• Komunikat klubu w sprawie Woffindena. Liczne złamania!

    Komunikat klubu w sprawie Woffindena. Liczne złamania!

    Komunikat klubu w sprawie Woffindena. Liczne złamania!

    ZKS Stal Rzeszów wydała komunikat w sprawie stanu zdrowia trzykrotnego indywidualnego mistrza świata, Taia Woffindena. Brytyjczyk brał udział w koszmarnym wypadku na torze w Krośnie. Prosto w toru został helikopterem przetransportowany do szpitalu w Rzeszowie. — Wstępne badania mówią o licznych złamaniach — poinformował klub.

     

    Przypomnijmy, że do upadku doszło w siódmym biegu zawodów. Po starcie motory Franciszka Majewskiego oraz Woffindena sczepiły się i zawodnicy uderzyli z impetem w dmuchaną bandę. Junior rzeszowian wstał o własnych siłach, a do Brytyjczyka wezwano karetkę.

     

    Trzykrotny indywidualny mistrz świata został umieszczony na noszach. Medycy — oprócz morfiny i kroplówki — nie byli w stanie pomóc mistrzowi świata. Żużlowiec zmagał się z okropnym bólem. Od razu było wiadomo, że sytuacja jest poważna.

     

    Kilka chwil później spiker poinformował kibiców, że na płycie boiska będzie lądował helikopter, który ma zabrać byłego mistrza świata do szpitala. Po fatalnym karambolu zadecydowano o zakończeniu sparingu.

     

    Jest komunikat klubu z Rzeszowa

     

    — Drodzy kibice. Nasz zawodnik, Tai Woffinden, uległ bardzo poważnemu wypadkowi podczas siódmego biegu w meczu sparingowym w Krośnie. Tai został przetransportowany helikopterem do Rzeszowa, gdzie jego stan jest teraz diagnozowany przez lekarzy. Wstępne informacje mówią o licznych złamaniach. Szczegółowe informacje podamy po badaniach. Jednocześnie bardzo dziękujemy za pomoc prezesowi Grzegorzowi Leśniakowi za szybką reakcję w związku z wypadkiem naszego zawodnika i zapewnienia mu wszelkiej pomocy. TAI, JESTEŚMY Z TOBĄ! — przekazał Michał Drymajło, prezes Stali.

     

    34-letni Woffinden ma w ostatnich latach ogromnego pecha do kontuzji. W czerwcu zeszłego roku, podczas Grand Prix Polski w Gorzowie, też brał udział w bardzo poważnej kraksie, w wyniku której złamał łokieć w czterech miejscach.

     

    Kluby z PGE Ekstraligi miały wątpliwości czy po tej kontuzji dojdzie do pełni sił, więc żużlowiec zdecydował się zejść ligę niżej i wzmocnić występującą w Metalkas 2. Ekstralidze, Stal Rzeszów. Po długim okresie rehabilitacyjnym wrócił na motocykl. Drugi sparing w tym roku zakończył się dla niego kolejnym bardzo poważnym urazem.

    Jeśli wstępne informacje o licznych złamaniach się potwierdzą może w tym sezonie już nie wrócić na tor.

  • “Przeciwstawiając się czasowi: Jak Robert Lewandowski osiągnął niewiarygodne 40 goli w wieku 36 lat”

    “Przeciwstawiając się czasowi: Jak Robert Lewandowski osiągnął niewiarygodne 40 goli w wieku 36 lat”

    Świat futbolu nie jest obcy rekordom, które są regularnie łamane, ale od czasu do czasu pojawia się zawodnik, który dokonuje czegoś tak niezwykłego, że nawet najbardziej doświadczeni kibice są w szoku. Robert Lewandowski, polska maszyna do zdobywania bramek, dokonał tego ponownie. W wieku 36 lat, kiedy większość piłkarzy zwalnia tempo, rozważa zakończenie kariery lub ogranicza swoją rolę w drużynie, Lewandowski pisze własny scenariusz. Jako pierwszy zawodnik z czołowych pięciu lig Europy osiągnął oszałamiający wynik 40 goli we wszystkich rozgrywkach w tym sezonie, łącząc występy w klubie i reprezentacji.

     

    To osiągnięcie, które przeczy logice, wiekowi i wszelkim oczekiwaniom. Polski napastnik nieustannie udowadnia, że jest kimś więcej niż tylko piłkarzem – to prawdziwy fenomen, niepowstrzymana siła, która odmawia poddania się upływowi czasu. Ale jak udało mu się utrzymać elitarny poziom gry w wieku, w którym większość napastników traci swoją skuteczność?

     

    Nieustanne dążenie do perfekcji

     

    Droga Lewandowskiego do tego historycznego osiągnięcia nie była przypadkowa. To efekt lat skrupulatnych treningów, dyscypliny i niezachwianego zaangażowania w samodoskonalenie. W przeciwieństwie do wielu zawodników, którzy z wiekiem stopniowo tracą formę, Lewandowski zdaje się przeczyć prawom biologii.

     

    Jaki jest jego sekret? Połączenie naukowo opracowanych treningów, rygorystycznej diety i mentalności, która nie toleruje przeciętności. Ci, którzy mieli okazję z nim pracować – trenerzy, koledzy z drużyny, eksperci od przygotowania fizycznego – mówią o jego obsesji na punkcie detali. Każdy posiłek, każda sesja treningowa, każda chwila regeneracji jest starannie zaplanowana, aby zapewnić mu optymalną formę.

     

    Jednym z kluczowych aspektów jego długowieczności jest zdolność do adaptacji. W młodszych latach był znany ze swojej dynamiki i intensywnego pressingu. Dziś, choć nadal imponuje szybkością, nauczył się oszczędzać energię, bazując na swojej inteligencji boiskowej i doskonałym ustawianiu się. Jego skuteczność w wykańczaniu akcji, zawsze na najwyższym poziomie, stała się jeszcze bardziej precyzyjna, co pozwala mu zdobywać bramki przy minimalnym wysiłku.

     

    Klub i reprezentacja: Sezon nieustannego strzelania

     

    Zdobycie 40 goli w jednym sezonie to imponujące osiągnięcie na każdym etapie kariery, ale dokonanie tego w wieku 36 lat czyni je jeszcze bardziej niezwykłym. Lewandowski w tym sezonie jest siłą natury zarówno na poziomie klubowym, jak i międzynarodowym.

     

    W barwach klubu pozostaje niekwestionowanym liderem ofensywy, co tydzień dostarczając kibicom niezapomnianych chwil. Czy to precyzyjne wykończenie akcji w polu karnym, potężne uderzenie z dystansu, czy perfekcyjnie wykonany strzał głową – Lewandowski wciąż prezentuje pełen wachlarz swoich umiejętności strzeleckich.

     

    Na arenie międzynarodowej jego wpływ jest równie istotny. W reprezentacji Polski niezmiennie pokazuje swoją klasę, strzelając kluczowe bramki i prowadząc drużynę w najważniejszych momentach. Jego doświadczenie, charyzma i zdolność do gry pod presją sprawiają, że nadal pozostaje niezastąpionym ogniwem Biało-Czerwonych.

     

    Łamanie barier, bicie rekordów

     

    Osiągnięcie 40 goli przez Lewandowskiego to coś więcej niż statystyka – to dowód jego niezłomnej determinacji, by być najlepszym. Jako pierwszy zawodnik w Europie w tym sezonie osiągnął ten wynik, ponownie wyznaczając standardy dla napastników na całym świecie.

     

    Lista rekordów, które pobił na przestrzeni lat, wydaje się nie mieć końca. Od historycznych pięciu goli w dziewięć minut dla Bayernu Monachium po liczne Złote Buty – cała jego kariera to nieustanne udowadnianie niedowiarkom, że się mylili. Nawet teraz, gdy wielu spodziewałoby się, że zwolni tempo, on wciąż dominuje na boisku, podczas gdy inni napastnicy w jego wieku dawno stracili blask.

     

    Dziedzictwo legendy

     

    W wieku 36 lat większość piłkarzy myśli już o schyłku kariery, rozważa przeprowadzkę do mniej wymagających lig lub zaczyna planować życie po zakończeniu gry. Ale Lewandowski? Dla niego emerytura nie jest jeszcze tematem do rozmów. Nadal jest tak samo głodny sukcesu jak dekadę temu, napędzany tą samą pasją, która uczyniła go jednym z najlepszych napastników w historii.

     

    Jego historia to nie tylko bramki – to opowieść o wytrwałości, poświęceniu i niezłomnej woli walki. Gdy kibice na całym świecie podziwiają jego dokonania, jedno pytanie pozostaje otwarte – jak długo jeszcze będzie w stanie utrzymać ten poziom?

     

    Jeśli historia nauczyła nas czegokolwiek o Robercie Lewandowskim, to tego, że nigdy nie należy go lekceważyć. Na razie pozostaje nam tylko podziwiać geniusz jednego z największych napastników, jakich widział futbol.

     

  • Hiszpańskie media nadały Szczęsnemu odważny przydomek po meczu z Gironą – i mówi on wszystko!

    Hiszpańskie media nadały Szczęsnemu odważny przydomek po meczu z Gironą – i mówi on wszystko!

    Hiszpańskie media nadały Szczęsnemu odważny przydomek po meczu z Gironą – i mówi on wszystko!

    Tak Hiszpanie nazwali Szczęsnego po meczu z Gironą. WymownieHiszpańskie media nadały Szczęsnemu odważny przydomek po meczu z Gironą – i mówi on wszystko!

     

     

    Wojciech Szczęsny nie miał zbyt wiele pracy w meczu FC Barcelony z Gironą. Mimo to zachować czystego konta mu się nie udało. Pokonał go jeden z rywali, ale ostatecznie drużyna Hansiego Flicka wygrała 4:1. Jak pracę Polaka oceniły hiszpańskie media? “Prawdopodobnie najmniej szczęśliwy cule w tym spotkaniu” – napisał wprost “Sport”.

     

    Wojciech Szczęsny talizmanem FC Barcelony – taka opinia panuje w całej Hiszpanii. Z Polakiem w bramce Katalończycy jeszcze nie przegrali. To już 17 meczów. I w niedzielne popołudnie 34-latek miał okazję, by przedłużyć tę passę. Czy mu się udało? Owszem. Jego rywal musiał wyjmować piłkę z siatki aż cztery razy. Natomiast Szczęsny zrobił to raz. I nie miał w tej sytuacji za wiele do powiedzenia. Błąd popełnili jego koledzy, którzy stracili piłkę, pozwolili Arnautowi Danjumie wyjść z Polakiem sam na sam i nie utrzymał czystego konta.

     

    Media oceniły Szczęsnego. Nie były zbyt hojne. “Najmniej szczęśliwy cule”

     

    Przez całe spotkanie Szczęsny miał 37 kontaktów z piłką. Raz popisał się skuteczną interwencją. I mimo że wpuścił tylko jednego gola i raczej próżno doszukiwać się w tej sytuacji błędu Polaka, to media nie oceniły go za wysoko. Portal SofaScore dał mu “6,6” w 10-stopniowej skali, co było najsłabszą notą w Barcelonie, jeśli chodzi o zawodników, którzy wyszli w pierwszym składzie.

     

    Na “6” zasłużył z kolei od katalońskiego “Sportu”. Jak dziennikarze uzasadnili tę ocenę? “Dominacja Barcelony w pierwszej połowie była tak duża, że polski bramkarz nie musiał pojawiać się na boisku. Natomiast po przerwie niewiele mógł zdziałać przeciwko Danjumie, który strzelił do niego z ‘bliskiej odległości’. Błąd popełniła w tej sytuacji defensywa. W kolejnych minutach Polak dobrze zablokował kilka piłek” – pisała redakcja.

     

    O ocenę gry Szczęsnego pokusiło się też “Mundo Deportivo”. “W pierwszej połowie nie miał nic do roboty, więc jego jedynym zadaniem było inicjowanie zagrań rozgrywanych od tyłu. Tych było stosunkowo niewiele” – pisali dziennikarze po pierwszej odsłonie spotkania. A jak ocenili go po drugiej partii? “Prawdopodobnie najmniej szczęśliwy cule w tym spotkaniu. Dlaczego? Girona strzeliła gola, choć miała praktycznie jedną szansę na trafienie. I zamieniła ją na bramkę” – czytamy.

     

    Na temat pracy Polaka wypowiedziała się również “Marca”, która oceniła go na “6”. “W pierwszej połowie golkiper zachował czyste konto. Girona nie sprawiała mu żadnych kłopotów. W drugiej dał sobie wbić gola. Następnie z łatwością obronił strzał głową Krejciego. Nie miał zbyt dużo pracy” – czytamy.

     

    Szczęsny się nie poddaje. Jego passa trwa

     

    Dla Szczęsnego był to 18. mecz z rzędu bez porażki, od kiedy stanął w bramce Barcelony. Szansę do podtrzymania tej passy, a także do zachowania czystego konta, będzie miał już w środę 2 kwietnia. Tego dnia Katalończycy zmierzą się z Atletico Madryt w rewanżowym starciu półfinałowym Pucharu Króla. W pierwszym padło aż osiem goli, a mecz zakończył się remisem 4:4. 

     

  • Naprawdę napisali to o Lewandowskim. “Złamał prawa fizyki”

    Naprawdę napisali to o Lewandowskim. “Złamał prawa fizyki”

    Naprawdę napisali to o Lewandowskim. “Złamał prawa fizyki”

    Bośniackie media w niesamowitych słowach pochwaliły pięknej urody bramkę Roberta Lewandowskiego w niedzielnym spotkaniu La Ligi FC Barcelona – Girona (4:1).

    Robert Lewandowski w świetnym stylu odpowiedział Kylianowi Mbappe na dwa gole Francuza w sobotnim meczu ligowym: Real Madryt – Leganes (3:2). Reprezentant Polski w niedzielę również strzelił dwie bramki w starciu FC Barcelona – Girona (4:1). Dla drużyny prowadzonej przez Hansiego Flicka było to już dziewiąte z rzędu ligowe zwycięstwo!

    Bośniacy bardzo chwalą Roberta Lewandowskiego. Co za słowa

    Jeden z goli Lewandowskiego był wyjątkowej urody. – Polak dopadł do dośrodkowania, przyjął je w powietrzu i w ekwilibrystyczny sposób umieścił piłkę w siatce. – To, co zrobił w tej sytuacji, to jest kosmos. To jest nadludzka sprawność tego zawodnika – zachwycali się komentatorzy – pisała Agnieszka Piskorz ze Sport.pl.

    Bramkę Roberta Lewandowskiego docenili nawet dziennikarze z bośniackiego portalu Klix.ba.

    “Łamie prawa fizyki. Obejrzyj akrobatyczny wyczyn Lewandowskiego podczas zwycięskiego meczu Barcelony” – to tytuł artykułu o meczu Barcelona – Girona.

    “Polski weteran Lewandowski strzelił niesamowitego, akrobatycznego gola. Najpiękniejszy szczegół meczu mogliśmy zobaczyć w 61. minucie, gdy Lewandowski zdobył mistrzowską bramkę. Choć pod koniec swojej kariery piłkarskiej Polak wykonał skok przeczący prawom fizyki i z niemal sytuacji bez wyjścia, zdobył gola między nogami bramkarza. Ten ruch jest jeszcze bardziej imponujący, jeśli weźmiemy pod uwagę, że wszystko to robił, będąc w kontakcie z przeciwnikiem” – dodają dziennikarze.

    Lewandowski w tym sezonie zagrał w 42 spotkaniach we wszystkich rozgrywkach, zdobył 38 bramek i miał trzy asysty.

    Drużyan Flicka z 66 punktami w 29 spotkaniach prowadzi w La Lidze. Ma trzy punkty więcej od wicelidera i obrońcy trofeum – Realu Madryt.

  • Szczęsny przeszedł do historii! Żadnemu bramkarzowi się to nie udało

    Szczęsny przeszedł do historii! Żadnemu bramkarzowi się to nie udało

    Szczęsny przeszedł do historii! Żadnemu bramkarzowi się to nie udało

    FC Barcelona wygrała 4:1 z Gironą i chociaż Wojciech Szczęsny musiał raz wyciągnąć piłkę z siatki, to przeszedł do klubowej historii. Polak przedłużył serię meczów bez porażki i jak się okazuje, żaden bramkarz w barwach FC Barcelony nie rozpoczął kariery od lepszego wyniku. Teraz 34-latek goni klubowe legendy.

     

    FC Barcelona wygrała 4:1 z Gironą, a dublet ustrzelił Robert Lewandowski. Oczywiście w barwach Katalończyków całe spotkanie rozegrał również Wojciech Szczęsny, który nadal kontynuuje serię bez porażek w barwach zespołu Hansiego Flicka. Nie przegrał żadnego z 18 meczów i przeszedł do klubowej historii.

     

    Wojciech Szczęsny przeszedł do historii FC Barcelony. Co za rekord

     

    Użytkownik “AbsurDB” kilka dni temu, po meczu z Osasuną, zauważył, że Wojciech Szczęsny miał na koncie 17 pierwszych meczów bez porażki w FC Barcelonie. Wówczas Polak zrównał się wynikiem z Giovannim, Vitor Baią i Reiną. “Ich gonimy: Fabregas 31, Paulinho 26, Johan Cruyff 24, Celades 22, Coutinho 21, Neymar 19, Turan 18” – czytaliśmy.

    https://x.com/DbAbsur/status/1905381660134088937

    Wygrana z Gironą była 18. meczem bez porażki, a więc Szczęsny samodzielnie został bramkarzem z najlepszą serią w historii klubu, wyprzedzając Baię. Dodatkowo przegonił już kolejnego z zawodników z pola – Ardę Turana.

     

    Oczywiście rekord 34-latka może zostać jeszcze wyśrubowany. Już w środę 2 kwietnia FC Barcelona zmierzy się z Atletico Madryt w ramach drugiego półfinału Pucharu Króla i jeśli nie przegra, to Szczęsny zrówna się liczbą kolejnych meczów bez porażki z Neymarem.

     

    W sezonie 2024/25 FC Barcelona rozegra jeszcze co najmniej 12 meczów, a jeśli awansuje do kolejnych faz Ligi Mistrzów i do finału Pucharu Króla, to może rozegrać ich o trzy więcej. Wówczas Szczęsny miałby szansę na osiągnięcie 33 meczów bez porażki i pobicie Cesca Fabregasa. To wydaje się jednak bardzo,bardzo trudne. 

     

  • Tak Hiszpanie nazwali Szczęsnego po meczu z Gironą. Wymownie

    Tak Hiszpanie nazwali Szczęsnego po meczu z Gironą. Wymownie

    Tak Hiszpanie nazwali Szczęsnego po meczu z Gironą. Wymownie

    Wojciech Szczęsny nie miał zbyt wiele pracy w meczu FC Barcelony z Gironą. Mimo to zachować czystego konta mu się nie udało. Pokonał go jeden z rywali, ale ostatecznie drużyna Hansiego Flicka wygrała 4:1. Jak pracę Polaka oceniły hiszpańskie media? “Prawdopodobnie najmniej szczęśliwy cule w tym spotkaniu” – napisał wprost “Sport”.

     

    Wojciech Szczęsny talizmanem FC Barcelony – taka opinia panuje w całej Hiszpanii. Z Polakiem w bramce Katalończycy jeszcze nie przegrali. To już 17 meczów. I w niedzielne popołudnie 34-latek miał okazję, by przedłużyć tę passę. Czy mu się udało? Owszem. Jego rywal musiał wyjmować piłkę z siatki aż cztery razy. Natomiast Szczęsny zrobił to raz. I nie miał w tej sytuacji za wiele do powiedzenia. Błąd popełnili jego koledzy, którzy stracili piłkę, pozwolili Arnautowi Danjumie wyjść z Polakiem sam na sam i nie utrzymał czystego konta.

     

    Media oceniły Szczęsnego. Nie były zbyt hojne. “Najmniej szczęśliwy cule”

    Przez całe spotkanie Szczęsny miał 37 kontaktów z piłką. Raz popisał się skuteczną interwencją. I mimo że wpuścił tylko jednego gola i raczej próżno doszukiwać się w tej sytuacji błędu Polaka, to media nie oceniły go za wysoko. Portal SofaScore dał mu “6,6” w 10-stopniowej skali, co było najsłabszą notą w Barcelonie, jeśli chodzi o zawodników, którzy wyszli w pierwszym składzie.

     

    Na “6” zasłużył z kolei od katalońskiego “Sportu”. Jak dziennikarze uzasadnili tę ocenę? “Dominacja Barcelony w pierwszej połowie była tak duża, że polski bramkarz nie musiał pojawiać się na boisku. Natomiast po przerwie niewiele mógł zdziałać przeciwko Danjumie, który strzelił do niego z ‘bliskiej odległości’. Błąd popełniła w tej sytuacji defensywa. W kolejnych minutach Polak dobrze zablokował kilka piłek” – pisała redakcja.

     

    O ocenę gry Szczęsnego pokusiło się też “Mundo Deportivo”. “W pierwszej połowie nie miał nic do roboty, więc jego jedynym zadaniem było inicjowanie zagrań rozgrywanych od tyłu. Tych było stosunkowo niewiele” – pisali dziennikarze po pierwszej odsłonie spotkania. A jak ocenili go po drugiej partii? “Prawdopodobnie najmniej szczęśliwy cule w tym spotkaniu. Dlaczego? Girona strzeliła gola, choć miała praktycznie jedną szansę na trafienie. I zamieniła ją na bramkę” – czytamy.

     

    Na temat pracy Polaka wypowiedziała się również “Marca”, która oceniła go na “6”. “W pierwszej połowie golkiper zachował czyste konto. Girona nie sprawiała mu żadnych kłopotów. W drugiej dał sobie wbić gola. Następnie z łatwością obronił strzał głową Krejciego. Nie miał zbyt dużo pracy” – czytamy.

     

    Szczęsny się nie poddaje. Jego passa trwa

    Dla Szczęsnego był to 18. mecz z rzędu bez porażki, od kiedy stanął w bramce Barcelony. Szansę do podtrzymania tej passy, a także do zachowania czystego konta, będzie miał już w środę 2 kwietnia. Tego dnia Katalończycy zmierzą się z Atletico Madryt w rewanżowym starciu półfinałowym Pucharu Króla. W pierwszym padło aż osiem goli, a mecz zakończył się remisem 4:4.

  • Lewandowski pierwszy od czasów Messiego! Czekali na to sześć lat

    Lewandowski pierwszy od czasów Messiego! Czekali na to sześć lat

    Lewandowski pierwszy od czasów Messiego! Czekali na to sześć la

     

    Robert Lewandowski nic sobie nie robi z upływającego czasu i zbliżających się 37. urodzin. W kolejnym ligowym meczu FC Barcelony wprawił wszystkich w osłupienie. Zdobył dwa gole, które pomogły jego zespołowi wygrać z Gironą aż 4:1. Statystycy momentalnie zajrzeli do notatek i wyliczyli, że to niezwykły wyczyn Polaka. Przywołali nazwisko Lionela Messiego.

     

    “FC Barcelona jest nie do zatrzymania w 2025 r. Pokonała zasłużenie Gironę 4:1 w La Lidze, choć miała nieco kłopotów z katalońskim rywalem. Sytuację uratował Robert Lewandowski, który dwa razy wpisał się na listę strzelców. W drugiej połowie mieliśmy popis sprytu i wizji polskiego napastnika” – relacjonował dziennikarz Sport.pl Marcin Jaz.

     

    Lewandowski znów zachwycił. Pierwszy od czasu Messiego

    FC Barcelona pod wodzą Hansiego Flicka się nie zatrzymuje. Wygrała kolejny ligowy mecz i utrzymała trzypunktową przewagę nad drugim w tabeli Realem Madryt. W stolicy Katalonii z optymizmem mogą spoglądać na resztę sezonu. Wciąż mają nadzieję na potrójną koronę: mistrzostwo kraju, Puchar Króla i Ligę Mistrzów.

     

    Spora w tym zasługa Roberta Lewandowskiego, który rozgrywa doskonały sezon i z dorobkiem 25 goli prowadzi w klasyfikacji najskuteczniejszych strzelców La Liga. Jego niedzielny występ był wyjątkowy. Wszystko wyłożyli statystycy.

     

    “25 – Robert Lewandowski jest pierwszym zawodnikiem, który strzelił dla Barcelony 25 goli w pierwszych 28 meczach sezonu La Liga od czasów Lionela Messiego w sezonie 2018/19 (29 goli)” – napisał profil OptaJose na portalu X.

     

    Okazuje się, że Lewandowski dokonał jeszcze jednego niesamowitego wyczynu. Strzelając 25 goli w lidze hiszpańskiej pobił najlepszy sezon Neymara w FC Barcelony – biorąc pod uwagę tylko trafienia ligowe. Słynny Brazylijczyk w rozgrywkach 2015/2016 trafiał do siatki 24 razy.

     

    Lewandowski będzie miał szanse śrubować ten wynik w kolejnych spotkaniach. Najbliższa okazja już w sobotę 5 kwietnia, kiedy Barcelona zagra z Betisem.

  • “Zostałem zdeptany”. Kamil Stoch nic nie ukrywa. Rozlicza się po zimie

    “Zostałem zdeptany”. Kamil Stoch nic nie ukrywa. Rozlicza się po zimie

    “Zostałem zdeptany”. Kamil Stoch nic nie ukrywa. Rozlicza się po zimi

     

    — Dzisiaj nie nazywam tego sezonu złym, rozczarowaniem czy porażką, ale procesem — mówi w długiej rozmowie z Przeglądem Sportowym Onet Kamil Stoch. Trzykrotny mistrz olimpijski zabiera nas w podróż w głąb siebie, szczegółowo opowiada o tym, jak przeżywał ostatni sezon. Rozmawiamy o emocjach, zakładaniu masek, ale też braku powołania na MŚ czy startach w Pucharze Kontynentalnym. — To mnie przygniotło, sponiewierało i zdeptało. Tak naprawdę sam do końca nie wiedziałem, co się dzieje i dlaczego tak się stało — wspomina wydarzenia z Wisły.

     

    Natalia Żaczek: Jakim jednym słowem podsumowałbyś ten sezon?

     

    Kamil Stoch: (chwila zastanowienia) Proces.

     

    Tylko że rozpoczynając współpracę z nowym sztabem, pewnie spodziewałeś się, że po takim okresie, będziesz na trochę innym etapie tego procesu?

     

    Powiedziałbym, że w ogóle nie spodziewałem się, że tak to będzie wyglądało. Myślałem, że proces odbyłem już do tej pory, a w tym sezonie będę zbierał profity. Przez sporą część zimy nie potrafiłem tego zaakceptować. Nie wszystko szło tak, jak sobie zaplanowałem i jak chciałem, żeby to wyglądało. Najtrudniejsze było zrozumienie i zaakceptowanie takiego stanu rzeczy. Dzięki temu mogę inaczej spojrzeć na to, co się wydarzyło i na to, co dalej. Dlatego dzisiaj nie nazywam tego sezonu złym, rozczarowaniem czy porażką, ale procesem. Wierzę, że praca, którą wykonałem, a było jej naprawdę dużo, począwszy od fizycznej, przez mentalną, po organizacyjną, zaowocuje w przyszłości. Nie mogę powiedzieć kiedy, ale wierzę, że to się ziści.

     

    W którym momencie zrozumiałeś, że to proces?

     

    Po lotach w Oberstdorfie. Pojechałem tam z dużym optymizmem, ambicjami i chęciami, a potem brutalnie zderzyłem się z rzeczywistością. To mi uświadomiło, że tak po prostu jest — im bardziej się na coś nastawiamy, czegoś chcemy, tym trudniej nam to dostać. Nie ukrywam też, że nie jestem w tym wszystkim sam. Potrzebowałem kogoś, kto pomoże mi przejść przez ten okres. Może też dzięki temu patrzę na to w ten sposób.

     

    Masz na myśli psychologa?

     

    To nie jest psycholog, ale osoba, która pomaga mi w kwestiach mentalnych.

     

    Do lotów w Oberstdorfie minęło jednak trochę czasu. Jak w tym momencie radziłeś sobie ze swoimi oczekiwaniami, złymi emocjami? W czym znajdowałeś ukojenie?

     

    Tak naprawdę nie ma jednej rzeczy, w której mogę znaleźć totalny relaks i spokój. Oczywiście jest taka osoba, którą jest moja żona. Jak każdy z nas mam lepsze i gorsze momenty, ale wydaje mi się, że to po prostu kwestia naszego podejścia. Cały czas pracuję nad tym, żeby znaleźć coś, co będzie dawało mi ukojenie. Jednego dnia potrafię się wyłączyć, wyciszyć i skupić na konkretnym zadaniu, a innego trudno mi to zrobić, wiele rzeczy mnie rozprasza i na mnie wpływa. Ciągle pracuję nad tym, żeby takich dni, w których się gubię, było coraz mniej.

     

    Myślę, że jestem na dobrej drodze, bo w Sapporo miałem dobry weekend, potem trochę przerwy… Raw Air poszedł nieźle. W Lahti było już tak sobie, ale gdybym miał jeszcze jeden dzień, byłoby zupełnie inaczej, bo wyciągnąłem po sobocie wnioski. Tutaj przyjechałem z konkretnym celem zadaniowym i chciałem go realizować. Myślę, że to jest dla mnie kluczowe, żeby mieć takie cele typowo zadaniowe i nie skupiać się na chęci i pragnieniu bycia lepszym. Mam robić swoje zadania i potem się z nich rozliczać.

     

    Z wiekiem, a może bardziej kolejnymi doświadczeniami, stałeś się trochę mniej emocjonalny, inaczej znosisz porażki?

     

    Być może tak, ale też, to co czasami pokazuję na zewnątrz, nie jest odzwierciedleniem tego, co czuję w środku. Nauczyłem się, że nie zawsze warto pokazywać wszystkie emocje. Na pewno dzięki doświadczeniu, które zebrałem i dzięki temu, ile czasu jestem, w tym, co robię, potrafię przejść pewne rzeczy z większym dystansem i jakoś bardzo się tym nie denerwować.

     

    Czyli nauczyłeś się zakładać maski?

     

    Trochę tak.

     

    To coś, czego nauczyły cię konsekwencje jakichś konkretnych zachowań czy po prostu zwyczajnie doszedłeś do wniosku, że to dla ciebie korzystne?

     

    Jedno i drugie. W ten sposób czasem łatwiej przebrnąć przez pewne etapy. Kiedy rzucasz kaskiem, wszyscy się na ciebie patrzą. Myśli wariują i mózg buzuje. Jeśli jednak nie pokażesz emocji, to w pewnym sensie na zewnątrz masz spokój.

     

    Później idziesz do dziennikarzy i musisz uważać na to, co mówisz. Czasami jedno słowo za dużo powoduje falę komentarzy, z którymi trzeba potem się mierzyć, bo to nie kończy się zazwyczaj na jednym wywiadzie, tylko później trzeba w jakiś sposób z tego wybrnąć. Czasami im mniej się mówi, tym lepiej.

     

    Gdybyś spojrzał na cały ten czas od momentu kompletowania nowego sztabu do teraz, który moment wskazałbyś jako taki, który dał ci najwięcej radości?

     

    Myślę, że był to moment, gdy po raz pierwszy zjechaliśmy się na zgrupowanie i zaczęliśmy realizować plan, który sobie założyliśmy. Wiosna była bardzo intensywna pod względem organizacyjnym. Musiałem zmierzyć się z wieloma rzeczami, o których wcześniej nie myślałem. To ja musiałem wyjść z inicjatywą, zadzwonić do obu trenerów, potem do związku albo zadbać o tak mogłoby się wydawać banalne kwestie, jak transport. Teraz już wiem, ile pracy kosztuje zgranie tego wszystkiego. Gdy w końcu zespół się skompletował i zorganizował, mogłem odetchnąć i zacząć trenować. Paradoksalnie wtedy dopiero tak naprawdę odpocząłem i wiedziałem, że mogę skupić się już tylko na skakaniu.

     

    A jak dziś wspominasz ubiegłoroczną Planicę, która w tamtym momencie miała być dla ciebie ostatnią?

     

    W ogóle do tego nie wracam. Jedyne, co mogę teraz na szybko powiedzieć, to cieszę się, że jestem tutaj ponownie jako aktywny skoczek.

     

    W wywiadzie z Interią Sport twoja żona Ewa wspominała, że pamięta, jak będąc na którychś zawodach w ubiegłym sezonie, usłyszała od ciebie, że nie chcesz tu być. Tej zimy zdarzył się moment, gdy miałeś podobne myśli, żałowałeś decyzji o kontynuacji kariery?

     

    Nie było ani jednego momentu, w którym żałowałbym, że podjąłem taką decyzję, ale na pewno były trudne chwile, które trzeba było jakoś przezwyciężyć. Pojawiały się pytania, czy to w ogóle ma sens, czy ja się jeszcze do tego nadaję? A może po prostu sam sobie wmawiam, że nadal mam jakiś potencjał? Jeśli puścisz lejce umysłowi, podpowiada właśnie takie rzeczy. Najlepiej nie dawać mu takiego pola do manewru.

     

    Mam dosyć często tak, że potrzebuję tego potwierdzenia, żeby ktoś postawił mnie do pionu. Ale też czasami potrzebuję, żeby ktoś poklepał po plecach i powiedział: dasz radę, potrafisz skakać i nadal stać cię na wygrywanie.

     

    To kwestia pewności siebie, która bywa zachwiana?

     

    Wydaje mi się, że moglibyśmy dyskutować cały wieczór, skąd to się bierze. Bardzo wiele aspektów ma wpływ na to, jak postrzegamy świat. Najważniejszym jesteśmy oczywiście my sami. Jeśli dobrze się nastawię do dnia, swoich zadań, to wszystko dzieje się samo, wszystko mi oddaje. Jeżeli przestaję się bać, a zamiast lęku jest po prostu akceptacja, to się po prostu dzieje. Najtrudniej jest zaufać samemu sobie, bo czasem wystarczy jedno potknięcie i wszystko się sypie. Jeśli natomiast zbudujesz solidny fundament, to niepowodzenia potraktujesz jak lekcję, a nie porażkę…

     

    Masz takie poczucie, że te ostatnie trudniejsze lata nauczyły cię więcej jako człowieka niż czas największych sukcesów?

     

    Nie. Powiedziałbym, że właściwie to przez całe moje życie się czegoś uczę. Nawet teraz przy naszej rozmowie wyciągam jakieś wnioski. Tak naprawdę ostatni sezon czy dwa to jest konsekwencja czegoś, co zrobiłem, bądź nie.

     

    Mówiliśmy wcześniej o najlepszej chwili, a gdybyś miał wskazać najtrudniejszy moment sezonu?

     

    Mówimy o samej zimie?

     

    Możemy cofnąć się kawałek dalej.

     

    Powiedziałbym, że Letnie Grand Prix w Wiśle. To był moment, który mnie przygniótł, sponiewierał i zdeptał. Tak naprawdę sam do końca nie wiedziałem, co się dzieje i dlaczego tak się stało. Potrzebowałem bardzo dużo czasu, żeby pozbierać się z tego momentu. Dopiero po jakimś czasie uświadomiłem sobie, gdzie mam braki i nad czym muszę jeszcze pracować. Dzisiaj z perspektywy doświadczenia, czasu i pracy, powiedziałbym, że była to naturalna kolej rzeczy.

     

    Gdy widziałam twoją wypowiedź po ogłoszeniu składu na mistrzostwa świata…

     

    Albo brak wypowiedzi…

     

    To prawda, coś w tym jest, ale można było dojść do wniosku, że to bardziej my, niektórzy dziennikarze czy kibice, podeszliśmy do tego braku powołania bardziej emocjonalnie od ciebie.

     

    To nie do końca tak było. Miałem świadomość, zresztą dalej ją mam, że wszystko, co powiem, może być później wyciągnięte z kontekstu i analizowane. Nie jest tak, że od razu przeszedłem do porządku dziennego, było mi bardzo żal, ale wiedziałem, że nic z tym nie zrobię. Jedyne co mogłem zrobić, to pogodzić się z tym i pójść dalej.

     

    Po zawodach w Sapporo miałeś poczucie, że to wystarczy, by zostać powołanym na mistrzostwa?

     

    Podświadomie czułem, że może to nie wystarczyć, że nie obroniłem się wynikami – ani pojedynczymi, ani ogólnymi. Jedyną opcją była dla mnie ta, że trener weźmie sześciu zawodników, ale zdecydował inaczej.

     

    Ile czasu zajęło ci w takim razie pogodzenie się z tą decyzją?

     

    Już w trakcie podróży zadzwonił do mnie Thomas, więc poznałem decyzję. Razem z moim trenerem byliśmy jeszcze wtedy na lotnisku, więc od razu ustaliliśmy plan działania na kolejne tygodnie. Wiedzieliśmy, że pojedziemy na zgrupowanie, później drugie, gdzie będziemy przygotowywać się do Raw Air. Moim celem było po prostu przygotowanie się do kolejnych startów.

     

    Nie myślałeś w trakcie sezonu, by wystartować w Pucharze Kontynentalnym? Może akurat zdarzyłby się ten jeden skok-petarda, który mógłby coś zmienić?

     

    A co by się stało, gdybym nie oddał tam takiego skoku?

     

    Czyli to wynikało z pewnego rodzaju obawy?

     

    Nie, to bardziej pytanie retoryczne, ale na pewno nie było tak, że w ogóle nie brałem pod uwagę Pucharu Kontynentalnego. Raz czy dwa razy w sezonie nawet zdarzało mi się pomyśleć, że skoro nie startuję w Pucharze Świata, to może pojadę na zawody niższej rangi, żeby wywalczyć sobie miejsce jak Maciek i Piotrek. Sam mój trener pytał jednak, po co mi ten Puchar Kontynentalny. Mówił, że potencjał, którym dysponuję, wystarczy, żeby dobrze skakać na bardzo dobrym poziomie w Pucharze Świata. Nie jest też powiedziane, że gdybym pojechał na PK, wszystko byłoby dobrze, bo te zawody rządzą się swoimi prawami. Oczywiście nie chodzi o skoki, tylko o sam przebieg konkursu, Dlatego zdecydowaliśmy, że to niepotrzebne.

     

    Czyli walka o miejsce w składzie nigdy nie była dla ciebie ujmą, tylko bardziej naturalną koleją rzeczy?

     

    Nigdy nie była ujmą, ale na pewno dała mi się we znaki. Było to coś, co mnie zaskoczyło, odebrało swobodę i trochę pewności, bo wiedziałem, że muszę walczyć o to, żeby być w składzie. Z drugiej strony miałem i wciąż mam świadomość, że jeśli będę skakał na swoim normalnym poziomie, nie będę miał żadnego problemu, by się w nim znaleźć.

     

    Zdarzało ci się zastanawiać, jak ułożyłby się ten sezon, gdyby nie kontuzja?

     

    Nie.

     

    Naprawdę nigdy?

     

    Teraz w ogóle nie ma to już znaczenia. Nawet wczoraj miałem okazję chwilę rozmawiać o tym z Piotrkiem. Powiedział, że gdyby nie te nasze kontuzje, to byłoby inaczej. Ja w ogóle nie brałem tego nawet pod uwagę.

     

    Co ma w sobie trener Michal Doleżal, że to akurat z nim współpracuje ci się tak dobrze?

     

    Przede wszystkim chodziło o to, że odnosiliśmy wspólnie sukcesy. Mam też poczucie, że nie pozwolono nam czegoś dokończyć, kiedy był trenerem kadry. Taki niezamknięty rozdział. Czułem, że można było zrobić coś więcej. Dlatego chciałem ponowić tę współpracę. Bardzo podoba mi się jego etyka i sposób pracy. Wiedziałem też, że to jedna z lepszych osób, jeśli chodzi o kombinezony, przygotowanie sprzętu. Tak naprawdę kilka ról w jednym. Po prostu też dobrze czuję się przy tym trenerze, mamy podobny sposób myślenia, podobne charaktery.

     

    Kiedy po tych przerwach wracałeś do rywalizacji i wydawało się, że wreszcie wszystko powinno iść dobrze, a kończyło się kolejnymi niepowodzeniami, sztab przeżywał to tak mocno, jak ty?

     

    Trenerzy nie pokazywali tego na zewnątrz, ale wiedziałem, że to ich boli, bo sami przypominali o moim potencjale i nawet jeszcze bardziej mnie nakręcali, kiedy zaczynałem wątpić. Wszyscy czuliśmy zawód, może nawet frustrację. Z drugiej strony wiedziałem, że skoro na treningach w bardziej komfortowych warunkach potrafię skakać, a później przeszkadzają bodźce zewnętrzne, problem musi leżeć w strefie mentalnej. To tutaj muszę wykonać robotę, która jeszcze na pewno potrwa. Mam świadomość, że jestem w procesie, który wymaga czasu.

     

    Pamiętasz, kiedy po raz ostatni w warunkach rywalizacji udało ci się oddać taki skok na automacie, bez kontroli?

     

    Nie. Chociaż… Było tak dzisiaj w kwalifikacjach (rozmawialiśmy w czwartek — przyp. red.). W warunkach rywalizacji to był pierwszy taki skok tej zimy.

     

    W takim razie pomyślałeś sobie, że skoro sytuacja rozwija się w ten sposób, sezon mógłby jeszcze trochę potrwać czy jesteś już nim zmęczony?

     

    Już dwa tygodnie temu myślałem sobie, że szkoda, że ten sezon się kończy, bo naprawdę czuję, że wszystko zaczyna iść w dobrym kierunku. Z drugiej strony, miałem na to przecież całą zimę. Teraz po prostu mam czas na to, by kontynuować to, co robię.

     

    Po sezonie masz w planach dłuższy odpoczynek?

     

    Marzy mi się taka dłuższa podróż i to marzenie wraz z moją Ewą zrealizujemy. Pojedziemy samochodem na kilkutygodniową wycieczkę.

     

    Zdradzisz cel?

     

    Chcemy objechać Hiszpanię i Portugalię.

     

    To trochę taki przedsmak tego, co planujecie na później?

     

    Dokładnie tak, chcemy poznać się w takich warunkach i nabrać trochę doświadczenia, a przy tym spędzić miło czas. Głowa nie będzie musiała myśleć o skokach, tego myślenia było ostatnio aż zanadto.

     

    Takie dłuższe podróże z żoną to jest jedna z tych rzeczy, których teraz w trakcie kariery ci brakuje?

     

    I tak, i nie. Z jednej strony chciałbym, żebyśmy podróżowali więcej, ale z drugiej strony lubię to, co robię, więc to coś kosztem czegoś. Poza tym, gdybym nie był skoczkiem i nie osiągnął tego, co osiągnąłem, nie wiem, czy w ogóle mógłbym sobie na coś takiego pozwolić. Na razie zostawiłbym to tak, jak jest. Nie chcę tu niczego deklarować, ale mam już też pewne plany na przyszłość.

  • Oto co Polacy zrobili Thurnbichlerowi po Planicy. Maski opadły

    Oto co Polacy zrobili Thurnbichlerowi po Planicy. Maski opadły

    Oto co Polacy zrobili Thurnbichlerowi po Planicy. Maski opadł

     

    Po finale sezonu Pucharu Świata w skokach w Planicy opadły maski. Thomas Thurnbichler po raz ostatni machnął flagą, a część polskich zawodników włączyła walec, pod którym w ich wypowiedziach znalazł się Austriak. Najmocniej uderza w niego Dawid Kubacki. Początkowo nie powstrzymał się także Aleksander Zniszczoł, ale później okazało się, że krytykował Thurnbichlera tylko w części rozmów.

     

    Thurnbichler musiał spodziewać się ostrych słów na pożegnanie ze strony zawodników już wcześniej. W końcu już po piątkowej konferencji prasowej dał zawodnikom zakaz wypowiedzi o zmianie trenerów. Poprosił wtedy media o niezadawanie pytań o tę sprawę do końca sezonu.

     

    W teorii po to, żeby drużyna dotrwała jakoś do końca sezonu. Decyzję o przyszłości Thurnbichlera ogłoszono w piątek, więc pozostawała jeszcze rywalizacja w trzech konkursach Pucharu Świata tej zimy. Nietrudno było jednak się domyślić, że Thurnbichler zwyczajnie nie chce, żeby zawodnicy “odpalili się” w wywiadach już na początku ostatniego weekendu. I pewnie nie chciał o sobie słyszeć przez trzy dni tego, co część skoczków powiedziała już po finałowym konkursie w Planicy.

     

    Wolny i Żyła się powstrzymali. “Nie można za sobą palić mostów”

    Wiadomo było, że w niedzielę wielu osobom rozwiąże się język. Pytanie brzmiało bardziej: kto ujawni najmniej i będzie się starał potraktować Thurnbichlera najlżej? Wyszło na to, że tym, który oszczędził Austriaka, był przede wszystkim Kamil Stoch.

     

    Wiele nie powiedzieli też Jakub Wolny i Piotr Żyła. – Nie będę osobą, która odpowie na to pytanie – zaznaczył na start rozmowy z dziennikarzami Wolny. – Uważam, że nie można za sobą palić mostów. Nie wiadomo, czy Thomas kiedyś nie będzie znów naszym trenerem. Myślę, że on też na swój sposób dużo pracy wkładał w te skoki, ale jakby nie do końca udało nam się wszystkim zawodnikom z nim dogadać – ocenił skoczek.

     

    Żyła miał podobne wnioski. – Thomas też sam powiedział, że trochę się to już tak wypaliło, nie? Czasem trzeba po prostu coś odświeżyć, żeby działało. Też nie mogę jakoś bardzo oceniać, no bo ja ten sezon miałem po kontuzji, mało trenowałem przez to lato. Ale widziałem, że coś tam nie grało jednak. Nawet nie tylko moje skoki, tylko reszta też. Poza Pawłem, który naprawdę skakał super. I na koniec jeszcze tam w Lahti to podium zrobił. Ale coś tam jednak chyba nie grało. To już za nami, teraz jedziemy dalej i walczymy – przekazał skoczek, który za kadencji Thurnbichlera został mistrzem świata na normalnej skoczni w Planicy.

     

    Thurnbichler miał robić Stochowi pod górkę tak, że to “zakrawało na zbrodnię”. Ale skoczek pokazał klasę

    Stoch miał największe powody do tego, żeby uderzyć w Thurnbichlera. W końcu ten nie pozwolił mu pojechać na mistrzostwa świata w Trondheim, chociaż zdecydowanie miał taką możliwość. Do tego widać było, że wiele nie gra w kontekście nawiązania współpracy kadry rządzonej przez Austriaka z prywatnym teamem Stocha. W niektórych aspektach wyglądało to jak uprzykrzanie życia i niepotrzebne tworzenie problemów. A konkretniej: jak zemsta za to, że Stoch wiosną zeszłego roku odszedł od zespołu prowadzonego przez Thurnbichlera, choć wcześniej mówił, że będzie gotowy z nim dalej współpracować.

     

    Stoch – w tym przypadku, jak przystało na wielkiego mistrza – zachował się jednak mądrze. I Thurnbichlera mocno oszczędził. Choć sam mówił, że nie musi dużo gryźć się w język. – Nie mam absolutnie problemu z trenerem Thurnbichlerem. Przeżyliśmy wspólnie dwa lata solidnej pracy, które też uważam za doświadczenie. Ostatni rok rzeczywiście nie był taki, jakbyśmy oboje tego chcieli. I on, jeżeli chodzi o zawodników, których prowadził i ja, gdzie trenowałem osobno. Ale takie jest życie, trzeba to zaakceptować. Myślę, że tutaj nie ma absolutnie żadnej zawiści, wrogości, ani tym bardziej żalu. Po prostu trzeba wyciągnąć wnioski i iść dalej – powiedział Stoch.

     

    Dawid Kubacki w swoich wypowiedziach sugerował, że to jednak Stoch powinien mieć najwięcej żalu do Austriaka. – To, co Thomas robił, żeby zrobić pod górkę Kamilowi, zakrawa na zbrodnię – ocenił skoczek. Stoch był jednak powściągliwy. – Nie będę ukrywał, że było wiele rzeczy, które mogłyby być zrobione i zorganizowane inaczej. Lepiej, na korzyść myślę, obopólną. Ale to już “se ne vrati”, jak mówią nasi sąsiedzi. Z tego, co wstępnie rozmawiałem i z moim trenerem Doleżalem, i z prezesem Adamem, i z trenerami, którzy będą prowadzili kadrę, wynika, że na pewno będziemy potrzebowali zbudować lepszą więź w przyszłości. Żeby ta współpraca była bardziej ścisła i żebyśmy wszyscy siebie nawzajem wspierali – wskazał Kamil Stoch.

     

    – Powiedziałbym, że nasze relacje z trenerem były normalne. Na tyle, na ile ta współpraca mogła się układać, na tyle tak było. Natomiast patrzę już w przyszłość i mam nadzieję, że teraz to będzie zupełnie inaczej wyglądało. Bo wyciągnęliśmy wnioski, jesteśmy bogatsi o te doświadczenia. Osoby decyzyjne w Polskim Związku Narciarskim też zobaczyły, jak to wyglądało, a jak mogłoby wyglądać. I teraz po prostu wspólnie będziemy pracować na tym, żeby razem osiągnąć sukces. Myślę, że z zawodnikami zawsze powinien być kontynuowany dialog albo prowadzony dialog. I dzięki temu osoby, które podejmują decyzję, też wiedzą, jak naprawdę jest i czego zawodnicy też oczekują. Dzięki temu mogą później po prostu podjąć takie, a nie inne decyzje – dodał Stoch.

     

    Kubacki “odpalił się” najbardziej. Powiedział wszystko, co do tej pory ukrywał

    Wspomniany Kubacki “odpalił się” na Thurnbichlera najbardziej. Już w trakcie sezonu było czuć, że to jego największy krytyk wewnątrz kadry. Ale w Planicy pozwolił sobie na więcej niż dotychczas. – Zmiany w sztabie są czymś podyktowane. Poza faktem, że nie ma wyników, to nie było perspektywy na to, że się tutaj coś zmieni. Od dwóch i pół roku próbowaliśmy z tym walczyć, żeby jednak się coś zmieniło, ale jednak się nie udało. Myślę, że chaos, który był w całej grupie i brak konsekwencji były po prostu przyczyną tego, co się działo – mówił skoczek.

     

    Rok temu zawodnicy nie sprzeciwili się Thurnbichlerowi. Dało się wyczuć, że w pełni mu nie ufają, ale zmiany w sztabie – przyjście Macieja Maciusiaka w roli asystenta Austriaka – pozwoliły skoczkom dać szansę ich głównemu szkoleniowcowi. – Jakbyśmy się uparli, to na pewno dałoby się to zmienić. Myślę, że uwierzyliśmy w obiecanki cacanki: że coś się zmieni, że będzie lepiej. Ale się nie zmieniło. Najbardziej zawodziło to, że nie było konsekwencji w tym, co robiliśmy. Wieczorem siadaliśmy, ustalaliśmy, że zajmujemy się tym i tym. Zbijaliśmy piątki, każdy zadowolony, a na drugi dzień na skoczni trener nic z tego nie pamiętał. Tylko od nowa i mieszamy, zmieniamy, próbujemy kombinować w trakcie zawodów. Więc to było takie rozbijanie wszystkiego od środka, bo jednak skoki potrzebują konsekwencji – stwierdził Kubacki.

     

    – Jednym dobrym skokiem nie da się zbudować formy, tylko ich trzeba oddać kilkadziesiąt. A tutaj po każdym trochę lepszym już trzeba było coś dodawać, już coś zmieniać, już kombinować, bo będzie jeszcze lepiej i już będziemy wygrywać. A tak to niestety nie działa – dodał zawodnik, który z Thurnbichlerem miał świetny sezon 2022/2023, gdy został czwartym zawodnikiem klasyfikacji generalnej Pucharu Świata, trzecim w Turnieju Czterech Skoczni i zdobył brązowy medal mistrzostw świata w Planicy.

     

    To nie tak, że Kubacki o tych sukcesach już zapomniał. – Dobry był ten pierwszy rok, kiedy dobrze mi się skakało od samego początku, od wiosny. Bo mieliśmy wszystko poukładane już, zanim Michal Doleżal odszedł, wiedzieliśmy, co mamy robić. To działało od samego początku i tam przez długi czas było tak, że rzeczywiście umiał się powstrzymać i nie mieszał, tylko było “okej, okej” i jedziemy dalej. Dopiero w połowie sezonu, jak zaczęła się lekka zadyszka, no to tam już się zaczęło. Pokazał swoje, zaczęło się kombinowanie i porozbijał to, co było zbudowane troszkę – wyjaśnił

     

    Poproszony o wymienienie dobrych stron trenowania z Thurnbichlerem też nie milczał. – Myślę, że było parę fajnych elementów. To, co działo się tak naprawdę na samym początku. Wielu z tych jego ćwiczeń, które wprowadzał, nie byłem w stanie wykonywać, bo miałem wtedy kontuzję po poprzednim sezonie. Ale chociażby to skakanie z różnymi zadaniami, te elementy, kiedy Daniel Krokosz (psycholog polskich skoczków – red.) przyszedł do nas do drużyny. Robiliśmy takie różne dziwne zadania między tym. To gdzieś tam wprowadzało taki fajny luz i to było jak najbardziej okej – ocenił Kubacki.

     

    Już przed sezonem Kubacki w podkaście Eurosportu pozostawił wiele wątpliwości wobec swojej współpracy z Thurnbichlerem. A hasłem przewodnim stało się stwierdzenie, że Austriakowi “ufa, ale to kontroluje”. – Powiedziałem tak, bo lepszego określenia nie znalazłem. Kiedy za każdym razem na coś się dogadujemy, a na drugi dzień to już jest nieaktualne, to trudno na czymś takim budować zaufanie. I też wielokrotnie się zdarzało, że schodziłem ze skoczni, do trenera, a on mówił: “No tak, wszystko dobrze zrobiłeś, tak jak chciałem, ale nie poleciało”. Jak widzę, że ja też po skoku czuję, że zrobiłem to, czego ode mnie się chciało, że tak miało być, ale nie leci, i trener też ma na to taką konkluzję, to sorry, ale na tym nie da się nic zbudować.

     

    Po atmosferze w drużynie też widać było, że coś jest nie w porządku. – Od samego początku nie wyglądało dobrze. Wcześniej też były zmiany personalne, bo był jeden człowiek, który też bardzo mocno mieszał w tej drużynie (Kubackiemu chodzi tu prawdopodobnie o byłego asystenta Thurnbichlera, czyli Marca Noelke – red.). Później wyleciał, zrobiło się trochę spokojniej. Też przez to troszeczkę mieliśmy taką nadzieję, że to się jednak zmieni na kolejny rok. Ale niewiele się zmieniło. I ta atmosfera była, jaka była, umówmy się. Jak się widzi, że ktoś zawodnikom rzuca kłody pod nogi specjalnie, i to jest trener głównej kadry, to trudno, żeby było fajnie – opisywał Kubacki. I jako przykład tych “kłód pod nogi” podał właśnie stosunek Thurnbichlera do Stocha. Ale w szczegóły nie chciał wchodzić.

     

    Czy Kubacki rozmówił się na koniec z Thurnbichlerem i wyjaśnił, co nie grało? – Teraz już nie. Takich rozmów mieliśmy przez ostatnie dwa i pół roku bardzo dużo i, tak jak wspominałem wcześniej, na drugi dzień one nie były pamiętane, więc nie ma sensu – zapewnił Dawid Kubacki.

     

    Zniszczoł najpierw wygadał się w studiu TVN, a potem zamilkł

    Najciekawsza w tym wszystkim jest reakcja Aleksandra Zniszczoła. Najpierw skoczek po finałowym konkursie zimy, w którym zajął najwyższą pozycję w sezonie – siódme miejsce – pojawił się w studiu telewizyjnym TVN. I tam pojechał po bandzie, gdy zapytano go o Thurnbichlera. – Byłoby ciężko, jakby Thomas został. W tej grupie byłoby 30 procent mniej zaangażowania – między innymi takimi dziwnymi wypowiedziami posłużył się zawodnik.

     

    I, co ciekawe, gdy dotarł już do pozostałych dziennikarzy w Planicy, w sprawie Thurnbichlera wręcz zamilkł. Dostał o nią dwa pytania i dwa razy dawał do zrozumienia, że nie ma nic do powiedzenia. Najpierw przy takim o to, co działo się wewnątrz zespołu. – Było jak cały rok, no. Co ja mogę powiedzieć, no – rozkładał ręce Zniszczoł. I potem o największą trudność w komunikacji w zespole. – Nie wiem – odpowiedział skoczek.

     

    Ewidentnie nabrał wody w usta w porównaniu do tego, co mówił dla TVN. Być może zrozumiał, że poszedł o krok za daleko i nie chciał drugi raz podejść do wszystkiego w taki sposób. Powiedział też coś dziwnego na pytanie o to, czy miał podobne sytuacje do Kubackiego – z udzielaniem uwag przez Thurnbichlera jednego dnia, a potem robieniem wszystkiego na odwrót na skoczni. – Nie wiem, jak znajdziesz tu na ziemi telefon, to jestem pewien, że to będzie Thomasa – mówił, jakby sugerując, że nie może skrytykować Thurnbichlera.

     

    A w rzeczywistości chyba się bał. Ograniczył się do bardzo uogólnionej krytyki. – Pomimo moich dobrych skoków nie było wyników jak cały sezon. To jest po prostu brak przygotowania. Raz było tak, raz tak. Brak stabilizacji też z czegoś się wywodzi – rzucił tylko skoczek

     

    Pożegnanie Thurnbichlera kontrastuje z atakiem zawodników. “Lubię każdego”

    Zawodnicy postanowili zagrać dość ostro. To opinie i zachowanie czasem będące już nie tylko szczerym otworzeniem się po ukrywaniu tego, co naprawdę czuli przez ostatnie miesiące, lecz także zachowanie pozbawione klasy. Nie takie jak Kamila Stocha, który ograniczył się i nie chciał przesadzić.

     

    Atakujące wypowiedzi takie jak Zniszczoła i Kubackiego mocno kontrastują z tym, w jaki sposób żegna się sam Thurnbichler. – Nie było jeszcze wielu reakcji ze strony skoczków, ale one pewnie przyjdą teraz. Wczoraj była impreza, ja byłem w hotelu, więc się rozdzieliliśmy. Na pewno będę miał małą przemowę i zobaczymy, co dalej. Co im powiem? Że życzę im wszystkiego, co najlepsze i szczęścia. Lubię każdego z moich zawodników. Potrzebujemy polskich skoków narciarskich w wysokiej formie, żeby nie stracić tej społeczności. Moim zdaniem największej społeczności wokół skoków na świecie. Chcę widzieć ich sukcesy, nieważne, czy będę pracował dla Polski, czy nie – powiedział Austriak.

     

    -To był dla mnie trochę dzień pełen emocji. To mój koniec w Polsce, w kadrze narodowej. Mam oferty, nad którymi pomyślę, ale wiem, co będę robił w kolejnych latach i że zostaję w skokach narciarskich – podsumował Thurnbichler. O jego możliwej dalszej przyszłości piszemy tutaj.

  • Oto co Hiszpanie napisali o Lewandowskim. Aż brakuje słów

    Oto co Hiszpanie napisali o Lewandowskim. Aż brakuje słów

    Oto co Hiszpanie napisali o Lewandowskim. Aż brakuje słów

    “Jego buty są złote”, “Zrobił to niczym Ibrahimović”, “Zrobił różnicę” – to tylko niektóre z pochwalnych słów od hiszpańskich mediów pod adresem Roberta Lewandowskiego, który zdobył dwa gole w meczu ligowym FC Barcelona – Girona (4:1).

     

    FC Barcelona w niedzielne popołudnie odniosła już dziewiąte z rzędu zwycięstwo w La Lidze. Drużyna prowadzona przez trenera Hansiego Flicka wygrała u siebie z rewelacją poprzedniego sezonu, Gironą, aż 4:1 (1:0). Dwa gole dla FC Barcelony zdobył Robert Lewandowski, w 61. i 77. minucie, jednego Ferran Torres (86.), a jedna bramka była samobójcza (43.).

     

    Hiszpanie zachwyceni Lewandowskim. Piszą jednym głosem

    Hiszpańskie media są zachwycone występem Roberta Lewandowskiego.

    “Buty Lewandowskiego są złote” – to tytuł relacji z meczu z dziennika Sport.

     

    “Polak grał w trudnym meczu, miał problemy ze znalezieniem miejsca do strzału, ale jego umiejętności strzeleckie nigdy nie powinny być kwestionowane. W polu karnym wykonał akrobatyczny rzut, który wyjął z kapelusza i zdobył gola. A dzięki idealnemu strzale prawą nogą zdobył drugiego gola, który dał mu spokój ducha i 25. bramkę w walce o tytuł króla strzelców. Nie można oczekiwać więcej” – dodali dziennikarze. Polak otrzymał od nich notę “9” – najwyższą w zespole!

     

    “Barcelona napędzana przez Lewandowskiego przejeżdża przez Gironę” – to tytuł z Mundo Deportivo. W ocenach z meczu przy Polaku jest tytuł: “Akrobatyczny”. – Lewandowski zmotywowany presją strzelecką Mbappe w walce o króla strzelców, szukał ostatniego strzału i w drugiej połowie trafił dwa razy. Za pierwszym razem łapiąc piłkę w powietrzu, gestem godnym sztuk walki, niczym Ibrahimović. Za drugim razem strzelił prawą nogą, klasycznie, godnie dla numeru 9. Lewandowski ma teraz 25 goli, z czego tylko trzy z rzutów karnych. Robi różnicę” – dodają dziennikarze.

     

    “Po tym, jak Mbappe niebezpiecznie zbliżył się do Roberta Lewandowskiego, Polak odpowiedział tym samym, zdobywając już 25 goli i utrzymując tym samym przewagę trzech goli nad piłkarzem Realu Madryt. Lewandowski pobił tym samym rekord swoich dwóch poprzednich sezonów w Barcelonie” – zauważa dziennik AS.

     

    Tymczasem Marca dała Polakowi, Yamalowi i Pedriemu najwyższą ocenę – “9”. “Polak wybacza błędy raz, ale nie dwa razy. Wyglądało na to, że chciał strzelić hat-tricka, ale tak się nie stało” – dodali dziennikarze.

     

    Zobacz: Burza w Hiszpanii po tym, co zrobił sędzia w meczu Barcelony. Nie do wiary

     

    Lewandowski utrzymał prowadzenie wśród najlepszych strzelców La Ligi. Polak ma 25 bramek, trzy więcej od wicelidera Kyliana Mbappe (Real Madryt).

     

    FC Barcelona z 66 punktami w 29 spotkaniach prowadzi w La Lidze. Ma trzy punkty więcej od wicelidera i obrońcy trofeum – Atletico Madryt.