• Lawina komentarzy po wyczynie Lewandowskiego. “37 lat. Król”

    Lawina komentarzy po wyczynie Lewandowskiego. “37 lat. Król”

    Robert Lewandowski spędził na murawie zaledwie 22 minuty w meczu przeciwko Valencii, ale to wystarczyło, by po raz kolejny zapisał się w historii. Polak rozpoczął spotkanie na ławce rezerwowych, jednak po wejściu na boisko zdobył dwa gole, czyniąc swój jubileuszowy występ wyjątkowym. „Ciężko to opisać słowami” – komentowano w mediach społecznościowych.

    FC Barcelona rozegrała spokojny i jednostronny mecz w 4. kolejce La Liga. Katalończycy, przy dopingu własnych kibiców, rozgromili Valencię 6:0 i dopisali trzy punkty do ligowej tabeli. Lewandowski pojawił się na boisku w 68. minucie i dwukrotnie trafił do siatki. Dzięki temu „Blaugrana” plasuje się na drugim miejscu w lidze, mając dwa punkty straty do prowadzącego Realu Madryt.

    Fala komentarzy po występie Lewandowskiego

    To już trzeci kolejny ligowy mecz, w którym Lewandowski zaczyna na ławce rezerwowych i wchodzi dopiero po przerwie. – „Lewandowski ponownie na ławce. Pewnie wyjdzie w podstawowym składzie w Lidze Mistrzów przeciwko Newcastle, ale i tak to niepokojące. Jest po kontuzji, a z Holandią i Finlandią zagrał bardzo dobrze” – pisał przed pierwszym gwizdkiem Marcin Malawko z portalu Watch Ekstraklasa.

    Kiedy Polak zdobył pierwszego gola, Marcin Gazda z Eleven Sports skomentował: – „Er eL neun polnische Tormaschine. Ładnie to zrobił”.
    Z kolei Rafał Wolski nie krył uznania: – „Brawo, Lewy. Piękny gol – od pierwszego ruchu do końca”.

    Na jubileuszowy dorobek Polaka zwrócił uwagę Jakub Kłyszejko z TVP Sport: – „150 meczów, 103 gole, 37 lat. Kosmiczny bilans Lewandowskiego, trudno to ubrać w słowa”.

    Podobnie podsumował Tomasz Włodarczyk z Meczyki.pl: – „150. mecz Lewandowskiego w barwach Barcelony, 103 gole. Do TOP 10 strzelców klubu brakuje mu 17 trafień. 37 lat. Król”.

    Co dalej?

    Barcelona już w czwartek, 18 września o godz. 21:00, zmierzy się na wyjeździe z Newcastle United w pierwszej kolejce fazy grupowej Ligi Mistrzów. Natomiast w niedzielę, 21 września o tej samej porze, drużyna Hansiego Flicka podejmie u siebie Getafe w La Liga. Oba spotkania będzie można śledzić w relacjach tekstowych na Sport.pl oraz w aplikacji Sport.pl LIVE.

  • Oto co komentator powiedział o rodzicach Szeremety. “Totalne dno”

    Oto co komentator powiedział o rodzicach Szeremety. “Totalne dno”

    Podczas tegorocznych mistrzostw świata w boksie kibice mogli oglądać walki Julii Szeremety na sportowych antenach Polsatu. Jedno z jej starć trafiło także na kanał YouTube Polsatu Sport, gdzie widzowie szybko wychwycili niefortunną wpadkę jednego z komentatorów. Reakcja fanów była natychmiastowa i wyjątkowo krytyczna.

    Kontrowersje wokół występu Szeremety

    Start Polki w Liverpoolu zakończył się ogromnymi emocjami i dyskusjami. W finale wagi lekkiej zmierzyła się z Jaismine Lamborią. Pomimo przewagi zasięgu rywalki, Szeremeta imponowała pracą nóg, kontrolą dystansu i odwagą w atakach. Ostatecznie przegrała jednak niejednogłośną decyzją sędziów, co spotkało się z gwizdami i oburzeniem publiczności.

    Na drodze do finału pięściarka z Polski najpierw wyeliminowała Yan Cai z Chin, następnie w ćwierćfinale pokonała Karinę Ibragimową, a w półfinale rozprawiła się z Arboledą Mendozą. Później okazało się, że od ćwierćfinału walczyła z urazem, co jeszcze bardziej podkreśla jej determinację.

    Gafa komentatora Polsatu

    Największe emocje w sieci wywołała jednak nie sama walka, a komentarz podczas pojedynku z Kariną Ibragimową. Tuż przed pierwszym gongiem ekspert Polsatu Sport, Andrzej Kostyra, wprowadzając widzów w sylwetkę zawodniczki, pomylił się w danych osobowych jej rodziców:

    – Rodzice Wiesław i Andrzej prowadzą gospodarstwo rolne i stadninę koni. Mama pracuje i prowadzi sklep. Dwa, czy trzy miesiące temu odwiedziłem jej rodziców, bo piszę biografię Szeremety – mówił komentator.

    Problem w tym, że rodzice pięściarki to Andrzej i Wiesława, a nie “Wiesław”. Widzowie nie pozostawili na komentatorze suchej nitki.

    Lawina krytyki od fanów

    Pod nagraniem na YouTube pojawiły się dziesiątki komentarzy uderzających w poziom transmisji:
    – „Totalne dno”,
    – „Co pan wygaduje?”,
    – „Już lepiej oglądać bez dźwięku”,
    – „Komentatorzy zniechęcają do oglądania”,
    – „Wiesiek i Andrzej – niezła wpadka”.

    Reakcja samej zawodniczki

    Po przegranym finale Julia Szeremeta udzieliła krótkiego wywiadu dla Polsatu Sport. Była wyraźnie rozgoryczona i rozczarowana wynikiem:
    – „Trudno mi teraz cokolwiek powiedzieć. Niestety walka przegrana. Była bardzo równa, myślałam, że to ja zwyciężę. Niestety” – powiedziała.
    Na pytanie o to, co sędziowie dostrzegli w Hindusce, odpowiedziała krótko:
    – „Nie wiem. Na razie nie chcę rozmawiać”.

  • 6:0 dla Barcelony! Wielki dzień Lewandowskiego

    6:0 dla Barcelony! Wielki dzień Lewandowskiego

    Barcelona zdemolowała Valencię. Lewandowski bohater jubileuszowego meczu

    FC Barcelona zagrała prawdziwy koncert futbolu i w efektownym stylu rozbiła Valencię aż 6:0. „Blaugrana” od pierwszego gwizdka narzuciła wysokie tempo i dominowała do samego końca. Pięć z sześciu goli padło po przerwie, a bohaterem wieczoru został Robert Lewandowski, który w swoim 150. występie w barwach Barcelony zdobył dwa gole.

    Mecz w nietypowej scenerii i brak Yamala

    Było to pierwsze w tym sezonie spotkanie domowe Barcelony, rozegrane w kameralnym Estadi Johan Cruyff. Kibice spodziewali się trudnej przeprawy, zwłaszcza że w kadrze zabrakło kontuzjowanego Lamine’a Yamala. Obawy okazały się jednak bezpodstawne – pozostali gracze Barcelony pokazali pełnię możliwości.

    Pełna kontrola w pierwszej połowie

    Od pierwszych minut gospodarze narzucili swój rytm. Bardzo aktywni byli skrzydłowi – Marcus Rashford i debiutujący Roony Bardghji. W środku pola świetnie prezentował się Fermín López, który kreował akcje i szukał gry kombinacyjnej z Ferranem Torresem.

    Najlepszą okazję na gola przed przerwą miał właśnie Torres, ale jego techniczny lob poszybował na siatkę. Gol padł dopiero w 29. minucie – po świetnej akcji Cubarsiego i przedłużeniu podania przez Torresa, Fermín znalazł się sam na sam i spokojnie pokonał bramkarza Valencii. Do przerwy gospodarze mieli pełną kontrolę, a rywale wyglądali na bezradnych i pasywnych w defensywie.

    Festiwal goli po przerwie

    Druga część meczu to prawdziwa dominacja Barcelony. Już w 53. minucie Raphinha wykorzystał ostre zagranie Rashforda i z wślizgu wpakował piłkę do siatki. Trzy minuty później Fermín popisał się pięknym uderzeniem z dystansu i podwyższył na 3:0.

    W 66. minucie Raphinha zdobył swoją drugą bramkę, korzystając z błędu defensywy gości. Valencia była kompletnie rozbita.

    Wejście Lewandowskiego i wielki jubileusz

    Wtedy na boisko wszedł Robert Lewandowski, rozgrywający swój 150. mecz dla Barcelony. Polak potrzebował zaledwie kilku minut, by wpisać się na listę strzelców – w 76. minucie po podaniu Daniego Olmo efektownie uderzył w samo okienko, a piłka jeszcze odbiła się od poprzeczki.

    Na tym jednak nie koniec – w końcówce Lewandowski dołożył drugiego gola. Po podaniu powracającego po długiej przerwie Marka Bernala, kapitan reprezentacji Polski technicznym lobem pokonał bramkarza. Sędziowie początkowo dopatrzyli się spalonego, ale interwencja VAR-u potwierdziła prawidłowość trafienia.

    Pokaz siły przed Ligą Mistrzów

    Barcelona zakończyła mecz wynikiem 6:0 – to jej najlepszy występ w pierwszej części sezonu. „Blaugrana” nie dała rywalowi najmniejszych szans i udowodniła, że jest w wysokiej formie przed startem Ligi Mistrzów i starciem z Newcastle United. Valencia natomiast nie zaprezentowała niczego, co mogłoby zagrozić gospodarzom – jej nieliczne akcje były bez problemu neutralizowane przez Joana Garcię.

    https://x.com/CANALPLUS_SPORT/status/1967332658394059158?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E1967332658394059158%7Ctwgr%5E9992250ebd42ddabc5db66fe625d9021c4a0f0e2%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fwww.sport.pl%2Fpilka%2F764946322513106-0-dla-barcelony-wielki-dzien-lewandowskiego.html

  • Nagły zwrot ws. Sabalenki. Sensacyjny list od Trumpa

    Nagły zwrot ws. Sabalenki. Sensacyjny list od Trumpa

    Aryna Sabalenka jest dziś postrzegana zupełnie inaczej niż jeszcze niedawno. Błyszczy na korcie, ale także poza nim – przyciąga sponsorów, zarabia tyle co Iga Świątek, a nawet Donald Trump wykorzystuje jej sukces w politycznych przekazach. Białorusinka nie musi już odpowiadać na niewygodne pytania, choć sama ostatnio poruszyła temat, który wcześniej był dla niej ciężarem. Jej wizerunek przeszedł wyraźną przemianę.

    Kilka dni temu Sabalenka sięgnęła po zwycięstwo w US Open, pokonując w finale Amandę Anisimową 6:3, 7:6. To jej czwarty wielkoszlemowy tytuł w karierze, a zarazem pierwszy w tym sezonie. Liderką rankingu WTA pozostaje nieprzerwanie od października 2024 roku, gdy wyprzedziła Igę Świątek. Obecnie ma nad Polką ponad trzy tysiące punktów przewagi.

    Po triumfie Sabalenka ruszyła w medialne tournée po Stanach Zjednoczonych. Wraz z Carlosem Alcarazem wystąpiła w porannym programie NBC, a później oboje byli gośćmi wieczornego show Jimmy’ego Fallona. Największe emocje wywołała jednak jej konferencja prasowa po finale US Open – tenisistka pojawiła się z butelką szampana i żartowała z dziennikarzami. Nagranie szybko stało się viralem, zdobywając ponad milion wyświetleń.

    Z dala od ojczyzny

    Na spotkaniach z mediami Sabalenka nie jest już pytana o wojnę w Ukrainie czy swoje relacje z Aleksandrem Łukaszenką. Od dawna nie wraca do Mińska – mieszka w USA, gdzie trenuje i spędza czas poza turniejami. Wciąż występuje jako zawodniczka neutralna – przy jej nazwisku nie pojawia się białoruska flaga, tak samo jak przy innych tenisistach z Białorusi i Rosji od czasu agresji Rosji na Ukrainę w 2022 roku.

    Choć większość świata tenisa zaakceptowała ten stan rzeczy, nie brakuje przeciwnych głosów. Tomasz Wolfke z Eurosportu w rozmowie z Onet Sport powiedział: „Uważam, że dopóki trwa wojna, ani Rosjanie, ani Białorusini nie powinni grać w turniejach. W innych dyscyplinach ich nie ma, a w tenisie są”. Z kolei były amerykański tenisista John Isner ironizował w sieci, że odbieranie flag jest absurdem, bo „mówimy o tenisie, a nie NATO”.

    Trump i propaganda

    Rosyjskie media podały, że Donald Trump wysłał list do Łukaszenki, gratulując sukcesu Sabalenki i określając ją jako symbol Białorusi. Kuriozalne jest to, że sama zainteresowana od dawna unika ojczyzny, w mediach społecznościowych nie używa już języka białoruskiego i buduje wizerunek kosmopolitycznej gwiazdy.

    Pierwsza wypowiedź o wojnie

    Co ciekawe, Sabalenka sama w ostatnich dniach poruszyła temat konfliktów zbrojnych. W podcaście Jaya Shetty’ego, zapytana, jakie prawo chciałaby wprowadzić dla całego świata, odpowiedziała: „Chciałabym, żeby wszystko można było rozwiązywać rozmową. Bez wojen i konfliktów. Dopóki nie dojdziecie do porozumienia – nie wychodźcie z pokoju. To uratowałoby wiele istnień”.

    Choć nie padła bezpośrednia wzmianka o Ukrainie, białoruskie media niezależne uznały to za jej pierwszą publiczną refleksję o wojnie. Do tej pory unikała odpowiedzi, poza jednym zdaniem w 2023 roku, że „żaden z białoruskich sportowców nie popiera wojny”.

    Reklamy i kontrakty

    Zmiana wizerunku sprzyja sukcesom marketingowym. Jeszcze niedawno panowało przekonanie, że zawodniczka ze Wschodu ma ograniczone możliwości zarobków reklamowych. Tymczasem według Forbesa w ubiegłym roku Sabalenka zarobiła poza kortem 7 mln dolarów, a w tym już 15 mln – tyle samo co Świątek.

    Obie tenisistki reprezentuje agencja IMG, ale ich strategie różnią się wyraźnie. Sabalenka reklamuje Nike, zegarki Audemars Piguet czy tequilę Maestro Dobel, regularnie pojawia się na okładkach magazynów i pokazach mody. Świątek wybiera bardziej stonowaną ścieżkę – współpracuje z Lancome, Rolexem czy Oshee. Tymczasem Białorusinka stworzyła nawet własną markę drinków Marg-Aryna we współpracy z Dobel Tequila.

    Show z Kyrgiosem

    Sabalenka wykorzystuje moment popularności. Na początek 2026 roku zaplanowany jest jej pokazowy mecz z Nickiem Kyrgiosem w Hongkongu. Ma on nawiązywać do słynnej „Bitwy płci” z 1973 roku, gdy Billie Jean King pokonała Bobby’ego Riggsa, co stało się symbolem walki o prawa tenisistek. Tym razem celem wydarzenia ma być jednak przede wszystkim efekt marketingowy i komercyjny.

    https://x.com/TheTennisLetter/status/1964481269800251505?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E1964481269800251505%7Ctwgr%5Efb275f2eda55c45884e3433f20843882f66a0190%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fwww.sport.pl%2Ftenis%2F76498732249057nagly-zwrot-ws-sabalenki-sensacyjny-list-od-trumpa.html

  • Mecz Barcelony za kilka godzin, a Lewandowski nagle skreślony. Potwierdziło się najgorsze

    Mecz Barcelony za kilka godzin, a Lewandowski nagle skreślony. Potwierdziło się najgorsze

    W niedzielny wieczór FC Barcelona rozegra kolejne spotkanie w ramach ligi hiszpańskiej. Zespół prowadzony przez Hansiego Flicka musi gonić perfekcyjnie spisujący się dotąd Real Madryt. Dla Blaugrany będzie to pierwszy mecz w tym sezonie rozegrany przed własną publicznością. Część hiszpańskich mediów donosi, że Robert Lewandowski ma szansę wybiec w podstawowym składzie. Jednocześnie coraz więcej wskazuje na to, że obecny sezon będzie dla Polaka ostatnim w barwach Barcelony.

    Dwa tygodnie temu mistrzowie Hiszpanii tylko dzięki znakomitej postawie Joana Garcii uniknęli porażki w starciu z Rayo Vallecano. Nowy bramkarz Barçy kilkukrotnie ratował drużynę, popisując się efektownymi interwencjami. Sam remis został jednak przyjęty jako spore rozczarowanie, a Hansi Flick nie ukrywał, że jego zawodnicy zagrali słabe zawody. Okazja do poprawy nastrojów nadejdzie w niedzielę, gdy przeciwnikiem Barcelony będzie Valencia.

    Pierwotnie spotkanie miało odbyć się na Camp Nou, ale z uwagi na opóźnienia w pracach budowlanych powrót na legendarny stadion ponownie się przesunął. Media w Hiszpanii spekulują, że właśnie w tym meczu Lewandowski po raz pierwszy w bieżących rozgrywkach może znaleźć się w wyjściowej jedenastce. Polak dopiero niedawno wrócił do pełni sił po urazie, którego nabawił się jeszcze przed startem sezonu.

    Coraz więcej doniesień dotyczy jednak jego przyszłości. W ubiegłym tygodniu w hiszpańskiej prasie pojawiły się informacje, że będzie to dla Lewandowskiego ostatni rok w Barcelonie. Klub nie planuje przedłużenia jego kontraktu, który wygasa w czerwcu 2026 roku. Tuż przed starciem z Valencią dziennikarz „Sportu” Ivan San Antonio w rozmowie z portalem WP SportoweFakty potwierdził te rewelacje.

    – To jego ostatni sezon w Barcelonie – stwierdził Hiszpan. – Zobaczymy, jak potoczą się najbliższe miesiące, ale szanse na to, że Robert zostanie dłużej, są bardzo małe – dodał, podkreślając, że w planach klubu nie ma już miejsca dla Polaka. Jedynym wyjątkiem byłby znakomity sezon w wykonaniu kapitana reprezentacji Polski.

    San Antonio zaznaczył jednak, że mimo to Lewandowski wciąż pozostaje pierwszym wyborem w ataku Blaugrany. – Nie wierzę, aby Ferran Torres na stałe wygryzł Roberta ze składu. To wciąż niekwestionowany numer jeden. Ferran musiałby grać na naprawdę najwyższym poziomie, a Robert bardzo słabo, by do takiej zmiany mogło dojść – ocenił dziennikarz.

     

  • Sędzia z Indii decydował o złotym medalu w walce Rygielskiej. 3:2, końcowy werdykt

    Sędzia z Indii decydował o złotym medalu w walce Rygielskiej. 3:2, końcowy werdykt

    W sobotni wieczór polski boks przeżył prawdziwą huśtawkę emocji. Najpierw srebro Julii Szeremety po niezwykle kontrowersyjnym werdykcie sędziów, a zaraz potem złoto największej rewelacji naszej kadry – Agaty Kaczmarskiej. W niedzielę do ringu weszła trzecia z bohaterek zespołu trenera Dylaka – Aneta Rygielska. Zanim jeszcze stanęła do walki o tytuł, osiągnęła największy sukces w swojej długoletniej karierze. Ona jednak zawsze powtarzała, że interesuje ją tylko złoto. W finale zmierzyła się z Brazylijką Rebeccą Santos – pięściarką, którą zaledwie pięć miesięcy wcześniej pokonała na jej własnym terenie. W Liverpoolu jej historia miała jednak dramatyczny finał.

    Dwanaście lat oczekiwań
    Rygielska już w 2012 roku zdobyła młodzieżowe mistrzostwo świata w kategorii 60 kg. Miała wtedy zaledwie 18 lat i ogromne nadzieje na przyszłość. Później były m.in. medale mistrzostw Europy i igrzysk europejskich, lecz ona sama wciąż mówiła, że marzy o podium na imprezie światowej. Tymczasem na najważniejszych zawodach zawsze czegoś brakowało – a to szczęścia, a to przychylności sędziów. W pamięci wciąż miała przegrane ćwierćfinały, w tym ubiegłoroczny na igrzyskach w Paryżu, gdzie wielu ekspertów wskazywało ją jako lepszą w ringu.

    Przełom w Liverpoolu
    Tym razem Polka wreszcie rozwinęła skrzydła. Wygrała cztery walki, w tym twardą bitwę z Jajairą Gonzalez – dawną mistrzynią juniorską – oraz półfinał z byłą mistrzynią świata Chengyu Yang. Nawet absurdalne ostrzeżenie od sędziego z USA na kilkanaście sekund przed końcem pojedynku nie przeszkodziło jej w awansie do finału. Polscy kibice wierzyli, że do złota Kaczmarskiej i srebra Szeremety dołoży kolejne mistrzostwo.

    Walka o złoto z Santos
    Rywalką Rygielskiej w finale była młodsza o sześć lat Brazylijka Rebecca Santos. Ich wcześniejszy pojedynek w Foz do Iguaçu zakończył się wyraźną wygraną Polki, co dawało nadzieję i przewagę psychologiczną. Jednak w Liverpoolu Santos zaprezentowała się znakomicie – pewnie wygrała półfinał z Kazaszką Grafiejewą i do finału przystąpiła w świetnej formie.

    Pojedynek był wyrównany. Rygielska starała się korzystać z prostych, ale Santos umiejętnie odpowiadała. W drugiej rundzie Brazylijka przejęła inicjatywę i aż czterech sędziów wskazało ją jako zwyciężczynię tej odsłony. W decydującej rundzie Polka próbowała jeszcze odwrócić losy walki – pokazała kilka efektownych kombinacji i walczyła do końca. Ostatecznie trzech arbitrów przyznało ostatnią rundę Polce, ale kluczowy sędzia z Indii zapisał ją na konto Santos.

    Werdykt i niedosyt
    Rebecca Santos zwyciężyła stosunkiem 3:2 i sięgnęła po złoto. W przeciwieństwie do finału Szeremety dzień wcześniej, tym razem nie było mowy o większym skandalu – obie zawodniczki mogły wygrać. Szkoda jedynie, że Rygielska nie była odważniejsza i bardziej ofensywna. Mimo to jej występ w Liverpoolu pozostanie przełomowym momentem kariery i dowodem, że polski boks kobiet wchodzi na najwyższy światowy poziom.

  • O 4.36 nadeszło potwierdzenie ws. Anity Włodarczyk. Chodziło o jej drugi rzut z eliminacji

    O 4.36 nadeszło potwierdzenie ws. Anity Włodarczyk. Chodziło o jej drugi rzut z eliminacji

    Anita Włodarczyk z przytupem wróciła na Stadion Narodowy w Tokio i udowodniła, że wciąż potrafi przygotować najwyższą formę na najważniejsze imprezy sezonu. W eliminacjach mistrzostw świata już w drugiej serii posłała młot na odległość 73,69 m – zaledwie 31 cm mniej od minimum gwarantującego finał. Wynik ten dał jej też kolejny rekord świata w kategorii masters +40. Ostatecznie awans potwierdził się dopiero po starcie drugiej grupy, a Polka zakończyła kwalifikacje z szóstym rezultatem.

    Historia lubi się powtarzać. Cztery lata temu Włodarczyk również nie imponowała wynikami wiosną, a mimo to w Tokio podczas igrzysk była bezkonkurencyjna – w eliminacjach rzuciła 76,99 m, a w finale aż 78,48 m, sięgając po swoje trzecie olimpijskie złoto. Teraz ponownie wróciła na ten sam stadion, choć już nie w roli głównej faworytki. Niedawno skończyła 40 lat i wie, że nie będzie rzucać tak daleko jak dawniej. Mimo to żadna z rywalek nie pozwoli sobie jej lekceważyć. W końcu rok temu zdobyła srebro mistrzostw Europy, a w igrzyskach tylko kilka centymetrów dzieliło ją od podium. Także tym razem może włączyć się do walki o medal.

    Eliminacje w Tokio rozpoczęły się wcześnie – już o 9:00 czasu lokalnego (2:00 w Polsce). W pierwszej grupie startowały dwie Polki: Włodarczyk i Katarzyna Furmanek. Anita zaczęła od 71,41 m, co nie dawało jeszcze pewności, ale w drugiej próbie poprawiła się do 73,69 m i praktycznie zapewniła finał. Jednocześnie po raz drugi tego dnia pobiła własny rekord świata w kategorii powyżej 40 lat. W tej samej grupie rywalizowała inna weteranka – Yipsi Moreno, niegdyś mistrzyni globu, dziś reprezentująca Albanię. Jej 65,38 m wystarczyło jedynie na 17. miejsce.

    Zupełną sensacją było odpadnięcie liderki światowych list, Amerykanki Brooke Andersen, która najpierw posłała młot minimalnie poza promień, a następnie dwukrotnie trafiła w siatkę. Z kolei ponad 74 metry uzyskały tylko Finka Silja Kosonen (75,88 m) oraz DeAnna Price z USA (74,99 m). Furmanek kończyła kwalifikacje z najlepszym rzutem na 66,70 m.

    Druga grupa rozpoczęła start dopiero o 3:45 czasu polskiego i od razu padły mocne wyniki. Mistrzyni olimpijska Camryn Rogers otworzyła rywalizację wynikiem 77,52 m, a Chinka Jie Zhao osiągnęła 74,24 m. Aby Włodarczyk wypadła z finału, musiałoby ją pokonać aż dziesięć zawodniczek z tej serii – co od początku wydawało się nierealne. Po próbie dziesiątej młociarki stało się jasne: Polka wystąpi w finale. Ostatecznie wyprzedziła ją jeszcze Finka Krista Tervo (73,73 m), natomiast nie zdołała tego uczynić Amerykanka Rachel Richeson, trzecia w tegorocznych tabelach światowych z wynikiem 78,80 m.

    Do finału nie awansowała natomiast trzecia z Polek, Ewa Różańska. Jej pierwsza próba skończyła się w siatce, w drugiej uzyskała 66,28 m, a w trzeciej 68,34 m – ponad dwa metry mniej niż wynosił próg awansu (70,70 m).

    Włodarczyk jednak udowodniła, że mimo wieku nadal potrafi rywalizować na najwyższym poziomie. W niedzielnym finale znów stanie w kole, by powalczyć o medal na stadionie, który już raz dał jej olimpijską chwałę.

  • ‎O 4.36 nadeszło potwierdzenie ws. Anity Włodarczyk. Chodziło o jej drugi rzut z eliminacji

    ‎O 4.36 nadeszło potwierdzenie ws. Anity Włodarczyk. Chodziło o jej drugi rzut z eliminacji

    ‎O 4.36 nadeszło potwierdzenie ws. Anity Włodarczyk. Chodziło o jej drugi rzut z eliminacji

    ‎Anita Włodarczyk z przytupem wróciła na Stadion Narodowy w Tokio, w eliminacjach mistrzostw świata pokazała, że formę potrafi zbudować na docelowe zawody w sezonie. Jak rok temu w Paryżu. W drugiej kolejce uzyskała 73.69 m, o 31 cm mniej od gwarancji finału. A to jej kolejny rekord świata w kategorii… 40-latek. Na potwierdzenie awansu musiała czekać do startu drugiej grupy. I w końcu ono przyszło. W niedzielę uzyskała szósty wynik w stawce.

    ‎

    ‎Cztery lata temu Anita Włodarczyk na początku sezonu rzucała po 72-73 metry, na miesiąc przed japońskimi igrzyskami nie została nawet mistrzynią Polski. A później idealną formę przygotowała właśnie na rywalizację w Tokio, w eliminacjach rzuciła tu 76.99 m, później 78.48 m. I niezagrożona sięgnęła po swoje trzecie olimpijskie złoto.

    ‎

    ‎Teraz wróciła na ten sam stadion, choć już nie w roli faworytki. Bo tak daleko zapewne już nie będzie rzucać, miesiąc temu skończyła 40 lat. A i tak nie ma chyba w gronie młociarek zawodniczki, która by ją zlekceważyła. Rok temu Anita zdobyła wicemistrzostwo Europy, na igrzyskach zabrakło jej kilku centymetrów do medalu. I teraz też stać ją będzie na włączenie się do walki z najlepszymi.

    ‎

    ‎Anita Włodarczyk z kolejnym rekordem świata w Tokio. Sensacja po jej rzucie, liderka światowych tabel poza finałem

    ‎

    ‎W pierwszej grupie, która startowała już o dziewiątej lokalnego czasu (2 w nocy polskiego czasu), było 18 zawodniczek, a wśród nich dwie reprezentantki Polski. Dokładniej zaś – Anita Włodarczyk i Katarzyna Furmanek. Ta pierwsza dość szybko zapewniła sobie względny spokój, choć 71.41 m niczego jeszcze nie gwarantowało. Odległość zapewniającą finał ustawiono na 74 metry, ale zwykle osiąga ją kilka młociarek. Na pewno nie aż 12, a tyle kwalifikowało się do finału.

    ‎

    ‎W drugiej serii Anita właściwie już zapewniła sobie ten awans – trafiła niemal w żółtą linię, oznaczającą te 74 metry. 73.69 m – tyle pokazało się na tablicy. Po raz drugi dzisiaj poprawiła swój własny rekord świata masters +40 lat, choć w gronie uczestniczek była jeszcze jedna zawodniczka w tym przedziale. To była mistrzyni świata, Kubanka Yipsi Moreno, dziś reprezentująca Albanię. Jej 65.38 m wystarczyło do 17. pozycji w tej grupie.

    ‎

    ‎W ostatniej kolejce Włodarczyk miała 70.94 m – musiała więc czekać na wyniki drugiej grupy.

    ‎

    ‎Czekać zaś nie musiała Brooke Andersen, była mistrzyni świata, liderka światowych tabel, jedna z trzech kobiet “+80 metrów” w historii.. W pierwszej kolejce posłała młot minimalnie poza promień, później przegrała z własnymi nerwami. Dwa razy trafiła w siatkę, dla niej to był koniec.

    ‎

    ‎Ponad 84 metry rzuciły w tej grupie tylko: Finka Silja Kosonen (75.88 m) i Amerykanka DeAnna Price (74.99 m). Nasza Katarzyna Furmanek regularnie trafiała w punkt na 66. metrze, w najdalszej próbie – 66.70 m.

    ‎

    ‎Druga grupa zaczęła rywalizację dopiero o godz. 3.45 naszego czasu, 105 minut później. I to zaczęła od bardzo mocnego uderzenia: mistrzyni olimpijska Camryn Rogers od razu posłała młot na 77.52 m, a Chinka Jie Zhao – na 74.24 m. Aby Anita wypadła z finału, musiałoby przerzucić ją aż 10 z 18 uczestniczek tej tu rywalizacji. Coś takiego nie wchodziło w grę.

    ‎

    ‎Inne zawodniczki nie rzucały już tak daleko. Wreszcie po dziesiątej młociarce w trzeciej serii stało się jasne – Anita walczyć będzie o medal. O 4.36 nad ranem, gdy swoją próbę zakończyła Islandka Gudrun Hallgrimsdottir. Naszą zawodniczkę przerzuciła jeszcze Finka Krista Tervo, uratowała się w ostatnim momencie (73.73). A nie uratowała się trzecia na listach światowych (78.80 m w tym roku) Rachel Richeson z USA.

    ‎

    ‎Tej szansy występu w finale nie dostanie zaś Ewa Różańska: pierwszą próbę miała nieudaną (siatka), w drugiej uzyskała 66.28 m, w trzeciej – 68.34 m. O ponad dwa metry za mało.

    ‎Dziś awans dawał wynik 70.70 m.

    ‎

  • Szeremeta zeszła z ringu i wypaliła na gorąco. Widok taki, że serce się kraje

    Szeremeta zeszła z ringu i wypaliła na gorąco. Widok taki, że serce się kraje

    Julia Szeremeta nie kryła łez po przegranym finale mistrzostw świata w boksie olimpijskim. Polska zawodniczka w rozmowie z Polsatem Sport przyznała, że czuła ogromny niedosyt i wierzyła w swoje zwycięstwo, jednak o wszystkim przesądził kontrowersyjny werdykt sędziów.

    Szeremeta ze srebrem mistrzostw świata

    22-letnia pięściarka dotarła do finału w kategorii 57 kg podczas mistrzostw świata rozgrywanych w Liverpoolu. W decydującym starciu zmierzyła się z Hinduską Jaismine Lamborią. Polka wygrała pierwszą rundę, ale w dwóch kolejnych sędziowie przyznali przewagę rywalce. Ostatecznie to reprezentantka Indii sięgnęła po złoto, a Szeremecie przypadło srebro.

    Emocje i łzy po walce

    Bezpośrednio po pojedynku nasza reprezentantka stanęła przed kamerą ze łzami w oczach i ręcznikiem zasłaniającym twarz. – Trudno mi cokolwiek powiedzieć. Niestety walka przegrana. Była bardzo równa, myślałam, że to ja zwyciężę. Niestety – mówiła ze złamanym głosem.

    Najwięcej emocji wzbudziła druga runda, w której wszyscy sędziowie punktowali na korzyść Lamborii. – Co mogli dostrzec w niej, czego nie widzieli w tobie? – zapytał reporter. – Nie wiem. Na razie nie chcę rozmawiać – odpowiedziała wyraźnie załamana zawodniczka.

    Kolejne polskie szanse na złoto

    Na mistrzostwach świata w Liverpoolu wciąż walczą o złote medale dwie inne reprezentantki Polski: Agata Kaczmarska w kategorii powyżej 80 kg oraz Aneta Rygielska w wadze lekkiej (60 kg).

  • A jednak! Ogłaszają ws. Świątek. To wydawało się nieprawdopodobne

    A jednak! Ogłaszają ws. Świątek. To wydawało się nieprawdopodobne

    Iga Świątek już wkrótce rozpocznie rywalizację w turnieju w Seulu. Sezon powoli zbliża się do końca, dlatego coraz częściej pojawiają się pytania, czy liderka polskiego tenisa zdoła jeszcze odzyskać pierwsze miejsce w rankingu WTA. Temat szeroko opisali dziennikarze Tennis World Italia, Punto de Break oraz Tennisupdate.com, prezentując różne perspektywy i możliwe scenariusze.

    Po świetnych zwycięstwach na Wimbledonie i w Cincinnati, Świątek była wymieniana w gronie głównych faworytek do triumfu w US Open. Raszynianka rozpoczęła turniej znakomicie, lecz sensacyjnie odpadła w ćwierćfinale z Amandą Anisimową – zawodniczką, którą niedługo wcześniej w londyńskim finale pokonała bez straty gema. Mimo tej porażki widać wyraźnie, że forma Polki znów rośnie, a kryzys sprzed kilku miesięcy jest już za nią.

    Wyścig z Sabalenką – analiza scenariuszy

    Triumf Aryny Sabalenki w Nowym Jorku skomplikował drogę Świątek do odzyskania fotela liderki. Białorusinka ma obecnie 3292 punkty przewagi. Eksperci z Tennis World Italia zwracają jednak uwagę, że w końcówce sezonu pozostało jeszcze wiele okazji do zdobywania punktów. Kluczowe będą przede wszystkim dwa chińskie turnieje WTA 1000 w Wuhan i Pekinie, a także turniej WTA 500 w Seulu, w którym Polka jest faworytką.

    Zdaniem włoskiego portalu, aby wrócić na szczyt, Iga będzie musiała rozegrać niemal perfekcyjne tygodnie, a jednocześnie liczyć na potknięcia Sabalenki. „To emocjonujący wyścig, który może zakończyć się bardzo burzliwie” – napisano.

    Z kolei hiszpański serwis Punto de Break podkreśla, że „Świątek jest w dobrej pozycji, by zaatakować Sabalenkę”. Do końca sezonu zostały dwa miesiące, a Białorusinka ma do obrony aż 1615 punktów – m.in. w Wuhan i podczas WTA Finals. Polka z kolei musi zdobyć co najmniej 2077 punktów więcej od rywalki. Aby realnie myśleć o sukcesie, będzie musiała liczyć na szybkie odpadnięcie Sabalenki w turnieju finałowym. „Ekscytujące będzie obserwowanie, jak te dwie zawodniczki będą rywalizować tydzień po tygodniu. Świątek rozumie, że statystyki mogą działać na jej korzyść, ale zdaje sobie sprawę, że wiele nie zależy tylko od niej” – czytamy w analizie.

    Natomiast Tennisupdate.com wskazuje, że Sabalenka wciąż ma najłatwiejszą drogę do utrzymania pozycji numer jeden. Portal zauważa, że jedyną tenisistką zdolną ją powstrzymać jest właśnie Iga Świątek, ale szanse na taki scenariusz oceniane są jako niewielkie.

    Początek zmagań w Seulu

    Polka niebawem rozpocznie swój start w Korei Południowej. W pierwszej rundzie jej przeciwniczką będzie zwyciężczyni meczu Zhu Lin (280. WTA) – Sorana Cirstea (66. WTA). Dla Świątek będzie to okazja, by zrobić pierwszy krok w walce o odrobienie strat do Sabalenki i podtrzymać wysoką formę z ostatnich miesięcy.