• Świat zobaczył, jak Świątek “traktuje” rywalki. “Nie mogę oddychać”

    Świat zobaczył, jak Świątek “traktuje” rywalki. “Nie mogę oddychać”

    W poniedziałek zwycięstwo bez gry po walkowerze rywalki, w piątek awans po kreczu przeciwniczki – niewiele brakowało, by właśnie tak wyglądała droga Igi Świątek w tegorocznym turnieju WTA 1000 w Cincinnati. Tymczasem w skrajnie trudnych, dusznych warunkach w USA można było wyraźnie zobaczyć, w jak znakomitej dyspozycji fizycznej znajduje się Polka – szczególnie na tle swoich rywalek. Świątek zameldowała się już w półfinale, w którym zmierzy się z Jeleną Rybakiną.

    Przypomnijmy, że miesiąc temu, podczas meczu czwartej rundy Wimbledonu, Clara Tauson krzyczała w trakcie starcia z Polką: „Ku**a, nie mogę oddychać”. Duński dziennik Ekstra Bladet opisywał wtedy, że mimo ogromnych problemów zdrowotnych Dunka dokończyła spotkanie. Podobnie w Cincinnati – Anna Kalinska, choć zmagała się z kontuzją, walczyła do końca, starając się przeciwstawić faworytce. Takie sytuacje, powtarzające się w meczach Świątek, pokazują jednak, że wiele przeciwniczek nie wytrzymuje fizycznego tempa, jakie narzuca liderka polskiego tenisa.

    Po 45 minutach ćwierćfinału z Kalinską Iga zmieniła jedynie przepoconą koszulkę i czapkę, po czym natychmiast była gotowa grać dalej. Prowadziła wówczas 6:3, a Rosjanka udała się na dłuższą przerwę medyczną. Pierwsze wątpliwości co do tego, czy Kalinska dokończy mecz, pojawiły się już po kwadransie gry, gdy przy stanie 2:1 dla Świątek poprosiła o interwencję fizjoterapeutki. Z lodem na karku, zabandażowaną łydką i po dawce środków przeciwbólowych wróciła jednak na kort. Tymczasem Polka, mimo upału sięgającego 30 stopni i wilgotności powyżej 70 proc., poruszała się energicznie, jakby warunki nie robiły na niej większego wrażenia.

    Rosjanka jeszcze dzień wcześniej publicznie skarżyła się na harmonogram gier, twierdząc, że nie miała czasu na regenerację po spotkaniu z Jekateriną Aleksandrową, które zakończyło się po północy. Świątek faktycznie skończyła swój mecz poprzedniej rundy około 12 godzin wcześniej, ale i tak Kalinska miała ponad dobę odpoczynku – co w tourze WTA wcale nie jest rzadkością.

    W trakcie meczu Rosjanka wielokrotnie sygnalizowała ból łydki, lecz nie zrezygnowała z gry. Obroniła nawet cztery piłki meczowe przy stanie 3:6, 4:5, imponując walecznością. Jednak Świątek zachowała pełen spokój, serwując na zwycięstwo do 15 i wykorzystując piątego meczbola.

    Takie scenariusze w spotkaniach Igi zdarzają się regularnie. Od momentu, gdy została numerem jeden światowego rankingu, aż osiem razy wygrała mecze dzięki walkowerowi lub kreczowi rywalki – m.in. z Martą Kostiuk, Danielle Collins, Caroline Wozniacki, Karoliną Plíškovą, Łesią Curenko czy Ons Jabeur. Sama Świątek w tym czasie oddała mecz przed rozpoczęciem tylko raz – w Bad Homburgu 2023 – oraz raz skreczowała w trakcie gry, w ćwierćfinale w Rzymie przeciwko Rybakinie z powodu kontuzji uda.

    Tamten rzymski mecz wywołał falę absurdalnych komentarzy w mediach społecznościowych, jakoby Iga symulowała uraz, co stanowczo zdementowała jej psycholożka Daria Abramowicz, podkreślając, że takie insynuacje są krzywdzące i naruszają granice prywatności.

    Historia pojedynków z Kalinską ma dodatkowy wątek – jedyne wcześniejsze starcie tych tenisistek, w Dubaju 2024, Świątek przegrała 4:6, 4:6. Dopiero później ujawniono, że tamtego dnia Polka zmagała się z objawami COVID-19, mając problemy z oddychaniem i koncentracją. Mimo tego nie zeszła z kortu, walcząc do końca – co jeszcze bardziej podkreśla jej odporność fizyczną i mentalną.

  • Świątek czekała na rewanż z Sabalenką. Hit odwołany. Aryna zdemolowana w Cincinnati

    Świątek czekała na rewanż z Sabalenką. Hit odwołany. Aryna zdemolowana w Cincinnati

    Świątek czekała na rewanż z Sabalenką. Hit odwołany. Aryna zdemolowana w Cincinnati

    Rok temu Iga Świątek próbowała w nieszczęsnym dla niej ostatecznie Cincinnati odegrać się za brązowy medal z igrzysk, bo przecież marzyła o złocie. W półfinale przegrała jednak z Aryną Sabalenką, a miesiąc później dowiedziała się o pozytywnym wyniku badania antydopingowego. Z Białorusinką zagrała jeszcze w półfinale French Open, też przegrała. Po dzisiejszym awansie Igi do półfinału można było liczyć na to, że znów o finał zagra z liderką rankingu WTA. Jelena Rybakina na to jednak nie pozwoliła. I to w jakim stylu!

     

    Dwa miesiące temu w Berlinie Aryna Sabalenka też zmierzyła się z Jeleną Rybakiną w walce o półfinał. Obie gwiazdy kobiecego tenisa stoczyły blisko trzygodzinny bój, dwa sety rozstrzygały w tie-breakach. W tym ostatnim gemie trzeciego seta Kazaszka miała już cztery piłki meczowe, prowadziła 6-2. I przegrała sześć akcji z rzędu. Porażka w takim stylu może boleć bardziej niż jakieś 1:6, 1:6.

     

    Teraz doszło do rewanżu – śmiało można powiedzieć, że na terytorium Sabalenki. To ona jest wciąż światową jedynką, w Cincinnati triumfowała rok temu. Tyle że w ostatnich dniach nie prezentowała jakiejś wybitnej gry, mogła odpaść w starciu z Emmą Raducanu.

     

    Rybakina zaś znów długimi momentami gra tak, jak zawodniczka ze ścisłej czołówki rankingu. Wciąż jest trochę niestabilna, bo przecież trudno było wytłumaczyć porażki w półfinałach w Waszyngtonie (z Leylah Fernandez) i Montrealu (z Victorią Mboko), w obu tych spotkaniach serwowała po finały. W Cincinnati też w każdym z trzech starć przegrywała pierwszego seta, by później włączać swój niszczący serwis, ale i skuteczny return.

     

    W meczu z Sabalenką pokazała to wszystko od początku. A sztab Igi Świątek pewnie się zastanawiał, czy aby starcie z tak grającą Kazaszką w niedzielnym półfinale to będzie najlepsze dla Polki rozwiązanie. Jelena nie zostawiła jednak innej opcji.

     

    WTA 1000 Cincinnati. Aryna Sabalenka kontra Jelena Rybakina. Dwa i pół zaciętego gema, później pogrom liderki rankingu

     

    Sabalenka już w gemie otwarcia miała break pointa, w trzecim zaś prowadziła – przy serwisie Rybakiny – 30-0. Wtedy Kazaszka nie trafiała pierwszym podaniem, to był jej główny mankament. Gdy jednak serwis zaczął funkcjonować na poziomie najlepszym chyba na świecie, nawet Sabalenka zaczęła być bezradna. Dość powiedzieć, że w pierwszej partii Jelena miała stuprocentową skuteczność przy pierwszym podaniu (9/9), drugie też jakoś specjalnie nie zawodziło.

     

    A Sabalenka? Nie popełniała wielu błędów, nie grała jakoś bardzo źle. Była jednak bezradna, kompletnie bezradna. Płaskie zagrania Rybakiny były za mocne, za precyzyjne. Za chwilę zrobiło się 1:3, później 1:4, 1:5, 1:6. Po 29 minutach od pierwszego serwisu Kazaszki. Tak wysoko liderka rankingu WTA oberwała po raz ostatni w kwietniu, w finale WTA 500 w Stuttgarcie z Jeleną Ostapenko. Na kortach twardych zaś w listopadzie zeszłego roku, w Rijadzie. A po drugiej stronie siatki znajdowała się wtedy… Rybakina.

     

    Po tym fatalnym secie Sabalenka udała się do szatni, skorzystała z przerwy toaletowej. A Rybakina wysłuchiwała porad Stefano Vukova, chyba niepotrzebnie, bo w takiej dyspozycji niczego nie powinna zmieniać.

     

    Widać było po Białorusince, że jest zła. Półfinał wymykał jej się z rąk, a przecież broniła tu aż tysiąca punktów za zeszłoroczny triumf. Za chwilę będzie zaś bronić dwóch tysięcy w US Open.

     

    Odpowiedź Sabalenki na demolkę w pierwszej partii. Nagły zryw, szanse na przełamanie. I wszystko się szybko skończyło

     

    Sabalenka lepiej zaczęła drugą partię, wygrała swojego gema, za moment miała 30-0, a później dwa break pointy przy podaniu Rybakiny. Kazaszce już tak pierwsze podanie idealnie nie wychodziło, ale i tak wyrównała. Liderka rankingu znów mogła mieć do siebie żal, zwłaszcza przy tej drugiej okazji. Bała się już mocy podania Rybakiny, ale ta miała drugi serwis, którym nie ryzykowała. A Białorusinka i tak się źle ustawiła.

     

    Skoro Rybakina wyszła z tak dużych opresji, to za chwilę postawiła kolejny krok w kierunku awansu. Po prostu przełamała liderkę rankingu, korzystała z jej potwornej niemocy.

     

    Rybakina odskoczyła na 4:2, potrzebowała jeszcze po prostu “przytrzymać” własne podanie. Sabalenka grała trochę lepiej, a może po zeszła z niej jakaś presja i stawiała wszystko na jedną kartę. Wygrywała przynajmniej swoje gemy, a to już było coś. Choć za mało by odwrócić losy meczu.

     

    Rybakina nie pozwoliła jej jednak na powrót, nie zmarnowała tej szansy. Obroniła break pointa w ósmym gemie, oczywiście – asem. Dziewiątym w spotkaniu. A później kolejnego – dziesiątym asem.

     

    Choć już też walczyła z emocjami, a to nie jest jej mocną stroną. Wygrała jednak to starcie w 75 minut 6:1, 6:4. I to ona zagra w niedzielę o finał z Polką.

     

    Czy to dobre rozwiązanie dla Świątek? Iga wygrała z Kazaszką już trzy mecze w tym roku: w Sydney, Dosze i Paryżu. Wydaje się jednak, że teraz Rybakina jest w znacznie lepszej dyspozycji.

  • Tak wygląda ranking WTA po meczu Świątek z Rosjanką

    Tak wygląda ranking WTA po meczu Świątek z Rosjanką

    Iga Świątek bez większych kłopotów zameldowała się w półfinale turnieju WTA w Cincinnati, pokonując Annę Kalinską 6:3, 6:4. Jej kolejną rywalką może być Aryna Sabalenka – pod warunkiem, że Białorusinka poradzi sobie z Jeleną Rybakiną. Dzisiejsza wygrana Polki ma jednak także znaczenie w kontekście rankingu WTA, w którym Świątek zbliżyła się do wiceliderki, Coco Gauff.

    W Cincinnati wszystko układa się dla Igi Świątek zgodnie z planem. Polka pozostaje niepokonana w tym turnieju i jak dotąd nie straciła nawet seta. Najtrudniejszą przeprawę miała w starciu z Soraną Cirsteą, lecz i Rumunkę pokonała pewnie – 6:4, 6:3.

    Ćwierćfinałowy pojedynek z Anną Kalinską nie zmienił tej passy. Świątek kontrolowała przebieg meczu, zwyciężając 6:3, 6:4, i wywalczyła awans do najlepszej czwórki turnieju. Dzięki temu dopisała do swojego konta kolejne punkty rankingowe, zmniejszając stratę do Coco Gauff.

    Obecnie w rankingu WTA LIVE Świątek ma 7323 punkty, podczas gdy Amerykanka – 7874. Jeżeli Gauff przegra w nocy z piątku na sobotę z Jasmine Paolini, nie poprawi już swojego dorobku w Cincinnati. Wówczas Polka wciąż będzie mogła ją dogonić, jednak aby wyprzedzić wiceliderkę, musiałaby sięgnąć po tytuł – wtedy jej bilans wzrósłby do 7933 punktów.

    Liderką światowej klasyfikacji pozostaje Aryna Sabalenka z dorobkiem 11 225 punktów i jej pozycja nie jest zagrożona, niezależnie od wyników pozostałych spotkań.

    W półfinale Świątek zmierzy się z triumfatorką meczu Sabalenka – Rybakina. Drugi półfinał utworzą zwyciężczynie pojedynków Warwara Graczowa – Wieronika Kudiermietowa oraz Coco Gauff – Jasmine Paolini. Turniej WTA w Cincinnati można śledzić na stronie Sport.pl oraz w aplikacji mobilnej Sport.pl LIVE.

  • Świątek schowała pomocną dłoń. Komentatorka powtarzała jedno słowo

    Świątek schowała pomocną dłoń. Komentatorka powtarzała jedno słowo

    Anna Kalinska mogła odczuwać deja vu, bo piątkowy ćwierćfinał turnieju w Cincinnati z Igą Świątek w dużej mierze przypominał scenariusz, który Rosjanka przewidywała już ponad rok temu. Wtedy to ona spróbowała zaskoczyć Polkę i narzucić jej własne warunki gry, jednak tym razem – mimo wielu prób – nie zdołała odwrócić losów meczu. Świątek wygrała 6:3, 6:4, rewanżując się za sensacyjną porażkę sprzed kilkunastu miesięcy.

    Podczas transmisji w Canal+ komentatorka Joanna Sakowicz-Kostecka wielokrotnie powtarzała jedno określenie w odniesieniu do 34. w rankingu WTA Kalinskiej – „spóźniona”. Rzeczywiście, Rosjanka często nie nadążała za tempem wymian, które Świątek tradycyjnie narzucała od pierwszych piłek. Było to podwójnie dotkliwe: z jednej strony przez wyjątkowo wymagające warunki w Cincinnati (upał i duża wilgotność), a z drugiej – z powodu wyraźnych problemów zdrowotnych Kalinskiej.

    Jeszcze przed meczem 26-latka dała w mediach społecznościowych upust frustracji z powodu terminarza. Zaledwie kilka godzin po nocnym pojedynku z rodaczką Jekateriną Aleksandrową, zakończonym po drugiej w nocy, dowiedziała się, że następnego dnia zagra pierwszy ćwierćfinał o godzinie 11. – Jak można oczekiwać od zawodników pełnej dyspozycji przy tak niesprawiedliwym harmonogramie? – pytała retorycznie.

    Na korcie jej fizyczne problemy stały się widoczne już w początkowej fazie meczu. Przy stanie 2:1 dla Świątek poprosiła o przerwę medyczną i wróciła z zabandażowaną łydką. Mimo to próbowała realizować swój plan – skracała wymiany, często stosowała skróty i chciała szybko kończyć akcje. Jednak skuteczne zagrania przeplatała prostymi błędami.

    Przed rokiem w Dubaju Kalinska zastosowała podobną strategię i odniosła największe wówczas zwycięstwo w karierze, pokonując Świątek 6:4, 6:4. – Wiedziałam, że jeśli nie będę agresywna, to ona mnie zniszczy – mówiła wtedy z entuzjazmem. Tamten mecz był jednak w wykonaniu Polki daleki od ideału; sama przyznała, że czuła brak mocy i kontroli, a do tego popełniła 18 niewymuszonych błędów.

    Tym razem role się odwróciły. To Kalinskiej brakowało sił i regularności, a liczba pomyłek rosła z każdą kolejną wymianą. Wciąż atakowała, czasem efektownie, ale – jak zauważyła Sakowicz-Kostecka – „nie liczyła się z konsekwencjami”. W końcówce broniła cztery piłki meczowe, lecz Świątek zamknęła spotkanie, choć mogła zrobić to szybciej. W obu setach zdarzało jej się oddawać rywalce gemy „w prezencie”, co nieco opóźniło moment triumfu.

    Dla Świątek turniej w Cincinnati jest okazją do odbudowy formy po Wimbledonie i przestawieniu się na amerykańskie korty twarde. Co ciekawe, do ćwierćfinału dotarła, rozgrywając zaledwie trzy mecze – w pierwszej rundzie miała wolny los, a w 1/8 finału skorzystała z walkowera Marty Kostiuk. Wcześniej zaliczyła wpadkę w meczu z Anastazją Potapową oraz nie najlepszy występ przeciwko Soran Cirstei, gdy popełniła aż 33 niewymuszone błędy.

    Mimo tych potknięć po raz trzeci z rzędu zameldowała się w półfinale Cincinnati, potwierdzając reputację zawodniczki o wyjątkowej regularności. Teraz stanie przed szansą na pierwszy finał w tej imprezie – o miejsce w nim powalczy ze zwyciężczynią starcia liderki rankingu Aryny Sabalenki z Jeleną Rybakiną.

  • Tak Świątek “odpowiedziała” na słowa Rosjanki. Wymowna reakcja trenerów

    Tak Świątek “odpowiedziała” na słowa Rosjanki. Wymowna reakcja trenerów

    Tak Świątek “odpowiedziała” na słowa Rosjanki. Wymowna reakcja trenerów

    Iga Świątek w półfinale w Cincinnati! Polska tenisistka pokonała Annę Kalińską 6:3. 6:4. Rosjanka przed meczem miała wielkie pretensje do organizatorów turnieju, a przy okazji zasugerowała, że Świątek mogła liczyć na ich wsparcie. “Odpowiedź” Świątek była najlepsza z możliwych

     

    W środę Iga Świątek (3. WTA) pokonała Soranę Cirsteę 6:4, 6:3, dzięki czemu zameldowała się w ćwierćfinale turnieju kategorii WTA 1000 w Cincinnati. W kolejnym meczu zmierzyła się z Anną Kalińską (34.), która w czwartej rundzie zatrzymała inną z Rosjanek, Jekaterinę Aleksandrową 3:6, 7:6, 6:1.

     

     

    Jak Iga Świątek! Englert, Daniec, Strasburger i wiele innych gwiazd błyszczy na korcie

    Początek meczu ułożył się dobrze dla naszej tenisistki. Świetnie serwowała, rywalka miała problem z returnem. Dzięki temu objęła prowadzenie 2:1, a w przerwie Kalińska musiała korzystać z pomocy medycznej. Bardzo szybko, ale jeszcze w trakcie drugiego gema poprosiła sędziego o pomoc fizjoterapeuty, który chwilę później pojawił się na korcie. Po chwili Rosjanka wróciła na kort z zabandażowaną nogą. Zaskakujący to był początek meczu, bo rzadko się zdarza by już po trzech gemach nastąpiła przerwa.

     

    Problemy Kalińskiej

     

    W tym roku Anna Kalińska ma spore kłopoty ze zdrowiem. Z trzech turniejów wycofała się (m.in. Australian Open), długo dochodziła do formy. To dlatego nie poszła za ciosem. Poprzedni sezon kończyła jako 11. rakieta świata, potem spadła w rankingu. Przed ćwierćfinałem ze Świątek spędziła na korcie w Cincinnati ponad sześć godzin, a nasza tenisistka niecałe trzy godziny. Prawdopodobnie właśnie dlatego Rosjanka była tak poddenerwowana przed meczem z Polką.

     

    Miała żal do organizatorów o wyznaczoną porę tego spotkania (godzina 11:00 czasu miejscowego). – Jak WTA i organizatorzy turnieju mogą oczekiwać, że sportowcy dadzą z siebie wszystko, kiedy harmonogram jest tak niesprawiedliwy? Po moim meczu z Aleksandrową wróciłam o 2:40 nad ranem i nie mogłam zasnąć do 4 rano. Trochę pospałam i przyjechałam na obiekt, żeby trenować. Potem dowiaduję się, że mam zaplanowany mecz na jutro na 11 rano (czasu lokalnego – przyp. red.). Jak organizatorzy turnieju i WTA oczekują, że odzyskam siły i będę nieustannie dostosowywać swój rytm snu, który jest jednym z najważniejszych aspektów regeneracji? Wydaje się to trochę jednostronne – napisała Kalińska, sugerując w ostatnim zdaniu że Świątek jest faworyzowana.

     

    Polka zdawała się nie zwracać uwagi ani nad przedmeczowe zamieszanie, ani na to co działo się z rywalką na korcie. Po wznowieniu gry szybko przełamała Rosjankę. – Fenomenalnie, bez pośpiechu. Czasami lepiej pograć dłużej, dać jej popełnić błąd – wskazywała komentatorka Canal+ Sport Joanna Sakowicz-Kostecka. Kamery pokazały wtedy członków teamu naszej tenisistki na trybunach, którzy spokojnie przyglądali się rywalizacji.

     

    Po chwili było już 5:2 dla Igi Świątek. Nasza tenisistka grała bardzo pewnie, popełniała mało błędów. Anna Kalińska czując się niekomfortowo fizycznie starała się skracać wymiany, przejmować inicjatywę, ale zbyt często myliła się albo nie miała w ogóle okazji do ataku i przegrywała wymiany zepchnięta do obrony. W ósmym gemie Rosjanka obroniła jeszcze dwie piłki setowe, ale w kolejnym nie uratowała się po raz trzeci (6:3). Był jeden groźniejszy moment, gdy Polka w ostatnim gemie musiała bronić break pointa, ale pomógł jej serwis.

     

    Iga w półfinale!

    Drugi set zaczął się podobnie jak otwierający – od straty podania przez Kalińską. Zaczęła łapać się za ramiona jakby sugerowała kolejne kłopoty ze zdrowiem. Po chwili popsuła dwa forhendy, popełniła podwójny błąd serwisowy i została przełamana. Mogło być już 3:1 dla Świątek, ale i jej przydarzył się gorszy moment. – Stanęła, nie “przechodzi” przez piłkę. Za długo była przy tamtej piłce, nie wiem dlaczego. Stąd ten błąd, bolesny w skutkach – analizowali komentatorzy C+. Nagle zrobiło się 2:3 z perspektywy Świątek, bo Rosjanka świetnie zaczęła serwować.

     

    To nie trwało jednak długo. Polka dobrze zareagowała, przyspieszyła grę. Znów przełamała Kalińską, a przy stanie 5:3 doczekała się czterech piłek meczowych. Wtedy jeszcze rywalka obroniła się i doprowadziła do 4:5 z jej punktu widzenia. – Trzyma się Anna pazurami w tym meczu! – przyznali komentatorzy. Po chwili Polka wykorzystała piątą piłkę meczową i mogła cieszyć się z wygranej 6:3, 6:4. Dzięki temu zwycięstwu zrewanżowała się także rywalce za poprzednie spotkanie, które przegrała z nią w Dubaju w lutym ubiegłego roku na etapie półfinału (4:6, 4:6). Najlepiej też “odpowiedziała” na to całe zamieszanie ze strony Anny Kalińskiej przed piątkowym meczem i w jego trakcie.

     

    Z kolei na etapie półfinałowym w Cincinnati Iga Świątek zmierzy się z lepszą z pary Aryna Sabalenka – Jelena Rybakina. Białorusinka i reprezentantka Kazachstanu zagrają ze sobą po raz dwunasty (7:4 dla liderki rankingu). Półfinały turnieju odbędą się w niedzielę, a finał zaplanowano na poniedziałek.

  • Trzy gemy i już kontuzja rywalki Świątek. Polka zagra o finał w Cincinnati

    Trzy gemy i już kontuzja rywalki Świątek. Polka zagra o finał w Cincinnati

    Trzy gemy i już kontuzja rywalki Świątek. Polka zagra o finał w Cincinnati

    Anna Kalinska podniosła larum przed starciem z Igą Świątek – narzekała na kalendarz gier. A chodziło o to, że jej poprzednie spotkanie o ćwierćfinał skończyło się w nocy, a już w kolejnej rundzie musiała rywalizować przed południem lokalnego czasu. Tyle że między nimi miała… ponad dobę na regenerację. W meczu z Polką Rosjanka poprosiła o pomoc medyczną już po trzecim gemie, po 12 minutach. Później walczyła, ale to nasza zawodniczka wygrała spotkanie 6:3, 6:4. I o finał WTA 1000 Cincinnati stoczy bój z Aryną Sabalenką lub Jeleną Rybakiną.

     

    Aby znaleźć się w swoim 11. ćwierćfinale w tym sezonie, Iga Świątek potrzebowała w Cincinnati zaledwie 2 godzin i 48 minut – tyle trwały jej poprzednie spotkania z Anastazją Potapową i Soraną Cirsteą. Sprawę oczywiście ułatwiła rezygnacja z gry Marty Kostiuk, mającej problemy zer zdrowiem, ale to już nie problem Polki.

     

    Jej rywalka – Anna Kalinska – miała w nogach już dwa ponad dwugodzinne starcia i kolejne niemal dwugodzinne, z finalistką Wimbledonu Amandą Anisimovą. Wszystkie wygrała, ma zresztą całkiem dobrą passę w ostatnich tygodniach, z grą w finale WTA 500 w Waszyngtonie włącznie. To właśnie dzięki temu zapracowała sobie na rozstawienie w Cincinnati, ale i także w US Open.

     

    To jednak wciąż nie jest poziom rankingowy Igi, a Polka walczy przecież jeszcze o pozycję światowej dwójki w losowaniu US Open. Tak się stanie, jeśli w Cincinnati wygra całe zmagania, a Coco Gauff odpadnie już za kilka godzin, w starciu z Jasmine Paolini. W innym przypadku raszynianka będzie “trójką” w Nowym Jorku.

     

    WTA 1000 Cincinnati. Iga Świątek kontra Anna Kalinska. Stawką meczu półfinał turnieju w Ohio

     

    Iga wybrała po losowaniu serwis, to nie jest częste w kobiecym turze. Czuła się widać pewnie, bo i pierwsze dwa gemy serwisowe wygrała dość pewnie. Co innego Kalinska – ona miała już wtedy problemy. Nie chodziło nawet o samą jakość gry, ale musiała odczuwać ból w łydce. Tuż przed trzecim gemem podbiegła do arbitra Fabio Souzy i przekazała, że będzie potrzebowała pomocy fizjoterapeuty. I tę dostała – przy stanie 1:2. To źle zapowiadało jej przyszłość w tym spotkaniu.

     

    Wróciła na kort z mocno obandażowaną lewą nogą. Być może ten właśnie ból tłumaczy trochę wczorajszy apel Rosjanki, gdy jeszcze przed ogłoszeniem terminarza gier na piątek pożaliła się, że “nakazują jej grać o godz. 11”. A tymczasem ona kończyła poprzedni mecz w nocy ze środy na czwartek, położyła się zaś spać o godz. 4.

     

    Tak bowiem właśnie było – trochę bezsensownie jej starcie z Jekateriną Aleksandrową ustawiono jako ostatnie w sesji wieczornej, podczas gdy inne panie w tej części drabinki grały kilka godzin wcześniej. Rosjanki zaczęły po godz. 22.15, skończyły ponad 30 minut po północy.

     

    Na Igę te żale nie działały. Tak jakby Kalinska chciała się tłumaczyć, że nie będzie w odpowiedniej dyspozycji. Półtora roku temu, w półfinale WTA 1000 w Dubaju, Kalinska pokonała Igę 6:4, 6:4. Niewiele osób wtedy wiedziało, że Polka miała olbrzymie problemy zdrowotne, ciężko oddychała. Dopiero pod koniec roku, w materiale “Cztery pory Igi” w C+, Iga przyznała, że zmagała się z koronawirusem. A mimo tego walczyła.

     

    Kalinska po tej przerwie medycznej też walczyła, ale szybko została przełamana. Iga odskoczyła na 4:1, tego seta miała już ustawionego. Starała się grać precyzyjnie, zmuszała rywalkę do biegania. Rosjanka jeszcze całkiem nieźle się poruszała, nie było można jej lekceważyć. Iga tego nie zrobiła, choć broniła break pointa. Po 45 minutach zapisała seta na swoje konto (6:3).

     

    Iga Świątek w walce o ósmy półfinał w 2025 roku. Drugi set wszystko rozstrzygnął

     

    Kalinska nie grała źle, na pewno nie zaś tak, jak wczoraj w starciu z Jasmine Paolini Barbora Krejcikova. Czeszka zmagała się z urazem stopy, ledwie biegała, ale dotrwała do końca meczu. I dotrwała jest tu dobrym słowem, wygrała łącznie trzy gemy.

     

    Rosjanka zaś była groźna – zwłaszcza, gdy mogła zaatakować z góry topspiny Igi. Przyspieszała akcje, potrafiła Polkę zaskakiwać. W trzecim gemie Iga wywalczyła jednak trzy break pointy – już tu mogła uzyskać znaczną przewagę. I ją uzyskała: wykorzystała drugą szansę.

     

    Wydawało się, że Polka spokojnie będzie już kontrolowała wydarzenia, skupi się na swoich gemach serwisowych. A tymczasem dość szybko Kalinska odrobiła stratę, za moment już sama prowadziła 3:2. W takich sytuacjach Iga czasem zaczyna kierować się emocjami, szybko chce kończyć akcję. A teraz zobaczyliśmy inną wersję Igi: spokojną, skuteczną, nie okazującą emocji. Wygrała trzy gemy z rzędu, odskoczyła na 5:3. I już mecz o finał miała w zasięgu ręki.

     

    Dołożyła jeszcze tego brakującego gema, po czterech zmarnowanych meczbolach w gemie numer dziewięć. Udało się w kolejnym, Polka wygrała 6:3, 6:4. W niedzielę Iga zagra o finał z Aryną Sabalenką lub Jeleną Rybakiną.

     

  • UEFA reaguje po tym, co zrobili Izraelczycy! Raków może dostać karę

    UEFA reaguje po tym, co zrobili Izraelczycy! Raków może dostać karę

    Komisja Dyscyplinarna UEFA opublikowała oficjalny komunikat dotyczący skandalu, do którego doszło podczas meczu Maccabi Hajfa — Raków Częstochowa. Jak się okazuje, władze europejskiej federacji nie zamierzają badać wyłącznie oburzających zachowań izraelskich kibiców — identyczną liczbę zarzutów postawiono także polskiemu klubowi.

    Przypomnijmy: wszystko wydarzyło się w czwartek wieczorem, gdy podczas spotkania w Debreczynie fani Maccabi wywiesili transparent, w którym nazwali Polaków „mordercami od 1939 roku”. Na trybunach pojawiły się również obraźliwe hasła oraz szokujące sceny z manekinem ubranym w biało-czerwone barwy. Wkrótce po tym incydencie zareagowały zarówno polski rząd, jak i PZPN, informując o przekazaniu sprawy do UEFA. Dzień później federacja wydała własne oświadczenie.

    Z opublikowanego komunikatu wynika, że zarówno Maccabi Hajfa, jak i Raków Częstochowa otrzymały po dwa zarzuty. W przypadku izraelskiego klubu dotyczą one przede wszystkim skandalicznego zachowania podczas czwartkowego meczu. W przypadku polskiej drużyny UEFA zarzuca m.in. użycie pirotechniki oraz „przekazywanie wiadomości niepasującej do wydarzenia sportowego”. Można się domyślać, że chodzi o transparent wywieszony przez kibiców Rakowa podczas pierwszego meczu w Częstochowie, na którym widniało hasło „Izrael morduje, świat milczy” — odniesienie do działań Izraela w Strefie Gazy.

    Poniżej treść oświadczenia UEFA:

    „Postępowanie dyscyplinarne zostało wszczęte przeciwko Maccabi Haifa FC oraz Raków Częstochowa zgodnie z art. 55 przepisów dyscyplinarnych UEFA (DR) po meczu konferencyjnym UEFA 2025/2026 rozegranym 14 sierpnia 2025 roku w Debreczynie na Węgrzech.

    Zarzuty wobec Maccabi Haifa FC:

    niewłaściwe zachowanie drużyny

    przekazywanie wiadomości niepasującej do wydarzenia sportowego

    Zarzuty wobec Rakowa Częstochowa:

    użycie pirotechniki

    przekazywanie wiadomości niepasującej do wydarzenia sportowego

    Decyzja organów dyscyplinarnych UEFA zostanie podjęta w odpowiednim czasie.”

  • Godziny do meczu z Rosjanką, tak nazwali Igę Świątek

    Godziny do meczu z Rosjanką, tak nazwali Igę Świątek

    Portal tennisuptodate.com przygotował szczegółową zapowiedź ćwierćfinałowego starcia turnieju WTA 1000 w Cincinnati, w którym zmierzą się Iga Świątek (3. WTA) i Anna Kalinska (34. WTA). Autorzy tekstu zwrócili uwagę, że w kontekście gry Polki pojawia się jedno szczególnie mocne określenie – „władcza” – które ma oddawać sposób, w jaki radziła sobie w drodze do tej fazy zawodów.

    Świątek rozpoczęła rywalizację w Cincinnati od pewnego zwycięstwa w drugiej rundzie z Anastazją Potapową 6:1, 6:4, prezentując od samego początku pełną kontrolę nad przebiegiem meczu. W kolejnej rundzie Polka otrzymała walkower od Marty Kostiuk, co pozwoliło jej zachować więcej sił na dalszą część turnieju. W 1/8 finału liderka polskiego tenisa pokonała Soranę Cirsteę 6:4, 6:3, pokazując zarówno stabilność w grze z głębi kortu, jak i zdolność do przejmowania inicjatywy w kluczowych momentach. Zdaniem dziennikarzy serwisu jej gra cechowała się pełną koncentracją oraz umiejętnością kontrolowania długich wymian.

    Kalinska natomiast dotarła do ćwierćfinału po bardzo wymagającej przeprawie. Turniej rozpoczęła od zaciętego, trzysetowego meczu z Peyton Stearns, który zakończyła wynikiem 7:6(4), 4:6, 6:1. W kolejnej rundzie Rosjanka niespodziewanie wyeliminowała rozstawioną z numerem 5 Amandę Anisimową, wygrywając 7:5, 6:4. W 1/8 finału czekało ją kolejne trudne zadanie – starcie z rozstawioną z numerem 12 Jekatieriną Aleksandrową. Kalinska przegrywała w setach, ale dzięki dużej odporności psychicznej i skuteczności w kluczowych momentach odwróciła losy spotkania, zwyciężając 3:6, 7:6(5), 6:1.

    W zapowiedzi przypomniano, że obie tenisistki mierzyły się już w ubiegłym roku w półfinale turnieju WTA 1000 w Dubaju, gdzie Rosjanka niespodziewanie pokonała Świątek 6:4, 6:4. Tym razem jednak – jak podkreślają autorzy – warunki i okoliczności będą inne, a stawka meczu wysoka. „Agresywna dominacja i konsekwencja Świątek w grze z linii końcowej zostaną wystawione na próbę w starciu z taktyczną elastycznością Kalinskiej i jej zdolnością do posyłania winnerów pod presją” – czytamy w analizie.

    Według ekspertów można się spodziewać niezwykle dynamicznego meczu, w którym Polka będzie musiała od pierwszych piłek utrzymywać maksymalną koncentrację i nie pozwolić rywalce na przejęcie inicjatywy. Kalinska z kolei będzie starała się wykorzystać każdy moment spadku tempa gry Świątek, licząc na powtórkę z Dubaju. Pojedynek zapowiada się więc jako starcie dwóch zupełnie różnych stylów – stabilnej i konsekwentnej gry z głębi kortu w wykonaniu Świątek oraz kreatywnej, zmiennej i ofensywnej taktyki Kalinskiej, opartej na szukaniu odważnych rozwiązań w najtrudniejszych momentach wymian.

  • Były trener Williams napisał to o Świątek. Kilka godzin przed meczem, już tego nie cofnie

    Były trener Williams napisał to o Świątek. Kilka godzin przed meczem, już tego nie cofnie

    Były trener Williams rzuca przedmeczową bombę o Świątek – na kilka godzin przed starciem w Cincinnati

    Napięcie w Cincinnati sięga zenitu. Już za kilka godzin Iga Świątek wyjdzie na kort, by wziąć udział w ćwierćfinałowym starciu z Rosjanką Anną Kalinską w turnieju WTA 1000. Jednak zanim padnie pierwszy punkt, głos zabrała postać z tenisowej przeszłości, która dodatkowo podgrzała atmosferę — i są to słowa, których już nie da się cofnąć.

     

    Rick Macci, legendarny amerykański trener, który prowadził m.in. Serenę Williams, Marię Szarapową i Andy’ego Roddicka, przerwał milczenie na temat obecnej formy Świątek. I choć w jego wypowiedzi nie zabrakło pochwał, znalazło się też ostrzeżenie.

     

    > – Iga będzie popełniać więcej błędów z powodu ryzyka, które teraz podejmuje – napisał Macci w mediach społecznościowych.

    – Ma szybkość, dynamikę i kreatywność, by generować ostre kąty — i będzie to wykorzystywać. Jej serwis trafia teraz w lepsze miejsca, ale większa agresja oznacza więcej pomyłek.

    https://x.com/RickMacci/status/1956236297237893562

    Droga Świątek w Cincinnati

     

    Jak dotąd polska gwiazda wygląda na świetnie przygotowaną w dusznym, gorącym klimacie Ohio. Turniej rozpoczęła od pewnego zwycięstwa 6:1, 6:4 nad Anastazją Potapową. W kolejnej rundzie awansowała bez gry, ponieważ z rywalizacji wycofała się Marta Kostiuk. Następnie pokonała Rumunkę Soranę Cîrsteę 6:4, 6:3, meldując się w ćwierćfinale.

     

    Teraz jednak czeka ją rywalka, która już raz znalazła na nią sposób. Ostatnie spotkanie Świątek z Kalinską odbyło się w półfinale turnieju w Dubaju w 2024 roku — wówczas Rosjanka sensacyjnie pokonała ówczesną liderkę rankingu 6:4, 6:4. Tamten wynik wciąż wisi w powietrzu, dodając pikanterii ich kolejnej konfrontacji.

     

     

     

    Przedmeczowa frustracja Kalinskiej

     

    Jakby stawka tego meczu była mała, pojawił się dodatkowy wątek — kontrowersje wokół harmonogramu spotkań. Kalinskaya publicznie skrytykowała organizatorów turnieju, pisząc:

     

    > – Jak WTA i organizatorzy turnieju mogą oczekiwać od zawodniczek, że dadzą z siebie wszystko, skoro harmonogram jest tak niesprawiedliwy?

     

     

     

    Jej ostra wypowiedź tylko podsyciła atmosferę przed starciem — zwłaszcza że obie zawodniczki mają coś do udowodnienia, choć z zupełnie innych powodów.

     

     

     

    Gra ryzyka i nagrody

     

    Słowa Macciego sugerują, że nadchodzi taktyczna bitwa z najwyższej półki. Grając bardziej agresywnie, Świątek zwiększa zarówno swoją skuteczność w widowiskowych zagraniach, jak i ryzyko popełnienia kosztownych błędów. Czy ta kalkulacja opłaci się w starciu z pewną siebie rywalką? To pytanie, na które odpowiedź poznamy już wkrótce.

     

    Wraz z tykaniem zegara i zbliżającą się godziną rozpoczęcia meczu (planowo po 17:00 czasu polskiego) kibice na całym świecie szykują się na widowisko, które może potoczyć się w każdą stronę.

     

    Czy ryzykowna gra Świątek przyniesie kolejne przekonujące zwycięstwo — czy może Kalinskaya powtórzy ubiegłoroczną sensację? Jedno jest pewne: po odważnej przedmeczowej opinii Macciego oczy całegoświata będą skupione na każdym uderzeniu.

  • Donald Trump i klata Rejtana – “To ja” Andrzeja Dudy

    Donald Trump i klata Rejtana – “To ja” Andrzeja Dudy

    Donald Trump i klata Rejtana – “To ja” Andrzeja Dudy

    Najbardziej mnie urzekł w tej książce pozornie banalny tytuł. Ileż on ma znaczeń. Tak, to on, facet z okładki, prezydent Polski przez 10 lat, postać już dziś historyczna. Ale to nieco chełpliwe “to ja” ma inne znaczenie. To byłem ja, Andrzej Duda, a nie tylko kolejne rządy. To ja tę politykę prowadziłem i osiągnąłem rzeczy, o których piszę. Szczególnie w obszarze bezpieczeństwa, Andrzej Duda faktycznie ma się czym pochwalić.

     

    – O co chodzi temu gościowi, który leży i pokazuje klatę – zapytał Donald Trump, wskazując na obraz.

     

    – To nasz bohater Tadeusz Rejtan, protestuje przeciwko zgodzie na rozbiór Polski – odparł Andrzej Duda. Chwilę po tym Trump zwrócił uwagę Dudzie, że do Polski statki ze skroplonym LNG mogłyby popłynąć także z USA.

     

    – Jeśli zaproponujecie dobrą cenę – odparł Duda.

     

    Churchill mawiał, siadając do swoich wspomnień, że historia będzie dla niego łaskawa, bo sam ją opisze. Ten nie tylko polityczny, ale i literacki geniusz, a zarazem król autopromocji, stał się wzorcem dla wielu pokoleń przywódców i polityków starających się, by zostali zapamiętani tak, jak oni tego chcą, albo po prostu po to, by nie zapomniano o ich zasługach. Dołączył do nich prezydent Andrzej Duda, który właśnie opublikował swoje wspomnienia zatytułowane “To ja”, a teraz z godnym podziwu zapałem intensywnie je promuje.

     

    Jeśli ktoś liczy na to, że czytając wejdzie w świat porachunków, brudów polityki, sztuki robienia kiełbasy, by nawiązać do słynnego porównania Bismarcka, to się zawiedzie. Jeśli jednak chce poznać sporą część kulisów i okoliczności decyzji politycznych i zobaczyć, jaką rolę odegrał ten właśnie prezydent, będzie zadowolony.

     

    “To ja” dobrze się czyta i wydaje się opowieścią dość szczerą, choć, jak przystało na tego rodzaju literaturę – autopromocyjną.

     

    “To ja” i “to my”

     

    Lech Kaczyński, wojna na Ukrainie (w tym relacje z Wołodymyrem Zełenskim), Donald Trump. To trzy dla mnie najważniejsze i najciekawsze wątki książki zawarte w nazwiskach. W nich wszystkich Andrzej Duda odegrał niebagatelną rolę. Duda prowadzi nas przez meandry trudnych, zmiennych relacji z żywiołowym Zełenskim i zaskakująco wręcz bliskich relacji z Donaldem Trumpem, wiecznie traktującym rzeczywistość transakcyjnie, wiecznie robiącym biznes, tak jak teraz na Alasce.

     

    A co z Lechem Kaczyńskim, który przecież o Trumpie jeśli nawet słyszał, to wątpliwe by się nim interesował, bo nie była to jeszcze znacząca postać świata polityki? Z książki – i nie tylko z niej – można odnieść wrażenie, że właściwie prezydentura Andrzeja Dudy była przedłużeniem prezydentury tragicznie zmarłego prezydenta z pięcioletnią przerwą na rząd. Nawet patrząc po niektórych obsadach personalnych w kancelarii i BBN, to się potwierdza.

     

    “To ja” nie zawiera spisu nazwisk, ale Lech Kaczyński jest jedną z najczęściej pojawiających się postaci, pomimo że książka dotyczy okresu sprawowania prezydentury przez Dudę, a nie jest pełnym życiorysem byłego już prezydenta.

     

    Lech Kaczyński na prawicy traktowany jest z ogromną nabożnością, także dlatego, że tak wypada, ale oddanie Andrzeja Duda pamięci swojego byłego szefa jest bardzo autentyczne. Widziałem to nie tylko podczas lektury tej książki.

     

    Wiele spraw było po prostu kontynuacją tamtej kadencji. Choć niektóre pokazują, jak skomplikowane jest dziś tłumaczenie, kto ma zasługi, a kto przeszkadzał. Tak jest w przypadku gazoportu i wielu innych inwestycji. Tu znowu prezydent tłumaczy nawet nie “to ja”, a “to my”. Sprawa nie jest prosta, bo przecież długotrwałe projekty łapały się na różne rządy i różnych partnerów za granicą, przede wszystkim w USA.

     

    Andrzej Duda opisuje choćby moment powstania amerykańskiej bazy antyrakietowej w Redzikowie, którego zainicjowanie było kontynuacją działań sprzed lat, inicjowanych w dużym stopniu przez pałac prezydencki. Pierwsze rozmowy na jej temat toczył Witold Waszczykowski, jeszcze jako wiceminister spraw zagranicznych za pierwszych rządów PiS, a potem prezydencki minister. Projekt wstrzymano za prezydentury Baracka Obamy, a potem do niego powrócono.

     

    Czy to Donald Trump, czy Obama na finiszu nadał mu ponownego przyspieszenia? To dyskusyjne. Budowa bazy przypadła na całość rządów PiS, ale się przeciągała i ostatecznie ukończono ją i otwarto za czasów PO.

     

    Andrzej Duda pisze z goryczą o patrzeniu na przecinającego wstęgę Radosława Sikorskiego, który jego zdaniem budowę blokował. Przytacza też słowa Lecha Kaczyńskiego, który mówił, że powstanie tej bazy da nam pewność, że nie jesteśmy w rosyjskiej strefie wpływów.

     

    Znacząco mało obecny na kartach wspomnień prezydenta jest za to Jarosław Kaczyński. Wśród ponad 250 ilustracji prezes PiS, ostatecznie niekwestionowany lider obozu, który wyniósł Andrzeja Dudę do władzy, występuje na jednej: wraz z bratanicą Martą Kaczyńską pod upamiętnieniem poświęconym jej ojcu Lechowi w gazoporcie w Świnoujściu.

    Andrzej Duda wspomina o trudnych, a nawet “bardzo trudnych” relacjach podczas dziesięcioletniej prezydentury. Ale przyznaje też, że Kaczyński to prawdziwy lider, który potrafił odważnie działać w sytuacjach, w których nawet prezydentowi “jeżyły się włosy na głowie”.

     

    Mam wrażenie, że książka prezydenta daje duże pole interpretacyjne, a zdolność odczytywania znaczeń jest zapewne wprost proporcjonalna do stopnia wtajemniczenia.

     

    Skuteczne dostojeństwo

     

    Andrzej Duda nie ucieka w książce od tematów prywatnych, ale też nimi nie epatuje. Możemy się dowiedzieć jak wyglądały jego oświadczyny, chwila narodzin córki, a także dlaczego Agata Kornhauser-Duda tak rzadko udzielała się w mediach. Były prezydent przyznaje, że żona ma bardziej liberalne poglądy niż on, ale tak naprawdę po prostu wiedziała do czego zdolne są media.

     

    Wygląda na to, że stanowiło to dla byłej głowy państwa pewien problem, ale nie miał argumentów po tym jak próbowano grać wobec pierwszej damy nawet wątkami antysemickimi. Dlatego żona prezydenta zapowiadała mu, że nie udzieli żadnych wywiadów, bo “oni kłamią i manipulują”.

     

    Andrzej Duda gorzko i przytomnie konstatuje, że doprowadziło to do jeszcze bardziej opłakanych skutków, bo osobę stroniącą od mediów te uznały za bezbronną ofiarę. Prezydentową ataki najpierw bolały, “zaciskała zęby”, jak pisze prezydent, potem się przyzwyczaiła.

     

    Andrzej Duda ma dystans do siebie i to jest cecha, która zaskarbiła mu także sporą sympatię. Jak wspomina, jeszcze w czasie pracy w Kancelarii Lecha Kaczyńskiego, będąc ostatecznie bardzo ważnym urzędnikiem, założył sobie konto na popularnym wówczas portalu “Nasza Klasa”. Szef bezpieczeństwa wybija mu to z głowy, a prezydent przyznaje, że odpowiedzialnością wówczas nie błysnął.

     

    Ale to w sumie opowieść człowieka spełnionego i zadowolonego z siebie. Ostatecznie książkę kończą zdjęcia i opis oprowadzania Karola Nawrockiego po pałacu prezydenckim. Niektórzy z urzędników Andrzeja Dudy pozostają. Tego komfortu nie miał w polskiej polityce nikt. Karol Nawrocki nie miałby szans, gdyby większość wyborców nie doceniła i tej głowy państwa. To Andrzej Duda zapewnił w dużym stopniu prawicy szanse na powrót do władzy, co ta nie zawsze docenia.

     

    Ale to nie wszystko. Prezydent w Polsce nie dysponuje “własnymi mediami”, a obozy wpływające na opinię publiczną dzielą się na te, które sprzyjają obecnym premierom bądź ich potencjalnym konkurentom.

     

    Prezydent nie dysponuje też tak rozbudowaną aparaturą propagandową jak rząd – funduszami, które zawsze zawierają środki na promocję, pieniędzmi ze spółek Skarbu Państwa i masą innych narzędzi. Ma trochę środków symbolicznych, może zaprosić, pozwolić dotknąć swojego majestatu, zignorować, czasem obśmiać, jak Dudowie zrobili to w przypadku obecnego rzecznika MSZ w 2020 roku.

     

    Dlatego nawet media przychylne traktują głowę państwa z dostojeństwem, ale nieco pobocznie w stosunku do szefów rządów. Jak się okazuje, szczególnie w kwestiach polityki zagranicznej, często niesłusznie.

     

    Dla Polski dobre relacje Dudy z Trumpem, ale też nienajgorsze z Joe Bidenem, okazały się kluczowe z perspektywy naszego bezpieczeństwa, czyli rzeczy najważniejszej. Andrzej Duda postanowił to opisać i zrobił to ciekawie, choć wciąż brak wnikliwego wywiadu z byłym już prezydentem. Póki co “To ja” jest lekturą obowiązkową dla osób chcących dobrze rozumieć polską politykęi kulisy geopolityki.