• Bukowiecka od razu ruszyła do rywalki. Poruszenie w Norwegii

    Bukowiecka od razu ruszyła do rywalki. Poruszenie w Norwegii

    Na mistrzostwach świata w Tokio doszło do wyjątkowej sceny z udziałem Natalii Bukowieckiej. Polska sprinterka, tuż przed startem w półfinale biegu na 400 metrów, zwróciła uwagę na rywalkę, która nie radziła sobie ze stresem. Jej gest szybko odbił się szerokim echem w Norwegii.

    Wzruszający moment przed półfinałem

    We wtorkowe popołudnie, jeszcze zanim zawodniczki ruszyły na bieżnię, kamery zarejestrowały niezwykłe zachowanie Bukowieckiej. Polka zauważyła, że Henriette Jaeger z Norwegii wyraźnie przeżywa moment tuż przed startem. Zamiast skupić się wyłącznie na sobie, podeszła do rywalki, by ją wesprzeć.

    – „Przez kamery zobaczyliśmy coś naprawdę wyjątkowego. Doświadczona faworytka podeszła do młodej zawodniczki i z matczyną troską zapytała, czy wszystko w porządku. Według ruchu warg można było odczytać słowa »oddychaj«. To był niesamowity, sportowy gest” – relacjonowała norweska telewizja NRK, cytowana przez PAP.

    Jaeger o reakcji Polki

    Sama Jaeger również zabrała głos. – „Już w drodze na stadion źle się czułam. Było gorąco, a dodatkowo dopadły mnie nerwy, które zawsze trudno mi opanować. Zaczęłam się trząść, a przed startem mam lukę w pamięci. Musiałam wyglądać naprawdę źle, skoro Bukowiecka podeszła. Powiedziała do mnie spokojnie: »oddychaj i uspokój się, to tylko bieg, nic wielkiego«. To bardzo mi pomogło, bo uświadomiłam sobie, że to wciąż tylko zawody i dobra zabawa” – przyznała Norweżka.

    Mocny występ Polki

    Chwilę później Bukowiecka potwierdziła swoją klasę na bieżni. Zwyciężyła w półfinale z czasem 49.67, co jest jej najlepszym rezultatem w tym sezonie. Do finału awansowała także Jaeger. O medale w biegu na 400 metrów obie zmierzą się w czwartek, 18 września.

    Rywalizację Natalii Bukowieckiej i pozostałych reprezentantów Polski w Tokio można śledzić na żywo w serwisie Interia.

  • Dramat Sabalenki! Pilny komunikat ws. kontuzji. Już zdecydowała

    Dramat Sabalenki! Pilny komunikat ws. kontuzji. Już zdecydowała

    Aryna Sabalenka, jedna z największych gwiazd współczesnego tenisa i aktualna liderka rankingu WTA, niespodziewanie wycofała się z udziału w prestiżowym turnieju rangi WTA 1000, który w najbliższych dniach odbędzie się w Pekinie. Informację tę oficjalnie potwierdzili organizatorzy imprezy, publikując specjalny komunikat skierowany do kibiców oraz całego tenisowego środowiska. Decyzja Białorusinki może być rozczarowaniem dla wielu fanów, którzy liczyli na możliwość zobaczenia jej w akcji w stolicy Chin, ale poznaliśmy już powody, dla których Sabalenka nie pojawi się na kortach w Pekinie.

    Sabalenka znajduje się obecnie w wyjątkowym momencie swojej kariery. Kilka dni temu sięgnęła po kolejny wielkoszlemowy triumf, zwyciężając w nowojorskim US Open. W wielkim finale turnieju rozgrywanego na kortach Flushing Meadows pokonała Amerykankę Amandę Anisimovą 6:3, 7:6 (3), pokazując niezwykłą siłę, determinację oraz opanowanie w kluczowych momentach spotkania. Dzięki temu zwycięstwu jeszcze mocniej umocniła swoją pozycję na pierwszym miejscu w rankingu WTA i zyskała dodatkową pewność siebie przed nadchodzącą częścią sezonu w Azji, gdzie tradycyjnie odbywa się kilka bardzo ważnych turniejów.

    Początkowo plan Sabalenki obejmował udział właśnie w imprezie w Pekinie, jednym z najważniejszych wydarzeń drugiej połowy sezonu tenisowego. Turniej rangi WTA 1000 przyciąga bowiem najlepsze zawodniczki świata i często stanowi kluczowy etap w walce o kwalifikację do kończących sezon WTA Finals. Kibice w Chinach z niecierpliwością czekali na przyjazd świeżo upieczonej mistrzyni US Open, która w ostatnich latach wielokrotnie udowadniała, że potrafi znakomicie prezentować się także na kortach twardych.

    Niestety, plany uległy zmianie. Jak poinformowali organizatorzy turnieju w Pekinie, Aryna Sabalenka została zmuszona do rezygnacji z udziału w zawodach z powodu drobnej kontuzji. Choć nie ujawniono szczegółów urazu, wiadomo, że nie jest on bardzo poważny, ale wystarczająco uciążliwy, aby wykluczyć Białorusinkę z rywalizacji w najbliższych dniach. W oficjalnym komunikacie podkreślono, że priorytetem w tej sytuacji musi być zdrowie zawodniczki. „Życzymy Arynie szybkiego powrotu do pełni sił i mamy nadzieję, że wkrótce znów będziemy mogli oglądać ją na kortach w Pekinie” – napisali organizatorzy w swoim oświadczeniu.

    Decyzja Sabalenki jest w pełni zrozumiała, biorąc pod uwagę intensywność sezonu oraz obciążenia, jakie wiążą się z występami na najwyższym poziomie. Wygrana w turnieju wielkoszlemowym zawsze oznacza nie tylko ogromny wysiłek fizyczny, ale również emocjonalny i mentalny. W takich warunkach nawet drobny uraz może wymagać dodatkowego odpoczynku i regeneracji, aby nie przerodził się w poważniejszy problem. Sabalenka doskonale zdaje sobie sprawę, że końcówka sezonu, w tym turnieje rangi WTA 1000 w Azji oraz finały WTA, będzie miała kluczowe znaczenie dla utrzymania jej pozycji liderki światowego rankingu.

    Wycofanie się Białorusinki z imprezy w Pekinie otwiera nowe szanse dla innych tenisistek. Nieobecność liderki rankingu sprawi, że rywalizacja stanie się jeszcze bardziej wyrównana, a faworytki turnieju będą musiały zmierzyć się z nowymi oczekiwaniami i presją. Dla kibiców w Chinach brak Sabalenki to z pewnością duże rozczarowanie, ale organizatorzy zapewniają, że turniej i tak dostarczy wielu emocji i będzie stał na najwyższym poziomie sportowym.

    Dla samej Sabalenki najbliższe dni upłyną pod znakiem rehabilitacji, odpoczynku i przygotowań do kolejnych startów. Wszystko wskazuje na to, że jej priorytetem będzie odzyskanie pełnej sprawności i koncentracja na turniejach, które zbliżają się wielkimi krokami. Biorąc pod uwagę jej dotychczasową formę, można spodziewać się, że po powrocie znów będzie należeć do głównych kandydatek do triumfów w największych imprezach.

    Podsumowując, Aryna Sabalenka – świeżo koronowana mistrzyni US Open i aktualna liderka światowego rankingu – nie wystąpi w turnieju WTA 1000 w Pekinie z powodu drobnej kontuzji. Choć jej brak będzie odczuwalny, priorytetem pozostaje zdrowie zawodniczki. Świat tenisa z pewnością będzie uważnie śledził, jak szybko Białorusinka wróci na kort i czy zdoła utrzymać wysoką formę w dalszej części sezonu.

  • ‎Już wiadomo, gdzie teraz zagra Lewandowski. Oficjalny komunikat z Barcelony

    ‎Już wiadomo, gdzie teraz zagra Lewandowski. Oficjalny komunikat z Barcelony

    ‎Już wiadomo, gdzie teraz zagra Lewandowski. Oficjalny komunikat z Barcelony

    ‎Już od dłuższego czasu FC Barcelona ma problem ze swoim domowym stadionem, Spotify Camp Nou. Z tego względu zespół ostatnie ligowe spotkanie z Valencią (6:0) rozegrał na Estadi Johan Cruyff. Wydawać się mogło, że będzie to jednorazowa sytuacja i klub znów zmieni obiekt. Finalnie w czwartek klub ogłosił, że mecz z Getafe również zostanie rozegrany w tym miejscu.

    ‎W maju 2023 roku FC Barcelona rozegrała ostatnie spotkanie na Spotify Camp Nou. Obiekt przechodzi ogromny remont, a prace wciąż się opóźniają. W związku z tym klub rozgrywał swoje mecze na stadionie olimpijskim Montjuic. W sezonie 2025/2026 drużyna miała wrócić na zmodernizowany obiekt, jednakże wciąż nie ma na to zgody, bowiem brakuje odpowiednich pozwoleń.

    ‎W związku z tym “Duma Katalonii” swoje pierwsze domowe spotkanie w lidze hiszpańskiej musiała rozegrać na Estadi Johan Cruyff, gdzie pewnie, aż 6:0 pokonała Valencię. Dwie bramki w tym meczu strzelił Robert Lewandowski. Według wielu źródeł sytuacja miała być rozwojowa i nie wykluczano, że ligowy mecz z Getafe odbędzie się już na Camp Nou.

    ‎Wszystko wyjaśniło się jednak w czwartkowe popołudnie. Barcelona opublikowała oficjalny komunikat, w którym poinformowano, gdzie odbędą się najbliższe zmagania z udziałem zespołu.

    ‎Barcelona znów poza Spotify Camp Nou, wszystko jasne

    ‎Klub poinformował, że rywalizacja z Getafe odbędzie się znów na obiekcie imienia Johana Cruyffa. Co ciekawe, w komunikacie dodano, że wciąż trwają prace odnośnie ewentualnego powrotu na domowy stadion. Jak już wspomnieliśmy, brakuje odpowiednich pozwoleń.

    ‎- FC Barcelona ogłasza, że mecz odpowiadający piątej kolejce LaLiga, który ma się odbyć w niedzielę 21 września o godzinie 21:00 przeciwko Getafe, nie będzie mógł się odbyć na dostępnym w serwisie Spotify stadionie Camp Nou. Klub nadal intensywnie pracuje nad uzyskaniem niezbędnych pozwoleń administracyjnych na otwarcie stadionu Spotify Camp Nou w najbliższych dniach. Z tego powodu mecz ostatecznie odbędzie się na stadionie Johana Cruyffa – napisano.

    ‎Mecz Barcelona – Getafe odbędzie się już w niedzielę, 21 września. Nim aktualni mistrzowie Hiszpanii przystąpią do tego spotkania, zainaugurują rozgrywki Ligi Mistrzów. W czwartek na wyjeździe zagrają z Newcastle.

  • Fajdek zapowiadał: “Wezmę se tytuł’. A teraz tylko zaklął

    Fajdek zapowiadał: “Wezmę se tytuł’. A teraz tylko zaklął

    Już po dwóch minutach finału było jasne, że złoto i srebro znalazły swoich właścicieli. Pawłowi Fajdkowi pozostała więc jedynie walka o brąz. Teoretycznie, bo i ta nadzieja szybko się rozwiała. Nasz pięciokrotny mistrz świata w rzucie młotem nie jest już na poziomie najmłodszej, wąskiej elity tej konkurencji. Tym razem zajął siódme miejsce.

    Wspaniała passa Fajdka na mistrzostwach świata przeszła już do historii. Złoto w Moskwie w 2013 roku, triumf w Pekinie w 2015, w Londynie w 2017, w Dausze w 2019 i w Eugene w 2022 – to była fenomenalna seria, jakiej nie miał nikt inny. Niestety, tamte sukcesy to już zamknięty rozdział.

    Dziś, w wieku 36 lat, Fajdek nie jest w stanie rzucać tak daleko, jak w czasach swojej największej świetności. Zostało mu obserwowanie młodszych rywali, którzy zachwycają formą. A tokijski finał stał na kosmicznym wręcz poziomie!

    Fajdek wiedział, że to nie jego dzień

    Już w pierwszej kolejce Węgier Bence Halasz posłał młot na 81,51 m. Chwilę później Kanadyjczyk Ethan Katzberg odpowiedział fenomenalnym rzutem na 82,66 m. Wszystko wskazywało, że walka o medale odbędzie się bez Polaka, który w tym sezonie nie przekroczył 79,07 m.

    Fajdek rozpoczął konkurs od uderzenia młotem w konstrukcję klatki. W kolejnych próbach wyglądał, jakby miał świadomość, że to nie będzie jego wieczór. Zwłaszcza że do Katzberga i Halasza dołączył Niemiec Merlin Hummel z wynikiem 82,77 m.

    Tymczasem Fajdek w drugiej kolejce uzyskał 76,69 m – rezultat, który stawiał go w zupełnie innej lidze niż walcząca o medale czołówka. Publiczność oglądała pasjonującą walkę gigantów, a Polak toczył bój raczej o przetrwanie w konkursie i awans do kolejnych rund.

    Na szczycie rywalizacji trwał prawdziwy pokaz siły. Katzberg, aktualny mistrz olimpijski i mistrz świata sprzed dwóch lat, dołożył kapitalny rzut na 84,70 m! Halasz poprawił się na 82,69 m, a granica podium znalazła się poza zasięgiem Polaka.

    W trzeciej kolejce Fajdek nawet nie czekał na pomiar, sam opuszczając koło po nieudanej próbie i kwitując ją soczystym przekleństwem. W czwartej rundzie poprawił się na 77,75 m, co dało mu siódme miejsce – bez większej satysfakcji. W piątej próbował jeszcze awansować do najlepszej szóstki, ale Norweg Eivind Henriksen Mardal uzyskał 78,02 m i to on zamknął stawkę finalistów.

    Najsłabszy występ od lat

    Siódme miejsce w Tokio to dla Fajdka najsłabszy wynik w MŚ od jego debiutu w 2011 roku w Daegu, gdzie był jedenasty. Dwa lata temu, po czwartym miejscu w Budapeszcie, zapowiadał: „W Tokio wezmę szósty tytuł”. Niestety, tym razem marzenia musiały ustąpić rzeczywistości.

    Z pełnym szacunkiem dla Fajdka i wdzięcznością za wszystko, co dał polskiej lekkoatletyce, trzeba przyznać – jego złote lata już minęły i podobnych sukcesów raczej nie zobaczymy.

  • Bukowiecka zamknęła usta krytykom na MŚ! Nagle taka deklaracja

    Bukowiecka zamknęła usta krytykom na MŚ! Nagle taka deklaracja

    Jeśli ktoś jeszcze miał wątpliwości co do Natalii Bukowieckiej, to może je odłożyć na bok. Największa gwiazda polskiej lekkoatletyki znów zachwyca! W półfinale mistrzostw świata w Tokio nasza specjalistka od 400 metrów pobiegła znakomicie – zwyciężyła z czasem 49,67 s, zostawiając za plecami nawet mistrzynię olimpijską Marileidy Paulino. Tym występem pokazała, że jest gotowa walczyć o kolejne podium.

    Bukowiecka ma dopiero 27 lat, a już może się pochwalić medalami w każdym kolorze z igrzysk olimpijskich, srebrnym krążkiem z mistrzostw świata oraz bogatą kolekcją trofeów z mistrzostw Europy, w tym dwoma złotymi medalami, które smakują szczególnie. Teraz nasza najlepsza lekkoatletka ostatnich lat zmierza po następny sukces.

    W półfinale w Tokio zmierzyła się z największą gwiazdą dystansu, Marileidy Paulino. Dominikanka to aktualna mistrzyni olimpijska, a także triumfatorka mistrzostw świata w Budapeszcie (2023) i Eugene (2022). Paulino była typowana na faworytkę również teraz, w Tokio, jednak Bukowiecka potrafiła ją ograć.

    Dla polskich kibiców był to szczególnie ważny moment, bo po trudnym sezonie nie było jasne, czy Natalia poradzi sobie choćby z utalentowaną Norweżką Henriette Jaeger. 22-latka, ósma zawodniczka finału olimpijskiego, szybko robi postępy, ale tym razem nie zbliżyła się na tyle, by realnie zagrozić brązowej medalistce igrzysk z 2024 roku.

    Polka pobiegła znakomicie od pierwszych metrów. Na ostatniej prostej, kiedy znajdowała się jeszcze na drugiej pozycji, zdecydowała się na atak i wyprzedziła Paulino, która oszczędzała siły, mając pewny awans. Wygrana w półfinale była dla Natalii kluczowa – da jej lepszy tor w walce o medal.

    – Wiedziałam, że jestem w formie i muszę to pokazać. Mówiłam sobie, że jestem świetna i chcę się tym cieszyć. Kiedyś chciałam coś udowadniać, teraz po prostu biegłam – mówiła Bukowiecka przed kamerami TVP, nie chcąc jednak zdradzać za wiele o swoich finałowych planach. Przyznała tylko, że już czuje satysfakcję i podejdzie do biegu na luzie, a po powrocie do kraju zamierza zrobić tatuaż ze słowem „believe”.

    Bukowiecka pokazała, że wciąż jest w światowej czołówce i potrafi uciszyć krytyków. O medal będzie jednak trudno – w półfinale uzyskała piąty wynik. Najlepsza była Amerykanka Sydney McLaughlin-Levrone z fenomenalnym czasem 48,29 s. Lepsze rezultaty od Polki miały jeszcze Brytyjka Amber Anning (49,38), Jamajka Nickisha Pryce (49,46) oraz Salwa Eid Naser z Bahrajnu (49,47).

    Finał zapowiada się pasjonująco, a Bukowiecka ponownie stanie przed szansą na zapisanie kolejnego rozdziału w swojej bogatej karierze.

  • Niesamowite, co zrobiła Bukowiecka w półfinale MŚ!

    Niesamowite, co zrobiła Bukowiecka w półfinale MŚ!

    Natalia Bukowiecka w wielkim stylu zameldowała się w finale mistrzostw świata na 400 metrów w Tokio. Liderka polskiej reprezentacji nie tylko wygrała swój półfinał, ale zrobiła to z najlepszym wynikiem w tym roku. Co więcej – tuż przed metą dopadła i wyprzedziła wielką faworytkę tej konkurencji, dominującą od lat Marileidy Paulino z Dominikany.

    Pewny awans mimo trudnej stawki

    Bukowiecka rozpoczęła mistrzostwa od spokojnego biegu eliminacyjnego. Wynik 50.16 sekundy wystarczył do awansu, choć nie był jeszcze popisem pełni jej możliwości. W półfinale Polka musiała już jednak zaprezentować pełnię formy, bo los przydzielił jej niezwykle mocne rywalki. Na torze obok biegła Paulino – mistrzyni świata i niekwestionowana dominatorka ostatnich sezonów. Do tego dochodziła groźna Amerykanka Aaliyah Butler, która w tym roku była blisko złamania bariery 49 sekund. Nie wolno było lekceważyć także ambitnej Henrietty Jaeger z Norwegii i Jamajki Dejaney Oakley.

    Emocjonujący bieg

    Bukowiecka dobrze weszła w rywalizację, trzymając tempo Paulino, a jednocześnie odpierając atak Butler. Po 200 metrach wydawało się, że walka o bezpośredni awans rozegra się właśnie między nimi. Wtedy jednak Paulino włączyła wyższy bieg i mocno przyspieszyła, a za nią ruszyła Polka. Butler nie wytrzymała tempa i odpadła z rywalizacji.

    Na ostatniej prostej Paulino wydawała się mieć pewną przewagę, lecz Bukowiecka kontrolowała sytuację i wiedziała, że awans jest bezpieczny. W końcówce groźnie zaatakowała jeszcze Jaeger, ale Polka skutecznie się obroniła. Największe emocje czekały jednak tuż przed metą. Paulino – przekonana o pewnym awansie – niespodziewanie zwolniła, niemal spacerowym tempem wpadła na linię finiszu. Bukowiecka nie odpuściła i wykorzystała moment, wyprzedzając faworytkę w samej końcówce.

    Najlepszy wynik w sezonie

    Polka triumfowała w półfinale z rewelacyjnym czasem 49.67 sekundy – najlepszym w tym roku. Paulino dobiegła druga (49.82), a Jaeger (49.87) awansowała jako jedna z najszybszych poza pierwszą dwójką.

    Natalia Bukowiecka potwierdziła, że w Tokio jest w wielkiej formie i w finale będzie walczyć nie tylko o medal, ale nawet o najwyższe podium.

    https://x.com/sport_tvppl/status/1967927386009158096?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E1967927386009158096%7Ctwgr%5Eaaca607fa6b82aa12c2ad14d5149e83d7e5d827c%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fwww.sport.pl%2Flekkoatletyka%2F76498932255681niesamowite-co-zrobila-bukowiecka-w-polfinale-ms.html

  • Dramat Pawła Fajdka w finale MŚ! Zabrakło 0,27 m

    Dramat Pawła Fajdka w finale MŚ! Zabrakło 0,27 m

    Paweł Fajdek kończy mistrzostwa świata w Tokio bez medalu. Finał konkursu rzutu młotem stał na niesamowicie wysokim poziomie – aż czterech zawodników przekroczyło granicę 80 metrów. Niestety Polakowi zabrakło do niej sporo i ostatecznie uplasował się poza czołową szóstką. Jego najlepszy wynik to 77,75 m, co dało mu siódme miejsce.

    Choć Fajdek aż pięciokrotnie w karierze sięgał po złoto mistrzostw świata, tym razem nie był stawiany w roli głównego faworyta. Ostatnie lata nie były dla niego tak udane – dwa lata temu w Budapeszcie zajął czwarte miejsce, a rok temu na igrzyskach olimpijskich w Paryżu był piąty. Mimo to wielu kibiców liczyło, że w Tokio ponownie powalczy o podium.

    Do finału Polak przystąpił jako siódmy zawodnik tegorocznych list światowych z wynikiem 79,07 m. Nadzieje kibiców rozbudził jego występ w kwalifikacjach – już w drugiej próbie uzyskał 78,78 m i pewnie awansował do finału. Lepszy od niego był tylko broniący tytułu i największy kandydat do złota, Kanadyjczyk Ethan Katzberg.

    Decydująca rywalizacja zaczęła się dla Fajdka fatalnie – pierwsza próba wylądowała w siatce, podczas gdy trzej rywale od razu przekroczyli 80 m. Największą niespodziankę sprawił 23-letni Niemiec Merlin Hummel, który rzucił 82,77 m, bijąc rekord życiowy. Tuż za nim był Katzberg (82,66 m), a na trzeciej pozycji Węgier Bence Halasz (81,51 m). Już wtedy wiadomo było, że Polakowi będzie niezwykle trudno o medal.

    Drugi rzut Fajdka był ważny – 76,69 m pozwoliło mu wrócić do gry. Trzecia próba była spalona, ale wynik z drugiej kolejki wystarczył do awansu do ścisłego finału – Polak wszedł do niego z ósmym rezultatem. W tym czasie Katzberg zachwycił, osiągając 84,70 m i ustanawiając nowy rekord mistrzostw świata. Hummel i Halasz wciąż utrzymywali poziom powyżej 80 m, a Węgier poprawił się na 82,69 m, zachowując trzecie miejsce.

    Fajdek w czwartej kolejce uzyskał 77,75 m, co pozwoliło mu przesunąć się na siódmą lokatę. W piątej próbie nie zdołał się poprawić – 76,63 m okazało się jego ostatnim rzutem. Z powodu nowych zasad tylko pierwsza szóstka miała prawo do szóstej próby, więc Polak musiał zakończyć rywalizację. Do znalezienia się w najlepszej szóstce zabrakło mu zaledwie 27 centymetrów.

    Wyniki finału rzutu młotem – MŚ Tokio 2025:

    1. Ethan Katzberg (Kanada) – 84,70 m
    2. Merlin Hummel (Niemcy) – 82,77 m
    3. Bence Halasz (Węgry) – 82,69 m
    4. Mychajło Kochan (Ukraina) – 82,02 m
    5. Rudy Winkler (USA) – 78,52 m
    6. Thomas Mardal (Norwegia) – 78,02 m
    7. Paweł Fajdek (Polska) – 77,75 m
    8. Armin Szabados (Węgry) – 77,15 m
    9. Eivind Henriksen (Norwegia) – 76,47 m
    10. Trey Knight (USA) – 76,11 m
    11. Daniel Raba (Węgry) – 75,22 m
    12. Denzel Comenentia (Holandia) – 74,86 m
  • Co za bieg Polaka na MŚ! Komentator nie wytrzymał: “Ho, ho, ho!”

    Co za bieg Polaka na MŚ! Komentator nie wytrzymał: “Ho, ho, ho!”

    Maciej Wyderka sprawił ogromną niespodziankę w eliminacjach biegu na 800 metrów podczas mistrzostw świata w Tokio. W swojej serii zmierzył się z absolutną czołówką – mistrzem Europy, mistrzem świata z hali, medalistą poprzednich mistrzostw oraz rekordzistą świata juniorów. Mimo tak trudnego zestawienia rywali, 23-letni debiutant zaprezentował się znakomicie i pewnie awansował do półfinału.

    Spektakularny debiut

    Eliminacyjna seria Polaka była tak silnie obsadzona, że jeszcze przed startem trudno było szukać dla niego realnych szans. Tymczasem Wyderka pobiegł jak profesor – przejął inicjatywę, kontrolował sytuację i finiszował na pierwszym miejscu. – Ho, ho, ho! No tylko bić brawo! Po mistrzowsku to zrobił – komentował na żywo podekscytowany Marek Rudziński z TVP.

    Choć ktoś mógłby stwierdzić, że to „tylko eliminacje”, Wyderka zasłużył na ogromne uznanie. Jego występ pokazał, że potrafi nie tylko biec na wysokim poziomie, ale też zachować chłodną głowę i świetnie rozegrać taktycznie kluczowy moment.

    Rywale z najwyższej półki

    Na liście pokonanych znaleźli się uznani zawodnicy. Gabriel Tual, mistrz Europy z Rzymu i finalista olimpijski z Paryża. Ben Pattison, brązowy medalista mistrzostw świata z Budapesztu. Mariano Garcia, podwójny złoty medalista – z mistrzostw Europy na stadionie i z halowych mistrzostw świata. Do tego Cooper Lutkenhaus, zaledwie 16-letni amerykański fenomen, rekordzista świata juniorów młodszych z niesamowitym wynikiem 1:42,27 – o ponad trzy sekundy lepszym niż życiówka Wyderki (1:45,66).

    A jednak to właśnie Polak wyszedł z tego starcia zwycięsko. – Nosi mnie. Już przed startem mnie nosiło. No i widać efekty – mówił z uśmiechem w wywiadzie dla TVP.

    Perfekcyjna taktyka i największy sukces

    Wyścig nie był szybki, tempo długo pozostawało umiarkowane. W takiej sytuacji kluczowe było wyczucie chwili i odwaga. Wyderka doskonale to wykorzystał – ruszył do przodu, objął prowadzenie i nie pozwolił nikomu się zbliżyć. Na mecie uniósł rękę w geście triumfu, meldując się z czasem 1:46,30.

    Dla młodego zawodnika z Polski awans do półfinału mistrzostw świata to już przełomowy moment kariery. A przecież w Tokio może być jeszcze lepiej. Półfinały biegu na 800 metrów zaplanowano na czwartek, 18 września, o godzinie 14:45 czasu polskiego.

    Niestety, dla pozostałych reprezentantów biało-czerwonych – Patryka Sieradzkiego i Filipa Ostrowskiego – przygoda z mistrzostwami zakończyła się już na etapie eliminacji.

  • Niepokojące wieści ws. Szeremety. Nie wygląda to dobrze

    Niepokojące wieści ws. Szeremety. Nie wygląda to dobrze

    Julia Szeremeta wróciła z Liverpoolu do Polski ze srebrnym medalem mistrzostw świata i poważną kontuzją ręki. Choć sukces jest ogromny, towarzyszą mu mieszane emocje – radość z osiągnięcia i rozczarowanie, że nie udało się sięgnąć po złoto.

    Zaraz po walce pojechałam na SOR, gdzie lekarz zabronił mi kontynuowania zawodów. Kiedy to usłyszałam, miałam łzy w oczach. Ale postanowiłam, że i tak wyjdę do ringu – opowiada 22-letnia pięściarka.

    Srebro zamiast wymarzonego złota

    Szeremeta w finale uległa Hindusce Jaismine Jaismine niejednogłośną decyzją sędziów. Kluczowa była druga runda, którą Polka – ku zdziwieniu wielu – przegrała u wszystkich arbitrów. Sama zawodniczka przyznaje, że po słowach trenera Tomasza Dylaka o niekorzystnym wyniku zaczęła za wszelką cenę odrabiać straty, co w konsekwencji kosztowało ją przegraną w decydującej rundzie.

    Chciałam ryzykować, walczyć do końca, wyrwać to zwycięstwo. Ale przez to straciłam trzecią rundę i całą walkę – tłumaczy.

    Głos mistrzów

    Na trybunach w Liverpoolu obecny był Ołeksandr Usyk, mistrz świata wagi ciężkiej, a Szeremeta miała okazję porozmawiać z inną legendą – Giennadijem Gołowkinem. – Powiedział mi, że na pewno nie przegrałam drugiej rundy. To było budujące – przyznaje z uśmiechem.

    Kontrowersje i kontuzja

    Polka nie ukrywa, że niektóre decyzje sędziów na mistrzostwach były trudne do zrozumienia, także w walkach innych reprezentantek Polski. – Każdy arbiter ma inny styl oceny, ale momentami te rozstrzygnięcia były naprawdę dziwne – zauważa.

    Dodatkowo od ćwierćfinału walczyła z urazem ręki. Przedramię było spuchnięte i obolałe, nie mogła złożyć dłoni w pięść. – Najgorsze były pierwsze chwile, gdy praktycznie nie mogłam nią ruszać. Dzięki pomocy sztabu udało się choć trochę opanować sytuację, ale lekarze w Anglii jednoznacznie odradzali dalszą walkę – wspomina.

    Medalistka na początku drogi

    Mimo przeciwności, Szeremeta nie wróciła bez medalu – a to kolejny w jej dorobku. W wieku zaledwie 22 lat ma już na koncie srebro igrzysk olimpijskich, Pucharu Świata i teraz mistrzostw globu. – Z każdej dużej imprezy przywożę medal, więc nie spadam z formą. A że wciąż jestem młoda, mam jeszcze wiele startów przed sobą – podkreśla. W planach są młodzieżowe mistrzostwa Europy i Puchar Świata w Indiach.

    Bohaterka dokumentu i książki

    Szeremeta nie narzeka na brak zainteresowania. Towarzyszy jej ekipa filmowa pracująca nad dokumentem, a od niedawna powstaje też biografia. – Na razie bez komentarza – uśmiecha się, wyraźnie zmęczona intensywnymi tygodniami. Marzy o chwili spokoju i odpoczynku w domu.

  • Tego o Świątek nikt nie wiedział. W końcu to ujawniła. “Byłam w szoku”

    Tego o Świątek nikt nie wiedział. W końcu to ujawniła. “Byłam w szoku”

    Iga Świątek zdradza, bez czego nie rusza się w podróż. Szczerze wyznanie Polki przed startem w Seulu

    Już za kilka dni Iga Świątek rozpocznie rywalizację w turnieju WTA 500 w Seulu. Będzie to jej pierwszy występ w tej imprezie, a jednocześnie Polka od razu znalazła się w gronie największych gwiazd i została rozstawiona z najwyższym numerem. Tym samym z miejsca stała się główną faworytką do końcowego triumfu. Świątek rozpoczęła już treningi w Korei, mierząc się m.in. ze swoją dobrą znajomą z touru, a także wypełnia obowiązki medialne. Właśnie podczas jednego z takich nagrań padło pytanie, które wywołało niemałe poruszenie wśród fanów i dziennikarzy.

    “Bez czapki nie mogę grać” – Świątek zdradza swój nawyk

    W jednym z materiałów Overtime Tennis zadano jej pytanie: „Jedna rzecz w torbie od tenisa, bez której nie możesz podróżować?”. Odpowiedź liderki światowego rankingu była szybka i zaskakująco szczera.

    Słuchawki i czapeczka tenisowa – przyznała bez chwili wahania. – Bez czapki na głowie nie jestem w stanie grać – dodała z uśmiechem.

    O ile zamiłowanie Polki do muzyki nie jest żadną tajemnicą – sama wielokrotnie mówiła, że to właśnie ulubione utwory pomagają jej wyciszyć się i skoncentrować przed meczem – o tyle wątek czapki wzbudził większe zainteresowanie. Dziennikarka postanowiła dopytać, czy chodzi jedynie o ochronę przed słońcem. Odpowiedź Świątek zaskoczyła jeszcze bardziej.

    Na początku używałam jej, żeby ukrywać włosy, bo nie podobały mi się. Może to nie najlepszy powód, ale taka jest prawda – przyznała 24-latka. – Z biegiem czasu tak się jednak do niej przyzwyczaiłam, że gdy raz zagrałam trening bez nakrycia głowy, byłam naprawdę zdziwiona. Przy wyrzucie piłki do serwisu nagle zobaczyłam… swoją rakietę. Byłam w szoku – opowiadała ze śmiechem.

    Ta szczerość i odrobina autoironii od razu zwróciły uwagę mediów. Serwis essentiallysports.com opatrzył materiał nagłówkiem: „Iga Świątek przyznaje się do destrukcyjnego nawyku na korcie przed turniejem w Korei”. Dziennikarze docenili nie tylko humorystyczny ton wypowiedzi, ale także otwartość liderki rankingu. „To idealne połączenie szczerości i lekkości – typowe dla Świątek: na korcie zacięta i bezkompromisowa, poza nim – naturalna i świadoma siebie” – napisali.

    Start w Seulu coraz bliżej

    Polka czeka już na swoją pierwszą rywalkę w turnieju. Pierwotnie miała zmierzyć się ze zwyciężczynią pojedynku Sorana Cirstea – Lin Zhu, jednak Chinka wycofała się z zawodów. Jej miejsce zajęła Anastasija Zacharowa, więc w meczu otwierającym turniej dojdzie do rumuńsko-rosyjskiego starcia, którego triumfatorka zagra przeciwko Świątek w 1/8 finału.

    Dla Polki starty w Azji mają ogromne znaczenie. W poprzednim sezonie opuściła cały ten fragment kalendarza z powodu wykrycia w jej organizmie niedozwolonej substancji, co sprawiło, że w tym roku praktycznie nie ma punktów do obrony. To oznacza, że każdy zwycięski mecz może umocnić jej pozycję w rankingu i dodać pewności siebie przed kolejnymi wyzwaniami.