• Nie do wiary, co zrobiła Sabalenka w finale US Open

    Nie do wiary, co zrobiła Sabalenka w finale US Open

    Aryna Sabalenka po raz kolejny sięgnęła po wielkoszlemowe trofeum! Białorusinka w finale US Open 2025 pokonała Amerykankę Amandę Anisimową 6:3, 7:6(2) i obroniła tytuł zdobyty przed rokiem. Liderka światowego rankingu zwyciężyła dzięki większej stabilności i odporności psychicznej, podczas gdy jej rywalka grała bardzo nierówno. To już czwarty triumf Sabalenki w turnieju wielkoszlemowym w singlu.

    Sabalenka znów najlepsza w Nowym Jorku

    Droga do finału nie była dla Białorusinki łatwa. W półfinale po ciężkim boju wyeliminowała Jessikę Pegulę 4:6, 6:3, 6:4. Anisimowa natomiast po dramatycznym meczu pokonała Naomi Osakę 6:7, 7:6, 6:3, wcześniej w ćwierćfinale sensacyjnie eliminując Igę Świątek 6:4, 6:3. Nic dziwnego, że starcie tych dwóch tenisistek wywoływało ogromne emocje.

    Pierwszy set pod kontrolą Sabalenki

    Finał rozpoczął się od serii przełamań, a atmosfera od początku była bardzo napięta. Już w pierwszym gemie Sabalenka obroniła trzy break pointy, by po chwili prowadzić 2:0. Anisimowa szybko wróciła do gry – mocny bekhend i odważne zagrania pozwoliły jej wyjść na prowadzenie 3:2. Amerykanka jednak znów zaczęła popełniać błędy, szczególnie na serwisie, co Sabalenka wykorzystała bezlitośnie. Białorusinka przejęła inicjatywę, wygrała trzy kolejne gemy i zamknęła seta 6:3. Różnicę zrobiła regularność – tylko cztery niewymuszone błędy przy aż szesnastu u rywalki.

    Rollercoaster w drugim secie

    Druga partia przyniosła jeszcze więcej dramaturgii. Sabalenka objęła prowadzenie 3:1, konsekwentnie atakując słabszy forhend Anisimowej. Amerykanka jednak poderwała publiczność, wyrównując na 3:3 po efektownym przełamaniu. Kibice w Nowym Jorku wierzyli, że doczekają się trzeciego seta. Sabalenka odzyskała przewagę (5:3), a serwując po zwycięstwo miała piłki meczowe. Wtedy wydarzyło się coś nieoczekiwanego – przy prostym smeczu posłała piłkę w siatkę, a Anisimowa wykorzystała szansę i doprowadziła do 5:5.

    Ostatecznie o losach seta przesądził tie-break. Tu znów ujawniła się różnica w stabilności – Anisimowa zepsuła kilka kluczowych uderzeń, a Sabalenka pozostała spokojna i pewna siebie. Wygrała 7:2, pieczętując sukces w całym meczu. To jej 21. zwycięski tie-break w sezonie – statystyka, która pokazuje siłę mentalną liderki rankingu.

    Historyczny triumf i rewanż na Anisimowej

    Sabalenka została pierwszą tenisistką od czasów Sereny Williams (2013–2014), która obroniła tytuł w US Open. Dla 27-letniej Białorusinki to szczególnie ważny moment – w tym sezonie wcześniej przegrywała w finałach Australian Open i Roland Garros, a w Wimbledonie odpadła w półfinale właśnie z Anisimową. Tym razem udowodniła, że potrafi zachować zimną krew w najważniejszych chwilach.

    – Aryna uratowała ten sezon – podsumował komentator Eurosportu Lech Sidor, podkreślając, że liderka rankingu długo czekała na taki sukces w 2025 roku.

    Anisimowa – progres, ale też rozczarowanie

    Amerykanka zagrała dużo lepiej niż w przegranym w lipcu finale Wimbledonu z Igą Świątek (0:6, 0:6), ale znów zabrakło jej stabilności. Falująca forma, podwójne błędy i nerwy w końcówkach zadecydowały, że musiała obejść się smakiem. Dwa przegrane finały wielkoszlemowe w ciągu dwóch miesięcy to z jednej strony dowód ogromnego postępu, z drugiej – bolesna lekcja dla 24-latki.

    Sabalenka natomiast po raz kolejny potwierdziła, że jest tenisistką numer jeden na świecie – nie tylko w rankingu, ale i w realnej grze na największych arenach.

  • Tak Barcelona chce rozwiązać sprawę Lewandowskiego

    Tak Barcelona chce rozwiązać sprawę Lewandowskiego

    Robert Lewandowski reprezentuje barwy FC Barcelony od 2022 roku, jednak – jak informuje dziennik Sport – obecny sezon może być jego ostatnim w drużynie Dumy Katalonii. Klub ma ku temu jeden główny powód.

    Transfer, który odmienił Barcelonę

    Latem 2022 roku „Lewy” przeniósł się z Bayernu Monachium do Barcelony za 45 mln euro. Jego kontrakt wygasa w przyszłym roku i coraz więcej wskazuje na to, że po jego zakończeniu Polak pożegna się z Camp Nou. Był to transfer kluczowy – zarówno sportowo, jak i wizerunkowo. Barcelona odzyskała siłę w ofensywie, a w lidze hiszpańskiej znów stała się najgroźniejszym rywalem Realu Madryt.

    Już w debiutanckim sezonie w La Lidze Lewandowski sięgnął po koronę króla strzelców. Łącznie zdobył wtedy 33 bramki we wszystkich rozgrywkach. W kolejnym sezonie dorzucił 26 trafień, a ostatnia kampania była jego najlepszą od czasów gry w Bayernie – Polak aż 42 razy wpisywał się na listę strzelców.

    Wiek robi swoje

    Problemem nie są więc umiejętności. Jak podkreśla Sport, decydujący okazuje się wiek zawodnika. W sierpniu Lewandowski skończył 37 lat, a kataloński klub na razie nie planuje przedłużać z nim umowy. Działacze zauważają, że zespół potrafi radzić sobie także bez Polaka. W poprzednim sezonie dobre występy notował Ferran Torres, a obecnie to właśnie Hiszpan jest podstawowym napastnikiem Barçy – również dlatego, że Lewandowski rozpoczął rozgrywki z kontuzją.

    Co dalej?

    Na razie sytuacja nie jest przesądzona. Sport zaznacza, że w futbolu nigdy nic nie jest pewne, a przyszłość Lewandowskiego może się jeszcze zmienić. Dyrektor sportowy klubu, Deco, rozgląda się za nowym napastnikiem, jednak ze względu na problemy finansowe Barcelony możliwe jest, że nowy zawodnik nie trafi na Camp Nou. W takim wariancie pierwszym wyborem na pozycji „dziewiątki” pozostanie Ferran Torres.

    Bilans Lewandowskiego w Barcelonie

    Do tej pory Robert Lewandowski rozegrał w barwach Blaugrany 149 spotkań, w których strzelił 101 goli i zaliczył 24 asysty. Na swoim koncie ma także pięć trofeów zdobytych z katalońskim klubem.

     

  • Co się dzieje z Gortatem? To dlatego nie ma go na meczach reprezentacji

    Co się dzieje z Gortatem? To dlatego nie ma go na meczach reprezentacji

    Dlaczego Marcina Gortata zabrakło na EuroBaskecie w Katowicach?

    Podczas pięciu spotkań reprezentacji Polski w ramach EuroBasketu w katowickim Spodku trybuny wypełniały się znanymi postaciami ze świata sportu. Pojawili się byli koszykarze, trenerzy, działacze, a nawet sportowcy z innych dyscyplin – od Roberta Lewandowskiego, przez Tomasza Fornala, po skoczków narciarskich z Kamilem Stochem i Piotrem Żyłą na czele. Z USA przylecieli także przedstawiciele NBA: właściciele Los Angeles Lakers Rob Pelinka i Jeannie Buss czy trener Portland Trail Blazers Chauncey Billups. W takim otoczeniu naturalne wydawałoby się, że w Katowicach pojawi się także Marcin Gortat – ikona polskiej koszykówki. A jednak nie było go ani razu.

    – Zaproszenie do pana Gortata zostało wysłane – mówił w rozmowie ze Sport.pl prezes PZKosz Grzegorz Bachański. – Kontaktowaliśmy się z wieloma byłymi reprezentantami, którzy chętnie przyjęli nasze propozycje. Cieszę się, że w Spodku pojawili się m.in. Maciej Zieliński, Robert Kościuk czy Piotr Szybilski. Proponowaliśmy bilety również Marcinowi. Z tego, co wiem, miał być obecny na meczu z Izraelem, ale ostatecznie tego nie potwierdził – dodaje.

    Podcast zamiast trybun

    Dlaczego Gortat nie przyjechał? – Powód jest prosty – miałem wcześniej podjęte zobowiązania – tłumaczy były gracz NBA. – Jestem współwłaścicielem podcastu Post Prime, w który zaangażowałem się finansowo i osobiście. Po każdym meczu Polaków nagrywaliśmy obszerne studio z udziałem gości, m.in. Macieja Zielińskiego. Analizowaliśmy spotkania szczegółowo, a moje komentarze w tym formacie – moim zdaniem – wnoszą więcej niż obecność w hali. Siedzenie na krzesełku nie pomogłoby chłopakom – podkreśla.

    Nagrania odbywały się w siedzibie fundacji Gortata w Łodzi. Sam były koszykarz odrzucił też propozycję występowania w roli eksperta w TVP Sport. – Wiedziałem, że będę zajęty własnym projektem, gdzie każdy mecz omawialiśmy przez godzinę. Oglądało nas kilka tysięcy osób, więc jesteśmy zadowoleni – zaznacza.

    Chłodne relacje z kadrą i dawne konflikty

    Nieobecność Gortata w Katowicach wzbudziła dodatkowe emocje, bo od lat jego relacje z reprezentacją i federacją są napięte. Z kapitanem kadry Mateuszem Ponitką koszykarz nie utrzymuje kontaktu – jeszcze w 2022 roku ostro skrytykował jego występ w barwach rosyjskiego klubu tuż po wybuchu wojny w Ukrainie. Ponitka odpowiedział później uszczypliwie, przypominając zachowanie Gortata z EuroBasketu 2013 i nazywając go „Polskim Młotem”.

    Sam Gortat od dawna pozostaje też w sporze z działaczami PZKosz. W przeszłości wspierał kandydaturę Bachańskiego na prezesa, jednak później ich drogi się rozeszły. Były koszykarz wielokrotnie krytykował również Radosława Piesiewicza, byłego szefa federacji, obecnie prezesa PKOl.

    – Nie mam personalnego konfliktu z obecnym prezesem – zaznacza jednak Gortat. – Największe różnice miałem z panem Piesiewiczem. Faktem jest, że krytykowałem niektóre działania PZKosz, ale Bachański dotrzymał słowa. Związek zapraszał mnie także wcześniej na mecze eliminacyjne, jednak wtedy byłem w Stanach. Tym razem zdecydowałem się w całości poświęcić pracy przy podcaście – podsumowuje.

    Bachański, pytany o krytyczne wypowiedzi Gortata, stara się tonować emocje. – Każdy ma prawo do swojego zdania. Szczerze mówiąc, w środowisku koszykarskim opinie Marcina nie mają dziś większego znaczenia – odpowiada.

    Gortat wybrał inną drogę

    Nieobecność Gortata w Spodku była więc jego świadomą decyzją – związaną bardziej z osobistymi projektami niż z otwartym konfliktem z federacją. Były center NBA woli dziś pełnić rolę komentatora i przedsiębiorcy niż symbolicznego gościa na trybunach. Mimo to jego brak w Katowicach był mocno odczuwalny – tak, jakby podczas piłkarskiego Euro w Polsce nie pojawił się Robert Lewandowski.

  • ‎Bomba Ewy Pajor w Barcelonie – Rekordowy sezon, którego nikt się nie spodziewał

    ‎Bomba Ewy Pajor w Barcelonie – Rekordowy sezon, którego nikt się nie spodziewał

    ‎Bomba Ewy Pajor w Barcelonie – Rekordowy sezon, którego nikt się nie spodziewał

    ‎Początek, który wstrząsnął Barceloną

    ‎Kiedy Ewa Pajor dołączyła do Barcelony, oczekiwania były ogromne – ale nikt nie przewidział burzy, jaką miała rozpętać. Już w swoich pierwszych sześciu meczach w Lidze F zdobyła dziewięć goli, bijąc rekord, który wcześniej należał do Asisat Oshoali i Soni Bermúdez. Kibice byli świadkami, jak na ich oczach powstaje historia, a Pajor na nowo definiuje, co znaczy mocny start w barwach Barçy.

    ‎Od debiutu do dominacji – bezlitosna regularność Pajor

    ‎Wielu piłkarzy błyszczy chwilowo, lecz Pajor udowodniła, że nie jest jedynie jednorazową sensacją. Tydzień po tygodniu jej skuteczność zostawiała obrońców bezradnych, a bramkarki bez szans. Pod koniec sezonu stanęła na szczycie jako królowa strzelczyń Ligi F z 25 golami w 28 meczach – osiągnięcie, które natychmiast wpisało ją do historii Barcelony.

    ‎Moment, w którym wyprzedziła legendę

    ‎Zapisać się w historii Barcelony to jedno – ale wyprzedzić legendę taką jak Jenni Hermoso to zupełnie inny poziom. Pajor dokonała właśnie tego. Dzięki 43 golom w 45 meczach we wszystkich rozgrywkach pobiła rekord klubu w liczbie bramek w jednym sezonie, stając się nowym punktem odniesienia dla wielkości.

    ‎Liczby mówią same za siebie

    ‎Najlepszy start w historii Barçy – 9 goli w pierwszych 6 meczach ligowych

    ‎Królowa strzelczyń Ligi F (Pichichi) – 25 goli w 28 spotkaniach

    ‎Najlepsza strzelczyni Barcelony we wszystkich rozgrywkach – 43 gole w 45 meczach

    ‎Nie tylko gole – dziedzictwo w ruchu

    ‎Ewa Pajor nie tylko zdobywała bramki; zmieniła atmosferę wokół klubu. Jej kliniczna skuteczność, głód zwycięstw i umiejętność błyszczenia w najważniejszych momentach sprawiły, że kibice dostali coś niezapomnianego. A jeśli to był dopiero jej pierwszy sezon… to to, co nadejdzie, może być jeszcze większe.

  • Ewa Pajor przejdzie do historii. Niewiarygodny wyczyn w Barcelonie,

    Ewa Pajor przejdzie do historii. Niewiarygodny wyczyn w Barcelonie,

    Najważniejsze osiągnięcia i rekordy sezonu:

    Rekordowy sezon w Barcelonie

    W swoim debiutanckim sezonie w barwach FC Barcelona Ewa Pajor zdobyła 43 gole we wszystkich rozgrywkach, bijąc tym samym rekord Jenni Hermoso z sezonu 2016/17 – została najskuteczniejszą zawodniczką w historii Barcelony w jednym sezonie (as.com).

     

    Statystyki według rozgrywek:

    Liga F: 25 goli

    Copa de la Reina: 9 goli (finał jeszcze do rozegrania)

    Liga Mistrzyń: 7 goli

    Superpuchar Hiszpanii: 2 gole

    Łącznie: 43 gole (as.com).

    Symboliczny kamień milowy w reprezentacji Polski:

    W swoim 100. występie w reprezentacji Pajor zdobyła dwa gole i zaliczyła dwie asysty, pomagając Polsce awansować do Ligi A Ligi Narodów (as.com).

    Reakcje mediów międzynarodowych:

    Najlepsza debiutantka w historii Barcelony

    El País podkreśla, że Ewa Pajor jest najlepszą debiutantką w historii Barcelony, zdobywając 43 gole w 47 meczach w swoim pierwszym sezonie, a przy tym zwraca uwagę na jej skromne pochodzenie z małej wsi Pęgów – czyniąc z jej historii inspirujący sukces (elpais.com).

    Marzenie o Lidze Mistrzyń

    AS przypomina jej transfer z Wolfsburga do Barcelony i determinację, by wreszcie sięgnąć po pierwsze trofeum Ligi Mistrzyń, po czterech wcześniejszych porażkach w finałach – teraz z nadzieją na przełamanie tej passy (as.com).

    Historyczny hat-trick w El Clásico

    AS donosi również, że Pajor została pierwszą piłkarką, która zdobyła hat-tricka w El Clásico podczas półfinału Copa de la Reina, zapisując się tym samym w historii futbolu kobiecego (as.com).

    Podsumowanie:

    Ewa Pajor przeżywa przełomowy sezon, łącząc niesamowitą skuteczność strzelecką z historycznymi osiągnięciami zarówno w klubie, jak i w reprezentacji. Jej znakomita forma i rekordowe występy na wielu frontach czynią ją jedną z najjaśniejszych gwiazd futbolu kobiecego w 2025 roku.

  • 0:3 w hicie Djoković – Alcaraz. Wszystko jasne. Oni zagrają w finale US Open!

    0:3 w hicie Djoković – Alcaraz. Wszystko jasne. Oni zagrają w finale US Open!

    W półfinałach męskiego US Open kibice dostali prawdziwe tenisowe „Gwiezdne Wojny”. W grze o finał pozostała czwórka gigantów: Carlos Alcaraz, Novak Djoković, Jannik Sinner oraz Felix Auger-Aliassime. To zestawienie symbolizuje zmianę pokoleniową, a jednocześnie przypomina, że Djoković po raz pierwszy od ośmiu lat przeżywa sezon, w którym nie zagra ani w jednym wielkoszlemowym finale. Jednocześnie przed fanami piąty z rzędu finał pomiędzy dwoma najwyżej notowanymi zawodnikami w rankingu ATP. – Oni są po prostu zbyt dobrzy – przyznał po porażce Serb.

    US Open na finiszu – faworyci potwierdzają klasę

    Ostatni wielkoszlemowy turniej sezonu wkracza w decydującą fazę. W rywalizacji kobiet w finale spotkają się Amanda Anisimova i Aryna Sabalenka. Iga Świątek dotarła do ćwierćfinału, w którym musiała uznać wyższość Anisimovej. Wśród mężczyzn jedynym Polakiem był Kamil Majchrzak – zakończył zmagania w trzeciej rundzie. Największe emocje budziły jednak piątkowe półfinały, w których najpierw zmierzyli się Novak Djoković i Carlos Alcaraz. Przed tym starciem bilans spotkań wynosił 5:3 dla Serba.

    Alcaraz w wielkim stylu zatrzymuje Djokovicia

    Dotychczas Alcaraz nie potrafił znaleźć recepty na Djokovicia na twardych kortach. Tym razem zaczął mecz idealnie, od przełamania w pierwszym gemie serwisowym rywala. Hiszpan kontrolował przebieg seta i wygrał go 6:4. Druga partia była prawdziwym dreszczowcem – Djoković prowadził 3:0, ale Alcaraz szybko odrobił straty. O losach seta zadecydował tie-break, w którym Hiszpan zwyciężył 7:4.

    Choć wydawało się, że Djoković wykorzysta wysoki poziom drugiej odsłony jako impuls do odwrócenia losów meczu, to Alcaraz zachował inicjatywę. W trzecim secie przełamał Serba w czwartym gemie i utrzymał przewagę do końca, triumfując 6:2. Ostatecznie Alcaraz wygrał 3:0 i awansował do finału. Tym samym Djoković zakończył sezon bez udziału w finale wielkoszlemowym – pierwszy raz od 2017 roku. Alcaraz z kolei zapisał się w historii jako trzeci najmłodszy tenisista z siedmioma finałami turniejów tej rangi, po Björnie Borgu i Rafaelu Nadalu. – Przegrałem trzy z czterech szlemów w półfinałach z Sinnerem i Alcarazem. Oni są po prostu za mocni. W starciach do trzech wygranych setów bardzo trudno jest się im przeciwstawić – podsumował Serb.

    Sinner lepszy od Augera-Aliassime’a – kolejny finał z Alcarazem

    W drugim półfinale Jannik Sinner zmierzył się z Felixem Augerem-Aliassimem. Pierwszy set przebiegł pod pełną kontrolą Włocha, który dwukrotnie przełamał rywala i wygrał 6:1. Druga partia miała zupełnie inny przebieg – Kanadyjczyk odrobił straty i po przełamaniu w ósmym gemie zwyciężył 6:3, wyrównując stan meczu.

    Od trzeciego seta to jednak Sinner przejął inicjatywę. Włoch przełamał Augera-Aliassime’a w szóstym gemie i wygrał 6:3. W czwartej partii obaj zawodnicy walczyli gem po gemie, ale to Sinner wykorzystał szansę i po przełamaniu triumfował 6:4, pieczętując awans do finału.

    Piąty finał Alcaraz – Sinner w ostatnich 12 miesiącach

    Sobotni finał US Open będzie piątym spotkaniem o tytuł pomiędzy Alcarazem a Sinnerem w ciągu ostatniego roku, z czego czwartym w obecnym sezonie. Na razie bilans zdecydowanie przemawia za Hiszpanem, który wygrał trzy z czterech finałów.

    https://x.com/usopen/status/1964072237155180705?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E1964072237155180705%7Ctwgr%5Eb7c1878aa3e5cbd0214104f2c3ff1f36fd2052ef%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fwww.sport.pl%2Ftenis%2F764987322304450-3-w-hicie-djokovic-alcaraz-wszystko-jasne-oni-zagraja.html

  • 6:4, 6:0. Kapitalny mecz Polki z faworytką. Jest półfinał!

    6:4, 6:0. Kapitalny mecz Polki z faworytką. Jest półfinał!

    Maja Chwalińska robi kolejny krok w stronę powrotu do światowej czołówki. Polka rywalizuje w turnieju rangi Challenger w szwajcarskim Montreux i po efektownym zwycięstwie nad Holenderką Arantxą Rus awansowała do półfinału. Szczególne wrażenie zrobił drugi set, zakończony wynikiem 6:0, który dał kibicom sporo powodów do optymizmu.

    Droga Chwalińskiej w tym sezonie

    Dotychczas w 2025 roku Chwalińska tylko raz znalazła się w głównej drabince turnieju wielkoszlemowego. Miało to miejsce podczas Australian Open, gdzie w pierwszej rundzie przegrała z Niemką Jule Niemeier 0:6, 1:6. Później dwukrotnie zatrzymywała się na drugiej rundzie kwalifikacji – w Roland Garros i US Open. Najwięcej radości przyniósł jej jednak debel – w parze z Czeszką Anastazją Detiuc sięgnęła po tytuł w Antalyi. Teraz, na początku września, próbuje swoich sił w Montreux.

    Ćwierćfinał pełen dominacji

    W meczu o półfinał Chwalińska zmierzyła się z Arantxą Rus, klasyfikowaną na 131. miejscu w rankingu WTA. Początek spotkania ułożył się znakomicie dla Polki – szybko objęła prowadzenie 3:0, wykorzystując dwa break pointy. Choć rywalka zdołała odrobić jedno przełamanie, nie była w stanie przejąć inicjatywy. Pierwszy set padł łupem Chwalińskiej 6:4.

    Druga partia to już absolutna dominacja Polki. Chwalińska bezbłędnie serwowała, nie tracąc punktów przy własnym podaniu, a do tego regularnie przełamywała serwis Holenderki. Rus nie stworzyła sobie nawet jednej okazji na powrót do gry, a set zakończył się błyskawicznym 6:0. Dzięki temu Chwalińska zameldowała się w półfinale turnieju.

    Ranking i kolejne wyzwanie

    Awans do półfinału zapewnił Polce skok z 177. na 152. miejsce w rankingu WTA. Jeśli udałoby jej się sięgnąć po tytuł w Montreux, może awansować aż na 133. pozycję. W walce o finał jej rywalką będzie Hiszpanka Andrea Lazaro Garcia, która w ćwierćfinale pokonała Austriaczkę Julię Grabher 7:5, 6:3.

    Dla Chwalińskiej będzie to szansa na pierwszy finał singlowy w tym sezonie. Ostatni raz o tytuł walczyła w grudniu ubiegłego roku w Florianopolis, gdzie musiała uznać wyższość Yleny In-Albon, przegrywając 1:6, 2:6.

  • Sabalenka się nie certoli. “Zrobię wszystko, żeby skopać mu d…”

    Sabalenka się nie certoli. “Zrobię wszystko, żeby skopać mu d…”

     

    Nick Kyrgios nie owija w bawełnę. Australijczyk jasno stwierdził, że to on wyjdzie zwycięsko z planowanej „bitwy płci”, czyli meczu przeciwko Arynie Sabalence. Na ripostę liderki rankingu WTA nie trzeba było długo czekać. Oboje mówili bez ogródek – Kyrgios z typową dla siebie prowokacją, a Sabalenka z ogromnym luzem i pewnością siebie.

    Ona mnie nie pokona. Serio sądzisz, że muszę grać na sto procent? – rzucił z ironią Kyrgios w podcaście „First & Red”. Australijczyk nie tylko wyraził przekonanie o swojej wygranej, ale nawet wskazał przewidywany rezultat: 6:2. Przyznał jednak, że ceni charakter Sabalenki. – Ma w sobie niesamowitą siłę, to zawodniczka, która naprawdę wierzy w zwycięstwo – dodał.

    Sama Białorusinka odpowiedziała w swoim stylu – zdecydowanie i z humorem. – To będzie świetna zabawa, szczególnie przeciwko Nickowi – uśmiechała się podczas konferencji prasowej po półfinale US Open. – On powiedział, że wierzę w wygraną, więc na pewno wyjdę na kort i zrobię wszystko, żeby skopać mu d… – rzuciła bez ogródek.

    Zapytana, czy takie starcie to coś dobrego dla kobiecego tenisa, odpowiedziała z rozbrajającą szczerością: – Jeśli uda mi się go pokonać, to będzie świetna sprawa. Nie ukrywa, że chce spróbować sił w takim wyzwaniu, idąc śladami Billie Jean King, która w 1973 roku wygrała legendarną „bitwę płci” z Bobbym Riggsem. Na razie jednak nie wiadomo, czy pojedynek Sabalenki z Kyrgiosem faktycznie dojdzie do skutku, ani gdzie miałby się odbyć.

    Teraz uwaga Sabalenki skupia się na zupełnie innym zadaniu. W sobotę 6 września zmierzy się z Amandą Anisimovą w finale US Open. Stawką będzie jej czwarte wielkoszlemowe trofeum i drugie wywalczone w Nowym Jorku. Dla Amerykanki byłby to pierwszy triumf tej rangi. Atutem Anisimovej może być jednak bilans ich dotychczasowych spotkań – sześć wygranych przy trzech porażkach – oraz wsparcie nowojorskiej publiczności, która z pewnością stanie za swoją rodaczką.

    https://x.com/TheTennisLetter/status/1963802103480295712?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E1963802103480295712%7Ctwgr%5E0f0ce8255dfd5d176291d4e9e8b7243d102b04ba%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fwww.sport.pl%2Ftenis%2F76498732230247sabalenka-sie-nie-certoli-zrobie-wszystko-zeby-skopac-mu.html

  • Sensacja w finale US Open. Turniejowa “1” na kolanach

    Sensacja w finale US Open. Turniejowa “1” na kolanach

    W piątkowy wieczór nowojorska publiczność szczególnie mocno wspierała Katerinę Siniakovą i Taylor Townsend – najwyżej rozstawione zawodniczki w grze podwójnej US Open. Fani liczyli na ich zwycięstwo, jednak mimo pełnego emocji i stojącego na wysokim poziomie meczu, tytuł powędrował w ręce Gabrieli Dabrowski i Erin Routliffe. Kanadyjsko-nowozelandzki duet wygrał finał 6:4, 6:4, zdobywając drugi wielkoszlemowy triumf w karierze – i to ponownie na kortach w Stanach Zjednoczonych.

    Burzliwy turniej Townsend

    Postać Taylor Townsend wielokrotnie była w centrum uwagi podczas tegorocznego US Open. Najpierw głośno zrobiło się o niej za sprawą Jeleny Ostapenko, która po porażce w drugiej rundzie singla zarzucała Amerykance brak klasy. Następnie Townsend w 1/8 finału singla miała ogromną szansę na awans, lecz nie wykorzystała aż ośmiu piłek meczowych przeciwko Barborze Krejčíkovej i odpadła z turnieju. Nie oznaczało to jednak końca jej przygody z nowojorską imprezą – w deblu, grając u boku Kateriny Siniakovej, stanowiła turniejowy numer jeden i główną faworytkę do tytułu. Para dotarła aż do finału, ale tam ich droga zakończyła się rozczarowaniem.

    Finał pełen zwrotów akcji

    W meczu o mistrzostwo zmierzyły się z rozstawionymi z numerem „3” Dabrowski i Routliffe. Początek starcia był wyrównany – zawodniczki dobrze pilnowały własnych serwisów, a publiczność mogła oglądać widowiskowe wymiany. Przełamanie przyszło jednak w szóstym gemie i niespodziewanie to Siniakowa i Townsend straciły podanie. Choć chwilę później mogły się odgryźć, nie wykorzystały okazji. Udało im się przełamać rywalki dopiero przy stanie 4:5, co dawało nadzieję na przedłużenie seta. Jednak w kolejnym gemie ponownie oddały serwis i przegrały partię 4:6.

    Drugi set również nie ułożył się po myśli faworytek. Już w drugim gemie zostały przełamane, choć zdołały doprowadzić do remisu 3:3. W ósmym gemie Dabrowski i Routliffe miały kolejną szansę na przełamanie, lecz tym razem jej nie wykorzystały. O wszystkim zdecydowała końcówka – w dziesiątym gemie Siniakowa i Townsend znów pozwoliły odebrać sobie serwis, przegrywając seta 4:6 i cały finał 0:2.

    Wynik finału: Katerina Siniakowa / Taylor Townsend – Gabriela Dabrowski / Erin Routliffe 4:6, 4:6

    Historyczny sukces Dabrowski i Routliffe

    Po 90 minutach gry Dabrowski i Routliffe mogły świętować drugi wspólny triumf wielkoszlemowy. To także ich drugi sukces odniesiony właśnie w Nowym Jorku. Kanadyjka ma na koncie także zwycięstwa w mikście – w Roland Garros (2017) i Australian Open (2018). Choć dla amerykańskich kibiców była to spora dawka rozczarowania, emocje w Nowym Jorku jeszcze się nie skończyły – już w sobotę na kort wyjdą Amanda Anisimova i Aryna Sabalenka, które zagrają o tytuł w finale singla.

  • Legenda wydała wyrok po tym, co zrobiła Sabalenka. Takie słowa jeszcze nie padły

    Legenda wydała wyrok po tym, co zrobiła Sabalenka. Takie słowa jeszcze nie padły

    Aryna Sabalenka znów udowodniła swoją klasę. Po raz trzeci z rzędu awansowała do finału US Open, a jej zwycięstwo nad Jessicą Pegulą było pokazem charakteru i determinacji. Spotkanie miało dramatyczny przebieg – Białorusinka przegrała pierwszego seta 4:6, jednak w kolejnych dwóch potrafiła odwrócić losy rywalizacji. Ostatecznie wygrała 4:6, 6:3, 6:4 i po raz kolejny stanie do walki o wielkoszlemowe trofeum.

    Sabalenka od blisko roku utrzymuje się na szczycie rankingu WTA, choć w tym sezonie jeszcze nie zdobyła tytułu wielkoszlemowego. Najbliżej była w Melbourne i w Paryżu, gdzie doszła do finałów, a na Wimbledonie zatrzymała ją Amanda Anisimova w półfinale. Teraz obie znów spotkają się po przeciwnych stronach siatki – tym razem w decydującym meczu US Open.

    Chris Evert, legenda światowego tenisa, nie kryła uznania dla liderki rankingu. – Pojedynki Aryny i Jessiki zawsze są pełne emocji. Sabalenka udowodniła, dlaczego jest numerem jeden – potrafi wychodzić z naprawdę trudnych sytuacji i znajduje sposób na zwycięstwo. Pokazała ogromną siłę i determinację. To wspaniały wzór do naśladowania dla młodych – oceniła w rozmowie z ESPN, cytowana przez tennishead.net.

    Zdaniem Evert Sabalenka będzie szczególnie zmotywowana, by triumfować w Nowym Jorku, bo to jej ostatnia okazja na wielkoszlemowy tytuł w tym roku. Do tej pory wygrała już trzy turnieje tej rangi – Australian Open w 2023 i 2024 roku oraz US Open w 2024. – Choć w tym sezonie jeszcze nie sięgnęła po tytuł, pozostaje najbardziej konsekwentną zawodniczką w wielkich imprezach. To pokazuje, że mamy do czynienia z prawdziwą mistrzynią – dodała Amerykanka.

    Finał nie będzie jednak dla Sabalenki spacerkiem. Anisimova to rywalka, która już nieraz sprawiła jej ogromne problemy. Bilans ich dotychczasowych dziewięciu spotkań jest korzystny dla Amerykanki – 6:3. Ostatnie starcie w Roland Garros wygrała Sabalenka, ale już miesiąc później na Wimbledonie górą była Anisimova. W sobotę czeka nas więc starcie, które zapowiada się na prawdziwy tenisowy thriller.