Author: newuser

  • Djoković dołączył do Świątek, wielkie zamieszanie w Melbourne. Granica przekroczona

    Djoković dołączył do Świątek, wielkie zamieszanie w Melbourne. Granica przekroczona

    Iga Świątek w środę zakończyła swój udział w tegorocznym Australian Open, ale z Melbourne wyjeżdża nie tylko z bagażem sportowych emocji. O Polce zrobiło się wyjątkowo głośno po jej mocnej i szczerej wypowiedzi podczas konferencji prasowej. Raszynianka nie kryła irytacji po ujawnieniu nagrania z Coco Gauff, na którym Amerykanka w złości uderza rakietą o podłogę. – „Czy my jesteśmy zwierzętami w zoo?” – zapytała retorycznie Świątek, uruchamiając lawinę komentarzy w tenisowym świecie. Do dyskusji szybko włączył się także Novak Djoković.

    Tegoroczny Australian Open obfituje w wiele interesujących meczów, jednak momentami sport schodzi w Melbourne na drugi plan. Tak stało się tuż po ćwierćfinałowym starciu z udziałem Igi Świątek. Polka po porażce pożegnała się z turniejem, a kilka minut później wywołała prawdziwą burzę swoimi słowami skierowanymi do dziennikarzy. Podopieczna Wima Fissette’a bardzo krytycznie odniosła się do sytuacji, w której do sieci trafiło nagranie z Coco Gauff przeżywającą emocje tuż po meczu.

    – „Pytanie brzmi, czy my jesteśmy tenisistkami, czy zwierzętami w zoo? Jesteśmy obserwowane niemal na każdym kroku. Byłoby miło mieć choć odrobinę prywatności. Nie zawsze człowiek chce być tak intensywnie podglądany” – wypaliła Świątek, nie kryjąc frustracji. Jej słowa szybko obiegły światowe media. Temat podchwyciły m.in. hiszpańskie portale, a głos zaczęli zabierać również inni uczestnicy turnieju. Krótkie stanowisko przedstawiła Amanda Anisimova, ale to wypowiedź Novaka Djokovicia odbiła się najszerszym echem.

    Djoković reaguje. Jasne stanowisko po meczu

    Serb, który po kolejnym zwycięstwie awansował do półfinału Australian Open, także został zapytany o głośne nagranie z Coco Gauff. Na konferencji prasowej nie ograniczył się do jednego zdania. – „Doskonale wiem, jak to jest być sfrustrowanym, szczególnie po meczu, w którym grasz poniżej własnych oczekiwań. Zgadzam się z Igą – to naprawdę smutne, że nie ma miejsca, w którym można się schować i bezpiecznie rozładować złość czy gniew, bez obecności kamer” – powiedział Djoković, cytowany przez profil The Tennis Letter w serwisie X.

    To jednak nie był koniec jego wypowiedzi. – „Wygląda na to, że kamer będzie tylko więcej. Jestem wręcz zaskoczony, że nie ma ich jeszcze pod prysznicami. To pewnie kolejny krok. Jestem temu zdecydowanie przeciwny. Powinna istnieć wyraźna granica, która wyznacza naszą prywatną przestrzeń” – dodał Serb.

    Słowa Djokovicia spotkały się z dużym poparciem kibiców w mediach społecznościowych. Wielu fanów przyznało mu rację, podkreślając, że presja i ciągła inwigilacja przekraczają rozsądne granice. Na realne zmiany jednak trudno liczyć. Organizatorzy turniejów idą w stronę coraz większej medialności, a zawodnikom i zawodniczkom pozostaje przede wszystkim kontrola emocji – przynajmniej do momentu, gdy drzwi do szatni w końcu się zamkną.

  • Świątek odpadła z Australian Open. Abramowicz w centrum uwagi. “Kluczowa”

    Świątek odpadła z Australian Open. Abramowicz w centrum uwagi. “Kluczowa”

    Iga Świątek ponownie znalazła się w centrum zainteresowania zagranicznych mediów. Tym razem jednak nie analizowano wyłącznie jej występów na korcie, lecz dokładnie przyjrzano się sztabowi szkoleniowemu, z którym na co dzień współpracuje wiceliderka światowego rankingu. Szczególną uwagę zwrócono na rolę Darii Abramowicz, której poświęcono w zagranicznych publikacjach tyle samo miejsca, co głównemu trenerowi Polki – Wimowi Fissette.

    Australian Open 2026 było dla Świątek pierwszym wielkoszlemowym sprawdzianem w nowym sezonie. Polka dotarła do ćwierćfinału, gdzie musiała uznać wyższość Eleny Rybakiny, przegrywając 5:7, 1:6. Choć wynik ten nie spełnił jej ambicji, postawa raszynianki stała się tematem szerokich analiz w światowych mediach. Komentatorzy skupili się nie tylko na grze Świątek, lecz także na zapleczu, które wspiera ją w walce o kolejne sukcesy.

    Daria Abramowicz na pierwszym planie

    Portal profootballnetwork.com przeanalizował skład i znaczenie poszczególnych członków sztabu Igi Świątek. Co ciekawe, niemal tyle samo uwagi co trenerowi Fissette poświęcono Darii Abramowicz – psycholog sportowej, która od lat odgrywa kluczową rolę w karierze najlepszej polskiej tenisistki.

    „Abramowicz od dawna jest częścią zespołu Świątek, a sama zawodniczka wielokrotnie podkreślała, jak ogromny wpływ miała ona na jej rozwój oraz zdolność radzenia sobie w najtrudniejszych momentach kariery, w tym podczas zawieszenia po pozytywnym wyniku testu antydopingowego w 2024 roku. Nadal pozostaje jedną z najważniejszych postaci w drużynie Polki” – napisano na łamach serwisu.

    Doświadczenie Wima Fissette

    Osobny fragment poświęcono również głównemu trenerowi Igi Świątek. W przypadku Wima Fissette dziennikarze zwrócili uwagę przede wszystkim na jego ogromne doświadczenie oraz szybkie efekty współpracy z Polką. Belg dołączył do jej zespołu pod koniec sezonu 2024 i już kilka miesięcy później pomógł jej sięgnąć po premierowy w karierze triumf w Wimbledonie w 2025 roku.

    „Fissette to uznane nazwisko w świecie tenisa. W przeszłości współpracował m.in. z Kim Clijsters, Victorią Azarenką, Simoną Halep i Naomi Osaką” – przypomniano w artykule.

    Stabilny i sprawdzony zespół

    Autorzy tekstu nie zapomnieli również o pozostałych członkach sztabu Świątek. Wspomniano o fizjoterapeucie Macieju Ryszczuku, który pracuje z tenisistką od 2020 roku, oraz o agencie Julesie Mercierze. Najdłużej, bo od 2019 roku, w zespole Polki pozostaje jednak właśnie Daria Abramowicz.

    Zagraniczne media podkreślają, że siłą Igi Świątek jest nie tylko jej talent i pracowitość, ale także stabilny, doświadczony sztab, który od lat wspiera ją zarówno w aspektach sportowych, jak i mentalnych. To właśnie ta kompleksowa współpraca ma być jednym z fundamentów jej sukcesów na światowych kortach.

  • Świątek zeszła z kortu i rozpętała burzę. Rywalka odpowiada. Wrze w Melbourne

    Świątek zeszła z kortu i rozpętała burzę. Rywalka odpowiada. Wrze w Melbourne

    Iga Świątek nie kryła rozczarowania nie tylko samym wynikiem ćwierćfinału Australian Open, ale również realiami, z jakimi muszą mierzyć się tenisistki poza kortem. Po porażce z Jeleną Rybakiną Polka bardzo stanowczo odniosła się do kwestii prywatności zawodniczek, zadając pytanie, które odbiło się szerokim echem w tenisowym świecie:
    – Czy my jesteśmy zwierzętami w zoo?

    Temat powrócił zaledwie kilka godzin później, gdy identyczne pytanie usłyszała Amanda Anisimova. Amerykanka, finalistka zeszłorocznego Wimbledonu, również nie ukrywała, że standardy panujące podczas Australian Open budzą jej poważne wątpliwości.

    Świątek nie rozpocznie sezonu 2026 od wielkoszlemowego triumfu. W ćwierćfinale turnieju w Melbourne Polka przegrała z Jeleną Rybakiną 5:7, 1:6. Szczególnie bolesna była druga partia, w której doszło do wyraźnej deklasacji. Mecz trwał niespełna półtorej godziny i zakończył się zdecydowanym zwycięstwem reprezentantki Kazachstanu.

    Podczas pomeczowej konferencji prasowej Świątek została zapytana o nagranie zza kulis, które w ostatnich dniach obiegło media społecznościowe. Widać na nim, jak Coco Gauff – po porażce z Eliną Switoliną – w przypływie emocji roztrzaskuje rakietę. Amerykanka opuściła kort, starając się rozładować frustrację już poza zasięgiem kamer. Mimo to nagranie i tak trafiło do przestrzeni publicznej.

    Ten fakt wyjątkowo zirytował liderkę polskiego tenisa.
    – Pytanie brzmi, czy my jesteśmy tenisistkami, czy zwierzętami w zoo? Jesteśmy obserwowane nawet w najbardziej intymnych momentach. Byłoby miło mieć choć odrobinę prywatności. Nie zawsze chce się być pod nieustanną obserwacją – mówiła Świątek bez ogródek.

    Głos Polki nie pozostał odosobniony. Po swoim meczu z Jessicą Pegulą o tę samą sprawę zapytana została Amanda Anisimova. Amerykanka, która w pamiętnym finale Wimbledonu przegrała z Igą Świątek 0:6, 0:6, wyraźnie zgodziła się z jej oceną sytuacji, choć ujęła problem w spokojniejszym tonie.

    – Myślę, że opublikowanie filmiku z Coco było trudne, bo nie dano jej możliwości wypowiedzenia się ani obrony. Wiedziałam, że podczas tego turnieju prywatność jest bardzo ograniczona, dlatego po prostu poszłam do szatni. Tam przynajmniej można było na chwilę zostać samemu – przyznała Anisimova.

    Australian Open 2026 powoli zbliża się do decydującej fazy. W półfinałach Aryna Sabalenka zmierzy się z Eliną Switoliną, natomiast Jelena Rybakina stanie do walki z Jessicą Pegulą. Coraz głośniej mówi się jednak nie tylko o sportowej rywalizacji, ale również o granicach medialnej ingerencji w życie zawodniczek – granicach, które zdaniem wielu zostały w Melbourne wyraźnie przekroczone.

  • -350. Kosztowna porażka Świątek. Wszystko w rękach rywalek

    -350. Kosztowna porażka Świątek. Wszystko w rękach rywalek

    Iga Świątek zakończyła tegoroczny Australian Open na etapie ćwierćfinału, przegrywając w dwóch setach z Jeleną Rybakiną 5:7, 1:6. Ta porażka nie tylko zamknęła Polce drogę do kolejnego w karierze tytułu wielkoszlemowego, ale też wyraźnie skomplikowała jej sytuację w rankingu WTA. Za plecami wiceliderki zestawienia robi się bowiem coraz tłoczniej.

    Przed spotkaniem to właśnie Świątek była wskazywana jako minimalna faworytka starcia z urodzoną w Moskwie, a reprezentującą Kazachstan Rybakiną. Początek meczu zdawał się potwierdzać te przewidywania – Polka już w pierwszym gemie przełamała rywalkę i szybko objęła prowadzenie. Przewagi tej jednak nie zdołała utrzymać. Rybakina błyskawicznie odrobiła straty, a w kluczowym momencie pierwszego seta ponownie przełamała Świątek, choć ta prowadziła już 30:0 przy własnym podaniu. Druga partia miała już zdecydowanie jednostronny przebieg – Polka była w stanie ugrać zaledwie jednego gema, a Kazaszka kontrolowała wydarzenia na korcie od początku do końca.

    Ćwierćfinałowy występ oznacza dla Świątek wynik słabszy niż przed rokiem, gdy dotarła do półfinału. W efekcie za Australian Open 2026 dopisze do rankingu WTA 430 punktów, co w porównaniu z poprzednim sezonem oznacza stratę aż 350 „oczek”. To odczuwalna różnica, która ma bezpośrednie przełożenie na jej pozycję w światowym zestawieniu.

    Po uwzględnieniu dorobku z tegorocznej edycji turnieju w Melbourne Polka ma na koncie 7978 punktów. To aż o 2492 mniej niż prowadząca w rankingu Aryna Sabalenka, która wciąż pozostaje w grze i może jeszcze powiększyć swoją przewagę. Znacznie bardziej niepokojąco wygląda jednak sytuacja tuż za plecami Świątek.

    Szansę na wyprzedzenie jej w rankingu miała Amanda Anisimova. Amerykanka, będąc na etapie ćwierćfinału, zachowywała jeszcze teoretyczne nadzieje na zepchnięcie Polki na trzecią pozycję. Kilka godzin po porażce Świątek stało się jednak jasne, że do takiego scenariusza nie dojdzie.

    Znacznie bardziej realnym zagrożeniem może okazać się sama Rybakina. Choć Kazaszka nie ma już możliwości wyprzedzenia Polki i odebrania jej drugiego miejsca w rankingu, to w przypadku triumfu w Australian Open zbliży się do niej na zaledwie 368 punktów. Taki dystans sprawia, że walka o pozycję wiceliderki WTA w kolejnych tygodniach zapowiada się wyjątkowo interesująco.

  • 2 godziny po wygranej ze Świątek zapadł werdykt ws. Rybakiny. Zwrot akcji w Melbourne

    2 godziny po wygranej ze Świątek zapadł werdykt ws. Rybakiny. Zwrot akcji w Melbourne

    Dzisiejsze starcie z Jeleną Rybakiną nie ułożyło się po myśli Igi Świątek. Polska tenisistka w kluczowym momencie meczu wpadła w wyraźny kryzys serwisowy, który przypadł na końcówkę pierwszego seta i początek drugiego. To właśnie wtedy rywalka przejęła pełną kontrolę nad wydarzeniami na korcie, budując przewagę, która otworzyła jej drogę do półfinału Australian Open. Kilka godzin po zakończeniu spotkania zapadło kolejne ważne rozstrzygnięcie – Kazaszka poznała swoją przeciwniczkę w walce o finał, a na Rod Laver Arena nie zabrakło emocjonującego zwrotu akcji.

    Środowe zmagania w Melbourne upłynęły pod znakiem ćwierćfinałów dolnej części drabinki singlowej kobiet. Tuż po godzinie 1:30 czasu polskiego na kort centralny wyszły Iga Świątek i Jelena Rybakina. Polka liczyła na rewanż za porażkę z Australian Open 2023, jednak historia znów potoczyła się na jej niekorzyść. Do stanu 5:5 w pierwszym secie oglądaliśmy bardzo wyrównany pojedynek, w którym żadna z zawodniczek nie była w stanie przejąć inicjatywy na dłużej. Przełom nastąpił w dwunastym gemie, gdy raszynianka wyraźnie obniżyła skuteczność pierwszego podania. Od tego momentu Rybakina złapała rytm, rozpoczęła serię wygranych gemów i do końca spotkania nie pozwoliła już Polce wrócić do gry. Mistrzyni WTA Finals 2025 zwyciężyła ostatecznie 7:5, 6:1.

    Tuż po zakończeniu meczu Świątek – Rybakina na Rod Laver Arena rozegrano ostatni ćwierćfinał kobiet, który miał wyłonić rywalkę Kazaszki w półfinale. Naprzeciwko siebie stanęły dwie Amerykanki – Jessica Pegula i Amanda Anisimova. Dla młodszej z nich stawka była podwójna, ponieważ wciąż zachowywała matematyczne szanse na wyprzedzenie Igi Świątek w rankingu WTA. Warunek był jednak jeden – triumf w całym turnieju w Melbourne. Już środowe spotkanie brutalnie zweryfikowało te nadzieje.

    Początek meczu ułożył się fatalnie dla Anisimovej. Już w pierwszym gemie serwisowym została przełamana do zera, a chwilę później ponownie musiała bronić break pointa. Tym razem wyszła z opresji, zapisując na swoim koncie pierwszego gema, ale jej gra wciąż była daleka od stabilności. Pegula prezentowała się bardzo solidnie, cierpliwie punktowała rywalkę i nie pozwalała jej rozwinąć skrzydeł.

    Kolejne przełamanie, tym razem w piątym gemie, dało starszej z Amerykanek komfort prowadzenia. Podwójny break w zupełności wystarczył, by zamknąć pierwszą partię. Choć Pegula miała jeszcze okazję na kolejne przełamanie, ostatecznie zwyciężyła w secie 6:2, kontrolując przebieg wydarzeń.

    Druga odsłona spotkania przyniosła już znacznie więcej emocji. Anisimova zaczęła od bardzo ważnego gema serwisowego, w którym obroniła aż trzy break pointy. Ten moment wyraźnie dodał jej pewności siebie i pozwolił nawiązać bardziej wyrównaną walkę. W ósmym gemie Amanda przełamała Pegulę i przy prowadzeniu 5:3 stanęła przed szansą zamknięcia seta. Nie potrafiła jej jednak wykorzystać, a dziewiąty gem zakończyła w najgorszy możliwy sposób – podwójnym błędem serwisowym.

    Frustracja młodszej z Amerykanek była coraz bardziej widoczna. W jedenastym gemie ponownie straciła podanie, mimo prowadzenia 40:15. Chwilę później Pegula serwowała już po zwycięstwo w meczu. Choć przy stanie 30:15 popełniła podwójny błąd, dopuszczając rywalkę do gry, Anisimova zdołała jedynie doprowadzić do tie-breaka.

    Decydująca rozgrywka miała jednak jednostronny przebieg. Amanda zdobyła co prawda pierwszy punkt, ale później całkowicie się rozsypała. Nie wygrała już ani jednej akcji, a Pegula wróciła do swojej konsekwentnej, bezbłędnej gry, bezlitośnie wykorzystując pomyłki przeciwniczki. Ostatecznie Jessica Pegula zwyciężyła 6:2, 7:6(1) i zameldowała się w półfinale Australian Open, gdzie zmierzy się z Jeleną Rybakiną. Anisimova natomiast po bolesnym zwrocie akcji straciła nie tylko szansę na tytuł w Melbourne, ale również na awans na pozycję wiceliderki rankingu WTA.

  • Ksiądz z Podkarpacia zagrał z WOŚP i Owsiakiem. Głos zabrała jego żona. I mówi otwarcie

    Ksiądz z Podkarpacia zagrał z WOŚP i Owsiakiem. Głos zabrała jego żona. I mówi otwarcie

    34. Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy przeszedł już do historii, ale jego realne efekty dopiero nadejdą. Sprzęt medyczny, który zostanie zakupiony za zadeklarowane ponad 183 miliony złotych, ma pomóc w leczeniu tzw. „zdrowych brzuszków” u dzieci. W tegoroczną edycję WOŚP, w nieco nowej roli, włączył się także ks. Roman Jagiełło – proboszcz i dziekan polskokatolickiej parafii pw. Dobrego Pasterza w Łękach Dukielskich. Duchowny, który od lat wspiera Orkiestrę, tym razem po raz pierwszy kwestował jako oficjalny wolontariusz z własną puszką. W rozmowie z Interią razem z żoną Martą podzielił się swoimi refleksjami.

    – Jestem bardzo zadowolony, bo po raz pierwszy miałem własną puszkę WOŚP jako wolontariusz. Finał zbiórki nastąpił podczas mszy świętej, w momencie ofiarowania. Zamiast tradycyjnej tacy przeszedłem przez kościół razem z ministrantem, trzymając puszkę Orkiestry. To również było wydarzenie bez precedensu – przyznaje ks. Roman Jagiełło, który od trzech dekad posługuje w niewielkiej miejscowości Łęki Dukielskie, położonej około 20 kilometrów od Krosna, na Podkarpaciu.

    Jak podkreśla duchowny, wcześniej datki do jego puszki zbierała w szkole dziewczynka z sąsiedztwa, a on sam kwestował także podczas Walnego Zgromadzenia lokalnej Ochotniczej Straży Pożarnej. Zapytany o to, czy parafianie byli zaskoczeni nietypową formą „tacy” przeznaczonej na WOŚP, której twarzą od lat pozostaje Jerzy Owsiak, odpowiada bez wahania:

    – Nie, bo wcześniej uprzedzałem ludzi, że w tym roku zmieni się formuła. Zamiast zbiórki po mszy, prowadzonej przez harcerzy, postanowiłem przejść z puszką bezpośrednio w trakcie nabożeństwa – tłumaczy proboszcz jednej z dwóch parafii działających w miejscowości.

    Prawdziwym zaskoczeniem okazała się natomiast frekwencja. – Była zdecydowanie większa niż zwykle. Śmiało mogę powiedzieć, że przyszło dwa razy więcej osób niż na typową niedzielną mszę – przyznaje. W kościele pojawili się nie tylko wierni z parafii polskokatolickiej, ale także osoby związane z Kościołem rzymskokatolickim, zaproszeni samorządowcy, sołtyska wsi oraz przyjaciele duchownego. – Było też dwóch doktorów: jeden z Uniwersytetu Rzeszowskiego, drugi z Podkarpackiej Szkoły Wyższej w Jaśle. Atmosfera była bardzo dobra, a ludzie okazali się niezwykle hojni. Do puszki trafiały głównie banknoty, a nie drobne monety – mówi z uśmiechem ksiądz, pochodzący z Gryfic, a wychowany w Czeladzi na Śląsku.

    Powody do satysfakcji były w pełni uzasadnione. Po podliczeniu wszystkich datków okazało się, że w puszce znalazło się dokładnie 5445,38 zł. – To kwota rekordowa – podkreśla ks. Jagiełło, dziękując jednocześnie wszystkim darczyńcom. Zaznacza przy tym, że środki pochodziły także z innych źródeł. Po mszy sprzedawane były specjalnie przygotowane na tę okazję okolicznościowe przedmioty z drewna, a część osób dokonywała celowych wpłat na konto parafii.

    – Sprzedaż tych drobnych wyrobów przyniosła dodatkowo ponad 600 złotych. Z kolei pieniądze wpłacane na konto parafii z myślą o WOŚP postanowiłem w całości przekazać dalej. Tak jak zapowiadałem, wypłaciłem z konta tysiąc złotych i dorzuciłem je do puszki – relacjonuje duchowny.

    Zapytany o ewentualne krytyczne głosy, które mógł usłyszeć tego dnia, ks. Jagiełło odpowiada wprost, że wśród parafian takich reakcji nie było. – Ludzie mnie w tym wspierają od lat i nikt nie zgłasza sprzeciwu. W internecie zdarzają się komentarze, także ze strony niektórych księży, że taca powinna być przeznaczona wyłącznie na potrzeby parafii i że duchowny nie powinien zbierać na WOŚP. Uważam jednak, że to niepoważny zarzut. Gdyby parafianie byli przeciw, po prostu by nie dali pieniędzy. Co więcej, mogliby w ogóle nie przyjść do kościoła. Tymczasem stało się dokładnie odwrotnie – tłumaczy.

    W rozmowie pojawia się również wątek życia rodzinnego duchownego. Ks. Roman Jagiełło, zgodnie z zasadami Kościoła polskokatolickiego, ma żonę. Z Martą jest związany od 1995 roku, co umożliwia brak obowiązku celibatu. Przy tej okazji proboszcz przypomina rys historyczny swojego Kościoła.

    Polski Narodowy Kościół Katolicki powstał w 1897 roku w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Jego twórca, bp Franciszek Hodur, początkowo nie zajmował jednoznacznego stanowiska w sprawie celibatu i sam pozostał bezżenny. Dopiero synod z 1921 roku wprowadził zasadę dobrowolności – duchowni, którzy chcą zawrzeć związek małżeński, mogą to zrobić bez przeszkód.

    – W efekcie większość księży w naszym Kościele ma żony i dzieci. My akurat potomstwa nie mamy, ale i tak uważam, że życie rodzinne daje zupełnie inną perspektywę. Łatwiej zrozumieć problemy wiernych, bo samemu doświadcza się podobnych sytuacji. Wierni często to podkreślają, mówiąc, że księża mający rodziny lepiej rozumieją życie codzienne – mówi duchowny.

    Podczas rozmowy ks. Jagiełło postanowił oddać głos swojej żonie. – To ja może dam do telefonu żonę, niech ona sama się wypowie – zaproponował. Pani Marta, która była obok, bez wahania podzieliła się swoim zdaniem na temat WOŚP.

    – Mam dokładnie takie samo stanowisko jak mąż. Od początku istnienia Orkiestry popieram tę formę pomocy. Jeszcze zanim trafiłam do tej parafii i zanim ksiądz został moim mężem, już uważałam, że to bardzo potrzebna inicjatywa – powiedziała.

    Zaznaczyła jednocześnie, że każdy może pomagać na swój sposób. – Jedni wolą działać głośno i publicznie, inni po cichu. Każdy ma prawo wybrać własną drogę. Najważniejsze jest jedno: nie przeszkadzać tym, którzy chcą czynić dobro – podkreśliła.

    Na koniec ks. Jagiełło przypomniał, że bliski jest mu także sport. Od lat organizuje Rajdy Rowerowe „Oikoumene”, dokumentowane na stronie internetowej parafii. Do tej pory odbyło się dziewięć edycji tego wydarzenia. – To inicjatywa łącząca trzy płaszczyzny: religijną, poetycką i sportową. Wyruszamy do miejsc kultu religijnego w promieniu do 50 kilometrów – wyjaśnia proboszcz.

  • Świątek ogłasza po porażce z Rybakiną. Powiedziała to przed kamerami. “Nie czułam”

    Świątek ogłasza po porażce z Rybakiną. Powiedziała to przed kamerami. “Nie czułam”

    Świątek po porażce z Rybakiną: „Po prostu walczyłam, ale nie wszystko ułożyło się po mojej myśli”

    Iga Świątek zakończyła swój udział w Australian Open na etapie ćwierćfinału. W nocy z wtorku na środę polskiego czasu wiceliderka rankingu WTA przegrała z Jeleną Rybakiną 5:7, 1:6. Tego dnia to reprezentantka Kazachstanu była wyraźnie skuteczniejsza i to ona awansowała do półfinału turnieju w Melbourne.

    Pierwszy set przez długi czas był niezwykle wyrównany. Już na samym początku obie tenisistki zanotowały po jednym przełamaniu, a następnie konsekwentnie utrzymywały własne podania. Różnica polegała jednak na tym, że to Świątek przez większość partii musiała gonić wynik. Przy stanie 6:5 dla Rybakiny Polka stanęła przed szansą doprowadzenia do tie-breaka, ale nie zdołała obronić własnego serwisu. 26-letnia zawodniczka urodzona w Moskwie wykorzystała moment i objęła prowadzenie w całym spotkaniu.

    Druga odsłona była już wyraźnie pod dyktando Rybakiny. Kazaszka nabrała pewności siebie, poprawiła serwis i narzuciła tempo, z którym Polka nie była w stanie sobie poradzić. Świątek ugrała w tej partii tylko jednego gema, a cały mecz zakończył się wynikiem 7:5, 6:1 po niewiele ponad półtorej godziny gry. W półfinale Australian Open Rybakina zmierzy się z Jessicą Pegulą.

    Krótko po zakończeniu spotkania Iga Świątek pojawiła się przed kamerami polskiego oddziału „Eurosportu”, gdzie podzieliła się swoimi przemyśleniami. Zapytana, czy kluczowy był pierwszy, bardziej wyrównany set, odpowiedziała bez wahania:
    – Nie, nie można tak powiedzieć. Faktycznie w pierwszym secie poziom był bardziej wyrównany i kilka piłek zrobiło różnicę, a w drugim ona już się rozkręciła. Serwowała lepiej, złapała pewność, a mi było coraz trudniej. Taka była różnica. Nie ma znaczenia, który set był ważniejszy.

    24-latka odniosła się także do pytania o ewentualny brak chłodnej głowy w decydujących momentach. – Nie mam do siebie pretensji pod tym względem. Od początku agresywnie wchodziłam w jej drugi serwis i starałam się wywierać presję. Gdy gra się tak ofensywnie, błędy po prostu się zdarzają. Pamiętam dwie sytuacje przy stanie 30:30, gdy returnowałam jej drugi serwis i właśnie wtedy popełniłam błędy. Jeśli chce się wygrać seta, takie piłki trzeba trafiać w kort. To był set, w którym zadecydowały dwie, trzy akcje. Ogromna szkoda, ale obie jesteśmy dobrymi tenisistkami. Ona świetnie gra i lubi szybkie nawierzchnie. Po prostu walczyłam i nie do końca poszło po mojej myśli – podsumowała.

    Na zakończenie Świątek spojrzała szerzej na cały swój występ w Melbourne. Po chwili namysłu przyznała, że mimo porażki widzi wiele pozytywów. – To było dobre rozpoczęcie sezonu. Było sporo pracy w trakcie turnieju, jeśli chodzi o poprawianie technicznych elementów. Idealnie byłoby, gdyby wszystko działało od razu na Wielkim Szlemie, ale tenis jest skomplikowanym sportem i nie zawsze tak się dzieje. Na początku nie czułam się najlepiej, później podniosłam poziom i naprawdę podobały mi się mecze po pierwszej rundzie.

    Wracając jeszcze do starcia z Rybakiną, Polka podkreśliła, że choć wynik ją boli, to daje też jasny sygnał, nad czym pracować dalej. – To rezultat, z którego nie jestem zadowolona, ale wiem, co chcę poprawić. Gdybym jutro wyszła na trening, miałabym konkretne cele. Kontynuowałabym to, co zaczęliśmy w okresie przygotowawczym i czego nie zdążyliśmy w pełni dopracować. Chcę się dalej rozwijać jako tenisistka. Nie jestem załamana. W tym sezonie trzeba pracować i iść naprzód – zakończyła Świątek.

  • Świątek nie mogła uwierzyć w to, co zrobiła Rybakina. Aż podniosła rękę

    Świątek nie mogła uwierzyć w to, co zrobiła Rybakina. Aż podniosła rękę

    Iga Świątek zatrzymana w Melbourne. Rybakina zagrała koncert i awansowała do półfinału Australian Open

    Iga Świątek przegrała z Jeleną Rybakiną 5:7, 1:6 w ćwierćfinale Australian Open. Kluczowy okazał się fragment, w którym Polka straciła pięć gemów z rzędu, a jej rywalka weszła na poziom gry, na który trudno było znaleźć odpowiedź. W jednej z decydujących akcji Świątek z niedowierzaniem patrzyła na piłkę, która po uderzeniu Rybakiny minimalnie zahaczyła o linię. – Pokaz mocy Rybakiny! – podsumowali komentatorzy.

    W Melbourne spotkały się druga i czwarta rakieta świata. Dla Świątek i Rybakiny był to już 12. pojedynek w karierze, ale po raz pierwszy na tak zaawansowanym etapie turnieju wielkoszlemowego. Stawka była ogromna – półfinał Australian Open.

    Obiecujący początek Polki

    Świątek zaczęła bardzo dobrze. Już w pierwszym gemie przełamała rywalkę, skutecznie atakując jej drugi serwis. Rybakina miała problemy z pierwszym podaniem, popełniała też błędy z forhendu, co Polka bezlitośnie wykorzystywała. Chwilę później sama jednak znalazła się w opałach. Co prawda obroniła dwa break pointy, dobrze czytała kierunki zagrań przeciwniczki, ale w końcu Kazaszka doprowadziła do przełamania zwrotnego.

    Rybakina wyszła też z poważnych tarapatów przy własnym serwisie, gdy przegrywała 0:40. Wtedy pomogły as i błąd Świątek, której zabrakło cierpliwości w jednej z wymian. Polka szybko jednak odpowiedziała lepszymi gemami serwisowymi i na tablicy wyników znów był remis. – Bądź bardziej agresywna przy returnie drugiego podania – motywował Rybakinę jej trener Stefano Vukov.

    Decydująca końcówka pierwszego seta

    Do stanu 3:3 obie tenisistki pewnie utrzymywały podanie. Rybakina częściej trafiała pierwszym serwisem, Świątek popisała się efektowną akcją bekhendową i dołożyła pierwszego asa. – Tego potrzeba – komentował Dawid Celt w Eurosporcie, a sztab Polki nagrodził ją brawami.

    Z czasem inicjatywę zaczęła jednak przejmować Rybakina. Zagrała znakomitego gema serwisowego, wygranego do zera, uderzając mocno i płasko pod linię końcową. – Świetna gra Jeleny, Iga niewiele może sobie zarzucić – oceniała Justyna Kostyra. W końcówce seta Świątek miała słabszy moment: gorzej serwowała, popełniła błąd z forhendu z powietrza, a potem posłała bekhend w siatkę. Przełamanie przesądziło sprawę – 7:5 dla Rybakiny.

    Drugi set pod dyktando Rybakiny

    Druga partia od początku układała się nie po myśli Polki. Szybkie przełamanie, podwójny błąd serwisowy i coraz więcej pomyłek w wymianach sprawiły, że Rybakina odskoczyła na 3:0. – Za szybko Iga decyduje się na siłowe rozwiązania – zauważał Celt. Kazaszka serwowała niemal bezbłędnie, a Świątek po jednej z przegranych piłek bezradnie rozłożyła ręce w stronę swojego zespołu.

    Polka jeszcze próbowała się podnieść – utrzymała podanie i doprowadziła do równowagi przy serwisie rywalki – ale Rybakina ratowała się asami. Jedno z jej zagrań, które spadło w sam narożnik kortu, wywołało u Świątek wyraźne niedowierzanie. Piłka jednak zahaczyła o linię, a przewaga Kazaszki rosła z każdą minutą. Chwilę później domknęła mecz przy własnym podaniu, wygrywając 7:5, 6:1. – Pokaz siły Rybakiny – podsumowała Kostyra.

    Najtrudniejsza możliwa rywalka

    Jeszcze przed ćwierćfinałem ekspertka Laura Robson przewidywała, że Jelena Rybakina będzie dla Świątek najtrudniejszą możliwą przeciwniczką. Te słowa w pełni się potwierdziły. Polka, zwłaszcza w pierwszym secie, prezentowała solidny poziom, ale w starciu z rozpędzoną, znakomicie serwującą rywalką to nie wystarczyło. W drugiej partii zabrakło jej przede wszystkim jakości podania.

    Rybakina awansowała do półfinału Australian Open, gdzie zmierzy się z jedną z Amerykanek – Jessicą Pegulą lub Amandą Anisimovą. W drugim półfinale turnieju Aryna Sabalenka zagra z Eliną Switoliną.

  • Ojciec rywalki Świątek przerwał milczenie po sześciu latach. Trener zwolniony

    Ojciec rywalki Świątek przerwał milczenie po sześciu latach. Trener zwolniony

    Już w pierwszych dniach Australian Open Jessica Pegula wprawiła tenisowych komentatorów w niemałe zakłopotanie. Amerykanka, która w półfinale turnieju może trafić na Igę Świątek, po jednym ze zwycięstw zostawiła na obiektywie kamery tajemniczy napis. Dla większości kibiców był on zupełnie niezrozumiały. Klucz do zagadki krył się jednak w… rodzinnych powiązaniach tenisistki.

    Po wygranej w pierwszej rundzie z Rosjanką Anastasiją Zacharową Pegula nie celebrowała triumfu w typowy sposób. Zamiast tego podeszła do kamery ustawionej przy korcie i napisała na niej słowa: „It was a catch”, dokładając do tego smutną buźkę. Dosłownie oznacza to: „To był chwyt”. Przekaz wywołał konsternację – komentatorzy i widzowie głowili się, co tenisistka miała na myśli. Tylko amerykańscy kibice szybko połączyli fakty. Wiedzieli, że Pegula nawiązała nie do tenisa, lecz do wydarzeń z boisk NFL.

    Futbolowy dramat, który dotknął rodzinę Pegulów
    W Stanach Zjednoczonych trwały wówczas play-offy ligi NFL, a dokładniej faza ćwierćfinałów, znana jako divisional round. Dzień przed meczem Peguli w Melbourne rozegrano spotkanie, które szczególnie ją poruszyło. W Denver miejscowi Broncos mierzyli się z Buffalo Bills – drużyną należącą do jej ojca, Terry’ego Peguli.

    Mecz miał niezwykle dramatyczny przebieg. Na 55 sekund przed końcem Broncos objęli prowadzenie 30:27. Gdy wydawało się, że zwycięstwo jest blisko, Bills zdołali doprowadzić do remisu rzutem na pięć sekund przed końcową syreną. O losach spotkania miała więc zadecydować dogrywka.

    To właśnie w niej doszło do sytuacji, która wywołała ogromne emocje. Rozgrywający Bills Josh Allen posłał długie podanie w pole punktowe rywali. Piłkę złapał Brandin Cooks, lecz w momencie upadku futbol został mu odebrany przez obrońcę Broncos Ja’Quana McMillana. Sędziowie uznali przechwyt, a Broncos wykorzystali sytuację i wygrali 33:30.

    Kibice Bills nie pogodzili się z tą decyzją. Ich zdaniem Cooks miał pełną kontrolę nad piłką, a akcja powinna zostać uznana jako skuteczny chwyt. To właśnie do tej kontrowersji nawiązała Jessica Pegula, pisząc na kamerze „It was a catch”. Gdyby arbitrzy ocenili sytuację inaczej, Bills mieliby piłkę i realną szansę na zwycięstwo.

    – Tak, wczoraj było po prostu fatalnie – przyznała Pegula już w Melbourne. – Trudny mecz, bolesna porażka. Sposób, w jaki przegraliśmy, był jak cios prosto w serce – dodała.

    Decyzja właściciela i koniec pewnej epoki
    Tuż po porażce Terry Pegula zdecydował się na radykalny krok i zwolnił wieloletniego trenera Bills, Seana McDermotta. Właściciel klubu tłumaczył później, że nie była to reakcja na kontrowersyjną decyzję sędziów, lecz efekt głębszych przemyśleń.

    – Kiedy zobaczyłem drużynę w szatni, zobaczyłem rozpacz. Zdałem sobie sprawę, że rok po roku w play-offach uderzamy w tę samą ścianę. Zadałem sobie pytanie: dokąd zmierzamy z tym, co mamy? I to była podstawa mojej decyzji – wyjaśniał Pegula w pierwszym od sześciu lat obszernym wywiadzie dla mediów.

    McDermott prowadził Bills przez dziewięć sezonów. Zbudował zespół regularnie zaliczany do grona faworytów do Super Bowl, ale mimo świetnych występów w sezonie zasadniczym drużyna nigdy nie awansowała do wielkiego finału.

    Nowy stadion i ogromne pieniądze
    Nadchodzący sezon będzie dla Bills wyjątkowy także z innego powodu. Drużyna zadebiutuje na nowym New Highmark Stadium, który pomieści 67 tysięcy widzów. Koszt budowy obiektu wyniósł 2,2 miliarda dolarów, z czego aż 850 milionów pochodzi z pieniędzy publicznych. Stan Nowy Jork dołożył 600 milionów, a hrabstwo Erie – 250 milionów.

    Terry Pegula, który fortunę zbudował na wydobyciu gazu łupkowego, kupił Buffalo Bills w 2014 roku za 1,4 miliarda dolarów, płacąc całą kwotę gotówką. W rywalizacji o klub pokonał m.in. Donalda Trumpa, przyszłego prezydenta USA, od lat marzącego o posiadaniu drużyny NFL. Z perspektywy czasu była to znakomita inwestycja – dziś wartość Bills jest ponad czterokrotnie wyższa niż w momencie zakupu.

    Pegula jest również właścicielem drużyny NHL Buffalo Sabres oraz zespołu lacrosse’a Buffalo Bandits.

    Tenisowe emocje w Melbourne
    Tymczasem Jessica Pegula skupia się na rywalizacji w Melbourne. W nocy z wtorku na środę rozegra ćwierćfinał Australian Open przeciwko Amandzie Anisimovej. Jeśli wygra, w półfinale może dojść do jej starcia z Igą Świątek – pod warunkiem, że Polka pokona Jelenę Rybakinę. To spotkanie również zaplanowano na noc z wtorku na środę czasu polskiego.

  • Rywalka Świątek odpuściła, sama to ogłosiła. Szokujące wyznanie stało się faktem

    Rywalka Świątek odpuściła, sama to ogłosiła. Szokujące wyznanie stało się faktem

    Danielle Collins zupełnie inaczej wyobrażała sobie początek sezonu 2026. Z powodu problemów zdrowotnych Amerykanka została zmuszona do wycofania się z Australian Open, pierwszego w tym roku turnieju wielkoszlemowego. Kontuzja pleców okazała się na tyle poważna, że tenisistka musiała przejść kilka zabiegów i skupić się na rehabilitacji. Choć sportowo jest to dla niej spory cios, 32-latka nie zamierzała tracić czasu i postanowiła poświęcić się sprawom prywatnym, o których otwarcie opowiedziała fanom w mediach społecznościowych.

    Collins jest w Polsce postacią doskonale rozpoznawalną, głównie za sprawą głośnych konfliktów z Igą Świątek. Ich relacja zaostrzyła się w 2024 roku podczas igrzysk olimpijskich w Paryżu. Po jednym z meczów Amerykanka w ostrych słowach skrytykowała Polkę, zarzucając jej m.in. fałsz i nieszczerość. Od tamtej pory nie brakowało prowokacyjnych gestów oraz wypowiedzi, które tylko podsycały napięcie między obiema zawodniczkami i wzbudzały emocje wśród kibiców.

    Teraz jednak tenisistka znalazła się w zupełnie innym momencie życia. Przerwa od rywalizacji sprawiła, że Collins zaczęła głośno mówić o swoich planach poza kortem. Jednym z tematów, który szczególnie zainteresował jej obserwatorów, była kwestia miłości. Amerykanka nie ukrywa, że obecnie jest singielką i chciałaby to zmienić. W tym celu postanowiła spróbować szczęścia w aplikacji randkowej.

    Wybór padł na Rayę – ekskluzywną platformę znaną z tego, że korzystają z niej celebryci, sportowcy i ludzie ze świata show-biznesu. Już sam opis profilu Collins wywołał spore poruszenie. Tenisistka bardzo jasno określiła swoje oczekiwania i wizję przyszłości. Podkreśliła, że choć wciąż jest profesjonalną sportsmenką, marzy o bardziej tradycyjnym życiu rodzinnym. Wprost napisała, że chce skupić się na domu, rodzinie, pieczeniu chleba, opiece nad psami i – w przyszłości – macierzyństwie. Nie zabrakło też bezpośrednich uwag skierowanych do potencjalnych kandydatów, w których zaznaczyła, że nie toleruje kłamstw, nawet tych dotyczących wzrostu.

    Eksperyment z aplikacją randkową nie trwał jednak długo. W trakcie sesji pytań i odpowiedzi w mediach społecznościowych Collins została zapytana o to, jak idą poszukiwania partnera. Jej odpowiedź była szczera i jednoznaczna. Przyznała, że na Rayi spędziła zaledwie dwa tygodnie i całkowicie zrezygnowała z dalszego korzystania z aplikacji.

    – Byłam na Rayi przez dwa tygodnie i już wiem, że nigdy tam nie wrócę do żadnej aplikacji randkowej. Jest tam zdecydowanie za dużo oszustów – przekazała.

    Choć próba znalezienia miłości w sieci zakończyła się rozczarowaniem, Danielle Collins nie traci otwartości i poczucia humoru. Na razie skupia się na powrocie do zdrowia i rehabilitacji, a kibice z pewnością będą uważnie śledzić nie tylko jej sportowy comeback, ale także kolejne życiowe decyzje jednej z najbardziej wyrazistych postaci kobiecego tenisa.