Author: newuser

  • Świątek kompletnie bezradna w Rzymie. To ona nazwała ją “fałszywą”. Zaczęło się od IO

    Świątek kompletnie bezradna w Rzymie. To ona nazwała ją “fałszywą”. Zaczęło się od IO

    Już wkrótce Iga Świątek rozpocznie rywalizację w turnieju Internazionali d’Italia w Rzymie. Przed rokiem jej występ w tej imprezie zakończył się wyjątkowo szybko – Polka odpadła już po drugim spotkaniu, a lepsza okazała się Danielle Collins. Nie jest tajemnicą, że relacje między obiema tenisistkami od dawna pozostają napięte.

    W poprzednim sezonie Świątek przystępowała do rzymskiego „tysięcznika” tuż po bolesnej porażce w półfinale turnieju w Madrycie, gdzie uległa Coco Gauff 1:6, 1:6. Rzym był dla niej ostatnim sprawdzianem przed Roland Garros. Na inaugurację zmagań pewnie pokonała Elisabettę Cocciaretto, oddając rywalce zaledwie jednego gema. W kolejnej rundzie trafiła jednak na Collins, która – ku zaskoczeniu wielu – zdołała przełamać dominację Polki na kortach ziemnych.

    Amerykanka rozpoczęła mecz znakomicie, wygrywając pierwszego seta 6:1. Druga partia była bardziej wyrównana, ale ostatecznie to Collins zamknęła spotkanie wynikiem 6:1, 7:5. Po meczu Świątek nie ukrywała rozczarowania swoją postawą. Przyznała, że nie potrafiła właściwie zarządzać emocjami, koncentrowała się na błędach i brakowało jej odpowiedniego nastawienia do walki.

    – Doszliśmy do pewnych wniosków. Muszę zmienić podejście, bo miałam wrażenie, że nie byłam obecna na korcie, żeby rywalizować. Skupiałam się na negatywach, a to nie jest właściwa droga – mówiła bezpośrednio po spotkaniu.

    Tym razem Collins powstrzymała się od kontrowersyjnych komentarzy. Podkreśliła, że często była blisko zwycięstw nad Świątek, ale zwykle to Polka wychodziła z tych pojedynków zwycięsko. Jak zaznaczyła, w Rzymie sytuacja wyglądała inaczej.

    Nie zawsze jednak Amerykanka była tak powściągliwa. Głośnym echem odbiły się wydarzenia z igrzysk olimpijskich w Paryżu, gdzie Collins po kreczowaniu w meczu ze Świątek nazwała ją „fałszywą” i „nieszczerą”. To właśnie wtedy rozpoczął się jeden z najgłośniejszych konfliktów w kobiecym tenisie. Później zawodniczka z USA kilkukrotnie dawała do zrozumienia, że nie darzy Polki sympatią – chociażby podczas United Cup, gdy demonstracyjnie uniknęła podania jej ręki.

    Świątek szybko jednak doczekała się sportowego rewanżu. Podczas ubiegłorocznego Wimbledonu pokonała Collins w trzeciej rundzie 6:2, 6:3, a następnie sięgnęła po tytuł. Było to ich dziesiąte spotkanie – aż osiem z nich wygrała Polka.

    Obecnie wszystko wskazuje na to, że napięcia między zawodniczkami nie są już tak widoczne. Collins w ostatnich wypowiedziach odnosiła się do Świątek z większym uznaniem, szczególnie w kontekście jej współpracy z nowym trenerem Francisco Roigiem oraz treningów w akademii Rafaela Nadala.

    Teraz przed Świątek kolejne wyzwanie w Rzymie. Swój udział w turnieju rozpocznie od meczu z Darią Kasatkiną lub Caty McNally. Kibice z pewnością liczą, że tym razem Polka zaprezentuje się znacznie lepiej niż przed rokiem.

  • Dreszczowiec w walce o elitę z Francuzami, złoty gol anulowany. Karne zdecydowały w meczu Polaków

    Dreszczowiec w walce o elitę z Francuzami, złoty gol anulowany. Karne zdecydowały w meczu Polaków

    Długi majowy weekend upłynął pod znakiem dużych emocji związanych z występami reprezentacji Polski w hokeju na lodzie, która rozpoczęła rywalizację w mistrzostwach świata dywizji IA. „Biało-Czerwoni” najpierw zmierzyli się z Ukrainą, odnosząc zwycięstwo 3:2, a już dzień później stanęli naprzeciw Francuzów – zespołu, z którym niedawno wygrali w meczu towarzyskim po rzutach karnych. Tym razem jednak scenariusz okazał się mniej korzystny. Po niezwykle zaciętym spotkaniu podopieczni Pekki Tirkkonena przegrali 2:3 w serii karnych, choć emocji nie brakowało aż do samego końca, włącznie z anulowanym „złotym golem” w dogrywce.

    Spotkanie rozegrane w Sosnowcu rozpoczęło się w bardzo intensywnym tempie. Już na początku meczu doszło do groźnego incydentu – Kamil Wałęga brutalnie zaatakował Enzo Cantagallo, za co po analizie wideo został ukarany karą meczu. Francuzi przez pięć minut grali w przewadze, jednak dzięki znakomitej postawie bramkarza Tomasza Fucika Polacy przetrwali ten trudny fragment bez straty gola.

    Na lodzie nie brakowało ostrych starć. Chwilę później Jordann Perret sfaulował od tyłu Alana Łyszczarczyka, ale tym razem sędziowie ograniczyli się do dwóch minut kary. Gra była szarpana, pełna fizycznych pojedynków i napięcia, a mimo kilku okazji z obu stron pierwsza tercja zakończyła się bezbramkowym remisem.

    Druga odsłona przyniosła więcej konkretów. W czwartej minucie Patryk Krężołek popisał się indywidualną akcją, przedarł się przez defensywę rywali i otworzył wynik meczu. Gol dodał Polakom pewności siebie, jednak Francuzi szybko odpowiedzieli. W 11. minucie Jordann Perret doprowadził do wyrównania, wykorzystując błąd w polskiej defensywie.

    Końcówka tercji znów należała do gospodarzy. Po kolejnym przewinieniu Francuzów i grze w przewadze Bartłomiej Pociecha oddał celny strzał z dystansu, przywracając prowadzenie Polakom. Do przerwy było 2:1 i wydawało się, że „Biało-Czerwoni” kontrolują sytuację.

    Trzecia tercja rozpoczęła się jednak od szybkiego wyrównania. Po raz drugi na listę strzelców wpisał się Perret, który skutecznie wykończył akcję swojej drużyny. Od tego momentu gra stała się jeszcze bardziej zacięta. Obie strony miały swoje okazje, a sytuacja na lodzie była bardzo dynamiczna. Polacy musieli bronić się w osłabieniu, ale Fucik ponownie spisywał się znakomicie, ratując zespół przed stratą gola.

    Nie brakowało również kontrowersji i nietypowych sytuacji – w jednym z momentów sędzia zderzył się z jednym z francuskich zawodników, co tylko podgrzało atmosferę. W końcówce regulaminowego czasu gry Polacy mieli kilka okazji w przewadze, jednak nie zdołali przechylić szali zwycięstwa na swoją korzyść.

    Dogrywka dostarczyła kolejnych dramatycznych chwil. Francuzi zdobyli bramkę, która mogła zakończyć mecz, jednak po analizie wideo okazało się, że akcja była poprzedzona faulem i gol został anulowany. Ostatecznie o wyniku musiały zdecydować rzuty karne.

    Seria „jedenastek” była prawdziwym maratonem nerwów. Obaj bramkarze prezentowali wysoki poziom, a zawodnicy długo nie potrafili przechylić szali zwycięstwa. Dopiero w dziesiątej kolejce Francuzi okazali się skuteczniejsi i to oni mogli cieszyć się z wygranej 3:2.

    Mimo porażki Polacy pokazali się z dobrej strony i wciąż liczą się w walce o awans do elity. Po dwóch spotkaniach zajmują trzecie miejsce w tabeli, ustępując Kazachstanowi i Francji. Kolejne wyzwanie czeka ich już 5 maja, kiedy zmierzą się właśnie z reprezentacją Kazachstanu. Następnie „Biało-Czerwoni” zagrają jeszcze z Japonią i Litwą, a wszystkie mecze rozpoczną się o godzinie 19:30. Awans wywalczą dwie najlepsze drużyny turnieju.

  • Pajor bohaterką, Barcelona w finale Ligi Mistrzyń. Bayern znokautowany

    Pajor bohaterką, Barcelona w finale Ligi Mistrzyń. Bayern znokautowany

    Rewanżowe spotkanie półfinału Ligi Mistrzyń pomiędzy Barceloną a Bayernem Monachium zapowiadało się niezwykle emocjonująco, zwłaszcza że pierwszy mecz zakończył się remisem 1:1. Na własnym stadionie piłkarki Barçy Femeni nie pozostawiły jednak złudzeń rywalkom z Bawarii. Zespół z Katalonii zwyciężył 4:2, a jedną z głównych postaci była Ewa Pajor, która ponownie wpisała się na listę strzelczyń.

    W pierwszym spotkaniu w Monachium to właśnie polska napastniczka otworzyła wynik już w 8. minucie. Bayern odpowiedział po przerwie za sprawą Franziski Kett. Końcówka tamtego meczu przyniosła jednak spore kontrowersje – Kett została ukarana czerwoną kartką za pociągnięcie za włosy Salmy Paralluelo, co oznaczało poważne osłabienie niemieckiej drużyny przed rewanżem.

    W Barcelonie gospodynie szybko przejęły inicjatywę i konsekwentnie budowały swoją przewagę. Kluczowy moment nastąpił na początku drugiej połowy, gdy Ewa Pajor wykorzystała świetne podanie od Paralluelo i podwyższyła wynik, znacząco przybliżając swój zespół do finału. Chwilę później kolejne trafienie dołożyła Alexia Putellas, ustalając wynik na 4:1 i praktycznie rozstrzygając losy dwumeczu.

    Mimo wyraźnej dominacji Barcelony, piłkarki Bayernu zdołały jeszcze odpowiedzieć. Pernille Harder zdobyła bramkę na 2:4, dając swojej drużynie chwilową nadzieję. W doliczonym czasie gry Niemki trafiły do siatki ponownie, jednak gol nie został uznany z powodu pozycji spalonej.

    Ostatecznie spotkanie zakończyło się wynikiem 4:2 dla Barcelony, która dzięki temu awansowała do wielkiego finału. Dwa gole Ewy Pajor w całym dwumeczu odegrały kluczową rolę w sukcesie jej zespołu.

    W finale Barcelona zmierzy się z Olympique Lyon – najbardziej utytułowanym klubem w historii tych rozgrywek, który ma na koncie aż osiem triumfów i stanie przed szansą na dziewiąty. Dla Barcelony będzie to okazja do zdobycia czwartego tytułu, a dla Ewy Pajor – możliwość sięgnięcia po pierwsze trofeum Ligi Mistrzyń w karierze.

  • “Nowy sport” Igi Świątek. Sama się pochwaliła. Już sypią się brawa

    “Nowy sport” Igi Świątek. Sama się pochwaliła. Już sypią się brawa

    Iga Świątek przygotowuje się w Rzymie do startu prestiżowego turnieju rangi WTA 1000, ale w ostatnich dniach dała o sobie znać nie tylko na korcie. Polska tenisistka znalazła też czas, by spróbować czegoś zupełnie nowego — i od razu zrobiła wrażenie.

    24-latka wciąż szuka przełamania w obecnym sezonie. Zmiana trenera nie przyniosła jak dotąd oczekiwanego efektu. Zarówno w Stuttgarcie, jak i w Madrycie kończyła rywalizację już na etapie trzeciej rundy. W Niemczech musiała uznać wyższość Mirry Andriejewej, natomiast w Hiszpanii zatrzymały ją problemy zdrowotne. Infekcja wirusowa zmusiła Świątek do kreczowania w decydującym secie meczu, co przekreśliło jej szanse na obronę tytułu wywalczonego dwa lata wcześniej po pamiętnym finale z Aryną Sabalenką.

    Teraz przed Polką kolejna szansa na powrót do formy — turniej w Rzymie, który już trzykrotnie padał jej łupem. Świątek trenuje w stolicy Włoch od kilku dni, a jednym z elementów przygotowań był sparing z Madison Keys.

    Okazuje się jednak, że tenis to nie jedyne wyzwanie, jakiego podjęła się ostatnio raszynianka. W mediach społecznościowych pokazała, jak radzi sobie… na polu golfowym. Opublikowane nagranie szybko przyciągnęło uwagę fanów, ale nie tylko ich.

    Pod wrażeniem umiejętności Świątek był m.in. Adrian Meronk, czołowy polski golfista, który nie szczędził jej pochwał w komentarzach. Do grona zachwyconych dołączył także były reprezentant Polski w piłce nożnej, Jerzy Dudek, od lat pasjonujący się golfem. Zwrócił uwagę na technikę zamachu tenisistki, sugerując, że może mieć ona naprawdę duży potencjał w tej dyscyplinie. „Wygląda na bardzo niski handicap” — napisał.

    Choć głównym celem Świątek pozostaje powrót na szczyt światowego tenisa, jej przygoda z golfem pokazuje, że nie boi się nowych wyzwań — i nawet poza kortem potrafi zrobić spore wrażenie.

  • Rozpacz w Rosji. Ukrainka triumfuje w finale z Andriejewą. Naprawdę napisali to wprost

    Rozpacz w Rosji. Ukrainka triumfuje w finale z Andriejewą. Naprawdę napisali to wprost

    Finał turnieju rangi WTA 1000 w Madrycie przyniósł ogromne zaskoczenie. Choć obecność Mirry Andriejewej w decydującym meczu można było przewidywać, to awans Marty Kostiuk był sporą sensacją. Ostatecznie to Ukrainka okazała się lepsza, triumfując 6:3, 7:5 i sięgając po najcenniejszy tytuł w swojej karierze. W Rosji wynik ten wywołał szeroki oddźwięk, a tamtejsze media nie szczędziły komentarzy.

    Jeszcze przed startem turnieju głównymi kandydatkami do końcowego zwycięstwa wydawały się Jelena Rybakina oraz Aryna Sabalenka, czyli liderki rankingu race. Turniej szybko jednak zweryfikował te prognozy. Sabalenka zakończyła udział na etapie ćwierćfinału po porażce z Hailey Baptiste, natomiast Rybakina odpadła rundę wcześniej, przegrywając z Anastazją Potapową. Na tym samym etapie z rywalizacją pożegnały się również Iga Świątek oraz Coco Gauff.

    Taki rozwój wydarzeń sprawił, że turniejowa drabinka znacząco się otworzyła, co najlepiej wykorzystały Andriejewa i Kostiuk. W sobotnim finale od początku lepiej prezentowała się Ukrainka, która kontrolowała przebieg spotkania i zamknęła mecz w dwóch setach.

    Porażka młodej Rosjanki odbiła się szerokim echem w jej ojczyźnie. Portal Sport.ru podkreślił, że druga przegrana Andriejewej z Kostiuk w ciągu kilku miesięcy nie jest przypadkiem i wskazuje na potrzebę dalszej pracy. Zwrócono uwagę, że 19-latka miała swoje szanse – szczególnie w drugim secie, gdzie nie wykorzystała dwóch piłek setowych.

    Z kolei dziennikarze „Championat” skupili się na emocjach towarzyszących zawodniczce po meczu. Po zakończeniu spotkania Andriejewa nie była w stanie powstrzymać łez, co tylko podkreśliło, jak wiele znaczył dla niej ten finał.

  • Feta już gotowa. Lewandowski bohaterem Barcelony. Była 81. minuta

    Feta już gotowa. Lewandowski bohaterem Barcelony. Była 81. minuta

    Mistrzowska feta jest już na wyciągnięcie ręki i wszystko wskazuje na to, że w Barcelonie szykują się do świętowania. W sobotnim spotkaniu 34. kolejki La Liga „Duma Katalonii” pokonała Osasunę 2:1, choć przez długi czas miała ogromne problemy z przełamaniem defensywy rywali. Kluczowy moment nadszedł dopiero w 81. minucie, gdy na listę strzelców wpisał się Robert Lewandowski. Później trafiali jeszcze Ferran Torres i Raul Garcia. Dzięki temu zwycięstwu Barcelona może już w niedzielę zapewnić sobie tytuł mistrza Hiszpanii — wszystko zależy jednak od wyniku Realu Madryt.

    Hansi Flick jasno deklarował przed meczem, że jego zespół chce jak najszybciej zamknąć temat mistrzostwa. Warunek był prosty: wygrać z Osasuną i liczyć na potknięcie Realu w starciu z Espanyolem. Najpierw jednak Katalończycy musieli wykonać swoją część zadania.

    Od pierwszej minuty na murawie pojawił się Robert Lewandowski i już na początku mógł otworzyć wynik spotkania. Po podaniu Daniego Olmo uderzył z kilkunastu metrów, ale piłka minimalnie przeleciała nad poprzeczką. Polak doskonale wiedział, jak blisko był efektownego trafienia.

    Osasuna nie zamierzała jednak tylko się bronić. Gospodarze odpowiadali groźnymi atakami, a najwięcej zamieszania robił Ante Budimir. Chorwat domagał się nawet rzutu karnego po jednym ze starć, a chwilę później jego zagrania zmusiły Joana Garcię do interwencji.

    Barcelona długo nie potrafiła znaleźć sposobu na dobrze zorganizowaną defensywę rywali. Pierwszy celny strzał oddał dopiero w 22. minucie Roony Bardghji, ale nie sprawił większych problemów Sergio Herrerze. Z kolei Osasuna była bardzo konkretna — Budimir najpierw znalazł się na spalonym, a później po indywidualnym rajdzie trafił w słupek.

    Choć to goście częściej utrzymywali się przy piłce, brakowało im pomysłu i kreatywności. Nawet niestandardowe zagrania, jak podanie Joao Cancelo do Fermina Lopeza, nie przynosiły efektu. Do przerwy utrzymał się bezbramkowy remis.

    Po zmianie stron Barcelona ruszyła odważniej. Dani Olmo miał świetną okazję, ale jego strzał został zablokowany przez Alejandro Catenę. Lewandowski był aktywny, próbował zarówno gry kombinacyjnej, jak i walki w powietrzu, jednak długo brakowało konkretów.

    Osasuna wciąż pozostawała groźna z kontrataków. W 69. minucie Ruben Garcia oddał celny strzał, który jednak został obroniony przez bramkarza Barcelony.

    Gdy wydawało się, że mecz może zakończyć się bezbramkowym remisem, wreszcie przełamanie przyszło po dośrodkowaniu Marcusa Rashforda. W 81. minucie Robert Lewandowski wyskoczył najwyżej i pewnym uderzeniem głową pokonał Herrerę. Było to jego 13. trafienie w tym sezonie ligowym i — jak się okazało — gol na wagę zwycięstwa.

    Barcelona poszła za ciosem. Pięć minut później Ferran Torres podwyższył prowadzenie, a chwilę później gospodarze odpowiedzieli golem kontaktowym autorstwa Raula Garcii. Końcówka była nerwowa, ale wynik nie uległ już zmianie.

    Zespół Hansiego Flicka dopisał trzy punkty i jest o krok od mistrzostwa Hiszpanii. Jeśli Real Madryt straci punkty, tytuł trafi do Barcelony już teraz. Jeśli nie — wszystko może rozstrzygnąć się w przyszły weekend, kiedy kibiców czeka wielki hit, czyli El Clasico.

  • Polka zdeklasowała Rosjankę, 6:0 już na starcie. Pierwszy finał w karierze

    Polka zdeklasowała Rosjankę, 6:0 już na starcie. Pierwszy finał w karierze

    Maj rozpoczął się bardzo obiecująco dla polskich tenisistów. Wczoraj Hubert Hurkacz awansował do półfinału turnieju ATP Challenger 175 w Cagliari, pokonując Matteo Berrettini. Dobre wyniki notują także nasi debliści, a do grona wyróżniających się zawodników dołączyła również Zuzanna Kolonus. 20-latka rywalizuje w tym tygodniu w Nowym Delhi i właśnie wywalczyła pierwszy singlowy finał w swojej zawodowej karierze. Co ważne, dokonała tego w bardzo przekonującym stylu, nie pozostawiając rywalce żadnych złudzeń.

    Trzy lata temu, na przełomie maja i czerwca, Kolonus dotarła do ćwierćfinału turnieju ITF W15 w Kursumlijskiej Banji. Wówczas jednak nie była w stanie dokończyć spotkania – skreczowała przy stanie 0:6, 1:3 w meczu z Beatrice Ricci. Od tamtej pory Polka długo czekała na powrót do tak zaawansowanej fazy singlowych zmagań. Przełom przyszedł dopiero teraz – podczas zawodów tej samej rangi, rozgrywanych w stolicy Indii.

    Polska tenisistka imponowała formą już od pierwszych rund. Bez większych problemów ograła dwie reprezentantki gospodarzy, zwyciężając 6:1, 6:1 oraz 6:4, 6:0. Prawdziwy test przyszedł jednak w ćwierćfinale, gdzie jej rywalką była rozstawiona z numerem drugim Elina Nepily. Kolonus znalazła się w trudnej sytuacji, przegrywając w decydującym secie 3:5, ale zdołała odwrócić losy pojedynku. Ostatecznie triumfowała 7:6(2), 5:7, 7:6(2) po niemal trzech godzinach walki, osiągając tym samym najlepszy wynik w swojej dotychczasowej karierze. To jednak nie był koniec jej ambicji.

    W półfinale zmierzyła się z kolejną Rosjanką – Ksenia Laskutova. 29-latka zajmuje obecnie 1018. miejsce w rankingu WTA, czyli nieco wyższe niż Polka, choć jeszcze w październiku 2024 roku była notowana nawet na 330. pozycji. Jej spadek w rankingu to efekt długiej przerwy od startów – nie rywalizowała od września do końca lutego i dopiero teraz próbuje odbudować formę.

    Sam mecz od początku układał się po myśli Kolonus. Choć pierwsze gemy przyniosły sporo emocji, szybko stało się jasne, kto kontroluje wydarzenia na korcie. Polka przełamała rywalkę i całkowicie zdominowała pierwszego seta, wygrywając go 6:0 bez straty punktu przy własnym serwisie w gemie kończącym partię.

    Drugi set rozpoczął się podobnie – choć Laskutowa próbowała nawiązać walkę i miała nawet kilka okazji na utrzymanie podania, nie była w stanie zatrzymać rozpędzonej Polki. Kolonus wykorzystywała błędy przeciwniczki, w tym podwójne błędy serwisowe, i konsekwentnie budowała przewagę. Mimo chwilowych problemów przy własnym serwisie, zachowała kontrolę nad przebiegiem spotkania i przypieczętowała zwycięstwo wynikiem 6:0, 6:2 po 84 minutach gry.

    Dzięki temu imponującemu występowi 20-latka awansowała do pierwszego singlowego finału w swojej karierze. W decydującym meczu zmierzy się z reprezentantką Indii, rozstawioną z numerem szóstym Shruti Ahlawat.

  • Głośno o “pupilce Putina”. Tak traktują ją w Rosji po wyjeździe z kraju

    Głośno o “pupilce Putina”. Tak traktują ją w Rosji po wyjeździe z kraju

    Jeszcze do niedawna Jelena Isinbajewa była symbolem sukcesu rosyjskiego sportu i jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci związanych z władzą na Kremlu. Dwukrotna mistrzyni olimpijska przez lata uchodziła za ulubienicę Władimir Putin, a jej wizerunek wykorzystywano jako przykład narodowej dumy. Wszystko zmieniło się jednak po rozpoczęciu wojny w Ukrainie.

    W obliczu nowych realiów była rekordzistka świata zdecydowała się opuścić Rosję i rozpocząć nowe życie za granicą. Jej wybór padł na Teneryfę, gdzie – jak donoszą zagraniczne media – posiada nieruchomości i mieszka wraz z rodziną, z dala od polityki oraz medialnego szumu. Ten krok sprawił, że w ojczyźnie jej wizerunek uległ całkowitej zmianie. Z bohaterki narodowej zaczęła być postrzegana jako osoba, która odwróciła się od kraju.

    Mimo wyprowadzki nazwisko Isinbajewej regularnie powraca w rosyjskich mediach. Ostatnio znów zrobiło się o niej głośno, tym razem w kontekście problemów finansowych. Według informacji publikowanych przez kanał SHOT w serwisie Telegram była lekkoatletka miała zostać pozwana za zaległości związane z opłatami za mieszkania w Moskwie. Mowa o kwocie sięgającej setek tysięcy rubli, obejmującej rachunki za media oraz koszty utrzymania nieruchomości, które – jak twierdzą rosyjskie źródła – przez dłuższy czas nie były regulowane.

    To jednak nie koniec kłopotów. Jak informuje portal news.ru, niedługo po jej wyjeździe sprawą sportsmenki zainteresowały się również rosyjskie organy podatkowe. W ubiegłym roku naliczono jej zobowiązania przekraczające milion rubli. Późniejsze doniesienia sugerowały jednak, że część należności została spłacona, a ostatecznie dług wobec fiskusa miał zostać uregulowany.

    Historia Isinbajewej pokazuje, jak szybko może zmienić się pozycja nawet największych ikon sportu w obliczu wydarzeń politycznych. Jeszcze niedawno była twarzą rosyjskiego sukcesu, dziś jej życie toczy się z dala od kraju, a jej nazwisko częściej pojawia się w kontekście kontrowersji niż sportowych triumfów.

  • Świątek już po pierwszym starciu w Rzymie. 90 minut gry z mistrzynią Australian Open

    Świątek już po pierwszym starciu w Rzymie. 90 minut gry z mistrzynią Australian Open

    Niespełna tydzień temu Iga Świątek musiała przedwcześnie zakończyć swój występ w turnieju WTA 1000 w Madrycie. W meczu trzeciej rundy przeciwko Ann Li skreczowała z powodu problemów zdrowotnych, które – jak się później okazało – były efektem infekcji żołądkowo-jelitowej. Choć Polka walczyła dzielnie i doprowadziła do decydującego seta, przy stanie 6:7(4), 6:2, 0:3 (30-30) zdecydowała się zejść z kortu po konsultacji z fizjoterapeutą i lekarzem. Była to rozsądna decyzja – zdrowie w tym momencie było ważniejsze niż wynik.

    Już chwilę po meczu raszynianka przyznała, że ostatnie godziny przed spotkaniem były dla niej bardzo trudne. Na szczęście jej stan szybko się poprawił. W poniedziałek rano przekazała kibicom pozytywne wieści – wraca do sił i wkrótce wznowi treningi. Słowa dotrzymała. Jeszcze tego samego dnia pojawiła się informacja od organizatorów turnieju w Rzymie, że Świątek rozpocznie przygotowania na kortach Foro Italico w środę. Tak też się stało – pierwsze treningi odbyła zgodnie z planem, początkowo pracując ze sparingpartnerem.

    Prawdziwy sprawdzian przyszedł jednak dopiero dzisiaj. O godzinie 12:00 Polka zmierzyła się na treningu z wymagającą rywalką – Madison Keys, mistrzynią Australian Open 2025. Amerykanka ma na koncie zwycięstwa nad największymi gwiazdami, w tym także nad Świątek, którą pokonała w drodze po wielkoszlemowy tytuł, a także nad Jelena Rybakina i Aryna Sabalenka.

    Obie tenisistki dobrze się znają i miały już okazję rywalizować w Rzymie w poprzednich latach. Tym razem spotkały się na 90-minutowym sparingu na BNP Paribas Arena. Fragmenty ich wspólnego treningu zostały udostępnione w mediach społecznościowych organizatorów, którzy opatrzyli nagranie komentarzem: „Poważna praca w Rzymie”.

    Na tym jednak nie koniec aktywnego dnia Świątek. O godzinie 16:00 czeka ją jeszcze wyjątkowe wydarzenie w samym sercu miasta – na Piazza del Popolo, gdzie specjalnie przygotowano kort tenisowy. Jak sama przyznała w mediach społecznościowych, nie będzie to zwykły trening, a raczej forma rywalizacji z jej trenerem. „To bardziej mecz niż trening – nie mogę się doczekać” – napisała z uśmiechem.

    Wszystko wskazuje na to, że Polka szybko wraca do pełni sił i jest gotowa do walki o kolejny sukces na kortach w Rzymie.

    https://x.com/z_kortu/status/2050207869585252493?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E2050207869585252493%7Ctwgr%5E0a574c13f86df082a4b238be8925d529888088d4%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fsport.interia.pl%2Figa-swiatek%2Fnews-swiatek-juz-po-pierwszym-starciu-w-rzymie-90-minut-gry-z-misnId23471445

  • Ukrainka odmówiła tenisistce z Rosji, wszystko na oczach Polki. Zawrzało w Madrycie

    Ukrainka odmówiła tenisistce z Rosji, wszystko na oczach Polki. Zawrzało w Madrycie

    Atmosfera przed półfinałami turnieju WTA 1000 w Madrycie była wyjątkowo napięta, a wszystko za sprawą zestawienia Marty Kostiuk z Anastazją Potapową. Ukrainka już wcześniej jasno zapowiadała, że nie poda ręki rywalce wywodzącej się z Rosji – niezależnie od faktu, że ta obecnie reprezentuje Austrię. Ostatecznie Kostiuk nie tylko dotrzymała słowa, ale również wygrała spotkanie, a jej zachowanie po meczu odbiło się szerokim echem w mediach.

    Od momentu ogłoszenia półfinałowej pary było jasne, że emocji nie zabraknie. Kostiuk od dłuższego czasu konsekwentnie odmawia tradycyjnego uścisku dłoni z zawodniczkami rosyjskiego pochodzenia. Wyjątek zrobiła jedynie dla Darii Kasatkiny, która publicznie sprzeciwiła się wojnie i zmieniła obywatelstwo. W przypadku Potapowej sytuacja wygląda inaczej – tenisistka przez długi czas nie odcinała się od działań Kremla, co dla Ukrainki ma kluczowe znaczenie.

    – Jedyną Rosjanką, której podałam rękę, była Kasatkina, bo jasno powiedziała, że nie popiera wojny. To dla mnie ważne. Inne zawodniczki, mimo zmiany paszportu, nie zabrały głosu w tej sprawie – tłumaczyła Kostiuk jeszcze przed meczem.

    Sam pojedynek nie zawiódł pod względem sportowym, choć napięcie było wyczuwalne od pierwszej piłki. Ostatecznie lepsza okazała się Ukrainka, która tym samym awansowała do finału. Po ostatniej wymianie nie doszło jednak do tradycyjnego gestu fair play – Kostiuk nie podeszła do siatki i ograniczyła się jedynie do gestów w stronę publiczności.

    Duże poruszenie wywołała także nietypowa scena z udziałem jej trenerki, Sandry Zaniewskiej. Polka pokazała zawodniczce kartę – waleta karo. Ten niecodzienny sygnał szybko stał się tematem dyskusji, a sama tenisistka została zapytana o jego znaczenie podczas konferencji prasowej.

    – To nie miało żadnego ukrytego sensu. Po prostu bawiliśmy się w zgadywanie kart. Sandra je trzymała, a my podawaliśmy liczby. Trafiłam przypadkiem, bez żadnej logiki – wyjaśniła Kostiuk, rozwiewając spekulacje.

    Nie brakuje jednak głosów, że gest może mieć symboliczne znaczenie. Było to bowiem 11. zwycięstwo Ukrainki z rzędu, a walet jest jedenastą kartą w talii. Czy rzeczywiście był to subtelny przekaz od sztabu? Być może odpowiedź przyniesie finał – jeśli Kostiuk sięgnie po tytuł, kolejna karta może stać się jeszcze bardziej wymowna.

    W decydującym meczu Ukrainka zmierzy się z Mirrą Andriejewą, która wcześniej pokonała Hailey Baptiste. Dla Kostiuk będzie to szansa na pierwszy triumf w turnieju tej rangi i jednocześnie kolejny pojedynek z zawodniczką rosyjskiego pochodzenia – co tylko podgrzewa atmosferę przed finałem.