• Jest ostateczne potwierdzenie. Oto potencjalni rywale Polski w el. MŚ 2026

    Jest ostateczne potwierdzenie. Oto potencjalni rywale Polski w el. MŚ 2026

    Ostateczne potwierdzenie: Potencjalni rywale Polski w eliminacjach MŚ 2026 – czy Biało-Czerwoni sprostają wyzwaniu?

     

    Eliminacje do Mistrzostw Świata 2026 zbliżają się wielkimi krokami, a polscy kibice z niecierpliwością wyczekują wyników losowania grup, które odbędzie się już 13 grudnia. Wiemy już, że Biało-Czerwoni trafili do drugiego koszyka, co oznacza, że w walce o awans na mundial zmierzą się z przynajmniej jednym potentatem europejskiej piłki nożnej. Tym samym droga do Stanów Zjednoczonych, Kanady i Meksyku, gdzie po raz pierwszy zagra aż 48 drużyn, zapowiada się jako prawdziwe wyzwanie.

     

    Mundial 2026: Nowa formuła, nowe wyzwania

    Po raz pierwszy w historii mistrzostwa świata będą gościć aż 48 zespołów, co oznacza zwiększenie liczby uczestników o 16 drużyn w porównaniu z turniejem w Katarze w 2022 roku. Choć na pierwszy rzut oka większa liczba miejsc mogłaby sugerować łatwiejszą ścieżkę awansu, to dla reprezentacji Polski sytuacja nie wygląda optymistycznie. UEFA utrzymała wymagającą formułę eliminacyjną, a w związku z naszym miejscem w drugim koszyku musimy liczyć się z rywalizacją z drużynami, które mogą znacznie przewyższać naszą reprezentację pod względem jakości.

     

    Eliminacje będą składać się z 12 grup, z których niektóre zawierać będą po cztery, a inne po pięć drużyn. Tylko zwycięzcy grup awansują bezpośrednio na mistrzostwa świata. Zespoły z drugich miejsc czeka natomiast kolejny etap zmagań – baraże. Na tym etapie rywalizacja stanie się jeszcze bardziej wymagająca, ponieważ 16 drużyn podzielonych zostanie na cztery ścieżki, a z każdej z nich awansuje tylko jeden zespół.

     

    Dla Polski to szczególnie trudna sytuacja, ponieważ tym razem nie mamy zabezpieczenia w postaci baraży, które w przypadku eliminacji Euro 2024 były gwarantowane dzięki rezultatom w Lidze Narodów. Spadek do Dywizji B w tych rozgrywkach oznacza, że każda strata punktów w grupie eliminacyjnej będzie bardzo kosztowna.

     

    Potencjalni rywale: Kto może stanąć na drodze Polaków?

     

    Podział na koszyki przed losowaniem rzuca światło na możliwych przeciwników Polski. Z pierwszego koszyka możemy trafić na takie potęgi jak Francja, Hiszpania, Anglia, Portugalia czy Niemcy. Choć w gronie tym znajdują się także teoretycznie łatwiejsi rywale, tacy jak Szwajcaria, Dania czy Austria, żadnego z nich nie można lekceważyć.

     

    Jeszcze większe emocje budzi trzecia grupa, w której znajdują się zespoły mogące stanowić poważne zagrożenie dla naszej kadry. Szkocja, Słowenia, Irlandia, Gruzja czy Izrael – to drużyny, które w ostatnich latach pokazały, że potrafią walczyć z silniejszymi rywalami. Zajęcie drugiego miejsca w grupie będzie wymagało nie tylko dobrej dyspozycji, ale także odrobiny szczęścia.

     

    Ciekawostką jest również piąty koszyk, w którym znajduje się Mołdawia – drużyna, z którą Polska przegrała w eliminacjach Euro 2024. Taki wynik był jednym z najbardziej rozczarowujących momentów ostatnich lat i przypomina, że nawet teoretycznie słabszych rywali nie można lekceważyć.

     

    Polska w cieniu rankingu FIFA

     

    Niepokojący dla polskich kibiców jest także spadek naszej reprezentacji w rankingu FIFA. Po Euro 2024 zajmowaliśmy 28. miejsce na świecie i 15. w Europie, co dawało nadzieje na stabilizację w czołówce. Jednak seria słabych wyników, w tym nieudane mecze w Lidze Narodów, sprawiła, że spadliśmy jeszcze niżej. Wyprzedziły nas m.in. Szwecja, Walia, Węgry i Serbia, co oznacza, że znalezienie się w pierwszym koszyku było poza naszym zasięgiem.

     

    W praktyce oznacza to, że Polska musi udowodnić swoją wartość na boisku i walczyć o każdy punkt w eliminacjach. Awans na mundial byłby dla reprezentacji nie tylko sportowym sukcesem, ale także szansą na odbudowanie pozycji na arenie międzynarodowej.

     

    Presja na Michała Probierza i jego drużynę

     

    Nowy selekcjoner, Michał Probierz, stoi przed jednym z największych wyzwań w swojej karierze. Kibice, PZPN oraz sami zawodnicy mają ogromne oczekiwania, zwłaszcza że niepowodzenie w eliminacjach oznaczałoby brak Polski na największej piłkarskiej scenie od 12 lat. W czasach, gdy popularność reprezentacji wśród kibiców nieco spadła, sukces na mundialu mógłby być impulsem do odbudowy więzi z fanami.

     

    Ceremonia losowania grup eliminacyjnych odbędzie się w piątek, 13 grudnia. Tego dnia dowiemy się, czy droga Polski na mundial będzie przypominać spacer po parku, czy raczej ekstremalny bieg z przeszkodami. Jedno jest pewne – emocji nie zabraknie. Awans do Mistrzostw Świata 2026 może okazać się jednym z najważniejszych testów dla polskiego futbolu w ostatnich latach.

     

  • Tragedia przed meczem Ligi Mistrzów. Polak zareagował w szczególny sposób

    Tragedia przed meczem Ligi Mistrzów. Polak zareagował w szczególny sposób

    Tragiczne wieści przed meczem Ligi Mistrzów. Łukasz Łakomy z wyjątkowym gestem wsparcia

    Meschack Elia, napastnik szwajcarskiego klubu Young Boys Berno i reprezentant Demokratycznej Republiki Konga, przeżywa ogromną tragedię. W przeddzień meczu Ligi Mistrzów przeciwko VfB Stuttgart dowiedział się o śmierci swojego 4-letniego syna. Polak Łukasz Łakomy postanowił zareagować w szczególny sposób, dedykując swój gol cierpiącemu koledze z drużyny.

    Śmierć dziecka i niezwykły gest drużyny

    Tuż przed meczem Elia otrzymał druzgocącą wiadomość o śmierci swojego dziecka, które zmarło po krótkiej chorobie. Piłkarz, nie mogąc wziąć udziału w spotkaniu, wrócił do Berna, a następnie udał się do ojczyzny, by być z rodziną w tym trudnym czasie.

    Mimo nieobecności Elii jego koledzy z zespołu nie zapomnieli o nim. Gdy Łukasz Łakomy zdobył bramkę w trakcie meczu, zadedykował ją Elii. Cała drużyna w geście solidarności podniosła koszulkę z nazwiskiem napastnika, oddając hołd jego zmarłemu dziecku. Choć Young Boys przegrali mecz 1:5, gest ten pokazał siłę zespołowej jedności i wsparcia.

    Wstrząsające szczegóły tragedii

    Rzecznik Young Boys, Albert Staudenmann, opisał dramatyczne chwile związane z tragiczną wiadomością. — Meschack Elia otrzymał informację o śmierci syna we wtorek. Było to kompletnie nieoczekiwane. Kiedy dowiedział się o tej tragedii, był zdruzgotany, leżał na podłodze, nie mogąc opanować emocji — powiedział Staudenmann.

    Klub zorganizował przed meczem specjalną dedykację, która miała być wyrazem wsparcia niezależnie od tego, kto zdobędzie gola. — Rozmawialiśmy z drużyną przed spotkaniem. Wszyscy zawodnicy jednogłośnie zdecydowali, że chcą wziąć w tym udział. To był nasz wspólny gest dla Meschacka i jego rodziny — dodał rzecznik.

    Wsparcie ze strony rywali

    W trudnych chwilach nie zabrakło także empatii ze strony przeciwników. VfB Stuttgart, mimo wygranej, okazał wsparcie rodzinie Elii. „Nasze myśli są z Meschackiem Elią i jego bliskimi. Życzymy dużo siły w tym trudnym czasie” — napisano na oficjalnym profilu niemieckiego klubu.

    Ten tragiczny moment pokazuje, że w sporcie są chwile, kiedy rywalizacja schodzi na dalszy plan, a solidarność i człowieczeństwo stająsię najważniejsze.

  • Niemka próbowała wystraszyć Julię Szeremetę. Jej gest wywołał emocje!

    Niemka próbowała wystraszyć Julię Szeremetę. Jej gest wywołał emocje!

    Niemka próbowała wystraszyć Julię Szeremetę. Jej gest wywołał emocje!

     

    Już w najbliższy piątek fani boksu będą mieli okazję podziwiać wielki powrót Julii Szeremety na ring. Srebrna medalistka igrzysk olimpijskich z Paryża po raz pierwszy od tamtego sukcesu zmierzy się z rywalką w oficjalnym pojedynku. Jej przeciwniczką podczas Suzuki Boxing Night 32 w Lublinie będzie Lena Buechner z Niemiec. Obie pięściarki miały już okazję spotkać się na ważeniu, gdzie nie zabrakło emocji. Choć atmosfera między zawodniczkami wydawała się przyjazna, Niemka postanowiła spróbować delikatnie nastraszyć Polkę.

     

    Dlaczego Julia Szeremeta nie wróciła wcześniej?

     

    Pierwotnie powrót Szeremety na ring miał nastąpić podczas niedawnych mistrzostw Polski. Niestety, zawodniczka musiała zrezygnować z udziału w tej imprezie. Powody tej decyzji wyjaśnił jej trener, Tomasz Dylak, w rozmowie z WP SportoweFakty.

     

    „Na tę decyzję złożyły się trzy sprawy: kontuzja nadgarstka, przedłużające się przeziębienie i ogólne zmęczenie. Dlatego postanowiliśmy odpuścić mistrzostwa Polski” — tłumaczył trener.

     

    Teraz jednak wydaje się, że wszystkie problemy zostały zażegnane, a Julia jest gotowa do walki. W piątek, 13 grudnia, ponownie stanie w ringu, mierząc się z Leną Buechner w kategorii do 57 kg.

     

    Napięcie na ważeniu

     

    Dzień przed galą obie zawodniczki spotkały się na oficjalnym ważeniu. Zarówno Julia Szeremeta, jak i Lena Buechner wyglądały na zrelaksowane i w dobrych nastrojach. Podczas tradycyjnego „face to face” Niemka wykonała nagły ruch głową w kierunku Polki, co wyglądało jak próba nastraszenia rywalki. Julia jednak pozostała niewzruszona i nie okazała strachu.

     

    Po chwili sytuacja została rozładowana. Uśmiechy na twarzach obu zawodniczek i serdeczny uścisk potwierdziły, że gest Buechner był jedynie żartem, a między pięściarkami nie ma żadnych napięć.

     

    Emocjonująca gala pełna gwiazd

     

    Gala Suzuki Boxing Night 32 rozpocznie się o godzinie 20:30. Oprócz walki Julii Szeremety kibice będą mieli okazję zobaczyć w akcji innych polskich pięściarzy, którzy reprezentowali nasz kraj na igrzyskach w Paryżu, w tym Anetę Rygielską i Damiana Durkacza.

     

    Transmisję wydarzenia będzie można oglądać w TVP Sport. Wszystko wskazuje na to, że piątkowy wieczór przyniesie wiele sportowych emocji i niezapomnianych momentów!

     

  • Fatalne wieści w trakcie meczu. Reprezentant Polski kontuzjowany. Ominie kluczowe spotkania

    Fatalne wieści w trakcie meczu. Reprezentant Polski kontuzjowany. Ominie kluczowe spotkania

    Fatalne wieści w trakcie meczu. Reprezentant Polski kontuzjowany. Ominie kluczowe spotkania

    Fatalne wieści napłynęły podczas meczu Mlada Boleslav — Jagiellonia Białystok. Sport.pl poinformował o powodzie absencji Tarasa Romanczuka w meczu Ligi Konferencji. Reprezentant Polski doznał kontuzji kolana i na pewno nie zagra do końca roku.

     

    W składzie Jagiellonii Białystok na mecz piątej kolejki Ligi Konferencji nie znalazł się Taras Romanczuk, który dotychczas był filarem środka pola mistrzów Polski. W drugiej linii Adrian Siemieniec postawił na Nene oraz Jarosława Kubickiego. W trakcie spotkania dziennikarz Sport.pl Jakub Seweryn ujawnił powody takiej decyzji trenera.

     

    Romanczuk nie znalazł się w kadrze meczowej przez kontuzję kolana, której doznał podczas poniedziałkowego treningu. Z przedstawionych informacji wynika, że reprezentant Polski nie zagra już do końca roku. Ominie tym samym meczu ostatniej kolejki fazy ligowej Ligi Konferencji z Olimpiją Lublana 19 grudnia. W styczniu mistrzów Polski czekają jedynie mecze sparingowe. Rywalizacja wróci w lutym.

     

    Taras Romanczuk kontuzjowany

    Romanczuk niedawno był już kontuzjowany. Doznał urazu podczas meczu reprezentacji Polski z Portugalią, w którym Michał Probierz wystawił go w pierwszym składzie. Opuścił cztery spotkania, a w niedzielę zagrał zaledwie 17 minut z Puszczą Niepołomice. Romanczuk od debiutu w reprezentacji w marcu 2018 r., zagrał z orzełkiem na piersi jedynie pięć razy. Regularnie jest jednak powoływany.

     

  • VAR w doliczonym czasie meczu Jagiellonii. Ogromne zamieszanie na sam koniec

    VAR w doliczonym czasie meczu Jagiellonii. Ogromne zamieszanie na sam koniec

    VAR w doliczonym czasie meczu Jagiellonii. Ogromne zamieszanie na sam koniec

    Męczarnie Jagiellonii Białystok. Pierwsza połowa bez celnego strzału, druga ze stratą gola i czerwoną kartką dla Adriana Diegueza po analizie VAR — tak wyglądał mecz w Czechach, skąd zespół Adriana Siemieńca nie wywozi ani jednego punktu. Mlada Boleslav wygrywa 1:0 (0:0) w Lidze Konferencji m.in. ze względu na to, że gwiazdy zespołu mistrza Polski wyglądały tego wieczora zaskakująco słabo. Nic dziwnego, że szkoleniowiec zdecydował się ściągnąć z boiska strzelca 12 goli w tym sezonie, Afimico Pululu. Jedynym plusem była postawa bramkarza, Sławomira Abramowicza. Gdyby nie on, rozmiary porażki mogłyby być większe. Kwestia awansu do kolejnej fazy europejskich rozgrywek wciąż nie jest przesądzona.

     

    Nadszedł czwartek, który nie obfitował już w same kapitalne wieści dla polskich kibiców. Do tej pory Legia Warszawa i mistrz Polski radzili sobie doskonale w Lidze Konferencji. Po czterech kolejkach znajdowali się w samej czołówce. Po czterech triumfach zespół Goncalo Feio przegrał z FC Lugano 1:2, ale przed kibicami było jeszcze jedno danie do skonsumowania — rywalizacja Jagiellonii w Czechach.

     

    Wielkim nieobecnym w zespole okazał się Taras Romanczuk. Reprezentant Polski doznał kontuzji kolana i na pewno nie zagra do końca roku. Na czwartkowe spotkanie ręce zacierał za to Michal Sacek.— Po raz pierwszy mam okazję zagrać w barwach Jagiellonii w Czechach. Jesteśmy dobrze przygotowani. Za nami 17 meczów bez porażki i postaramy się podtrzymać serię — mówił obrońca Jagiellonii. Przez długi czas gorzej spisywali się jednak jego koledzy z ofensywy

     

    Jagiellonia Białystok z najgorszym występem w sezonie

    W pierwszej połowie zespół Adriana Siemieńca nie oddał ani jednego celnego strzału. Do tego początek nie wyglądał dobrze, patrząc na to, ile goście pozwalali Czechom pod swoją bramką. Na posterunku był jednak bramkarz. Sławomir Abramowicz wyłapał uderzenie z dystansu Solomona Johna. Uratował też zespół po błędzie Adriana Diegueza, który w kuriozalny sposób wycofał futbolówkę. Gospodarze nie byli jednak w stanie wykorzystać tego poważnego błędu.

     

    Po słabych 10 minutach coś drgnęło. Po szybkim kontrataku Sacek włączył się do ataku, ale nie miał szczęścia. Piłka nie dotarła do niego po niecelnym zagraniu Afimico Pululu. Snajper, który zachwycał już kilkukrotnie w Lidze Konferencji, tym razem miał wyraźnie gorszy wieczór.

     

    Kibice z Białegostoku, którzy w imponującej liczbie zjawili się na czeskim obiekcie, byli przekonani, że ich zespół dostanie rzut karny. Pululu padł w polu karnym po tym, jak rywal zatrzymał go po agresywnym wślizgu. Ani sędzia, ani VAR nie zareagowali. Wcześniej z dystansu uderzał Jesus Imaz, ale niecelnie.

     

    Z każdą minutą wyraźniej było widać, po której stronie jest więcej jakości piłkarskiej, ale Jagiellonii brakowało po prostu celnych uderzeń. Dyspozycja mistrza Polski mogła niepokoić. Grał bowiem z szóstym zespołem ligi czeskiej. Mladej od lat sporo brakuje do potęg z tamtego kraju takich jak Slavii, Sparty Praga, czy Viktorii Pilzno.

     

     

    A po przerwie nie było lepiej. Abramowicz znów musiał wspiąć się na wyżyny swoich umiejętności. Poradził sobie jednak najpierw z Vasilem Kusejem w sytuacji sam na sam, a następnie po strzale Tomasa Ladry. 27-latek popisał się efektownym rajdem na skrzydle, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło.

     

    W 66. minucie swoją szansę miał Imaz, ale po strzał z ostrego kąta piłkę złapał Matous Trmal. Niewykorzystane okazje zemściły się i to Mlada wyszła na prowadzenie. Zaczęło się od straty piłki na swojej połowie. Lamine Diaby-Fadiba może mieć do siebie ogromne pretensje, bo to po jego błędzie i akcji przeprowadzonej prawym skrzydłem na strzał zdecydował się Patrik Vydra. Wyszło znakomicie. Jego gol przesądził o tym, że trzy punkty zostały w Czechach.

     

    W końcówce goście robili, co mogli, ale nie był to ich dzień. Celnie uderzał jeszcze Nene, ale przymierzył w środek bramki, czym ułatwił zadanie bramkarzowi. Tak dogodnych sytuacji więcej już nie było. Na domiar złego czerwoną kartkę obejrzał Dieguez. Hiszpan początkowo obejrzał żółtą kartkę po przepychankach na boisku. Panowało na nim ogromne zamieszanie, przez co sędzia mógł nie zobaczyć dokładnie nieodpowiedzialnego zachowania 28-letniego obrońcy. Po analizie VAR agresywny ruch w stronę rywala skutkował wyrzuceniem z boiska. A to kolejne problemy przed meczem z Olimpiją Lublana

     

    Po zwycięstwach z FC Kopenhaga (2:1), Petrocudem (2:0) i Molde (3:0) oraz remisie z Celje (3:3) Jagiellonia nie dołożyła tym razem ani jednego punktu i wciąż musi walczyć o bezpośredni awans w Lidze Konferencji.

  • Krytyka z ojczyzny dla Igi Świątek, ponieważ polski ekspert do spraw dopingu stawia poważne pytania w związku z kontrowersją dopingową

    Krytyka z ojczyzny dla Igi Świątek, ponieważ polski ekspert do spraw dopingu stawia poważne pytania w związku z kontrowersją dopingową

    Krytyka z ojczyzny dla Igi Świątek, ponieważ polski ekspert do spraw dopingu stawia poważne pytania w związku z kontrowersją dopingow

     

    Iga Świątek wciąż znajduje się pod lupą po swojej miesięcznej karze za pozytywny wynik testu na zakazaną substancję trimetazydynę. Z powodu tej zawieszenia nie uczestniczyła w azjatyckiej części sezonu, co zostało uznane przez ITIA za konieczne. Chociaż odbyła swoją karę i zapłaciła grzywnę, nie zabrakło reakcji. Część fanów i osób związanych z tenisowym światem okazała jej współczucie, rozumiejąc, że substancja pochodziła z leku na problemy ze snem i jet lag. Inni natomiast uznali, że kara była zbyt łagodna, a temat wcale nie został zamknięty.

     

    28 listopada Świątek podzieliła się swoją historią na Instagramie, dążąc do przejrzystości wobec swoich zwolenników. To, co zaczęło się jako rutynowy test antydopingowy w sierpniu, przerodziło się w jej „najgorsze doświadczenie”, kiedy we wrześniu otrzymała pozytywny wynik. Teraz, po zakończeniu zawieszenia, koncentruje się na nadchodzącym sezonie. Jednak krytycy, tacy jak Nick Kyrgios czy Simona Halep, podnieśli obawy dotyczące postrzeganego traktowania preferencyjnego najwyżej notowanych zawodników w sprawach dopingowych.

     

    Do kontrowersji dodał się polski prawnik, który skrytykował wyrok w sprawie Świątek. W wypowiedzi dla programu Tenisowy zaznaczył: „Wyrok w sprawie Igi jest trochę niesprawiedliwy”. Mimo że Świątek straciła nagrodę pieniężną z Cincinnati Open i poniosła koszty prawne, wielu uważa, że kara nie była wystarczająca. Ta sytuacja przypomina sprawę Jannika Sinnera, którego początkowa decyzja o oczyszczeniu została później podważona.

     

    Włoski zawodnik początkowo został oczyszczony przez ITIA w sierpniu, jednak we wrześniu WADA zażądała apelacji, co może prowadzić do nałożenia na niego kary do dwóch lat. Chociaż prawnik nie jest pewien, jak należy postąpić w sprawie Świątek, stwierdził: „Dla mnie sprawa Igi jest tajemnicza i zastanawiam się, dlaczego nie została uznana za niewinną lub np. upomniana”.

     

    Porównując jej przypadek do spraw Sinnera czy Halep, różnice wydają się wyraźne. Jannik wciąż czeka na ostateczny werdykt CAS po pozytywnym wyniku testu w marcu. Z kolei Simona Halep stanęła przed perspektywą czteroletniego zakazu startów po pozytywnym wyniku na roxadustat podczas US Open 2022, jednak kara została zmniejszona do dziewięciu miesięcy po apelacji. CEO ITIA, Karen Moorhouse, broniła jednak sprawy Świątek, podkreślając, że była to bardzo nietypowa sytuacja związana z zanieczyszczonym produktem, który w Polsce jest regulowanym lekarstwem.

     

    Ze względu na to, że substancja pochodziła z leku pomagającego w walce ze stresem i jet lagiem, sprawa została oceniona jako „wina na najniższym poziomie”. Teraz, po zakończeniu zawieszenia, Świątek koncentruje się na nadchodzącym sezonie i pracy z nowym trenerem Wimem Fissettem. Pomimo trwającej debaty wokół jej sprawy, Świątek pozostaje skupiona na swojej grze. Choć jej występ w WTA Finals zakończył się na fazie grupowej, z pewnością wynagrodziła to swoją grą z drużyną Polski w Pucharze Billie Jean King. Jej determinacja spotkała się z dużym uznaniem jej mentora oraz kapitana drużyny, Dawida Celta.

     

    Kapitan Polski chwalił nieustępliwą grę Świątek w Pucharze Billie Jean King

     

    Pomimo że drużyna Polski walczyła dzielnie, ostatecznie przegrywając dramatycznym wynikiem 2-1, poświęcenie Igi Świątek wyróżniało się, gdyż wygrała trzy mecze singlowe i jeden deblowy u boku Katarzyny Kawy. Po kilku ciężkich spotkaniach Świątek przyznała: „Szczerze mówiąc, nigdy nie czułam się tak zmęczona”, odnosząc się do fizycznego wysiłku, jaki wiązał się z tym turniejem. Jej zaangażowanie było widoczne, gdy powiedziała: „Nawet jeśli mam umrzeć na korcie, zrobię to, ale dam z siebie 100 procent”.

     

    Jej występ na korcie zwrócił uwagę kapitana drużyny, Dawida Celta. W wywiadzie z Markiem Furjanem na kanale „Break Point” chwalił Świątek za jej przywództwo i poświęcenie podczas turnieju. Zauważył, że wszyscy w drużynie pracowali ciężko, ale to Świątek naprawdę dała z siebie wszystko. Po meczu z Czeszkami fizjoterapeuci pracowali do późna, by pomóc jej w regeneracji. Celt podkreślił: „Była kompletnym liderem… zostawiła na korcie mnóstwo zdrowia i naprawdę dała z siebie wszystko”.

     

    Jego podziw dla jej determinacji odzwierciedlał się w jego wcześniejszych wypowiedziach po odpadnięciu Polski z Pucharu Billie Jean King w listopadzie, gdzie nazwał Świątek „niekwestionowanym liderem”, który oddał serce i charakter w każdym meczu. Sezon Świątek był jak rollercoaster, z początkowymi sukcesami, a później zmaganiami z formą oraz kontrowersjami dopingowymi, które wpłynęły na jej występy i ranking. Czy uważasz, że ma szansę odzyskać status numer 1 w nadchodzącym sezonie? Podziel się swoją opinią poniżej.

     

  • Ależ szkoda! Sędzia przeszkodził Legii, to mógł być zwycięski gol. Warszawiacy wściekli

    Ależ szkoda! Sędzia przeszkodził Legii, to mógł być zwycięski gol. Warszawiacy wściekli

    Ależ szkoda! Sędzia przeszkodził Legii, to mógł być zwycięski gol. Warszawiacy wściekli

    W 66. minucie meczu Legia Warszawa – Lugano doszło do bardzo pechowej z perspektywy gospodarzy sytuacji. Marc Gual przejął piłkę na swojej połowie i już zaczął wyprowadzać kontratak. Niestety, Hiszpan po drodze wpadł w swojego rodaka – sędziego Martineza. Piłka trafiła w arbitra i w ten właśnie sposób akcja Legii została przerwana. Kilka minut później goście zdobyli gola na 2:1.

     

     

     

    Legia Warszawa bardzo dobrze zaczęła mecz 5. kolejki Ligi Konferencji z Lugano. Ryoya Morishita szybko wyprowadził ją na prowadzenie i od początku wiele wskazywało na to, że polski klub zanotuje kolejne zwycięstwo w europejskich rozgrywkach. W 40. minucie Legia Warszawa straciła jednak prowadzenie. Gol na 1:1 padł po stałym fragmencie gry. Był to również pierwszy gol stracony przez Legię w Lidze Konferencji w bieżącym sezonie. Wszystko pozostawało jeszcze w rękach i nogach podopiecznych Goncalo Feio.

     

    W 66. minucie wydarzyło się coś, co mogło odmienić losy tego meczu. Marc Gual odzyskał piłkę na własnej połowie i od razu chciał wykorzystać słabsze ustawienie rywali. Zaczął wyprowadzać więc szybką kontrę. Niestety, jego zamiary spaliły na panewce przez… sędziego. Hiszpan instynktownie wypuścił sobie piłkę daleko, aby wykorzystać dużą przestrzeń po odbiorze piłki. Niestety, pech chciał, że na drodze Marca Guala stanął jego rodak – sędzia Martinez. Piłka trafiła w arbitra, więc był on zmuszony użyć gwizdka.

     

    Sędzia przerwał kontratak Legii Warszawa i oddał jej piłkę. W tym czasie piłkarze Lugano zdążyli jednak ustawić się w obronie i na akcję było już za późno. Kilka minut później Lugano strzelił gola na 2:1 – znów po stałym fragmencie gry.Spotkanie zakończyło się wynikiem 2:1. Legia tym samym po raz pierwszy przegrała mecz w Lidze Konferencji i najprawdopodobniej odbije się to na jej pozycjiw tabeli.

     

  • Wstyd”, “Powinna to być Iga Świątek o wiele bardziej” – Reakcje fanów na przyznanie nagrody Arynie Sabalence za promowanie tenisa kobiecego

    Wstyd”, “Powinna to być Iga Świątek o wiele bardziej” – Reakcje fanów na przyznanie nagrody Arynie Sabalence za promowanie tenisa kobiecego

    “Wstyd”, “Powinna to być Iga Świątek o wiele bardziej” – Reakcje fanów na przyznanie nagrody Arynie Sabalence za promowanie tenisa kobieceg

     

    Aktualna liderka rankingu WTA, Aryna Sabalenka, została niedawno ogłoszona laureatką nagrody Jerry Diamond ACES Award 2024. Białorusinka została wyróżniona za swoje działania na rzecz promowania tenisa kobiecego, w tym udział w aktywnościach pozasportowych i charytatywnych. Jednak większość fanów tenisa nie była zachwycona przyznaniem jej tej nagrody.

     

    Nagroda ta to kolejny sukces Sabalenki, która miała fenomenalny rok na korcie. Wygrała dwa tytuły Wielkiego Szlema – na Australian Open i US Open, a także zdobyła dwa tytuły WTA 1000 w Cincinnati i Wuhan.

     

    11 grudnia 2024 roku oficjalnie ogłoszono, że Aryna Sabalenka otrzymała nagrodę Jerry Diamond ACES Award. Wkrótce po tym, wiadomość trafiła na X (dawniej Twitter), gdzie większość fanów wyraziła swoje niezadowolenie z tej decyzji.

     

    Wielu fanów wróciło do wcześniejszych wypowiedzi Sabalenki na temat jej braku zainteresowania tenisem kobiecym i zastanawiało się, jak mogła zostać uznana za odpowiednią osobę do tej nagrody. Jeden z nich skrytykował Białorusinkę za poparcie organizowania imprez tenisowych kobiet w Arabii Saudyjskiej, mimo kontrowersyjnych kwestii związanych z prawami kobiet w tym kraju.

     

    „To wstyd. Sabalenka była jednym z zwolenników tzw. ‘sportwashingu’ w Arabii Saudyjskiej. Liczne kontrowersyjne wypowiedzi, które zaszkodziły walce kobiet. Jaką instytucję aktywistyczną ona publicznie wspierała? Uciekła przed zajęciem stanowiska w sprawie wojny na Ukrainie,” napisał jeden z fanów.

     

    „Ona nawet nie ogląda tenisa kobiet… co?” skomentował inny fan. „Aryna ‘Nie oglądam tenisa kobiet’ Sabalenka? To jest zabawne,” dodał kolejny.

     

    Niektórzy fani złośliwie skomentowali również obecność Sabalenki w mediach społecznościowych, gdzie często pokazuje bardziej zabawową stronę swojej osobowości, zamiast pełnej pasji zawodniczki, którą jest na korcie. Jeden z fanów zasugerował, że to Iga Świątek powinna zostać laureatką tej nagrody.

     

    „Jestem spóźniony, ale dopiero teraz zobaczyłem i to jest śmiech na sali. Dedykacja do promowania konsumpcji alkoholu, rozbijania rodzin i stwierdzenie, że tenis kobiet jest nudny, zdobyły nagrodę WTA? Zrozumiałem,” napisał jeden z użytkowników. „Kolejny żart w świecie tenisa. Wyraźnie TikTok i tańczenie na Instagramie to teraz najważniejsze,” stwierdził inny. „Bez komentarza. Powinna to być Iga o wiele bardziej…” opisał kolejny fan.

     

    Sabalenka spotkała się z falą krytyki po tym, jak na początku tego roku stwierdziła, że bardziej interesuje ją tenis mężczyzn niż tenis kobiet. Jednak Białorusinka później broniła swojej początkowej wypowiedzi.

     

    „Nie chciałam umniejszać tenisa kobiet” – Aryna Sabalenka

     

    „Nie chciałam umniejszać tenisa kobiet, po prostu bardziej lubię oglądać mężczyzn, ponieważ poświęcam dużo czasu na analizowanie moich rywalek, więc w wolnym czasie nie chcę znów oglądać dziewczyn, z którymi mogę grać,” powiedziała Sabalenka podczas konferencji prasowej na tegorocznym turnieju w Madrycie.

     

    Sezon 2024 zakończyła w półfinale WTA Finals, gdzie została pokonana przez przyszłąmistrzynię Coco Gauff.

     

  • Tyle może zarobić Andrzej Duda w MKOl. Miękkie lądowanie

    Tyle może zarobić Andrzej Duda w MKOl. Miękkie lądowanie

    Tyle może zarobić Andrzej Duda w MKOl. Miękkie lądowanie

    Bardzo realny staje scenariusz, który jeszcze niedawno wywoływał ironiczny uśmiech na twarzy niektórych polityków. Andrzej Duda po zakończeniu prezydentury trwającej 10 lat może zostać członkiem Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. A to wiąże się z imponującymi zarobkami. Renomowani działacze zarabiają tam nawet po kilkaset tysięcy dol. rocznie. Wystarczy porównać to z zarobkami Prezydenta RP.

     

    W Polsce od nowego roku głowa państwa może liczyć na podwyżkę. Obecnie zarabia 17 tys. 536 zł brutto, a od 2025 r. będzie mógł liczyć na dokładnie 18 tys. 255,30 zł. W związku z tym wzrośnie także emerytura Andrzeja Dudy.

     

    Jak wyliczał Business Insider dożywotnia pensja wynosi 75 proc. wynagrodzenia zasadniczego urzędującej głowy państwa, co sprawia, że odchodzący niebawem prezydent otrzymywać będzie emeryturę w wysokości 13 ty. 691,47 zł brutto, czyli ponad 11 tys. zł netto.

     

    Andrzej Duda stoi przed wielką szansę. Wielki plan po prezydenturze

    Okazuje się jednak, że w porównaniu do zarobków w obecnej roli, w niedalekiej przyszłości polski prezydent będzie mógł znaleźć się w bardzo komfortowej sytuacji. Kadencja Dudy kończy się w 2025 r., a o jego stanowisko w przyszłorocznych wyborach będą zabiegać m.in. Rafał Trzaskowski, Karol Nawrocki, Szymon Hołownia, Sławomir Mentzen i niemal pewne jest, że do tej listy dołączy jeszcze ktoś z Lewicy oraz prawdopodobnie bezpartyjny kandydat

     

    Wszystko wskazuje na to, że już teraz nowe plany Dudy zaczynają się spełniać. Jak udało się ustalić Przeglądowi Sportowemu Onet, Polski Komitet Olimpijski podjął kluczową decyzję. Zarząd przyjął uchwałę rekomendującą go na członka Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Członkowie PKOl-u głosowali następująco: 26 głosów za, 4 przeciw oraz 6 osób, które wstrzymało się od głosu.

     

    Tym samym urzędujący prezydent przybliżył się do tego, by niedługo po odejściu ze stanowiska po drugiej kadencji wejść w struktury MKOl. A to oznacza zarobki, które powinny okazać się co najmniej zadowalające

     

    W 2023 r. dziennikarze śledczy z organizacji non-profit ProPublica dotarli do specjalnych dokumentów pochodzących z komitetu. Dzięki nim wiemy, że czołowi działacze MKOl mogą liczyć nawet na kilkaset tys. dol. rocznie.

     

    Za rekordzistę uznano prawnika, który inkasował 1,4 mln dol. [ponad 5,71 mln zł]. Chodzi o Belga Christophe’a De Keppera. Nie da się wykluczyć, że w latach nieolimpijskich działacze mogą mieć problem z uzyskaniem tak pokaźnych przychodów, ale w porównaniu do tego, co zarabia Prezydent RP, kwoty wciąż robią ogromne wrażenie.

     

    Wiadomo też, że MKOl to instytucja o wielkich możliwościach finansowych. 4,16 mld dol. — to przychody organizacji z 2021 r., a zysk — 843,8 mln dol. [ponad 3,4 mld zł]. Na to składa się w dużej mierze pieniądze pochodzące z praw telewizyjnych za pokazywanie igrzysk olimpijskich. Nie ma żadnych przesłanek, by miało zmienić się to w najbliższych latach, co daje Dudzie gwarancję stabilnych zarobków i stanowiska dającego także prestiż w świecie, w którym sport przenika się z polityką.

     

    Andrzej Duda mówił o swojej przyszłości. “Nie jestem politykiem od zawsze”

    Jeszcze niedawno doniesienia o planach jednego z najważniejszych polityków w naszym kraju były komentowano w ironiczny sposób przez część sceny politycznej. — Od wielu lat jest bardzo istotny zwrot, gdy chodzi o skład Komitetu Olimpijskiego, bo poszukuje się tam głównie byłych sportowców, trenerów, olimpijczyków. […] No, ale rozumiem, że Andrzej Duda rozgląda się za czymś, co będzie robił po prezydenturze. Radzę jednak, żeby rozglądać się za czymś realnym — mówił w rozmowie z Magdaleną Rigamonti Aleksander Kwaśniewski.

     

    Sam prezydent zabrał głos na temat swojej przyszłości w tegorocznej rozmowie z “Faktem”. — Ja jestem jeszcze człowiekiem względnie jak na politykę młodym. W tym roku będę miał 52 lata. W przyszłym roku, jak będę kończył swoje urzędowanie, 53 lata. Dużo rzeczy można jeszcze potem robić. Proszę też pamiętać o tym, że to nie jest tak, że ja jestem politykiem od zawsze. Nie, przecież ja byłem kiedyś nauczycielem akademickim, pracowałem na uniwersytecie, realizowałem także praktyczną działalność prawniczą. Do polityki przyszedłem jako człowiek dojrzały. Miałem wtedy 34 lata. Miałem już wcześniej lata pracy za sobą, które z polityką nie miały nic wspólnego. Więc umiem pracować. Mam dwie ręce, mogę pracować fizycznie, jak będzie trzeba, nie ma dla mnie problemu

  • Krzysztof Chmielewski ma medal mistrzostw świata! Pobił rekord legendy

    Krzysztof Chmielewski ma medal mistrzostw świata! Pobił rekord legendy

    Krzysztof Chmielewski ma medal mistrzostw świata! Pobił rekord legendy

    Co za występ Krzysztofa Chmielewskiego w finale mistrzostw świata! Reprezentant Polski w wielkim stylu sięgnął po brąz na 200 m delfinem z czasem 1:49.26, który od dziś jest też nowym rekordem kraju. Poprzedni od 2009 r. należał do Pawła Korzeniowskiego, a więc jednej z największych legend w historii polskiego pływania. To jednak nie koniec ważnych dla nas wieści z Dunaj Areny.

    https://x.com/SwimNerds/status/1867259828542058958

    Ależ to był wyścig! Chmielewski już w eliminacjach pokazał, że jest świetnie przygotowany do walki o najwyższe cele, bo już rano otarł się o wspomniany wcześniej historyczny rezultat “Korzenia” (uzyskał 1:50.39, a rekord wynosił 1:50.13). Po południu już nie miał najmniejszych problemów z wymazaniem osiągnięcia jednej z najwybitniejszych postaci w dziejach naszego pływania.

     

    Dla Polaka to jeden z największych sukcesów w całej karierze, ale nie największy. 20-latek już wcześniej znał smak medalu MŚ, bo w 2023 r. zdobył srebro, również na 200 m delfinem, podczas imprezy rozgrywanej na długim basenie w Fukuoce. A w tym roku został też wicemistrzem Europy w Belgradzie.

     

    Rekord Polski Kacpra Stokowskiego!

    Ale to nie był jedyny rekord Polski, jaki w czwartek oglądaliśmy w Dunaj Arenie. Chwilę wcześniej kolejny popis w Budapeszcie dał Kacper Stokowski. W półfinale na 50 m grzbietem poprawił własne osiągnięcie sprzed dwóch lat i z czasem 22.73 wszedł z 3. miejsca do piątkowego decydującego starcia. Lokata na tym etapie nie ma jednak najmniejszego znaczenia, bo dość powiedzieć, że czołową piątkę najszybszych sprinterów dzielą zaledwie… 0.04 s! Stokowski śmiało więc może myśleć nawet o zgarnięciu tytułu mistrza świata.

     

    A w Budapeszcie jest przecież w fenomenalnej dyspozycji. W sztafecie 4×100 m kraulem wraz z kolegami zgarnął już brąz, a później sam indywidualnie dołożył krążek tego samego koloru na setkę grzbietem. Finał 50 m w piątek ogodz. 18.12.