• Raducanu prowadziła już 6:4, 5:2 i nagle zwrot. Oto rywalka Świątek w ćwierćfinale!

    Raducanu prowadziła już 6:4, 5:2 i nagle zwrot. Oto rywalka Świątek w ćwierćfinale!

    W czwartkowy poranek Iga Świątek zameldowała się w ćwierćfinale turnieju WTA 500 w Seulu, pokonując Soranę Cirsteę 6:3, 6:2. Rumunka potrafiła momentami postawić się liderce rankingu, ale Polka zachowała kontrolę i pewnie wygrała. – Warunki tutaj są zupełnie inne niż na poprzednim turnieju. Cieszę się, że szybko się dostosowałam. Bardzo mi się tu podoba, szczególnie kiedy nie pada deszcz – mówiła po meczu Świątek.

    O tym, kto będzie jej kolejną rywalką, zdecydowało starcie Barbory Krejcikovej z Emmą Raducanu. Obie tenisistki mają w dorobku wielkoszlemowe triumfy, więc kibice mogli spodziewać się zaciętej rywalizacji – i rzeczywiście tak było.

    Raducanu lepsza w pierwszym secie

    Spotkanie zaczęło się od pewnych gemów serwisowych z obu stron. Jako pierwsza przewagę przełamania zdobyła Krejcikova, ale Brytyjka natychmiast ją odrobiła. W siódmym gemie Czeszka miała szansę na kolejnego breaka, jednak jej nie wykorzystała. W końcówce seta to Raducanu zachowała więcej koncentracji – w dziesiątym gemie Krejcikova popełniła podwójny błąd serwisowy, a Brytyjka wygrała partię 6:4.

    Statystyki wskazywały na ogromną liczbę błędów Czeszki – 19 niewymuszonych i aż trzy podwójne błędy serwisowe. Z drugiej strony miała ona zdecydowanie więcej kończących uderzeń (18 wobec 4 Raducanu). Emma imponowała natomiast skutecznością pierwszego podania – 71 proc. wobec 48 proc. u rywalki.

    Zacięty tie-break i zwrot akcji

    Druga partia także była pełna emocji. Choć Krejcikova szybko zdobyła przewagę przełamania, to przy własnym serwisie popełniała błędy i straciła inicjatywę. Raducanu prowadziła już 4:1 i wydawało się, że zmierza po zwycięstwo. Czeszka jednak nie odpuszczała – obroniła piłkę meczową i doprowadziła do tie-breaka. Tam Brytyjka znów miała dwie okazje, by zakończyć spotkanie, lecz żadnej nie wykorzystała. Kluczowy okazał się jej podwójny błąd serwisowy przy stanie 10:11. Krejcikova wykorzystała szansę i wygrała seta.

    Decydujący set bez historii

    Wygrana w tie-breaku wyraźnie dodała Krejcikovej pewności siebie. Z kolei Raducanu, która wcześniej zmarnowała kilka okazji, wyglądała na coraz bardziej zrezygnowaną. Po przełamaniu na 3:1 Czeszka całkowicie przejęła inicjatywę. Brytyjka nie potrafiła znaleźć odpowiedzi na mocne uderzenia rywalki i szybko straciła kolejne gemy. Ostatecznie Krejcikova wygrała decydującego seta 6:1 i po niemal trzech godzinach gry awansowała do ćwierćfinału.

    Krejcikova kolejną rywalką Świątek

    Barbora Krejcikova pokonała Emmę Raducanu 4:6, 7:6(10), 6:1 i w piątek zmierzy się z Igą Świątek o miejsce w półfinale. Będzie to już piąte starcie obu tenisistek w tourze. Bilans bezpośrednich meczów jest korzystny dla Polki – 3 zwycięstwa i 2 porażki. Ostatni raz spotkały się podczas ubiegłorocznych finałów WTA, gdzie Świątek wygrała po trzysetowej batalii 4:6, 7:5, 6:2.

    Ze względu na opóźnienia spowodowane opadami deszczu, ich pojedynek w Seulu zaplanowano na piątek, prawdopodobnie około godziny 9:00 czasu polskiego.

  • Galaktyczny finał z Natalią Bukowiecką. Jest nowa królowa jednego okrążenia

    Galaktyczny finał z Natalią Bukowiecką. Jest nowa królowa jednego okrążenia

    Rok temu Natalia Kaczmarek była jedną z głównych kandydatek do podium igrzysk olimpijskich w biegu na 400 metrów – i oczekiwań nie zawiodła. W finale pobiegła poniżej 49 sekund i sięgnęła po medal. Dziś jednak, już jako Natalia Bukowiecka, stanęła na starcie w jeszcze mocniej obsadzonym finale mistrzostw świata w Tokio. Wśród rywalek znalazła się bowiem sama Sydney McLaughlin-Levrone – rekordzistka świata na 400 m przez płotki, która w tym sezonie postanowiła spróbować sił na płaskim dystansie. To właśnie Amerykanka była główną kandydatką do złota i to na nią patrzył cały lekkoatletyczny świat, oczekując, że może pobić 40-letni rekord Marity Koch. Rekord nie padł, ale McLaughlin-Levrone pobiegła drugi czas w historii. Polka finiszowała czwarta.

    Już rok temu, na igrzyskach w Paryżu, Amerykanka oczarowała kibiców, gdy na płotkach osiągnęła wynik niewyobrażalny – dystans 400 m pokonała w czasie, w jakim większość zawodniczek biega jedno okrążenie bez przeszkód. Wtedy próbowała jej dorównać Femke Bol, ale przypłaciła to wielkim zmęczeniem, ledwo broniąc brąz. Wynik 50.37 s na 400 m ppł uchodzi dziś za jeden z najdoskonalszych w historii i długo może pozostać nieosiągalny – podobnie jak legendarny rekord Koch (47.60 s) z 1985 r.

    W tym sezonie McLaughlin-Levrone zdecydowała się na zmianę. Oddała Bol złoto na płotkach, a sama przerzuciła się na płaskie 400 m, chcąc zmierzyć się z najlepszymi: Marileidy Paulino, Salwą Eid Naser czy innymi zawodniczkami z czołówki tabel wszech czasów. Wśród nich znalazła się także Natalia Bukowiecka, która choć przyjechała do Tokio z dużymi obawami po nieudanym występie w Zurychu, stopniowo odzyskiwała formę. Najpierw pokazała się dobrze w sztafecie mieszanej, potem znakomicie pobiegła w eliminacjach i półfinale, notując najlepszy czas w sezonie. – W Japonii złapała rytm i widać było, że nogi ją niosą. To było widoczne już na obozie w Zao i później na rozgrzewkach w Tokio – podkreślał trener Marek Rożej.

    W finale Bukowiecka wystartowała z ósmego toru, tuż przed nią biegła Paulino, a za nią czaiła się Naser. McLaughlin-Levrone miała komfort – z centralnego toru mogła kontrolować wszystkie rywalki. Już po 150 metrach w trudnych, deszczowych warunkach wyprzedziła Amber Anning i ruszyła w pogoń za rekordem świata. Paulino nie dawała za wygraną, a na 100 m przed metą traciła do Amerykanki tylko 0,10 s. Jednak McLaughlin-Levrone utrzymała przewagę i ostatecznie uzyskała fenomenalny czas 47.78 – drugi wynik w historii. Paulino była druga (47.98), a Naser trzecia (48.19).

    Bukowiecka pobiegła bardzo dojrzale, utrzymując czwarte miejsce mimo nacisków Anning. Na metę wpadła z czasem 49.27, ustanawiając swój najlepszy wynik w sezonie. Choć do podium zabrakło, Polka może być dumna – potwierdziła przynależność do absolutnej światowej czołówki.

    Finał MŚ w Tokio – bieg na 400 m kobiet:

    1. Sydney McLaughlin-Levrone (USA) – 47.78
    2. Marileidy Paulino (Dominikana) – 47.98
    3. Salwa Eid Naser (Bahrajn) – 48.19
    4. Natalia Bukowiecka (Polska) – 49.27
    5. Amber Anning (Wielka Brytania) – 49.36
    6. Roxana Gómez (Kuba) – 49.48
    7. Henriette Jaeger (Norwegia) – 49.74
    8. Nickisha Pryce (Jamajka) – 49.97
  • Cały świat zobaczył, co zrobiła Bukowiecka. “Kosmos”

    Cały świat zobaczył, co zrobiła Bukowiecka. “Kosmos”

    „Zaimponowałam sama sobie” – Bukowiecka czwarta w finale MŚ w Tokio. Polka wśród gigantów 400 metrów

    Natalia Bukowiecka po raz kolejny przypomniała kibicom, że jest jedną z największych postaci polskiego sportu. W finale mistrzostw świata w Tokio zajęła czwarte miejsce w biegu na 400 metrów, osiągając fenomenalny czas 49,27 sekundy – trzeci najlepszy wynik w swojej karierze i jednocześnie najlepszy rezultat w historii tej konkurencji, który… nie dał medalu.

    Zaimponowałam sama sobie. Mówię to szczerze – przyznała wzruszona Polka przed kamerami.

    Finał na kosmicznym poziomie

    Tokijski finał na 400 metrów był prawdziwym widowiskiem. Padający deszcz nie przeszkodził zawodniczkom w osiąganiu niewiarygodnych rezultatów. Amerykanka Sydney McLaughlin-Levrone wygrała z czasem 47,78 s – to drugi wynik w historii, ustępujący jedynie rekordowi świata Niemki Marity Koch (47,60 s z 1985 roku, uzyskanemu w epoce pełnej dopingowych podejrzeń).

    Za Amerykanką finiszowały Marileidy Paulino z Dominikany (47,98 s) i Salwa Eid Naser z Bahrajnu (48,19 s). Natalia Bukowiecka przybiegła czwarta – ponad sekundę później, ale i tak ustanowiła rezultat, który w niemal każdej innej epoce gwarantowałby medal.

    Po cichu wierzyłam w medal, ale wiedziałam, że to będzie niezwykle trudne. Czwarte miejsce na świecie to ogromny sukces. Ja przyjechałam tu, żeby odzyskać wiarę w siebie – i to się udało – podkreślała Polka.

    Sezon przejściowy, ale wyniki znakomite

    Bukowiecka ma za sobą nietypowy rok. Po zdobyciu brązowego medalu na igrzyskach olimpijskich w Paryżu w 2024 roku, jej trener Marek Rożej postanowił nieco zmienić podejście. Zawodniczka nie startowała w hali, a przygotowania były lżejsze, bardziej nastawione na regenerację i długofalowy rozwój. Mimo to Polka potwierdziła, że utrzymuje się w ścisłej światowej czołówce.

    W tamtym roku jechałam na igrzyska bardzo pewna siebie. Wiedziałam, że stać mnie na medal. W tym sezonie zdarzyło mi się kilka wpadek i nie wiedziałam, czego się spodziewać. Dlatego tym bardziej cieszę się, że znów pokazałam wysoki poziom – mówiła Bukowiecka.

    Jej rekord życiowy wynosi 48,90 s. To granica, którą musi pokonać, by ponownie walczyć o medale na największych imprezach. Biorąc pod uwagę, że w Tokio pobiegła tylko 0,37 s wolniej, można mieć pewność, że poprawienie życiówki jest realne.

    Stabilizacja w światowej elicie

    W ostatnich latach Polka konsekwentnie umacnia swoją pozycję: w 2023 roku wywalczyła srebro mistrzostw świata, w 2024 roku brąz olimpijski, a teraz zajęła czwarte miejsce na świecie. To nie oznacza spadku formy, lecz dowód stabilizacji na absolutnym topie.

    Czuję, że organizm jest gotowy na ciężką pracę w kolejnym sezonie. Jeżeli w tym roku, przy słabszych przygotowaniach, potrafiłam osiągać takie wyniki, to w przyszłym sezonie może być jeszcze lepiej. Wierzę, że stać mnie na rekord życiowy – zapowiedziała Bukowiecka.

    Bukowiecka wśród największych

    W polskim sporcie Natalia Bukowiecka ustępuje popularnością jedynie Idze Świątek i Robertowi Lewandowskiemu, ale pod względem poziomu rywalizacji, z jaką się mierzy, niewielu sportowców może się z nią równać. Biega w konkurencji absolutnie globalnej, w której do finału marzą o wejściu zawodniczki z każdego zakątka świata.

    W 2023 roku została pierwszą Europejką od dekady i pierwszą białą zawodniczką od 15 lat z medalem mistrzostw świata lub igrzysk olimpijskich na 400 metrów. Dziś znów potwierdziła, że jest najszybszą Europejką i jedyną realną konkurentką dla zawodniczek z Ameryki czy Karaibów.

    Polska lekkoatletka ma 27 lat i najlepsze lata kariery wciąż przed sobą. Jej konsekwencja, determinacja i ambicja sprawiają, że coraz częściej wymienia się ją jednym tchem obok Świątek czy Lewandowskiego jako ambasadorkę polskiego sportu na arenie międzynarodowej.

    Doceniajmy Bukowiecką. To nie tylko znakomita biegaczka, ale też niezwykle mocny symbol naszej obecności w światowej lekkoatletyce. Polska ma w niej prawdziwą gwiazdę – podkreślają eksperci.


  • Rekord MŚ! To była ostatnia prosta. Bukowiecka pokazała klasę

    Rekord MŚ! To była ostatnia prosta. Bukowiecka pokazała klasę

    Z ogromnym napięciem wyczekiwaliśmy finału mistrzostw świata w biegu na 400 metrów. Natalia Bukowiecka stanęła na starcie w świetnej dyspozycji, walczyła do końca i osiągnęła swój najlepszy wynik w sezonie. Mimo to nie udało się sięgnąć po medal – Polka zakończyła rywalizację na czwartej pozycji.

    Bukowiecka przyjechała do Tokio bez łatki faworytki. Owszem, wciąż pamiętamy o wspaniałych sukcesach polskich biegaczek z poprzednich lat, ale tegoroczne rezultaty pokazywały, że kilka zawodniczek prezentuje formę wyraźnie lepszą od brązowej medalistki olimpijskiej na tym dystansie.

    Bukowiecka z przytupem w finale
    Mimo krytyki, jaka w ostatnich miesiącach spadała na nią ze strony kibiców, nasza sprinterka nie ugięła się pod presją. W półfinale uzyskała znakomity wynik – 49,67 s, co było jej najlepszym rezultatem w tym roku. Co więcej, na ostatnich metrach wyprzedziła jedną z najgroźniejszych rywalek, Marileidę Paulino, i pewnie zwyciężyła swój bieg.

    Główną faworytką do złota pozostawała Sydney McLaughlin-Levrone, która w półfinale pobiła rekord USA czasem 48,29 s, mimo że wyraźnie zwolniła na ostatnich metrach. Eksperci spekulowali, że Amerykanka może nawet pokusić się o poprawienie legendarnego rekordu świata Marity Koch (47,60 s), który od blisko 40 lat uchodzi za jeden z najtrudniejszych do pobicia.

    Dobre występy Bukowieckiej rozbudziły nasze nadzieje, choć wiedzieliśmy, że rywalizacja w finale będzie niezwykle mocna i Polka równie dobrze mogła zakończyć bieg na 5. czy 6. miejscu.

    Przebieg finału
    W decydującym starcie McLaughlin-Levrone była absolutnie poza zasięgiem reszty stawki. Wygrała z fenomenalnym czasem 47,78 s – to rekord mistrzostw świata i drugi najlepszy wynik w historii konkurencji. Bukowiecka od początku biegła odważnie, a na finiszu stoczyła zaciętą walkę o czwartą pozycję, którą ostatecznie utrzymała. Uzyskała rezultat 49,27 s, najlepszy w tym sezonie.

    Podium uzupełniły Paulino (47,98 s) oraz Salwa Eid Naser (48,19 s). Trójka medalistek wyraźnie odskoczyła reszcie rywalek.

    Choć Polce nie udało się zdobyć medalu, jej występ należy ocenić bardzo wysoko. Udowodniła, że potrafi przygotować najwyższą formę na najważniejszą imprezę sezonu i po raz kolejny potwierdziła, że jest najlepszą Europejką na dystansie 400 metrów.

  • Rekord, rekord! Fantastyczny bieg Wielgosz na MŚ w Tokio

    Rekord, rekord! Fantastyczny bieg Wielgosz na MŚ w Tokio

    Podczas lekkoatletycznych mistrzostw świata w Tokio w eliminacjach biegu na 800 metrów zobaczyliśmy trzy Polki: Angelikę Sarnę, Margaritę Koczanową i Annę Wielgosz. Dwie z nich poprawiły rekordy życiowe, ale tylko jedna zdołała wywalczyć awans do półfinału. Udało się to Annie Wielgosz, która w decydujących momentach zachowała zimną krew i wykazała się sprytem. – Jeszcze nie ma pusto w baku, możemy walczyć – zapowiedziała po biegu.

    Sarna blisko awansu, ale zabrakło sekundy

    Jako pierwsza na bieżnię wyszła Angelika Sarna. Początkowo bieg układał się dla niej dobrze – na 500. metrze zajmowała czwarte miejsce. W końcówce pojawiły się jednak problemy. Eloisa Coiro wdarła się po wewnętrznej, blokując Polkę i wybijając ją z rytmu. Ostatecznie Sarna finiszowała szósta z czasem 2:02.81, co oznaczało stratę niespełna sekundy do półfinału. – Na 120 metrów do mety zrobił się chaos. Włoszka na siłę chciała wejść po wewnętrznej, choć miejsca tam nie było. To wybiło mnie z rytmu. 800 metrów to bieg bardzo taktyczny, szybki i nieprzewidywalny – oceniła w rozmowie z TVP Sport.

    Wielgosz z życiówką i pewnym awansem

    W kolejnym biegu wystartowała Anna Wielgosz. Postawiła na spokojny początek, a szczęście dopisało jej w kluczowym momencie – dwie rywalki zderzyły się, a Polka umiejętnie przeskoczyła nad jedną z nich i zaczęła przesuwać się do przodu. Na ostatnich 300 metrach minęła m.in. Hiszpankę Loreę Ibarzabal i Australijkę Abbey Caldwell, finiszując na trzecim miejscu, które dawało bezpośredni awans. Wielgosz ustanowiła przy tym rekord życiowy 1:58.63. – Na początku trzymałam się z tyłu, żeby nie wdawać się w przepychanki. Miałam też trochę szczęścia, bo jedna z dziewczyn się przewróciła. Cieszę się ogromnie, bo jeszcze nie ma pusto w baku – będziemy walczyć. Chcę jak najlepiej wypaść na głównej imprezie sezonu i dam z siebie wszystko w półfinale – mówiła po biegu.

    Koczanowa z rekordem, ale bez półfinału

    Jako ostatnia pobiegła Margarita Koczanowa. Przez większą część dystansu utrzymywała się na szóstym miejscu. Na finiszu przesunęła się na czwartą pozycję, jednak nie zdołała dogonić czołówki, a dodatkowo tuż przed metą wyprzedziła ją Francuzka Renelle Lamote. Polka zajęła piąte miejsce z czasem 1:59.37 – najlepszym w karierze, ale niewystarczającym do awansu. – Jestem niesamowicie dumna z siebie i z całej drogi, którą przeszłam w tym sezonie. Trzeci raz pobiegłam poniżej dwóch minut, to piękne zakończenie sezonu. Mam nadzieję, że w halowych startach wejdę z przytupem – przyznała po biegu.

    Półfinały na 800 metrów kobiet odbędą się w czwartek o godzinie 13:43 czasu polskiego.

  • Nie do wiary, co zrobiła Świątek. Wymowna reakcja Fissette’a i Abramowicz

    Nie do wiary, co zrobiła Świątek. Wymowna reakcja Fissette’a i Abramowicz

    Iga Świątek w świetnym stylu zadebiutowała w Korei Południowej. W swoim pierwszym meczu w karierze rozgrywanym w Seulu pokonała w drugiej rundzie turnieju WTA 500 Soranę Cirsteę 6:3, 6:2 i zameldowała się w ćwierćfinale. Spotkanie obfitowało w emocje i efektowne zagrania, a jedno z nich – znakomity bekhend Polki – wprawiło komentatorów w osłupienie.

    Rumunka, obecnie 56. rakieta świata, w pierwszym meczu gładko wygrała z Anastazją Zacharową 6:3, 6:1. W starciu ze Świątek, która jako najwyżej rozstawiona w imprezie tenisistka otrzymała w pierwszej rundzie wolny los, miała jednak dużo trudniejsze zadanie.

    Początek spotkania należał zdecydowanie do Polki. Błyskawicznie objęła prowadzenie 3:0, dwukrotnie przełamując rywalkę. – „Ależ piszczy ten kort pod stopami Igi, ona wykonuje mnóstwo małych kroków, świetnie się porusza” – komentował w Canal+ Sport Żelisław Żyżyński. Z czasem gra się wyrównała, a Świątek zaczęła popełniać błędy. Cirstea wykorzystała jedną z okazji i odrobiła stratę przełamania, jednak przy kolejnym gemie serwisowym ponownie oddała podanie.

    W międzyczasie Świątek popisała się zagraniem, które komentatorka Klaudia Jans-Ignacik nazwała „obrazkiem meczu” – zaskakującym bekhendem odegranym w sytuacji, gdy piłka nieoczekiwanie przyspieszyła po odbiciu od kortu. Polka prowadziła już 5:1, lecz Cirstea ambitnie walczyła, zmniejszając straty do 5:3. Ostatecznie set zakończył się wynikiem 6:3, gdy Świątek ponownie przejęła inicjatywę i skutecznie wykańczała wymiany.

    Druga partia rozpoczęła się niemal identycznie – od prowadzenia Polki 3:0. Rumunka starała się przejmować kontrolę, ale popełniała zbyt wiele błędów. Świątek utrzymywała przewagę, wspierając się dobrym serwisem i skuteczną grą w kluczowych momentach. Przy stanie 4:2 pojawiły się małe nerwy, bo Cirstea miała szansę na przełamanie, jednak to ona popełniła błąd przy forhendurze. Po chwili Polka zamknęła mecz wynikiem 6:3, 6:2.

    Był to pierwszy występ Świątek od US Open. Po turnieju w Nowym Jorku Polka przyznała, że zmagała się z problemami ze stopą. Trener Wim Fissette podkreślał, że start w Seulu był uzależniony od pełnej sprawności zawodniczki. – „Powiedzieliśmy sobie, że zagramy tutaj tylko wtedy, gdy Iga będzie w stu procentach zdrowa” – wyjaśniał w rozmowie ze Sport.pl. W meczu z Cirsteą widać było, że przerwa i odpoczynek przyniosły efekty.

    Świątek, która debiutuje w turnieju w stolicy Korei Południowej, musiała jeszcze oswoić się z tamtejszymi kortami, co tłumaczy większą liczbę niewymuszonych błędów. Kluczowe jednak, że w decydujących momentach zachowała zimną krew i precyzję.

    W ćwierćfinale rywalką Polki będzie zwyciężczyni meczu Barbora Krejčíková – Emma Raducanu. Transmisje z turnieju w Seulu dostępne są w Canal+ Sport, a relacje także w serwisie Sport.pl. Świątek pozostaje jedyną reprezentantką Polski w singlu tej imprezy.

  • Świątek nagle dostała pytanie o ojca. Natychmiastowa reakcja

    Świątek nagle dostała pytanie o ojca. Natychmiastowa reakcja

    Iga Świątek awansowała do ćwierćfinału turnieju WTA 500 w Seulu! Polka udanie rozpoczęła azjatycką część sezonu, pokonując w stolicy Korei Południowej Soranę Cirsteę 6:3, 6:2. Rumunka próbowała stawić jej opór i momentami zmuszała do większego wysiłku, jednak na dłuższą metę nie była w stanie zatrzymać liderki światowego rankingu. Po meczu Świątek podsumowała swój występ, a ku zaskoczeniu wielu otrzymała także pytanie o… swojego ojca.

    Uraz nie zatrzymał Igi

    Jeszcze przed rozpoczęciem turnieju w Seulu pojawiały się wątpliwości, czy Świątek w ogóle wystąpi. W trakcie US Open zmagała się bowiem z problemem ze stopą. Ostatecznie zdecydowała się na wyjazd do Korei Południowej i, jak się okazało, była jedyną tenisistką z czołowej dziesiątki rankingu WTA, która pojawiła się w tym turnieju. Jako rozstawiona z numerem 1 od początku była główną faworytką imprezy.

    Cirstea spróbowała, ale nie dała rady

    Polka rozpoczęła rywalizację od 1/8 finału, gdyż w pierwszej rundzie miała wolny los. Jej przeciwniczką była doświadczona Sorana Cirstea, która wcześniej pewnie ograła Anastazję Zacharową. Mimo to bilans bezpośrednich starć z Igą mówił sam za siebie – Rumunka jeszcze nigdy nie wygrała z Polką.

    W pierwszym secie Świątek musiała się nieco napracować. Przy prowadzeniu 5:1 miała trzy piłki setowe, ale rywalka zdołała się obronić i nawet odrobić jedno przełamanie. Liderka rankingu natychmiast odpowiedziała jednak własnym „breakiem”, zamykając partię wynikiem 6:3. W drugiej odsłonie spotkania tylko raz znalazła się w opałach – przy stanie 2:4 Cirstea miała trzy szanse na przełamanie. Świątek wyszła z opresji, a chwilę później przejęła pełną kontrolę nad meczem, wygrywając 6:2.

    Seul wyjątkowy dla rodziny Świątek

    Po zwycięstwie Iga podkreślała, że musiała szybko zaaklimatyzować się do nowych warunków gry. – Czuję się świetnie, dziękuję za wasze wsparcie. Warunki są zupełnie inne niż podczas mojego ostatniego turnieju, ale cieszę się, że tak szybko się przystosowałam. Bardzo podoba mi się tutaj, zwłaszcza kiedy nie pada deszcz – mówiła z uśmiechem.

    Dziennikarze zapytali ją również o jej ojca, Tomasza Świątka, który w 1988 roku startował właśnie w Seulu podczas igrzysk olimpijskich i zajął siódme miejsce w wioślarskiej czwórce podwójnej. – Tata wiele razy opowiadał mi i mojej siostrze o tamtym doświadczeniu, to był szczyt jego kariery. Teraz ja mogę odkrywać to miasto i grać na obiektach olimpijskich. Jestem zaskoczona, jak mocno Seul pielęgnuje olimpijskie tradycje. To niesamowite uczucie, bo igrzyska to najważniejsze zawody na świecie. Może za rok tata przyjedzie tutaj razem ze mną – przyznała Polka.

    W ćwierćfinale Świątek zmierzy się ze zwyciężczynią pojedynku pomiędzy Emmą Raducanu a Barborą Krejčíkovą.

  • Kosmiczny finał z udziałem Natalii Bukowieckiej. To może być wydarzenie mistrzostw świata

    Kosmiczny finał z udziałem Natalii Bukowieckiej. To może być wydarzenie mistrzostw świata

    Już same półfinały biegu na 400 metrów kobiet w Tokio stały na poziomie absolutnie historycznym, a to dopiero przedsmak tego, co czeka nas w wielkim finale (godz. 15.24). Wszystko wskazuje na to, że będziemy świadkami jednego z najmocniej obsadzonych biegów w całej historii mistrzostw świata w lekkiej atletyce. Na starcie zobaczymy prawdziwą plejadę gwiazd, w tym Natalię Bukowiecką. Niewykluczone, że dojdzie nawet do przełamania legendarnego rekordu świata Marity Koch z 1985 roku.

    W skrócie

    • Finał 400 m w Tokio zapowiada się jako jeden z najmocniejszych w dziejach tej konkurencji – z udziałem największych gwiazd, w tym Polki Natalii Bukowieckiej.
    • Główną faworytką jest Amerykanka Sydney McLaughlin-Levrone, która może podjąć próbę pobicia 40-letniego rekordu świata. Bukowiecka ma realne szanse na medal, zwłaszcza w walce o brąz.
    • Polka prezentuje najwyższą formę w sezonie, a jej trener Marek Rożej wierzy, że stać ją na kolejny wielki wynik i niespodziankę w finale.

    Rekord pod ostrzałem

    W dziejach kobiecego 400 m tylko dwie zawodniczki zeszły poniżej 48 sekund – Marita Koch (47,60 w 1985 r.) oraz Jarmila Kratochvilova (47,99). Do dziś to wyniki niemal mityczne. W Tokio najwięcej emocji budzi forma Sydney McLaughlin-Levrone. Amerykanka w półfinale uzyskała 48,29 sek., a na ostatnich metrach wyraźnie zwolniła. To wynik będący rekordem USA i sygnał, że w finale może paść rezultat historyczny.

    McLaughlin-Levrone to zawodniczka o niesamowitej wszechstronności – jest aktualną rekordzistką świata na 400 m przez płotki (50,37), znakomicie radzi sobie także na 200 m (22,07) i 100 m (11,21). Nic dziwnego, że to właśnie na nią zwrócone będą oczy całego świata.

    Rywalki ze światowej czołówki

    Skład finału jest kosmiczny. Obok Amerykanki pobiegnie mistrzyni olimpijska i rekordzistka olimpijska – Marileidy Paulino z Dominikany (48,17), a także srebrna medalistka olimpijska Salwa Eid Naser z Bahrajnu oraz brązowa medalistka olimpijska Natalia Bukowiecka, aktualna mistrzyni Europy. Do tego rekordzistki narodowe: Amber Anning (Wielka Brytania), Nickisha Pryce (Jamajka), Roxana Gomez (Kuba) oraz utalentowana Norweżka Henriette Jaeger.

    – Ten finał może być ozdobą całych mistrzostw. Każda z uczestniczek ma potężny rekord życiowy i tytuły. To gwarantuje widowisko najwyższej klasy – powiedział Marek Rożej, trener Bukowieckiej.

    Szanse Natalii Bukowieckiej

    Polka odżyła w Tokio. Wygląda na wyluzowaną, bawi się bieganiem i właśnie dlatego prezentuje najwyższą formę w sezonie. Wygrana w półfinale dała jej tor ósmy, tuż obok Paulino. To dobre ustawienie, bo rywalka biegnąca na dziewiątym torze może pomóc w utrzymaniu tempa.

    – Przy tej obsadzie tor nie ma większego znaczenia. Natalia wreszcie zaczęła biegać na luzie. Forma przyszła w idealnym momencie – ocenił trener Rożej. – Będzie walczyć na 110 procent, a co z tego wyniknie, okaże się na mecie.

    Zdaniem szkoleniowca, realny cel to walka o brąz, choć w finale wszystko jest możliwe. Bukowiecka czerpie siłę z dwóch świetnych startów w Japonii, które odbudowały ją mentalnie. – To jest bieganie turniejowe, więc dochodzą nerwy i emocje. Ale Natalia przywiozła najlepszą formę w sezonie. Będziemy walczyć o medal – podsumował Rożej.

    Wszystko wskazuje na to, że czeka nas finał, który zapisze się złotymi zgłoskami w historii lekkiej atletyki.

  • Świątek nawet nie zdążyła wejść na kort. Sensacja w Seulu!

    Świątek nawet nie zdążyła wejść na kort. Sensacja w Seulu!

    Diana Sznajder, turniejowa „piątka” w Seulu, niespodziewanie szybko zakończyła swój udział w imprezie. Rosjanka przegrała 4:6, 4:6 z dużo niżej notowaną Suzan Lamens. To spora sensacja, bo jeszcze w pierwszym secie Sznajder prowadziła 4:2 i prezentowała się solidnie. Niestety, podobnie jak w wielu wcześniejszych spotkaniach, po dobrym początku jej gra zaczęła się rozsypywać.

    Tymczasem Iga Świątek, która po sukcesach w Wimbledonie i Cincinnati była typowana do triumfu w US Open, niespodziewanie zatrzymała się na etapie ćwierćfinału po porażce z Amandą Anisimową. Teraz Polka skupia się już na występie w Seulu, gdzie rozstawiona jest z numerem 1 i wymieniana w gronie głównych faworytek. Odpadnięcie Sznajder to dla niej bardzo korzystna wiadomość – z rywalizacji ubyła właśnie jedna z potencjalnie najgroźniejszych przeciwniczek.

    Sznajder rozpoczęła turniej w Korei udanie. W pierwszej rundzie pokazała charakter, odwracając losy meczu z Caty McNally i wygrywając 2:6, 6:4, 6:4. Dlatego wielu ekspertów wskazywało ją jako wyraźną faworytkę w starciu z Lamens. Początek spotkania tylko to potwierdzał – Rosjanka grała pewnie, rywalka miała kłopot z returnem. Prowadziła już 3:1, a następnie 4:2, lecz zamiast domknąć seta, zaczęła mnożyć błędy. Holenderka to wykorzystała, wygrała pięć gemów z rzędu i zapisała partię na swoim koncie 6:4.

    W drugim secie Sznajder szybko znalazła się pod ścianą. Niewykorzystany break point, dwa przegrane serwisy i błyskawiczne 0:4. Chociaż udało jej się wygrać gema „na sucho” i przełamać przeciwniczkę, odrabiając straty do 3:4, to Lamens opanowała sytuację, obroniła podanie i zakończyła mecz zwycięstwem 6:4, 6:4. „Duże rozczarowanie” – skomentował portal WTA à la UNE. Sznajder nie powtórzy zatem ubiegłorocznego półfinału.

    Wkrótce na kort wyjdzie Iga Świątek, która w swoim pierwszym meczu zmierzy się z Soraną Cirsteą. Rumuńskie media podkreślają, że doświadczona tenisistka „odradza się”, a po wyeliminowaniu Anastasiji Zacharowej, jej kolejnym wyzwaniem ma być liderka rankingu WTA.

    https://x.com/WTA/status/1968565910026793162?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E1968565910026793162%7Ctwgr%5Ed5da058b885566f5d20517fbc06c9411b4fd01ef%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fwww.sport.pl%2Ftenis%2F76498732259900swiatek-nawet-nie-zdazyla-wejsc-na-kort-sensacja-w-seulu.html

  • Iga Świątek wyszła i ogłosiła światu. “Nie potrafię bez niej grać”

    Iga Świątek wyszła i ogłosiła światu. “Nie potrafię bez niej grać”

    Iga Świątek w 1/8 finału turnieju WTA 500 w Seulu zmierzy się z Soraną Cirsteą. Zanim jednak wyszła na kort, została zapytana przez jedną z dziennikarek, co zawsze musi znaleźć się w jej torbie tenisowej. Odpowiedź Polki mogła zaskoczyć niejednego kibica.

    Świątek zdradziła swój niezbędnik

    Liderka światowego rankingu to jedyna zawodniczka z czołowej dziesiątki, która zdecydowała się na start w Korei Południowej. Jeszcze przed pierwszym spotkaniem w Seulu uchyliła rąbka tajemnicy na temat swoich przyzwyczajeń.

    Słuchawki i czapka tenisowa. Bez niej nie potrafię grać – stwierdziła Świątek w rozmowie z Overtimetennis.

    Polka przyznała, że jej przywiązanie do nakrycia głowy zaczęło się dość nietypowo.
    – Kiedy byłam młodsza, nosiłam czapkę, żeby ukrywać włosy, bo ich nie lubiłam. To nie był najlepszy powód, ale taka jest prawda. Z czasem tak się do niej przyzwyczaiłam, że kiedy raz zagrałam trening bez niej, przeżyłam szok. Podrzuciłam piłkę do serwisu i nagle zobaczyłam swoją rakietę. Byłam naprawdę zdziwiona – opowiadała.

    Muzyka jako część rytuału

    Drugim przedmiotem, bez którego Świątek nie wyobraża sobie rywalizacji, są słuchawki. Kibice już wielokrotnie widzieli ją wchodzącą na kort z muzyką w uszach. To jej sposób na koncentrację i odcięcie się od otoczenia.

    Podczas Wimbledonu zdradziła, że najchętniej sięga po rockowe brzmienia. Na jej playliście można znaleźć utwory legendarnych zespołów, takich jak Guns N’ Roses czy AC/DC. Energia tych dźwięków znakomicie wpłynęła na Polkę w Londynie – po raz pierwszy w karierze wygrała Wimbledon, a w finale z Amandą Anisimovą nie straciła nawet gema.