• 17-letni polski bokser robi światową furorę, eksperci toną w zachwytach. “Nowy Andrzej Gołota”

    17-letni polski bokser robi światową furorę, eksperci toną w zachwytach. “Nowy Andrzej Gołota”

    17-letni polski bokser robi światową furorę, eksperci toną w zachwytach. “Nowy Andrzej Gołota”

    Eksperci podkreślają, że takiego talentu w polskim pięściarstwie nie było dawno. A jeśli dodamy do tego mocną psychikę, która jest kwintesencją tego sportu, w osobie 17-letniego Fabiana Urbańskiego mamy w męskim boksie olimpijskim odpowiednika Julii Szeremety. Urodzony w 2007 roku wychowanek Skorpiona Szczecin szerokiej publiczności przedstawił się w sobotę, pokazując paletę umiejętności i wielkich możliwości na gali Suzuki Boxing Night. – Nie mam żadnych kompleksów, od nikogo nie czuję się gorszy. Moim celem jest złoto olimpijskie w Los Angeles – mówi w rozmowie z Interią nastoletni multimedalista światowych imprez.

     

    Okno wystawowe, jakim była weekendowa gala z boksem olimpijskim w Łomży, transmitowana w TVP Sport, Fabian Urbański wykorzystał w możliwie najlepszy sposób. Już wcześniej miał okazję wystąpić na wydarzeniach pod tym szyldem, raz przy okazji meczu z Niemcami, ale wówczas była to impreza tylko dla juniorów (Suzuki Boxing Promotion). Innym razem stoczył przedwalkę, gdy zmierzył się z Ukraińcem. Tym razem był to pierwszy tak “galowy” występ na telewizyjnej karcie walk.

     

    Fabian Urbański przedstawił się polskim kibicom. Wielki talent w boksie

     

    Boksujący w kategorii 75kg nastolatek w ramach meczu Polska – Belgia zmierzył się z Yassirem Essabbanem. Rywala odprawił w takim stylu, jakby senior zmierzył się z zawodnikiem dopiero poznającym arkana bokserskie. W ringu Urbański pokazał wiele ze swoich atutów, którymi bryluje już od dłuższego czasu, o czym wielu kibiców spoza bokserskiej “bańki” być może dotąd nie miało okazji się przekonać. Cały pojedynek wygrał do wiwatu, jednogłośnie na kartach trójki sędziów 3:0.

     

    Syn Daniela Urbańskiego, byłego pięściarza zawodowego, dopiero za kilka miesięcy wkroczy w pełnoletność (urodził się 27 września 2007 roku), ale już zdążył zapisać się w historii polskiego boksu. Marsz po międzynarodowe sukcesy skutecznie zapoczątkował w 2022 roku, gdy w kategorii kadeta sięgnął po srebro mistrzostw Europy. Kolejny rok był jeszcze bardziej obfity w sukcesy, bo wywalczył brąz mistrzostw Europy, a przede wszystkim złoto mistrzostw świata – wciąż w kategorii kadetów. W rozwoju nie zatrzymywał się ani na krok i w 2024 roku skompletował swoisty “hat-trick”, a mianowicie wyboksował trzy brązowe medale. Chronologicznie najpierw w Pucharze Świata, później na mistrzostwach Starego Kontynentu, wreszcie na czempionacie globu.

     

    Przy tych sukcesach nieco na znaczeniu tracą kolekcjonowane tytuły mistrza Polski, wywalczane nieprzerwanie od 2021 roku (w młodzikach, kadetach i juniorach). – Tak na dobrą sprawę niewiele zabrakło, by już na swojej pierwszej w karierze imprezie międzynarodowej został medalistą, ale moim zdaniem został skrzywdzony w debiucie na ME młodzików, zdaniem sędziów przegrywając walkę o strefę medalową z Chorwatem 2:3. Teraz już nie za bardzo mają jak go oszukiwać, bo trudno nie docenić jego stylu, a poza tym nieraz wygrywa do wiwatu – mówi w rozmowie z Interią Marcin Stankiewicz, założyciel i wiceprezes oraz trener BKS Skorpion Szczecin.

     

    Patryk Tkaczyk, Karol Chabros i właśnie Marcin Stankiewicz – to ta trójka szkoleniowców z klubu, których na jednym wdechu wymienia Fabian Urbański, zawdzięczając im codzienną pracę, przynosi taki progres. O wielkim talencie polskiego boksu zrobiło się głośno zwłaszcza na początku grudnia 2023 roku, gdy sięgnął po medal z najcenniejszego kruszcu na mistrzostwach świata. – Jechałem po złoto. Tym bardziej, że jestem dwukrotnym medalistą mistrzostw Europy i wiedziałem, że należę do europejskiej czołówki. Naprawdę, cel był jeden, złoty medal – przekonywał mnie wtedy zaraz po powrocie do Polski. W Erywaniu odniósł historyczny sukces, bowiem nigdy wcześniej żaden polski pięściarz nie triumfował na imprezie takiej rangi w tej kategorii wiekowej, czyli do lat 16 (Andrzej Gołota w 1985 roku został wicemistrzem świata juniorów w wadze ciężkiej).

     

    – Można mówić wiele, ale tutaj najlepiej przemawiają wyniki. Fabian z każdej imprezy kontynentalnej przywozi medal, a w związku z tym jest wybijającą się postacią w całej kadrze – zaznacza trener Tkaczyk.

     

    Kolejne miesiące mijają, a Urbański nic się nie zmienia. W tym sensie, że nadal cechuje go wielka pewność siebie, ale przy tym trudno mu zarzucić, że nie szanuje rywali i jest zarozumiały. Ktoś, kto pierwszy użył porównania, że 17-latek swoim sposobem bycia prezentuje “styl amerykański”, chyba użył jednego z najtrafniejszych porównań.

    – Uważam, że w tym sporcie trzeba być pewnym siebie, psychika jest tutaj bardzo ważna. Bez niej w boksie niczego się nie osiągnie. A szacunek trzeba mieć do każdego chłopaka, który wchodzi do ringu. Ja każdego dnia ciężko pracuję, co także buduje moją pewność siebie – podkreślił w rozmowie z Interią Urbański, bez problemu odbierając telefon w ciągu dnia. Szybko okazało się, że nie było ryzyka, iż przeszkodzę mu w trakcie szkolnych lekcji. – Akurat jestem na kadrze w Giżycku. W tej chwili właśnie sobie wypoczywam – odparł. Uczęszczając do drugiej klasy Centrum Mistrzostwa Sportowego w Szczecinie, szkoły partnerskiej z klubem Skorpion, może liczyć na wyrozumiałość nauczycieli, którzy – jak zaznacza – “nie robią mu pod górkę”, a w przerwach między wyzwaniami sportowymi nadrabia zaległości.

     

    Słysząc wypowiedź nastolatka, przywołałem mu słowa sprzed kilku dni, które w rozmowie ze mną wypowiedział mistrz Europy z 1977 roku, Bogdan Gajda. “Trener Antoni Zygmunt wbijał mi do głowy: ‘Boguś, pierwsze co w boksie, to głowa. Drugie nogi. A na końcu ręce’. Człowiek był młody, więc z początku sobie myślałem: ‘co on za głupoty gada? Jak to dopiero na końcu ręce?’. A to były święte słowa. Święte słowa, które wielu bokserów powinno oprawić sobie w ramkę i czytać, jak idą na trening. ‘Głowa, nogi, a na końcu ręce’. Nogi muszą być zgrane z rękoma, ciosy muszą wychodzić z nóg. Ale numerem jeden jest myślenie i psychika, to kwintesencja boksu”.

     

    Słysząc ten cytat, Urbański od razu zareagował: – W pełni zgadzam się z tymi słowami. Dla mnie najważniejsze w boksie są refleks i nogi. Na początku myślę o tym, by wyczuć styl boksowania przeciwnika, ale niedługo potem staram się realizować swój plan. Głowa musi pracować, rozpoznawać sytuację, a w ruchu muszą być cały czas nogi, by nie dać się trafić i czymś zaskoczyć, bo świeży przeciwnik zawsze jest niebezpieczny. Dopiero później dochodzą kontry i inne elementy repertuaru – wykłada swoją filozofię talent czystej wody.

     

    Trener Tkaczyk: – Pracując z Fabianem cały czas podkreślam, że jego największym atutem jest po prostu czucie tego sportu. On naprawdę potrafi odnaleźć się w każdej sytuacji, ma bardzo dobry czas reakcji, bardzo dobrą pracę nóg. A do tego leworęczną pozycję, którą prezentuje, potrafi wykorzystać w stu procentach. To nieprzeciętny zawodnik boksujący z kontry, a każdy kolejny wynik tak go motywuje i buduje, że do następnych walk wychodzi z jeszcze większą pewnością siebie, nie zapominając przy tym o pokorze.

     

    “Wbiłem sobie do głowy, że jestem faworytem do złotych medali”

     

    Urbański zaznacza, że pewność siebie i psychika, którymi teraz emanuje, nie zostały mu dane już na starcie. A na pewno nie w tym wymiarze, który dzisiaj zapewnia mu atut od pierwszego gongu. – Na początku bardzo się stresowałem i nie ukrywam, że wchodziłem do ringu zestresowany. Po jakimś czasie, gdy trochę pojeździłem po świecie, zobaczyłem, że to wcale nie jest takie straszne. Jeśli jesteś wystraszony i boisz się zadawać ciosy, po co w ogóle byłoby wchodzić do ringu? I to był cel, który szybko przed sobą postawiłem na zasadzie, że jeśli chcę coś w tym sporcie osiągnąć i być najlepszy, nie mogę się bać – stawia sprawę zero-jedynkowo.

     

    – Dzisiaj nie mam kompleksów przed żadnymi rywalami. Uważam, że jeżdżąc na zawody, to ja jestem faworytem do złotego medalu. Nie wiem, czy tak jest, ale tak sobie wbiłem do głowy, że to ja jeżdżę po pierwsze miejsca, a nie jakiś Kubańczyk czy zawodnik z Kazachstanu

     

    ~ bez wątpliwości w głosie podkreślił sportowiec.

     

    Przygoda Fabiana z boksem rozpoczęła się niestandardowo. – Tak na dobrą sprawę pierwszych około dziesięć walk miał wyłącznie międzynarodowych. Maksymalnie jedną z Polakiem – sięga pamięcią trener Patryk Tkaczyk, który razem z ojcem chłopca, Danielem, boksował swego czasu w jednym klubie, Sztormie Szczecin.

     

    – Fabian miał wtedy około 10 lat i jeszcze za wiele nie trenował, a już ruszał z nami na zawody. Była taka sytuacja, że jeździłem do Niemiec na Bundesligę z zawodnikami starszymi, a jego zabierałem dodatkowo na walki pokazowe. Przez to się wciągnął, zaczął przychodzić na treningi i uczyć się tego sportu. To pokazało nam, że chłopak ma papiery, aby w przyszłości być prawdziwym, z krwi i kości, zawodnikiem. I, jak się okazało, nie myliśmy się – nie kryje zadowolenia szkoleniowiec. W naszym kraju na realizowanie takiego scenariusza nie pozwalało kryterium wieku, ale przykład Urbańskiego pokazuje, że – stawiając na pierwszym miejscu bezpieczeństwo – można z powodzeniem wprowadzać już tak młodego chłopca. – Oczywiście trzeba to wszystko robić mądrze, były to wyłącznie walki pokazowe, bez werdyktów. Ewentualnie sparingi. Takie praktyczne poznanie dyscypliny w młodym wieku pozwala przekonać się, że chce się ją zacząć traktować na poważnie. Losy Fabiana są tego najlepszym świadectwem– dodaje Tkaczyk.

    Urbański: – Dobrze pamiętam te występy towarzyskie przed galami. W większość byłem lepszy i coraz bardziej się upewniałem, że chcę się tym poważniej zająć. Dosyć szybko też zacząłem uczyć się defensywy, bo żadną sztuką nie jest zadać dwa czyste ciosy i przyjąć jeden bardzo mocny. Cała sztuka to zadać cios, ale nie przyjąć samemu – odparł zawodnik, a jego słowa brzmią jak powrót do starej dewizy polskiej szkoły boks. “Zadać, a nie przyjąć” – podkreślali nieodżałowani giganci trenera Feliksa “Papy” Stamma, z których liczni dożyli sędziwej starości, a wielu nie miało problemów z “procesorem”, czyli głową i pamięcią.

     

    Przy czym zdarza się też tak, że wyrafinowany boks trzeba na chwilę rzucić w kąt, bo jak nie idzie, sytuacja wymaga włączenia innego trybu w ringu. – Musi się wtedy zacisnąć zęby i iść do przodu z myślą, żeby, jak to się u nas mówi, urwać przeciwnikowi głowę. Tak trzeba pomyśleć, by wycisnąć z siebie resztki sił i przechylić szalę na swoją stronę. Wiele razy już tak miałem, dzięki temu sprawdziłem się i wiem, że jak dochodzi do takiej sytuacji, to jestem na nią gotowy – tłumaczy.

     

    Za kilkanaście dni Urbański wybiera się na zawody Pucharu Świata (1-10 marca w Budvie w Czarnogórze), a na jesień będzie szykował formę do docelowej imprezy roku, czyli mistrzostw Europy juniorów. Oczywiście dojdą jeszcze inne, mocne zawody, a także chęć podtrzymania supremacji w mistrzostwach kraju. Cel? Zero minimalizmu. – Ten rok naprawdę będzie mocny. Planuję jeździć wszędzie po złote medale, wszędzie szukając rewanżów. Rok temu nie wyszło mi na obu mistrzowskich imprezach, bo wróciłem z brązami, tak że mam wielki głód walki i chcę pójść w górę – zapowiada.

     

    Słysząc porównania, że pod względem skali talentu zdaniem fachowców jest “nowym Andrzejem Gołotą”, podkreśla, że chce pisać swoją historię, ale nie zaprzecza, że odniesienia do najpopularniejszego polskiego pięściarza w historii mu schlebiają. – Podtrzymuję zdanie, że urodziłem się z tym czymś do boksu, mam do tego dryg i talent, ale już wiem, że to nie wystarczy. Przekonałem się o tym na ME młodzików, gdzie nie zdobyłem medalu, ale wyszło mi to na dobre. Dopiero po tej imprezie wziąłem się do roboty, widząc że trzeba do tego wszystkiego dołożyć ciężką, bardzo ciężką pracę. Teraz na treningach oddaję z siebie wszystko – zapewnia pięściarz.

     

    “Andrew” w 1988 roku wywalczył brązowy medal olimpijski w Seulu i właśnie podobną drogą, ale z jeszcze lepszym skutkiem, chciałby podążyć młody kolega legendy po fachu. I to nie “kiedyś tam”, ale już podczas igrzysk w 2028 roku w Los Angeles. Urbański wprawdzie będzie miał dopiero 21 lat, ale wiele tu analogii – by daleko nie szukać – do wspomnianej na wstępie Julii Szeremety. Największa gwiazda polskiego boksu olimpijskiego metrykalnie miała dokładnie tyle lat, gdy ponad pół roku temu stawała na drugim stopniu podium w stolicy Francji.

     

    – Plany są jeszcze dalekie, ale myślę o Los Angeles i bardzo będę walczył o to, aby pojechać już na te najbliższe igrzyska. Marzę o tym, by zdobyć złoty medal olimpijski – stwierdza i nie daje się zbić z tropu sugestią, że w męskim boksie 21 lat jeszcze może być oceniane, jako droga do szczytu formy w 2032 roku. – Według mnie za trzy lata będę w bardzo dobrym wieku. Popatrzmy na Amerykanina Shakura Stevensona, który zdobył medal olimpijski w Rio de Janeiro jako 19-latek. Zaraz po sobotniej gali pan Maciej Miszkiń (były pięściarz, obecnie komentator – przyp. AG) mówił pod moim adresem bardzo miłe słowa, porównując mnie właśnie do Stevensona. Więc dlaczego ja miałbym tego nie zrobić?

     

    Stankiewicz: – Oby znaleźli się ludzie, którzy chcieliby Fabianowi bardziej pomóc finansowo. Talentów mieliśmy już dużo, ale później każdy z nich patrzy, by też mieć coś z tego boksowania. Głośno było o nim po złotym medalu MŚ, ale ja tak mówiłem, że minie miesiąc i ucichnie. Nie pomyliłem się – bez satysfakcji stwierdza jeden z trójki klubowych szkoleniowców.

     

    – Ciężko jest teraz o zainteresowanie w boksie olimpijskim i znalezienie sponsorów, ale moja ciężka praca poprzez boks idzie w świat, coraz bardziej o mnie słychać, więc nie tracę nadziei – stwierdził Urbański, a ja postawiłem przed nim zadanie. Zapytałem, jakimi słowami – mając przed sobą potencjalnego sponsora – zarekomendowałby mu sportowca o imieniu i nazwisku Fabian Urbański.

     

    – Jestem młodym sportowcem, który w niedalekim czasie pragnie pojechać na igrzyska i tam zdobyć złoty medal. Klub naprawdę się stara, ale ciężko w tych czasach o pieniądze na wyjazdy. Chcemy się maksymalnie rozwijać, móc wyjeżdżać na zagraniczne obozy oraz mieć na nowy sprzęt, dlatego liczę, że ktoś popatrzy przychylnym okiem. Mam predyspozycje i wiem, że komuś, kto dziś na mnie postawi, z chwilą wywalczenia złotego medalu w Los Angeles to bardzo się opłaci

     ~Fabian Urbański

    Trener Tkaczyk: – Po tytule mistrza świata obserwowaliśmy go uważnie, bo często w tak młodym wieku tak wysoki wynik może bardziej zaszkodzić niż pomóc. Jednak Fabian podszedł do tego zupełnie inaczej, zaczął jeszcze ciężej pracować, jeszcze więcej rozumieć i bardziej komunikować się z nami. To jest tego typu zawodnik, który cały czas wie, po co to robi, dlaczego i co chce osiągnąć, a to dla nas samych jest także motorem napędowym.

     

  • Organizatorzy turnieju w Rzymie chcą stworzyć… piątego szlema

    Organizatorzy turnieju w Rzymie chcą stworzyć… piątego szlema

    Organizatorzy turnieju w Rzymie chcą stworzyć… piątego szlema

    Czy piąty turniej wielkoszlemowy w tenisie jest możliwy? Wydaje się to nieprawdopodobne, jednak organizatorzy turnieju na kortach ziemnych w Rzymie mają inne zdanie. Co więcej, ponoć złożyli już stosowne oferty w tym kierunku.

     

    O nietypowych planach informuje włoska gazeta “La Stampa”, która sugeruje, że turniej rangi ATP i WTA 1000 chciałby stać się turniejem na równi z Australian Open, French Open, Wimbledonem i US Open. Włosi chcieliby być bowiem ważniejszą częścią kalendarza i wydłużyć czas trwania turnieju (aktualnie to 10 dni).

     

    Co więcej, o tym że to nie tylko ambitne chęci, miałby świadczyć fakt, że organizatorzy turnieju w Madrycie, odbywającego się chwilę wcześniej, otrzymali ofertę wartą 550 milionów euro w zamian za prawa do organizacji zawodów – to także informacje “La Stampy”. Cel oferty jest oczywisty – turniej w Madrycie zniknąłby z kalendarza, a w zamian za to rzymski turniej na Foro Italico znacząco by się wydłużył, stając się ostatecznie piątym szlemem.

     

    Natomiast kalendarz tenisowy jest w ostatnich latach tak naładowany (albo przeładowany, jak słusznie zauważyliby niektórzy tenisiści i tenisistki), że trudno znaleźć w nim miejsce na jakiekolwiek roszady. Najwięcej czasu pomiędzy szlemami jest właśnie między styczniowym Australian Open a majowym French Open, jednak w tym czasie w marcu są turnieje na Bliskim Wschodzie (Doha i właśnie trwający w Dubaju), a także amerykańskie Sunshine Double. Nawet gdyby zamienić miejscami turniej w Rzymie z turniejami marcowymi, to nie miałoby to sensu pod względem nawierzchni. Wtedy po Australian Open zawodnicy przenieśliby się z twardej na ziemną, potem znowu na twardą i znowu na ziemną.

     

    Wydaje się więc, że jeśli już, to piąty szlem jest melodią bardzo dalekiej przyszłości. Ale jeśli Włosi faktycznie są tak bardzo zdeterminowani…

     

  • Najwyższa klasa Szczęsnego. Świat widział, jak się zachował [OPINIA]

    Najwyższa klasa Szczęsnego. Świat widział, jak się zachował [OPINIA]

    Najwyższa klasa Szczęsnego. Świat widział, jak się zachował [OPINIA]

    Ależ przyjemnie się ogląda, gdy dwóch – przecież nie najmłodszych już – Polaków prowadzi Barcelonę do zwycięstwa i na czoło tabeli. Końcówka była nerwowa, “Barca” grała chaotycznie, ale najważniejsze, że wydarła rywalom cenne zwycięstwo (1:0).

     

    W poniedziałkowy wieczór FC Barcelona stanęła przed szansą powrotu na fotel lidera La Ligi, bo w miniony weekend obaj wielcy rywale z Madrytu pogubili punkty. Hasłem trenera Barcelony na spotkanie z Rayo Vallecano było jedno słowo: koncentracja. Nie spalić się wobec szansy wskoczenia na czoło tabeli. Bo wiadomo, że rywal z przedmieść Madrytu jest drużyną niżej notowaną, ale taką, która już nieraz narobiła Barcelonie kłopotów, a w tym sezonie radzi sobie więcej niż przyzwoicie (6. miejsce w La Lidze).

     

    Właśnie koncentracja była w tym meczu kluczowa, a hasło to świetnie zrealizowali obaj polscy piłkarze Barcelony.

     

    Najpierw Robert Lewandowski nie mógł się pomylić przy rzucie karnym dla gospodarzy (i się nie pomylił), a później swoim najwyższym kunsztem bramkarskim musiał się wykazać Wojciech Szczęsny.

     

    Dlaczego? Bo właśnie owa koncentracja uciekła jego kolegom z drużyny, którzy – prowadząc 1:0 – całkiem niespodziewanie utracili kontrolę nad meczem. Raz za razem na bramkę Barcelony sunęły ataki rywali. Ale najniebezpieczniej zrobiło się w 37. minucie gry, gdy piłkarze Rayo oddali dwa strzały z bliska.

     

    Szczęsny w obu przypadkach pokazał, że refleks jest jego silną stroną. Przy czym ta druga interwencja (rzucenie się pod nogi rywala) była zarówno brawurowa, jak i ryzykowna. Bo gdyby Wojtek się pomylił ani chybi rywale dostaliby rzut karny. Ale Szczęsny się nie pomylił. Był w tym meczu świątynią skupienia. Nie popełnił żadnego, nawet najmniejszego błędu!

     

    Stawiam dolary przeciwko orzechom, że gdyby w poniedziałkowy wieczór w bramce Barcelony stał Inaki Pena, to “Blaugrana” tego spotkania by nie wygrała. Bo w tej 37. minucie gry potrzebny był właśnie taki bramkarz jak Szczęsny. Golkiper, który broni w sytuacjach nieoczywistych. Takich, kiedy inni bramkarze byliby bezradni. I pomyśleć, że historia tego sezonu mogła się dla “Dumy Katalonii” potoczyć zupełnie inaczej.

     

    Gdyby 22 września ubiegłego roku, bramkarz Barcelony Marc-Andre ter Stegen nie doznał fatalnej kontuzji w meczu z Villarrealem, Wojciech Szczęsny dziś cieszyłby się spokojnym życiem sportowego emeryta.

     

    Czas płynąłby mu powoli. A to dla szpanu przejechałby się swoim rolls–roycem po Marbelli, a to wybrałby się na lody z 6-letnim synem, a to z nudów przewinąłby kilkumiesięczną córkę (choć pisząc te słowa mogę popełnić grzech ignorancji, bo naprawdę nie mam zielonego pojęcia, czy milionerzy sami zmieniają pieluchy swoim dzieciom). Wojtek na emeryturze pewnie złapałby kilka kilogramów, a wielki futbol oglądałby tylko w telewizji.

     

    Jak wszyscy wiemy, Szczęsny nie zdążył się swoją zasłużoną emeryturką nacieszyć, bo kontuzja ter Stegena otworzyła Polakowi drogę do FC Barcelony. Nasz bramkarz “kupił” tę szansę natychmiast, nawet o pensję się nie targował. Tak bardzo chciał mieć Barcelonę wpisaną w sportowe CV.

     

    Tym samym, w tym swoim piłkarskim życiu po życiu – gdy był już o krok od świętego spokoju – wrzucił się medialny rollercoaster. Nigdy wcześniej o Wojtku nie pisało się i nie mówiło tak dużo jak teraz. A przecież grał w Arsenalu, AS Romie czy Juventusie, a więc klubach naprawdę w Europie znaczących.

     

    Ale “Barca” to jednak inna półka. Tu histeria mediów wykracza daleko poza skalę. Doniesienia z życia drużyny produkuje się tak masowo, jakby to była fabryka gwoździ. O Szczęsnym jest ostatnio naprawdę głośno.

     

    A to dowiadujemy się, że jego dni w Katalonii są już policzone, by za chwile przeczytać, że jednak przedłuży swój kontrakt na kolejny sezon. Innym razem czytamy, że szatnia jest przeciwko Polakowi, bo wszyscy lubią Penę, by za chwilę dowiedzieć się, że jest dokładnie odwrotnie.

     

    Jak jest naprawdę tego nikt nie wie, łącznie z autorami tych sensacyjnych doniesień. Obiektywna prawda nikogo nie interesuje, chodzi o to, by ten cały cyrk się kręcił. No i się kręci.

     

    Hiszpańskie media eksponują fakt, że “Barca” ze Szczęsnym w bramce nie przegrywa. Poniedziałkowe spotkanie z Rayo Vallecano to był 10. mecz Polaka w bramce Barcelony i “Szczena” nadal pozostaje niepokonany. A bilans ma imponujący: dziewięć zwycięstw i jeden remis! Lepiej nie trzeba.

     

    A jeszcze ważniejsze jest, że w Wojtka uwierzył nie tylko Hansi Flick, ale także drużyna. Widać, że złapała pewność siebie, a Polak w bramce jest dla młodych – w przeważającej części – piłkarzy Barcelony prawdziwym autorytetem. Jego rywalizacja w przyszłym sezonie z ter Stegenem będzie naprawdę ekscytująca.

    Robert Lewandowski wielkiego meczu w poniedziałek nie zagrał. Ale zrobił to, co miał do zrobienia. “Lewy” imponuje regularnością. To jego czwarty z rzędu mecz z golem. 20. bramka w lidze pozwoliła Polakowi odskoczyć w klasyfikacji strzelców Kylianowi Mbappe. Francuz, który zdobył bramkę dla Realu w ostatnim meczu z Osasuną, ma o trzy trafienia mniej.

  • La Liga: FC Barcelona pokonała Rayo Vallecano i wskoczyła na fotel lidera. Robert Lewandowski bohaterem meczu! [WIDEO]

    La Liga: FC Barcelona pokonała Rayo Vallecano i wskoczyła na fotel lidera. Robert Lewandowski bohaterem meczu! [WIDEO]

    La Liga: FC Barcelona pokonała Rayo Vallecano i wskoczyła na fotel lidera. Robert Lewandowski bohaterem meczu! [WIDEO]

    FC Barcelona wskoczyła na fotel lidera La Liga. Piłkarze Hansiego Flicka wykorzystali potknięcia Realu Madryt oraz Atletico Madryt i pokonali przed własną publicznością Rayo Vallecano 1:0. Swojego gola numer dwadzieścia w bieżących rozgrywkach strzelił Robert Lewandowski, a kolejne czyste konto zanotował Wojciech Szczęsny.

     

    JAK ZAGRAŁ WOJCIECH SZCZĘSNY?

    Dziesiąty mecz oraz piąte czyste konto w barwach Blaugrany. Były reprezentant Polski zaliczył przynajmniej dwie bardzo dobre interwencje i w dużej mierze to dzięki niemu aktualni wicemistrzowie Hiszpanii zainkasowali komplet punktów. Wydaje się, że kolejnym udanym występem 34-latek już na dobre wywalczył sobie miejsce w podstawowym składzie zespołu ze stolicy Katalonii.

     

    JAK ZAGRAŁ ROBERT LEWANDOWSKI?

    Kiedy trzeba było, stanął na wysokości zadania. Wykorzystał rzut karny w pierwszej połowie spotkania i mógł cieszyć się ze swojego gola numer dwadzieścia w obecnym sezonie La Liga. Aktywny i szukający gry. Miał jeszcze kilka innych okazji, by zaskoczyć bramkarza Rayo Vallecano. Przebywał na murawie do 81. minuty, gdy zastąpił go Ferran Torres.

    TAK PADŁ GOL:

    28′ (1:0) Rzut karny dla Barcelony. Po centrze z rzutu rożnego, Pathe Ciss nieprzepisowo we własnej “szesnastce” próbował zatrzymywać Inigo Martineza, a główny arbiter zawodów – dzięki konsultacji z wozem VAR – wskazał na wapno. Chwilę później “jedenastkę” na gola pewnym uderzeniem od lewego słupka zamienił Robert Lewandowski.

    NAJWAŻNIEJSZE MOMENTY SPOTKANIA:

    4′ Niezła szansa gospodarzy na objęcie prowadzenia. Raphinha dośrodkował z lewego skrzydła, a Robert Lewandowski “główkował” dobre kilkadziesiąt centymetrów obok słupka.

    23′ Ładna akcja Blaugrany. Pedri posłał prostopadłe podanie do Raphinhi, który następnie wpadł w pole karne i mocno przymierzył z okolic czternastego metra. Udaną interwencją popisał się jednak Augusto Batalla. Z dobitą spieszył jeszcze Robert Lewandowski, ale Polak nieczysto trafił w futbolówkę.

    30′ Podwójna, znakomita parada golkipera Rayo Vallecano. W obu przypadkach bramkarza zespołu gości nie był w stanie pokonać Lamine Yamal.

    37′ Tym razem na wysokości zadania stanął Wojciech Szczęsny! 34-latek najpierw w ładnym stylu zatrzymał uderzenie z bliskiej odległości Randy’ego Nteki, a następnie uprzedził składającego się do strzału Alvaro Garcię.

    43′ Jorge De Frutos umieścił piłkę w siatce. Przyjezdni już cieszyli się z gola, jednak – zdaniem sędziego – będący na spalonym Randy Nteka utrudniał interwencję Inigo Martinezowi i wynik pozostawał bez zmian.

    https://x.com/ELEVENSPORTSPL/status/1891586646631485693

    54′ Kolejna okazja Roberta Lewandowskiego. Kapitan reprezentacji Polski otrzymał krótkie podanie od Pedriego i zdecydował się na płaskie uderzenie z dwunastego metra obok dalszego słupka. Zabrakło niewiele.

    67′ Wojciech Szczęsny po raz kolejny zachował czujność w bramce. Tym razem nie dał się zaskoczyć po dość groźnej próbie Jorge De Frutosa z ostrego kąta.

    71′ Ekipa Hansiego Flicka powinna podwyższyć prowadzenie, ale źle nastawiony celownik miał Raphinha. Brazylijczyk w krótkim odstępie czasu zmarnował dwie doskonałe sytuacje. Raz jego strzał wybronił Augusto Batalla, a chwilę później posłał futbolówkę wysoko nad poprzeczką.

    90+1′ To mogło być 1:1. Adrian Embarba dorzucił z lewej flanki do wbiegającego w “szesnastkę” Jorge De Frutosa, który wydaje się, że za mocno podszedł pod piłkę i ostatecznie spudłował.

    https://x.com/ELEVENSPORTSPL/status/1891589200232714422

    PODSUMOWANIE:

    https://x.com/ELEVENSPORTSPL/status/1891591908775936019

    Barcelona – dzięki wygranej – wskoczyła na fotel lidera La Liga. Obecnie ma tyle samo punktów na koncie, co Real Madryt. Królewskich wyprzedza jednak dużo lepszym bilansem bramkowym. Trzecie w stawce Atletico Madryt do obu drużyn traci jedno “oczko”. Rayo Vallecano, mimo porażki, pozostało na szóstej pozycji.

     

  • Lewandowski znów zachwyca. Takiej serii nie miał już dawno

    Lewandowski znów zachwyca. Takiej serii nie miał już dawno

    Lewandowski znów zachwyca. Takiej serii nie miał już dawn

     

    FC Barcelona objęła prowadzenie w 28. minucie meczu z Rayo Vallecano. Robert Lewandowski wykorzystał rzut karny. Tym samym kapitan reprezentacji Polski zdobył bramkę w czwartym ligowym spotkaniu z rzędu.

     

    Robert Lewandowski jest w tym sezonie w świetnej formie. Napastnik jest liderem klasyfikacji strzelców La Ligi. W ostatnich tygodniach regularnie wpisuje się na listę strzelców.

     

    Nie inaczej było w meczu z Rayo Vallecano. W pierwszej połowie tego spotkania Pathe Ciss bezmyślnie sfaulował w polu karnym Inigo Martineza i sędzia podyktował rzut karny.

     

    “Jedenastkę” dość szczęśliwie wykorzystał Polak, a piłka po jego strzale odbiła się od słupka i wpadła do siatki (więcej TUTAJ). Dla Lewandowskiego to już czwarty ligowy mecz z rzędu, w którym strzelił gola.

     

    Takiej serii nie miał od września 2023 roku. Biorąc pod uwagę jego pobyt w FC Barcelonie, tylko raz napastnik miał bardziej imponującą passę na ligowych boiskach. W okresie od 21 sierpnia do 1 października 2022 roku, reprezentant Polski zaliczył sześć kolejnych spotkań La Ligi z golem.

     

    Lewandowski w rywalizacji z Rayo zaliczył 20. ligowe trafienie w tym sezonie.

    Poniedziałkowy mecz w wyjściowym składzie “Dumy Katalonii” rozpoczął także Wojciech Szczęsny.

  • To nie koniec. Nie zostawili Igi Świątek w spokoju. Wraca temat dyskwalifikacji

    To nie koniec. Nie zostawili Igi Świątek w spokoju. Wraca temat dyskwalifikacji

    To nie koniec. Nie zostawili Igi Świątek w spokoju. Wraca temat dyskwalifikacj

     

    Wydawało się, że temat nieświadomego zażycia substancji zakazanej Iga Świątek ma już za sobą. Temat wrócił jednak na czołówki serwisów informacyjnych po raz kolejny. Stało się tak za sprawą decyzji ogłoszonej w sobotę przez Światową Agencję Antydopingową (WADA), która zawiesiła Jannika Sinnera na trzy miesiące za wykrycie w jego organizmie clostebolu. Polska tenisistka była indagowana na tę okoliczność na konferencji prasowej przez turniejem w Dubaju.

     

    Jannik Sinner zupełnie inaczej planował pierwsze półrocze obecnego sezonu. Na korcie nie zobaczymy go przez trzy miesiące. Do rywalizacji wróci dopiero na początku maja

     

    To efekt dyskwalifikacji, jaką nałożono na niego w sobotę. Światowa Agencja Antydopingowa (WADA) potraktowała jego przypadek bardziej zasadniczo niż Międzynarodowa Agencja Integralności Tenisa (ITIA). Wykrycia w organizmie włoskiego tenisisty śladowych ilości clostebolu, czyli substancji zakazanej,  ostatecznie nie puszczono płazem.

     

    Sinner ukarany, ale pod ostrzałem pytań Świątek. “Wierzę, że proces był uczciwy

     

    “Bazując na faktach zebranych w sprawie, WADA uznała, że kara zawieszenia na okres trzech miesięcy będzie adekwatna do winy zawodnika. Decyzja ta nie jest równoznaczna z anulowaniem zawodnikowi jakichkolwiek wyników” – czytamy w oficjalnym komunikacie organizacji, na czele której stoi Polak Witold Bańka.

     

    Dopingowa wpadka w Sinnera nie była jedyną tego rodzaju “bombą” w ubiegłym roku. Jesienią ofiarą podobnej historii stała się Iga Świątek. Polka zażyła nieświadomie trimetazydynę. Niedozwolona substancja znajdowała się w zanieczyszczonych tabletkach z melatoniną.

     

    Raszynianka została zawieszona przez ITIA na miesiąc. Decyzja była jednak nieprawomocna. Gdyby dochodzenie w tej sprawie zechciała kontynuować WADA – jak w przypadku Sinnera – Polka mogłaby zostać ukarana o wiele surowiej.

     

    – Nie ma co porównywać i stawiać tych dwóch rzeczy obok siebie – powiedziała Świątek podczas konferencji prasowej w Dubaju. – To było zupełnie inne od samego początku. Ponadto dostarczyliśmy całą dokumentację naprawdę dokładnie. Zrobiliśmy wszystko, czego potrzebowali i postępowaliśmy zgodnie z instrukcjami, więc nie było miejsca i nie było sensu, aby WADA nawet się odwoływała. Więc tak, byłam prawie pewna, że to będzie koniec sprawy

     

    Wydawało się, że pytania o doping i dyskwalifikację Świątek ma już za sobą. Widać jednak, że nie tak łatwo się od tego uwolnić. Dziennikarze domagali się od drugiej rakiety świata komentarza na temat zawieszenia Sinnera.

     

    Staram się nie osądzać – odpowiedziała bez emocji Polka. – Każdy przypadek jest inny. Każda historia jest inna, to oczywiste. Ze względu na sytuację Jannika lub moją jesteśmy w pewnym sensie nawet celebrytami, pomijając grę w tenisa. Każdy myśli o tym ze stu różnych perspektyw. Ale ja po prostu staram się trzymać faktów i czytać dokumenty .

     

    Nie rozmawiałam na ten temat z Jannikiem. Domyślam się jednak, że to dla niego trudny czas, trudna sytuacja. Mam nadzieję, że wkrótce wróci do tenisa. Wierzę, że proces przebiegł uczciwie – dodała.

     

    We wtorek Świątek rozpoczyna batalię o tytuł w turnieju WTA 1000 w Dubaju. Jej pierwszą rywalką będzie Białorusinka Wiktoria Azarenka (35. WTA). Transmisja live z tego spotkania w sportowym serwisie Interii (początek meczu ok. 9:30). 

     

  • Robert Lewandowski w trybie bestii. Idzie po rekord Leo Messiego i Cristiano

    Robert Lewandowski w trybie bestii. Idzie po rekord Leo Messiego i Cristiano

    Robert Lewandowski w trybie bestii. Idzie po rekord Leo Messiego i Cristiano Ronaldo

    Robert Lewandowski jest w tym sezonie w trybie “bestii”. W poniedziałek strzelił 20. gola w sezonie w lidze, co oznacza, że przekroczył magiczną granicę. Tym razem trafił z rzutu karnego w meczu z Rayo Vallecano. Ten sezon staje pod znakiem śrubowania kolejnych rekordów. To 12. sezon Roberta Lewandowskiego w czołowych pięciu ligach Europy, w którym strzelił co najmniej 20 goli w lidze. Rekord Leo Messiego i Cristiano Ronaldo zagrożony.

     

    W poniedziałek Barcelona mierzy się z Rayo Vallecano w meczu 24. kolejki La Liga. Od pierwszej minuty grą zarówno Robert Lewandowski, jak i Wojciech Szczęsnego. No i zgodnie z oczekiwaniami już w pierwszej połowie Lewandowski strzelił gola. W 28. minucie pewnie wykorzystał rzut karny. Było to dla niego 20. ligowe trafienie w tym sezonie

     

    Robert Lewandowski goni Leo Messiego i Cristiano Ronaldo. Niewiarygodny rekord w zasięgu

     

    Po zadyszce w ubiegłym sezonie Robert Lewandowski wyraźnie odżył pod wodzą Hansiego Flicka. Co równie ważne, wróciła dawna skutecznego. Dzięki 20. trafieniu w sezonie umocnił się na prowadzaniu w klasyfikacji strzelców La Liga. Drugi Kylian Mbappe ma na koncie 17 goli.

     

    Lewandowski w tym sezonie śrubuje kolejne rekordy. W poniedziałek przekroczył kolejną magiczną granicę. Po raz 12. w karierze strzelił co najmniej 20 goli w sezonie w czołowych pięciu ligach Europy. W ostatnich latach nie udało mu się tylko w poprzednim sezonie, w którym strzelił “zaledwie” 19 bramek w lidze.

     

    https://x.com/K_Rogolski/status/1891588036476981699

     

    W XXI wieku lepsi od niego są tylko… Leo Messi oraz Cristiano Ronaldo, który strzelili co najmniej 20 goli w lidze w 13. sezonach. Lewandowski będzie miał szansę ich dogonić, a być może także wyprzedzić. Ostatnio pojawiły się pogłoski, że Barcelona chciałaby przedłużyć z nim kontrakt do 2027 r. Jeśli tak stałoby się, Lewandowski miałby dwa sezony na, by wyprzedzić legendy.

     

  • Szczęsny był niesamowity w dzisiejszym meczu! Sprawdź oceny zawodników Barcelony przeciwko Vallecano, zwłaszcza…

    Szczęsny był niesamowity w dzisiejszym meczu! Sprawdź oceny zawodników Barcelony przeciwko Vallecano, zwłaszcza…

    Wielka noc w FC Barcelonie! Lewandowski i Szczęsny wracają na szczyt!

    Barcelona nie miała łatwego zadania, bo z Rayo Vallecano w ostatnich latach hiszpańskim gigantom gra się bardzo trudno. Mogła strzelić kilka goli, ale ostatecznie jedno trafienie wystarczyło do pokonania rywala i powrotu na pozycję lidera La Ligi. Kluczowe role odegrali Robert Lewandowski i Wojciech Szczęsny. Gdyby nie polski duet, to “Blaugrana” zaliczyłaby wpadkę. Nie brakowało też kontrowersji sędziowskich.

     

    Barcelona miała znakomitą okazję wrócić na pozycję lidera La Ligi po prawie dwóch miesiącach. Kiedy zaczęła znów regularnie wygrywać, potknięcia zaliczali Real Madryt i Atletico Madryt. Ale trzeba było wygrać z Rayo Vallecano, rewelacją tego sezonu, niespodziewanie szóstą siłą rozgrywek.

    Pół godziny kontroli Barcelony, a potem strach o wynik

     

    Barcelona dość szybko przejęła kontrolę nad wydarzeniami boiskowymi. Z łatwością wchodziła w pole karne Rayo. Wykorzystywała nerwowość i niefrasobliwość w obronie rywala. Brakowało jedynie skuteczności ze strony Raphinhi i Lamine’a Yamala oraz dokładnych podań do dobrze ustawiającego się Roberta Lewandowskiego.

     

    W końcu przyszła 20. minuta, wtedy sędzia podyktował rzut karny po faulu Pathe Cissa na Inigo Martinezie. Gracz Rayo sprowadził stopera Barcelony do parteru. Ten faul wychwycił VAR, arbiter oglądał powtórki i dopiero po ich obejrzeniu wskazał na “wapno”. Do rzutu karnego podszedł Lewandowski. Uderzył w swoim stylu, bramkarz rzucił się w drugą stronę. Piłka dodatkowo odbiła się od słupka, ale wpadła do siatki. Polak mógł cieszyć się z 20. gola w lidze – przebił dorobek z zeszłego sezonu.

     

    Barcelona chciała zdobyć drugiego gola, ale była do bólu nieskuteczna, każdy strzał zatrzymywał się na bramkarzu gości. I tak ten mecz wyglądał do 35. minuty. Rayo głównie się broniło, aż nagle postanowiło grać wyższym pressingiem. To pozwoliło wyraźnie zbliżyć się do pola karnego Barcelony, a nawet bramki Wojciecha Szczęsnego. Polski bramkarz miał kilka okazji, by się wykazać. Szczególnie popisał się przy strzale Randy’ego Nteki z kilku metrów i dobitce Alvaro Garcii z dwóch metrów. Obrona “Blaugrany” tutaj popełniła serię błędów.

     

    Kilka minut przed końcem pierwszej połowy padł gol dla Rayo, ale nie został uznany. Tutaj można mówić o kontrowersji, bo to była typowa sytuacja do interpretacji. Strzelec gola, Jorge De Frutos, nie palił akcji, sprytnie oszukał Szczęsnego. Ale na spalonym był Nteka, który zablokował wracającego Inigo Martineza. Gdyby nie on, Hiszpan zapewne mógłby zablokować uderzenie rywala, przynajmniej tak uznał arbiter.

     

    Do przerwy było 1:0 dla Barcelony, ale wcale nie była taka pewna dobrego wyniku.

     

    Kolejna kontrowersja i szczęście Barcelony

    Druga połowa była bardziej chaotyczna. Sam Pedri nie był w stanie nadawać tempa i kreować gry. Po wejściu Daniego Olmo Barcelona znów tworzyła ogromne zagrożenie. On sam raz się popisał, obracając się z piłką w polu karnym. Chciał minąć bramkarza, ale potknął się o jego nogę. Był kontakt, więc powinien być rzut karny, ale sędziowie tego nie dostrzegli. Można mówić o kolejnej kontrowersji. Zamiast tego puścili grę – Raphinha uderzył mocno z ostrego kąta, ale Augusto Batalla zdołał to obronić.

     

    Chwilę później Brazylijczyk miał znakomitą okazję. Znalazł się w sytuacji sam na sam z bramkarzem, ale mógł spokojnie grać do lepiej ustawionego Lewandowskiego. Polak strzeliłby do pustej bramki. Zamiast tego Raphinha postanowił samemu wykończyć akcję i to nie była dobra decyzja – posłał piłkę ponad bramką Rayo. Z kolei Olmo też kilka razy wpadł z piłką w pole karne, mógł grać do Lewandowskiego, ale podejmował złe decyzje. Niemnije trzeba docenić Hiszpana za dużą chęć do ofensywnej gry.

     

    Rayo w końcówce znowu pokazało pazur, ale Szczęsny dobrze czytał grę gości. Jednak w sytuacji z 90. minuty nie miałby najmniejszych szans. Obrona nieoczekiwanie nie nadążyła za szeroko grana akcją Rayo i nie upilnowała De Frutosa w polu karnym. Gracz gości doskoczył do piłki, ale nieczysto uderzył głową, strzelił nad poprzeczką. Zapewne gdyby chciał uderzyć nogą, miałby większe szanse na gola.

     

    Barcelona wytrzymała do końca z wynikiem 1:0 i odzyskała pozycję lidera La Ligi po prawie dwóch miesiącach. Zrównała się punktami z Realem Madryt, ale dzięki bilansowi bezpośrednich spotkań (wygrana 4:0 na Bernaberu – red.) jest przed “Los Blancos”. Trzy punkty w tym meczu to duża zasługa Lewandowskiego i Szczęsnego.

     

  • Piętnasty gol Pajor w hiszpańskiej ekstraklasie

    Piętnasty gol Pajor w hiszpańskiej ekstraklasie

    Piętnasty gol Pajor w hiszpańskiej ekstraklasie

    Ewa Pajor zdobyła bramkę dla Barcelony w wygranym 5:1 u siebie meczu z Madrid CFF w hiszpańskiej ekstraklasie – Liga F. Piłkarka reprezentacji Polski ma łącznie 15 trafień w lidze i wciąż prowadzi w klasyfikacji strzeleckiej.

     

    28-letnia Pajor, która przed tym sezonem przeniosła się do stolicy Katalonii z VfL Wolfsburg, trafiła do siatki w 30. minucie, wykorzystując błąd w obronie drużyny z Madrytu – wówczas na 2:1.

     

    Taki wynik utrzymał się do przerwy, a w drugiej połowie koleżanki polskiej zawodniczki zdobyły jeszcze trzy bramki.

     

    W niedzielę Pajor rozegrała całe spotkanie. Jej drużyna jest zdecydowanym liderem tabeli z dorobkiem 54 punktów – w 19 meczach Barcelona zanotowała 18 zwycięstw i tylko jedną porażkę (1 lutego sensacyjnie 1:2 u siebie z przedostatnim Levante).

     

  • Co za forma Wojciecha Szczęsnego. Ta parada będzie hitem sieci [WIDEO]

    Co za forma Wojciecha Szczęsnego. Ta parada będzie hitem sieci [WIDEO]

     

    Co za forma Wojciecha Szczęsnego. Ta parada będzie hitem sieci [WIDEO]

    Wojciech Szczęsny na dobre zadomowił się w bramce FC Barcelona i z tygodnia na tydzień jego forma wygląda coraz lepiej. Kolejny popis nasz bramkarz dał w końcówce pierwszej połowy meczu 24. kolejki hiszpańskiej La Liga z Rayo Vallecano. Polak zaprezentował kapitalną podwójną paradę w bardzo trudnej sytuacji i uchronił “Blaugranę” przed stratą gola.

     

    Historia podpisania kontraktu Wojciecha Szczęsnego z FC Barcelona jest bardzo nietypowa. Polak pod koniec sierpnia 2024 roku ogłosił koniec kariery i udał się na emeryturę, a nieco ponad miesiąc później – na początku października oficjalnie ogłoszono go nowym bramkarzem wicemistrzów Hiszpanii.

     

    Pierwsze trzy miesiące Polak poświęcił na aklimatyzację w nowym środowisku, a od połowy stycznia niespodziewanie stał się oficjalnie pierwszym golkiperem “Dumy Katalonii”. Ten wybór Hansiego Flicka był bardzo zaskakujący i podobno nie spodobał się części szatni “Blaugrany”.

     

    Szczęsny znów błysnął. Wyśmienita parada Polaka

     

    Pierwsze mecze Polaka były trudne i obfitowały w różnego rodzaju błędy, ale widać, że z każdym tygodniem staje się coraz pewniejszy i potwierdza, że jego forma jest naprawdę bardzo wysoka. O emeryturze zdecydowanie już dawno zapomniał.

     

    Kolejny bardzo wyraźny sygnał dał w spotkaniu 24. kolejki hiszpańskiej La Liga. FC Barcelona prowadziła już 1:0 z Rayo Vallecano, a goście wyszli z szybką kontrą. Piłka ze skrzydła została dograna w pole karne. Tam świetną interwencją jedną ręką zatrzymał jej drogę do bramki właśnie Szczęsny.

    https://x.com/ELEVENSPORTSPL/status/1891589200232714422

    Futbolówka odbiła się w bok, a tam starał się do niej dopaść drugi z zawodników gości, ale Szczęsny rzucił się na piłkę i złapał ją przed tym, jak zdołał ją kopnąć piłkarz przyjezdnych z obrzeży Madrytu. Dzięki temu Barcelona zachowała prowadzenie do przerwy.