• Dlatego lekarz dopuścił Szeremetę do walki o złoto MŚ. “Oszukałaś system”

    Dlatego lekarz dopuścił Szeremetę do walki o złoto MŚ. “Oszukałaś system”

    Julia Szeremeta wróciła z mistrzostw świata w boksie olimpijskim ze srebrnym medalem, choć marzyła o złocie. Młoda pięściarka była gościem programu „Dzień Dobry TVN”, gdzie opowiedziała o kulisach turnieju, walce z kontuzją i emocjach, jakie towarzyszyły jej w Liverpoolu.

    „Srebro mnie prześladuje”

    W finale Szeremeta musiała uznać wyższość Hinduski Jaismine Lamborii, która zwyciężyła decyzją sędziów 4:1. – Na pewno czuję niedosyt. Ostatnio srebro się mnie trzyma – igrzyska w Paryżu, Puchar Świata w Foz do Iguaçu i teraz mistrzostwa świata. Liczyłam na złoto, ale mam jeszcze wiele przed sobą. Jestem młodą zawodniczką, więc może to będzie dla mnie dodatkowa motywacja, żeby pracować jeszcze ciężej – przyznała 22-letnia bokserka.

    Kontuzja w trakcie turnieju

    Występ Szeremety nabiera dodatkowej wartości, bo przez część zawodów zmagała się z urazem ręki. – Prawda wyjdzie na jaw po rezonansie, który mam w poniedziałek. Już jest lepiej, choć ręka wciąż pobolewa. Teraz mam przerwę w treningach, ale kiedy tylko poznamy diagnozę, wracam do pracy – powiedziała.

    Kontuzja pojawiła się w ćwierćfinale z Kariną Ibragimową z Kazachstanu. – Nie wiem do dziś, jak to się stało. Schodząc do narożnika poczułam, jakby coś rozrywało mi rękę. Spuchła momentalnie. Po walce zdjęłam rękawicę i zobaczyłam ogromnego guza, ręką nie mogłam ruszać. Trafiłam na brytyjski SOR, zrobiono mi zdjęcie i lekarze odradzili dalszą rywalizację. Założyli stabilizator. Z płaczem spojrzałam na trenera i zapytałam: „To ja nie będę walczyć?” – wspominała.

    „Trochę oszukałam system”

    Szeremeta, mimo ostrzeżeń, postanowiła kontynuować turniej. – Miałam dzień przerwy, ręką zajęli się trenerzy i fizjoterapeuta. Przed oficjalnym ważeniem nałożyłam podkład, żeby zakryć siniaki. Można powiedzieć, że trochę oszukałam system. Nie przyjechałam tam po brąz, więc nie zamierzałam się poddawać. W ringu adrenalina robi swoje, do tego były tabletki przeciwbólowe – jakoś dałam radę – zdradziła.

    Niesmak po finale

    Polka mogła czuć się pokrzywdzona po werdykcie. Wielu ekspertów oceniało, że była lepsza w pierwszej i drugiej rundzie, choć sędziowie jednogłośnie zapisali tę drugą na konto rywalki. – Mogłam boksować bardziej ostrożnie, oszczędzając rękę. Ale forma była perfekcyjna, przygotowania poszły świetnie. To były moje pierwsze mistrzostwa świata, dlatego łzy po walce były szczere. Bardzo mi zależało na złocie – zakończyła.

  • Polak prowadził, stadion opuścił na wózku. Nocny dramat w Tokio

    Polak prowadził, stadion opuścił na wózku. Nocny dramat w Tokio

    Maher Ben Hlima, który niedawno otarł się o rekord Polski w chodzie na 10 km, z wielkimi nadziejami stanął na starcie rywalizacji na dwukrotnie dłuższym dystansie podczas lekkoatletycznych mistrzostw świata w Tokio. Zaledwie tydzień wcześniej zajął 10. miejsce w wymagającym chodzie na 35 km, a teraz liczył na jeszcze lepszy wynik, który mógłby zagwarantować mu stabilną przyszłość sportową. Początek miał znakomity, ale zakończenie zawodów okazało się dramatyczne.

    Ben Hlima, polski chodziarz tunezyjskiego pochodzenia, dopiero od niedawna reprezentuje biało-czerwone barwy. W krótkim czasie zdążył jednak wystąpić już na igrzyskach olimpijskich w Paryżu, a teraz po raz pierwszy w karierze wziął udział w mistrzostwach świata w lekkoatletyce. W debiucie na dystansie 35 km uplasował się na 10. pozycji i zapowiadał, że na 20 km powalczy o miejsce w czołowej ósemce – gwarantujące mu wsparcie finansowe na kolejne miesiące.

    Mocny start, dramatyczny finisz

    Polak rozpoczął nocny chód w Tokio niezwykle odważnie. Już na pierwszym kilometrze objął prowadzenie, a przez kolejne dwa wciąż utrzymywał się w ścisłej czołówce. Z czasem jednak zaczął tracić kontakt z najlepszymi. Po pięciu kilometrach był już 18., a w dalszej części dystansu rywalizował w okolicach drugiej dziesiątki. W końcówce zdołał przesunąć się o kilka lokat i ostatecznie zakończył zawody na 14. miejscu. Tuż za metą, wycieńczony, upadł i stadion opuszczał na wózku inwalidzkim – były to niezwykle poruszające sceny.

    Kilka minut później trafił do pokoju medycznego, gdzie dochodził do siebie. W rozmowie z dziennikarzami przyznał, że choć liczył na lepszy rezultat, cieszy się, że mimo bólu w nogach udało mu się walczyć do końca. – Od 14. kilometra czułem narastający ból, ale starałem się znaleźć kogoś, z kim mogę iść równo, by dotrwać do mety. Szkoda, że nie udało się przesunąć jeszcze o kilka miejsc, ale potwierdziłem przynależność do światowej czołówki. Trzeba pracować dalej, oby tylko były ku temu warunki – mówił zmęczony Ben Hlima.

    Lekarz reprezentacji, dr Jarosław Krzywański, wyjaśnił, że kryzys zawodnika był wynikiem skrajnego wyczerpania i trudnych warunków pogodowych.

    Złoto dla Brazylii

    Ostatecznie Polak ukończył rywalizację z czasem 1:20.39 – to trzeci najlepszy wynik w jego karierze. Tytuł mistrza świata wywalczył Brazylijczyk Caio Bonfim (1:18.35), który na ostatnich metrach popisał się fantastycznym finiszem i wyprzedził rywali. Srebro zdobył Chińczyk Zhaozhao Wang (1:18.43), a brąz przypadł Hiszpanowi Paulowi McGrathowi (1:18.45).

  • ‎Polak prowadził, stadion opuścił na wózku. Nocny dramat w Tokio

    ‎Polak prowadził, stadion opuścił na wózku. Nocny dramat w Tokio

    ‎Polak prowadził, stadion opuścił na wózku. Nocny dramat w Tokio

    ‎Maher Ben Hlima, który niedawno był bliski pobicia rekordu Polski w chodzie na 10 kilometrów, z nadziejami przystępował do rywalizacji na 20 kilometrów w lekkoatletycznych mistrzostwach świata w Tokio. Tydzień temu był dziesiąty na 35 kilometrów, a teraz walczył o swoją przyszłość na krótszym dystansie. Choć rozpoczął znakomicie, to jednak zakończenie było dramatyczne.

    ‎

    ‎Maher Ben Hlima to polski chodziarz tunezyjskiego pochodzenia. Barwy naszego kraju reprezentuje od niedawna. Zdążył już jednak w biało-czerwonej koszulce wystąpić w igrzyskach olimpijskich w Paryżu.

    ‎

    ‎Teraz w Tokio debiutuje w lekkoatletycznych mistrzostwach świata. W pierwszym starcie na 35 kilometrów był dziesiąty. Mówił wówczas, że powalczyć o miejsce w ósemce na 20 kilometrów, bo to zapewniłoby mu byt na kilka miesięcy.

    ‎

    ‎Świetny początek Mahera Ben Hlimy. Polak prowadził w chodzie, skończył na wózku

    ‎

    ‎Za naszym lekkoatletą wciąż ciągną się kłopoty związane z firmą transportową, jaką prowadził przez lata. Dlatego każdy grosz jest dla niego na wagę złota.

    ‎

    ‎Polak z werwą rozpoczął nocny chód w Tokio. Wyrwał się na prowadzenie i na pierwszym kilometrze był liderem. Przez dwa kolejne szedł jeszcze w ścisłej czołówce, ale powoli zaczął tracić kontakt z nią. Po pięciu kilometrach był już 18. I w na takich miejscach właśnie maszerował. W końcówce jeszcze powalczył i przesunął się o kilka lokat. Ostatecznie do mety dotarł 14. Zaraz za nią upadł z wyczerpania. Stadion opuszczał na wózku inwalidzkim. To były dramatyczne sceny.

    ‎

    ‎Ben Hlima kilkadziesiąt minut spędził w pokoju medycznym, a kiedy do nas dotarł, wciąż jeszcze był mocno wyczerpany.

    ‎

    ‎Liczyłem na coś więcej, ale od 14. kilometra zacząłem odczuwać bóle w nogach. Walczyłem jednak do końca. Była szansa poprawić się jeszcze przynajmniej o trzy lokaty, ale organizm mi na to nie pozwolił. Szkoda, ale potwierdziłem miejsce w światowej czołówce. Nie jest najgorzej. Trzeba dalej pracować. Obym miał tylko za co

    ‎

    ‎ledwo mówił Ben Hlima.

    ‎

    ‎- Od pierwszych metrów byłem bardzo nabuzowany. Tak bardzo chciałem powalczyć o jak najwyższe miejsce. Potrafię też jednak ocenić swoje możliwości. Szukałem na trasie kogoś, z kim mógłbym iść, by wytrzymać ten dystans pomimo bólu nóg. Dzięki temu dotrwałem do końca – dodał.

    ‎

    ‎Interia Sport zapytała o całą sytuację lekarza kadry doktora Jarosława Krzywańskiego, który przyznał, że było to efektem wyczerpania zawodnika oraz temperaturą.

    ‎

  • Koszmar Sułek-Schubert na MŚ w Tokio. Tak źle nie było od dwóch lat

    Koszmar Sułek-Schubert na MŚ w Tokio. Tak źle nie było od dwóch lat

    Adrianna Sułek-Schubert started the World Championships in Tokyo quite promisingly, but her hopes for a high finish in the heptathlon were severely limited after a weaker performance in the fifth event. As a result, the Pole dropped out of the top ten in the overall standings.

    The first day of competition looked encouraging. Sułek-Schubert opened solidly in the 100m hurdles, and in the high jump she achieved her best result since returning to sport after motherhood. She also set a personal best in the shot put. The only blemish was her 200m run, which she was unhappy with, though it still earned her a few spots in the table. After four events she was sitting in seventh place.

    The second day, however, began with disappointment. In the morning session, the heptathletes competed in the long jump – an event that turned out to be crucial for the standings. Sułek-Schubert managed only 5.78m in her best attempt. Her second jump, which looked promising, was a foul, and reaching the six-meter mark was essential to stay in contention for the top places. In the end, it was her weakest long jump performance in two years.

    In her group she finished only seventh, and in the overall long jump classification she placed 18th. She added 783 points to her tally, which was a costly loss. By comparison, the best of the day, Tayliah Brooks, soared to 6.79m, setting a personal best and dominating the field. Behind her were Britain’s Jade O’Dowda (6.48m – season’s best) and Katarina Johnson-Thompson (6.42m).

    This weaker result caused the Pole to tumble from seventh to 12th in the overall standings. The leader is American Anna Hall, who was the first to surpass the 5000-point barrier. She is followed by Brooks and defending world champion Johnson-Thompson.

    The decisive events are scheduled for the evening session. At 12:00 Polish time the javelin throw will begin, and the final 800m run is set for 14:11.

    Heptathlon standings after five events:

    1. Anna Hall (USA) – 5041 pts
    2. Taliyah Brooks (USA) – 4930 pts
    3. Katarina Johnson-Thompson (Great Britain) – 4874 pts
    4. Kate O’Connor (Ireland) – 4824 pts
    5. Sofie Dokter (Netherlands) – 4789 pts
    6. Jade O’Dowda (Great Britain) – 4700 pts
    7. Martha Araujo (Colombia) – 4687 pts
    8. Nafissatou Thiam (Belgium) – 4664 pts
    9. Sandrina Sprengel (Germany) – 4663 pts
    10. Saga Vanninen (Finland) – 4617 pts
    11. Michelle Atherley (USA) – 4616 pts
    12. Adrianna Sułek-Schubert (Poland) – 4590 pts
  • Sensacyjny medal polskiej sztafety. Swoboda nie wytrzymała po biegu

    Sensacyjny medal polskiej sztafety. Swoboda nie wytrzymała po biegu

    Ewa Swoboda nigdy nie ukrywała emocji. – Nie spodziewałam się, że jesteśmy w stanie sięgnąć po medal. A jednak zamknęłyśmy usta tym, którzy w nas nie wierzyli – mówiła po znakomitym występie polskiej sztafety 4×100 m na mistrzostwach Europy w 2022 roku. Wtedy w eksperymentalnym składzie, z Pią Skrzyszowską na zmianie, Polki sięgnęły po srebro. Teraz, podczas mistrzostw świata w Tokio 2025, historia może się powtórzyć – Skrzyszowska ponownie dołącza do drużyny!

    Skrzyszowska znów w sztafecie

    W Tokio 2025 Pia Skrzyszowska zajęła piąte miejsce w biegu na 100 m przez płotki – to jej najlepszy wynik w tej rangi imprezie. Teraz sprinterka wzmocni sztafetę, której liderką jest Swoboda. Scenariusz jest niemal identyczny jak trzy lata temu. W Monachium w 2022 r. Skrzyszowska najpierw zdobyła złoty medal w płotkach, a niespełna 40 minut później znów stanęła na bieżni, by pomóc drużynie. – To był szalony pomysł, ale najlepszy wieczór w moim życiu. Jestem mistrzynią Europy i wicemistrzynią Europy w sztafecie! – wspominała wtedy wzruszona.

    Komentatorzy w ekstazie

    Finał 4×100 m w Monachium przeszedł do historii nie tylko dzięki medalowi, lecz także emocjom towarzyszącym komentatorom. Przemysław Babiarz i Sebastian Chmara w TVP Sport dosłownie zagłuszali się nawzajem.
    – „Pia jak burza tam ruszyła!” – krzyczał Babiarz. – „Dobra zmiana! I Anka Kiełbasińska biegnie niesamowicie!” – dodawał. – „Jesteśmy w czołówce, teraz Marika do Ewy… Ewa biegnie! To będzie medal! To będzie srebro!” – wykrzykiwał w ekstazie. Chmara tymczasem śmiał się głośno, powtarzając: – „Ale numer! Wystawiliśmy torpedy! Nikt się tego nie spodziewał!”.

    Decyzja, która zmieniła wszystko

    Za odważnym roszadami stał trener Jarosław Lewandowski. Po eliminacjach zdecydował się zastąpić Magdalenę Stefanowicz i Martynę Kotwiłę duetem: Skrzyszowską i Kiełbasińską. Ryzyko opłaciło się – Polki nie tylko zdobyły srebro, ale także ustanowiły rekord kraju – 42,61 s.
    – Pomysł narodził się po eliminacjach. Trzeba było coś zmienić, by realnie myśleć o medalu. Rozmawiałem z Anią, która zgodziła się pobiec, a z tatą i trenerem Pii ustaliliśmy, że ona również jest gotowa. Jedynym wyzwaniem było 38 minut przerwy między finałami, ale logistycznie udało się to rozwiązać – tłumaczył później szkoleniowiec. – Wielu pisało mi, że trzeba mieć odwagę. Było ryzyko, ale w sztafecie najważniejsze są głowy. W sporcie trzeba reagować na sytuację.

    Swoboda mówi wprost

    – Nie wierzyłam, że możemy zdobyć medal. Bałam się, gdy usłyszałam skład. Ale zrobiłyśmy to i udowodniłyśmy wszystkim, że się mylili – podsumowała Swoboda.

    Nowa szansa w Tokio

    Na obecnych mistrzostwach świata nie ma już w drużynie Kiełbasińskiej, która zakończyła karierę. Jednak Skrzyszowska ponownie ma być kluczowym wzmocnieniem. Warto przypomnieć, że w 2023 roku w Budapeszcie Polki w składzie: Swoboda, Skrzyszowska, Krystina Cimanowska i Magdalena Stefanowicz zajęły piąte miejsce, uzyskując czas 42,66 s – tylko o 0,05 s gorszy od rekordu Polski. Teraz w Tokio apetyty są większe. Czy biało-czerwone poprawią ten wynik i ponownie zaskoczą lekkoatletyczny świat?

  • 6:0 dla Świątek i zaczęły się problemy. Jest awans Polki do półfinału, nie było łatwo

    6:0 dla Świątek i zaczęły się problemy. Jest awans Polki do półfinału, nie było łatwo

    Iga Świątek dopiero w sobotę po raz drugi zaprezentowała się na korcie w Seulu. Raszynianka od razu stanęła przed poważnym wyzwaniem – jej rywalką w ćwierćfinale była Barbora Krejcikova. Początek meczu należał do Polki, która grała niemal bezbłędnie. W pewnym momencie miała na koncie aż osiem wygranych gemów z rzędu. Czeszka próbowała jeszcze odwrócić losy spotkania, lecz jej przebudzenie okazało się krótkotrwałe.

    Początek turnieju w Korei Południowej nie był dla Igi łatwy. Choć pierwsze spotkanie wygrała bez większych kłopotów, to kapryśna pogoda skutecznie dezorganizowała plan rozgrywek i utrudniała przygotowania zawodniczkom. Właśnie dlatego drugie starcie Świątek rozegrała dopiero w sobotni poranek polskiego czasu. Na jej drodze stanęła Krejcikova – przeciwniczka wymagająca, która w przeszłości potrafiła odebrać Polce zwycięstwo. W 2023 roku w Dubaju pokonała ją bez straty seta.

    Tym razem Świątek była zdeterminowana, aby powiększyć przewagę w bilansie bezpośrednich spotkań i prowadzić 4:2. Wygrana w Seulu miała dla niej dodatkową wartość – jej ojciec w latach 80. uczestniczył w igrzyskach olimpijskich właśnie w tym mieście. – Jestem zaskoczona, jak mocno Seul pielęgnuje tradycję olimpijską. To wspaniałe, bo igrzyska to najważniejsza impreza na świecie. Może za rok mój tata tu przyjedzie – mówiła po wcześniejszym zwycięstwie nad Soraną Cristeą.

    Dla kibiców w Polsce wyzwaniem była nietypowa pora spotkania – mecz rozpoczął się kilka minut po godzinie 5:00 rano. Ci, którzy zdecydowali się wstać tak wcześnie, nie żałowali. Świątek od pierwszych piłek imponowała skutecznością i agresją. Już w pierwszym gemie odebrała serwis Czeszce, a potem systematycznie powiększała przewagę. Po zaledwie 30 minutach prowadziła 5:0, a chwilę później zamknęła seta efektownym „bajglem”.

    W drugiej partii Krejcikova zaczęła grać lepiej, a na korcie pojawiło się więcej przełamań po obu stronach. Polka jednak zachowała chłodną głowę. Przy stanie 4:3 ponownie odebrała serwis rywalce i znalazła się o krok od awansu. Tego prowadzenia już nie wypuściła – zwyciężyła 6:0, 6:3 i zameldowała się w półfinale.

    Jeszcze dziś, około godziny 10:00 polskiego czasu, Świątek stanie do walki o finał. Jej przeciwniczką będzie Maya Joint. Australijka w świetnym stylu wyeliminowała faworyzowaną Clarę Tauson i teraz spróbuje sprawić kolejną niespodziankę.

  • Świątek czeka na mecz, a tu wpis Sabalenki. Takich kadrów nie pokazuje często

    Świątek czeka na mecz, a tu wpis Sabalenki. Takich kadrów nie pokazuje często

    Aryna Sabalenka kilka dni temu poinformowała, że z powodu kontuzji musi wycofać się z turnieju WTA 1000 w Pekinie. Białorusinka postanowiła wykorzystać czas rekonwalescencji w gronie najbliższych, a ostatnio pochwaliła się w mediach społecznościowych wspólnym zdjęciem ze swoją młodszą siostrą Antoniną.

    Tuż po triumfie w US Open świat obiegły jednak smutne wieści. Sabalenka ogłosiła, że problemy zdrowotne uniemożliwiają jej występ w prestiżowych zawodach w stolicy Chin. – „Z przykrością muszę ogłosić, że wycofuję się z tegorocznego China Open z powodu drobnej kontuzji, której nabawiłam się po US Open. W tej chwili w pełni skupiam się na powrocie do zdrowia i przygotowaniach do końcówki sezonu” – przekazała za pośrednictwem organizatorów turnieju.

    Czterokrotna mistrzyni wielkoszlemowa nie zdradziła, z jakim urazem się zmaga, ani kiedy planuje wrócić na kort. Pewne jest jedno – nieobecność Sabalenki zwiększa szanse Igi Świątek na odzyskanie pierwszego miejsca w światowym rankingu WTA.

    Sabalenka pokazuje rodzinne kadry

    Wydaje się jednak, że Białorusinka nie zaprząta sobie głowy możliwą utratą pozycji liderki. Obecnie odpoczywa i regeneruje siły w otoczeniu bliskich. Choć rzadko dzieli się prywatnymi chwilami, tym razem zrobiła wyjątek – udostępniła w swoich mediach społecznościowych wpis siostry Antoniny, która opublikowała na Instagramie kilka wspólnych fotografii.

    Świątek walczy w Azji

    Podczas gdy Sabalenka leczy kontuzję, Iga Świątek kontynuuje występy w azjatyckiej części sezonu. W czwartek Polka zadebiutowała w Seulu, pewnie pokonując na otwarcie Soranę Cirsteę. W ćwierćfinale zmierzy się z Barborą Krejcikovą. Pierwotnie spotkanie miało odbyć się w piątek, lecz z powodu niekorzystnych warunków atmosferycznych zostało przełożone na sobotę. Relację na żywo z tego pojedynku będzie można śledzić na stronie Interii.

  • Mecz Igi Świątek odwołany, a jej rywalka triumfuje. Finał w Seulu jest już o krok

    Mecz Igi Świątek odwołany, a jej rywalka triumfuje. Finał w Seulu jest już o krok

    Odwołanie meczu singlowego z Igą Świątek wcale nie powstrzymało Barbory Krejcikovej przed występem na kortach w Seulu. Czeszka, zajmująca obecnie 39. miejsce w rankingu WTA, w piątkowe popołudnie przeniosła się pod dach i razem z rodaczką Kateriną Siniakovą rozegrała spotkanie deblowe. Ich rywalkami były Rumunka Jaqueline Cristian oraz doświadczona Hsieh Su-Wei z Tajwanu. Po zaciętym pojedynku górą okazały się Czeszki, które triumfowały 6:4, 7:6(3) i znalazły się już na progu wielkiego finału.

    Cristian i Su-Wei wcześniej sprawiły niespodziankę, eliminując w pierwszej rundzie turnieju w Seulu najwyżej rozstawioną parę – Australijkę Ellen Perez i Węgierkę Fanny Stollar. W drugiej rundzie musiały jednak uznać wyższość czeskiego duetu, podobnie jak Anna Blinkowa i Makoto Ninomiya.

    Początkowo Krejcikova miała rozpocząć piątkową rywalizację od półfinałowego starcia singlowego z Igą Świątek, jednak obfite opady deszczu sparaliżowały plan dnia i wszystkie mecze singlowe zostały odwołane. Pojedynek Polki z 39. rakietą świata przełożono na sobotę, na godzinę 5:00 rano czasu polskiego. Zwyciężczyni tego meczu jeszcze tego samego dnia stanie do walki o miejsce w finale, mierząc się ze zwyciężczynią spotkania Maya Joint – Clara Tauson.

    Deblowe zmagania przeniesiono natomiast pod halę, co pozwoliło na kontynuację turnieju bez przeszkód. Spotkanie rozpoczęło się dynamicznie – Czeszki już w pierwszym gemie zdobyły przełamanie i szybko wyszły na prowadzenie 2:0. Cristian i Su-Wei natychmiast odpowiedziały, doprowadzając do wyrównania 2:2. Krejcikova i Siniakova zdołały jednak ponownie odebrać serwis rywalkom i po wykorzystaniu trzeciego break-pointa wygrały pierwszego seta 6:4.

    Druga odsłona przebiegała według podobnego scenariusza. Czeszki ponownie rozpoczęły od przełamania, lecz przeciwniczki zdołały wyrównać. Tym razem o losach partii zadecydował tie-break, w którym Krejcikova i Siniakova potwierdziły swoją klasę, zwyciężając 7:3. Dzięki temu zameldowały się w półfinale, gdzie ich rywalkami będą Chinki – Xu Yifan i Yang Zhaoxuan.

  • Zastawiona pułapka na mistrzostwach świata? As naszej kadry unaocznia kulisy

    Zastawiona pułapka na mistrzostwach świata? As naszej kadry unaocznia kulisy

    Jakub Popiwczak: „Stres jest częścią gry. Mam swoje rutyny i staram się nimi kierować każdego dnia”

    Libero reprezentacji Polski, Jakub Popiwczak, w rozmowie z Interią opowiada o presji związanej z występami na mistrzostwach świata, o roli pierwszego libero po Pawle Zatorskim, a także o tym, jak podchodzi do niespodzianek, jakie przyniósł turniej rozgrywany na Filipinach. W sobotę Biało-Czerwoni zmierzą się z Kanadą w meczu o ćwierćfinał (początek o godz. 14 czasu polskiego).


    „Bycie pierwszym libero to spełnienie marzeń”

    – Ktokolwiek znalazłby się na moim miejscu, czułby dumę. Reprezentowanie Polski jako pierwszy libero to coś wyjątkowego. Całe życie marzyłem, by być częścią drużyny narodowej, walczyć o najwyższe cele. Teraz to się dzieje – przyznał Popiwczak.


    „Zawsze szukałem pozytywów”

    Zapytany, czy czuje, że wreszcie rozwinął skrzydła, odpowiedział:
    – Z natury patrzę na życie optymistycznie. Nawet kiedy byłem drugim wyborem i nie grałem dużo, potrafiłem docenić, że mogę być w kadrze i wnosić coś do drużyny. Teraz moja rola się zmieniła, ale radość i podejście pozostały takie same.


    „Igrzyska oglądałem z zazdrością, ale niczego sobie nie zarzucam”

    – Jasne, że oglądanie igrzysk w Paryżu wywoływało zazdrość. Każdy sportowiec marzy, by tam być. Ale wiem, że zrobiłem wszystko, co mogłem. Oddałem serce i siły, a mimo to nie pojechałem. W tamtym czasie miałem też ważne chwile prywatne – ślub i wesele – więc życie poukładało się trochę inaczej – wspomina siatkarz.


    „Presja to codzienność w sporcie”

    – Stres? Radzę sobie z nim najlepiej, jak potrafię. To naturalne w zawodowym sporcie. Każdy ma swoje sposoby, ja wypracowałem rutyny, które pomagają mi dzień po dniu koncentrować się na tu i teraz. Nie ma sensu wybiegać za daleko w przyszłość – tłumaczy Popiwczak.


    „Turniej pełen sensacji”

    Mistrzostwa na Filipinach przyniosły wiele niespodzianek – Brazylia czy inne potęgi odpadły wcześniej, niż ktokolwiek się spodziewał.
    – Jeszcze przed turniejem, gdyby ktoś powiedział, że odpadnie jedna z tych drużyn, byłoby to dużym wydarzeniem. A tutaj poległy trzy! To przypomina mundial w piłce nożnej, gdzie zawsze znajdzie się faworyt, który kończy rywalizację już w grupie. Trzeba być czujnym w każdym meczu – komentuje libero.


    „Zmiany są dobre dla siatkówki”

    Popiwczak przyznał, że nowe zasady rozgrywania mistrzostw świata mogą służyć popularyzacji siatkówki.
    – To świetne dla kibiców, szczególnie w krajach, gdzie siatkówka dopiero rośnie. Gdyby Filipiny awansowały do fazy pucharowej, byłaby to piękna historia. Takie rzeczy napędzają rozwój dyscypliny, nawet jeśli odbywa się to kosztem faworytów – powiedział.


    „My od początku celujemy w złoto”

    – Dla nas nie ma znaczenia, kto odpadł. Od samego początku celujemy w medale. Chcemy wygrać każdy mecz i zagrać w finale 29 września. To jest nasz cel i nie zaprzątamy sobie głowy kalkulacjami – zaznaczył Popiwczak.


    „Kanada na pewno zaatakuje zagrywką”

    Najbliższym rywalem Polaków będzie Kanada.
    – Każdy zespół, który gra z faworytem, stara się wywrzeć presję serwisem. Oni na pewno będą ryzykować na zagrywce. My musimy być na to gotowi. Ale siatkówka to nie tylko ten element, decydują też inne szczegóły. Od kilku lat zagrywka robi się coraz mocniejsza, ale wiemy, jak się z tym mierzyć – zakończył Popiwczak.

  • Paolini. Ludzie złapali się za głowy, a to był tylko początek!

    Paolini. Ludzie złapali się za głowy, a to był tylko początek!

    Ukraina była już niemal pewna gry w finale Billie Jean King Cup. Marta Kostjuk wygrała pierwszy pojedynek, a w drugim Elina Switolina prowadziła z Jasmine Paolini 4:2 i serwowała. Wtedy wydarzyło się coś niezwykłego – Włoszka odwróciła losy meczu i doprowadziła do trzeciego spotkania. Tam Włoszki nie pozostawiły już żadnych złudzeń, kto zasłużył na awans.

    Historyczny półfinał Ukrainek

    Reprezentacja Ukrainy po raz pierwszy w historii znalazła się w półfinale Billie Jean King Cup, po tym jak w Shenzhen pokonała Hiszpanię 2:0. Tam trafiła na obrończynie tytułu – reprezentację Włoch, która rok wcześniej zwyciężyła w finale 2:0 ze Słowacją.

    Pierwsze spotkanie przebiegło po myśli Ukrainek. Marta Kostjuk (26. WTA) mierzyła się z Elisabettą Cocciaretto (91. WTA). Ukrainka od początku była stroną dominującą – przełamała rywalkę już w premierowym gemie i szybko odskoczyła na 5:1. Co prawda nie wykorzystała dwóch pierwszych piłek setowych, ale przy trzeciej zamknęła partię 6:2.

    Drugi set był bardziej wyrównany, lecz i tym razem górą była Kostjuk. Cocciaretto straciła serwis przy stanie 2:2, a w kolejnym gemie przy stanie 3:5 – mimo prowadzenia 40:0 – ponownie dała się przełamać. Ukraina prowadziła 1:0 i była o krok od finału.

    Paolini zmienia wszystko

    W drugim meczu doszło do hitowego starcia: Jasmine Paolini (8. WTA) kontra Elina Switolina (13. WTA). Włoszka musiała zwyciężyć, by utrzymać swoje drużynę w grze. Pierwszy set całkowicie jednak należał do Switoliny, która dwa razy przełamała rywalkę i ani razu nie straciła serwisu, wygrywając pewnie 6:3.

    W drugiej partii Paolini zaczęła od przełamania, ale szybko oddała przewagę. Switolina ponownie zdobyła przełamanie i prowadziła już 4:2, a przy siatce miała piłkę, która dałaby jej 5:2. Ukrainka jednak spudłowała prosty wolej, co całkowicie odmieniło przebieg meczu. Paolini wygrała cztery kolejne gemy i doprowadziła do trzeciego seta.

    Decydująca partia zaczęła się od maratońskiego gema przy serwisie Paolini – trwał on aż 16 minut i 42 sekundy i miał osiem równowag. Włoszka wytrzymała presję i w końcówce zachowała zimną krew. Przy stanie 5:4 wykorzystała trzecią piłkę meczową i doprowadziła do remisu 1:1 w całym meczu.

    Debel rozstrzygnął losy półfinału

    O awansie decydował debel. Po stronie włoskiej wystąpiły Jasmine Paolini i Sara Errani – weteranka i wielokrotna triumfatorka w deblu. Ukrainę reprezentowały Marta Kostjuk i Ludmyła Kiczenok, mistrzyni US Open z 2024 roku.

    Pierwsza partia przebiegła pod dyktando Włoszek, które zwyciężyły 6:2, trzykrotnie przełamując rywalki. Drugi set zapowiadał się ciekawiej – Ukraina prowadziła już 3:1 po przełamaniu. Wtedy jednak Paolini efektownym forhendem po linii doprowadziła do przełamania powrotnego, a włoski duet nabrał wiatru w żagle. Od tego momentu Włoszki wygrały wszystkie gemy i zamknęły spotkanie 6:2, 6:3.

    Włochy znów w finale

    Obrończynie tytułu zameldowały się w kolejnym finale Billie Jean King Cup i staną przed szansą ponownego triumfu. W meczu o trofeum zmierzą się ze zwyciężczyniami spotkania USA – Wielka Brytania.

    https://x.com/BJKCup/status/1969036966554444279?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E1969036966554444279%7Ctwgr%5Eed92b0a0fc2058f062f4c131d11711f2e36b5ea8%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fwww.sport.pl%2Ftenis%2F76498732263941niewiarygodne-co-zrobila-paolini-ludzie-zlapali-sie-za-glowy.html