• Znamy rywalkę Igi Świątek w kolejnej rundzie Indian Wells!

    Znamy rywalkę Igi Świątek w kolejnej rundzie Indian Wells!

    Znamy rywalkę Igi Świątek w kolejnej rundzie Indian Wells!

    Czekając na swój mecz w II rundzie Indian Wells, Iga Świątek poznała swoją potencjalną rywalkę w kolejnym etapie turnieju. Wyłonił ją mecz Ons Jabeur z Dajaną Jastremską. Po godzinie i 11 minutach wszystko było już jasne.

     

    Ons Jabeur (32. WTA) z Dajaną Jastremską (46. WTA) wyszły na kort po godzinie 23 polskiego czasu. Praktycznie wiadomo już wtedy było, że ich mecz zakończy się przed pojedynkiem Igi Świątek z Caroline Garcią. Polka mogła więc obserwować, na kogo trafi w kolejnej rundzie Indian Wells, jeśli upora się z Francuzką.

     

    Pierwszy set zaczął się od wzajemnych przełamań i wyniku 1:1. Potem obie zawodniczki szły łeb w łeb, a emocje sięgnęły zenitu w ostatnich dwóch gemach. Przy wyniku 4:3 dla Jastremskiej doszło do przełamania na korzyść Ukrainki, która w następnym gemie serwowała na wygraną w secie. Ostatnia partia pierwszego seta była wyjątkowo zacięta. Jabeur nie podłamała się i miała nawet dwie szanse na przełamanie. Tunezyjka jednak żadnej z nich nie wykorzystała. Za to Jastremska miała dwie piłki setowe i druga próba okazała się szczęśliwa. Pierwszy set padł łupem Ukrainki 6:3.

     

    Drugi set rozpoczął się podobnie jak pierwszy – od przełamań. Tyle że tym razem było ich więcej – trzy pierwsze gemy skończyły się wygraną zawodniczki odbierającej serwis. Jako pierwsza swoje podanie utrzymała Jastremska, po czym zaczęła w zasadzie demolkę przeciwniczki. Jabeur się posypała i do końca meczu nie wygrała już ani jednego gema! Łącznie w całym spotkaniu została przełamana aż sześć razy (cztery razy w drugim secie). Jastremska wygrała drugiego seta 6:1 i awansowała do kolejnej rundy. To oznacza, że to Ukrainka będzie rywalką Świątek w kolejnym etapie turnieju.

     

    Dajana Jastremska rywalką Igi Świątek w III rundzie Indian Wells.

     

    Tym samym będziemy świadkami drugiego już w tym roku pojedynku między Polką, a Jastremską. Poprzednio obie tenisistki spotkały się niedawno, bo 19 lutego podczas turnieju w Dubaju. W III rundzie turnieju Świątek wygrała 7:5, 6:0. Jeszcze wcześniej zawodniczki spotkały się ze sobą w lutym 2019 roku. Podczas rozgrywek o Fed Cup 7:6, 6:4 lepsza była Ukrainka.

     

    Przypomnijmy – w swoim pierwszym meczu w Indian Wells Iga Świątek pokonała Caroline Garcię 6:2, 6:0.

     

  • Ewa Pajor miażdży rekordy i zachwyca Barcelonę – zaczyna się nowa era!

    Ewa Pajor miażdży rekordy i zachwyca Barcelonę – zaczyna się nowa era!

    Ewa Pajor miażdży rekordy i zachwyca Barcelonę – zaczyna się nowa era!

    Świat kobiecej piłki nożnej właśnie był świadkiem historycznego momentu, a w jego centrum znajduje się nie kto inny jak Polka – Ewa Pajor. Napastniczka, która latem 2024 roku przeniosła się do FC Barcelony w głośnym transferze, błyskawicznie zaznaczyła swoją obecność w klubowych kronikach. Zdobywając imponujące dziewięć bramek w pierwszych sześciu meczach ligowych, Pajor oficjalnie pobiła poprzedni rekord siedmiu goli, który należał do Asisat Oshoali i Sonii Bermúdez.

     

    Jej występy były niezwykle widowiskowe, ale jeden mecz szczególnie zapadł w pamięć – elektryzujący pokaz umiejętności w derbach Katalonii przeciwko Espanyolowi. W zaledwie 45 minut Pajor zdemolowała defensywę rywalek, zdobywając spektakularnego hat-tricka i prowadząc swój zespół do efektownego zwycięstwa 7:1. To nie był jednorazowy popis – już wcześniej zanotowała hat-tricka w meczu z Granadą, zakończonym wynikiem 10:1.

     

    Pomimo dołączenia do jednego z najbardziej prestiżowych klubów świata, Pajor błyskawicznie zaaklimatyzowała się w nowym otoczeniu. Kluczowym czynnikiem ułatwiającym ten proces była możliwość ponownej gry u boku trzech byłych koleżanek z VfL Wolfsburg, które również zasiliły Barcelonę. Ich boiskowa chemia jest widoczna gołym okiem, a niezłomna etyka pracy Pajor zyskała uznanie zarówno sztabu szkoleniowego, jak i koleżanek z drużyny.

     

    Obecnie Pajor przewodzi klasyfikacji strzelczyń ligi hiszpańskiej, podążając śladami innego polskiego supergwiazdora – Roberta Lewandowskiego w męskich rozgrywkach. Jej rekordowe osiągnięcia to nie tylko osobisty triumf, ale także potężny sygnał o rosnącej sile polskiej piłki na arenie międzynarodowej.

     

    Pajor jest w życiowej formie i z każdym meczem pisze historię na nowo. Pozostaje tylko jedno pytanie – jak daleko może jeszcze zajść?

     

  • Noc, Kiedy Robert Lewandowski Złamał Prawa Futbolu – Pięć Goli w Dziewięć Minut

    Noc, Kiedy Robert Lewandowski Złamał Prawa Futbolu – Pięć Goli w Dziewięć Minut

    Noc, Kiedy Robert Lewandowski Złamał Prawa Futbolu – Pięć Goli w Dziewięć Minut

    Piłka nożna dostarczyła nam niezliczonych niezapomnianych momentów—błysków geniuszu, zapierających dech w piersiach bramek i rekordowych osiągnięć. Ale niektóre wyczyny wykraczają poza samą grę, pozostając w naszej pamięci, jakby czas się zatrzymał. Jednym z takich momentów był 22 września 2015 roku, gdy Robert Lewandowski dokonał czegoś niewiarygodnego.

     

    Była to zwykła noc Bundesligi na Allianz Arenie. Bayern Monachium, aktualny mistrz Niemiec, podejmował Wolfsburg. Kibice spodziewali się zaciętego meczu, ale nikt—absolutnie nikt—nie był gotowy na to, co miało się wydarzyć.

     

    Frustrujący Początek, Który Przeszedł do Historii

     

    Bayern Monachium znalazł się w nieoczekiwanej sytuacji po pierwszej połowie. Wolfsburg objął prowadzenie po golu Daniela Caligiuriego, a mimo dominacji w posiadaniu piłki, drużyna Pepa Guardioli nie potrafiła sforsować obrony rywala. Lewandowski, siedząc na ławce rezerwowych, obserwował, jak jego koledzy szukają przełamania.

     

    W przerwie Guardiola podjął decyzję, która miała zapisać się w futbolowej historii—wpuścił Lewandowskiego na boisko. To, co wydarzyło się potem, przekroczyło wszelkie granice piłkarskiej logiki.

    Dziewięć Minut, Które Wstrząsnęły Światem Futbolu

    Druga połowa ledwo się rozpoczęła, gdy polski napastnik zaatakował. Po chaotycznym wybiciu piłka spadła pod jego nogi w polu karnym, a on jednym, potężnym uderzeniem prawej nogi wpakował ją do siatki. 51. minuta. 1:1.

    Zanim spiker stadionowy zdążył wypowiedzieć jego nazwisko, Lewandowski uderzył ponownie. Bayern ruszył do ataku, a sprytne podanie w pole karne znalazło Polaka w odpowiednim miejscu. Bez wahania uderzył piłkę do bramki. 2:1. 52. minuta.

    Trybuny nie zdążyły jeszcze przetrawić tej eksplozji futbolowej magii, a Lewandowski już dopełniał hat-tricka. Perfekcyjne dośrodkowanie Douglasa Costy, mocny strzał z woleja—nagle było 3:1. Hat-trick w cztery minuty.

    Ale on nie zamierzał się zatrzymać.

    Wolfsburg, kompletnie oszołomiony, nie wiedział, co robić. Bayern kontynuował ofensywę. Tym razem Lewandowski zanurkował w polu karnym i strzałem głową posłał piłkę do siatki. 4:1. 55. minuta.

    W tym momencie nawet Guardiola—jeden z największych piłkarskich strategów—stał na linii bocznej, trzymając się za głowę, nie mogąc uwierzyć w to, co widzi. Kamery uchwyciły jego zdumienie.

    I wreszcie, wielki finał. Arcydzieło.

    Górne dośrodkowanie w pole karne wydawało się nieszkodliwe. Ale Lewandowski, teraz grający jakby kierowany przez wyższą siłę, obrócił się w powietrzu i huknął potężnym nożycowym strzałem. Siatka zatrzepotała. Allianz Arena eksplodowała. Tablica wyników pokazywała 5:1. 60. minuta.

    Pięć goli. Dziewięć minut. Świat futbolu nigdy wcześniej czegoś takiego nie widział.

    Rekord, Który Może Nigdy Nie Zostać Pobity

    Guardiola, wciąż w szoku, odwrócił się do swoich asystentów, kręcąc głową i śmiejąc się w niedowierzaniu. Nawet piłkarze Wolfsburga wyglądali na sparaliżowanych, nie mogąc pojąć, jak jeden człowiek mógł w tak krótkim czasie zniszczyć ich drużynę.

    Gdy Lewandowski schodził z boiska, całe stadion powstał, by oddać mu hołd. Jego koledzy z drużyny go obejmowali. Kibice skandowali jego nazwisko. Świat piłki nożnej patrzył z zachwytem.

    Do dziś nikt nie powtórzył tamtych dziewięciu minut magii. Napastnicy marzą o strzeleniu pięciu goli w meczu, a co dopiero w jednej połowie. Ale zrobić to w dziewięć minut? To wciąż pozostaje anomalią—momentem futbolowej perfekcji, który może już nigdy się nie powtórzyć.

    A jednak, z biegiem lat, kibice nie mogą nie zauważyć kontrastu. Ten sam Lewandowski, który kiedyś nie mógł przestać strzelać, teraz coraz częściej łapany jest na spalonym przy niemal każdej bramkowej okazji. Zabójcza precyzja, która definiowała jego najlepsze lata, zaczęła ustępować miejsca frustracji.

    Ale bez względu na to, jak potoczy się jego kariera, jedno jest pewne—tamtej nocy w 2015 roku Robert Lewandowski zrobił coś, co na zawsze zostanie zapisane w historii futbolu. A ci, którzy to widzieli, zawsze będą pamiętać: może już nigdy nie zobaczymy czegoś takiego.

     

  • Hanna Mazur Zachwyca Świat Łyżwiarstwa Szybkiego – Dwa Medale w Zaledwie Dwie Godziny!

    Hanna Mazur Zachwyca Świat Łyżwiarstwa Szybkiego – Dwa Medale w Zaledwie Dwie Godziny!

    Hanna Mazur Zachwyca Świat Łyżwiarstwa Szybkiego – Dwa Medale w Zaledwie Dwie Godziny!

    Dla większości sportowców zdobycie jednego medalu mistrzostw świata to spełnienie marzeń. Dla 16-letniej Hanny Mazur był to dopiero początek dnia, którego nigdy nie zapomni. Podczas mistrzostw świata juniorów w Collalbo młoda polska łyżwiarka szybka dokonała rzeczy niezwykłej—sięgnęła po dwa brązowe medale w ciągu zaledwie dwóch godzin!

     

    Błyskawiczny Start w Wyścigu na 500 Metrów

     

    Pierwszym wyzwaniem Mazur tego dnia był niezwykle wymagający bieg na 500 metrów. Zawodniczka UKS Orlica Duszniki-Zdrój zaprezentowała niesamowitą szybkość i determinację, osiągając czas 39,44 sekundy, co zapewniło jej miejsce na podium.

     

    Złoty medal zdobyła Shizuko Okuaki z Japonii, która zdeklasowała rywalki czasem 39,00 sekundy. Na drugim stopniu podium stanęła Huidan Jung z Korei Południowej, uzyskując 39,30 sekundy.

     

    Bez Czasu na Odpoczynek – Kolejne Podium w Biegu na 1500 Metrów!

     

    Podczas gdy większość sportowców odpoczywałaby po wyczerpującym sprincie, Mazur miała inne plany. Zaledwie dwie godziny później ponownie pojawiła się na lodzie, tym razem rywalizując w biegu na 1500 metrów—dyscyplinie wymagającej zarówno wytrzymałości, jak i strategii.

     

    Rok temu zdobyła brązowy medal na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich Młodzieży w Gangwon w tej samej konkurencji. Teraz ponownie potwierdziła swoją klasę na światowej scenie, osiągając czas 2:03,73 i zdobywając drugi brązowy medal tego dnia.

     

    Przed ostatnim biegiem 16-latka utrzymywała trzecią pozycję—i żadna z rywalek nie zdołała jej wyprzedzić. Jej fenomenalny wyczyn stał się faktem.

     

    Tytuł mistrzyni świata juniorek w biegu na 1500 metrów zdobyła Austriaczka Jeannine Rosner, kończąc z wynikiem 2:01,60. Srebro powędrowało do Japonki Ayano Sekiguchi, która uzyskała czas 2:02,43.

     

    Polskie Łyżwiarstwo Szybkie na Fali Wzrostu

     

    Mazur nie była jedyną Polką, która zwróciła na siebie uwagę podczas mistrzostw. Zofia Braun również zaprezentowała się znakomicie, zajmując miejsce w pierwszej dziesiątce biegu na 1500 metrów z czasem 2:04,61.

     

    Z kolei w biegu na 500 metrów Wiktoria Dąbrowska uplasowała się na piątym miejscu z wynikiem 39,84 sekundy, a Julia Grzywińska znalazła się tuż za pierwszą dziesiątką, osiągając 40,77 sekundy.

     

    Rywalizacja Mężczyzn – Zacięta Walka o Podium

     

    W konkurencji mężczyzn tytuł mistrza świata w biegu na 500 metrów zdobył Kanadyjczyk Jalen Doan, uzyskując imponujący czas 35,83 sekundy. Tuż za nim znalazł się Japończyk Fuga Tsujimoto z wynikiem 35,84 sekundy, a brązowy medal przypadł Niemcowi Finnowi Sonnekalbowi, który uzyskał 35,91 sekundy.

     

    Dzień, Który Przejdzie do Historii Hanny Mazur

     

    Dwa wyścigi, dwa medale i jeden niezwykły dzień—Hanna Mazur na dobre zapisała się w historii polskiego łyżwiarstwa szybkiego. Mając zaledwie 16 lat, już osiągnęła coś wyjątkowego. Jeśli jej dotychczasowe wyniki są jakąkolwiek wskazówką, przyszłość tej fenomenalnej zawodniczki zapowiada się naprawdę ekscytująco!

     

  • Totalna miazga w meczu Świątek! Miny Abramowicz i Fissette’a mówią wszystko

    Totalna miazga w meczu Świątek! Miny Abramowicz i Fissette’a mówią wszystko

    Totalna miazga w meczu Świątek! Miny Abramowicz i Fissette’a mówią wszystko

    Wystarczyło 61 minut, choć wszystko było jasne nawet jeszcze szybciej. Iga Świątek nie dała żadnych szans Caroline Garcii w drugiej rundzie turnieju WTA 1000 w Indian Wells. Już w połowie meczu wygranego przez Polkę 6:2, 6:0 mogliśmy usłyszeć, co zmieniła w swojej grze po turniejach na Bliskim Wschodzie. Szybko zobaczyliśmy też wymowne miny trenera Wima Fissette’a i psycholożki Darii Abramowicz.

    W bezpośrednich pojedynkach 4:1 dla Igi Świątek. W przewidywaniach przed tym meczem aż 89 proc. szans na zwycięstwo dla Polki i tylko 11 proc. dla Caroline Garcii. Takie dane zaserwowano nam tuż przed meczem. Natomiast na początku tego meczu nie serwowały obie panie.

    Gem pierwszy: przełamana Garcia

    Gem drugi: przełamana Świątek

    Gem trzeci: przełamana Garcia

    Tak zaczęło się spotkanie. Dopiero po 14 minutach zobaczyliśmy pierwszego gema wygranego przez podającą – wtedy Polka wyszła na prowadzenie 3:1.

    Rywalka Świątek była królową asów. Była

    Jeśli obawialiśmy się, że Francuzka będzie świetnie serwowała, to szybko mogliśmy przestać się o Polkę martwić. Garcia zaserwowała najwięcej asów na świecie w 2022 i 2023 roku. Wtedy była zawodniczką z absolutnego topu – nawet numerem cztery rankingu WTA. Ale już rok 2024 skończyła na dopiero 48. miejscu, a dziś jest jeszcze dalej, na miejscu 71

    W 2025 roku Garcia wygrała tylko dwa mecze. A rozegrała zaledwie sześć. Ze wszystkich turniejów odpadała szybko. Nie dziwiło więc, że nikt nie dawał jej większych szans w starciu z naszą wiceliderką światowego zestawienia.

    Owszem, Świątek ma ostatnio pewne problemy. W Dosze przegrała po bardzo słabym meczu z Jeleną Ostapenko 3:6, 1:6. Następnie w Dubaju również wyraźnie uległa Mirze Andriejewej 3:6, 3:6. Ale to były porażki w półfinale i ćwierćfinale dużych turniejów, tysięczników. W tym roku Świątek jeszcze żadnej imprezy nie wygrała, ale też trzeba podkreślić, że przesadzają ci, którzy mówią o jakimś większym kryzysie. Bo finał United Cup, półfinał Australian Open, półfinał turnieju WTA 1000 w Dosze i ćwierćfinał WTA 1000 w Dubaju to zdecydowanie nie są wyniki kryzysowe. Nawet dla kogoś, kto w wieku 23 lat miał już wygrane 22 turnieje, w tym pięć wielkoszlemowych. I kto czeka na kolejny tytuł od czerwca ubiegłego roku (od Roland Garros).

    Czy Świątek w Indian Wells zakończy to oczekiwanie? Czy wygra swój pierwszy turniej pod wodzą trenera Wima Fissette’a? Dziś nie sposób odpowiedzieć. Na pewno po to przez tydzień trenowała w tenisowym kalifornijskim raju, żeby zwiększyć swoje szanse. I choć Garcia grała w pierwszej rundzie (wygrała z Amerykanką Perą 6:3, 6:4), a Świątek miała wolny los, to nie było widać, żeby Francuzka była już ograna, przyzwyczajona do warunków, a Polka nie. Przeciwnie – pomijając tego jedynego gema przegranego przy swoim serwisie na samym początku meczu Świątek wyglądała bardzo pewnie. Przy prowadzeniu 4:2 podwyższyła wynik, znów przełamując podanie Garcii. Zrobiła to w długim gemie, w którym rywalka naprawdę mocno się stawiała. I to był ostatni moment, w którym przeciwniczka miała jeszcze cokolwiek do powiedzenia.

    Komentatorka szybko dostrzegła zmiany w grze Świątek

    – Tu widzę różnicę u Igi w porównaniu z tym, co pokazywała na Bliskim Wschodzie. Jest bardzo stabilna na nogach. Widać, że jest czucie, jest przyczepność, że zgrywa się dół z górą – mówiła przy stanie 5:2 Klaudia Jans-Ignacik, która razem z Żelisławem Żyżyńskim komentowała mecz w C+.

    Świątek rzeczywiście z każdą minutą tylko przyspieszała. Kolejne dobre akcje ją napędzały. Wyglądała świeżo zdecydowanie nie tylko dzięki temu, że sponsor techniczny przygotował jej nowy strój (czarna spódniczka, biała koszulka i żółta czapeczka). Iga grała mądrze, kątowo, ganiała Garcię po całym korcie. I nie zrażała się, gdy czasem wyrzuciła piłkę poza kort. Po 35 minutach wygrała pierwszą partię 6:2. – Dawno nie widzieliśmy takiego forhendu u Igi – zachwycała się Jans-Ignacik po ataku wzdłuż linii na miarę drugiego setbola. Pierwszego Garcia jeszcze obroniła, drugiego już nie była w stanie.

    W króciutkiej przerwie między setami realizator transmisji pokazał nam sztab Igi. Psycholożka Daria Abramowicz, sparingpartner Tomasz Moczek i trener Wim Fissette (zwłaszcza on!) wyglądali na ukontentowanych naprawdę solidną grą swojej zawodniczki. Wyświetlone nam chwilę później statystyki potwierdzały wyraźną przewagę Igi w każdym elemencie. W pierwszej partii Świątek miała 10 uderzeń kończący, a Garcia cztery. Niewymuszonych błędów Polka popełniła 12, a Francuzka 13. Po pierwszym serwisie Iga wygrała aż 71 proc. punktów, a Caroline – tylko 41 proc.

    I właśnie serwis Garcii kolejny raz Świątek przełamała od razu na start drugiego seta. A po chwili dołożyła gema przy swoim podaniu i było już 6:2, 2:0. – Spokojnie Iga robi swoje. Duża, coraz większa przewaga Polki – komentował Żyżyński. – Przewaga nie tylko wynikowa – dodawała Jans-Ignacik, która chwilę wcześniej chwaliła Polkę za mądrą grę. – Jak w szachach. Albo jak w snookerze. Jak zagram jej tutaj, to dostanę tu – analizowała jedną z akcji.

    Żyżyński nie bez racji zauważał, że można by się przyczepić o niektóre nietrafione piłki. Nawet, o dziwo, z bekhendu. Ale jak na pierwszy mecz w nowym miejscu, w wietrznych warunkach, Świątek prezentowała się naprawdę dobrze. To ważne, żeby jak najszybciej poczuła się jak u siebie tam, gdzie wygrywała turniej już dwa razy (w 2022 i 2024 roku). – Błędy będzie popełniać każdy, ale widać, że coraz pewniej czuje się na korcie Iga – mówiła Jans-Ignacik, gdy Świątek jeszcze raz przełamała Garcię i prowadziła 6:2, 3:0. – Za dobrze gra Iga dla Garcii – podkreślał już wtedy Żyżyński.

    Obyśmy w kolejnych dniach mówili to w trakcie meczów Świątek z następnymi rywalkami. Najbliższą, w trzeciej rundzie, będzie dla Igi Ukrainka Dajana Jastremska. Panie świetnie się znają choćby dzięki niedawnej potyczce (z 19 lutego) z Dubaju. Tam Świątek wygrała 7:5,6:0.

  • Jest, jest, jest! Co za dzień Polski na HME! Mamy złoto!

    Jest, jest, jest! Co za dzień Polski na HME! Mamy złoto!

    Jest, jest, jest! Co za dzień Polski na HME! Mamy złoto!

    Czuję się najlepszy, muszę tu wygrać – mówił już po eliminacjach. Jakub Szymański przyjechał do Apeldoorn na halowe ME w lekkoatletyce jako faworyt i pokazał, że nie jest szefem. Mamy złoto!

     

    Miał w tym roku najlepszy wynik w Europie, ma złoty medal mistrzostw Europy. Proste? Dla Jakuba Szymańskiego tak. Nasz sprinter specjalizujący się w biegach przez płotki pokazał, że presja to dla niego żadna przeszkoda. Przeciwnie – miano faworyta działało na niego wspaniale. W Apeldoorn od pierwszego do ostatniego startu dawał pokazy mocy. A po wygranej walce o złoto aż ryczał z radości, dumnie prezentując biało-czerwoną flagę.

     

    Polak w finałowym biegu na 60 m przez płotki uzyskał czas 7,43 s. To o 0,04 s wolniej niż jego życiówka. W lutym w Łodzi uzyskując czas 7,39 s Szymański stał się drugim najszybszym Europejczykiem w historii. Gonić go próbował Wilhelm Belocian. Ale nie zdołał. Szymański pokonał Francuza o 0,02 s. To niby niedużo. Ale Polak wiedział, że wygra.

     

    – Trzeba jak najmniejszym kosztem przejść eliminacje i półfinał. Belocian? Niepotrzebnie tak szaleje, zabraknie mu mocy w finale – mówił po piątkowej sesji dziennej. Wtedy w półfinale spokojnie wygrał swoją serię, z czasem 7,49 s. A Francuz osiągnął 7,44 s, swój najlepszy wynik w tym roku.

     

    Teraz zjeść, wykąpać się i na finał przyjadę z nową energią – mówił pewny swego Szymański w rozmowie z TVP Sport. Spokojem imponował też w czwartkowy wieczór, po wygranym biegu eliminacyjnym. – Było chyba widać, że luz? Trochę zahaczyłem o płotek. Fajne wyjście z bloków. Tylko cztery kroki były na maksa. Gdybym przycisnął, mógł być lepszy wynik . Ale po co? Presji nie odczuwałem. Czuję się najlepszy, muszę tu wygrać – mówił wtedy. Jak mówił, tak zrobił. Brawo!

     

    To dla Szymańskiego już drugi medal halowych ME. Dwa lata temu w Stambule miał srebro. Nasz 23-latek teraz chce medalu halowych MŚ. Impreza odbędzie się już od 21 do 23 marca w chińskim Nankinie. Tam Polak chce rzucić wyzwanie wielkiemu Grantowi Hollowayowi. Amerykanin nigdy nie przegrał biegu na 60 m przez płotki. W tym roku też jest najszybszy na świecie. Ale jego wynik – 7,36 s – jest o tylko 0,03 s lepszy od życiówki Szymańskiego.

     

    Holloway to największa gwiazda, również na stadionie rządzi – na 110 m przez płotki zdobył złoto na igrzyskach olimpijskich w Paryżu i trzy złote medale MŚ z rzędu. Szymański w Paryżu odpadł już w eliminacjach. Ale na razie zostańmy przy bieganiu w hali. Doceńmy to złoto Polaka i poczekajmy czy za dwa tygodnie rzeczywiście spróbuje zagrozić królowi tej dyscypliny sportu.

  • Tak Polak wyrwał złoto HME! Kosmiczny finisz. Zobacz nagranie

    Tak Polak wyrwał złoto HME! Kosmiczny finisz. Zobacz nagranie

     

    Tak Polak wyrwał złoto HME! Kosmiczny finisz. Zobacz nagrani

    W kapitalnym stylu Jakub Szymański wywalczył w Apeldoorn złoty medal halowych mistrzostw Europy. Triumf w biegu na 60 m przez płotki nie przyszedł jednak łatwo. — Dopiero na końcówce zrobiłem fenomenalny wybieg, 3-4 mocne susy i nur na metę dosłownie każdą częścią ciała — zdradził Polak klucz do wygranej. Zobacz jego bieg po złoto!

    Szymański do Holandii przyjechał z najlepszym wynikiem na listach europejskich. Był zatem głównym faworytem w finale. I z tej roli wywiązał się fenomenalnie.

    — Spoczywała na mnie ogromna presja, pomyślałem sobie, że nie mogę tu przegrać, skoro zrobiłem już w tym sezonie drugi wynik w historii Europy. I to z Francuzami, którzy od 2009 r. na każdych halowych ME zdobywają medal. Nie chciałem dać im tej satysfakcji — powiedział w rozmowie z Aleksandrem Dzięciołowskim z TVP Sport.

    Polak wyrwał złoto na finiszu. Zachował się jak profesor
    Finał przyniósł sporo emocji, bo Polak biegł ramię w ramię z Wilhelmem Belocianem. Po minięciu mety zawodnicy musieli nawet czekać na odczyt fotofiniszu, który ostatecznie potwierdził, że to Polak był minimalnie szybszy. Uzyskał czas 7.43, a Francuz 7.45.

    Czułem się bardzo dobrze, choć wydawało mi się, że trochę przegrywam. Do trzeciego płotka prowadził Belocian. Dopiero na końcówce zrobiłem fenomenalny wybieg, 3-4 mocne susy i nur na metę dosłownie każdą częścią ciała — skomentował Szymański.

    Ten medal znaczy dla mnie bardzo dużo. Fenomenalnie jest wiedzieć, że nie ma ode mnie szybszego człowieka w Europie. To też dobry prognostyk przed halowymi mistrzostwami świata. Złoto jeszcze dodało mi pewności siebie — dodał.

    Złoto Szymańskiego to drugi medal Polaków w Apeldoorn. Wcześniej po brąz w biegu na 60 m przez płotki sięgnęła Pia Skrzyszowska. Mistrzostwa potrwają do niedzieli.

  • Polak robi furorę na HME! Jest finał. Tak szybko nie biegał nikt od 23 lat!

    Polak robi furorę na HME! Jest finał. Tak szybko nie biegał nikt od 23 lat!

    Polak robi furorę na HME! Jest finał. Tak szybko nie biegał nikt od 23 lat!

    Maksymilian Szwed szaleje podczas halowych mistrzostw Europy. 20-latek w piątek awansował z drugim wynikiem (45.78) do finału biegu na 400 m. Wcześniej, w eliminacjach, uzyskał czas 45.69. Tak szybko nie biegał pod dachem żaden Polak od 23 lat! Zobacz fantastyczne biegi naszego lekkoatlety.

     

    Szwed już na początku lutego w Ostrawie pokazał, że jest w tym roku w wybitnej formie. Dwa okrążenia bieżni pokonał w 45.81 sek. i wyszedł na drugie miejsce w polskich tabelach historycznych. W piątkowej sesji porannej w Apeldoorn jeszcze się poprawił, uzyskując 45.69. Od 23 lat żaden polski 400-metrowiec nie biegał tak szybko w hali.

    https://x.com/Nedops/status/1898026684089004536

    Wszyscy czekają na rekord Maksymiliana Szweda. Nawet ten, któremu może go odebrać

    Wszyscy spodziewali się zatem, że 20-latek jeszcze w Holandii pokusi się o poprawienie rekordu Polski. Ten od 2002 r. dzierży Marek Plawgo, który podczas halowych mistrzostw Europy w Wiedniu zdobył złoto z wynikiem 45.39. Sam rekordzista przewidywał, że wkrótce straci ten tytuł. “Ostatnie chwile z rekordem Polski. Maks Szwed dzisiaj półfinał HME. Jutro finał. Dwa strzały w kapitalnej formie. Słyszę bicie zegara” — pisał na platformie X.

     

    Tego celu Szwedowi nie udało się zrealizować w biegu półfinałowym. Pewnie wygrał swoją serię z czasem 45.78. Biorąc pod uwagę wszystkie półfinały szybszy był tylko Węgier Atilla Molnar (45.48). Poniżej 46 sek. zszedł jeszcze Jimy Soudril z Francji (45.78).

    https://x.com/sport_tvppl/status/1898095333634109628

    Wszystko wskazuje więc na to, że to między tymi zawodnikami rozegra się walka o medale. Finał zostanie rozegrany w sobotniej sesji wieczornej.

     

    Wielki powrót Justyny Święty-Ersetic. A wcześniej nerwy

     

    Na tym samym dystansie, ale wśród kobiet, w finale zobaczymy Justynę Święty-Ersetic. Poranne eliminacje przysporzyły jej sporo nerwów, bo Polka początkowo nie była pewna awansu. Dopiero dyskwalifikacja Czeszki Nikolety Jichovej przesunęła ją na miejsce premiowane kwalifikacją do półfinału.

     

    Tam problemów już nie było. Mistrzyni Europy z 2018 r. przybiegła tylko za Holenderką Lieke Klaver z czasem 52.41. Był to ostatecznie czwarty wynik tego etapu (taki sam uzyskała Czeszka Lurdes Gloria Manuel). Finał w sobotę.

    https://x.com/sport_tvppl/status/1898091250856624593

  • Jakub Szymański mistrzem Europy! Dwie setne, rzut Francuza nic nie zmienił

    Jakub Szymański mistrzem Europy! Dwie setne, rzut Francuza nic nie zmienił

    Jakub Szymański mistrzem Europy! Dwie setne, rzut Francuza nic nie zmienił

    Nie Ewa Swoboda, nie Pia Skrzyszowska, nie Konrad Bukowiecki. To właśnie Jakub Szymański był największą polską szansą na złoty medal w halowych mistrzostwach Europy w Apeldoorn. Przyjechał do Holandii jako ten z najlepszym czasem w Europie, był pewny swego. I wiedzieliśmy już po wcześniejszych biegach, że formę ma znakomitą. Taką też jednak mieli obaj Francuzi, którzy chcieli pokrzyżować mu plany. Nie dali rady, Szymański wywalczył złoto.

     

    7.39 s uzyskane w Orlen Cup w Łodzi przez Jakuba Szymańskiego musiało mocno wpłynąć na jego europejskich rywali. To, że w hali jest szczególnie mocny, wiadomo od dawna. Jako 20-latek sięgnął po wicemistrzostwo Europy w hali dwa lata temu w Stambule, wtedy jednak przegrał z Jasonem Josephem, bo Szwajcar miał finał-marzenie – 7.41 s. Jak to mówił Jakub już w Holandii, wówczas “nie miał do Josepha podejścia”.

     

    Teraz sytuacja się zmieniła, Polak jest w wybitnej formie, a Szwajcar odpadł w półfinale. Formą imponowali zaś dwaj Francuzi: Wilhelm Belocian i Just Kwaou-Mathey, zwłaszcza ten pierwszy. Przy czym Polak zaznaczył wcześniej, że tak było często: Belocian imponował w eliminacjach czy półfinałach. A później brakowało mu energii w finale.

     

    Mistrzostwa Europy. Jakub Szymański faworytem do złota na 60 metrów przez płotki

     

    Na starcie ustawiło się ośmiu najlepszych, Polak znalazł się na szóstym torze. Między Belocianem i Belgiem Michaelem Obasuyim, przy czym ważny był dla niego Francuz. A dalej był Kwaou-Mathey, wracający do świetnej dyspozycji po fatalnym urazie zerwania ścięgna Achillesa oraz miał być Hiszpan Enrique Llopis. Doznał jednak kontuzji, wypadł  finału. Do walki o medal włączyć się mógł jeszcze drugi z Hiszpanów, Asier Martinez.

     

    Polak okazał się najlepszy.Mimo, że nie

     

    wystartował wcale najlepiej, Belocian był nieco lepszy. Ale gdy się już rozpędził, Francuz został z tyłu. Polak mocno uderzył w ostatni płotek, to mogło być kluczowe. Ale nie było, mimo że Belocian jeszcze walczył. Rzucił się, ale i Polak niemal rozpłaszczył się na kratach. Triumfował z czasem 7.43 s, Francuz miał 7.45. A trzeci Kwaou-Mathey – 7.50 s.

     

    Wyniki finału na 60 m przez płotki:

     

     

    1. Jakub Szymański (Polska) – 7.43 s

    2. Wilhelm Belocian (Francja) – 7.45 s

    3. Just Kwaou-Mathey (Francja) – 7.50 s

    4. Abel Jordan (Hiszpania) – 7.54 s

    5. Job Geerds (Holandia) – 7.61 s

    6. Michael Obasunyi (Belgia) – 7.63 s

    7. Asier Martinez (Hiszpania) – 7.68 s

    Enrique Llopis (Hiszpania) – nie wystąpił

     

  • Walka na łokcie Justyny Święty-Ersetic, przepychanki. Ale co zrobiła Polka!

    Walka na łokcie Justyny Święty-Ersetic, przepychanki. Ale co zrobiła Polka!

    Walka na łokcie Justyny Święty-Ersetic, przepychanki. Ale co zrobiła Polka!

    Najpierw w piątek pojawiły się łzy i rozczarowanie, bo Justyna Święty-Ersetic była przekonana, że nie dostanie się nawet do półfinału HME. Dostała się jednak, a i tu dopisało jej szczęście: stawka rywalek akurat w jej biegu była teoretycznie słabsza niż w tym pierwszym. A to zwiększało szanse na finał dla naszej utytułowanej reprezentantki. I sprinterka AZS AWF Katowice zrobiła to, co mogła zrobić: pobiegła po swoje. Mimo, że musiała walczyć na łokcie, przepychać się. Finiszowała druga, za Lieke Klaver.

     

    10 lat temu w Pradze był półfinał na 400 metrów, dwa lata później z Belgradu przywiozła indywidualny brąz halowych mistrzostw Europy. Było jeszcze szóste miejsce w Glasgow, wicemistrzostwo kontynentu w Toruniu. Justyna Święty-Ersetic pod dachem biegać lubi, przecież do tego możemy dorzucić seryjne medale, a nawet tytuły wygrywane ze sztafetą. Tej sztafetowej szansy w Apeldoorn zabrakło, widać już efekt zmiany pokoleniowej w polskiej drużynie.

     

    Za to Justyna Święty-Ersetic przyjechała do Holandii z nadzieją na swój trzeci indywidualny medal, choć było jasne, że może być o to trudno. Mimo że sezon zaczęła najlepiej w karierze.

     

    Mistrzostwa Europy. Dobry układ dla Justyny Święty-Ersetic. Jedynie Klaver wydawała się być poza zasięgiem

     

    Piątkowy bieg w eliminacjach 32-letnia podopieczna trenera Aleksandra Matusińskiego mocno przeżyła emocjonalnie. Walczyła o drugą lokatę, była jej już niemal pewna po skutecznym ataku na Brytyjkę Amę Pipi, ale nie widziała, że po wewnętrznej przecisnęła się Czeszka Nikoleta Jichova. Polka skończyła trzecia, pogodziła się z tym, że nie awansuje, choć przecież jej nazwisko wciąż było na liście oczekujących z czasami, jako tej ostatniej. I do półfinału ostatecznie też by awansowała.

     

    Znalazła się w nim jednak kilka minut po swoim finiszu, Jichova popełniła błąd, została zdyskwalifikowana. A Justynie Święty-Ersetic wkrótce znów dopisało szczęście.

     

    Wszystko to za sprawą układu biegów półfinałowych. W pierwszym znalazły się aż trzy kandydatki do medali: najszybsza w Europie w tym roku Norweżka Henriette Jaeger, która swoje 50.44 s wybiegała podczas polskiego Copernicusa, 19-letnia czeska mistrzyni świata U-20 Lurdes Gloria Manuel oraz Hiszpanka Paula Sevilla, ona z kolei pokonała Polkę przed południem. A tu liczyły się miejsca, a nie czasy – awansować miały po trzy najlepsze.

     

    W serii ze Święty-Ersetic zdecydowaną faworytką była zaś Lieke Klaver, ale już z całą resztą stawki Polka spokojnie mogła rywalizować. Czy to z Czeszką Ladą Vondrovą, czy z Włoszką Alice Mangione.

     

    Justyna Święty-Ersetic w finale mistrzostw Europy!

     

    Najpierw jednak odbył się pierwszy półfinał, a w nim nie doszło do żadnego sensacyjnego rozstrzygnięcia. Takim już rano była dyskwalifikacja Brytyjki Amber Anning, też kandydatki do medalu.

     

    Awansowały trzy faworytki, choć niespodzianką był fakt, że po zejściu do krawężnika dopiero trzecia byłą Jaeger. Prowadziła zaś Hiszpanka Sevilla, ona to pierwsze miejsce dowiozła do mety. A Norweżka zaatakowała na ostatnim łuku Czeszkę Manuel, wyprzedziła ją. I zbliżyła się do Hiszpanki, ale finiszowała tuż po niej. Sevilla uzyskała 51.23 s, Jaeger 51.27 s, a Manuel – 51.41 s.

     

    Przewaga tej trójki nad Francuzką Amandine Brossier była już dość wyraźna.

     

    A później do boju ruszyła Polka. Pytanie brzmiało, czy Polka zdoła zejść do krawężnika tylko za Klaver, czy jeszcze ktoś się wciśnie między nią a Holenderkę. Bo że Lieke będzie prowadziła, było pewne jak w banku. Justyna biegła zaś po czwartym torze, dość korzystnym, zwłaszcza przy jej specyfice biegu.

     

    Klaver po pierwszym okrążeniu rzeczywiście była pierwsza, Polka – niestety – czwarta. Nie tylko za Vondrovą, ale też za Hiszpanką Evą Santidrian. Polka próbowała mijać, walczyła na łokcie. I dała radę dopiero na 100 m przed metą. Od razu zabrała się za Hiszpankę i Czeszkę, finiszowała druga. Czas Klaver to 51.15 s, Polka miała 52.41 s, ale przecież masę dystansu przebiegła po drugim torze. A trzecia finiszowała Włoszka Alice Mangione – 52.67 s.

     

    – Welcome back, Justyna, tak mi powiedziała po biegu Lieke Klaver. To miód na moje serce – mówiła Polka w rozmowie z Aleksandrem Dzięciołowskim w TVP Sport.Finał – w sobotę o godz. 21.50.