalog zagadnień. Z jednej strony miał chronić dzieci przed patologicznymi treściami w internecie, z drugiej – umożliwić skuteczniejszą kontrolę nad platformami takimi jak Facebook, Google czy TikTok. Przewidywał możliwość monitorowania i wyłączania treści nieodpowiednich, ale także reagowania w sytuacjach naruszenia praw autorskich.

    To właśnie w tym ostatnim obszarze kluczowe znaczenie miała ustawa dla nadawców sportowych. Chodziło o szybkie blokowanie stron oferujących nielegalne transmisje meczów i wydarzeń sportowych, które są coraz większym problemem w całej Europie, również w Polsce.

    Piractwo znów rośnie

    Po okresie względnej stabilizacji rynek pirackich transmisji w 2025 roku ponownie zaczął się rozrastać. Nadawcy w Polsce potwierdzają, że skala zjawiska jest coraz większa.
    – Rocznie odnotowujemy setki nielegalnych transmisji wydarzeń sportowych, do których Telewizja Polsat posiada prawa. Łącznie czterech największych nadawców rejestruje ponad osiem tysięcy takich przypadków rocznie – przekazało biuro prasowe Cyfrowego Polsatu.

    Spór o kompetencje i „Ministerstwo Prawdy”

    Jednym z najbardziej kontrowersyjnych zapisów ustawy była możliwość blokowania określonych treści w internecie na podstawie decyzji administracyjnej. Kompetencje w tym zakresie miały otrzymać m.in. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji oraz Urząd Komunikacji Elektronicznej. W praktyce oznaczałoby to, że dostawcy internetu musieliby blokować wskazane treści lub strony.

    To właśnie ten mechanizm wzbudził największy sprzeciw prezydenta. Jego zdaniem oddawał on zbyt dużą władzę urzędnikom podległym rządowi, zamiast niezależnym sądom.
    – Sytuacja, w której o tym, co wolno w internecie, decyduje urzędnik podległy rządowi, przypomina konstrukcję Ministerstwa Prawdy z powieści „Rok 1984” George’a Orwella – argumentował Nawrocki.

    Nadawcy: to nie cenzura

    Prawnicy reprezentujący nadawców telewizyjnych odpierają zarzuty o cenzurę. Podkreślają, że ustawa dotyczyła wyłącznie zamkniętego katalogu czynów już dziś uznawanych za przestępstwa.
    – Nie chodzi o ograniczanie wolności słowa, lecz o możliwość szybkiej reakcji na ewidentne naruszenia prawa – tłumaczyła Ewa Wzięch z działu prawnego Canal+.

    W przypadku pirackich transmisji mechanizm byłby prosty: strona udostępniająca nielegalny stream trafiałaby do rejestru stron blokowanych, podobnie jak ma to miejsce w przypadku nielicencjonowanych bukmacherów. Kluczowa jest tu szybkość – mecz trwa około dwóch godzin, a jeśli nielegalne źródło nie zostanie wyłączone w ciągu kilkudziesięciu minut, straty dla nadawcy są już nieodwracalne.

    Sport w jednym worku z innymi problemami

    Z perspektywy nadawców sportowych kwestia piractwa jest zero-jedynkowa: albo ktoś ma prawa do transmisji, albo je łamie. Problem w tym, że projekt ustawy wrzucał ten mechanizm do jednego worka z innymi, znacznie bardziej niejednoznacznymi zagadnieniami – jak obrażanie w sieci, nękanie czy kontrowersyjne wypowiedzi w mediach społecznościowych. To właśnie te obszary budziły obawy o możliwe nadużycia i arbitralność decyzji.

    Polska w ogonie Europy

    Mechanizmy szybkiego blokowania nielegalnych transmisji działają już m.in. we Włoszech, Hiszpanii, Portugalii czy Grecji. We Włoszech nakaz blokady potrafi zostać wydany nawet w 30 minut. W Polsce nadawcy są dziś w dużej mierze zdani sami na siebie, zwłaszcza gdy pirackie serwery znajdują się w egzotycznych lokalizacjach poza UE.

    Tymczasem termin wdrożenia unijnego DSA minął w lutym 2024 roku, a Polska pozostaje jednym z ostatnich państw członkowskich bez odpowiednich regulacji. Z tego powodu Komisja Europejska wszczęła wobec naszego kraju formalne postępowanie.

    Co dalej?

    Prezydent zapowiedział, że nowy, poprawiony projekt ustawy może powstać szybko.
    – W ciągu miesiąca możemy przygotować uczciwy projekt, a w dwa miesiące uchwalić ustawę, która będzie chronić dzieci i respektować konstytucję – zapowiedział.

    W realiach polskiego procesu legislacyjnego są to jednak bardzo optymistyczne założenia. Do tego czasu nadawcy sportowi muszą radzić sobie z piractwem bez narzędzi, które w wielu krajach Europy już dawno stały się standardem.