• Wielki sukces Polaków! Dwa złote medale na mistrzostwach świata

    Wielki sukces Polaków! Dwa złote medale na mistrzostwach świata

    Bartosz Górczak i Faustyna Kotłowska sięgnęli po złote medale mistrzostw świata w paralekkoatletyce, które odbywają się w New Delhi. Dla reprezentacji Polski to już siódmy i ósmy krążek tej imprezy – więcej na swoim koncie mają jedynie Chiny i Brazylia.

    Górczak przełamał fatum czwartego miejsca

    Dla Bartosza Górczaka to szczególny sukces. Od lat ocierał się o podium największych zawodów – był czwarty na igrzyskach paraolimpijskich w Tokio (2021) i Paryżu (2024), a także na ubiegłorocznych mistrzostwach świata. Wtedy Polak przez chwilę mógł się cieszyć z trzeciego miejsca, lecz po cofnięciu dyskwalifikacji Gruzina Gigi Oczchikidze spadł na czwarte miejsce. W Indiach wreszcie przełamał złą passę i potwierdził, że znajduje się w życiowej formie.

    W rywalizacji pchnięcia kulą w klasie F53 tylko Irańczyk Alireza Mokhtari Hemami miał lepszy rekord życiowy, jednak żadna z jego prób nie została uznana. Górczak natomiast od początku prezentował równą, wysoką dyspozycję. Już w pierwszej próbie osiągnął 8,41 m, później poprawił się na 8,61 m, a w ostatnim podejściu uzyskał 8,67 m – najlepszy wynik w karierze i jednocześnie rekord mistrzostw świata poprawiony o 25 cm. Srebro zdobył Czech Alex Kisy (8,20 m), a brąz – startujący pod neutralną flagą Wiaczesław Kalejew (8,13 m).

    – Jestem niesamowicie szczęśliwy. W końcu! Ten medal to dla mnie ogromne spełnienie. Kosztowało mnie to wiele wysiłku i treningu, a także walki w upale, ale było warto. To wszystko dedykuję mojej rodzinie i dzieciom – mówił wzruszony zawodnik Startu Gorzów Wielkopolski.

    Kotłowska potwierdziła klasę

    Faustyna Kotłowska była jedną z faworytek konkursu rzutu dyskiem w klasie F64 – to do niej należy rekord świata (41,17 m, ustanowiony w 2024 r. w Warszawie). Na stadionie Jawaharlala Nehru udowodniła swoją dominację. Wszystkie sześć jej rzutów było najlepszymi próbami konkursu. Złoto zapewnił jej wynik 38,96 m.

    – To nie był mój najlepszy rezultat w sezonie, ale i tak jestem zadowolona – przyznała Polka.

    Drugie miejsce zajęła Jessica Heims (USA, 35,75 m), a trzecie jej rodaczka Alicia Guerrero (29,45 m).

    Dla Kotłowskiej to pierwsze mistrzostwo świata, choć wcześniej wielokrotnie była blisko. Gdy jej klasa startowa była łączona z F44, kończyła wielkie imprezy tuż za podium: czwarta na igrzyskach w Paryżu (2024), siódma w Tokio (2021) i druga na MŚ 2023. W przeszłości zdobywała także medale w pchnięciu kulą, w tym srebro MŚ 2019 – a ta konkurencja w New Delhi dopiero przed nią.

    Historia Kotłowskiej jest wyjątkowa. W wieku 14 lat uległa wypadkowi, po którym amputowano jej lewą nogę. Już kilka miesięcy później – zainspirowana paraolimpiadą w Rio i zachęcona przez nauczyciela Leszka Zblewskiego – rozpoczęła treningi lekkoatletyczne. Już w 2018 roku zdobyła brązowy medal ME w rzucie dyskiem, a wkrótce dołożyła kolejne sukcesy. W 2021 roku otrzymała statuetkę w kategorii „Sport bez barier” na Gali Mistrzów Sportu.

    – Cieszę się, że wytrzymałam ten upał i mogłam rzucić najlepiej, jak potrafię. To dla mnie ogromny dzień – po raz pierwszy na tak ważnej imprezie usłyszę hymn. Brakuje mi już tylko medalu igrzysk paraolimpijskich, żeby spełnić wszystkie marzenia – powiedziała zawodniczka.

    Trudny start Kossakowskiego

    Niedziela nie przyniosła sukcesu Aleksandrowi Kossakowskiemu, który wraz z przewodnikiem Krzysztofem Wasilewskim rywalizował w biegu na 1500 m w klasie T11. Polacy uzyskali ósmy czas eliminacji (4:20,14) i nie awansowali do finału, tracąc dziewięć sekund do awansu.

    – Tempo od początku było mocne. Próbowaliśmy się go trzymać, ale ostatnie problemy zdrowotne dały o sobie znać. To nie był nasz dzień – podsumował Kossakowski.

  • Hiszpanie trąbią o Lewandowskim i Torresie. Wydali wyrok

    Hiszpanie trąbią o Lewandowskim i Torresie. Wydali wyrok

    Robert Lewandowski czy Ferran Torres? Kto powinien wychodzić w podstawowym składzie Barcelony od pierwszej minuty? To pytanie coraz częściej pojawia się w hiszpańskich mediach, a odpowiedzi próbowali udzielić eksperci DAZN. Według nich nie ma wątpliwości, kto jest numerem jeden w najważniejszych spotkaniach.

    Barcelona w ostatniej kolejce La Liga pokonała Real Sociedad 2:1 i objęła prowadzenie w tabeli. Choć jako pierwsi gola zdobyli baskowie za sprawą Álvaro Odriozoli, to później do siatki trafili Jules Koundé oraz Robert Lewandowski. Polak rozpoczął mecz w wyjściowej jedenastce i rozegrał pełne 90 minut, odwdzięczając się Hansiemu Flickowi za zaufanie. W Hiszpanii dyskusja koncentruje się teraz wokół rywalizacji Polaka z Ferranem Torresem o miejsce w ataku. Początek sezonu należał do Hiszpana, który częściej grał w podstawowym składzie, jednak obecnie to Lewandowski wysuwa się na pierwszy plan.

    Eksperci DAZN: Torres waleczny, ale Lewandowski wciąż numerem jeden

    Byli piłkarze i analitycy DAZN, Eneko Fernandez i Alberto Edjogo, w programie El Post podkreślili, że Ferran Torres imponuje mentalnością. Przez długi czas pełnił rolę rezerwowego, ale gdy tylko dostał szansę, udowodnił, że potrafi być ważnym ogniwem drużyny.
    — Jesteśmy bardzo zainteresowani Ferranem, także z powodu jego podejścia. Wiemy, co oznacza bycie zmiennikiem, sami to przeżywaliśmy, i naprawdę widać, że jest gotowy na rywalizację — ocenił Fernandez.

    Jednocześnie obaj eksperci nie mają wątpliwości, że w kluczowych momentach to Lewandowski daje drużynie zdecydowanie więcej.
    — Ferran i Lewandowski to bezpośredni rywale, ale ta konkurencja działa na korzyść zespołu. Jednak jeśli chodzi o jakość, to nie ma porównania. Wystarczy pięć minut meczu w Oviedo, by zobaczyć, że Lewandowski robi rzeczy, które są poza zasięgiem innych — podkreślił Fernandez.

    Edjogo dodał: — Taka rywalizacja sprzyja drużynie. Ferran wnosi energię, presję, ogromną pracowitość i stale się rozwija, ale gdy przychodzi do spotkań o najwyższą stawkę… Lewandowski jest graczem światowej klasy. Flick nie zostawi go na ławce.

    Statystyki nie rozstrzygają

    Co ciekawe, w obecnym sezonie obaj napastnicy mają identyczny dorobek – po cztery bramki w La Liga. Jednak Ferran Torres potrzebował na to 467 minut, a Robert Lewandowski zaledwie 253.

  • 0:6 ze Świątek, a teraz to. Pech Krejcikovej w Pekinie. Kontuzja i krecz Czeszki

    0:6 ze Świątek, a teraz to. Pech Krejcikovej w Pekinie. Kontuzja i krecz Czeszki

    Niedzielne zmagania w turnieju WTA 1000 w Pekinie przyniosły kibicom sporo emocji i niespodzianek. Już w pierwszych godzinach rywalizacji doszło do dwóch istotnych rozstrzygnięć. Najpierw ze stolicą Chin musiała pożegnać się Jelena Rybakina, sensacyjnie pokonana przez Evę Lys. Chwilę później pech dopadł inną triumfatorkę Wimbledonu – Barborę Krejčíkovą. Czeszka już w trzeciej akcji meczu z McCartney Kessler nabawiła się kontuzji kolana. Choć próbowała walczyć mimo bólu i przez długi czas utrzymywała się w grze, ostatecznie była zmuszona do skreczowania.

    Krejčíková i jej trudny sezon

    29-letnia tenisistka z Brna ma za sobą niezwykle wymagający rok. Przez długie tygodnie zmagała się z urazem pleców, co kosztowało ją znaczną część sezonu 2025. Ostatnio jednak regularnie wracała na korty, próbując odbudować formę. Zaledwie tydzień temu mierzyła się z Igą Świątek w ćwierćfinale turnieju w Seulu, gdzie Polka zwyciężyła zdecydowanie 6:0, 6:3. Krejčíková mimo porażki również miała powody do radości, ponieważ wspólnie z Kateriną Siniakovą sięgnęła tam po tytuł w deblu.

    Do Pekinu przyjechała w dobrym rytmie i pewnie zameldowała się w trzeciej rundzie singla, eliminując po drodze finalistkę turnieju w Seulu, Jekaterinę Aleksandrową. Wydawało się, że jej forma rośnie i znów może sprawić niespodziankę.

    Spotkanie pełne zwrotów akcji

    Mecz z Kessler rozpoczął się dla Czeszki pechowo. Już w trzeciej wymianie złapała kontuzję lewego kolana, a po krótkiej interwencji medycznej wróciła na kort z solidnym opatrunkiem. Paradoksalnie przez długi czas grała bardzo dobrze – szybko odskoczyła na 3:0, a pierwszą partię zakończyła wygraną 6:1.

    W drugim secie obraz gry się odwrócił. Krejčíková nie wykorzystała prowadzenia 40-0 przy własnym serwisie, a Kessler złapała wiatr w żagle. Amerykanka przejęła inicjatywę, a choć Czeszka walczyła do końca, to set padł łupem Kessler 7:5.

    Decydująca partia to już wyraźna dominacja reprezentantki USA. Uraz coraz mocniej dawał się Krejčíkoviej we znaki, przez co nie była w stanie kontynuować gry na wysokim poziomie. Przy stanie 0:3 z perspektywy Kessler podjęła decyzję o poddaniu spotkania.

    Koniec marzeń Czeszki, awans Kessler

    Ostatecznie to McCartney Kessler triumfowała w meczu 1:6, 7:5, 3:0 krecz i awansowała do czwartej rundy turnieju. Tam czeka ją pojedynek z Niemką Evą Lys, która wcześniej sprawiła ogromną sensację, eliminując Jelenę Rybakinę.

  • Były łzy Jasmine Paolini, 0:6 na koniec. Doszło do całkowitego rewanżu w Pekinie

    Były łzy Jasmine Paolini, 0:6 na koniec. Doszło do całkowitego rewanżu w Pekinie

    Niedzielne emocje w turnieju WTA 1000 w Pekinie przyniosły pierwsze rozstrzygnięcia w walce o ćwierćfinał China Open. Już na tym etapie z rywalizacji odpadła Jelena Rybakina, a obrończyni tytułu Coco Gauff musiała się nie lada natrudzić, by po trzysetowej batalii pokonać Leylah Fernandez. Później na kort wyszły Jasmine Paolini oraz Sofia Kenin – zawodniczki, które w przeszłości spotykały się już trzykrotnie, a wszystkie te mecze padały łupem Amerykanki. Jeszcze siedem miesięcy temu w Dubaju Kenin nie dała Włoszce większych szans, zwyciężając 6:4, 6:0. Tym razem jednak scenariusz potoczył się zupełnie inaczej.

    WTA 1000 Pekin – ważny turniej także dla Igi Świątek

    Pekińska impreza jest przedostatnim turniejem tej rangi w sezonie. To wydarzenie ma ogromne znaczenie dla polskich kibiców, bo Iga Świątek wciąż goni w rankingu Race liderkę – Arynę Sabalenkę. Jeśli Polka znacząco zmniejszy stratę, walka o fotel numer jeden przed turniejem w Wuhanie i finałami WTA w Rijadzie stanie się całkowicie otwarta. Warunek jest jasny – Świątek musi sięgnąć po tytuł i tysiąc rankingowych punktów. To oznacza konieczność zwycięstwa w pięciu kolejnych meczach. Pierwszy z nich już w poniedziałek rano – rywalką będzie Camila Osorio. Spotkanie zaplanowano na korcie Lotus, około godziny 8:30 czasu polskiego.

    Paolini kontra Kenin – przełamanie serii

    W dolnej części drabinki w niedzielę toczyły się już mecze o czwartej rundy. W największym hicie dnia naprzeciw siebie stanęły Jasmine Paolini, aktualna mistrzyni WTA 1000 z Rzymu, oraz Sofia Kenin, zwyciężczyni Australian Open z 2020 roku. Choć ranking faworyzował Włoszkę, dotychczasowy bilans ich pojedynków przemawiał jednoznacznie na korzyść Amerykanki.

    Kenin wygrywała trzy razy – dwa zwycięstwa odniosła jeszcze w 2019 roku, gdy była w absolutnym topie i potrafiła pokonywać takie gwiazdy jak Ashleigh Barty czy Naomi Osaka. Paolini była wtedy daleko w rankingu, poza pierwszą setką. Ostatnie ich spotkanie miało miejsce w lutym w Dubaju. Tam Włoszka, już jako czwarta rakieta świata, doznała kontuzji kostki i mimo bólu dograła mecz, przegrywając 4:6, 0:6. Tym razem jednak role się odwróciły – zdrowa i pewna siebie Paolini narzuciła swoje warunki od początku.

    Dominacja Włoszki

    Paolini rozpoczęła znakomicie – prowadziła 3:0, a po drugim przełamaniu już 5:1. Kenin popełniała sporo błędów, tylko w pierwszym secie aż 16. Choć Amerykanka na moment poderwała się do walki i przy 3:5 miała dwa break pointy, nie wykorzystała okazji. Włoszka zamknęła seta 6:3.

    Druga partia miała już jednostronny przebieg. Kenin chwilami miała szansę na przełamanie, ale brakowało jej skuteczności. Paolini kontrolowała wymiany, grała pewnie i konsekwentnie. Amerykanka popełniała kolejne pomyłki – posyłała piłki w aut lub zatrzymywała je na siatce. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 6:3, 6:0 po zaledwie 66 minutach gry.

    Co dalej?

    Jasmine Paolini zameldowała się w czwartej rundzie China Open, gdzie zmierzy się z Marie Bouzkovą – tenisistką, która wcześniej wyeliminowała Magdę Linette.

  • Co to był za mecz! Pegula była jedną nogą poza turniejem w Pekinie

    Co to był za mecz! Pegula była jedną nogą poza turniejem w Pekinie

    Jessica Pegula dokonała czegoś wyjątkowego w III rundzie turnieju WTA 1000 w Pekinie. Amerykanka przegrała pierwszego seta z Emmą Raducanu 3:6, a w drugim tie-breaku była już o krok od porażki, przegrywając 2:5. Mimo to odwróciła losy meczu – obroniła aż trzy piłki meczowe, a następnie w decydującej partii zupełnie zdominowała rywalkę. Ostatecznie zwyciężyła 3:6, 7:6(11:9), 6:0 i to ona zagra w 1/8 finału z Martą Kostiuk. Jeśli wygra, w ćwierćfinale może zmierzyć się z Igą Świątek.

    Polka awansowała do IV rundy bez większego wysiłku. W starciu z Camilą Osorio szybko objęła pełną kontrolę, zwyciężając pierwszego seta 6:0. Na początku drugiej partii Kolumbijka z powodu problemów zdrowotnych skreczowała, dzięki czemu Świątek po zaledwie 41 minutach była już w kolejnej fazie i teraz zmierzy się z Emmą Navarro. Niedługo po tym rozpoczął się pojedynek Raducanu z Pegulą, który wyłoniłby potencjalną rywalkę najlepszej tenisistki świata w ćwierćfinale.

    Spotkanie Brytyjki i Amerykanki zaczęło się od niespodzianki. Faworyzowana Pegula, jeszcze niedawno trzecia rakieta świata, szybko straciła trzy pierwsze gemy. Raducanu, obecnie 32. w rankingu WTA i triumfatorka US Open 2021, potrafiła to wykorzystać. Choć uderzała mniej winnerów, to grała regularniej, popełniała mniej błędów i skutecznie trafiała pierwszym serwisem. Dzięki temu utrzymała przewagę przełamania i zapisała pierwszą partię na swoje konto 6:3.

    W drugiej odsłonie Brytyjka również rozpoczęła dobrze, przełamując w trzecim gemie. Pegula jednak natychmiast odpowiedziała i po długiej walce na przewagi utrzymała serwis, co wyraźnie dodało jej pewności siebie. Choć nadal miała problemy przy serwisie Raducanu, to coraz częściej dominowała wymiany. O losach seta zadecydował tie-break, który dostarczył ogromnych emocji.

    Początkowo Pegula prowadziła 2:0, ale szybko straciła pięć punktów z rzędu i znalazła się w dramatycznej sytuacji. Raducanu miała pierwszą piłkę meczową, lecz Amerykanka się obroniła. Sama nie wykorzystała swojej szansy, ale walczyła dalej, broniąc kolejne dwa meczbole. Po serii minibreaków wreszcie wykorzystała okazję i wygrała tie-break 11:9, wyrównując stan meczu.

    Decydujący set miał już jednostronny przebieg. Podłamana Raducanu nie potrafiła się pozbierać, a Pegula grała coraz pewniej i bezlitośnie punktowała. W zaledwie 27 minut wygrała 6:0, kończąc spotkanie w wielkim stylu. Jej triumf oznacza, że w 1/8 finału zagra z Martą Kostiuk, a jeśli pokona Ukrainkę, możliwe, że w ćwierćfinale stanie naprzeciw Igi Świątek.

  • Wilfredo Leon nagle podsunął medal do ust dziennikarzowi. I zadał pytanie

    Wilfredo Leon nagle podsunął medal do ust dziennikarzowi. I zadał pytanie

    Wilfredo Leon po raz kolejny udowodnił, jak ważną postacią jest dla reprezentacji Polski. Po zdobyciu brązowego medalu mistrzostw świata na Filipinach podkreślił, że sukcesy biało-czerwonych nie są czymś oczywistym i wymagają ogromnej pracy.

    Trudno jest co roku utrzymywać się w czołówce i walczyć o medale, a nam się to udaje. To, jak niektórzy to komentują, to już zupełnie inna sprawa. Zdarza się, że po jednej porażce pojawiają się dziwne publikacje, ale dla nas to także motywacja. Trzeba mieć trochę szacunku do tej pracy, którą wykonujemy – zaznaczył lider polskiej drużyny.

    Leon bohaterem meczu o brąz

    W starciu z Czechami to właśnie Leon był najskuteczniejszym zawodnikiem – zdobył aż 26 punktów i praktycznie „sam” rozstrzygnął partię na korzyść Polaków. Choć w kluczowych momentach błysnął też środkowy Szymon Jakubiszak, to rola Leona pozostaje nie do przecenienia.

    Sam zawodnik przyznał, że po przegranym półfinale z Włochami (0:3) drużyna miała niewiele czasu, by odbudować się fizycznie i psychicznie. – Chcieliśmy wygrać. Wiedzieliśmy, że nie możemy wracać z pustymi rękami. Skoro była szansa na brąz, to walczyliśmy o niego do końca – tłumaczył.

    O włoskiej lekcji

    Leon nie ukrywał, że najbardziej bolesne były końcówki setów w meczu z Włochami, gdzie Polacy mimo przewagi nie potrafili przechylić szali na swoją stronę. – Tak, w końcówkach mieliśmy spore kłopoty. Musimy to przeanalizować i wyciągnąć wnioski, by w przyszłości nie oddawać przewag trzech, czterech czy pięciu punktów. – podkreślił.

    Dyskusja z dziennikarzem

    W trakcie rozmowy Leon odwrócił role i zapytał jednego z dziennikarzy, czy jego zdaniem Polacy zagrali na swoim poziomie przeciwko Czechom. Gdy usłyszał, że nie – bo pojawiły się błędy i niedociągnięcia – zareagował stanowczo: – To, co my robimy, nie jest łatwe. Po takim półfinale jak z Włochami mało który zespół byłby w stanie wyjść i zagrać tak, jak my to zrobiliśmy. Każdy ma jednak prawo do własnej oceny.

    Symboliczny gest z medalem

    Po meczu doszło także do niecodziennej sceny. Na pytanie, jak smakuje brąz, Leon niespodziewanie podał swój medal jednemu z dziennikarzy, by ten sam spróbował. Gdy reporter delikatnie go „nadgryzł”, siatkarz z uśmiechem dopytał: „I jak smakuje?”. – No to mi smakuje super – zakończył żartobliwie.

  • Wszyscy widzieli, co Świątek zrobiła po meczu. “Przepraszam”

    Wszyscy widzieli, co Świątek zrobiła po meczu. “Przepraszam”

    Iga Świątek bez najmniejszego problemu zameldowała się w kolejnej rundzie turnieju China Open. Polka w pierwszym secie całkowicie zdominowała Camilę Osorio, wygrywając 6:0, a na początku drugiej partii Kolumbijka zrezygnowała z dalszej gry z powodu kontuzji. Mecz zakończył się w ekspresowym tempie, a sama Świątek była nieco zakłopotana takim przebiegiem wydarzeń. Najpierw nie wiedziała, co napisać w tradycyjnej dedykacji na kamerze, a później… zniknęła z kortu bez udzielania wywiadu.

    Szybki koniec meczu

    Spotkanie trzeciej rundy miało być okazją do ciekawej rywalizacji dwóch tenisistek urodzonych w 2001 roku. Ostatecznie jednak wszystko potoczyło się błyskawicznie. Osorio od początku miała problemy zdrowotne, a Świątek wykorzystała to bezlitośnie, nie oddając rywalce ani gema w pierwszym secie. W drugim Kolumbijka poddała mecz już przy stanie 0:40 w drugim gemie. Łącznie cała rywalizacja trwała zaledwie 40 minut.

    Zakłopotana Świątek: “Nie wiem, co napisać”

    Po zakończeniu meczu Polka tradycyjnie rozdawała autografy i piłki kibicom, ale tym razem zabrakło wywiadu dla telewizji. Organizatorzy uznali, że przy tak krótkim i jednostronnym spotkaniu trudno byłoby znaleźć temat do rozmowy. Najwięcej emocji wzbudziła więc próba napisania dedykacji na obiektywie kamery.

    Świątek wzięła markera, ale szybko straciła pomysł na to, co umieścić na szkle. Najpierw zaczęła coś pisać, po czym się rozmyśliła i próbowała zamazać napis. Wyszła z tego dość zabawna sytuacja – zamiast efektownej wiadomości został tylko rozmazany atrament i podpis. Polka zakryła twarz dłonią, a na koniec rzuciła krótkie „przepraszam”, co rozbawiło fanów.

    Kolejna rywalka

    W następnej rundzie Iga Świątek zmierzy się z Emmą Navarro. Amerykanka również miała łatwą przeprawę – wygrała pierwszego seta 6:2 z Lois Boisson, a później rywalka skreczowała. Tym samym dojdzie do starcia dwóch tenisistek, które awansowały po szybkich spotkaniach przerwanych kontuzjami przeciwniczek.

    https://x.com/TheTennisLetter/status/1972566006825627912?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E1972566006825627912%7Ctwgr%5E9ad376d52aa673dfa5cbd2ba4c961e3c88846525%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fwww.sport.pl%2Ftenis%2F76498732285361wszyscy-widzieli-co-swiatek-zrobila-po-meczu-przepraszam.html

  • Komentatorzy zobaczyli, co robi rywalka Świątek. Tak się nie da

    Komentatorzy zobaczyli, co robi rywalka Świątek. Tak się nie da

     

    Camila Osorio próbowała wszystkiego, ale nie miała żadnych argumentów. Iga Świątek okazała się dla niej rywalką z zupełnie innego poziomu – o klasę, a może i dwie wyżej. Kolumbijka, przy stanie 0:6 i 0:40 w trzeciej rundzie turnieju WTA 1000 w Pekinie, zrezygnowała z dalszej gry. Przegrała nie tylko z Polką, ale też z własnym urazem.

    Osorio, obecnie 83. w rankingu WTA (najwyżej była 33.), to zawodniczka słynąca z waleczności. Tę cechę pokazywała również w starciu z wiceliderką światowego rankingu, ale nawet jej ogromne zaangażowanie nie wystarczyło, by postawić Świątek większy opór.

    – Jak to mówił papa Woźniacki, ona biega po Beijingu – żartował w Canal+ komentator Maciej Łuczak, nawiązując do słów ojca i trenera Caroline Wozniacki. Chodziło oczywiście nie o spacer po Pekinie, a o poruszanie się po napisie „Beijing”, umieszczonym daleko za linią końcową kortu. Klaudia Jans-Ignacik dodała, że Osorio momentami „biegała nawet jeszcze dalej – za Pekinem”, bo Świątek spychała ją do głębokiej defensywy.

    Szczególnie wyraźnie widać to było przy serwisie Kolumbijki i doskonałych returnach Polki. Osorio popełniła aż sześć podwójnych błędów serwisowych – ryzykowała, próbując zaskoczyć rywalkę, ale nie była w stanie. Wbrew temu, co mogłoby sugerować suche 0:6, nie wszystkie gemy były jednostronne. Pięć z sześciu rozegranych toczyło się na przewagi. Tyle że w najważniejszych momentach Świątek była bezlitosna, wygrywając kluczowe piłki i odbierając przeciwniczce resztki wiary w powodzenie.

    W desperacji Osorio sięgnęła nawet po serwis od dołu, uchodzący w świecie tenisa za zaskakujący, lecz niezbyt elegancki. I tym razem Polka poradziła sobie bez trudu – dobiegła do piłki i odegrała efektownie, obejmując prowadzenie 5:0. Chwilę później Kolumbijka poprosiła o przerwę medyczną. Fizjoterapeutka masowała okolice jej żeber, a Świątek spokojnie czekała na wznowienie gry. Po powrocie Osorio zdołała jeszcze wywalczyć breakpointa, lecz znów w decydującej akcji górą była Polka.

    Gem na 6:0 okazał się ostatnim pełnym w tym meczu. Przy stanie 0:40 w drugim secie Osorio poddała spotkanie. – Widać, że zdaje sobie sprawę z realiów. Szanse ma minimalne, a nie chce ryzykować pogłębienia urazu – komentował Łuczak. Jans-Ignacik przyznała: – Tak, nie ma sensu ryzykować.

    Statystyki potwierdzają dominację Świątek: Polka zanotowała dziewięć kończących uderzeń przy dziesięciu niewymuszonych błędach, rywalka – zaledwie dwa winnersy i aż 16 błędów. W punktach Świątek zwyciężyła 33:17. Do poprawy pozostaje skuteczność pierwszego podania – trafiła 54 proc., choć i tak wyglądało to dużo lepiej niż u Osorio (38 proc.).

    W czwartej rundzie w Pekinie Iga Świątek zmierzy się z Emmą Navarro (17. WTA), która awansowała po tym, jak Lois Boisson skreczowała przy stanie 6:2, 1:0 dla Amerykanki.

  • 47 minut i nagły koniec! Oto potencjalna rywalka Świątek

    47 minut i nagły koniec! Oto potencjalna rywalka Świątek

    To mogły być dwa szybkie sety w wykonaniu Emmy Navarro w meczu 1/16 finału turnieju WTA 1000 w Pekinie. Mogły, ale nie były – bo spotkanie zakończyło się jeszcze szybciej. Amerykanka już po 47 minutach wiedziała, że czeka na nią zwyciężczyni pojedynku Igi Świątek z Camilą Osorio. Powodem była kontuzja rywalki – Lois Boisson – która skreczowała na początku drugiego seta. W tej partii rozegrano zaledwie jednego gema.

    Turniej w Pekinie nabiera tempa. Iga Świątek na otwarcie pokonała reprezentantkę gospodarzy, Yue Yuan (6:0, 6:3). W poniedziałek Polka zmierzy się z Camilą Osorio z Kolumbii, która wcześniej wyeliminowała Annę Kalinską. Teraz wiadomo już, że triumfatorka tego pojedynku trafi w kolejnej rundzie na Emmę Navarro.

    Spotkanie Navarro z Boisson trwało niespełna godzinę. Amerykanka bez problemów wygrała pierwszego seta 6:2. W drugim, przy stanie 1:0 dla rozstawionej tenisistki, Francuzka zrezygnowała z dalszej gry.

    Więcej informacji wkrótce.

  • Męczarnie na start, 6:1 w drugim secie. 92 minuty walki w meczu Andriejewej

    Męczarnie na start, 6:1 w drugim secie. 92 minuty walki w meczu Andriejewej

    Mirra Andriejewa udanie rozpoczęła singlową rywalizację w turnieju WTA 1000 w Pekinie. Po pewnej wygranej z Lin Zhu w drugiej rundzie, w kolejnym etapie zmierzyła się z Jessiką Bouzas Maneiro. Czwarta rakieta świata musiała się sporo napocić zwłaszcza w pierwszej partii, którą wygrała 6:4. Drugi set – choć rezultat na to nie wskazuje – był jeszcze bardziej zacięty, a cały pojedynek zakończył się po 92 minutach.

    Powrót po przerwie

    Dla Rosjanki był to pierwszy turniej po kilkutygodniowej przerwie, jaką zrobiła sobie po rozczarowującym występie na US Open. Jej start w Pekinie nie rozpoczął się najlepiej – razem z Dianą Sznajder przegrała już w pierwszej rundzie debla. Rozstawione z numerem 5 Rosjanki uległy Terezie Mihalikovej i Olivii Nicholls, dlatego Andriejewej pozostała koncentracja na grze pojedynczej.

    Jako turniejowa „czwórka” rozpoczęła od wolnego losu, a w drugiej rundzie bez większych problemów pokonała Lin Zhu 6:2, 6:2. W trzeciej trafiła na Hiszpankę Jessikę Bouzas Maneiro, która wcześniej wyeliminowała Jaqueline Cristian i rozstawioną Dajanę Jastremską.

    Zacięty pierwszy set

    Od samego początku spotkanie było wyrównane. Andriejewa już w pierwszym gemie musiała się bronić, ale ostatecznie zdobyła prowadzenie. Chwilę później dała się przełamać, lecz natychmiast odpowiedziała tym samym. Hiszpanka, zajmująca 48. miejsce w rankingu, zdołała jeszcze obronić dwa break pointy przy stanie 2:3, jednak w dziesiątym gemie całkowicie się pogubiła i nie zdobyła nawet punktu. Rosjanka wykorzystała okazję i zamknęła seta 6:4 po 44 minutach gry.

    Przewaga w drugiej partii

    Druga odsłona również rozpoczęła się wyrównanie, lecz tym razem to Bouzas Maneiro pierwsza straciła podanie. Andriejewa objęła prowadzenie 3:1 i zaczęła kontrolować wydarzenia na korcie. Hiszpanka próbowała odpowiadać agresywną i ryzykowną grą, ale mnożyła błędy. Przy stanie 4:1 obroniła wprawdzie trzy break pointy, ale przy czwartym uderzyła w aut i znalazła się w trudnej sytuacji.

    Choć wynik 6:1 może sugerować łatwe zwycięstwo, w rzeczywistości set był długi i wymagający. Bouzas Maneiro walczyła do końca – obroniła nawet pierwszą piłkę meczową. Przy drugiej była już jednak bezradna, gdy Andriejewa popisała się efektowną akcją przy siatce i zmusiła rywalkę do błędu.

    Awans do czwartej rundy

    Ostatecznie Mirra Andriejewa triumfowała 6:4, 6:1 i zameldowała się w 1/8 finału turnieju WTA 1000 w Pekinie. Tam zmierzy się ze zwyciężczynią pojedynku pomiędzy Mayą Joint a Sonay Kartal.

    Chcesz, żebym przeredagował ten tekst jeszcze bardziej w stylu prasowej relacji sportowej (z nagłówkami, mocniejszym akcentem emocji), czy wolisz, aby pozostał w neutralnym tonie informacyjnym