Author: newuser

  • Za chwilę mecz ze Świątek, a tu takie słowa Rybakiny o Rosji

    Za chwilę mecz ze Świątek, a tu takie słowa Rybakiny o Rosji

    Jelena Rybakina przed starciem ze Świątek. Szczera rozmowa o Polsce, Rosji i grze dla Kazachstanu

    Jelena Rybakina już w środę 27 stycznia zmierzy się z Igą Świątek w ćwierćfinale Australian Open. Kazaszka rosyjskiego pochodzenia prezentuje w Melbourne bardzo wysoką formę i do najlepszej ósemki turnieju awansowała bez straty seta. Podczas ostatniej konferencji prasowej 26-letnia tenisistka nie tylko odniosła się do nadchodzącego meczu z Polką, ale również szeroko opowiedziała o swojej reprezentacyjnej drodze, a także o Rosjanach, którzy – podobnie jak ona – zdecydowali się zmienić barwy narodowe.

    Rybakina, obecnie piąta rakieta świata, w 1/8 finału pewnie pokonała Elise Mertens 6:1, 6:3. Po tym spotkaniu jeden z dziennikarzy zapytał ją o kulisy decyzji sprzed lat, kiedy to zamiast Rosji wybrała grę dla Kazachstanu.

    – To było dawno temu. Właśnie skończyłam szkołę i stałam przed wyborem: studia w Stanach Zjednoczonych czy pełne skupienie na karierze tenisowej. Finansowo było bardzo trudno – wspominała Rybakina. – Pamiętam turniej WTA, w którym osiągnęłam dobry wynik. Tam mnie zauważono i tak się poznaliśmy – dodała, odnosząc się do pierwszych kontaktów z kazachską federacją.

    Jak podkreśliła, wsparcie, jakie otrzymała, okazało się kluczowe dla dalszego rozwoju kariery. – Jestem bardzo wdzięczna Kazachstanowi i naszej federacji za pomoc. Reprezentuję ten kraj od wielu lat, zdobyłam wiele tytułów i zawsze miło jest tu wracać, widzieć młodych ludzi, którzy się mną inspirują. Myślę, że tenis w Kazachstanie zrobił ogromny postęp – zaznaczyła.

    Podobną ścieżką co Rybakina poszli także inni zawodnicy rosyjskiego pochodzenia, m.in. Aleksander Bublik, Julia Putincewa czy Aleksandr Szewczenko, którzy również zdecydowali się reprezentować Kazachstan na arenie międzynarodowej.

    Na konferencji pojawił się także wątek Uzbekistanu, który w ostatnim czasie „pozyskał” trzy rosyjskie tenisistki: Kamillę Rachimową, Mariję Timofiejewą oraz Polinę Kudermietową. Rybakina została zapytana, jak ocenia takie działania.

    – Nie wiem dokładnie, co dzieje się w Uzbekistanie, wiem tylko, że zawodnicy zgłosili się do gry pod ich flagą. Jeśli mają szansę na rozwój i osiąganie dobrych wyników w tenisie, to dlaczego nie? Rekrutują zawodników, a tenis w Uzbekistanie może w przyszłości mocno się rozwinąć – oceniła finalistka Australian Open z 2023 roku.

    Teraz jednak jej myśli skupiają się już na wielkim ćwierćfinale z Igą Świątek. Dotychczas obie tenisistki mierzyły się ze sobą 11 razy – sześciokrotnie wygrywała Polka, pięć razy górą była Rybakina. Ostatnie słowo należało jednak do Kazaszki, która triumfowała w ich ostatnim starciu podczas WTA Finals, wygrywając 3:6, 6:1, 6:0. Środowy pojedynek w Melbourne zapowiada się więc jako jedno z najciekawszych spotkań całego turnieju.

  • “Former Wimbledon champion, Garbiñe Muguruza  suddenly issued a statement. An immediate response from the WTA.”

    “Former Wimbledon champion, Garbiñe Muguruza suddenly issued a statement. An immediate response from the WTA.”

    Garbiñe Muguruza is experiencing one of the happiest moments of her life. The former world No. 1 in women’s tennis and two-time Grand Slam champion announced via social media that she has become a mother. The Spaniard also revealed the baby’s gender and name, and congratulations immediately began pouring in from all over the world.

    Garbiñe Muguruza was for years one of the most recognizable figures in women’s tennis. The Spaniard was known as a player with tremendous mental strength and an aggressive, offensive style of play, which brought her the greatest successes in the 2016–2017 seasons. In 2016, she captured the Roland Garros title, and a year later she triumphed on the courts of Wimbledon, confirming her place among the world’s elite. Shortly thereafter, she became the WTA world No. 1, holding the top ranking from September 11 to October 8, 2017—an achievement that permanently etched her name into the history of Spanish sport.

    After her period of greatest triumphs, Muguruza’s career began to slow down gradually. She increasingly struggled with a lack of consistency, and in September 2022 she decided to take a break from competition. The following season also failed to bring a breakthrough, and her drop outside the TOP 1000 of the WTA rankings meant that the Spaniard began to focus more and more on life away from the court. In 2024, she officially ended her sporting career, closing an important chapter of her life.
    At the same time, significant changes were taking place in her private life. In October 2024, Garbiñe Muguruza married her long-time partner, businessman Arthur Borges. Last year, the couple also announced that they were expecting their first child, sharing photos on social media showing a clearly rounded baby bump along with the caption “Family.”

    Garbiñe Muguruza has become a mother. “Our little miracle.”
    The 32-year-old Spaniard has now shared another joyful piece of news. Muguruza revealed that she became a mother, with her son being born a week ago. “Our little miracle. Marcos Borges Muguruza turns one week old,” she wrote online, sharing an adorable photo of the baby.

    The WTA quickly responded to the post, publishing a brief “Congratulations” on behalf of everyone at the Women’s Tennis Association. Numerous well-wishes and messages of support also appeared under the post from fellow tennis players, athletes, and fans who have followed the career of the Spanish legend for many years.

    https://www.instagram.com/p/DT-AlNGjTvZ/?igsh=MW9pZmtlM3dnOGc4cA==

  • Prośba Igi Świątek w Melbourne odrzucona. Bolesna decyzja, Polka musi się z tym pogodzić

    Prośba Igi Świątek w Melbourne odrzucona. Bolesna decyzja, Polka musi się z tym pogodzić

    Iga Świątek mimo chwilowych problemów zdołała uporać się z Anną Kalinską i awansować do czwartej rundy Australian Open. Tam jej rywalką została Maddison Inglis – reprezentantka gospodarzy, której narodowość odegrała istotną rolę przy ustalaniu godziny spotkania. Kulisy tej decyzji ujawnił były tenisista Jim Courier. Amerykanin, dziś ekspert telewizyjny, zdradził, że prośba wiceliderki rankingu WTA została odrzucona. Polka musiała pogodzić się z faktem, że na największych turniejach jej preferencje nie zawsze będą decydujące.

    Świątek tegoroczny Australian Open rozpoczęła bardzo solidnie. W pierwszej rundzie pokonała Yue Yuan, a w drugiej bez większych problemów poradziła sobie z Marie Bouzkovą. Najwięcej emocji przyniósł jednak mecz trzeciej rundy przeciwko Annie Kalinskiej. Spotkanie miało nietypowy przebieg – Polka rozpoczęła znakomicie, wygrywając pierwszego seta 6:1, by w drugiej partii zupełnie oddać inicjatywę Rosjance i przegrać 1:6. Decydujący set należał już jednak w pełni do wiceliderki rankingu WTA, która zdominowała rywalkę i pewnie przypieczętowała awans do kolejnej rundy.

    – Były dwa zwroty akcji, ale szczerze mówiąc nie jestem zaskoczona, bo Anna potrafi grać świetnie. I właśnie to zrobiła w drugim secie. Może mogłam rozpocząć go bardziej intensywnie albo spróbować czegoś innego. To udało się w trzecim secie, dlatego jestem szczęśliwa po tym meczu – mówiła Świątek podczas konferencji prasowej.

    Wielu kibiców w Melbourne liczyło, że w czwartej rundzie dojdzie do hitowego starcia Polki z Naomi Osaką, trenowaną obecnie przez byłego szkoleniowca Świątek, Tomasza Wiktorowskiego. Japonka niespodziewanie wycofała się jednak przed meczem z kwalifikantką Maddison Inglis, dzięki czemu Australijka bez gry zameldowała się w czwartej rundzie i to ona stanęła naprzeciw Igi.

    Australian Open. Kulisy walki o godzinę meczu

    Spotkanie Świątek z Inglis zaplanowano jako pierwszy mecz sesji nocnej na Rod Laver Arena, co oznaczało rozpoczęcie rywalizacji około godziny 9:00 czasu polskiego. Na kilka godzin przed pierwszą piłką na jaw wyszły kulisy ustalania harmonogramu, o których opowiedział Jim Courier na antenie Tennis Channel. Jak przyznał, rozmowy nad niedzielną rozpiską trwały wyjątkowo długo.

    – Toczyła się ogromna walka, ponieważ Świątek chciała grać w ciągu dnia. Australijska stacja, dla której również tu pracuję, desperacko chciała, by Australijka wystąpiła w prime time. Właśnie za to płacą ogromne pieniądze – ujawnił były lider rankingu ATP.

    Courier dodał, że negocjacje przeciągały się do samego końca. – To była długa i wyczerpująca batalia. Ostatecznie Kanał 9 dostał to, czego chciał, podobnie jak organizatorzy turnieju. Iga nie dostała tego, na czym jej zależało. Takie są realia wielkich imprez – podkreślił.

    Amerykanin przyznał również, że nie do końca rozumie, dlaczego Polce tak bardzo zależało na grze w sesji dziennej, zwłaszcza że w decydujących fazach turnieju większość spotkań i tak rozgrywana jest wieczorami. – A swoją drogą, granie o 11:30 rano czasu lokalnego to katastrofa dla Europy. Dla kibiców z jej kraju to środek nocy – zauważył.

    Nie jest jednak tajemnicą, że Świątek od dawna preferuje mecze rozgrywane za dnia. Eksperci wielokrotnie podkreślali, że warunki panujące podczas sesji nocnych – wolniejsza nawierzchnia, cięższe piłki i inna wilgotność powietrza – nie zawsze sprzyjają jej agresywnemu stylowi gry.

    Aktualizacja

    Mimo gry w nielubianej przez siebie sesji nocnej Iga Świątek nie pozostawiła żadnych wątpliwości. Polka koncertowo rozprawiła się z Maddison Inglis, oddając Australijce zaledwie trzy gemy i pewnie zameldowała się w ćwierćfinale Australian Open.

  • Tak wygląda ranking WTA po błyskawicznym awansie Świątek

    Tak wygląda ranking WTA po błyskawicznym awansie Świątek

    Iga Świątek w ćwierćfinale Australian Open. Pokaz siły i ważne punkty do rankingu

    Iga Świątek bez większych problemów zameldowała się w ćwierćfinale Australian Open. W poniedziałkowym meczu czwartej rundy wiceliderka światowego rankingu WTA nie dała żadnych szans Maddison Inglis, wygrywając 6:0, 6:3. Różnica klas pomiędzy Polką a notowaną w drugiej setce Australijką była widoczna od pierwszych piłek.

    Spotkanie na korcie trwało zaledwie 72 minuty i miało jednostronny przebieg. Wynik pierwszego seta – 6:0 – najlepiej oddaje dominację 24-letniej Polki, która po raz pierwszy w tegorocznej edycji turnieju wygrała partię do zera. Inglis była bezradna wobec regularności, tempa i precyzji gry Świątek, a jedynej szansy na zdobycie gema w inauguracyjnej odsłonie nie potrafiła wykorzystać.

    Kontrola od początku do końca

    Świątek bardzo dobrze weszła w mecz i niemal natychmiast przejęła pełną kontrolę nad wydarzeniami na korcie. Australijska kwalifikantka, która przed Australian Open zajmowała 168. miejsce w rankingu WTA, nie była w stanie dotrzymać kroku jednej z najlepszych tenisistek świata. Polka pewnie wygrywała swoje gemy serwisowe, a przy returnie regularnie wywierała presję na rywalce.

    Drugi set rozpoczął się wprawdzie od przełamania serwisu Świątek, ale była to tylko chwilowa zadyszka. Polka błyskawicznie odrobiła stratę i ponownie zaczęła narzucać swoje warunki. Inglis grała odważniej niż w pierwszej partii, częściej utrzymywała własne podanie i nawet wypracowała break pointa, jednak kluczowe akcje znów należały do faworytki. Świątek zamknęła spotkanie wynikiem 6:3, potwierdzając awans do najlepszej ósemki turnieju.

    Rybakina kolejną rywalką

    Jeszcze przed rozpoczęciem meczu było jasne, że zwyciężczyni pojedynku Świątek – Inglis w ćwierćfinale trafi na Jelenę Rybakinę. Reprezentantka Kazachstanu również szybko uporała się ze swoją rywalką, pokonując Elise Mertens 6:1, 6:4.

    Starcie Świątek z Rybakiną zapowiada się jako jedno z najciekawszych w tej fazie turnieju. Będzie to już ich dwunasty bezpośredni pojedynek. Dotychczasowy bilans jest bardzo wyrównany, choć minimalnie na korzyść Polki, która wygrała sześć takich spotkań. Ich mecze regularnie należą do najbardziej intensywnych i stoją na najwyższym poziomie.

    Ranking: Sabalenka poza zasięgiem, ale strata może się zmniejszyć

    Awans do ćwierćfinału oznacza dla Świątek kolejne cenne punkty do rankingu WTA. Choć już wcześniej było wiadomo, że nawet triumf w finale Australian Open nie pozwoli jej wyprzedzić Aryny Sabalenki, Polka wciąż może znacząco zmniejszyć dystans do liderki.

    W czołówce rankingu nie doszło do większych przetasowań, ponieważ w turnieju nadal pozostają tenisistki z pierwszej szóstki światowego zestawienia. Z grona najlepszej dziesiątki odpadła natomiast Madison Keys, która nie obroni tytułu wywalczonego przed rokiem. W rankingu „na żywo” Amerykanka spadła na 15. miejsce i może zostać jeszcze wyprzedzona przez Ivę Jović – pod warunkiem że młoda tenisistka sensacyjnie pokona Sabalenkę.

    To właśnie liderka rankingu WTA ma w Melbourne najwięcej do stracenia, ponieważ rok temu dotarła do finału. Jedno jest jednak pewne: po zakończeniu Australian Open Sabalenka pozostanie numerem jeden na świecie. Świątek musi natomiast oglądać się za siebie – jej drugiej pozycji zagraża Amanda Anisimowa oraz Coco Gauff. Obie Amerykanki mogłyby ją wyprzedzić tylko w przypadku końcowego triumfu w turnieju.

    Ranking WTA „na żywo” po meczu Świątek – Inglis:

    • Aryna Sabalenka – 10 120 pkt (maks. 11 690)
    • Iga Świątek – 7 978 pkt (maks. 9 548)
    • Amanda Anisimowa – 6 680 pkt (maks. 8 250)
    • Coco Gauff – 6 423 pkt (maks. 7 993)
    • Jelena Rybakina – 6 040 pkt (maks. 7 610)
    • Jessica Pegula – 5 753 pkt (maks. 7 323)
    • Mirra Andriejewa – 4 731 pkt
    • Jasmine Paolini – 4 267 pkt
    • Belinda Bencic – 3 342 pkt
    • Jekaterina Aleksandrowa – 2 983 pkt
  • Co za mecz Świątek o ćwierćfinał AO! Rywalka skakała z radości

    Co za mecz Świątek o ćwierćfinał AO! Rywalka skakała z radości

    Oto pełne, przeredagowane opracowanie tekstu po polsku – w spójnym, dziennikarskim stylu, z zachowaniem sensu, ale bez kopiowania oryginalnych sformułowań:


    Iga Świątek bez większych problemów zameldowała się w ćwierćfinale Australian Open. W czwartej rundzie liderka polskiego tenisa rozbiła reprezentantkę gospodarzy Maddison Inglis 6:0, 6:3. Australijka, mimo wyraźnej różnicy klas, potrafiła cieszyć się z każdego sukcesu – a jeden z wygranych gemów celebrowała tak, jakby wygrała cały mecz. Teraz przed Świątek prawdziwy sprawdzian: hitowe starcie z Jeleną Rybakiną.

    Los po raz drugi z rzędu sprawił, że Iga Świątek o awans do ćwierćfinału Australian Open walczyła z dużo niżej notowaną rywalką. Rok temu na tym etapie jej przeciwniczką była sklasyfikowana wówczas na 128. miejscu Niemka Eva Lys. Tym razem Polka zmierzyła się z kwalifikantką Maddison Inglis, zajmującą 168. pozycję w rankingu WTA i korzystającą z dopingu miejscowej publiczności.

    Od pierwszych piłek było jednak widać, kto kontroluje wydarzenia na korcie. Świątek bardzo szybko objęła prowadzenie 3:0, wykorzystując błędy rywalki i imponując precyzją, zwłaszcza forhendem po linii oraz skutecznymi minięciami przy siatce. Polka cierpliwie budowała akcje, chętnie wchodziła w dłuższe wymiany, co wyraźnie jej służyło. – Inglis potrafi dobrze użyć prędkości piłki rywalki, ale sama nie generuje dużej mocy. Iga nie musi się spieszyć – zauważył na antenie Eurosportu Dawid Celt.

    Dominacja w pierwszym secie była całkowita. Świątek naciskała returnem, szybko zrobiło się 5:0. Australijce nie brakowało ambicji – momentami potrafiła się długo bronić i zaskoczyć Polkę w pojedynczych akcjach. – Świetna wymiana, brawa dla obu zawodniczek. Iga atakowała, a Inglis bardzo długo się broniła – chwalił Marek Furjan. Chwilę później Świątek zakończyła seta efektownym smeczem, wygrywając 6:0 w zaledwie 31 minut.

    W przerwie między setami Polka podeszła do swojego trenera Wima Fissette’a, który – mimo tak wysokiego prowadzenia – przekazał jej kilka wskazówek. – Spokojne dziś oblicze Fissette’a – podsumował Furjan. Nic dziwnego, skoro jego podopieczna w pełni panowała nad przebiegiem spotkania.

    Druga partia zaczęła się jednak niespodziewanie. Maddison Inglis przełamała serwis Świątek, zagrała odważniej, a po ostatniej piłce gema uniosła ręce w geście triumfu. Szeroki uśmiech i reakcja publiczności jasno pokazywały, jak wiele znaczył dla niej ten moment. – Proszę spojrzeć na jej reakcję, ile to dla niej znaczy – zwracali uwagę komentatorzy.

    Radość Australijki nie trwała jednak długo. Iga błyskawicznie odpowiedziała, odrobiła stratę i objęła prowadzenie 2:1. Uporządkowała grę, znów zaczęła dominować w wymianach i skutecznie pilnowała koncentracji – co przy tak dużej przewadze bywa kluczowe. Chwilę później było już 4:1 dla Polki, która pozwalała sobie nawet na efektowne rozwiązania, jak udany skrót. – Technicznie znacznie lepszy dropszot niż poprzednie. Z całym szacunkiem dla Inglis, ale w takich meczach można testować podobne zagrania – oceniał Celt.

    Inglis walczyła do końca, dwukrotnie utrzymała własne podanie, ale na więcej nie było jej stać. Świątek pewnie zamknęła spotkanie przy swoim serwisie, wygrywając po 72 minutach 6:0, 6:3. To już szósty z rzędu turniej wielkoszlemowy, w którym Polka dociera co najmniej do ćwierćfinału – imponująca regularność na najwyższym poziomie.

    W kolejnym meczu Iga Świątek zmierzy się z Jeleną Rybakiną. Reprezentantka Kazachstanu w czwartej rundzie bez większych problemów pokonała Elise Mertens 6:1, 6:3. Dotychczasowy bilans ich bezpośrednich starć to 6:5 dla Świątek, choć ostatnie słowo należało do Rybakiny, która w listopadzie podczas WTA Finals w Rijadzie wygrała 3:6, 6:1, 6:0. Ćwierćfinał w Melbourne zapowiada się więc jako prawdziwy hit.


  • Świątek walczyła z Inglis o ćwierćfinał Australian Open. Pokaz mocy w Melbourne

    Świątek walczyła z Inglis o ćwierćfinał Australian Open. Pokaz mocy w Melbourne

    Siedem zawodniczek miało już zapewniony udział w ćwierćfinale Australian Open. O ostatnie, ósme miejsce w najlepszej „ósemce” walczyła Iga Świątek. Tuż po godzinie 9:00 czasu polskiego wiceliderka rankingu WTA pojawiła się na Rod Laver Arena, by zmierzyć się z reprezentantką gospodarzy – Maddison Inglis. Australijka była jedną z największych niespodzianek turnieju, jednak w starciu z faworytką nie była w stanie przeciwstawić się jej jakości. Mistrzyni Wimbledonu 2025 zwyciężyła pewnie 6:0, 6:3 i zameldowała się w ćwierćfinale, w którym czeka ją wielki hit.

    Droga Świątek do czwartej rundy była zróżnicowana. Dwa pierwsze mecze Polka wygrała bez straty seta, prezentując solidny i kontrolowany tenis. Prawdziwy sprawdzian przyszedł jednak w trzeciej rundzie, gdzie jej rywalką była rozstawiona z numerem 31 Anna Kalinska. Spotkanie miało bardzo nierówny przebieg. Najpierw dominowała Raszynianka, później jej gra wyraźnie się posypała, co bezlitośnie wykorzystała Rosjanka. W decydującym secie wiceliderka rankingu WTA odzyskała jednak rytm i pewność uderzeń, triumfując ostatecznie 6:1, 1:6, 6:1.

    Losowanie turniejowej drabinki sugerowało, że w 1/8 finału Świątek może trafić na Naomi Osakę. W trakcie meczu z Kalinską napłynęła jednak niepokojąca informacja – czterokrotna mistrzyni wielkoszlemowa wycofała się z turnieju z powodu problemów zdrowotnych, na kilka godzin przed planowanym starciem z Maddison Inglis. W efekcie Australijka awansowała do czwartej rundy walkowerem.

    Zawodniczka gospodarzy zajmuje obecnie 168. miejsce w rankingu WTA i do turnieju głównego musiała przedzierać się przez kwalifikacje. Już sam awans do najlepszej „16” był dla niej życiowym osiągnięciem, gwarantującym znaczący skok w światowym zestawieniu. Dla Inglis mecz z Igą był jednocześnie nagrodą i ogromnym wyzwaniem – mogła grać bez presji, bo faworytka była tylko jedna. Jeszcze przed pierwszą piłką, tuż po zakończeniu rozgrzewki, na twarzy Australijki gościł szeroki uśmiech.

    Australian Open: Świątek – Inglis

    Spotkanie rozpoczęło się od serwisu Polki. Turniejowa „dwójka” od pierwszych wymian przejęła inicjatywę, narzucając własne tempo gry i bez problemu wygrała premierowego gema do zera. Gdy po zmianie stron Inglis zdobyła pierwszy punkt przy swoim podaniu, trybuny eksplodowały z radości – miejscowi kibice próbowali ponieść swoją reprezentantkę dopingiem.

    Wsparcie nie wystarczyło jednak, by uniknąć przełamania. W drugim gemie Australijka długo się broniła, grała ambitnie i momentami skutecznie kontratakowała, ale przy break poincie popełniła błąd, który dał Świątek prowadzenie 2:0. Trzeci gem przyniósł chwilę nerwowości po stronie Raszynianki, która szybko znalazła się pod presją, lecz opanowała sytuację i potwierdziła przewagę przełamania.

    Inglis próbowała urozmaicać grę, wychodzić ze swojej strefy komfortu i szukać niestandardowych rozwiązań. W czwartym i szóstym gemie miała swoje szanse przy własnym serwisie, jednak w kluczowych momentach lepsza okazywała się Polka. Szczególnie imponująco wyglądał szósty gem, w którym Świątek wyszła ze stanu 15–40, wygrywając cztery kolejne akcje. W efekcie pierwsza partia zakończyła się wynikiem 6:0 – był to pierwszy w tym sezonie set wygrany przez Igę do zera.

    Druga odsłona zaczęła się niespodziewanie. Już na starcie Maddison wypracowała sobie break pointy. Pierwszego zmarnowała po zbyt ryzykownym zagraniu, ale przy drugim posłała agresywny return, po którym Świątek odpowiedziała uderzeniem poza kort. Australijka zareagowała euforycznie – uniosła ręce w górę i szeroko się uśmiechnęła, świętując swój pierwszy wygrany gem w tym meczu.

    Po zmianie stron Polka natychmiast ruszyła po odrobienie strat. Choć zaczęła gema od prowadzenia 30–0, chwilę później to Inglis miała piłkę na 2:0. Od tego momentu kontrolę nad wydarzeniami znów przejęła wiceliderka rankingu WTA. Świątek szybko doprowadziła do przełamania zwrotnego i zaczęła budować przewagę, pozwalając rywalce na wygranie jedynie pojedynczych wymian. W krótkim czasie zrobiło się 4:1 dla faworytki.

    Australijka zdołała jeszcze utrzymać podanie, wracając ze stanu 15–30 i dopisując drugiego gema na swoje konto. Chwilę później znów miała szansę na break point przy serwisie Polki, jednak ta błyskawicznie zażegnała zagrożenie. Po 73 minutach gry Iga Świątek zamknęła spotkanie wynikiem 6:0, 6:3 i przypieczętowała awans do ćwierćfinału.

    W kolejnej rundzie czeka ją prawdziwy test – w środę Raszynianka zmierzy się z Jeleną Rybakiną, co zapowiada jedno z najciekawszych spotkań tej fazy turnieju. Jeśli chcesz, mogę przygotować wersję bardziej newsową, tekst pod Sport.pl / Onet / TVP Sport, albo mocniej podkręcić narrację pod zapowiedź hitu z Rybakiną.

  • Rewanż Świątek odroczony. Dwa sety w meczu Pegula – Keys na Rod Laver Arena

    Na poniedziałek zaplanowano spotkania czwartej rundy Australian Open w dolnej części drabinki singla kobiet – tej samej, w której rywalizuje Iga Świątek. Zanim jednak Polka pojawi się na korcie, oczy kibiców zwrócone były na Rod Laver Arena, gdzie jako pierwsze zaprezentowały się dwie Amerykanki: Jessica Pegula i Madison Keys. Ich pojedynek miał istotne znaczenie także z perspektywy potencjalnej ścieżki raszynianki do finału turnieju w Melbourne.

    Tuż po godz. 1:30 czasu polskiego rozpoczął się kolejny dzień rywalizacji w głównej arenie Australian Open. Już inauguracyjne spotkanie zapowiadało się niezwykle ciekawie – o awans do ćwierćfinału walczyły przyjaciółki z reprezentacji USA. Wyżej rozstawiona była Jessica Pegula, turniejowa „szóstka”, jednak to Madison Keys przystępowała do meczu w roli obrończyni tytułu wywalczonego przed rokiem.

    To właśnie Keys w poprzedniej edycji turnieju pokonała po drodze Igę Świątek, mimo że Polka miała wówczas piłkę meczową w półfinale. Tegoroczna drabinka sprawiała, że rewanż na tej samej fazie był możliwy – obie Amerykanki znów znalazły się bowiem w tej samej połówce turnieju. Warunkiem było jednak zwycięstwo Madison nad swoją koleżanką.

    Obie dotarły do czwartej rundy bez straty seta, choć Keys kilkukrotnie musiała ratować się z opresji. Bilans bezpośrednich spotkań przemawiał minimalnie na jej korzyść – 2:1, a dodatkowo 30-latka wygrała dwa ostatnie pojedynki. Co ciekawe, tenisistki zmierzyły się ze sobą także tuż przed ubiegłorocznym Australian Open, w finale turnieju WTA 500 w Adelajdzie. Wówczas górą była Madison, a tamto zwycięstwo okazało się początkiem drogi po jej pierwszy wielkoszlemowy triumf. Teraz Pegula stanęła przed szansą na wyrównanie rachunków.

    Pewna Pegula i koniec marzeń Keys

    Spotkanie rozpoczęło się od serwisu Peguli i od samego początku turniejowa „szóstka” narzuciła swoje warunki. Grała bardzo solidnie, konsekwentnie punktowała błędy rywalki i szybko przejęła inicjatywę. Po pewnie utrzymanym podaniu wywalczyła przełamanie, a chwilę później obroniła własny serwis ze stanu 0–40. Na tablicy wyników zrobiło się 3:0.

    Z czasem Keys zaczęła prezentować się lepiej, poprawiła skuteczność z głębi kortu i w siódmym gemie wykorzystała trzeciego break pointa, łapiąc kontakt. Miała nawet szansę doprowadzić do remisu, lecz przy stanie 4:3 znów zawiodła ją regularność. Pegula błyskawicznie odzyskała przełamanie i przy stanie 5:3 serwowała po zwycięstwo w secie. Choć Keys jeszcze postraszyła, doprowadzając do 30–30, dwie kluczowe akcje należały do starszej z Amerykanek. Pegula zamknęła partię wynikiem 6:3.

    Drugi set rozpoczął się fatalnie dla obrończyni tytułu. Madison miała okazje na prowadzenie, lecz zakończyła gema podwójnym błędem serwisowym, oddając rywalce kolejne przełamanie. Chwilę później Pegula dołożyła następny break i po pięciu gemach prowadziła już 4:1, mając komfortową przewagę.

    Podobnie jak w pierwszym secie Keys próbowała jeszcze odwrócić losy rywalizacji. Zerwała się do walki, miała nawet szansę na wyrównanie przy stanie 3:4. Pegula zachowała jednak spokój, nie pozwoliła na całkowite odrobienie strat i do końca seta kontrolowała wydarzenia na korcie. Ostatecznie zwyciężyła 6:3, 6:4, eliminując turniejową „dziewiątkę”.

    Tym samym Madison Keys nie obroni tytułu wywalczonego przed rokiem, a kibice nie doczekają się jej rewanżowego starcia z Igą Świątek w Melbourne. Niewykluczone jednak, że na drodze Polki stanie inna Amerykanka – Jessica Pegula. Warunkiem jest awans obu tenisistek do półfinału turnieju. W ćwierćfinale Pegula zmierzy się z triumfatorką meczu Amanda Anisimova – Xinyu Wang.

  • Świątek czekała na to 605 dni. Nikt się tego nie spodziewał

    Świątek czekała na to 605 dni. Nikt się tego nie spodziewał

    Mecz Igi Świątek z Anną Kalińską w trzeciej rundzie Australian Open miał znacznie większy ciężar gatunkowy, niż mógłby sugerować sam wynik. Choć zwycięstwo 6:1, 1:6, 6:1 zapewniło Polce awans do czwartej rundy, równie istotny okazał się sam przebieg spotkania. Dla liderki światowego rankingu był to bowiem pierwszy od bardzo dawna pojedynek tak skrajnie nierówny set po secie, a jednocześnie dowód, że potrafi zatrzymać przeciwniczkę, która na moment przejmuje pełną kontrolę nad wydarzeniami na korcie.

    W sobotę Świątek po raz kolejny potwierdziła, że w Melbourne czuje się pewnie. Pokonanie Kalińskiej oznaczało awans do 1/8 finału, ale kluczowe było to, w jaki sposób Polka zareagowała na załamanie gry w drugim secie. Po bardzo szybkim i jednostronnym otwarciu spotkania, przegranym przez Rosjankę 1:6 w zaledwie 24 minuty, role niespodziewanie się odwróciły. Druga partia trwała 40 minut i zakończyła się takim samym wynikiem, lecz na korzyść Kalińskiej. Decydujący set znów należał jednak do Świątek, która w 36 minut zamknęła mecz i nie pozwoliła rywalce rozwinąć skrzydeł.

    Jak pokazują statystyki, w całej dorosłej karierze Igi nie było wcześniej oficjalnego spotkania wygranego w tak nietypowym układzie setów. Na najwyższym poziomie rzadko zdarza się, by zawodniczki aż tak wyraźnie dominowały na zmianę. Tym bardziej ten mecz zapisał się w jej historii jako ewenement.

    Co więcej, był to pierwszy od 605 dni pojedynek, w którym Świątek po pewnym zwycięstwie w pierwszym secie wyraźnie przegrała drugiego (1:6), a mimo to zdołała wrócić na właściwe tory i wygrać cały mecz. Poprzednio podobna sytuacja miała miejsce 29 maja 2024 roku w Paryżu, w drugiej rundzie Roland Garros. Wówczas Polka po ponad trzech godzinach rywalizacji pokonała Naomi Osakę 7:6, 1:6, 7:5, odwracając losy spotkania mimo prowadzenia Japonki 5:2 w trzecim secie i piłki meczowej po jej stronie. Takie zwycięstwa budują nie tylko ranking, ale przede wszystkim odporność mentalną.

    Ostatnie miesiące nie zawsze układały się dla Świątek pomyślnie w meczach o podobnym scenariuszu. Kilkukrotnie zdarzało się, że po wygraniu pierwszego seta Polka traciła kontrolę nad spotkaniem i przegrywała kolejne partie. Tak było chociażby w finale United Cup ze Szwajcarią, gdy uległa Belindzie Bencic 6:3, 0:6, 3:6, czy w fazie grupowej WTA Finals w Rijadzie, gdzie przegrała z Jeleną Rybakiną 6:1, 1:6, 0:6. Podobny przebieg miały również porażki z Madison Keys w półfinale Australian Open 2025 oraz z Julią Putincewą w Wimbledonie 2024.

    Nieco krótszą przerwę – 125 dni – dzielił ją natomiast od ostatniego zwycięstwa w meczu, w którym jeden z setów przegrała 0:6 lub 1:6. We wrześniu ubiegłego roku w finale turnieju WTA 500 w Seulu Świątek odwróciła losy spotkania z Jekateriną Aleksandrową, wygrywając 1:6, 7:6, 7:5. Później przyszły jednak porażki z Bencic, Rybakiną oraz Jasmine Paolini w Wuhanie, gdzie Włoszka rozegrała – jak podkreślały media – jeden z najlepszych meczów sezonu.

    Zwycięstwo nad Kalińską wpisuje się więc w szerszy kontekst jej kariery i pokazuje, że Polka wciąż potrafi odnajdywać rozwiązania w trudnych momentach. Statystyki trzysetowych meczów tylko to potwierdzają. W 2019 roku wygrała 14 z 20 takich spotkań, w pandemicznym sezonie 2020 bilans wyniósł 2–1. Rok później zanotowała wynik 4–5, a w znakomitym sezonie 2022 triumfowała w 16 z 21 trzysetówek. W 2023 roku jej bilans to 9–7, w kolejnym sezonie 13–3, w poprzednim 8–7, a w obecnym – jak na razie – 2–1.

    W poniedziałek Świątek zmierzy się w czwartej rundzie z Maddison Inglis, która do turnieju głównego dostała się przez kwalifikacje. Faworytką pozostaje Polka, dla której będzie to już szósty z rzędu turniej wielkoszlemowy zakończony awansem do drugiego tygodnia rywalizacji. W całej dorosłej karierze tylko siedem razy na 28 startów odpadała przed 1/8 finału Wielkiego Szlema – i aż trzykrotnie miało to miejsce w jej debiutanckim sezonie w 2019 roku.

    Gotowe. Przeredagowałem cały tekst po polsku w spójną, publicystyczną formę, zachowując wszystkie kluczowe fakty, liczby i kontekst sportowo-mentalny, ale nadając mu płynniejszą narrację i wyraźniejsze akcenty analityczne.

  • Co za mecz Świątek o ćwierćfinał Australian Open! Wystarczyło 59 minut

    Co za mecz Świątek o ćwierćfinał Australian Open! Wystarczyło 59 minut

    Stawka ogromna, różnica klas jeszcze większa? Świątek znów przed szansą na szybki awans

    Ćwierćfinał Australian Open to moment, w którym zwykle nie ma już miejsca na przypadek. A jednak niemal dokładnie rok temu Iga Świątek stanęła przed rywalką z bardzo dalekiego miejsca w rankingu i zakończyła sprawę w niespełna godzinę. Wynik 6:0, 6:1 w 59 minut przeszedł do historii turnieju. Pytanie brzmi: czy w Melbourne znów zobaczymy podobny scenariusz?

    W sobotę Iga Świątek udanie przeszła pierwszy poważny sprawdzian podczas Australian Open 2026. W trzeciej rundzie wiceliderka światowego rankingu pokonała Annę Kalinską 6:1, 1:6, 6:1. Starcie z 33. zawodniczką WTA miało momenty trudne i chaotyczne, ale ostatecznie Polka potwierdziła swoją klasę. Teraz jednak – przynajmniej na papierze – przed nią zadanie zdecydowanie łatwiejsze.

    Rywalka z dalekiego miejsca w rankingu

    Maddison Inglis zajmuje dopiero 168. miejsce w rankingu WTA i już sam awans do czwartej rundy Australian Open jest dla niej największym sukcesem w karierze. 28-letnia Australijka wcześniej tylko raz dotarła do trzeciej rundy turnieju wielkoszlemowego – również w Melbourne, w 2022 roku. W pozostałych startach w Wielkim Szlemie nie potrafiła wygrać nawet jednego meczu w głównej drabince.

    Jej najwyższe miejsce w rankingu to 112., a obecna pozycja tylko podkreśla, jak niespodziewany jest ten wynik. Do turnieju głównego Inglis musiała przebijać się przez kwalifikacje, a później stoczyła dwa prawdziwe maratony.

    Maratony, kontuzja rywalki i życiowa szansa

    W pierwszej rundzie po trzech godzinach i trzech minutach walki pokonała rodaczkę Kimberly Birrell 7:6, 6:7, 6:4. Jeszcze dłużej trwało jej starcie z Laurą Siegemund – trzy godziny i 23 minuty, zakończone zwycięstwem 6:4, 6:7, 7:6. Po takich wysiłkach miała zmierzyć się z Naomi Osaką, ale Japonka wycofała się z powodu kontuzji. Inglis bez wychodzenia na kort awansowała do meczu ze Świątek o ćwierćfinał.

    Déjà vu sprzed roku

    Ta historia może wywoływać u kibiców Świątek bardzo konkretne skojarzenia. Dokładnie 20 stycznia 2025 roku Polka mierzyła się w czwartej rundzie Australian Open z Evą Lys – tenisistką notowaną wówczas na 128. miejscu w rankingu, która do turnieju głównego dostała się jako „szczęśliwa przegrana” z kwalifikacji.

    Dla Niemki ukraińskiego pochodzenia był to turniej marzeń, ale na korcie nie było złudzeń. Świątek rozbiła ją 6:0, 6:1 w 59 minut, a pierwszy set trwał zaledwie 24 minuty.

    Pokaz siły, który przeszedł do historii

    Komentatorzy Eurosportu nie kryli zdumienia. Dawid Olejniczak już po kilkunastu minutach meczu zwracał uwagę na przepaść w sile uderzeń. – Ten return Igi był o 20 km/h szybszy niż serwis rywalki – podkreślał. Prędkości serwisów Lys na poziomie 125–134 km/h określił w końcu dosadnie jako „niegodne meczu w cyklu WTA”.

    Trybuny Rod Laver Arena zareagowały… owacją, gdy Lys przy stanie 0:6, 0:3 wygrała honorowego gema. Justyna Kostyra nie bez przesady mówiła wtedy, że stadion świętuje jeden wygrany gem rywalki Świątek.

    Czy historia się powtórzy?

    Kilka minut później Polka była już w ćwierćfinale, a cały mecz nazwano „idealnym treningiem” przed dalszą fazą turnieju. Teraz sytuacja wydaje się uderzająco podobna. Inglis gra najlepszy tenis w życiu, występuje przed własną publicznością i z pewnością wyjdzie na kort bez kompleksów. Ale różnica klas, doświadczenia i jakości gry jest ogromna.

    Nie musi to znów skończyć się wynikiem 6:0, 6:1. Jednak od tenisistki formatu Igi Świątek należy oczekiwać wyraźnego potwierdzenia swojej wyższości. Jeśli Polka zagra na swoim poziomie, scenariusz szybkiego i jednostronnego meczu o ćwierćfinał Australian Open znów wydaje się bardzo realny.

  • Szok w Melbourne, trener Sabalenki z podbitym okiem. Tenisistka przemówiła

    Szok w Melbourne, trener Sabalenki z podbitym okiem. Tenisistka przemówiła

    Aryna Sabalenka ponownie znalazła się w centrum zainteresowania podczas Australian Open w Melbourne, choć tym razem powody wykraczały poza sam wynik sportowy. Po pewnym awansie do ćwierćfinału turnieju więcej niż o jej dominacji na korcie mówiło się o… podbitym oku jednego z członków jej sztabu szkoleniowego. Liderka światowego rankingu szybko postanowiła zabrać głos i wyjaśnić, skąd wzięła się tajemnicza „kontuzja” jej trenera.

    Białorusinka kontynuuje walkę o piąty w karierze tytuł wielkoszlemowy i od pierwszych meczów w Melbourne prezentuje wysoką formę. W niedzielnym spotkaniu czwartej rundy Sabalenka pokonała utalentowaną Victorię Mboko 6:1, 7:6(1), potwierdzając, że ponownie jest jedną z głównych faworytek do końcowego triumfu. Od stanu 1:1 w pierwszym secie wygrała pięć gemów z rzędu, narzucając rywalce swoje tempo i pokazując charakterystyczną dla siebie agresję.

    Druga partia była już bardziej wymagająca. Sabalenka prowadziła 4:1, jednak pozwoliła Kanadyjce odrobić straty. Przy stanie 5:4 nie wykorzystała czterech piłek meczowych, przez co o losach awansu musiał rozstrzygnąć tie-break. W decydującym fragmencie meczu liderka rankingu WTA nie pozostawiła jednak złudzeń, wygrywając go zdecydowanie i przypieczętowując miejsce w ćwierćfinale.

    Mimo sportowego sukcesu kamery telewizyjne często kierowały się nie tylko na kort, lecz także na lożę trenerską Sabalenki. Uwagę przykuwał przede wszystkim Jason Stacy, trener przygotowania fizycznego Białorusinki, który pojawił się z wyraźnym siniakiem pod okiem, szwami oraz charakterystycznym napisem na twarzy: „I like pain” („Lubię ból”). Ten widok natychmiast wywołał falę spekulacji i komentarzy w mediach społecznościowych.

    Po meczu Sabalenka postanowiła uciąć wszelkie domysły. Z uśmiechem wyjaśniła, że uraz jej szkoleniowca nie ma nic wspólnego ani z tenisem, ani z żadnym poważnym incydentem. Do wszystkiego doszło kilka dni wcześniej na siłowni. – Bawiliśmy się takim dość elastycznym kijem – zdradziła tenisistka. – Ja lubię ból na korcie, on lubi ból poza nim. Taki mamy zespół. Zawsze dobrze się bawimy. Wszystko jest w porządku, goi się naprawdę szybko – dodała, rozbrajając szczerością.

    Relacja Sabalenki z Jasonem Stacy’m od dawna znana jest z nietypowych rytuałów i luźnej atmosfery. Zawodniczka regularnie podpisuje się markerem na łysinie trenera na szczęście przed meczami. Tym razem jednak napis trafił… pod oko, co tylko podsyciło zainteresowanie całej sytuacji.

    Warto przypomnieć, że Sabalenka triumfowała w Australian Open w latach 2023 i 2024, a w poprzedniej edycji dotarła aż do finału, gdzie musiała uznać wyższość Madison Keys. Teraz ponownie celuje w końcowy sukces. W ćwierćfinale, zaplanowanym na wtorek, zmierzy się z rozstawioną z numerem 29 Amerykanką Ivą Jović.