• To ona skradła serce Piotra Żyły. Marcelina Ziętek jest sporo młodsza od ukochanego

    To ona skradła serce Piotra Żyły. Marcelina Ziętek jest sporo młodsza od ukochanego

    To ona skradła serce Piotra Żyły. Marcelina Ziętek jest sporo młodsza od ukochanego

    Piotr Żyła i Marcelina Ziętek od kilku już lat tworzą jedną z najbardziej rozpoznawalnych par w społeczności skoków narciarskich. Internauci chętnie śledzą w sieci poczynania młodej aktorki i doświadczonego sportowca, którzy mimo ogromnej różnicy wieku na każdym kroku pokazują światu, jak silne uczucie ich łączy.

    Piotr Żyła od wielu już lata pozostaje liderem polskiej kadry skoczków narciarskich. 37-latek swoją popularność zyskał jednak nie tylko ze względu na swoje sportowe osiągnięcia, ale również na dość oryginalne podejście do życia i rywalizacji. Słynny “Wiewiór” swoim poczuciem humoru zaraża bowiem zarówno kolegów z drużyny narodowej, jak i rywali, o czym swego czasu opowiadał m.in. Gregor Deschwanden.

    Na brak Żyła zainteresowania nie może narzekać także w życiu prywatnym. Pochodzący z Cieszyna gwiazdor w 2018 roku zakończył wieloletni związek małżeński z Justyną Lazar, kuzynką Adama Małysza. Jeszcze przed rozwodem w mediach pojawiły się pogłoski, że w życiu skoczka narciarskiego pojawiła się nowa kobieta. Z początku swój nowy związek reprezentant Polski trzymał w tajemnicy, internautom jednak szybko udało się ustalić tożsamość jego nowej partnerki. Ostatecznie 37-latek postanowił “puścić parę z ust” i opublikował w końcu zdjęcie ze swoją ukochaną w mediach społecznościowych. Wówczas stało się jasne, że jego serce skradła aktorka, Marcelina Ziętek.

     

    Piotr Żyła i Marcelina Ziętek od lat tworzą jedną z najpiękniejszych par w skokach narciarskichInternauci z początku ciekawi czyli związek aktorki i skoczka narciarskiego przetrwa próbę czasu. Dzieli ich bowiem ogromna różnica wieku, która dla wieku par może okazać się nie lada wyzwaniem. Wynosi ona aż 11 lat. W styczniu tego roku podopieczny Thomasa Thurnbichlera skończył 37 lat, jego ukochana natomiast w sierpniu celebrowała 26. urodziny.

     

    Marcelina Ziętek i Piotr Żyła udowodnili jednak, że różnica wieku to dla nich żadna przeszkoda. Zakochani są razem już od ładnych paru lat, jednak na ten moment nie myślą o formalizacji swojego związku. “W sumie nie myśleliśmy o tym. Dobrze nam się żyje tak, jak jest. Fajnie się dogadujemy, żyjemy sobie razem już dosyć sporo. Nie widzę takiej potrzeby, żeby finalizować związek. Jeżeli faktycznie coś takiego miałoby być, to raczej skromnie i na własnych zasadach” – przyznał Żyła w rozmowie z Damianem Michałowskim kilka miesięcy temu.

     

  • Tragiczna wiadomość nadeszła w wigilię. Nie żyje Pascal Herve

    Tragiczna wiadomość nadeszła w wigilię. Nie żyje Pascal Herve

    Tragiczna wiadomość nadeszła w wigilię. Nie żyje Pascal Herv

     

    W wieku 60 lat zmarł kolarz Pascal Herve. Ta przykra wiadomość dotarła do nas w nocy z Wigilii na pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia. Informację tę przekazał Związek Francuskich Kolarzy UNCP w mediach społecznościowych. W czasie swojej kariery Francuz zasłynął z udziału w głośnej aferze dopingowej.

     

    “Wielka rowerowa rodzina pogrążona jest w żałobie. Z głębokim smutkiem przyjęliśmy wiadomość o śmierci Pascala Herve. Pascal był emblematyczną postacią i istotnym głosem naszego sportu. Nasze myśli są z jego rodziną. Szczere kondolencje dla jego bliskich” — czytamy

     

    Nie żyje Pascal Herve

    Pascal Herve był jednym z kolarzy związanych z głośnym skandalem dopingowym w 1998 r. W samochodzie pomocniczym drużyny Festin znaleziono środki dopingujące. Śledztwo, które zostało w tej sprawie przeprowadzone, wykazało, że zawodnicy regularnie przyjmowali takie substancje.

     

    Pascal Herve w 2000 r. jako ostatni z zespołu Festin przyznał się do stosowania dopingu.

     

    Nie obwiniam nikogo. Gdybym miał kogokolwiek winić, to właśnie siebie. Ale tak nie jest, ponieważ nie miałem wyboru. System był taki, a my się w to wkręciliśmy… — przyznał 15 lat później w rozmowie z “Ouest-France”.

     

    Gdy odbył swoją karę, to zakończył swoją karierę po pozytywnym teście antydopingowym w czasie Giro d’Italia w 2001 r. Miał wtedy 37 lat. W tym roku Herve wyjawił, że przeszedł operację usunięcia żołądka z uwagi na chorobęnowotworową.

     

  • 6:0! Iga Świątek wygrała w finale. A potem przykry zwrot i łzy. Dramat

    6:0! Iga Świątek wygrała w finale. A potem przykry zwrot i łzy. Dramat

    6:0! Iga Świątek wygrała w finale. A potem przykry zwrot i łzy. Drama

     

    Gdy Iga Świątek wygrała z Angelique Kerber drugiego seta wynikiem 6:0, wydawało się, że polskiej kadrze brakuje bardzo niewiele do historycznego sukcesu. Nasza reprezentacja była o krok od zwycięstwa w rywalizacji United Cup. Potrzebowaliśmy jednej wygranej w dwóch pozostałych spotkaniach, lecz na koniec naszej liderce przypadła wyłącznie nagroda pocieszenia. Wielkimi krokami zbliża się okazja do rewanżu.

     

    Iga Świątek przebrnęła przez United Cup w najlepszy możliwy sposób. Straciła jednego seta w pięciu meczach, ostatecznie wygrywając wszystkie pięć singlowych starć. W przypadku zwykłego turnieju rangi 500 oznaczałoby to zwycięstwo w wielkim finale. W rozgrywkach drużynowych wygranie wszystkich swoich spotkań nie musi jednak oznaczać finałowego sukcesu. Tym razem Świątek boleśnie się o tym przekonała.

     

    I choć zwyciężyła wszystkie pięć swoich spotkań, sięgając po punktową równowartość premii za wygrany turniej WTA rangi 500, po zwycięstwie 6:3, 6:0 nad Angelique Kerber Polska potrzebowała wygranej Huberta Hurkacza lub polskiego miksta. Brakowało tak niewiele, by nawiązać do historycznego sukcesu Jerzego Janowicza i Agnieszki Radwańskiej z Pucharu Hopmana z 2015 r.

     

    Polska miała historyczną szansę. Na koniec łzy Igi Świątek

     

    A zatem Świątek wygrała wszystkie pięć spotkań i udowodniła swoją dominację, do pełnego świętowania pozostało jej… czekanie. Wszystko mogło rozstrzygnąć się już po meczu Huberta Hurkacza z Alexandrem Zverevem. Co ważne, to Niemiec był nieznacznym faworytem, więc nic nie było jeszcze rozstrzygnięte.

     

    I choć potrzebne były trzy sety, to właśnie Zverev okazał się lepszy. O wszystkim decydować musiał zatem mikst, w którym Świątek i Hurkacz wrócili na kort. Ich rywalami byli wracający Zverev oraz Laura Siegemund, która uchodziła i wciąż uchodzi za znakomitą deblistkę. To właśnie gra mieszana decydowała o losach zwycięstwa w całym turnieju.

     

    Ówczesna liderka świetnie radziła sobie z piekielnie mocnymi zagraniami Zvereva, potrafiąc nawet wygrać pojedyncze bezpośrednie wymiany bez udziału Hurkacza. Polski duet wygrał pierwszego seta 6:4, ale w drugim to Niemcy byli lepsi. Decydował więc dopiero super tie-break, w którym Siegemund dopięli swego, ostatecznie triumfując 4:6, 7:5, 10-4. To Niemcy sięgnęli po turniejowe mistrzostwo.

     

    Zobacz skrót finałowego meczu miksta o tytuł w United Cup:

     

    Iga Świątek po zakończeniu zmagań nie kryła łez, choć sama nie miała prawa mieć do siebie pretensji. Nie zawiodła choćby przez moment, wygrywając wszystkie pięć swoich meczów singlowych i zdobywając 500 pkt do rankingu. Na osłodę pozostała jej nagroda dla MVP, czyli najbardziej wartościowej tenisistki turnieju. W tym roku przyjdzie jej zresztą bronić tego dorobku i uda się jej tylko wtedy, jeśli powtórzy ten wyczyn, a Polska znów dotrze do finału.

     

    Szansa przytrafi się już bardzo niedługo. Biało-Czerwoni wystartują w United Cup jeszcze w tym roku, choć rywalizacja zalicza się już do nowego sezonu. 30 grudnia obejrzymy mecz z Norwegią, a 1 stycznia Polacy zagrają z Czechami.

  • Sukces “nowego Małysza” przyszedł za szybko. “Zostawili mnie samemu sobie”

    Sukces “nowego Małysza” przyszedł za szybko. “Zostawili mnie samemu sobie”

    Sukces “nowego Małysza” przyszedł za szybko. “Zostawili mnie samemu sobie

     

    Mateusz Rutkowski miał u stóp cały świat. Kibice uwielbiali go i pisali o nim piosenki, a on miał być złotym dzieckiem polskich skoków narciarskich. W drodze na szczyt się jednak pogubił. I nigdy nie zdołał wykorzystać niesamowitego potencjału. Jak sam przyznał po latach, niektórzy znajomi “zostawili go samemu sobie”.

     

    Mateusz Rutkowski miał zostać następcą Adama Małysza. Gdy w 2004 r. został mistrzem świata juniorów i znokautował konkurencję z Thomasem Morgensternem na czele, wydawało się, że nikt i nic nie jest w stanie powstrzymać go przed niesamowitą karierą. Okazało się jednak, że sława, pieniądze i wielka presja to było dla 17-latka zbyt wiele.

     

    “Przykłady z Zakopanego czy z Wisły, Śląska, można by mnożyć. Obserwowałem z bliska wielu zdolnych chłopaków, którzy przez alkohol czy inne używki najpierw przerywali karierę, a później staczali się na dno. Dużym problemem, nawet nie tylko w skokach, ale ogólnie w sporcie, jest zaniedbanie edukacji młodych ludzi. Widziałem skoczków, którzy byli przekonani, że będą sławni, znajdą się na szczycie. A skoro pojawią się na pewno pieniądze, to po co w ogóle kończyć szkołę? I po co iść na studia?” — analizował w rozmowie z “Przeglądem Sportowym” Rafał Kot, były fizjoterapeuta kadry skoczków. Jednym z takich przykładów po latach niestety został Rutkowski

     

    Skoczył jak Adam Małysz. Dalej było tylko gorzej

    — Skoczyłem jak mój idol Adam Małysz — powiedział tuż po zostaniu mistrzem świata juniorów Mateusz Rutkowski. Nic dziwnego, że szybko ogłoszono go następcą polskiego mistrza.

     

    To nie był zresztą jednorazowy wyczyn Rutkowskiego. W mistrzostwach świata juniorów zdobył także srebrny medal w rywalizacji drużynowej, skacząc razem z Kamilem Stochem, Dawidem Kowalem i Stefanem Hulą. W tym samym roku został także trzecim Polakiem, który oddał skok na odległość co najmniej 200 m (201,5 m w Planicy).

     

    “Chłopok ze Skrzypnego, coby nie doł rady, hej! Wartko nom przywiezie medol z olimpiady” — śpiewały dzieci ze szkoły podstawowej w Skrzypnem na akademii, na której dziękowano Rutkowskiemu za wspaniały sukces, a Heinz Kuttin stwierdzał, że Rutkowski zawdzięcza wysoką formę i sukcesy swojej ciężkiej pracy. Niewiele później musiał tłumaczyć, skąd biorą się jego problemy.

     

    Przy młodym skoczku szybko pojawiły się wielkie pieniądze, a to miało sprawić, że “zaszumiało mu w głowie”. Zarzucano mu także, że nadużywa alkoholu. A gdy w maju 2005 r. stracił prawo jazdy za prowadzenie samochodu pod wpływem alkoholu, został dyscyplinarnie wyrzucony z kadry, choć on sam utrzymuje, że nigdy nie dostał żadnego pisma w tej sprawie.

     

    — Zrozumcie Mateusza, to wszystko spadło na niego tak niespodziewanie. Od cichego skakania do zainteresowania niemal równego popularności Małysza. Już nie jest jakimś tam skoczkiem anonimowym. Jest kimś znanym. A do tego Mateusz to taka zadziorna, góralska dusza — bronił go Kuttin, a on przyznawał, że popełnił wiele błędów. Dodawał jednak, że nie wszystko, co się wydarzyło, było jego winą.

     

    Olali mnie”. Mateusz Rutkowski nie poradził sobie z wielkim sukcesem

    — Ludzie, którzy mnie otaczali, nie bardzo kwapili się do tego, by pomóc mi wyjść z trudnej sytuacji. Zostawili mnie samemu sobie, na lodzie. Olali mnie. Z każdej strony spadała na mnie tylko krytyka. Swoje zrobili też dziennikarze — żalił się Rutkowski, gdy opowiadał o powodach zaprzepaszczonej szansy na wielką karierę. A pytany o problemy z alkoholem nie ukrywał, że zdarzyło mu się skakać na kacu.

     

    — Nie mówię, że nie zdarzyło mi się pić, ale to nie było tak, że piłem cały czas. Po prostu zobaczyli mnie raz, drugi jak piję piwo w jakiejś knajpie w Zakopanem i od razu zrobił się rozgłos. Cały Puchar Świata pił, wszyscy zawodnicy. I nie mówię tylko o Polakach — tłumaczył po latach Rutkowski w rozmowie z Eurosportem. Błyskawiczny rozgłos, duże pieniądze, problemy z dyscypliną i utrzymaniem wagi sprawiły, że młody polski talent nigdy nie wrócił do formy z 2004 r. Kariera, która zaczęła się w genialny sposób i miała długo zachwycać kibiców, trwała tylko trzy lata.

     

    Po latach Adam Małysz przyznawał wprost, że Mateusz Rutkowski sam zmarnował swój wielki talent. Jego zdaniem nie było tak, że wszyscy kładli mu kłody pod nogi. Młody zawodnik miał mieć wszystko, co najlepsze w tamtym momencie, ale nie skorzystał z szansy.

     

     

    W ostatnim czasie Mateusz Rutkowski pracował jako kamieniarz i był członkiem zarządu klubu Rutkow-ski, który prowadzi jego brat Łukasz. 7 stycznia 2024 r. Polski Związek Narciarski przekazał smutną informację, że były skoczek zmarł w wieku zaledwie 37 lat.

  • 6:0! Iga Świątek wygrała w finale. A potem przykry zwrot i łzy. Dramat

    6:0! Iga Świątek wygrała w finale. A potem przykry zwrot i łzy. Dramat

    6:0! Iga Świątek wygrała w finale. A potem przykry zwrot i łzy. Dramat

    Gdy Iga Świątek wygrała z Angelique Kerber drugiego seta wynikiem 6:0, wydawało się, że polskiej kadrze brakuje bardzo niewiele do historycznego sukcesu. Nasza reprezentacja była o krok od zwycięstwa w rywalizacji United Cup. Potrzebowaliśmy jednej wygranej w dwóch pozostałych spotkaniach, lecz na koniec naszej liderce przypadła wyłącznie nagroda pocieszenia. Wielkimi krokami zbliża się okazja do rewanżu.

     

    Iga Świątek przebrnęła przez United Cup w najlepszy możliwy sposób. Straciła jednego seta w pięciu meczach, ostatecznie wygrywając wszystkie pięć singlowych starć. W przypadku zwykłego turnieju rangi 500 oznaczałoby to zwycięstwo w wielkim finale. W rozgrywkach drużynowych wygranie wszystkich swoich spotkań nie musi jednak oznaczać finałowego sukcesu. Tym razem Świątek boleśnie się o tym przekonała.

     

    I choć zwyciężyła wszystkie pięć swoich spotkań, sięgając po punktową równowartość premii za wygrany turniej WTA rangi 500, po zwycięstwie 6:3, 6:0 nad Angelique Kerber Polska potrzebowała wygranej Huberta Hurkacza lub polskiego miksta. Brakowało tak niewiele, by nawiązać do historycznego sukcesu Jerzego Janowicza i Agnieszki Radwańskiej z Pucharu Hopmana z 2015 r.

     

    Polska miała historyczną szansę. Na koniec łzy Igi Świątek

     

    A zatem Świątek wygrała wszystkie pięć spotkań i udowodniła swoją dominację, do pełnego świętowania pozostało jej… czekanie. Wszystko mogło rozstrzygnąć się już po meczu Huberta Hurkacza z Alexandrem Zverevem. Co ważne, to Niemiec był nieznacznym faworytem, więc nic nie było jeszcze rozstrzygnięte.

     

    I choć potrzebne były trzy sety, to właśnie Zverev okazał się lepszy. O wszystkim decydować musiał zatem mikst, w którym Świątek i Hurkacz wrócili na kort. Ich rywalami byli wracający Zverev oraz Laura Siegemund, która uchodziła i wciąż uchodzi za znakomitą deblistkę. To właśnie gra mieszana decydowała o losach zwycięstwa w całym turnieju.

     

    Ówczesna liderka świetnie radziła sobie z piekielnie mocnymi zagraniami Zvereva, potrafiąc nawet wygrać pojedyncze bezpośrednie wymiany bez udziału Hurkacza. Polski duet wygrał pierwszego seta 6:4, ale w drugim to Niemcy byli lepsi. Decydował więc dopiero super tie-break, w którym Siegemund dopięli swego, ostatecznie triumfując 4:6, 7:5, 10-4. To Niemcy sięgnęli po turniejowe mistrzostwo.

     

    Zobacz skrót finałowego meczu miksta o tytuł w United Cup:

     

    Iga Świątek po zakończeniu zmagań nie kryła łez, choć sama nie miała prawa mieć do siebie pretensji. Nie zawiodła choćby przez moment, wygrywając wszystkie pięć swoich meczów singlowych i zdobywając 500 pkt do rankingu. Na osłodę pozostała jej nagroda dla MVP, czyli najbardziej wartościowej tenisistki turnieju. W tym roku przyjdzie jej zresztą bronić tego dorobku i uda się jej tylko wtedy, jeśli powtórzy ten wyczyn, a Polska znów dotrze do finału.

     

    Szansa przytrafi się już bardzo niedługo. Biało-Czerwoni wystartują w United Cup jeszcze w tym roku, choć rywalizacja zalicza się już do nowego sezonu. 30 grudnia obejrzymy mecz z Norwegią, a 1 stycznia Polacy zagrają z Czechami.

     

  • Niemal milion wpisowego dla Igi Świątek. Wyciekły stawki United Cup, jest podwyżka

    Niemal milion wpisowego dla Igi Świątek. Wyciekły stawki United Cup, jest podwyżka

    Niemal milion wpisowego dla Igi Świątek. Wyciekły stawki United Cup, jest podwyżka

    Format United Cup jest dla tenisowych kibiców niezwykle atrakcyjny, bo łączy zmagania pań i panów. A dla zawodniczek i zawodników ma dodatkowy atut – wysokie nagrody, już za samo zgłoszenie się do rywalizacji. W tym roku stawki poszły jeszcze w górę – Iga Świątek ma zagwarantowane 230 tys. dolarów wpisowego, czyli niespełna milion złotych. A ponad dwa razy tyle może jeszcze podnieść z kortu. Maja Chwalińska za samo zgłoszenie się dostanie więcej niż za… singlowy tytuł WTA 125 we Florianopolis kilkanaście dni temu.

     

    Choć do rozpoczęcia United Cup, pierwszego turnieju punktowanego dla światowej czołówki w ramach WTA i ATP, zostały ledwie godziny, organizatorzy wciąż na swojej stronie nie opublikowali informacji o nagrodach finansowych dla jego uczestników. A te są wysokie – zdecydowanie przewyższają stawki w zawodach rangi 500, przynajmniej dla kobiet. Rok temu budżet imprezy wynosił 10 milionów dolarów amerykańskich – po połowie dla pań i panów. Teraz będzie wyższy – dzięki informacjom ATP wiadomo już, że stawka wzrośnie do co najmniej 11,17 miliona dolarów.

     

    Ogromne pieniądze dla wielkich gwiazd tenisa. Setki tysięcy dolarów za samą grę, bez względu na wynikiTo, co najważniejsze, a zarazem i pozwala ściągnąć organizatorom wielkie gwiazdy, to tzw. wpisowe – za sam udział w imprezie. Dotyczy głównie najlepszych rakiet w danym kraju, ale też i one muszą być odpowiednio wysoko notowane. A ściślej mówiąc – w pierwszej dziesiątce. Później jedynym warunkiem otrzymania czeku jest dla nich sam udział w dwóch spotkaniach fazy grupowej.

     

    Rok temu Iga Świątek skasowała 200 tys. dolarów amerykańskich za sam udział, bo w momencie zgłoszeń była liderką rankingu WTA. Teraz jest… podobnie, bo obowiązuje ranking WTA z 14 października, czyli ostatni, w którym Polka wyprzedzała Arynę Sabalenkę. Każda rakieta numer 1, kobieca lub męska, notowana w TOP 10 rankingu ATP lub WTA ma zagwarantowane minimum 230 tys. dolarów, czyli o 15 procent więcej niż rok temu. To zaś oznacza, że 23-letnia tenisistka z Raszyna dostanie niemal 950 tys. złotych za samo wystąpienie w fazie grupowej. Kolejne pieniądze może zarobić za wygrane mecz: w singlu, mikście oraz za sukcesy drużyny.

     

    Tenisiści i tenisistki z TOP 10, którzy dostaną po 230 tys. dolarów: Taylor Fritz (ATP 6), Coco Gauff (WTA 3), Iga Świątek (WTA 1), Jasmine Paolini (WTA 6), Karolina Muchova (WTA 9, chroniony ranking), Jelena Rybakina (WTA 5), Alexander Zverev (ATP 3), Alx De Minaur (ATP 9), Beatriz Haddad Maia (WTA 10), Casper Ruud (ATP 8). 210 tys. dolarów otrzyma Danielle Collins, amerykańska rezerwowa (WTA 9)

     

    Tu stawki też są znane: po 42,8 tys. dolarów za indywidualna zwycięskie starcia w fazie grupowej, czyli z Malene Helgo oraz Karoliną Muchovą. A później 77,6 tys. za wygraną w singlu w ćwierćfinale, 147,5 tys. dolarów za sukces w półfinale, wreszcie – 280 tys. dolarów za zwycięstwo w finale. Rok temu Świątek zarobiła w United Cup niemal 800 tys. dolarów, najwięcej spośród wszystkich uczestników. Teraz może dostać jeszcze więcej, ale warunkiem jest nie tylko jej dobra gra, ale też np. Huberta Hurkacza.

     

    United Cup. Maja Chwalińska zarobi więcej za bycie rezerwową niż za wygrany turniej WTA 125Wrocławianin zgłosił się do gry w tym turnieju będąc 12. zawodnikiem listy ATP – dostanie za to 115 tys. dolarów. Singlowe rakiety numer dwa, czyli Kamil Majchrzak i Maja Chwalińska, mogą liczyć na czeki w wysokości 15,750 tys. dolarów – są bowiem graczami z drugiej setki. Dla zawodniczki BKT Advantage Bielsko-Biała to też olbrzymi zastrzyki finansowy. Dość powiedzieć, że za wygranie turnieju WTA 125 we Florianopolis na początku grudnia zarobiła “zaledwie” 15 tys. dolarów. 2,5 tys. dorzuciła wtedy za triumf w deblu.

     

    Na wpisowe mogą też liczyć debliści: Polska zgłosiła Jana Zielińskiego i Alicję Rosolską. Także i za zwycięstwa mikstów w poszczególnych spotkaniach są nagrody: od 8 tys. za mecz fazy grupowej na parę, do 52,8 tys. dolarów za triumf w finale. Kolejne stawki są za zwycięstwa reprezentacji w poszczególnych spotkaniach – dzielone po równo na wszystkich kadrowiczów. Tu najmniejsza kwota to 5600 dolarów za mecz grupowy, najwyższa zaś to 25850 dolarów za triumf w finale. 

     

  • Sensacyjna porażka Igi Świątek. Wspomina: to było największe rozczarowanie

    Sensacyjna porażka Igi Świątek. Wspomina: to było największe rozczarowanie

    Sensacyjna porażka Igi Świątek. Wspomina: to było największe rozczarowanie

     

    Tuż po kapitalnym rozpoczęciu sezonu nadeszło potężne rozczarowanie, które zaniepokoiło kibiców Igi Świątek. Polka odpadła z Australian Open na początku 2024 r. już w trzeciej rundzie po sensacyjnej porażce z Lindą Noskovą. Po czasie, w serialu Canal+ “Cztery pory Igi” sama wiceliderka rankingu wspomina, że tamten turniej był dla niej prawdopodobnie największym rozczarowaniem całego sezonu, biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności. A tuż po nim nastąpił wyczekiwany sukces.

     

    Australian Open 2024 nie mogło nadejść w lepszym momencie dla Igi Świątek. Polka była w kapitalnej formie. Podczas United Cup 2024 wygrała wszystkie pięć spotkań singlowych, potwierdzając znakomitą dyspozycję. Za nią została zresztą nagrodzona tytułem MVP całego turnieju. Ówczesna pierwsza rakieta świata liczyła na to, że odbierze tytuł Arynie Sabalence, swojej najgroźniejszej rywalce.

     

    Już w pierwszym spotkaniu pojawiły się niespodziewane kłopoty, gdy Sofia Kenin długo potrafiła zagrażać Polce w pierwszym secie. Ostatecznie jednak Świątek wygrała obie partie i mogła przygotowywać się do meczu z Danielle Collins. To spotkanie dziś możemy określić jednym z najlepszych meczów całego sezonu.

     

    Było 1:4. I wtedy Iga Świątek dokonała niemożliwego

     

    Gdy Iga Świątek wygrała pierwszego seta 6:4, Danielle Collins nie zamierzała się poddawać. To ona wygrała drugą partię rezultatem 6:3, a w trzeciej prowadziła już 4:1. Wydawało się, że Amerykanka sprawi wielką sensację i wyrzuci z turnieju główną faworytkę. I wtedy… Iga Świątek dokonała niemożliwego.

     

    Od stanu 1:4 popisała się fenomenalną serią, wygrywając pięć gemów z rzędu i w wielkim stylu ratując swój los w turnieju. Collins zupełnie się posypała, a po meczu ogłosiła, że ten rok jest jej ostatnim w cyklu WTA (ostatecznie odłożyła plany o rodzicielstwie na później). “It’s not over until it’s over” — pisała Świątek na Twitterze/X po meczu (dopóki coś się nie skończyło, wszystko może się wydarzyć — tłum. PSOnet).

     

    Wydawało się, że po takim thrillerze nic nie jest w stanie złamać Polki. I nagle nadeszło potężne rozczarowanie, którego nie spodziewał się nikt. Pierwsza rakieta świata niespodziewanie uległa Czeszce Lindzie Noskovej już w trzeciej rundzie turnieju. I choć znów decydował trzeci set, tym razem to młodsza z zawodniczek była lepsza.

     

    “Najbardziej rozczarowujący turniej”

    — W Australii to był chyba najbardziej rozczarowujący dla mnie turniej tego roku. (…) Podobna sytuacja jak z Qinwen, na papierze nie powinnam przegrywać, ale tamtego dnia mój forhend nie funkcjonował zbyt dobrze. Ona to wykorzystała. Większość Czeszek gra mądrze w tenisa, ona potrafi czytać grę i po prostu wygrała. Spodziewałam się, że w Australian Open zagram lepiej. W Melbourne czułam, że technika mi się sypie, bo zbliżał się wielki szlem i czułam napięcie. Nie starczyło tego dobrego tenisa, by iść dalej — wspomina Świątek w serialu “Cztery pory Igi”.

     

    Ten wynik trudno było przewidzieć. Sensacyjną porażkę tłumaczył trener Tomasz Wiktorowski, ujawniając kulisy dotyczące tego, jak czuła się jego podopieczna.

     

    — Postrzegamy Igę jako tenisistkę, która powinno wygrywać wszystko i wszystko. Ale niektórych sytuacji nie tyle jeszcze będzie się uczyła, ile bardziej oswajała z nimi. (…) Pamiętajmy, że poleciała tam w nowej roli liderki rankingu w kolejnym sezonie. To był trudny moment i wynik poniżej oczekiwań — powiedział w serialu Canal+ ówczesny szkoleniowiec Polki.

     

    W tym roku Iga Świątek stanie przed szansą na przebicie swojego najlepszego występu w Australii, jakim był półfinał z 2022 r. Po trzech latach znów będzie faworytką do tego, by awansować do finału. Największe szanse zdaniem ekspertów ma jednak Aryna Sabalenka, która wygrywała dwie ostatnie edycje turnieju.

  • Sensacyjna porażka Igi Świątek. Wspomina: to było największe rozczarowanie

    Sensacyjna porażka Igi Świątek. Wspomina: to było największe rozczarowanie

    Sensacyjna porażka Igi Świątek. Wspomina: to było największe rozczarowani

     

    Tuż po kapitalnym rozpoczęciu sezonu nadeszło potężne rozczarowanie, które zaniepokoiło kibiców Igi Świątek. Polka odpadła z Australian Open na początku 2024 r. już w trzeciej rundzie po sensacyjnej porażce z Lindą Noskovą. Po czasie, w serialu Canal+ “Cztery pory Igi” sama wiceliderka rankingu wspomina, że tamten turniej był dla niej prawdopodobnie największym rozczarowaniem całego sezonu, biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności. A tuż po nim nastąpił wyczekiwany sukces

     

    Australian Open 2024 nie mogło nadejść w lepszym momencie dla Igi Świątek. Polka była w kapitalnej formie. Podczas United Cup 2024 wygrała wszystkie pięć spotkań singlowych, potwierdzając znakomitą dyspozycję. Za nią została zresztą nagrodzona tytułem MVP całego turnieju. Ówczesna pierwsza rakieta świata liczyła na to, że odbierze tytuł Arynie Sabalence, swojej najgroźniejszej rywalce.

     

    Już w pierwszym spotkaniu pojawiły się niespodziewane kłopoty, gdy Sofia Kenin długo potrafiła zagrażać Polce w pierwszym secie. Ostatecznie jednak Świątek wygrała obie partie i mogła przygotowywać się do meczu z Danielle Collins. To spotkanie dziś możemy określić jednym z najlepszych meczów całego sezonu.

     

    Było 1:4. I wtedy Iga Świątek dokonała niemożliwego

     

    Gdy Iga Świątek wygrała pierwszego seta 6:4, Danielle Collins nie zamierzała się poddawać. To ona wygrała drugą partię rezultatem 6:3, a w trzeciej prowadziła już 4:1. Wydawało się, że Amerykanka sprawi wielką sensację i wyrzuci z turnieju główną faworytkę. I wtedy… Iga Świątek dokonała niemożliwego.

     

    Od stanu 1:4 popisała się fenomenalną serią, wygrywając pięć gemów z rzędu i w wielkim stylu ratując swój los w turnieju. Collins zupełnie się posypała, a po meczu ogłosiła, że ten rok jest jej ostatnim w cyklu WTA (ostatecznie odłożyła plany o rodzicielstwie na później). “It’s not over until it’s over” — pisała Świątek na Twitterze/X po meczu (dopóki coś się nie skończyło, wszystko może się wydarzyć — tłum. PSOnet).

     

    Wydawało się, że po takim thrillerze nic nie jest w stanie złamać Polki. I nagle nadeszło potężne rozczarowanie, którego nie spodziewał się nikt. Pierwsza rakieta świata niespodziewanie uległa Czeszce Lindzie Noskovej już w trzeciej rundzie turnieju. I choć znów decydował trzeci set, tym razem to młodsza z zawodniczek była lepsza.

     

    “Najbardziej rozczarowujący turniej”

    — W Australii to był chyba najbardziej rozczarowujący dla mnie turniej tego roku. (…) Podobna sytuacja jak z Qinwen, na papierze nie powinnam przegrywać, ale tamtego dnia mój forhend nie funkcjonował zbyt dobrze. Ona to wykorzystała. Większość Czeszek gra mądrze w tenisa, ona potrafi czytać grę i po prostu wygrała. Spodziewałam się, że w Australian Open zagram lepiej. W Melbourne czułam, że technika mi się sypie, bo zbliżał się wielki szlem i czułam napięcie. Nie starczyło tego dobrego tenisa, by iść dalej — wspomina Świątek w serialu “Cztery pory Igi”.

     

    Ten wynik trudno było przewidzieć. Sensacyjną porażkę tłumaczył trener Tomasz Wiktorowski, ujawniając kulisy dotyczące tego, jak czuła się jego podopieczna.

     

    — Postrzegamy Igę jako tenisistkę, która powinno wygrywać wszystko i wszystko. Ale niektórych sytuacji nie tyle jeszcze będzie się uczyła, ile bardziej oswajała z nimi. (…) Pamiętajmy, że poleciała tam w nowej roli liderki rankingu w kolejnym sezonie. To był trudny moment i wynik poniżej oczekiwań — powiedział w serialu Canal+ ówczesny szkoleniowiec Polki.

     

    W tym roku Iga Świątek stanie przed szansą na przebicie swojego najlepszego występu w Australii, jakim był półfinał z 2022 r. Po trzech latach znów będzie faworytką do tego, by awansować do finału. Największe szanse zdaniem ekspertów ma jednak Aryna Sabalenka, która wygrywała dwie ostatnie edycje turnieju.

     

  • Polka celowała w medal w Paryżu. Teraz przemówiła. “Mam ten cel”

    Polka celowała w medal w Paryżu. Teraz przemówiła. “Mam ten cel”

    Polka celowała w medal w Paryżu. Teraz przemówiła. “Mam ten cel”

     

    Katarzyna Wasick od lat jest jedną z najlepszych polskich pływaczek. Ma w dorobku liczne medale mistrzostw świata i Europy na dystansie 50 m stylem dowolnym, a także pięć startów olimpijskich. Jej nowy cel? Historyczny start numer sześć. — Wszyscy jesteśmy zawiedzeni, choć… piąte miejsce w finale, z tego też trzeba się cieszyć — uważa.

     

    32-letnia Wasick ma na koncie sześć medali mistrzostw świata, do tego osiem razy stanęła na podium mistrzostw Europy. Już pięciokrotnie startował w igrzyskach olimpijskich, ale wciąż tego najcenniejszego krążka jej jednak brakuje.

     

    Do sześciu razy sztuka na IO. Katarzyna Wasick nie poddaje się

    W igrzyskach zadebiutowała już w 2008 r. w Pekinie, gdy mając zaledwie 16 lat popłynęła w sztafecie 4×200 m st. dowolnym. Na pierwszy medal międzynarodowej imprezy musiała poczekać do 2011 roku, gdy wraz z koleżankami zdobyła w Szczecinie brąz mistrzostw Europy na basenie 25-metrowym w sztafecie 4×50 m st. zmiennym.

     

    Rok 2012 to kolejne podejście do igrzysk. W Londynie ponownie nie odniosła jednak sukcesu – na 100 m st. dowolnym odpadła w eliminacjach, podobnie jak w sztafecie. Po nieudanym występie olimpijskim zdecydowała się zmienić otoczenie i na studia wybrała Stany Zjednoczone, kolebkę pływania.

     

    — Wyjechałam na studia w 2012 r. To było dla mnie wielkie przeżycie, bo jestem bardzo związana z rodziną — opowiadała później krakowianka, która rozpoczęła naukę psychologii na Uniwersytecie Południowej Kalifornii.

     

    Trenując pod okiem słynnego amerykańskiego szkoleniowca Dave’a Salo zdobywała medale w akademickiej lidze NCAA. Wywalczyła też trzecią w karierze olimpijską kwalifikację.

     

    Sukcesy akademickie nie przełożyły się udany start w igrzyskach – w Rio de Janeiro ponownie zakończyła starty na eliminacjach. Później jej kariera stanęła pod znakiem zapytania z powodu kontuzji, chociaż w życiu prywatnym 2016 rok był dla niej wyjątkowo szczęśliwy – właśnie wtedy w rodzinnym Krakowie wyszła za mąż.

     

    — Pradziadek mojego męża przed laty emigrował za ocean. Nosił nazwisko Wasik, ale dodali “c”, żeby ułatwić wymowę przez obcokrajowców. Jest w naszym kraju coś, co przyciąga. Mój mąż kocha Polskę i bardzo dobrze się w niej czuje. Tak samo jak ja, uwielbia Kraków oraz piękną polską naturę — przyznała pływaczka.

     

    Jej przerwa od sportu trwała aż dwa lata, ale okazała się dla niej momentem przełomowym. Po powrocie do rywalizacji zaczęła odnosić największe sukcesy w karierze – w 2020 r. w Budapeszcie została wicemistrzynią Europy. Podczas czwartych igrzysk w karierze, w Tokio, po raz pierwszy awansowała do finału, w którym zajęła piąte miejsce. Do medalu zabrakło niewiele – jedenastu setnych sekundy.

     

    Po igrzyskach w Tokio Wasick cieszyła się z jeszcze większych sukcesów, czyli medali mistrzostw świata. Na początku tego roku wraz z mężem Matthew przeniosła się do Dallas, gdzie rozpoczęła współpracę z Wenezuelczykiem Ozziem Quevedo, głównym trenerem pływackiej drużyny kobiet Uniwersytetu Southern Methodist. Pod jego skrzydłami już w lutym zdobyła w Dausze brązowy medal mistrzostw świata.

     

    Wszystko wskazywało na to, że sprinterka jest już gotowa, by stanąć na olimpijskim podium. Do Paryża jechała jako największa nadzieja polskiego pływania i potwierdziła to w eliminacjach oraz półfinale, w których uzyskała, odpowiednio, drugi i trzeci wynik. Finał nie poszedł jednak po jej myśli – ponownie zajęła piąte miejsce.

     

    — Wszyscy jesteśmy zawiedzeni, choć… piąte miejsce w finale, z tego też trzeba się cieszyć. Nie sądziłam, że po Tokio mogę kontynuować karierę przez trzy lata. Znowu jestem na piątym miejscu. Może Bóg da mi jeszcze siłę, żeby spotkać się z wami za cztery lata — powiedziała dziennikarzom łamiącym się głosem po finale we francuskiej stolicy.

     

    Ewentualna deklaracja o końcu kariery z jej ust jednak nie padła. Po igrzyskach zdominowała rywalizację w swojej koronnej konkurencji w Pucharze Świata i wystartowała w Budapeszcie w mistrzostwach globu na krótkim basenie, gdzie wywalczyła dwa brązowe medale – indywidualnie i w sztafecie mieszanej.

     

    — Cały sezon? Na pewno był dobry. Wiem, że wszyscy mieli wielkie oczekiwania przed igrzyskami i ja też je miałam, bo jestem sportowcem, który stawia przed sobą bardzo wysokie cele. Mimo tego niepowodzenia sezon oceniam bardzo dobrze, kończę go medalem mistrzostw świata, więc mam nadzieję, że kolejne sezony też będą takie — powiedziała po ostatnim wyścigu w Budapeszcie.

     

    Jeżeli Wasick zdecyduje się powalczyć o szóstą olimpijską kwalifikację i zdrowie pozwoli jej wystartować za cztery lata w Los Angeles, przejdzie do historii jako trzecia pływaczka, która wystąpiła w sześciu igrzyskach, po Therese Alshammar ze Szwecji i Kristel Kobrich z Chile.

     

    Mimo że występ w Paryżu skończył się dla niej rozczarowaniem, już cztery miesiące później podczas mistrzostw Polski w Bydgoszczy Wasick zapowiedziała, że zamierza wystartować w Los Angeles.

    — Jak patrzę na moje szóste igrzyska? Już nie mogę się ich doczekać. Mam ten cel. Wszyscy, którzy mnie znają, wiedzą, że jestem ambitna i kiedy stawiam sobie cel, to idę w jego kierunku i chcę go osiągnąć. Jestem w stanie poprawiać jeszcze rekordy życiowe, czuję się w świetnej dyspozycji. Cieszę się pływaniem, tym, co robię. To jest moja praca, która sprawia mi wielką przyjemność. Mam nadzieję, że moja droga do szóstych igrzysk będzie piękna, wolna od kontuzji i jak najlepsza — powiedziała pływaczka.

     

    Występ w Los Angeles byłby piękną klamrą dla jej bogatej kariery, bowiem właśnie tam rozpoczęła się jej amerykańska przygoda, która zaowocowała jej największymi sukcesami.

     

    Wcześniej jednak czeka ją długo wyczekiwany i zasłużony odpoczynek.

     

    — Święta spędzam z rodziną w Krakowie, cieszę się, że mam możliwość świętować w taki sposób po tak intensywnym sezonie. W tym roku było dużo zawodów, dużo zgrupowań, igrzyska olimpijskie, mistrzostwa świata… Moja rodzina była w Budapeszcie, ale wiadomo, że tam świętowanie było “na szybko”. Teraz będziemy mieć okazję, żeby naprawdę spędzić ze sobą czas. Sylwestra też planuję spędzić w Polsce, z mężem, który przyjeżdża, żebyśmy zaczęli 2025 rok jak najlepiej, bo też będzie intensywny — zdradziła krakowianka.

    — Święta i sylwester to czas odpoczynku. Nie mam żadnych zawodów zaplanowanych, pierwsze w nowym roku będą dopiero w marcu, więc w święta nie będę sobie odmawiać niczego i będę kosztować wszystkiego, co na stole. Myślę, że w styczniu już na spokojnie wejdziemy w trening, żeby w marcu prezentować się dobrze w zawodach — zapowiedziała Wasick.

     

  • Iga Świątek wykonała wymowny gest. “Akurat to było do trenera Wiktorowskiego”

    Iga Świątek wykonała wymowny gest. “Akurat to było do trenera Wiktorowskiego”

    Iga Świątek wykonała wymowny gest. “Akurat to było do trenera Wiktorowskiego

     

    – To był chyba najbardziej rozczarowujący turniej w roku – zaskoczyła Iga Świątek w serialu Canal+ “Cztery Pory Igi”. Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, nie mówiła o igrzyskach olimpijskich w Paryżu, lecz o otwierającym sezon Australian Open. Głos zabrał też były trener Polki, Tomasz Wiktorowski, który zdradził, dlaczego Świątek odpadła już w trzeciej rundzie. Kluczowa była decyzja podjęta kilka tygodni wcześniej

     

    To była sensacja. Po świetnym otwarciu sezonu w United Cup, w Australian Open Iga Świątek odpadła już w trzeciej rundzie, z zajmującą wówczas 50. miejsce w rankingu WTA Lindą Noskovą [3:6, 6:3, 4:6]. Teraz dowiadujemy się, jakie były kulisy tej porażki

     

    Przyjechałam do Melbourne i czułam, że technika mi się sypie. Także dlatego, że zbliżał się turniej Wielkiego Szlema, więc pojawiło się trochę więcej napięcia – przyznała Światek w serialu Canal+. I to miało kluczowe znaczenie dla jakości zagrania, nad którym najwięcej pracowała przed sezonem. Serwisu

     

    Zmiana techniki w tym elemencie – tu pisaliśmy o niej w PS Onet szeroko – była pomysłem Tomasza Wiktorowskiego. Były już trener Igi Świątek z perspektywy czasu nie ma wątpliwości: – To ryzyko trzeba było podjąć i tę decyzję trzeba było podjąć

     

    Pierwsza tak duża zmiana w karierze Igi Świątek. “Miałam dużo wątpliwości”

    – Stary ruch serwisowy Igi Świątek pozwalał na zagrania z prędkością 170 km na godz., maksymalnie 170 i kilka więcej. Wyciągnęła z niego 100 proc. Nowy ruch daje możliwości, by regularnie serwować powyżej 180 km na godz. – uważa Wiktorowski.

     

    To była pierwsza tak duża zmiana techniczna w “dorosłej” karierze Świątek. – Miałam dużo wątpliwości – zdradziła Polka w pierwszym odcinku “Czterech Pór Igi”. I choć przedsezonowe próby wypadły bardzo obiecująco, a i później, na kortach ziemnych nowy serwis przyniósł naszej zawodniczce dużo korzyści, to w Australii ten element po prostu się “posypał”.

     

    Początek sezonu nie zapowiadał kryzysu i rozstania Igi Świątek z trenerem Tomaszem Wiktorowskim

     

    – To był chyba najbardziej rozczarowujący turniej roku – przyznała Świątek. Złe wrażenia z Melbourne, szybko powetowała sobie wygrywając turnieje w Katarze i Indian Wells – o czym również szeroko opowiada pierwszy odcinek serialu, dostępny już w Canal+ Online. Po wygranej w Doha, Świątek wykonała charakterystyczny pokłon w kierunki swojego boksu.

     

    – Akurat to było do trenera Wiktorowskiego, bo przydały się ćwiczenia, których bardzo mi się nie chce robić na treningach, a on mnie zmusza. Dwa ostatnie punkty wygrałam dzięki nim – przyznała Iga w wywiadzie na korcie. Świetnie zaczął też działać nowy serwis Polki

     

    Jak widać początek sezonu 2024 w niczym nie zapowiadał kryzysu i rozstania Igi Świątek z trenerem Tomaszem Wiktorowskim