Author: newuser

  • Dobę po porażce Świątek taka wiadomość. Zmiana na podium rankingu WTA

    Dobę po porażce Świątek taka wiadomość. Zmiana na podium rankingu WTA

    Australian Open wkracza w decydującą fazę. W singlu kobiet pozostał już tylko jeden mecz – ten najważniejszy. W sobotnim finale Aryna Sabalenka zmierzy się z Jeleną Rybakiną, a stawką będzie nie tylko tytuł wielkoszlemowy. Dla tenisistki z Kazachstanu to może być moment absolutnie przełomowy – już teraz jej znakomity występ w Melbourne wywołał poważne przetasowania w rankingu WTA, a w najbliższych tygodniach realnie zagrożona może być druga pozycja Igi Świątek.

    Jeszcze trzy lata temu Świątek toczyła bezpośrednią walkę o pozycję liderki rankingu z Sabalenką, ale coraz śmielej do tej rywalizacji dołączała Rybakina. Wówczas mówiło się o nowej „Wielkiej Trójce” kobiecego tenisa. Białorusinka naciskała Polkę z każdej strony, obie wzajemnie się napędzały, aż po US Open Sabalenka na krótko wyprzedziła raszyniankę. Świątek odzyskała jednak prowadzenie pod koniec sezonu, podczas finałów w Cancun.

    Rybakina, dysponująca największą siłą uderzeń z całej stawki, miała być trzecią równorzędną bohaterką tej rywalizacji. Ostatecznie jednak wypadła z głównego nurtu walki o najwyższe cele. Po raz ostatni trzecią pozycję w rankingu zajmowała dwa lata temu – właśnie na początku Australian Open. Później znalazła się w cieniu Coco Gauff, a w minionym sezonie na moment wypadła nawet z czołowej dziesiątki. Duży wpływ miały na to zawirowania wokół jej trenera Stefano Vukova. Dziś jednak sytuacja jest ustabilizowana, a efekty widać na korcie.

    Jesienią ubiegłego roku Kazaszka w ostatniej chwili zakwalifikowała się do WTA Finals, by później sensacyjnie podbić Rijad. Pokonała tam m.in. Igę Świątek i Amandę Anisimovą, a w finale okazała się lepsza od Sabalenki. Zdobyte 1500 punktów będzie jej dorobkiem aż do końcówki sezonu. Co prawda na początku 2026 roku jej zwycięską serię przerwała w Brisbane Karolina Muchova, ale w Melbourne Rybakina znów wygląda imponująco. Sześć zwycięstw w dwóch setach, w tym niezwykle istotna wygrana nad Igą Świątek w ćwierćfinale – druga z rzędu nad Polką – tylko to potwierdzają.

    W czwartek Rybakina postawiła kolejny krok, pokonując w półfinale Jessicę Pegulę 6:3, 7:6(7). Tym samym awansowała do finału Australian Open, gdzie zmierzy się z Aryną Sabalenką. To zwycięstwo wywołało prawdziwą rewolucję w ścisłej czołówce rankingu WTA.

    Ranking WTA: zmiana na podium i coraz większa presja na Świątek

    Dzięki awansowi do finału Rybakina zagwarantowała sobie 1300 punktów rankingowych, czyli aż o 1040 więcej niż przed rokiem. To wystarczyło, by jednym ruchem wyprzedzić Amandę Anisimovą oraz Coco Gauff i wskoczyć na trzecie miejsce w zestawieniu. Jeśli w sobotę sięgnie po tytuł, dorzuci kolejne 700 punktów. W takim scenariuszu jej strata do Igi Świątek stopnieje do zaledwie 368 punktów.

    Kiedy więc realnie może dojść do zmiany na drugiej pozycji rankingu? Pierwsza poważna okazja pojawi się już w lutym, podczas turniejów na Bliskim Wschodzie. Rok temu Rybakina zdobyła tam łącznie 800 punktów: półfinał WTA 500 w Abu Zabi (195), ćwierćfinał WTA 1000 w Dosze (215) oraz półfinał WTA 1000 w Dubaju (390). W tym sezonie nie obroni punktów z Abu Zabi, ale w ich miejsce zapisze 108 oczek za inny ćwierćfinał turnieju rangi 500.

    Świątek przed rokiem osiągnęła bardzo podobny bilans – 605 punktów za półfinał w Dosze i ćwierćfinał w Dubaju. Polka zgłosiła się do obu imprez. Jej występ w Katarze jest pewny, co potwierdziła już Daria Sulgostowska z zespołu liderki polskiego tenisa. Występ w Dubaju pozostaje na razie pod znakiem zapytania.

    Kluczowy moment rywalizacji o drugą pozycję nadejdzie jednak w marcu, gdy obie tenisistki wystąpią w tzw. Sunshine Double w Stanach Zjednoczonych – najpierw w Indian Wells, potem w Miami. W zeszłym sezonie Świątek zdobyła tam 605 punktów (półfinał i ćwierćfinał), natomiast Rybakina zaledwie 130 (1/8 finału i druga runda). To właśnie tam może rozstrzygnąć się los drugiego miejsca w rankingu – oczywiście pod warunkiem, że Kazaszka wygra Australian Open. Jeśli przegra finał, odrobienie tak dużej straty do Polki stanie się znacznie trudniejsze.

    Awans Rybakiny na trzecie miejsce ma też inne konsekwencje. Coco Gauff spadła na piątą pozycję, co oznacza, że w turnieju w Dosze – przy obecności wszystkich gwiazd – Amerykanka może trafić na Sabalenkę, Świątek lub Rybakinę już w ćwierćfinale. Chyba że Białorusinka ponownie zrezygnuje z udziału, tłumacząc się zmęczeniem po intensywnym początku sezonu w Australii.

    Ranking WTA „na żywo” przed finałem Australian Open:

    1. Aryna Sabalenka – 10 990 pkt (11 690 pkt)*

    2. Iga Świątek – 7 978 pkt

    3. Jelena Rybakina – 6 910 pkt (7 610 pkt)*

    4. Amanda Anisimova – 6 680 pkt

    5. Coco Gauff – 6 423 pkt

    6. Jessica Pegula – 6 103 pkt

    7. Mirra Andriejewa – 4 731 pkt

    8. Jasmine Paolini – 4 267 pkt

    9. Belinda Bencic – 3 342 pkt

    10. Elina Switolina – 3 205 pkt

    * – punkty możliwe do zdobycia po finale Australian Open

  • Polski mistrz świata uderza w Koalicję Obywatelską. Nagle padły słowa o Nawrockim

    Polski mistrz świata uderza w Koalicję Obywatelską. Nagle padły słowa o Nawrockim

    Marcin Możdżonek, mistrz świata i były kapitan reprezentacji Polski w siatkówce, coraz śmielej zaznacza swoją obecność w debacie publicznej. Tym razem polityk Konfederacji ostro skomentował sytuację w Sejmie, uderzając w Koalicję Obywatelską. W swojej wypowiedzi mówił o „dziecinadzie” i „zabawie w piaskownicy”, a przy okazji niespodziewanie odniósł się także do prezydenta Karola Nawrockiego.

    Możdżonek to postać doskonale znana kibicom siatkówki. Przez lata był jednym z filarów reprezentacji Polski, pełnił funkcję kapitana kadry, a na koncie ma najważniejsze sukcesy – mistrzostwo świata z 2014 roku oraz mistrzostwo Europy z 2009. Jako środkowy wyróżniał się nie tylko imponującymi warunkami fizycznymi, lecz także charyzmą i mentalnością lidera, które pozwoliły mu utrzymać się na najwyższym poziomie przez wiele sezonów.

    Po zakończeniu kariery sportowej nie wycofał się jednak z życia publicznego. Wręcz przeciwnie – obrał nowy kierunek i wszedł do polityki. Od czerwca 2025 roku jest członkiem partii Nowa Nadzieja, wchodzącej w skład Konfederacji. Równocześnie pełni funkcję prezesa Naczelnej Rady Łowieckiej. Były siatkarz regularnie komentuje bieżące wydarzenia polityczne, nie stroniąc od ostrych, jednoznacznych ocen, które często wywołują duże emocje.

    Ostatnio Możdżonek zabrał głos w sprawie sytuacji w Sejmie. W „Rozmowie Wikły” na antenie telewizji wPolsce24 przyznał wprost, że byłby zwolennikiem jak najszybszego upadku obecnego parlamentu. Jego zdaniem rządzącą koalicję spaja dziś przede wszystkim interes – stanowiska, spółki i synekury – a nie wspólna wizja państwa. Jak podkreślił, nawet poważne różnice ideologiczne nie doprowadzą do rozpadu władzy, bo korzyści z jej utrzymania są zbyt silnym spoiwem.

    Szczególnie ostro były kapitan reprezentacji wypowiedział się o Koalicji Obywatelskiej. Skrytykował jej polityków za bojkotowanie spotkań z prezydentem, co określił mianem „dziecinady”. W jego ocenie unikanie rozmów z głową państwa jest zachowaniem niepokojącym i świadczy o braku politycznej dojrzałości. Jeśli istnieją spory, powinny być – jak zaznaczył – rozstrzygane w drodze merytorycznej debaty, a nie poprzez demonstracyjne obrażanie się.

    – Jeżeli Koalicja Obywatelska i Lewica nie idą na spotkanie z prezydentem, z głową państwa, to coś tu jest nie tak. Jeżeli chcą sporów, niech pójdą i spierają się merytorycznie. A wybrali drogę, przepraszam, dziecinady, piaskownicy: nie pójdę, bo jesteśmy obrażeni, bo zabrali nam nasze łopatki – stwierdził Możdżonek.

    Przy tej okazji były siatkarz nie szczędził pochwał prezydentowi Karolowi Nawrockiemu. Podkreślił, że głowa państwa nie obawia się wetować ustaw i – w jego ocenie – robi to z powodów merytorycznych. Posunął się nawet do stwierdzenia, że Nawrocki mógłby stać się „ojcem chrzestnym” szerokiej koalicji prawicowej. Jak zaznaczył, różnice programowe po prawej stronie sceny politycznej są czymś naturalnym, jednak jeśli celem ma być skuteczne rządzenie i działania propaństwowe, Konfederacja nie zamierza z tych ambicji rezygnować.

  • Wielka radość u Rosjan. Już ponad 13 lat, tylko Świątek mogła to teraz przerwać

    Wielka radość u Rosjan. Już ponad 13 lat, tylko Świątek mogła to teraz przerwać

    Iga Świątek na spełnienie marzenia o skompletowaniu karierowego Wielkiego Szlema będzie musiała poczekać co najmniej kilkanaście kolejnych miesięcy. Polka wciąż ma przed sobą tylko jedną brakującą cegiełkę – triumf w Australian Open. Pozostałe trzy najważniejsze trofea w światowym tenisie ma już na koncie: zwyciężała w Rolandzie Garrosie, Wimbledonie oraz US Open. Osiągnięcie pełnego Wielkiego Szlema byłoby wydarzeniem o ogromnym znaczeniu nie tylko dla polskich kibiców, ale i dla całego tenisowego świata. Po raz ostatni dokonała tego kobieta ponad trzynaście lat temu, a euforia ogarnęła wówczas Rosję.

    Australian Open pozostaje jak dotąd jedynym turniejem wielkoszlemowym, którego Iga Świątek nie potrafiła jeszcze podbić. W tegorocznej edycji turnieju w Melbourne podopieczna Wima Fissette’a z meczu na mecz prezentowała się coraz lepiej, aż w ćwierćfinale natrafiła na przeszkodę nie do pokonania. Jelena Rybakina ponownie okazała się dla Polki rywalką wyjątkowo niewygodną. Choć pierwszy set przyniósł wyrównaną walkę i trzymał kibiców w napięciu, w drugiej partii Kazaszka całkowicie zdominowała wydarzenia na korcie, oddając Świątek zaledwie jednego gema. Porażka była tym bardziej bolesna, że oznaczała utratę kolejnej szansy na zapisanie się w historii tenisa poprzez skompletowanie karierowego Wielkiego Szlema.

    Ten wyjątkowy wyczyn polega na zwycięstwie w każdym z czterech najważniejszych turniejów: Australian Open, Rolandzie Garrosie, Wimbledonie i US Open. To osiągnięcie zarezerwowane wyłącznie dla największych legend tej dyscypliny. Do tej pory udało się to zaledwie dziesięciu tenisistkom. W tym elitarnym gronie znajdują się: Maureen Connolly, Doris Hart, Shirley Fry, Margaret Court, Billie Jean King, Chris Evert, Martina Navratilova, Steffi Graf, Serena Williams oraz Maria Szarapowa. Co istotne, to właśnie Rosjanka jako ostatnia dołączyła do tej prestiżowej listy.

    Moment, w którym Szarapowa skompletowała karierowego Wielkiego Szlema, przeszedł do historii tenisa. Stało się to w 2012 roku na kortach Rolanda Garrosa. Rosjanka zaprezentowała wówczas znakomitą formę, przechodząc przez turniej niemal bezproblemowo. Jedynego seta straciła w pojedynku z Klarą Koukalovą, a w wielkim finale nie pozostawiła złudzeń Sarze Errani, która zdołała ugrać jedynie pięć gemów. Triumf w Paryżu był pieczęcią postawioną na jednym z najważniejszych osiągnięć w karierze Szarapowej.

    – To najbardziej wyjątkowy moment w mojej karierze. Myślałam, że wygrana w Wimbledonie w wieku siedemnastu lat będzie najcenniejszym przeżyciem, ale kiedy dziś padłam na kolana, zrozumiałam, że to chwila absolutnie szczególna, nawet bardziej niż tamta – mówiła wzruszona Rosjanka tuż po finale, cytowana przez „telegraph.co.uk”.

    Jej sukces wywołał wówczas ogromną euforię wśród rosyjskich kibiców. Radość ta trwa do dziś, bo od ponad trzynastu lat żadna inna tenisistka nie dołączyła do elitarnego grona zdobywczyń karierowego Wielkiego Szlema. Już teraz wiadomo, że także w 2026 roku lista ta nie zostanie poszerzona o nazwisko Igi Świątek.

    Tenisistki, które skompletowały karierowego Wielkiego Szlema (wg ESPN):

    Maria Szarapowa – od 2012 roku (Roland Garros)

    Serena Williams – od 2003 roku (Australian Open)

    Steffi Graf – od 1988 roku (US Open)

    Martina Navratilova – od 1983 roku (US Open)

    Chris Evert – od 1982 roku (Australian Open)

    Billie Jean King – od 1972 roku (Roland Garros)

    Margaret Court – od 1963 roku (Wimbledon)

    Shirley Fry – od 1957 roku (Australian Open)

    Doris Hart – od 1954 roku (US Open)

    Maureen Connolly – od 1953 roku (Roland Garros)

  • Sabalenka rywalizowała ze Switoliną o finał Australian Open. Dwa sety i koniec

    Sabalenka rywalizowała ze Switoliną o finał Australian Open. Dwa sety i koniec

    Australian Open wkroczył w kluczową fazę, jednak od środy turniej w Melbourne toczy się już bez udziału Igi Świątek. Nie oznaczało to jednak braku emocji – półfinały singla kobiet zapowiadały się niezwykle atrakcyjnie. W pierwszym z nich na Rod Laver Arena zmierzyły się Aryna Sabalenka i Elina Switolina. Stawką był nie tylko awans do finału, ale także zakończenie jednej z dwóch imponujących serii – obie tenisistki pozostawały niepokonane od dziesięciu meczów. Ostatecznie to liderka rankingu WTA triumfowała 6:2, 6:3, mimo kontrowersyjnej decyzji sędziowskiej, która na moment wytrąciła ją z równowagi.

    Dla Sabalenki był to już czwarty z rzędu półfinał Australian Open. W 2023 i 2024 roku kończyła zmagania w Melbourne z tytułem mistrzowskim, a przed rokiem jej marsz po finał zatrzymała Madison Keys. W tegorocznej edycji Białorusinka od początku jasno deklarowała, że jej celem jest odzyskanie korony. Szóstą rywalką na drodze do tego celu okazała się Elina Switolina, która również prezentowała się w Australii znakomicie.

    Przed czwartkowym starciem obie zawodniczki mogły pochwalić się identycznym bilansem – 10 zwycięstw i zero porażek w sezonie. Co więcej, żadna z nich nie straciła wcześniej seta w Australian Open 2026. Było więc jasne, że w półfinale któraś z tenisistek po raz pierwszy w tym roku zazna goryczy porażki.

    Spotkanie lepiej zaczęła Sabalenka, choć już w pierwszym gemie serwisowym musiała bronić dwóch break pointów. Switolina próbowała wykorzystać swoje szanse, lecz liderka rankingu WTA zachowała spokój i dzięki mocnym uderzeniom szybko oddaliła zagrożenie. Kolejne gemy toczyły się zgodnie z rytmem serwujących, aż do czwartego rozdania, które przyniosło sporo kontrowersji. Sędzia przerwała wówczas wymianę i przyznała punkt Ukraince, uznając, że Sabalenka wykonała dodatkowy okrzyk już po zagraniu piłki. Decyzja wywołała zdziwienie obu zawodniczek, a nawet obejrzenie powtórki nie skłoniło arbiter do jej zmiany.

    Choć sytuacja wyraźnie podirytowała Sabalenkę, Białorusinka szybko wróciła do ofensywnej gry. Switolina miała jeszcze kilka okazji na wyrównanie, jednak nie potrafiła ich wykorzystać. To właśnie wtedy liderka rankingu WTA przejęła inicjatywę, zdobyła przełamanie i odskoczyła na 4:1. Ukrainka próbowała jeszcze wrócić do seta, broniąc się przed kolejnymi atakami rywalki, lecz końcówka należała już do tenisistki z Mińska. Sabalenka dołożyła jeszcze jedno przełamanie i zamknęła pierwszą partię wynikiem 6:2.

    Drugi set rozpoczął się niespodziewanie od problemów Sabalenki przy własnym podaniu. Switolina wykorzystała moment dekoncentracji rywalki, przełamała ją i po chwili prowadziła 2:0. Był to jednak ostatni moment przewagi Ukrainki w tym meczu. Liderka rankingu WTA szybko odzyskała rytm, zaczęła dominować siłą uderzeń i konsekwentnie odrabiała straty. Kluczowy okazał się szósty gem, w którym Switolina nie wykorzystała szansy na 3:3. Od tego momentu Sabalenka przejęła pełną kontrolę nad wydarzeniami na korcie.

    Końcówka spotkania była popisem Białorusinki. Wygrała pięć gemów z rzędu, pieczętując zwycięstwo 6:3 i przerywając imponującą serię dziesięciu wygranych meczów Switoliny. Cały półfinał trwał zaledwie 76 minut.

    Dzięki temu triumfowi Aryna Sabalenka po raz kolejny zameldowała się w finale Australian Open, gdzie o tytuł powalczy ze zwyciężczynią pojedynku Jessica Pegula – Jelena Rybakina. Switolina, mimo porażki, może opuszczać Melbourne z podniesioną głową – jej postawa w turnieju zapewni jej powrót do czołowej dziesiątki rankingu WTA.

  • Lewandowski wyrównał rekord Messiego. Historyczny gol Polaka, może już tylko uciekać

    Lewandowski wyrównał rekord Messiego. Historyczny gol Polaka, może już tylko uciekać

    Robert Lewandowski po raz kolejny udowodnił, że jego nazwisko na stałe zapisało się w historii Ligi Mistrzów. Wydawało się, że mecz siódmej kolejki edycji 2025/2026 przeciwko Slavii Praga nie będzie miał większego znaczenia w skali całych rozgrywek, a jednak właśnie wtedy Polak dokonał wyczynu o historycznym wymiarze. Strzelony gol sprawił, że czeski klub stał się 39. zespołem, któremu Lewandowski zdobył bramkę w Champions League. Tym samym kapitan reprezentacji Polski wyprzedził Cristiano Ronaldo i znalazł się o krok od absolutnego rekordu należącego do Lionela Messiego.

    Na tym jednak nie poprzestał. Już w kolejnym spotkaniu, w ramach ósmej kolejki, Lewandowski ponownie wpisał się na listę strzelców. Gol przeciwko FC Kopenhaga oznaczał, że Polak wyrównał niewiarygodne osiągnięcie Argentyńczyka, który w swojej karierze trafiał do siatki aż 40 różnych drużyn w Lidze Mistrzów.

    Lewandowski od dawna funkcjonuje w świadomości kibiców jako jedna z ikon tych rozgrywek. Dorobek 106 goli w Champions League plasuje go w ścisłej czołówce wszech czasów. Przed nim pozostają już tylko dwaj giganci światowego futbolu – Cristiano Ronaldo, który zdobył 140 bramek, oraz Lionel Messi z 129 trafieniami. Co istotne, obaj są już na finiszu swoich karier i wszystko wskazuje na to, że ich liczby nie zostaną znacząco poprawione – ani pod względem zdobytych goli, ani liczby rywali, którym potrafili strzelać.

    W przypadku Cristiano Ronaldo lista „ofiar” zamknęła się na 38 zespołach. Lewandowski, trafiając przeciwko Slavii Praga, przebił ten wynik i zrównał się niemal natychmiast z Messim. Argentyńczyk przez lata zgromadził 40 drużyn, którym strzelał w Lidze Mistrzów – i dokładnie do tego samego poziomu doszedł teraz Polak.

    Decydujący moment nastąpił 28 stycznia 2026 roku na Camp Nou, przy ponad 40 tysiącach widzów. Barcelona sensacyjnie przegrywała z Kopenhagą 0:1, a Lewandowski w pierwszej połowie pozostawał raczej w cieniu wydarzeń. Po przerwie wszystko się jednak zmieniło. Już w 47. minucie napastnik Barcelony wykorzystał dogodną sytuację w polu karnym i z bliska skierował piłkę do siatki. Gol nie tylko uspokoił kibiców, ale przede wszystkim zapewnił Lewandowskiemu miejsce w historii rozgrywek.

    Lista klubów, którym Robert Lewandowski strzelał gole w Lidze Mistrzów, robi ogromne wrażenie. Znajdują się na niej m.in.: AEK Ateny, Ajax Amsterdam, Anderlecht, Arsenal, AS Roma, Atletico Madryt, Bayern Monachium, Benfica Lizbona, Beşiktaş, Borussia Dortmund, Chelsea, Crvena Zvezda, Dinamo Zagrzeb, Dynamo Kijów, FC Barcelona, FC Porto, Inter Mediolan, Juventus, Lazio Rzym, Manchester City, PSG, Real Madryt, Tottenham, Napoli, Zenit Sankt Petersburg, a także Kopenhaga, która dołączyła do tego elitarnego grona jako czterdziesta.

    Lewandowski nie tylko goni legendy – on sam już nią jest. A historia, którą pisze w Lidze Mistrzów, wciąż może mieć kolejne, równie spektakularne rozdziały.

    https://x.com/CezaryKawecki/status/2016619576193146969?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E2016619576193146969%7Ctwgr%5Ef870b19cc4f8a31eff1dcdc0e57eb5a6d477fecc%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fsport.interia.pl%2Frobert-lewandowski%2Fnews-lewandowski-wyrownal-rekord-messiego-historyczny-gol-polakanId22544640

  • Osaka dodała zdjęcie z Wiktorowskim. Komunikat po nieudanym Australian Open

    Osaka dodała zdjęcie z Wiktorowskim. Komunikat po nieudanym Australian Open

    Rozgrywki Australian Open 2026 wciąż trwają, jednak dla Naomi Osaki tegoroczna przygoda z Melbourne dobiegła końca znacznie wcześniej, niż sama mogła się tego spodziewać. Japonka już w sobotę poinformowała o wycofaniu się z dalszej rywalizacji z powodu kontuzji, która uniemożliwiła jej walkę o kolejne rundy pierwszego wielkoszlemowego turnieju sezonu. Z pewnością nie tak wyobrażała sobie zakończenie występu w imprezie, w której w przeszłości sięgała po końcowy triumf.

    W poniedziałek 28-letnia tenisistka opublikowała w mediach społecznościowych serię zdjęć i nagrań podsumowujących jej pobyt w stolicy stanu Wiktoria. Uwagę kibiców zwróciła jedna z fotografii, na której obok Osaki pojawił się Tomasz Wiktorowski – były trener Igi Świątek, a obecnie członek sztabu Japonki. Do posta Osaka dołączyła krótki, ale wymowny komentarz.

    Losowanie głównej drabinki Australian Open, przeprowadzone 15 stycznia, rozbudziło apetyty fanów tenisa. Wszystko wskazywało bowiem na to, że po raz pierwszy od Roland Garros 2024 może dojść do bezpośredniego starcia Igi Świątek z Naomi Osaką. Dodatkowego smaczku tej potencjalnej konfrontacji dodawały roszady w sztabach szkoleniowych – Wim Fissette, niegdyś trener Osaki, dziś pracuje z wiceliderką rankingu WTA, natomiast Tomasz Wiktorowski, przez lata związany ze Świątek, obecnie wspiera czterokrotną mistrzynię wielkoszlemową.

    Do trzeciej rundy wszystko układało się zgodnie z planem. Zarówno Polka, jak i Japonka pewnie awansowały, będąc o krok od bezpośredniego pojedynku o miejsce w ćwierćfinale. Iga Świątek miała zmierzyć się z Anną Kalinską, natomiast Osaka czekała na pojedynek z Maddison Inglis. Na papierze to raszyniankę czekało trudniejsze zadanie – i rzeczywiście, mecz z Rosjanką okazał się pełen zwrotów akcji. Ostatecznie Świątek zwyciężyła 6:1, 1:6, 6:1, meldując się w kolejnej rundzie.

    W trakcie tego spotkania do Melbourne dotarła jednak niepokojąca informacja dotycząca Osaki. Japonka na kilka godzin przed planowanym meczem z reprezentantką Australii ogłosiła wycofanie się z turnieju. W oficjalnym komunikacie nie kryła rozczarowania.
    – Musiałam podjąć bardzo trudną decyzję o rezygnacji z dalszej gry. Problemy zdrowotne dały o sobie znać po ostatnim meczu. Byłam niesamowicie podekscytowana możliwością kontynuowania rywalizacji, bo ten występ znaczył dla mnie naprawdę wiele. Serce mi pęka, ale nie mogę ryzykować pogłębienia urazu, jeśli chcę wrócić na kort w pełni sił – przekazała tenisistka.

    Tym samym nadzieje na hitowe starcie Świątek – Osaka prysły w jednej chwili. Dla Japonki był to wyjątkowo bolesny koniec pobytu w Melbourne, mieście, które kojarzy jej się z ogromnymi sukcesami. To właśnie tam dwukrotnie triumfowała w Australian Open, zapisując się w historii turnieju. Tym razem jednak jej udział zakończył się przedwcześnie, mimo że była uznawana za jedną z faworytek do awansu co najmniej do najlepszej szesnastki.

    W poniedziałek Osaka postanowiła symbolicznie pożegnać się z Melbourne za pośrednictwem Instagrama. Wśród opublikowanych materiałów znalazło się zdjęcie z Tomaszem Wiktorowskim, a całość opatrzyła krótkim podpisem:
    „Dziękuję, Melbourne, za wszystkie wspomnienia. Do następnego…” – napisała dwukrotna mistrzyni Australian Open. Przy okazji skierowała także podziękowania w stronę hotelu, w którym mieszkała podczas turnieju, oraz firmy odpowiedzialnej za jej nawodnienie.

    Na razie nie wiadomo, jak poważny jest uraz Japonki i czy zdąży ona wrócić do pełni zdrowia przed kolejnymi startami. Osaka jest zgłoszona do turniejów WTA 1000 na Bliskim Wschodzie – w Dosze i Dubaju. Zmagania w Katarze rozpoczną się już 8 lutego. Sam Australian Open potrwa natomiast do pierwszego dnia nowego miesiąca. Wszystko wskazuje na to, że najbliższe tygodnie będą kluczowe dla dalszych planów startowych byłej liderki rankingu WTA.

  • Eksperci nie mają litości dla Świątek. 5:24 mówi wszystko

    Eksperci nie mają litości dla Świątek. 5:24 mówi wszystko

    Iga Świątek zakończyła udział w tegorocznym Australian Open na etapie ćwierćfinału. Polka przegrała 5:7, 1:6 z Jeleną Rybakiną i choć pierwsza partia była bardzo wyrównana, w drugiej odsłonie to tenisistka z Kazachstanu całkowicie przejęła kontrolę nad wydarzeniami na korcie. Po meczu uwagę ekspertów zwrócił nie tylko sam wynik, ale również niepokojąca statystyka dotycząca występów Świątek przeciwko czołowym rywalkom światowego rankingu.

    Tym samym dobiegł końca tegoroczny Australian Open dla polskich singlistów i singlistek. Ostatnią nadzieją na awans do półfinału była właśnie liderka polskiego tenisa, jednak 24-latka nie znalazła sposobu na Rybakinę, która po wygraniu pierwszego seta zagrała niemal bezbłędnie. Druga partia była jednostronnym widowiskiem i zamknęła Idze drogę do dziesiątego w karierze półfinału turnieju wielkoszlemowego.

    Niepokojące liczby. 5–24 przeciwko elicie

    Niedługo po zakończeniu spotkania na ocenę gry Świątek zdecydował się Jamie Murray, który komentował mecz na antenie „TNT Sports”. Były tenisista i ekspert nie ukrywał rozczarowania.
    – Jestem trochę zawiedziony postawą Świątek – przyznał wprost.

    Murray zwrócił uwagę na bardzo niekorzystny bilans Polki w meczach z najlepszymi zawodniczkami świata. Jak podkreślił, Świątek ma obecnie bilans 5–24 w spotkaniach z tenisistkami z TOP 10, jeśli przegrywa pierwszego seta.
    – Dla zawodniczki tej klasy to nie jest dobra statystyka. Iga musi znaleźć element, który nie funkcjonuje, i nauczyć się odwracać losy meczów, gdy sytuacja na korcie nie układa się po jej myśli – ocenił.

    Zdaniem eksperta to właśnie umiejętność reagowania w trudnych momentach i zmiany dynamiki spotkania może być kluczowa w rywalizacji z absolutną światową czołówką.

    „Naśladuj Jannika Sinnera” – konkretna rada

    W tym samym programie głos zabrał również Jim Courier, czterokrotny triumfator turniejów wielkoszlemowych, który postanowił udzielić Polce konkretnej wskazówki.
    – Naśladuj Jannika Sinnera – stwierdził bez wahania. – Kiedy oglądasz jego grę, widać, że bardzo szybko podejmuje decyzje na korcie. Nawet jeśli jest pod presją i musi się cofnąć do obrony, wciąż myśli ofensywnie i szuka okazji do ataku – tłumaczył.

    Courier zaznaczył, że takie podejście mogłoby przynieść Świątek wymierne korzyści, zwłaszcza w starciach z tenisistkami uderzającymi bardzo mocno.
    – Jeśli wiesz, że rywalka zmusi cię do defensywy, musisz być gotowa, by przy pierwszej nadarzającej się okazji natychmiast przejść do ataku – podkreślił.

    55-latek odniósł się także bezpośrednio do ćwierćfinałowego meczu z Rybakiną.
    – W takich spotkaniach trzeba znaleźć odpowiednią kombinację i wykorzystać mocny forhend, by zyskać przestrzeń na korcie. Rybakina jest niezwykle groźna w środkowej strefie. Jeśli jednak zmusisz ją do biegania, staje się bardziej podatna na ataki – ocenił Courier.

    Porażka w Melbourne z pewnością będzie dla Igi Świątek materiałem do głębokiej analizy. Eksperci są zgodni: potencjał pozostaje ogromny, ale kluczowe może okazać się lepsze reagowanie w momentach, gdy mecz nie układa się po jej myśli – zwłaszcza w starciach z największymi gwiazdami kobiecego tenisa.

  • Wiktorowski zastąpiony przez Fissette’a. Świątek miała świadomość ryzyka. Przepaść jest ogromna

    Wiktorowski zastąpiony przez Fissette’a. Świątek miała świadomość ryzyka. Przepaść jest ogromna

    Iga Świątek w końcówce sezonu 2024 podjęła jedną z najważniejszych decyzji w swojej dotychczasowej karierze. Po niemal trzech latach współpracy postanowiła zakończyć pracę z Tomaszem Wiktorowskim, trenerem, który poprowadził ją na sam szczyt światowego tenisa. Kilkanaście dni później ogłosiła nazwisko jego następcy – został nim Wim Fissette. Już wtedy było jasne, że wybór Belga wiąże się z pewnym ryzykiem. Po Australian Open coraz głośniej słychać jednak głosy kibiców, że być może to ryzyko było zbyt duże, a współpraca z 45-letnim szkoleniowcem może zmierzać ku końcowi. Co więcej – taki scenariusz idealnie wpisywałby się w dotychczasowy przebieg kariery Fissette’a, który pod wieloma względami jest przeciwieństwem Wiktorowskiego.

    Świątek jak dotąd miała w swojej profesjonalnej karierze zaledwie trzech trenerów. Pierwszym z nich był Piotr Sierzputowski, z którym zaczęła współpracę w 2016 roku, gdy oficjalnie wkroczyła w świat zawodowego tenisa. To właśnie on towarzyszył jej w pierwszych latach rozwoju, prowadząc ją od juniorskim sukcesów aż do historycznego triumfu w Roland Garros w 2020 roku. Ich współpraca trwała pięć lat i miała charakter długofalowego projektu, opartego na stopniowym budowaniu formy i odporności mentalnej.

    Po rozstaniu z Sierzputowskim Świątek postawiła na jedno z najbardziej uznanych nazwisk w polskim tenisie. Tomasz Wiktorowski, były trener Agnieszki Radwańskiej, zapowiadał, że jego celem jest wprowadzenie Igi na absolutny szczyt światowego rankingu. Te zapowiedzi nie pozostały pustymi słowami. To właśnie pod jego wodzą Polka została liderką rankingu WTA i sięgnęła po kolejne tytuły wielkoszlemowe, przeżywając – jak dotąd – najlepszy okres swojej kariery. Ich współpraca trwała niemal równo trzy lata i zakończyła się w październiku 2024 roku.

    Decyzja o rozstaniu z Wiktorowskim była sygnałem, że Świątek chce szukać nowych impulsów i spojrzenia z zewnątrz. Wybór padł na trenera zagranicznego – Wima Fissette’a. Ogłoszenie tej współpracy nastąpiło kilkanaście dni po zakończeniu poprzedniej i od samego początku wzbudzało spore emocje. Nie chodziło wyłącznie o zmianę narodowości szkoleniowca, lecz przede wszystkim o jego dotychczasowy styl pracy.

    Fissette od lat uchodzi za trenera, który rzadko wiąże się z zawodniczkami na dłużej. W jego CV nie brakuje znanych nazwisk i sukcesów, ale uwagę zwraca przede wszystkim krótki czas poszczególnych współprac. Najdłużej pracował z Kim Clijsters – przez 33 miesiące – co i tak jest wyjątkiem na tle całej kariery Belga. Średni czas współpracy Fissette’a z jedną tenisistką wynosi niespełna 15 miesięcy (nie licząc obecnej pracy z Igą Świątek).

    To właśnie ten aspekt był najczęściej podnoszony w momencie ogłoszenia decyzji Polki. Świątek przez całą karierę stawiała na stabilność i długotrwałe relacje, podobnie jak Tomasz Wiktorowski, który sam może pochwalić się imponującą średnią – w jego przypadku współpraca z jedną zawodniczką trwa przeciętnie aż 71 miesięcy. Różnica między oboma szkoleniowcami jest więc wręcz przepaścią.

    Symboliczne „15 miesięcy”, które stało się znakiem rozpoznawczym kariery Fissette’a, wybrzmiało szczególnie mocno po Australian Open 2026. Turniej w Melbourne nie spełnił oczekiwań Świątek, a ostatnie wyniki nie napawają optymizmem w kontekście dalszej współpracy z Belgiem. Nic dziwnego, że wśród kibiców i komentatorów pojawiają się pytania, czy to nie moment, w którym historia Fissette’a po raz kolejny zatoczy koło.

    Świątek znalazła się bowiem na swoistej granicy – umownej czerwonej linii, którą w przeszłości wyznaczała większość współprac Belga. Czy tym razem będzie inaczej i relacja przetrwa trudniejszy moment, czy też dojdzie do kolejnego rozstania? Odpowiedź na to pytanie może okazać się jedną z kluczowych dla dalszego przebiegu kariery najlepszej polskiej tenisistki.

  • Lewandowski odwrócił losy spotkania. Kanonada na Camp Nou. Tak bawi się “Barca”

    Lewandowski odwrócił losy spotkania. Kanonada na Camp Nou. Tak bawi się “Barca”

    FC Barcelona pokonała FC Kopenhaga 4:1 i w efektownym stylu przypieczętowała bezpośredni awans do 1/8 finału Ligi Mistrzów. Jedną z kluczowych postaci spotkania był Robert Lewandowski, który ponownie rozpoczął mecz w wyjściowym składzie mistrzów Hiszpanii. Polak trafił do siatki w niezwykle istotnym momencie, wywalczył rzut karny i zapisał się w klubowej historii dzięki kolejnemu imponującemu osiągnięciu strzeleckiemu.

    Mecz o wszystko i osobista stawka Lewandowskiego

    Przed ostatnią kolejką fazy ligowej sytuacja Barcelony była jasna – tylko zwycięstwo gwarantowało jej miejsce w najlepszej szesnastce rozgrywek bez konieczności gry w 1/16 finału. Statystycy wyliczali, że „Duma Katalonii” ma na to 87 procent szans, jednak boisko szybko pokazało, że droga do celu wcale nie będzie łatwa.

    W podstawowej jedenastce po raz kolejny znalazł się Robert Lewandowski, dla którego był to nie tylko mecz o awans drużyny, ale również okazja do osiągnięcia kolejnego indywidualnego kamienia milowego. Kapitan reprezentacji Polski nie zawiódł.

    Zimny prysznic na Camp Nou

    Początek spotkania był dla gospodarzy prawdziwym szokiem. Już w 4. minucie Viktor Dadason idealnie wbiegł w tempo do prostopadłego podania i w sytuacji sam na sam z Joanem Garcíą uderzył bez przyjęcia sprzed pola karnego. Piłka wpadła do siatki, a trybuny Camp Nou na moment zamilkły.

    Stracony gol okazał się wyjątkowo bolesny także z historycznego punktu widzenia – Barcelona ustanowiła bowiem niechlubny klubowy rekord, o którym szeroko pisano już po meczu.

    Kilka minut później bliski wyrównania był Lewandowski. Polak znalazł się oko w oko z Dominikiem Kotarskim, jednak tym razem górą był bramkarz mistrza Danii. Jak się okazało, był to tylko wstęp do tego, co miało nadejść.

    Przewaga Barcelony rosła

    Im dłużej trwało spotkanie, tym wyraźniej rosła przewaga gospodarzy. FC Kopenhaga miała sporo szczęścia w końcówce pierwszej połowy. Najpierw strzał Erica Garcíi zatrzymał się na poprzeczce, a chwilę później kapitalną interwencją po uderzeniu Lamine’a Yamala popisał się Kotarski.

    Po przerwie Barcelona ruszyła do zdecydowanego ataku i szybko przyniosło to efekt.

    Lewandowski daje sygnał do ataku

    Niespełna trzy minuty po wznowieniu gry Lamine Yamal przeprowadził dynamiczną akcję prawym skrzydłem i idealnie dograł piłkę na piąty metr. Tam czekał już Lewandowski, który bez problemów skierował futbolówkę do bramki. Wyrównanie na 1:1 przywróciło Barcelonie nadzieję i jednocześnie pozwoliło Polakowi wyrównać snajperski rekord Lionela Messiego w klubowych rozgrywkach europejskich.

    W tym momencie „Blaugrana” przesunęła się z 13. na 9. miejsce w tabeli fazy ligowej, ale wciąż było to za mało, by zapewnić sobie bezpośredni awans.

    Koncert Barcelony po przerwie

    Kolejne minuty należały już wyłącznie do gospodarzy. Na listę strzelców wpisali się jeszcze Lamine Yamal oraz Raphinha, który pewnie wykorzystał rzut karny podyktowany po faulu na Lewandowskim. Wynik ustalił wprowadzony z ławki rezerwowych Marcus Rashford. W drugiej połowie FC Kopenhaga była jedynie tłem dla rozpędzonej Barcelony.

    W końcówce piłka co prawda ponownie wpadła do bramki gospodarzy, jednak po analizie VAR sędzia anulował trafienie, dopatrując się przewinienia w jednej z wcześniejszych faz akcji.

    Awans bezpośredni i wielkie ambicje

    Ostatecznie FC Barcelona zakończyła fazę ligową na 5. miejscu w tabeli. Taki rezultat oznacza uniknięcie barażów o 1/8 finału i bezpośredni awans do kolejnej rundy Ligi Mistrzów. Zespół z Katalonii pozostaje w grze o wszystkie najważniejsze trofea w tym sezonie, a Robert Lewandowski po raz kolejny udowodnił, że wciąż jest jedną z kluczowych postaci europejskiego futbolu.

  • Sztab Igi Świątek ogłasza decyzję. Nie można dłużeć zwlekać. Koniec spekulacji

    Sztab Igi Świątek ogłasza decyzję. Nie można dłużeć zwlekać. Koniec spekulacji

    Iga Świątek próbuje poukładać sobie w głowie i w treningu nieudany występ w Australian Open. Polka liczyła na pierwszy w karierze wielkoszlemowy triumf w Melbourne, jednak jej marzenia zakończyły się na etapie ćwierćfinału. W pierwszych wypowiedziach po porażce wydawało się, że druga rakieta świata potrzebuje chwili oddechu od turniejowej rywalizacji, by skupić się wyłącznie na pracy treningowej. Dziś wiemy już, że te deklaracje zostały odczytane zbyt pochopnie.

    Świątek przegrała walkę o półfinał z Jeleną Rybakiną – rywalką, która pokonała ją również pod koniec ubiegłego sezonu w WTA Finals. W Melbourne Polka była w stanie nawiązać wyrównaną rywalizację tylko w pierwszym secie. W drugim Kazaszka przejęła pełną kontrolę nad wydarzeniami na korcie, a wynik 5:7, 1:6 jasno pokazał różnicę dyspozycji w kluczowym momencie spotkania.

    Ta porażka oznacza, że na skompletowanie Karierowego Wielkiego Szlema Świątek musi poczekać co najmniej do kolejnego sezonu. Bezpośrednio po meczu nie ukrywała frustracji i rozczarowania. Co znamienne, zamiast myśleć o odpoczynku, mówiła raczej o natychmiastowym powrocie na kort – tyle że nie meczowy, a treningowy.

    – Najbardziej chciałabym teraz wyjść na kort treningowy i poprawiać te elementy, których nie udało mi się w pełni dopracować w okresie przygotowawczym. To normalne, że wdrożenie zmian zajmuje więcej niż trzy tygodnie – podkreślała na konferencji prasowej po porażce z Rybakiną. – Na pewno są rzeczy, które mogę zmienić, żeby grać lepiej. Spróbuję to zrobić w najbliższych tygodniach i miesiącach – dodawała.

    Te słowa wielu odebrało jako zapowiedź czasowego wycofania się z turniejowej rywalizacji. Tym bardziej że Świątek już wcześniej sygnalizowała chęć luźniejszego podejścia do kalendarza startów. – W poprzednim sezonie miałam problem z omijaniem turniejów, ale w tym spróbuję zmienić nastawienie. Przy tak małej liczbie dni między zawodami trudno realnie coś poprawić w swojej grze – mówiła jeszcze w Melbourne.

    Tymczasem rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Druga rakieta świata nie zamierza robić długiej przerwy i wróci do gry znacznie szybciej, niż można było przypuszczać. Już za kilkanaście dni zobaczymy ją ponownie na korcie – tym razem w Dosze.

    – Kolejny turniej, w którym wystąpi Iga Świątek, to Doha – potwierdziła w rozmowie z serwisem PolskieRadio24.pl menedżerka tenisistki, Daria Sulgostowska. Turniej rangi WTA 1000 odbędzie się w dniach 8–14 lutego.

    To miejsce szczególne dla Polki. Na katarskich kortach czuje się znakomicie, co potwierdzają wyniki z ostatnich lat. Świątek triumfowała w Dosze w 2022, 2023 i 2024 roku, a w poprzedniej edycji dotarła do półfinału, gdzie musiała uznać wyższość Jeleny Ostapenko. Wszystko wskazuje na to, że właśnie tam spróbuje odpowiedzieć sportowo na rozczarowanie z Melbourne.