• 5:7, 1:6, a potem takie słowa. Rosjanka powiedziała, co myśli o Świątek

    5:7, 1:6, a potem takie słowa. Rosjanka powiedziała, co myśli o Świątek

    Za Igą Świątek wyjątkowo wymagający sezon, choć mimo trudności zdołała dopisać do swojego dorobku historyczne zwycięstwo na Wimbledonie. Był to jej pierwszy wielkoszlemowy triumf na trawie, a zarazem przełomowy moment w karierze. Wyczyn Polki nie przeszedł bez echa – doceniły go także rywalki, w tym Rosjanka Polina Kudermietowa, która wprost odniosła się do sukcesu liderki światowego rankingu.

    Rok pełen wyzwań i wielki przełom na trawie

    Sezon 2025 powoli dobiega końca, a Świątek z pewnością zapamięta go dzięki zwycięstwu w Londynie. W lipcu sięgnęła po trzeci wielkoszlemowy tytuł w karierze, wygrywając Wimbledon – jedyny turniej tej rangi, którego brakowało jej wcześniej na liście trofeów. W pamiętnym finale rozbiła Amandę Anisimovą 6:0, 6:0. W drodze po tytuł pokonała kolejno: Polinę Kudermietową, Catherine McNally, Danielle Collins, Clarę Tauson, Ludmiłę Samsonową oraz Belindę Bencić.

    Kudermietowa o Świątek

    Rosyjska tenisistka, która była pierwszą rywalką Igi w tegorocznym Wimbledonie (przegrała 5:7, 1:6), podkreśliła w rozmowie na kanale „Bolshe!” na YouTube, cytowanej przez portal championat.com:
    – Grałam z Igą na trawie. To zdecydowanie trudniejsza nawierzchnia przeciwko niej niż każda inna. Jej uderzenia są bardzo rotacyjne, co na tej powierzchni daje ogromną przewagę. Gdybym miała okazję zmierzyć się z nią na twardym korcie, wiedziałabym więcej, ale na trawie jest naprawdę wyjątkowa.

    22-letnia zawodniczka pokusiła się również o porównanie Świątek do Aryny Sabalenki:
    – Sabalenka uderza piłkę mocniej, bo wkłada w to całe ciało. Iga natomiast gra bardziej sercem – nie aż tak siłowo, ale z niesamowitą rotacją.

    Cztery mistrzynie wielkoszlemowe

    Sezon wielkoszlemowy 2025 zakończył się nietypowo – każda z czterech imprez padła łupem innej zawodniczki. Australian Open wygrała Madison Keys, Roland Garros – Coco Gauff, Wimbledon – Iga Świątek, a US Open – Aryna Sabalenka.

  • Była 4:30, gdy Fajdek odzyskał medal. Potężne zamieszanie na MŚ

    Była 4:30, gdy Fajdek odzyskał medal. Potężne zamieszanie na MŚ

    Menedżer Pawła Fajdka stanowczo dementował: „On nie był pijany”. W mediach krążyły jednak różne wersje – jedni twierdzili, że złoty medal znalazł się w rękach kierowcy taksówki, inni, że został na tylnym siedzeniu auta. Do dziś nie ma pewności, jak było naprawdę. Z kolei chińskie media utrzymywały, że po zakrapianej kolacji Fajdek zapłacił za kurs taksówką swoim medalem. Tak wyglądały wydarzenia sprzed dekady w Pekinie, gdy Polak był u szczytu formy. Teraz pytanie brzmi: czy na mistrzostwach świata w Tokio stać go na kolejny krążek?

    Paweł Fajdek to pięciokrotny mistrz globu w rzucie młotem, który wciąż marzy o kolejnym sukcesie. W eliminacjach w Tokio pokazał dobrą dyspozycję – uzyskał drugi wynik, 78,78 m. – W finale chcę walczyć o medal i przekroczyć granicę 80 metrów – zapowiedział pewnie.

    W kwalifikacjach zaczął od 75,74 m, by później poprawić się na 78,78 m. Lepszy rezultat uzyskał tylko obrońca tytułu, Kanadyjczyk Ethan Katzberg, który posłał młot na odległość aż 81,85 m.

    „Wezmę se szósty tytuł”

    Choć Katzberg może być poza zasięgiem, Fajdek udowodnił, że nadal stać go na rywalizację z najlepszymi. W sierpniu, podczas mistrzostw Polski, rzucił 79,07 m – to siódmy wynik na świecie w tym roku. A wszystko wskazuje na to, że forma Polaka idzie w górę i rekord może jeszcze zostać poprawiony.

    Do najlepszych w sezonie – Bence Halasza z Węgier, Amerykanina Rudy’ego Winklera czy wspomnianego Katzberga – wciąż traci około czterech metrów. Dwa lata temu deklarował jednak: „Za dwa lata w Tokio wezmę szósty tytuł”. W 2023 roku w Budapeszcie nie mógł spełnić tej zapowiedzi – skręcił kostkę i zakończył rywalizację tuż za podium. Wtedy był przekonany, że bez urazu zdobyłby złoto.

    Fajdek przez dekadę zdominował konkurencję – wygrywał nieprzerwanie w latach 2013, 2015, 2017, 2019 i 2022. Dopiero czwarte miejsce w Budapeszcie przerwało tę imponującą serię. Teraz, mając 36 lat, mierzy się już nie tylko z rywalami, ale i z upływem czasu. Zdrowie nie jest takie jak dawniej, a młodsi zawodnicy depczą mu po piętach. Złoto może być poza zasięgiem, ale medal wciąż pozostaje realnym celem.

    Medal, który „zniknął”

    Dla kibiców nazwisko Fajdka nierozerwalnie kojarzy się z historią z Pekinu 2015. Wtedy zdobył swoje trzecie złoto, które… na chwilę zniknęło. Jedni mówili, że zostawił je w taksówce, inni – że wręczył kierowcy w ramach zapłaty.

    „Jak się dowiedzieliśmy, taksówkarz chciał zdjęcie z mistrzem i medalem. Potem medal został w aucie, które odjechało. Na szczęście szybko podjęto działania – sprawdzono monitoring w hotelu, odnaleziono samochód i o 4.30 rano medal wrócił do właściciela” – pisał wówczas „Super Express”.

    Z kolei agencja Xinhua utrzymywała, że Fajdek wracał po zakrapianej kolacji i postanowił zapłacić medalem. Dopiero następnego dnia, zorientowawszy się, co się stało, poszedł na policję, która odzyskała zgubę.

    Menedżer Czesław Zapała stanowczo zaprzeczał tej wersji: – Paweł był zmęczony, może wypił piwo, ale nic więcej. Medal został w taksówce, a kierowca zachwycony zrobił sobie zdjęcie – tłumaczył. Sam Fajdek później żartował z całej sytuacji w mediach społecznościowych.

    Od incydentu do żartu

    Dwa lata później, podczas Uniwersjady w Tajpej, Fajdek zdobył złoto i w żartach płacił medalem za kurs taksówką, opowiadając swoją historię. Twierdził nawet, że dzięki tej przygodzie stał się drugim najbardziej rozpoznawalnym lekkoatletą świata – zaraz po Usainie Bolcie.

    Kiedy w 2019 roku znów sięgnął po złoto, jedna z firm taksówkarskich wykorzystała anegdotę w reklamie, zapewniając komfortowy powrót mistrza i jego medalu z lotniska.

    Teraz Polak ponownie ma okazję walczyć o podium. W Tokio, gdzie podczas igrzysk w 2021 roku wywalczył brąz, będzie chciał dopisać do swojej kolekcji kolejny krążek. Wtedy triumfował Wojciech Nowicki, który obecnie zmaga się z problemami zdrowotnymi i w mistrzostwach świata nie wystartuje.

  • Iga Świątek już po pierwszym “starciu” w Seulu. Walka na korcie z Kasatkiną

    Iga Świątek już po pierwszym “starciu” w Seulu. Walka na korcie z Kasatkiną

    Iga Świątek już w najbliższą środę rozpocznie zmagania w tegorocznej edycji turnieju WTA 500 w Seulu. Zanim jednak wyjdzie na kort w meczu drugiej rundy, Polka postanowiła sprawdzić formę w sparingu z jedną z najtrudniejszych rywalek. W mediach społecznościowych pojawiło się nagranie z jej pierwszego treningu w Korei Południowej.

    Intensywny czas przed Świątek

    Przed liderką polskiego tenisa rozpoczyna się najbardziej wymagający fragment sezonu. W najbliższych tygodniach Świątek weźmie udział w serii turniejów rozgrywanych w Azji, gdzie będzie walczyć o powrót na pierwsze miejsce w rankingu WTA. Seul jest pierwszym przystankiem na tej drodze – Korea Open potrwa od 15 do 21 września.

    Rozstawiona z numerem 1 sześciokrotna mistrzyni wielkoszlemowa w pierwszej rundzie otrzymała wolny los i na kort wyjdzie dopiero 17 września. To jednak nie oznaczało dla niej odpoczynku – już w poniedziałek Świątek pojawiła się na korcie, gdzie odbyła intensywny trening. I to w wyjątkowym towarzystwie.

    Trening z Darią Kasatkiną

    Partnerką Igi podczas pierwszej sesji treningowej w Seulu była Daria Kasatkina – rosyjska tenisistka reprezentująca obecnie Australię, z którą raszynianka stoczyła już kilka zaciętych meczów w tourze. Statystyki przemawiają na korzyść Polki, ale każda ich konfrontacja dostarczała kibicom dużych emocji.

    Tym razem atmosfera była zupełnie inna – przyjazna i luźna, co pokazuje, że nawet największe rywalki potrafią współpracować i wzajemnie się wspierać. Obie doskonale wiedzą, że w Seulu czekają je wymagające zadania. Co ciekawe, zgodnie z drabinką turniejową mogłyby trafić na siebie dopiero w finale – co z pewnością dodałoby dodatkowego smaczku ich rywalizacji.

    Kto na początek?

    Świątek rozpocznie turniej od meczu drugiej rundy, w którym zmierzy się ze zwyciężczynią spotkania Sorana Cirstea – Anastazja Zacharowa. Ta ostatnia wskoczyła do głównej drabinki w miejsce kontuzjowanej Lin Zhu, która z powodu problemów z biodrem musiała wycofać się z rywalizacji.

    Kibice w Polsce będą mogli na bieżąco śledzić występy Igi Świątek w azjatyckiej części sezonu dzięki transmisjom i relacjom publikowanym w Interii.

  • Opublikowali “prawdziwy” ranking WTA. Oto miejsce Świątek. Można się zdziwić

    Opublikowali “prawdziwy” ranking WTA. Oto miejsce Świątek. Można się zdziwić

    Aryna Sabalenka, Iga Świątek i Coco Gauff to aktualnie trzy najwyżej sklasyfikowane zawodniczki w oficjalnym rankingu WTA. Ale czy faktycznie to one są dziś najmocniejsze w całym kobiecym tourze? Nad tym zastanowili się dziennikarze portalu tennis365.com, przygotowując własne, alternatywne zestawienie. I właśnie tam pojawiły się duże niespodzianki – zwłaszcza na trzecim i czwartym miejscu.

    Sabalenka numerem jeden – bez dyskusji

    Nie ma wątpliwości, że Białorusinka potwierdziła swoją dominację. W tym sezonie osiągała świetne wyniki w turniejach wielkoszlemowych – była w półfinale Wimbledonu, w finałach Australian Open i Roland Garros, a wreszcie sięgnęła po triumf w US Open. Jej pozycja liderki w rankingu WTA, jak i w alternatywnym zestawieniu, jest więc niepodważalna.

    Świątek wysoko, ale…

    Na drugim miejscu w obu rankingach znalazła się Iga Świątek. Polka wiosną miała trudniejszy moment, jednak później wróciła do świetnej dyspozycji. Wygrała Wimbledon, zwyciężyła też w Cincinnati, pokazując, że nadal potrafi być niezwykle groźna. Choć w US Open nie spełniła własnych oczekiwań, eksperci są przekonani, że w azjatyckich i halowych turniejach znów będzie liczyć się w walce o tytuły.

    Największe zaskoczenia – Anisimova i Osaka

    Na trzecim i czwartym miejscu dziennikarze umieścili zawodniczki, których próżno szukać w czołowej piątce rankingu WTA. Amanda Anisimova – finalistka Wimbledonu i US Open – według portalu „wyniosła swoją reputację na zupełnie inny poziom” i od tej pory musi być traktowana jako kandydatka do każdego wielkiego tytułu.

    Jeszcze większe zaskoczenie to Naomi Osaka. Japonka w oficjalnym rankingu jest dopiero 14., ale dziennikarze zwrócili uwagę na jej rewelacyjną formę po rozstaniu z Patrickiem Mouratoglou. „Jej gra jest niesamowita, odnalazła równowagę i na pewno wierzy, że wkrótce zdobędzie kolejny tytuł Wielkiego Szlema” – podkreślili.

    Gauff rozczarowaniem

    Zupełnie inaczej oceniono Coco Gauff. Amerykanka, która oficjalnie zajmuje trzecie miejsce na świecie, w alternatywnym rankingu znalazła się dopiero na ósmej pozycji. Jak argumentowali dziennikarze – jej ostatnie tygodnie są zwyczajnie rozczarowujące.

    TOP 10 „prawdziwego” rankingu WTA wg tennis365.com

    1. Aryna Sabalenka (1. w oficjalnym rankingu WTA)
    2. Iga Świątek (2.)
    3. Amanda Anisimova (4.)
    4. Naomi Osaka (14.)
    5. Jessica Pegula (6.)
    6. Jelena Rybakina (10.)
    7. Mirra Andriejewa (5.)
    8. Coco Gauff (3.)
    9. Jasmine Paolini (8.)
    10. Clara Tauson (12.)

    Co dalej dla Świątek?

    Choć zestawienie portalu tennis365.com to oczywiście subiektywna ocena formy tenisistek, oficjalny ranking pozostaje najważniejszy. Prowadzi w nim Sabalenka, ale wiele wskazuje na to, że Iga Świątek wciąż ma szansę ją wyprzedzić w 2025 roku. Polka nie broni wielu punktów z ubiegłego sezonu, bo wtedy opuściła azjatycką część rozgrywek. Teraz wraca na korty w Seulu, gdzie w turnieju WTA 500 jest najwyżej rozstawioną zawodniczką. Na otwarcie zagra z Soraną Cirsteą lub Lin Zhu.

  • Pia Skrzyszowska pęka z dumy po tym, co zrobiła na MŚ. “Nie spodziewaliście się”

    Pia Skrzyszowska pęka z dumy po tym, co zrobiła na MŚ. “Nie spodziewaliście się”

    Pia Skrzyszowska przeżywa jeden z najpiękniejszych momentów w swojej karierze. W finale biegu na 100 metrów przez płotki podczas mistrzostw świata w Tokio prowadziła przez długi czas i ostatecznie ukończyła rywalizację na piątym miejscu. Dla 24-letniej Polki to historyczne osiągnięcie – po raz pierwszy w życiu znalazła się w finale globalnej imprezy. – Jestem piąta na świecie! Aż piąta! Myślę, że nikt się tego nie spodziewał – powiedziała z dumą przed kamerami TVP Sport. I trudno się z nią nie zgodzić.

    Długa droga do finału

    To była piąta próba Skrzyszowskiej, by przełamać barierę półfinału. W igrzyskach olimpijskich w Tokio w 2021 roku odpadła w półfinale. Tak samo było na MŚ w Eugene w 2022 roku, rok później w Budapeszcie i jeszcze na igrzyskach w Paryżu w 2024 roku. Teraz wreszcie się udało – Pia awansowała do finału i potwierdziła, że ciężka praca oraz konsekwencja przynoszą efekty.

    Piąte miejsce w Tokio jest symbolem jej sportowego rozwoju i najlepszym dowodem, że należy już do światowej czołówki.

    Droga przez półfinał

    Jeszcze godzinę przed finałem Pia błysnęła w półfinale. W swojej serii zajęła trzecie miejsce, tuż za rekordzistką świata Tobi Amusan oraz Nadine Visser – medalistką olimpijską i częstą sparingpartnerką Polki. Wynik 12,53 sekundy dawał jej awans jako jednej z dwóch najszybszych zawodniczek spoza pierwszej dwójki.

    Skrzyszowska długo czekała, patrząc na tablicę wyników, niepewna czy rezultat wystarczy. Gestem ważącej dłoni pokazywała, że sama analizuje sytuację. Dopiero po zakończeniu ostatniego półfinału mogła eksplodować z radości. Chwilę później jednak opanowała emocje – wiedziała, że musi oszczędzać siły na finał.

    Finał z charakterem

    W decydującym biegu Pia znakomicie wystartowała, najszybciej wyszła z bloków i walczyła o czołowe pozycje aż do samej mety. Ostatecznie finiszowała piąta, poprawiając czas z półfinału i uzyskując 12,49 sekundy. To rezultat bardzo zbliżony do jej rekordu życiowego (12,37 s), pokazujący, że stać ją na jeszcze więcej.

    Coraz mocniejsza na świecie

    Choć na medal w Tokio nie mogła realnie liczyć, sam awans do finału jest przełomem w jej karierze. Skrzyszowska ma już w dorobku brąz halowych MŚ 2024, złoto mistrzostw Europy z Monachium (2022) i dwa brązy z kolejnych czempionatów Starego Kontynentu (Rzym 2024, Apeldoorn 2025). Jednak na świecie do tej pory musiała ustępować takim zawodniczkom jak Visser, Ditaji Kambundji – świeżo upieczona mistrzyni globu – czy wicemistrzyni olimpijska Cyrena Samba-Mayela.

    Teraz jednak Pia dołączyła do tego grona. Jej piąte miejsce w Tokio ma ogromną wartość – to pierwszy tak duży finał w karierze, osiągnięty dzięki doskonałemu przygotowaniu i regularnym startom na najwyższym poziomie.

    Nowy początek

    Dla Skrzyszowskiej piąta lokata na mistrzostwach świata może być punktem zwrotnym. Polka udowodniła, że stać ją na walkę z najlepszymi i że drzwi do światowej elity stoją przed nią otworem. To może być początek jeszcze większych sukcesów.

  • Cały świat zobaczył, co Polacy zrobili z rywalami. Demolka w 80 minut

    Cały świat zobaczył, co Polacy zrobili z rywalami. Demolka w 80 minut

    Tak właśnie miało to wyglądać! Nikola Grbić w trakcie meczu momentami zakrywał twarz z frustracji, ale mimo tego Polacy pewnie rozbili swojego drugiego przeciwnika na mistrzostwach świata. Katarczycy popełniali mnóstwo błędów – także takich, które mogły stanowić realne zagrożenie dla naszych zawodników.

    Już przed spotkaniem było jasne, że zadanie nie należy do najtrudniejszych. Polacy to drużyna zdecydowanie lepsza od swojego poniedziałkowego rywala, dlatego oczekiwaliśmy od nich szybkiego i przekonującego zwycięstwa. I właśnie tak się stało – po zaledwie godzinie i 20 minutach biało-czerwoni pokonali Katar bez straty seta, meldując się w kolejnej fazie turnieju.

    Katar z problemami jeszcze przed startem MŚ

    Było to pierwsze w historii starcie Polaków z reprezentacją Kataru. Zespół z Bliskiego Wschodu od lat bazuje na polityce naturalizacji zawodników – sprowadza siatkarzy z różnych krajów i po okresie karencji daje im szansę gry w narodowych barwach. Jednak, jak pokazał mecz z Polską, nie przekłada się to na wysoką jakość sportową. Drużyna z 22. miejsca w światowym rankingu była wyraźnym outsiderem, a dodatkowo osłabiła ją strata rozgrywającego Milosa Stevanovicia, który z powodu problemów z paszportem nie mógł dołączyć do ekipy.

    Grbić rotuje składem

    Trener biało-czerwonych zdecydował się na zmiany względem meczu z Rumunią. Bartosza Kurka w ataku zastąpił Kewin Sasak, a Kamila Semeniuka wpuścił w miejsce Tomasza Fornala. Do tego na boisku pojawili się Marcin Komenda, Wilfredo Leon, Jakub Kochanowski, Norbert Huber i Jakub Popiwczak. Fornal mógł dostać chwilę odpoczynku także ze względu na lekkie przeziębienie, które od kilku dni krążyło po drużynie.

    Pierwszy set – błędy rywali i nerwy trenera

    Polacy rozpoczęli spotkanie spokojnie, starając się unikać prostych strat punktowych. Katarczycy próbowali grać odważnie, ale to oni popełniali zdecydowanie więcej błędów – w pierwszej partii oddali Polakom aż dziewięć punktów. Nasza drużyna nie grała perfekcyjnie (54 proc. pozytywnego przyjęcia, 44 proc. skuteczności w ataku), jednak to w zupełności wystarczyło, by kontrolować wynik. Chociaż rywale chwilowo wyszli na prowadzenie, końcówka należała już do biało-czerwonych, którzy wygrali 25:21.

    Drugi set – dominacja Polaków

    W drugiej odsłonie meczu przewaga Polaków była jeszcze bardziej widoczna. Katarczycy nie radzili sobie z mocnymi atakami, a momentami popełniali wręcz niebezpieczne błędy – jak w sytuacji, gdy jeden z ich graczy całkowicie przekroczył linię środkową i znalazł się pod nogami Polaków. Grbić widząc niedokładności w grze swojego zespołu momentami zasłaniał oczy, ale przy takim przebiegu spotkania nie miał powodów do niepokoju. Polacy zwyciężyli pewnie 25:14.

    Trzeci set – rezerwy też dają radę

    W trzeciej partii selekcjoner zdecydował się na szeroką rotację. Na boisku pojawili się Artur Szalpuk, Szymon Jakubiszak, Jakub Nowak oraz libero Maksymilian Granieczny. Pomimo zmian Polacy nie stracili jakości i szybko przejęli inicjatywę. Katarczycy na początku prowadzili kilkoma punktami, lecz później zupełnie nie nadążali za akcjami biało-czerwonych. Mecz zakończył się wynikiem 25:19 i całym triumfem Polski 3:0.

    Awans do 1/8 finału

    Dzięki zwycięstwu z Katarem Polacy zapewnili sobie awans do fazy pucharowej mistrzostw świata. W grupie B mają komplet sześciu punktów i bilans setów 6:0, co stawia ich w świetnej pozycji przed decydującym starciem o pierwsze miejsce z Holandią. Rumuni i Katarczycy nie mają już szans na wyjście z grupy.

    Ostatni mecz grupowy Polacy rozegrają w środę o 12:00 czasu polskiego przeciwko Holendrom. W sobotę, 20 września, w 1/8 finału czekać będą na nich Turcja lub Kanada.

  • Ponad 80 metrów w finale Anity Włodarczyk. Polka z rekordem świata masters

    Ponad 80 metrów w finale Anity Włodarczyk. Polka z rekordem świata masters

    Niektórzy eksperci podkreślali jeszcze przed rozpoczęciem mistrzostw świata w Tokio, że to właśnie Anita Włodarczyk może być największą – a nawet jedyną – polską nadzieją na medal. Argumentowali, że kto jak kto, ale ona potrafi przygotować formę na najważniejsze starty. Zwłaszcza na stadionie, na którym zdobyła swoje ostatnie olimpijskie złoto. Polka rzeczywiście przyjechała z takim celem, lecz tym razem rywalki okazały się poza zasięgiem. W szczególności Camryn Rogers, która pokazała fenomenalną dyspozycję i wynikiem 80,55 m zdobyła złoto. Włodarczyk zakończyła konkurs na szóstym miejscu, ale jej rezultat 74,64 m to nowy rekord świata w kategorii masters powyżej 40 lat.

    Podczas prezentacji zawodniczek na ekranach przypomniano jedynie jej cztery złote medale mistrzostw świata oraz rekord globu. Pominęto trzy olimpijskie triumfy, co tylko podkreśliło, jak wyjątkową postacią w tej wciąż młodej konkurencji jest Polka. Prawdopodobnie długo jeszcze nie znajdzie się tak utytułowana zawodniczka. Jednocześnie konkurs w Tokio jasno pokazał, że obecnie na wielkich imprezach nikt nie potrafi zagrozić Camryn Rogers.

    Kanadyjka dorzuciła do swojego dorobku – złota MŚ w Budapeszcie i olimpijskiego złota z Paryża – kolejny triumf, i to w wielkim stylu. Od pierwszej próby sygnalizowała, że będzie nie do zatrzymania. W otwierającym konkurs rzucie posłała młot na odległość 78,09 m, a w drugiej serii dołożyła fantastyczne 80,51 m, zostając dopiero czwartą zawodniczką w historii, która przekroczyła barierę 80 metrów.

    Zaraz po niej świetnie zaprezentowała się Finka Silja Kosonen (74,66 m), a nieco później do walki przystąpiła Włodarczyk. Polka rozpoczęła od solidnego rzutu na 72,32 m, co jednak od razu pokazało, że o medal będzie niezwykle ciężko. Kolejne próby poprawiły jej wynik tylko nieznacznie – 73,44 m w drugiej serii i 72,81 m w trzeciej. Dopiero w piątej kolejce Anita osiągnęła 74,64 m, co dało jej szóstą lokatę. Do piątego miejsca zabrakło jej zaledwie 46 centymetrów, do podium – trzech metrów.

    Za plecami Rogers uplasowały się dwie reprezentantki Chin: doświadczona Jie Zhao (77,60 m) i ledwie 18-letnia Jiale Zhang (77,10 m), uważana za jeden z największych talentów w historii tej konkurencji. Czołową ósemkę uzupełniły m.in. Kosonen, Amerykanka DeAnna Price i Włoszka Sara Fantini.

    Ostateczne wyniki finału rzutu młotem kobiet na MŚ w Tokio:

    1. Camryn Rogers (Kanada) – 80,51 m
    2. Jie Zhao (Chiny) – 77,60 m
    3. Jiale Zhang (Chiny) – 77,10 m
    4. Silja Kosonen (Finlandia) – 75,28 m
    5. DeAnna Price (USA) – 75,10 m
    6. Anita Włodarczyk (Polska) – 74,64 m
    7. Sara Fantini (Włochy) – 73,06 m
    8. Katrine Koch Jacobsen (Dania) – 71,59 m
    9. Aileen Kuhn (Niemcy) – 71,57 m
    10. Janee’ Kassanavoid (USA) – 70,35 m
    11. Nicola Tuthill (Irlandia) – 69,49 m
      Krista Tervo (Finlandia) – bez mierzonej próby
  • Świątek ujawnia, co działo się na US Open. “Nigdy nie miałam takich problemów”

    Świątek ujawnia, co działo się na US Open. “Nigdy nie miałam takich problemów”

    Iga Świątek udzieliła szczerego wywiadu dla programu „Dzień Dobry TVN”, w którym podsumowała swój występ w tegorocznym US Open, a także opowiedziała o problemach zdrowotnych i planach na najbliższe tygodnie. Polka, obecnie druga rakieta świata, zdradziła, że turniej w Nowym Jorku był dla niej wyjątkowo trudny i pełen zakulisowych komplikacji.

    Świątek o US Open: „Był to dla mnie chaotyczny turniej”

    Choć dotarła do ćwierćfinału, gdzie przegrała z Amandą Anisimovą, Świątek przyznała, że czuje pewien niedosyt. – Każdy sportowiec z czołówki ma poczucie, że jeśli nie wygra turnieju, to czegoś brakuje. Ten występ był dla mnie bardzo chaotyczny, szczególnie w tym, co działo się poza kortem – powiedziała.

    W trakcie rozmowy tenisistka ujawniła, że zmagała się z urazem stopy, który okazał się przeciążeniem. – To nic poważnego, ale wcześniej nigdy nie miałam takich problemów. Wyciągnęliśmy wnioski i teraz zadbamy o to, by nie powróciły. Podczas turnieju musiałam jednak grać z blokadami przeciwbólowymi – wyjaśniła.

    Nowe przedsięwzięcie – program stypendialny

    Jednym z wątków rozmowy była działalność pozasportowa liderki polskiego tenisa. Świątek ogłosiła start programu stypendialnego, realizowanego w ramach jej fundacji. – Pomysł powstał kilka lat temu, ale dopiero teraz mogę go zrealizować. Mam nadzieję, że spotka się z dobrym odbiorem – mówiła.

    Intensywny kalendarz startów w Azji

    Polka już przygotowuje się do kolejnej części sezonu, w której czekają ją wymagające turnieje w Azji. – Przed nami starty w WTA 1000 w Pekinie i Wuhan. To obowiązkowe imprezy, w których zagrają wszystkie najlepsze zawodniczki. Może się tam wiele wydarzyć w rankingach. Jestem podekscytowana – podkreśliła.

    Zapytana, czy w trakcie turniejów znajduje czas na chwilę wytchnienia, odpowiedziała, że takie momenty są potrzebne. – Monotonia życia tenisistki potrafi być przytłaczająca, dlatego dobrze jest zaplanować czas, by wyrwać się z codziennej rutyny – dodała.

    Najbliższy start – Seul

    Już w tym tygodniu Świątek wystąpi w turnieju WTA 500 w Seulu. Jest tam najwyżej rozstawioną zawodniczką i rozpocznie rywalizację od drugiej rundy, gdzie zmierzy się ze zwyciężczynią meczu Sorana Cirstea – Lin Zhu.

  • Fajdek był faworytem do finału. Dwa rzuty i było po wszystkim

    Fajdek był faworytem do finału. Dwa rzuty i było po wszystkim

    Paweł Fajdek w znakomitym stylu zameldował się w finale rzutu młotem podczas mistrzostw świata w Tokio. Polski zawodnik potrzebował zaledwie dwóch prób, aby zapewnić sobie awans, i był jedynym reprezentantem naszego kraju, który przeszedł eliminacje w poniedziałkowej sesji porannej.

    Mocny sygnał od Fajdka

    Do Japonii przyjechał w dobrej dyspozycji i z realnymi aspiracjami medalowymi. Na mistrzostwach Polski uzyskał najlepszy w tym sezonie rezultat w kraju – 79,07 m – i już wtedy udowodnił, że stać go na wielkie rzuty. Eliminacje w Tokio tylko potwierdziły te przypuszczenia.

    Pewny awans

    Fajdek rywalizował w grupie B, bardzo silnie obsadzonej. Już w pierwszej kolejce czterech zawodników przekroczyło minimum kwalifikacyjne (76,50 m). Byli to: Niemiec Merlin Hummel, Amerykanin Rudy Winkler, aktualny mistrz świata Ethan Katzberg z Kanady oraz Norweg Thomas Mardal. Szczególnie imponował Katzberg, który osiągnął 81,85 m – najlepszy wynik całych eliminacji.

    Polak zaczął spokojnie – w pierwszej próbie uzyskał 75,74 m. To pozwoliło mu „poczuć” koło i warunki na stadionie. Już w drugim podejściu pokazał pełnię możliwości, posyłając młot na 78,78 m. Ten rezultat dał mu pewny awans i ostatecznie był drugim najlepszym wynikiem eliminacji, ustępując jedynie Katzbergowi.

    – Drugi rzut był bardzo poprawny technicznie, na jakieś 90 procent. W finale chcę przekroczyć 80 metrów i powalczyć o medal – powiedział Fajdek w rozmowie z TVP Sport.

    Skład finału

    Z grupy B oprócz Fajdka awansowało jeszcze dwóch Węgrów – Armin Szabados (druga kolejka) oraz Daniel Raba, który wszedł z tzw. „małym q”, dzięki jednemu z trzech najlepszych rezultatów poza minimum.

    Z kolei w grupie A kwalifikacyjne 76,50 m przekroczyli Bence Halász, Elvind Henriksen i Mychajło Kochan. Do finału z „małym q” dołączyli też Trey Knight i Denzel Comenentia.

  • Rywalka Świątek nie wytrzymała. “Wystarczy”

    Rywalka Świątek nie wytrzymała. “Wystarczy”

    W ostatnich tygodniach coraz głośniej mówi się o narastającym napięciu pomiędzy tenisistkami a mediami. Podczas wielkoszlemowego US Open Iga Świątek dwukrotnie zareagowała w ostrzejszy sposób na pytania zadane jej w trakcie konferencji prasowych. Teraz do sprawy postanowiła odnieść się Belinda Bencic. – Staram się być otwarta i dawać coś od siebie, a nie tylko odpowiadać „tak” lub „nie”. Ale… – zaczęła.

    Świątek w Nowym Jorku mierzyła się z pytaniami, które wzbudziły jej zdziwienie i irytację. Najpierw usłyszała o… koralikach we włosach. – Co to za pytanie, przepraszam? Czy myślałam o tym, żeby wplatać sobie koraliki? Nie. O co chodzi? – ripostowała. Niedługo później została zapytana, czy nie potrzebuje „mentalnej przerwy” ze względu na intensywność startów. Druga rakieta świata odwróciła sytuację, zwracając uwagę, że dziennikarz sam wygląda na kogoś, kto potrzebowałby takiego odpoczynku.

    Do tematu pytań wykraczających poza tenis odniosła się teraz Belinda Bencic. Szwajcarka, która w 2024 roku wróciła do rywalizacji po przerwie związanej z narodzinami dziecka, podkreśliła, że niektóre kwestie poruszane przez dziennikarzy są dla niej zbyt osobiste. – Chciałabym, żeby akcent kładziono na moją grę i wyniki na korcie, a nie na życie prywatne. Staram się być szczera i mówić więcej niż tylko „tak” czy „nie”. Ale gdy w programie na żywo, choćby w BBC, pada pytanie: „Jesteś już w półfinale, ale czy nadal zmieniasz pieluchy?”, to naprawdę wolę porozmawiać o ćwierćfinale, który właśnie wygrałam – powiedziała w rozmowie z Athlon Sports, cytowana przez tennisworldusa.org.

    – Kocham bycie mamą, ale do pewnego momentu mam tego dosyć. Nie odpowiadam na każde pytanie, bo część z nich jest zbyt prywatna. Jasne, macierzyństwo jest częścią mojej tożsamości, ale chcę być też postrzegana jako dobra zawodniczka i tenisistka – podsumowała.k3