• Świątek zmierzy się z Sabalenką. “Zapowiada się pasjonująco”

    Świątek zmierzy się z Sabalenką. “Zapowiada się pasjonująco”

    Iga Świątek nie sięgnęła po tytuł w US Open, ale sezon 2025 wciąż może przynieść jej wiele powodów do radości. Polkę czeka intensywne azjatyckie tournee oraz udział w finałach WTA w Rijadzie. Niewykluczone również, że 24-latka jeszcze przed końcem roku zdoła wyprzedzić Arynę Sabalenkę w światowym rankingu. Portal „Tennis365” ocenił jej szanse i podkreślił, że „wyścig o pozycję liderki zapowiada się niezwykle pasjonująco”.

    Świątek zna już smak bycia numerem jeden w kobiecym tenisie. Po raz pierwszy trafiła na szczyt rankingu WTA w kwietniu 2022 roku, kiedy niespodziewanie karierę zakończyła Ashleigh Barty. Od tamtego momentu Polka utrzymywała się na prowadzeniu łącznie przez 125 tygodni – to siódmy najlepszy wynik w historii. Więcej potrafiły jedynie takie legendy, jak Steffi Graf, Martina Navratilova, Serena Williams, Chris Evert, Martina Hingis oraz Monica Seles.

    Świątek kontra Sabalenka – walka o numer jeden

    Początek 2025 roku nie był dla Świątek najlepszy. W pewnym momencie spadła nawet na siódme miejsce w rankingu, lecz szybko odzyskała formę i wróciła do ścisłej czołówki – najpierw do TOP3, a następnie na pozycję wiceliderki. Do Sabalenki wciąż jednak traci sporo, bo ponad trzy tysiące punktów (7933 przy 11 225 Białorusinki). Czy jest jeszcze szansa, by odrobić tę stratę?

    Eksperci twierdzą, że jak najbardziej. Przewaga Sabalenki w dużej mierze opiera się na punktach, których będzie teraz musiała bronić. To ona w poprzednim sezonie triumfowała w Wuhan, a także doszła do półfinału WTA Finals, podczas gdy Świątek zakończyła tam rywalizację już w fazie grupowej. Dodatkowo Polka z powodu problemów zdrowotnych w ogóle opuściła większość turniejów rozgrywanych jesienią, więc w 2025 roku będzie miała sporo do zyskania.

    „Z matematycznego punktu widzenia Świątek ma realne szanse, by jeszcze przed końcem sezonu zdetronizować Sabalenkę” – pisze „Tennis365”. „W przeszłości już tego dokonała. Jej zwycięstwo w WTA Finals w 2023 roku pozwoliło jej odzyskać pozycję numer jeden kosztem Białorusinki”.

    Kto zakończy rok na szczycie?

    Choć przewaga punktowa Sabalenki wciąż jest znacząca, sytuacja Polki nie jest beznadziejna. „Ilość punktów do obrony działa na korzyść Świątek, ale będzie musiała liczyć na to, że Sabalenka potknie się we wcześniejszych fazach kilku turniejów. To nie jest jednak szczególnie prawdopodobne, biorąc pod uwagę formę Białorusinki w 2025 roku. Wciąż pozostaje ona faworytką, ale wyścig o rankingową jedynkę zapowiada się ekscytująco” – podsumowuje portal.

    Do rywalizacji na światowych kortach Iga Świątek powróci 15 września, rozpoczynając startem w turnieju w Seulu.

  • Szczęśliwy partner Sabalenki ogłasza po jej triumfie w US Open. Komunikat dla całego świata

    Szczęśliwy partner Sabalenki ogłasza po jej triumfie w US Open. Komunikat dla całego świata

    Szczęśliwy Georgios Frangulis nie krył emocji po kolejnym wielkim sukcesie swojej partnerki. Aryna Sabalenka w finale US Open pokonała Amandę Anisimovą 6:3, 7:6(3) i po raz drugi z rzędu sięgnęła po tytuł mistrzowski w Nowym Jorku. Niewiele później ukochany liderki rankingu WTA podzielił się w sieci zdjęciami i w zabawnym wpisie ogłosił światu jej triumf. Sama tenisistka wielokrotnie podkreślała, jak ważnym wsparciem w jej życiu jest Frangulis.

    Sabalenka ponownie na szczycie w Nowym Jorku

    Białorusinka miała w ostatnich dniach wyjątkowo wiele powodów do świętowania. Obroniła tytuł US Open, a wygrana z Anisimovą – pogromczynią Igi Świątek – tylko dodała blasku jej osiągnięciu. Dzięki triumfowi w Nowym Jorku Sabalenka umocniła swoją pozycję w światowym rankingu. Z dorobkiem 11 225 punktów wyprzedza drugą w zestawieniu Świątek aż o 3292 oczka i na razie nic nie wskazuje na to, by Polka była w stanie szybko zniwelować tę różnicę.

    Szampańska radość mistrzyni

    Na pomeczowej konferencji Sabalenka pojawiła się z butelką szampana i w charakterystycznych goglach, które kibice znają z szatniowych świętowań. Uśmiech nie schodził jej z twarzy, a atmosfera na sali była niezwykle radosna. – Wasze zdrowie! Nie mogę teraz być poważna – rzuciła rozbawiona.

    W mediach społecznościowych również nie brakowało wzruszeń. – Te wszystkie trudne lekcje, które przyniósł ten sezon… To zwycięstwo pokazuje, że było warto. W najśmielszych marzeniach nie sądziłam, że ponownie będę trzymać to trofeum w rękach – napisała liderka rankingu.

    Partner też świętuje

    Kilka chwil później głos zabrał także Georgios Frangulis. Biznesmen opublikował serię zdjęć z turnieju i w żartobliwy sposób skomentował sukces partnerki, nawiązując do słynnego przeboju Britney Spears: „Oops, ona znów to zrobiła”. W InstaStories zamieścił również wspólne fotografie, pokazując, jak bardzo dumny jest z osiągnięcia Sabalenki.

    Miłość życia

    27-letnia mistrzyni nie ukrywa, że Frangulis jest dla niej kimś wyjątkowym. Nazywa go „miłością życia”, a od pewnego czasu biznesmen stał się częścią jej ekipy i towarzyszy jej niemal na wszystkich turniejach.

  • Iga Świątek ogłasza decyzję całemu światu. “To pierwszy raz”

    Iga Świątek ogłasza decyzję całemu światu. “To pierwszy raz”

    Choć w kalendarzu nie ma już w tym roku turniejów wielkoszlemowych, sezon tenisowy wcale się nie kończy. Przed Igą Świątek i pozostałymi gwiazdami cyklu wciąż sporo grania – w tym prestiżowy turniej WTA 1000 w Wuhan, który będzie jednym z kluczowych etapów drogi do WTA Finals w Rijadzie. Wiadomo już, że Polka wystąpi w Chinach. Potwierdziła to, pojawiając się w oficjalnym materiale promującym imprezę.

    Wielkoszlemy rozdane, czas na końcówkę sezonu

    W 2025 roku cztery tenisistki podzieliły między siebie najważniejsze trofea: Madison Keys wygrała Australian Open, Coco Gauff Roland Garros, Iga Świątek Wimbledon, a Aryna Sabalenka US Open. Tym samym każda z nich ma już zapewniony udział w WTA Finals, niezależnie od pozycji w rankingu Race, o ile nie spadnie poniżej 20. miejsca.

    Świątek zagra w Wuhan po raz pierwszy

    Choć rywalizacja o wielkie szlemy została zakończona, emocji nie zabraknie także w Azji. W ubiegłym roku Świątek nie pojawiła się ani w Pekinie, ani w Wuhan z powodu zawieszenia po pozytywnym wyniku testu antydopingowego. W praktyce może to działać na jej korzyść – nie ma punktów do obrony, więc każde zwycięstwo będzie tylko wzmocnieniem jej pozycji. Tym razem sytuacja jest inna: Polka potwierdziła swój start w Wuhan, nagrywając krótkie zaproszenie dla kibiców.

    Cześć wszystkim! Tu Iga Świątek. Bardzo cieszę się, że w tym roku zagram w Wuhan. To mój pierwszy raz tutaj, więc mam nadzieję, że spotkam się z wami i poczuję wasze wsparcie. To będzie świetna zabawa, przychodźcie nas dopingować! – powiedziała liderka światowego tenisa.

    Turniej z historią i legendą Sabalenki

    Dla Świątek będzie to debiut w Wuhan. Turniej istniał w latach 2014–2019, po czym na cztery lata zniknął z kalendarza z powodu pandemii. Powrócił w 2024 roku, jednak wówczas Polka była zawieszona. W promocji tegorocznej edycji oprócz niej udział wzięły m.in. Coco Gauff, Jasmine Paolini i Aryna Sabalenka – trzykrotna triumfatorka tego turnieju (2018, 2019, 2024). Rywalizacja w Wuhan rusza 6 października 2025 roku.

  • Mamy to! Polka powalczy o medal MŚ. Ależ to zrobiła

    Mamy to! Polka powalczy o medal MŚ. Ależ to zrobiła

    Pewnie, efektownie i z pełną kontrolą – tak najkrócej można podsumować premierowy występ Emilii Koterskiej na mistrzostwach świata w boksie. Polka rozpoczęła rywalizację od 1/8 finału i już na starcie pokazała świetną formę. Dzięki zwycięstwu nad swoją rywalką jest zaledwie o krok od wywalczenia medalu!

    Reprezentacja Polski od kilku dni przebywa w Liverpoolu, gdzie w dniach 4–14 września odbywają się mistrzostwa świata w boksie olimpijskim organizowane przez federację World Boxing. Wśród dziesięciu polskich reprezentantek znalazła się również Emilia Koterska, startująca w kategorii do 80 kilogramów.

    Zwycięski debiut Koterskiej

    W swoim pierwszym pojedynku – rozgrywanym w 1/8 finału – Koterska zmierzyła się z Bułgarką Aleyną Mehmed. Od samego początku Polka narzuciła wysokie tempo i w każdej z trzech rund wyraźnie dominowała. Szybkie serie ciosów, różnorodność w ataku oraz konsekwencja sprawiły, że rywalka nie potrafiła znaleźć odpowiedzi.

    Sędziowie nie mieli żadnych wątpliwości – wszyscy pięciu punktowali jednogłośnie 30:27 dla Koterskiej. To pewne i bardzo przekonujące zwycięstwo, które otworzyło jej drogę do ćwierćfinału.

    Walka o medal już w środę

    Kolejną przeszkodą na drodze Koterskiej będzie doświadczona Hinduska Pooja Rani, 34-latka, która w tym roku sięgnęła po srebro w Pucharze Świata w Astanie. Pojedynek odbędzie się w środę, 10 września, o godzinie 20:45.

    Stawka meczu jest ogromna – triumf zapewni Polce co najmniej brązowy medal, gdyż w mistrzostwach świata nie rozgrywa się walk o trzecie miejsce.

    „Emilia Koterska w ćwierćfinale mistrzostw świata! Polka bezlitośnie rozbijała mocnymi ciosami Aleynę Mehmed i wygrała 5:0. Jest zdecydowana w ataku i świetnie wykorzystuje swoje warunki fizyczne. Elegancko!” – relacjonował z Liverpoolu Piotr Jagiełło, dziennikarz TVP Sport.


  • Co za walka Szeremety na MŚ! Rywalka szukała głowy, a znajdowała powietrze

    Co za walka Szeremety na MŚ! Rywalka szukała głowy, a znajdowała powietrze

    To miało być pewne i efektowne zwycięstwo Julii Szeremety – i dokładnie takie było! Wicemistrzyni olimpijska z Paryża z dużą pewnością siebie rozpoczęła zmagania na mistrzostwach świata w boksie w Liverpoolu. Polka wywalczyła awans do ćwierćfinału w kategorii do 57 kg, w imponującym stylu rozbijając Chinkę Yan Cai. Przewaga szybkości, precyzja kontrataków i świetne wyczucie dystansu sprawiły, że wszyscy sędziowie jednogłośnie przyznali jej zwycięstwo.

    Równo rok i niespełna miesiąc temu, 11 sierpnia 2024 roku, Szeremeta sprawiła ogromną sensację, zdobywając srebro olimpijskie i przerywając aż 32-letnią posuchę medalową polskiego boksu. Od tamtej chwili jej karierą zaczęło się interesować znacznie szersze grono kibiców i ekspertów. Wiadomo było, że kolejnym wielkim wyzwaniem będą mistrzostwa świata w Liverpoolu – i ten moment właśnie nadszedł.

    Szeremeta potwierdziła rolę faworytki

    Po olimpijskim sukcesie Polka wielokrotnie udowadniała swoją klasę. Choć nie każdą walkę wygrywała, bilans był bardzo korzystny. Wyjątkiem był finał kwietniowego Pucharu Świata w Brazylii, gdzie lepsza okazała się Jucielen Romeu. Los sprawił jednak, że w Liverpoolu Brazylijka znalazła się w drugiej połowie drabinki i ewentualny rewanż możliwy jest dopiero w finale. Na razie jednak Szeremeta musiała przejść przez pierwszą przeszkodę – Yan Cai. Chinka wcześniej pokonała Japonkę Satsuki Yoshizawę 5:0, ale i tak faworytka była tylko jedna – Polka.

    Szybkość, swoboda i pełna kontrola

    Od pierwszych sekund widać było przewagę Szeremety. Chinka próbowała narzucić tempo, lecz to Polka regularnie trafiała czystymi ciosami. Wiele kiwek i przyruchów rywalki nie robiło na niej żadnego wrażenia – przeciwnie, Szeremeta bezlitośnie je wykorzystywała, raz nawet posyłając potężny prawy, po którym Cai wyraźnie się zachwiała. Co ciekawe, jeden z sędziów zapisał pierwszą rundę na korzyść Chinki, choć trudno zrozumieć, czym się kierował.

    Dalszy przebieg walki nie przyniósł zmian – Polka świetnie kontrolowała dystans, unikała wielu ciosów i regularnie kontratakowała zarówno lewą, jak i prawą ręką. W drugiej rundzie nawet wspomniany wcześniej arbiter z Mongolii uznał wyższość Julii. Stało się jasne, że Cai mogłaby odwrócić losy pojedynku jedynie przez nokaut – a na to się nie zapowiadało.

    Trzecia runda wyglądała podobnie. Szeremeta z uśmiechem i luzem kontrolowała wydarzenia w ringu, nie pozostawiając złudzeń co do swojej przewagi. Ostateczny werdykt sędziów był jednogłośny – 5:0 (30-27, 30-27, 30-27, 29-28, 29-28).

    Czas na ćwierćfinał

    Zwycięstwo Julii Szeremety było pewne i spokojne. Teraz Polka może już myśleć o ćwierćfinale, w którym zmierzy się z reprezentantką Kazachstanu, Kariną Ibragimową. Ta w poprzedniej rundzie pokonała Elise Glynn (2x 30-27, 3x 29-28). Walka Szeremety odbędzie się w środę, 10 września, o godzinie 19:30 czasu polskiego

     

  • Brawo Maja Chwalińska! Co za forma, co za mecz w finale!

    Brawo Maja Chwalińska! Co za forma, co za mecz w finale!

    Maja Chwalińska w niedzielę zapisała piękną kartę w swojej karierze! Polka od pierwszego meczu w szwajcarskim Montreux imponowała formą, a w finale potwierdziła swoją dominację. W decydującym starciu nie pozostawiła najmniejszych złudzeń Darji Semenistai, wygrywając pewnie 6:1, 6:2. To był prawdziwy pokaz jej umiejętności, zwłaszcza w końcowej fazie meczu.

    W ostatnich tygodniach oczy tenisowego świata były zwrócone na Nowy Jork i wielkoszlemowy US Open. Iga Świątek dotarła tam do ćwierćfinału, natomiast Chwalińska odpadła już w kwalifikacjach. 23-letnia zawodniczka, prywatnie przyjaciółka liderki światowego rankingu, błyskawicznie wróciła jednak do Europy, by rywalizować na kortach ziemnych w Montreux w turnieju WTA 125 z pulą nagród 115 tys. dolarów.

    Od sensacyjnego początku do finału

    Polka zachwyciła już na otwarcie zawodów. W pierwszej rundzie, po przegranym do zera secie, potrafiła odwrócić losy meczu i wyeliminować najwyżej rozstawioną Jill Teichmann (87. WTA), zwyciężając 0:6, 6:4, 6:1. Później przechodziła kolejne rundy bez straty seta, aż dotarła do finału. Tam czekała na nią Semenistaja (115. WTA), z którą bilans dotychczasowych pojedynków był remisowy – w lipcu triumfowała Polka, a w listopadzie Łotyszka.

    Pierwszy set pod pełną kontrolą

    Mecz rozpoczął się od długich wymian charakterystycznych dla dwóch leworęcznych tenisistek grających z dużą dozą rotacji. Już w pierwszym gemie serwisowym Semenistaja prowadziła 40:0, ale przegrała pięć punktów z rzędu i została przełamana. Chwalińska świetnie wykorzystywała każdą okazję, utrzymywała regularność i po 35 minutach mogła cieszyć się ze zwycięstwa 6:1 w pierwszej partii.

    Drugi set – próba powrotu Łotyszki i błysk Polki

    Semenistaja była wyraźnie zmęczona po maratońskim półfinale, który dzień wcześniej trwał aż 3,5 godziny. Polka to skrzętnie wykorzystywała, grając sprytnie i nadając piłce trudną rotację. Na początku drugiego seta wygrała siedem punktów z rzędu. Łotyszka próbowała jeszcze odwrócić losy spotkania i w szóstym gemie miała dwa break pointy, ale nie potrafiła ich wykorzystać.

    Od tego momentu na korcie dominowała już tylko Chwalińska. Polka wygrała dwa ostatnie gemy do zera, przypieczętowując zwycięstwo 6:1, 6:2 i zdobywając cenne trofeum.

    To triumf, który może dać Mai Chwalińskiej ogromny impuls w dalszej części sezonu. Zagrała dojrzale, konsekwentnie i z chłodną głową – a to najlepszy sygnał, że jej powrót do czołówki światowego tenisa staje się coraz bardziej realny.

  • Dziewięć goli w meczu Barcelony! Pajor znowu najlepsza w Hiszpanii

    Dziewięć goli w meczu Barcelony! Pajor znowu najlepsza w Hiszpanii

    FC Barcelona rozpoczęła nowy sezon kobiecej ligi hiszpańskiej od mocnego uderzenia – rozgromiła Alhamę aż 8:0. W tym efektownym starcie błyszczała Ewa Pajor, która zdobyła bramkę i dołożyła dwie asysty. Polka, znana z niesamowitej skuteczności, szybko potwierdziła, że w Barcelonie chce odgrywać kluczową rolę.

    Za nią pierwszy, bardzo udany sezon w barwach Dumy Katalonii – w 46 występach strzeliła 42 gole i zaliczyła 12 asyst, a w lidze hiszpańskiej sięgnęła po tytuł królowej strzelczyń. Teraz zaczęła nową kampanię od zdobycia gola w Pucharze Katalonii (1:0 z Badaloną) oraz świetnego występu w lidze przeciwko Alhamie.

    W drugiej kolejce Liga F, Barcelona zmierzyła się z Athletikiem Bilbao, który w poprzednim sezonie otarł się o strefę pucharową. Już pierwsza połowa pokazała, kto rozdaje karty – po 45 minutach gospodynie prowadziły 4:0. Najpierw do siatki trafiły Vicky Lopez i Patricia Guijarro, a później dwa razy błysnęła Pajor.

    W 23. minucie Polka idealnie wykończyła podanie górą od Kiki Nazareth, mijając bramkarkę i pakując piłkę do pustej bramki. Siedemnaście minut później znów znalazła się w doskonałej sytuacji po prostopadłym zagraniu Nazareth i uderzyła precyzyjnie przy dalszym słupku. Dzięki temu objęła prowadzenie w klasyfikacji strzelczyń ligi hiszpańskiej z trzema trafieniami.

    Po przerwie Pajor nie powiększyła już swojego dorobku, ale kolejne gole dołożyły koleżanki. Niefortunną interwencją popisała się bramkarka rywalek Adriana Nanclares, która wpakowała piłkę do własnej bramki. Na listę strzelczyń wpisały się ponownie Lopez i Aitana Bonmati (obie zdobyły po dwa gole). Ostatecznie Barcelona wygrała 8:1 i z kompletem punktów przewodzi tabeli, mając bilans bramkowy 16:1. Kolejnym rywalem mistrzyń Hiszpanii będzie DUX Logroño.

    Pajor, choć skupiona na klubie, niedawno podsumowała także występ reprezentacji Polski na Euro 2025. Biało-Czerwone nie wyszły z grupy, ale zakończyły turniej zwycięstwem 3:2 nad Danią. – Na ten mecz wyszłyśmy z nastawieniem, by walczyć do końca i pokazać charakter. Były trudne momenty, ale cierpiałyśmy razem i jesteśmy dumne z tego, co zaprezentowałyśmy. To pokazuje, że mamy potencjał, by się rozwijać. W tej drużynie są niesamowite piłkarki i wierzę, że jeszcze przeżyjemy wiele wspaniałych chwil – podkreślała polska napastniczka.

     

    https://x.com/DAZNWFootball/status/1964641187559870508?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E1964641187559870508%7Ctwgr%5E048e260cff153b5e5d7924ab826179283cb5ab2b%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fwww.sport.pl%2Fpilka%2F76494632231872dziewiec-goli-w-meczu-barcelony-pajor-znowu-najlepsza-w-hiszpanii.html

  • Było 65:66 w ostatniej kwarcie. To, co zrobili potem Polacy, jest niewiarygodne

    Było 65:66 w ostatniej kwarcie. To, co zrobili potem Polacy, jest niewiarygodne

    Było 65:66 w ostatniej kwarcie. To, co zrobili potem Polacy, jest niewiarygodne

    ‎Fantastyczna gra reprezentacji Polski koszykarzy w drugiej połowie, zwłaszcza w obronie sprawiła, że odrobili straty w meczu z Bośnią i Hercegowiny, wygrali 80:72 i awansowali do ćwierćfinału EuroBasketu 2025. Znów bohaterem był Jordan Loyd!

    ‎Była 32. minuta. Właśnie wtedy Jusuf Nurkić, doświadczony 31-letni środkowy, grający na co dzień w NBA (Utah Jazz) rzutem spod kosza dał prowadzenie Bośni i Hercegowinie 66:65. Riposta Polaków była jednak znakomita, bo zdobyli aż osiem punktów z rzędu i było 73:65. W końcówce emocje sięgnęły zenitu. 3,50 przed końcem meczu Biało-Czerwoni wygrywali 76:68. I wtedy zaczął się nerwowy dreszczowiec. Polacy mieli trzy z rzędu straty w ataku (dwie Mateusz Ponitka i jedną Jordan Loyd) i zrobiło się tylko 76:72. Wtedy ważną zbiórkę w obronie miał Aleksander Balcerowski, był faulowany i trafił dwa osobiste. Po chwili Loyd skutecznie trafił z półdystansu (aż 28 punktów w meczu) i 50 sekund przed końcem było 80:72! Rywale już się nie podnieśli i nawet nie faulowali w końcówce.

    ‎Wielki powrót Polski i jest ćwierćfinał EuroBasketu

    ‎Wszyscy kibice i eksperci liczyli na odrodzenie Loyda. Naturalizowany Amerykanin EuroBasket 2025 zaczął znakomicie – przeciwko Słowenii zdobył aż 32 punkty, a w kolejnych dwóch 27 (z Izraelem) i 26 (z Islandią). Ale w dwóch ostatnich starciach już tylko 18 (z Francją) i zaledwie siedem – z Belgią. – Na pewno musimy szybko otworzyć Jordana z jakimś łatwym rzutem, żeby złapał rytm. Nieważne, czy będzie celny, czy niecelny, musimy dać mu szansę na wejście w taki rytm, jakiego potrzebuje. Wierzę, że będziemy mieć Jordana w optymalnej formie – mówił przed meczem Igor Milicić, trener reprezentacji Polski.

    ‎Niestety Loyd zaczął fatalnie – od trzech z rzędu nieudanych rzutów (dwa z półdystansu i raz za trzy punkty), faulu oraz niecelnego podania pod kosz. Niestety nie miał też wsparcia kolegów. Po zaledwie trzech minutach i 50 sekundach Igor Milicić wziął czas, apelował, by jego koszykarze się obudzili. Przegrywali bowiem aż 2:13. Biało-Czerwoni byli w stanie w pierwszej kwarcie zmniejszyć straty do pięciu punktów, ale na więcej nie pozwolili skuteczni rywale, którzy trafili w tym okresie aż cztery z pięciu rzutów za trzy punkty.

    https://x.com/EuroBasket/status/1964645575753601235

    ‎W drugiej kwarcie Polacy zaczęli odrabiać straty. Mimo że Loyd włączył się do gry (m.in. trzy celne trójki i dwie akcje dwa plus jeden), to wciąż męczyli się w ataku i byli nieskuteczni. Po 15 minutach mieli za dwa punkty skuteczność zaledwie 25 proc. (4/16). Skoro nie szło im w rzutach za dwa, to zaczęli częściej próbować za trzy punkty. I trafiali! Po czwartym takim rzucie Loyda przegrywali tylko 36:37.

    https://x.com/EuroBasket/status/1964635891814519243

    ‎Nie potrafili jednak zatrzymać skutecznego z dystansu (4/4 za trzy do przerwy i 16 punktów) doświadczonego 36-letniego Johna Robersona, który w trudnym momencie dla jego zespołu, dwa razy trafił z trudnych pozycji. W rzutach z gry po pierwszej połowie była wielka dysproporcja – zaledwie 34,3 proc. Polaków przy 61,5 rywali.

    ‎Biało-Czerwoni wreszcie dogonili rywali w III kwarcie. Zaczęli bardzo dobrze grać w obronie, wymuszali straty (nawet na środkowym Nurkiciu) i niecelne rzuty na rywalach. W ataku rolę lidera przejął Mateusz Ponitka, który skutecznie wchodził pod kosz, wymuszał faule i trafiał z rzutów osobistych. – Ależ on teraz mądrze gra, wykorzystuje swoje doświadczenie. Wszystko w ataku kręci się teraz wokół Ponitki – mówił komentator TVP Sport.

    ‎Po skutecznym osobistym Ponitki, Polacy wreszcie, pierwszy raz w meczu wyszli na prowadzenie (57:56). A potem doszło do emocji w ostatniej kwarcie, które opisaliśmy na początek tekstu.

    ‎”Sukces rodził się w bólach, wygraną 80:72 z Bośnią i Hercegowiną trzeba było wyrwać. I wyrwaliśmy – przede wszystkim dzięki Mateuszowi Ponitce, Jordanowi Loydowi i Andrzejowi Plucie” –

    ‎Polacy w ćwierćfinale EuroBasketu 2025 zmierzą się we wtorek z Turcją.

    ‎Inne niedzielne mecze 1/8 finału to: Francja – Gruzja (godz. 14.15), Włochy – Słowenia (godz. 17.30) i Grecja – Izrael (godz. 20.45).

    ‎Polska – Bośnia i Hercegowina 80:72 (14:23, 26:21, 22:17, 18:11)

    ‎Polska: Loyd 28, Ponitka 19, Sokołowski 10, Pluta 9, Olejniczak 7, Balcerowski 7, Łączyński,  Żołnierewicz, Michalak.

    ‎Bośnia: Nurkić 20, Roberson 19, Atić 8, Lazić 8, Gegić 8, Alibegović 3, Vrabac 3, Kamenjas 3, Penava.

  • ‎6:3, 5:3 dla Sabalenki i zwrot akcji, euforia Amerykanów. Niebywała końcówka finału US Open

    ‎6:3, 5:3 dla Sabalenki i zwrot akcji, euforia Amerykanów. Niebywała końcówka finału US Open

    ‎6:3, 5:3 dla Sabalenki i zwrot akcji, euforia Amerykanów. Niebywała końcówka finału US Open

    ‎Na sobotę zaplanowano finał singla kobiet w ramach wielkoszlemowego US Open. W decydującym starciu o trofeum zmierzyły się ze sobą Aryna Sabalenka i Amanda Anisimova. Białorusinka polowała na rewanż za porażkę, jaką poniosła w potyczce z Amerykanką w trakcie Wimbledonu. Tenisistka z Mińska miała problemy z domknięciem spotkania. Po 94 minutach gry cieszyła się jednak ze zwycięstwa 6:3, 7:6(3) i obrony tytułu wywalczonego 12 miesięcy temu w Nowym Jorku.

    ‎Decydujące starcie podczas tegorocznego US Open w singlu pań przyniosło nam rewanżowy pojedynek za półfinał Wimbledonu 2025 – Aryna Sabalenka zmierzyła się z Amandą Anisimovą. W Londynie lepsza okazała się Amerykanka, wygrywając po trzysetowej batalii. Także zestawienie bezpośrednich potyczek było na korzyść reprezentantki USA – w H2H prowadziła aż 6-3. Białorusinka nie kryła jednak, że jest zmotywowana do tego, by tym razem pokonać tenisistkę ze Stanów Zjednoczonych i obronić tytuł wywalczony 12 miesięcy temu.

    ‎Obie tenisistki stoczyły wymagające batalie na etapie półfinału nowojorskich zmagań. Najpierw na korcie Arthur Ashe Stadium zaprezentowała się Sabalenka. Zawodniczka z Mińska odrobiła stratę seta i pokonała Jessicę Pegulę 4:6, 6:3, 6:4. Spore kłopoty miała także 24-latka. Finalistka tegorocznego Wimbledonu pokonała Naomi Osakę po prawie trzygodzinnej walce – 6:7(4), 7:6(3), 6:3. Kibice tenisa liczyli, że także decydujące starcie w nowojorskim Szlemie dostarczy sporej dawki emocji.

    ‎US Open: Aryna Sabalenka kontra Amanda Anisimova w finale

    ‎Mecz rozpoczął się od serwisu Sabalenki. Liderka rankingu WTA wygrała pierwsze dwie akcje, ale później sytuacja rozwijała się dobrze z perspektywy Anisimovej. Po podwójnym błędzie serwisowym Aryny pojawił się break point dla Amandy. Amerykanka posiadała w sumie trzy okazje na przełamanie, ale nie udało się wykorzystać żadnej z nich. Ostatecznie to Białorusinka jako pierwsza wyszła na prowadzenie. Po zmianie stron tenisistka z USA miała 30-15, ale doszło do szansy na 2:0 dla zawodniczki z Mińska. Przy break poincie obserwowaliśmy agresywną wymianę z linii końcowej, w której pomyłkę zanotowała reprezentantka Stanów Zjednoczonych.

    ‎W trakcie trzeciego rozdania sytuacja rozwijała się nie najlepiej z perspektywy finalistki tegorocznego Wimbledonu. Szybko zrobiło się 30-0 dla Sabalenki, ale wtedy doszło do zwrotu akcji. Anisimova doczekała się kolejnego break pointa i tym razem od razu go wykorzystała po świetnej akcji, kończąc forhendem wzdłuż linii. Po czterech gemach mieliśmy już remis – 2:2. Amanda nie zamierzała spuszczać z tonu. Po chwili znów wypracowała sobie szansę na przełamanie. Aryna posłała pierwsze podanie, ale to nie wystarczyło na Amerykankę. Tenisistka z USA zagrała niesamowity return, po którym sprowokowała błąd po stronie Białorusinki. Nagle na tablicy wyników zrobiło się 3:2 z breakiem dla reprezentantki Stanów Zjednoczonych.

    ‎Sytuacja na korcie zmieniała się dynamicznie. Po zmianie stron obserwowaliśmy lepszy fragment z perspektywy liderki rankingu WTA. Przełamanie do zera pozwoliło Sabalence zniwelować stratę. Na tym się nie skończyło. Po chwili dorzuciła kolejne “oczko” i powróciła na prowadzenie. Anisimova zaczęła się gubić. Ósme rozdanie zainaugurowała asem, a potem m.in. popełniła dwa podwójne błędy serwisowe. To sprawiło, że Aryna posiadała dwie okazje z rzędu na 5:3. Już po pierwszej z nich doszło do przełamania. Następnie Białorusinka wyserwowała sobie partię bez większych problemów, wygrywając ją 6:3.

    ‎Druga część pojedynku rozpoczęła się od wyrównanego gema przy podaniu Anisimovej. Początkowo Amerykanka prowadziła 40-15, ale po podwójnym błędzie serwisowym doszło do równowagi. Finalnie Amanda nie musiała jednak bronić żadnego break pointa i utrzymała swoje podanie. W trakcie kolejnego rozdania przy serwisie reprezentantki USA zobaczyliśmy pokaz siły Aryny w defensywie. Białorusinka wypracowała sobie dwa break pointy. Przy ostatniej szansie wykonała piękne minięcie i dzięki temu znalazła się z przodu. Po zmianie stron potwierdzila przewagę, przez co zrobiło się już 3:1 dla tenisistki z Mińska.

    ‎Mimo coraz trudniejszej sytuacji, finalistka tegorocznego Wimbledonu się nie poddawała. Najpierw utrzymała swoje podanie, a potem dobrała się do serwisu Sabalenki. Przełamanie do zera pozwoliło na wyrównanie na 3:3. Aryna szybko znalazła jednak odpowiedź na wydarzenia z wcześniejszego rozdania. W siódmym gemie znów wywalczyła breaka i powróciła na prowadzenie w drugiej odsłonie. Potem dorzuciła kolejne “oczko” i mając wynik 5:3 znalazła się już o krok od tytułu. Tuż przed zmianą stron Anisimova dorzuciła czwartego gema i przerzuciła presję zamykania spotkania na stronę tenisistki z Mińska.

    ‎Liderka rankingu nie uniosła emocji. Najpierw popełniła błąd przy smeczu i pozwoliła rywalce na break pointa. Przy piłce na przełamanie Amanda wzięła sprawę w swoje ręce i wyrównała na 5:5. Na trybunach zapanowała euforia – kibice poczuli, że jeszcze nie wszystko stracone dla reprezentantki gospodarzy. Potem Amerykanka dorzuciła trzecie “oczko” z rzędu i zagwarantowała sobie co najmniej tie-breaka. Ostatecznie doszło do decydującej rozgrywki w drugim secie. I jeszcze raz w tym sezonie Sabalenka potwierdziła, że jest królową tie-breaków. Po 94 minutach rywalizacji cieszyła się z obrony tytułu, wygrywając 6:3, 7:6(3). Tenisistka z Mińska wykorzystała trzecią piłkę mistrzowską.

  • Tak wygląda ranking WTA po finale US Open. Złe wieści dla Świątek

    Tak wygląda ranking WTA po finale US Open. Złe wieści dla Świątek

    Aryna Sabalenka i Amanda Anisimowa spotkały się w finale tegorocznego US Open. Po ich pojedynku poznaliśmy ostateczny kształt rankingu WTA po nowojorskim turnieju. Niestety, nie są to dobre informacje dla Igi Świątek.

    Liderka światowego rankingu, Aryna Sabalenka, sięgnęła po czwarte w karierze wielkoszlemowe trofeum w singlu. W finale US Open Białorusinka pokonała Amerykankę Amandę Anisimową 6:3, 7:6(3). To jej trzeci wygrany finał wielkoszlemowy w tym sezonie – wcześniej zwyciężała także w Australian Open i Roland Garros. Dla Anisimowej z kolei był to drugi z rzędu przegrany finał turnieju tej rangi – wcześniej w Wimbledonie poniosła dotkliwą porażkę z Igą Świątek (0:6, 0:6).

    Sabalenka umacnia się na prowadzeniu
    Sabalenka w Nowym Jorku broniła punktów za ubiegłoroczny triumf. Przed finałem miała ich 10 525 i o 2592 wyprzedzała drugą w rankingu Igę Świątek (7933). Po niedzielnym zwycięstwie dorzuciła kolejne punkty i obecnie jej dorobek wynosi 11 225. Oznacza to, że Polka traci do niej już 3292 punkty – dokładnie tyle samo, ile przed rozpoczęciem turnieju, bo Świątek, podobnie jak Sabalenka, nie poprawiła swojego ubiegłorocznego wyniku.

    Awans Anisimowej
    Największy skok zanotowała Amanda Anisimowa. Amerykanka, dzięki świetnemu występowi w US Open, przesunęła się z dziewiątej na czwartą pozycję i ma obecnie 5159 punktów.

    Polki w rankingu
    Magdalena Fręch zajmuje 30. miejsce, a Magda Linette plasuje się na 37. pozycji. W czołowej dwusetce mamy jeszcze Katarzynę Kawę, Maję Chwalińską i Lindę Klimovicovą.

    Ranking WTA po US Open:

    1. Aryna Sabalenka (Białoruś) – 11 225 pkt
    2. Iga Świątek (Polska) – 7933 pkt
    3. Coco Gauff (USA) – 7874 pkt
    4. Amanda Anisimowa (USA) – 5159 pkt
    5. Mirra Andriejewa (Rosja) – 4793 pkt
    6. Madison Keys (USA) – 4579 pkt
    7. Jessica Pegula (USA) – 4383 pkt
    8. Jasmine Paolini (Włochy) – 4006 pkt
    9. Qinwen Zheng (Chiny) – 4003 pkt
    10. Jelena Rybakina (Kazachstan) – 3833 pkt

    1. Magdalena Fręch (Polska) – 1648 pkt
    2. 37. Magda Linette (Polska) – 1404 pkt
    3. 120. Katarzyna Kawa (Polska) – 631 pkt
    4. 152. Maja Chwalińska (Polska) – 468 pkt
    5. 170. Linda Klimovicova (Polska) – 415 pkt