• To naprawdę koniec. Świątek nie dostanie już szansy. Zapadła ostateczna decyzja

    To naprawdę koniec. Świątek nie dostanie już szansy. Zapadła ostateczna decyzja

    Kilkanaście dni po rozegraniu swojego ostatniego meczu Alizé Cornet oficjalnie ogłosiła koniec zawodowej kariery. Francuzka żegna się z kortem w wieku 35 lat i – jak podkreśla – tym razem już na zawsze. W pamięci polskich kibiców pozostanie przede wszystkim jako ta, która zatrzymała niesamowitą serię 37 zwycięstw Igi Świątek.

    Decydujący moment przyszedł podczas III rundy Wimbledonu w 2022 roku. Wtedy Cornet sprawiła ogromną niespodziankę, pokonując liderkę światowego rankingu 6:4, 6:2. Passa Polki, która przez cztery miesiące absolutnie dominowała kobiecy tenis, została przerwana właśnie przez nią.

    Niespełna dwa lata później Francuzka ogłosiła zakończenie kariery, ale długo nie wytrwała w tym postanowieniu. W kwietniu tego roku spróbowała jeszcze raz wrócić do gry, jednak jak się okazało – tylko na chwilę.

    Ostateczny mecz Cornet rozegrała 17 dni temu w turnieju WTA 125 w San Sebastian. W pierwszej rundzie przegrała z Niemką Tamarą Korpatsch 3:6, 2:6. To właśnie po tej porażce zdecydowała, że pora zamknąć sportowy rozdział na dobre. – Mała podróż wstecz do pięknego pobytu w San Sebastian i zakończenie (tym razem naprawdę) tego etapu w roli zawodniczki. Idealne miejsce, by definitywnie zamknąć tę stronę i zacząć pisać nową – napisała w mediach społecznościowych.

    Tym samym wiadomo już, że Iga Świątek nie otrzyma szansy na rewanż. Bilans spotkań pomiędzy Polką a Cornet pozostanie na poziomie 0:1.

    Francuzka kończy karierę z dorobkiem sześciu tytułów WTA. Najwyżej w rankingu znalazła się w lutym 2009 roku, kiedy była 11. rakietą świata. Jej największym osiągnięciem w Wielkim Szlemie był ćwierćfinał Australian Open w 2022 roku.

    Cornet nie jest jedyną Francuzką, która w tym roku postanowiła zakończyć profesjonalną karierę. Podczas tegorocznego US Open podobną decyzję ogłosiła Caroline Garcia, która zdecydowała się na ten krok w wieku 31 lat.

  • Sensacja w Pekinie! Było już 6:1, 3:0. Świątek poznała rywalkę

    Sensacja w Pekinie! Było już 6:1, 3:0. Świątek poznała rywalkę

    Iga Świątek udanie rozpoczęła rywalizację w turnieju WTA 1000 w Pekinie. Polka w drugiej rundzie nie dała większych szans reprezentantce gospodarzy, Yue Yuan, wygrywając pewnie 6:3, 6:0. Zanim jednak skończyła swoje spotkanie, poznaliśmy jej kolejną przeciwniczkę w stolicy Chin.

    O awans do trzeciej rundy walczyły Anna Kalinska (29. WTA) i Camila Osorio (83. WTA). Choć faworytką była Rosjanka, to przebieg meczu przyniósł dużą niespodziankę. Początek pojedynku należał do Osorio, która szybko objęła prowadzenie 4:0, wykorzystując błędy rywalki i jej słabsze serwisy. Kolumbijka nie wypuściła przewagi i pewnie zapisała pierwszego seta na swoim koncie 6:1.

    W drugiej odsłonie Kalinska również znalazła się w opałach, przegrywając już 0:3 po dwóch przełamaniach. Tym razem jednak potrafiła odwrócić sytuację – wygrała pięć z sześciu kolejnych gemów i ostatecznie triumfowała 6:4, doprowadzając do wyrównania w meczu.

    Decydujący set przyniósł sporo emocji. Najpierw Kalinska straciła serwis i musiała gonić wynik, później sama odrobiła straty i doprowadziła do remisu 3:3. W kluczowym momencie jednak znów zawiodła przy własnym podaniu – Osorio wykorzystała okazję, przełamała rywalkę i prowadziła 5:4. Chwilę później zamknęła spotkanie swoim serwisem, zwyciężając 6:1, 4:6, 6:4. Cała rywalizacja trwała 133 minuty i zakończyła się niespodzianką.

    To właśnie Camila Osorio stanie teraz na drodze Igi Świątek w trzeciej rundzie turnieju w Pekinie.

     

  • Magdalena Fręch zostawiła Polskę. Wybrała sobie inny kraj do życia

    Magdalena Fręch zostawiła Polskę. Wybrała sobie inny kraj do życia

    Magdalena Fręch, obecnie trzecia rakieta Polski w kobiecym tenisie, od dłuższego czasu nie mieszka już w kraju. Choć wciąż mocno związana jest z Łodzią, gdzie dorastała i gdzie mieszka jej rodzina, na co dzień bazuje w Dubaju. Jak sama tłumaczy, to właśnie tam ma najlepsze warunki do rozwoju kariery.

    — Do Łodzi wracam głównie po to, żeby spotkać się z najbliższymi. Mam do tego miasta ogromny sentyment, ale Dubaj daje mi znacznie więcej możliwości. Mogę tam trenować przez cały rok na otwartych kortach, mam szeroki wybór sparingpartnerek, a dodatkowo to świetna baza wypadowa na cały świat — mówiła w rozmowie z Rzeczpospolitą.

    Fręch dodała, że jej życie to w dużej mierze funkcjonowanie „na walizkach”. — Zawodnicy najczęściej mają bazę tam, gdzie trenują. Ja okres przygotowawczy spędzam w Dubaju, ale tak naprawdę bywam tam rzadko. W sezonie ziemnym czy trawiastym przenoszę się do Europy, a przy okazji odwiedzam rodzinę i znajomych. W listopadzie i grudniu jestem w Dubaju, bo tam przygotowuję się do Australian Open. Ten system działa, więc nie planuję niczego zmieniać — przyznała w podcaście Zdyscyplinowani.

    Podkreśliła też, że na stałe nie planuje osiedlać się w jednym miejscu. — Dopóki gram, trudno mi zbudować dom i stworzyć prawdziwą bazę. W Dubaju mam mieszkanie, bo spędzam tam co najmniej dwa miesiące w roku. Z kolei w Polsce są moi bliscy, więc nie mogłabym tak po prostu zaszyć się daleko od nich — zaznaczyła.

    Choć Fręch ma już na koncie jeden tytuł WTA (zdobyty we wrześniu 2024 roku w Guadalajarze), w tym sezonie jeszcze nie udało jej się triumfować. Ostatnio dotarła do ćwierćfinału turnieju WTA 500 w Guadalajarze, gdzie musiała uznać wyższość Nikoli Bartunkovej. W Pekinie z kolei odpadła już w pierwszej rundzie po porażce z Niemką Allą Seidel.

    Podobne decyzje dotyczące miejsca zamieszkania podejmują także inni polscy tenisiści. Hubert Hurkacz od 2021 roku mieszka w Monte Carlo. W jego przypadku najważniejsze były kwestie logistyczne i pogodowe, a nie – jak często się sugeruje – podatki. Sam zawodnik podkreślał, że od kontraktów sponsorskich i tak rozlicza się w Polsce, a podatki od nagród płaci w krajach, w których odbywają się poszczególne turnieje, zgodnie z międzynarodowymi przepisami.

  • Syn polskiego wicemistrza Europy ma trzy obywatelstwa. W MŚ zagra z kadrą Grbicia

    Syn polskiego wicemistrza Europy ma trzy obywatelstwa. W MŚ zagra z kadrą Grbicia

    Kamil Rychlicki ma niezwykłą historię, którą można by zekranizować. Syn polskich siatkarzy, a zarazem zawodnik z trzema obywatelstwami, dziś broni barw reprezentacji Włoch. W sobotnim półfinale mistrzostw świata stanie naprzeciwko Biało-Czerwonych i – jak sam przyznaje – jego serce na pewno zabije mocniej niż zwykle.

    Trzy paszporty i rodzinne korzenie w siatkówce

    Rychlicki urodził się w Luksemburgu, tam też stawiał pierwsze kroki w siatkówce i przez wiele lat występował w tamtejszej reprezentacji. Od 2013 do 2022 roku grał w narodowych barwach tego kraju, ale nie mógł liczyć na udział w najważniejszych imprezach, bo Luksemburg pozostaje jednym z outsiderów światowej siatkówki. Zainteresowanie jego talentem przyszło z Włoch, gdzie już od kilku sezonów gra w Serie A. Trzy lata temu otrzymał włoskie obywatelstwo i rozpoczął procedury zmiany reprezentacji. Debiut zaliczył w maju 2024 roku w meczu towarzyskim z Niemcami, a następnie znalazł się w składzie drużyny, która wywalczyła srebro w Lidze Narodów.

    Nie zapomina jednak o swoich korzeniach. Jego ojciec, Jacek Rychlicki, to wicemistrz Europy z 1983 roku, a matka Elżbieta również była siatkarką. Dzięki nim Kamil biegle mówi po polsku i świetnie orientuje się w realiach PlusLigi, do której trafi już w nadchodzącym sezonie – zasili bowiem szeregi ZAKSY Kędzierzyn-Koźle.

    Pierwsze starcie z Polską

    Półfinał mundialu będzie dla niego wyjątkowy – po raz pierwszy zagra przeciwko reprezentacji Polski. W strefie wywiadów na Filipinach czekała na niego spora grupa dziennikarzy znad Wisły. Gdy padło pytanie, czy podczas meczu serce zabije mu mocniej, Rychlicki odpowiedział bez wahania:
    – Staram się podchodzić do tego profesjonalnie. Ale myślę, że serce zabije mocniej, i to nie raz.

    Zapytany o ewentualne śpiewanie „Mazurka Dąbrowskiego”, odparł:
    – To dla mnie nowa sytuacja. Zobaczymy, jak się zachowam, ale jestem tutaj z kolegami z włoskiej kadry i reprezentuję Włochy.

    Temat gry w biało-czerwonych barwach również się pojawił. Rychlicki jednak uciął spekulacje:
    – Nigdy nie było takiej okazji, więc nie zastanawiam się nad tym.

    W cieniu Romano, ale z dużą motywacją

    Na razie Rychlicki pełni rolę zmiennika Yuriego Romano – lidera włoskiej ofensywy. W mistrzostwach świata na boisku pojawił się tylko raz, w przegranym meczu grupowym z Belgią. W ćwierćfinale Italia wzięła srogi rewanż, wygrywając pewnie 3:0.
    – Tamta porażka bolała nas bardzo, dlatego byliśmy podwójnie zmotywowani. To był nasz najlepszy mecz w turnieju – ocenił atakujący.

    Rewanż za Ligę Narodów

    Teraz przed Włochami szansa, by odegrać się Polakom za finał Ligi Narodów sprzed dwóch miesięcy, w którym zespół Nikoli Grbicia nie dał im najmniejszych szans i wygrał 3:0.
    – To będzie doskonała okazja, by się zrewanżować. Wtedy nie było wielkiej walki – przyznał Rychlicki.

    Nie chciał wskazywać, która formacja jest największą siłą Italii:
    – Mam wrażenie, że kiedy gramy na wysokim poziomie, to dlatego, że działamy jako jeden organizm.

    Podobnie mówi się o Polakach – że ich największym atutem jest zespołowość. Dlatego sobotni półfinał zapowiada się na prawdziwy hit. Początek spotkania zaplanowano na godz. 12:30 czasu polskiego.

  • Przerwała historyczną serię Świątek, teraz odchodzi. “Tym razem naprawdę”

    Przerwała historyczną serię Świątek, teraz odchodzi. “Tym razem naprawdę”

    Alizé Cornet na zawsze pozostanie w pamięci polskich kibiców jako ta, która przerwała imponującą serię Igi Świątek. To właśnie Francuzka w 2022 roku zatrzymała Polkę po 37 kolejnych zwycięstwach, pokonując ją w III rundzie Wimbledonu. Choć w 2024 roku oficjalnie zakończyła karierę, niespełna rok później postanowiła wrócić na kort. Niestety jej powrót okazał się nieudany, dlatego 35-latka po raz drugi ogłosiła zakończenie sportowej przygody, dodając: „tym razem naprawdę”.

    Cornet – tenisistka, która zatrzymała Świątek

    Dominacja Igi Świątek w 2022 roku trwała ponad cztery miesiące. Polka wygrała wtedy 37 meczów z rzędu – to najdłuższa seria w XXI wieku. Zakończyła ją dopiero Cornet, triumfując 6:4, 6:2 na wimbledońskiej trawie. – Jestem bardzo dumna z tego zwycięstwa. To, co Iga osiągnęła, jest niesamowite, i trudno mi uwierzyć, że to właśnie ja przerwałam jej serię – mówiła wówczas Francuzka. Niecałe dwa lata później ogłosiła sportową emeryturę, nie przypuszczając zapewne, że przyjdzie jej żegnać się z tenisem jeszcze raz.

    Powrót i ostateczne pożegnanie

    Cornet, pochodząca z Nicei zawodniczka, nie potrafiła długo wytrzymać bez rywalizacji. Na początku kwietnia bieżącego roku spróbowała sił w challengerze w hiszpańskim La Bisbal d’Emporda, gdzie dotarła do ćwierćfinału. Później startowała m.in. w Rzymie, Strasburgu i Nottingham, jednak za każdym razem kończyła udział już po pierwszym spotkaniu. Najbliżej powrotu do większej sceny była podczas kwalifikacji do tegorocznego Wimbledonu – jeden mecz dzielił ją od głównej drabinki, lecz przegrała z Elsą Jacquemont.

    Ostatni raz fani zobaczyli ją w akcji w turnieju WTA 125 w San Sebastian, gdzie przegrała w pierwszej rundzie z Tamarą Korpatsch 3:6, 2:6. Kilka dni później na Instagramie napisała: „Krótki powrót do pięknego pobytu w San Sebastian i zakończenia (tym razem naprawdę) rozdziału jako zawodnika. To wyjątkowe miejsce, aby definitywnie przewrócić stronę i zacząć pisać nowe – w pełnym tego słowa znaczeniu”.

    Osiągnięcia

    W trakcie kariery Cornet wywalczyła sześć tytułów WTA – pierwszy w 2008 roku w Budapeszcie, ostatni w 2018 w Gstaad. W 2014 roku cieszyła się również z triumfu w Katowicach. Jej najwyższa pozycja w rankingu to 11. miejsce, które osiągnęła w lutym 2009 roku.

  • Cały świat usłyszał o Pajor. A to nie koniec. “Trzeba działać”

    Cały świat usłyszał o Pajor. A to nie koniec. “Trzeba działać”

    „Ewa atakuje szczyty, na które inni nie są w stanie wejść” – Nina Patalon o sukcesie Pajor

    W poniedziałkowy wieczór w paryskim Théâtre du Châtelet podczas prestiżowej gali „France Football” Ewa Pajor odebrała nagrodę imienia Gerda Muellera dla najlepszej napastniczki na świecie. To pierwsza edycja, w której wyróżnienie trafiło także do piłkarek, a Polka od razu zapisała się w historii. Dla całej reprezentacji Polski i kobiecej piłki w naszym kraju to wydarzenie symboliczne i przełomowe. O karierze, charakterze i wyjątkowej drodze Pajor opowiedziała Sport.pl selekcjonerka biało-czerwonych, Nina Patalon, która prowadziła Ewę, gdy ta była jeszcze dziesięcioletnią dziewczynką.

    „Ewa wchodzi tam, gdzie brakuje tlenu”

    – To, czego byliśmy świadkami w Paryżu, to zaszczyt osiągalny tylko dla nielicznych – mówi Patalon. – Ewa wchodzi tam, gdzie brakuje tlenu. Atakuje szczyty niedostępne dla innych. Dzięki pracy, determinacji i ogromnemu talentowi znalazła się w miejscu, które można porównać do piłkarskiego Everestu. Jest ambasadorką polskiej piłki kobiecej na najwyższym światowym poziomie.

    Choć Pajor często podkreśla, że pochodzi z niewielkiej miejscowości i o takich chwilach nawet nie marzyła, jej droga sportowa jest nieustannym marszem w górę. – Znając Ewę, myślę, że już teraz skupia się na kolejnym meczu, ale jeśli spojrzymy szerzej, jej osiągnięcia to coś absolutnie wyjątkowego w kontekście polskiego sportu – dodaje Patalon. – Dziś w jednym szeregu stawia się Igę Świątek, Olę Mirosław i właśnie Ewę Pajor.

    Skromność, charakter i samodyscyplina

    Co sprawia, że Pajor osiągnęła tak wiele? – Jej wielką siłą jest skromność i skupienie na najbliższym otoczeniu, nie na zewnętrznym świecie – podkreśla selekcjonerka. – Ewa ma ogromny głód sukcesu, wytrwałość i twardy charakter. Jest niezwykle pracowita i zdyscyplinowana. Co istotne, potrafi podejmować właściwe decyzje w kluczowych momentach kariery.

    Patalon przypomina, że gdy wszyscy doradzali jej odejście z Wolfsburga, Pajor postanowiła zostać jeszcze trzy lata. Dopiero później, już jako gwiazda światowego formatu, przeniosła się do Barcelony. – To pokazuje, że nie ulega presji i potrafi słuchać siebie oraz najbliższych – dodaje trenerka.

    Wsparcie rodziny i ludzi, którzy wierzyli

    Selekcjonerka zwraca uwagę na rolę środowiska, w którym dojrzewała Pajor. – Ewa miała szczęście do ludzi. Trafiła m.in. na Piotra Kozłowskiego, który dostrzegł jej talent i bezinteresownie pomagał, dowożąc ją na treningi. Niezwykle ważne były też wartości wyniesione z domu. Siostra Paulina zrezygnowała z wielu rzeczy, by wspierać Ewę i razem z nią przenosiła się z miasta do miasta. To, że Pajor w Paryżu dziękowała właśnie bliskim, nie jest przypadkiem. Ona naprawdę docenia to, co od nich dostała.

    – Przy dużym rodzeństwie zawsze była w drużynie – mówi Patalon. – Dzięki temu wpojono jej współpracę, odpowiedzialność, siostrzeństwo. To dlatego nazywam ją „kolektywnym napastnikiem”. Ona nie myśli wyłącznie o strzelaniu, ale też o drużynie i asystach. Cieszy się z goli koleżanek.

    Talent ponad systemem

    Pojawia się też pytanie o system szkolenia. – Wtedy w Polsce żadnego systemu nie było – przyznaje selekcjonerka. – Ewa jest wyjątkiem, który udowadnia, że nawet bez idealnych warunków można się przebić, jeśli ma się talent i wokół siebie mądrych ludzi. Jej decyzja o przejściu do Wolfsburga była bardzo odważna. Początki były trudne, nie grała, frustrowała się, ale plan trenera Kellermanna wobec niej zadziałał.

    Złota Piłka? Wszystko przed nią

    Czy ósme miejsce w Złotej Piłce satysfakcjonuje Ewę? – Nie wiem, nie rozmawiałyśmy o tym – odpowiada Patalon. – Myślę, że dla niej najważniejsze jest boisko. Nagroda im. Muellera ma tę przewagę, że trzeba ją wywalczyć samemu, strzelając najwięcej goli. Złota Piłka zawsze pozostanie kwestią opinii. Ale Ewa ma dopiero 28 lat. Przed nią minimum pięć sezonów na absolutnym topie i jestem przekonana, że jeszcze wiele razy będzie nas inspirować.

    Pajor jak Małysz?

    – Ewa jest dla kobiecej piłki w Polsce kimś na miarę Adama Małysza dla skoków – uważa selekcjonerka. – To nie tylko fenomen sportowy, ale i społeczny. Fakt, że Polka siedzi w jednej sali z największymi piłkarzami świata, otwiera nowe możliwości i zmienia postrzeganie całej dyscypliny.

    Patalon podkreśla, że teraz odpowiedzialność spoczywa na innych: – Musimy umiejętnie wykorzystać to, co zrobiła Ewa. Zainwestować w kobiecą piłkę odważniej, bo jeśli się spóźnimy, stracimy wielką szansę. Prognozy są jasne – za kilka lat futbol kobiet zacznie generować zyski. Polska ma fundamenty: pierwsze sukcesy, ambasadorkę światowego formatu. Teraz czas, by zbudować coś naprawdę trwałego i wielkiego.

  • Czarna seria “koszmaru Świątek”! Było 3:0, a potem katastrofa w Pekinie

    Czarna seria “koszmaru Świątek”! Było 3:0, a potem katastrofa w Pekinie

    Jelena Ostapenko po raz kolejny potwierdziła, że znajduje się w głębokim kryzysie. Choć przed meczem z Priscillą Hon była zdecydowaną faworytką, to na korcie nie potrafiła tego udowodnić. Łotyszka prowadziła 3:0 w pierwszym secie, ale kompletnie się pogubiła i ostatecznie przegrała 3:6, 2:6, odpadając już w swoim pierwszym spotkaniu. Jose Morgado, znany dziennikarz tenisowy, nie krył rozczarowania tym, co oglądał. „To jest takie słabe, mój Boże” – skomentował na portalu X.

    Kryzys formy trwa

    Ostapenko od kilku miesięcy nie potrafi odnaleźć właściwego rytmu. Po sensacyjnej wygranej z Aryną Sabalenką i triumfie w Stuttgarcie przyszła seria niepowodzeń. W Madrycie zawiodła, w Roland Garros szybko zatrzymała ją Jelena Rybakina, a Wimbledon zakończyła już po pierwszym meczu, przegrywając z Sonay Kartal. Potem przyszła niespodziewana porażka z Mariną Stakusić. Teraz zaś kolejne rozczarowanie – szybka eliminacja z turnieju w Pekinie.

    Zła passa bez końca

    Losowanie było dla Łotyszki korzystne – jej rywalką na otwarcie była Priscilla Hon, która najpierw przebrnęła przez kwalifikacje, a potem pokonała Viktoriję Golubić. Spotkanie zaczęło się obiecująco, bo Ostapenko szybko wyszła na prowadzenie 3:0. Wydawało się, że to początek łatwego zwycięstwa. Tymczasem Australijka odrobiła straty i całkowicie przejęła inicjatywę. Hon grała pewnie nawet wtedy, gdy nie trafiała pierwszym podaniem, podczas gdy Ostapenko kompletnie zawodziła przy drugim serwisie, dokładając do tego serię niewymuszonych błędów – w tym aż cztery podwójne.

    W efekcie Łotyszka przegrała aż dziewięć gemów z rzędu. Choć w drugim secie miała okazję przełamać rywalkę, to nie wykorzystała dwóch break pointów. Hon natomiast imponowała solidnością i koncentracją. „Dawno nie widziałem takiego upadku” – napisał jeden z kibiców w mediach społecznościowych.

    Kolejne bolesne rozczarowanie

    Mecz zakończył się porażką 3:6, 2:6, co oznacza, że Ostapenko po raz trzeci z rzędu przegrała z zawodniczką spoza czołowej setki rankingu WTA. Hon dzięki zwycięstwu zameldowała się w trzeciej rundzie, gdzie zmierzy się z wygraną pojedynku Belinda Bencic – Katie Volynets.

    Już w sobotę na kort w Pekinie wyjdzie Iga Świątek, która w swoim pierwszym meczu zagra z Yuan Yue. Początek spotkania przewidziano około godziny 7:00 czasu polskiego.

  • Sensacja w Pekinie! Dopiero, co grała przeciwko Świątek w finale

    Sensacja w Pekinie! Dopiero, co grała przeciwko Świątek w finale

    Niespodzianka w Pekinie! Jekatierina Aleksandrowa, rozstawiona z numerem 11, już na starcie turnieju WTA 1000 w stolicy Chin pożegnała się z rywalizacją. Rosjanka przegrała w drugiej rundzie z Barborą Krejcikovą 5:7, 2:6. Pierwszy set był jeszcze zacięty, ale w drugim Czeszka całkowicie zdominowała przeciwniczkę i zamknęła spotkanie w niewiele ponad pół godziny.

    Zaskakujący obrót wydarzeń

    Starcie Aleksandrowej (11. WTA) i Krejcikovej (34. WTA) zapowiadało się interesująco, bo obie zawodniczki miały za sobą udane występy w Korei Południowej – Rosjanka grała w finale singla z Igą Świątek, a Czeszka sięgnęła po tytuł w deblu. Wtedy górą była Krejcikova, i tym razem także potwierdziła swoją klasę.

    Aleksandrowa już od początku meczu była pod presją. Krejcikova pewnie wygrywała własne gemy serwisowe, a przy stanie 2:3 obroniła się przed przełamaniem i chwilę później sama odebrała podanie rywalce. Choć Rosjanka walczyła i zdołała doprowadzić do remisu 5:5, decydujące momenty należały do Czeszki, która wygrała pierwszą partię 7:5.

    Dominacja Krejcikovej w drugim secie

    Druga odsłona meczu miała już zupełnie jednostronny przebieg. Aleksandrowa zdołała wygrać tylko dwa gemy, a Krejcikova szybko zbudowała przewagę i zamknęła pojedynek zwycięstwem 6:2. Ten fragment gry trwał zaledwie 33 minuty, a dla Rosjanki oznaczał koniec udziału w turnieju.

    Czeszka przed szansą na 1/8 finału

    W trzeciej rundzie Krejcikova zmierzy się z McCartney Kessler (39. WTA). To dla niej doskonała okazja, aby awansować do 1/8 finału. W przypadku zwycięstwa, w kolejnej fazie czeka ją pojedynek z rozstawioną z „dziesiątką” Jeleną Rybakiną lub Evą Lys (66. WTA).

  • Pogromczyni Świątek pręży muskuły w Pekinie. Miazga w 79 minut!

    Pogromczyni Świątek pręży muskuły w Pekinie. Miazga w 79 minut!

    Amanda Anisimowa wróciła do gry po przegranym finale US Open i zrobiła to w najlepszym możliwym stylu. Amerykanka całkowicie zdominowała Katie Boulter i po zwycięstwie 6:1, 6:3 pewnie awansowała do kolejnej rundy turnieju WTA 1000 w Pekinie. „Wyjątkowy sezon wielkiego talentu” – podkreślił portal The Tennis Letter. Trudno się z tym nie zgodzić, bo o jej triumfie zadecydował jeden kluczowy element.

    Amerykanka ma za sobą niezwykle intenszne miesiące. W lipcu poniosła historyczną porażkę w finale Wimbledonu z Igą Świątek, przegrywając 0:6, 0:6. Nie podłamała się jednak i podczas US Open wzięła rewanż, eliminując liderkę rankingu w ćwierćfinale (6:4, 6:3), a następnie awansowała aż do finału. Tam ponownie zabrakło jej niewiele – lepsza okazała się Aryna Sabalenka, wygrywając 6:3, 7:6(3). Teraz Anisimowa chce przełożyć swoją wysoką formę na azjatycką część sezonu i walczyć o sukces w Pekinie.

    Pokazała moc od pierwszych piłek

    Rozstawiona z numerem trzy zawodniczka rozpoczęła rywalizację od drugiej rundy, gdyż w pierwszej miała wolny los. Jej pierwszą rywalką była Katie Boulter i od samego początku jasne było, kto jest faworytką. Choć Brytyjka pewnie utrzymała pierwszy serwis, to później zaczęła się gubić i popełniać błędy. Przełamania w czwartym i szóstym gemie praktycznie zamknęły jej szanse w secie otwarcia. Co więcej, Boulter nie wykorzystała żadnego z czterech break pointów, które wypracowała.

    Drugi set był już bardziej wyrównany, lecz tylko do stanu 2:2. W piątym gemie Anisimowa odebrała podanie rywalce, a po chwili prowadziła już 4:2. Tego dnia jej return funkcjonował na najwyższym poziomie – Boulter nie była w stanie znaleźć odpowiedzi. „Wow, to uderzenie było nie do odbioru, nawet bez reakcji” – zachwycali się komentatorzy po jednym z jej zagrań. Siedem niewymuszonych błędów Brytyjki tylko ułatwiło zadanie Amerykance.

    40. wygrana w sezonie

    Całe spotkanie trwało zaledwie 79 minut i zakończyło się pewnym triumfem 6:1, 6:3. Jak zauważył Tennis Channel, Anisimowa przypieczętowała zwycięstwo swoim „kultowym bekhendem”. Z kolei The Tennis Letter podkreślił, że był to już 40. triumf 24-latki w tym sezonie – najlepszy wynik w jej dotychczasowej karierze. „Wyjątkowy sezon wielkiego talentu” – napisano w komentarzu.

    Dzięki temu sukcesowi Amerykanka zameldowała się w trzeciej rundzie turnieju i teraz czeka na rozstrzygnięcie pojedynku między Xinyu Wang a Shuai Zhang. W sobotę do rywalizacji w Pekinie dołączy także Iga Świątek, która zmierzy się z Yuan Yue. Początek meczu Polki zaplanowano na około godz. 7:00.

  • Pokaz siły rywalki Świątek w Pekinie. 71 minut i koniec. “Rozwala wszystko”

    Pokaz siły rywalki Świątek w Pekinie. 71 minut i koniec. “Rozwala wszystko”

    Jasmine Paolini znakomicie otworzyła swój udział w turnieju WTA 1000 w Pekinie. Włoszka bez większych problemów pokonała Anastasiję Sevastovą 6:1, 6:3, pokazując pełną kontrolę i wysoką formę. Choć początek spotkania był nieco nerwowy, później dominowała już tylko jedna tenisistka. „Rozwala wszystko” – podsumował jej występ portal The Tennis Letter. Z kolei OptaAce podał, że 29-latka zapisała się do historii rozgrywek.

    Paolini na fali po triumfie z reprezentacją

    Dla Paolini to kolejny świetny moment w karierze. Po nieudanym US Open bardzo dobrze spisała się w Billie Jean King Cup, gdzie wygrała wszystkie trzy pojedynki i miała udział w końcowym zwycięstwie reprezentacji Włoch. Finałowy triumf nad Stanami Zjednoczonymi był szóstym w historii włoskiej drużyny, co podkreślił Filip Modrzejewski ze Sport.pl.

    Mocny start w Pekinie

    Spotkanie z Sevastovą rozpoczęło się od trudnego gema, w którym Łotyszka miała dwie okazje na przełamanie. Nie potrafiła ich jednak wykorzystać, podobnie jak szans w trzecim gemie. Później inicjatywę przejęła już w pełni Paolini – pewnie serwowała, agresywnie atakowała i wygrała pierwszego seta 6:1. W drugiej odsłonie kontrolowała wydarzenia i zakończyła mecz zwycięstwem 6:1, 6:3. Po spotkaniu dodatkowo zjednała sobie chińską publiczność, przemawiając w ich języku.

    Historyczne osiągnięcie

    „Jasmine nie przestaje wygrywać” – napisał The Tennis Letter, zwracając uwagę, że od finału w Cincinnati, w którym uległa Idze Świątek, ponownie uwierzyła w siebie na twardych kortach. Wygrała 11 z ostatnich 13 spotkań, a triumf nad Sevastovą był jej 39. w sezonie. Włoski Eurosport nazwał jej występ „doskonałym debiutem” w Pekinie.

    Jak poinformował portal OptaAce, Paolini została trzecią najstarszą zawodniczką w historii, która w jednym roku odniosła ponad 20 zwycięstw w turniejach rangi WTA 1000. Do tej pory takim osiągnięciem mogły się pochwalić tylko Serena Williams i Li Na.

    Kolejne wyzwanie i polski akcent

    Dzięki wygranej Paolini zameldowała się w następnej rundzie, gdzie czeka na nią Sofia Kenin. W sobotę do gry w Pekinie przystąpi także Iga Świątek, która w drugiej rundzie zmierzy się z Chinką Yue Yuan. Początek meczu Polki przewidziano na około godzinę 7:00 czasu polskiego.

    https://x.com/TheTennisLetter/status/1971507607409144168?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E1971507607409144168%7Ctwgr%5E%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fwww.sport.pl%2Ftenis%2F76498732280042pokaz-sily-rywalki-swiatek-w-pekinie-71-minut-i-koniec-rozwala.html