• Donald Tusk sieje propagandę? Polska właśnie dostała czerwoną kartkę

    Donald Tusk sieje propagandę? Polska właśnie dostała czerwoną kartkę

    Nie wierzę w igrzyska w Polsce. Ani w 2040, ani w 2044 roku. Mam wrażenie, że to jedynie polityczna zagrywka, element propagandy mający dać wyborcom złudzenie wielkiego, pozytywnego celu. Rząd szuka czegoś, czym mógłby rozbudzić nadzieję, ale to nie jest moment na organizowanie balów – pisze Michał Kiedrowski z Sport.pl.

    Europa już nam to pokazała

    Najlepszą lekcję dostaliśmy 3 grudnia, gdy komitet wykonawczy UEFA wybierał gospodarza kobiecego Euro 2029. W rywalizacji uczestniczyły trzy kandydatury: Polska, duet Dania–Szwecja i Niemcy. Rezultaty były dla nas nokautujące. Polska nie dostała nawet jednego głosu. Skandynawowie zaledwie dwa. Niemcy – aż piętnaście.

    I choć nie byliśmy faworytem, po cichu liczyliśmy na niespodziankę. Mieliśmy mocne argumenty: stadiony po Euro 2012, sprawność organizacyjną potwierdzoną przy młodzieżowym mundialu w 2019 czy finale Ligi Europy w 2015 r. Do tego Euro 2029 mogłoby być impulsem dla kobiecego futbolu w regionie. Ale nic z tego.

    UEFA zdecydowała racjonalnie. MKOl zrobi to samo

    Moim zdaniem działacze UEFA podjęli po prostu rozsądną decyzję. Organizacja tak dużej imprezy w Polsce w 2029 roku byłaby ryzykiem. Zaledwie kilkanaście dni wcześniej świat obiegły nagłówki o „państwowym terroryzmie” ze strony Rosji. Dzień przed wyborem gospodarzy Reuters podał, że Polska oskarża rosyjskiego obywatela o tworzenie siatki szpiegowskiej przygotowującej akty sabotażu. Do tego słowa Donalda Tuska o „czasach przedwojennych” i ostrzeżenia niemieckich wojskowych, że Rosja szykuje atak na NATO właśnie w okolice 2029 r.

    W takiej atmosferze nikt odpowiedzialny nie powierzy organizacji turnieju krajowi, który uchodzi za cel sabotażu. Oczywiście – sytuacja może się zmienić. W 2029 rok możemy wejść w zupełnie innej rzeczywistości. Ale dziś mamy dane, jakie mamy: wysadzone tory kolejowe, nieustanne rosyjskie prowokacje, napięcie geopolityczne.

    Rosja nie zniknie. Igrzysk nikt nam nie przyzna

    Euro 2029 pokazało nam czerwoną kartkę. I podobnie będzie z igrzyskami. Na ten moment nie ma żadnych podstaw, by liczyć, że świat powierzy organizację igrzysk państwu narażonemu na takie ryzyko.

    Możemy powtarzać, że „dużo się zmieni”, ale to myślenie życzeniowe. Nic nie wskazuje na to, że w najbliższych latach Rosja zrezygnuje z ambicji dominacji w Europie Środkowej. Wręcz przeciwnie – jest przekonana, że wygrywa wojnę w Ukrainie. A jeśli dojdzie do pokoju, realnym warunkiem organizacji wielkich imprez w regionie może być to, że trzeba będzie rozkładać czerwony dywan przed Putinem.

    A może to tylko polityka?

    Szczerze mówiąc, mam nadzieję, że ta cała historia z igrzyskami to jedynie polityczna iluzja. Że Donald Tusk macha wyborcom przed oczami czymś spektakularnym, ale odległym – celem, za który nikt nie będzie go rozliczał.

    Zwłaszcza że:
    – rozliczenia poprzedników mobilizują tylko twardy elektorat,
    – 500+ i CPK wymyślił PiS, więc nie da się ich unieważnić ani sprzedać jako swoje,
    – hasło o „dwudziestej gospodarce świata” nie chwyciło,
    – potrzeba czegoś świeżego, atrakcyjnego.

    Euro 2012 było sukcesem, ludzie dobrze to wspominają – więc może pomysł olimpijski ma wywołać podobny efekt.

    To nie czas na bale

    Mam jednak nadzieję, że na tym się skończy – na słowach. Bo igrzyska oznaczałyby ogromne wydatki i odciągały uwagę od przygotowań obronnych. Nie stać nas na rozdwojenie uwagi ani środków. A próbując złapać dwie sroki za ogon, nie jesteśmy wiarygodni.

    Polska przypomina dziś transatlantyk płynący prosto na górę lodową. Nie wiemy jeszcze, czy skończymy jak Mesaba, która ją wyminęła, czy jak Titanic. Jedno jest pewne: to nie jest moment, by planować wielkie uroczystości.

  • Pajor na językach, głośno o tym co zrobiła. Niewiarygodne. Tak nazwali Polkę

    Pajor na językach, głośno o tym co zrobiła. Niewiarygodne. Tak nazwali Polkę

    FC Barcelona wciąż imponuje formą i pozostaje niepokonana w tegorocznej edycji kobiecej Ligi Mistrzów. W środowym starciu „Dumy Katalonii” z Benficą kibice obejrzeli aż cztery bramki – trzy z nich zdobyły gospodynie. Strzelecki festiwal rozpoczęła Ewa Pajor, a jej występ odbija się szerokim echem nie tylko ze względu na środowy gol. Hiszpańskie media prześcigają się w komplementach pod adresem Polki, nazywając ją w niezwykle sugestywny i jednoznacznie pozytywny sposób.

    Forma Ewy Pajor nie przestaje zachwycać. To właśnie kapitan reprezentacji Polski w 29. minucie otworzyła wynik meczu z Benficą, wykorzystując fenomenalne podanie Alexii Putellas. Ostatecznie Barcelona zwyciężyła 3:1, choć rezultat mógł być jeszcze bardziej okazały – Putellas nie trafiła z rzutu karnego w drugiej połowie.

    Dzięki tej wygranej, po pięciu kolejkach fazy ligowej Ligi Mistrzyń, zawodniczki z Katalonii mają na koncie 13 punktów – tyle samo co piłkarki Lyonu. Oba te zespoły pozostają niepokonane, podobnie jak trzecia w tabeli Chelsea. Jednak po zakończeniu meczu największe zainteresowanie mediów skupiło się na bohaterce z Polski.

    Ewa Pajor zbiera zachwyty. Hiszpanie nie szczędzą komplementów

    „Przerażająca” – tak Ewa Pajor została określona na łamach „Mundo Deportivo”. Redakcja podkreśla, że polska snajperka „nigdy nie pudłuje”, co potwierdziła również w spotkaniu z Benficą, otwierając wynik meczu.

    Kataloński „Sport” poświęcił jej z kolei cały artykuł zatytułowany „Jak dobrze mieć Pajor”. Jego autorka, Maria Tikas, opisuje, jak fundamentalną postacią stała się Polka w układance Barcelony.

    – Są piłkarki, które potrafią odmienić przebieg jednego meczu, i takie, które zmieniają cały sezon. Ewa Pajor należy do tej drugiej kategorii. To zawodniczka, która potrafi zamienić każdy atak w zagrożenie, a każdą okazję – w szansę na zwycięstwo. W starciu z Benficą po raz kolejny dała Barcelonie kluczowe prowadzenie, tak jak kilka dni wcześniej z Tenerife, kilka tygodni wcześniej z Realem Madryt czy na Stamford Bridge, gdzie jej trafienie dało Barcelonie cenny punkt. Polka strzela wtedy, gdy trzeba – bez fajerwerków, bez niepotrzebnego hałasu, z precyzją kogoś, kto wie, że jej naturalnym środowiskiem jest pole karne rywalek – czytamy.

    Tikas zwraca też uwagę na regularność Polki. Jej liczby są imponujące, a forma – stabilna. Od momentu powrotu po kontuzji kolana Pajor trafiała w każdym rozegranym meczu. Jakby jej nieobecność była tylko niezrozumiałym epizodem, a nie realnym problemem. Choć uraz wyglądał groźnie, tempo jej rekonwalescencji zaskoczyło wszystkich. Gdy wróciła, znów była tą samą zdeterminowaną i bezkompromisową zawodniczką, jaką pamiętano sprzed kontuzji.

  • Zaskakująca metamorfoza Szeremety, kibice mogą być w szoku. Takiej jej jeszcze nie znali

    Zaskakująca metamorfoza Szeremety, kibice mogą być w szoku. Takiej jej jeszcze nie znali

    Kibice zazwyczaj oglądają Julię Szeremetę w typowym sportowym wydaniu — w ringu, w rękawicach i kasku, gotową do walki. Tym większe zaskoczenie wywołało jej najnowsze zdjęcie, które trafiło do internetu. Sportsmenka prezentuje się na nim zupełnie inaczej niż zwykle, a uwagę przyciąga przede wszystkim jej strój.

    Julia Szeremeta dołączyła niedawno do grona polskich zawodniczek, które wróciły z młodzieżowych mistrzostw Europy U-23 z medalami. 22-letnia pięściarka zdobyła w Budapeszcie złoto w swojej kategorii wagowej. — Powtórzyłam wynik sprzed dwóch lat, choć to mój ostatni start jako młodzieżowiec. Fajnie jednak zakończyć ten etap złotem — mówiła w rozmowie z mediami Polskiego Związku Bokserskiego. Już wtedy zapowiadała, że czeka ją krótka przerwa: Teraz czeka mnie wolne.

    Mimo odpoczynku od ringu Szeremeta nie rezygnuje z kontaktu z kibicami. Kilka dni temu pojawiła się na II Warszawskim Festiwalu Sportów Walki, gdzie — jak podkreślono w mediach społecznościowych Uniq Fight Club — zrobiła ogromne wrażenie.
    „Wpadli m.in. zawodnicy KSW MMA – Radek Paczuski i Arek Wrzosek, burmistrz Wawra Paweł Michalec, wiceburmistrz Leszek Baraniewski oraz radna Agnieszka Wójcik. Największe wrażenie zrobił jednak trening z Julią Szeremetą – wicemistrzynią olimpijską z Paryża, wicemistrzynią świata i młodzieżową mistrzynią Europy. Ogrom inspiracji, energia i świetny kontakt z uczestnikami!” — relacjonowano.

    Na tym jednak jej aktywność się nie kończy. W ostatnich dniach do sieci trafiły kolejne informacje — i to całkiem niecodzienne.

    Julia Szeremeta w zupełnie innym wydaniu

    Okazało się, że pięściarka włączyła się w akcję charytatywną na rzecz potrzebujących dzieci. W mediach społecznościowych opublikowała zdjęcie z pluszowym misiem — maskotką, którą można kupić, by wesprzeć najmłodszych. Na fotografii Szeremeta prezentuje się w odsłonie rzadko widywanej przez kibiców: ma na sobie długą, czerwoną suknię projektu Violi Piekut. To obraz, który z pewnością wielu fanów może zaskoczyć.

    To jednak nie wszystko. W sieci pojawiło się również wideo, w którym Szeremeta ponownie przedstawiona jest w nietypowej dla siebie roli. Nagranie uwidacznia jej metamorfozę, a całość opisała współpracująca z nią makijażystka.

    Makijaż dla Julii Szeremety był wyzwaniem. Podczas eventu występowała w dwóch skrajnie różnych stylizacjach — najpierw w mundurze żołnierskim, a później w eleganckiej sukni wieczorowej. Nasz makijaż musiał pasować do obu odsłon. A tak wygląda efekt końcowy — wyjaśniła kosmetyczka.

    Szeremeta, zwykle kojarzona ze sportową determinacją i ringową siłą, tym razem pokazała zupełnie inną, bardziej subtelną i elegancką twarz — co tylko potwierdza, że potrafi odnaleźć się w każdej roli.

  • Gol Pajor, a teraz taka wiadomość. Oficjalny komunikat FIFA, podwójna radość Polki

    Gol Pajor, a teraz taka wiadomość. Oficjalny komunikat FIFA, podwójna radość Polki

    10 grudnia Ewa Pajor ponownie pokazała, dlaczego od lat uchodzi za jedną z najlepszych piłkarek swojego pokolenia. Polka zdobyła niezwykle istotnego gola, który w dużej mierze zadecydował o kolejnym triumfie kobiecej FC Barcelony. Zaledwie kilkanaście godzin później 29-latka mogła świętować ponownie — tym razem dzięki historycznemu awansowi reprezentacji Polski w najnowszym rankingu FIFA.

    Tego dnia Barcelona mierzyła się z Benficą Lizbona w kolejnym meczu fazy ligowej Ligi Mistrzyń. Patrząc na wcześniejsze wyniki rywalek, które w czterech spotkaniach zdobyły zaledwie jeden punkt, „Blaugrana” uchodziła za zdecydowanego faworyta. Boisko szybko potwierdziło te przewidywania — piłkarki z Katalonii dominowały niemal w każdym aspekcie, notując aż 73 procent posiadania piłki i oddając imponujące 40 strzałów. Tylko 15 z nich trafiło jednak w światło bramki, w tym ten najważniejszy autorstwa Ewy Pajor.

    W 29. minucie kapitan reprezentacji Polski wykorzystała błąd defensywy Benfiki i pewnym strzałem wyprowadziła swój zespół na prowadzenie. Dla Pajor był to już szósty gol w ostatnich pięciu meczach Barcelony — seria, która potwierdza jej fenomenalną formę po powrocie do gry.

    Ostatecznie Barcelona pokonała Benficę 3:1, a Pajor została uznana za jedną z kluczowych postaci spotkania. Okazało się jednak, że to nie koniec dobrych wiadomości.

    Historyczny awans Polek w rankingu FIFA

    Rok 2024 był przełomowy dla kobiecej reprezentacji Polski. Drużyna prowadzona przez Ninę Patalon po raz pierwszy w historii awansowała do głównej fazy mistrzostw Europy. Ten sukces, w połączeniu z solidnymi wynikami w ostatnich miesiącach, nie przeszedł bez echa.

    W najnowszym zestawieniu FIFA „biało-czerwone” zajęły 24. miejsce na świecie — najwyższe w historii polskiego kobiecego futbolu. Wśród samych europejskich reprezentacji uplasowały się natomiast na 15. pozycji, co potwierdza ogromny postęp, jaki wykonała kadra w ostatnich latach.

    Dla Pajor i jej koleżanek to kolejny dowód na to, że polski futbol kobiecy rozwija się dynamicznie i zbliża do czołówki. 10 grudnia okazał się więc dniem podwójnego świętowania — zarówno na katalońskim boisku, jak i w międzynarodowych rankingach.

  • Barcelona wciąż niepokonana w LM! Ewa Pajor bohaterką. 18:3!

    Barcelona wciąż niepokonana w LM! Ewa Pajor bohaterką. 18:3!

    FC Barcelona nie zwalnia tempa! „Duma Katalonii” odniosła kolejne zwycięstwo i pozostaje liderem fazy ligowej Ligi Mistrzyń, mogąc pochwalić się imponującym bilansem bramkowym 18:3. W środowy wieczór na Estadi Johan Cruyff mistrzynie Europy pokonały Benficę 3:1, a jedną z bohaterek ponownie została niezawodna Ewa Pajor. Tuż po rozpoczęciu drugiej połowy doszło jednak do wydarzenia, które na moment wprowadziło kibiców gospodarzy w osłupienie.

    Zespół prowadzony przez Pere Romeu wychodził na boisko w roli zdecydowanego faworyta. Barcelona miała na koncie 10 punktów po czterech meczach i pewnie przewodziła tabeli Champions League. Benfica natomiast plasowała się dopiero na 15. miejscu wśród 18 ekip, z zaledwie jednym zdobytym punktem.

    Mimo ogromnej przewagi i aż 20 oddanych strzałów w pierwszej części gry, gospodynie zdołały zdobyć tylko jedną bramkę. Jej autorką była Pajor, która po znakomitym podaniu Alexii Putellas, pozostawiona bez krycia, uderzyła z pierwszej piłki i nie dała szans bramkarce Lenie Pauels.

    Tuż po przerwie kibice byli świadkami niespodziewanego zwrotu akcji. Benfica, która wcześniej nie oddała ani jednego celnego strzału, nagle doprowadziła do wyrównania, wprawiając stadion w zdumienie. Mało tego — chwile później zawodniczki z Portugalii ponownie stworzyły sobie znakomitą okazję, ale tym razem Barcelonę uratowała skuteczna interwencja.

    Szok w Barcelonie nie trwał jednak długo. Już w 54. minucie gospodynie znów prowadziły — tym razem po samobójczym trafieniu Christy Ucheibe, która niefortunnie przecięła wrzutkę w pole karne. Zaledwie pięć minut później Blaugrana podwyższyła wynik za sprawą Laii Aleixandri, która wpakowała piłkę do siatki po zamieszaniu pod bramką.

    Jak się później okazało, były to ostatnie gole tego spotkania. Pajor zakończyła swój występ pięć minut przed końcem regulaminowego czasu gry, ustępując miejsca Martine Fenger.

     

    W kolejnej rundzie Barcelona zagra na wyjeździe z Paris FC, natomiast Benfica podejmie u siebie Paris Saint-Germain.

    https://x.com/WomensGameMIB/status/1998820289535472011?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E1998820289535472011%7Ctwgr%5Ed030c8537e8038cad1213771da54e61cffbee54d%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fpulsembed.eu%2Fp2em%2F-ZJGE_9Gc%2F

  • Zaczęło się w “laboratorium”. Tajemnica sukcesu Szeremety bez tabu. “Kontrowersyjne”

    Zaczęło się w “laboratorium”. Tajemnica sukcesu Szeremety bez tabu. “Kontrowersyjne”

    Przeredagowany obszerny tekst

    Boks – mówi Tomasz Dylak – potrzebował kogoś zupełnie nowego. Kogoś, kto nie tylko poprawi detale, ale przewróci stolik, wyważy drzwi i zbuduje wszystko od początku. Przez lata polskie szkolenie opierało się na spuściźnie śp. Feliksa „Papy” Stamma. Kolejne pokolenia próbowały kopiować mistrza, ale coraz bardziej nieudolnie. Świat uciekał, trening zmieniał się diametralnie, a polski boks wciąż tkwił mentalnie w latach 60. – wspomina trener. I właśnie dlatego potrzebna była świeża głowa, zdolna zatrząść całym systemem. Dylak uważa, że padło na niego.

    Rozmawiamy, gdy jest w trasie. – Pojechałem do Gdańska na mistrzostwa Polski seniorek i seniorów – opowiada. – Dla selekcjonera to łatwiejsza część pracy: po prostu siedzę i oglądam walki. Czasem uda się wypatrzyć nową zawodniczkę, choć w seniorach debiuty to rzadkość. Do 12 grudnia oglądam boks, a następnego dnia wylatuję z rodziną na krótkie wakacje. Trzeba złapać oddech.

    Trudno jednak zacząć rozmowę inaczej niż od Budapesztu – od fenomenalnych mistrzostw Europy młodzieży. Cztery złota Polek, wszystkie finały wygrane jednogłośnie 5:0, siedem medali łącznie. Mazurek Dąbrowskiego grany niemal jak na zamówienie. – Brzmi jak bajka – mówię. – A jednak to się wydarzyło.

    – Tyle że za tą bajką kryje się sześć lat konsekwentnej pracy – odpowiada Dylak. – Z tymi dziewczynami jestem od 2019 roku. Brałem je jako juniorki, dorastałem przy nich jako trener, one przy mnie jako zawodniczki. Każdy rok to mały progres – nie rewolucja, ale stałe podnoszenie poziomu. Teraz kończą kategorię młodzieżową z największym sukcesem, jaki był możliwy. I pewien etap się kończy, bo ta grupa, którą prowadziłem od początku, już nie jest „młodzieżówką”.

    Czy liczy medale od początku pracy? – Już dawno się pogubiłem – śmieje się. – Na początku próbowałem to spisywać, ale z czasem tych sukcesów zrobiło się tyle, że przestało to mieć sens.

    Przypominam mu jego słowa z początku 2022 roku, z obozu w Cetniewie. Wtedy, świeżo po objęciu kadry seniorek, powiedział: „gdybym nie widział w tych dziewczynach potencjału na medal olimpijski w Paryżu, nie spędziłbym tu ani jednego dnia. Same medale ME czy MŚ mnie nie interesują.” Pytam, czy to nie było szaleństwo.

    – Może było – odpowiada bez wahania. – Ale to właśnie lubię w sobie najbardziej. Mam w sobie nutę szaleństwa, która mnie napędza. Wierzę w rzeczy niemożliwe i proszę, żeby to nigdy ze mnie nie wyparowało. To dzięki temu przekraczam granice, których inni boją się tknąć.

    Większość trenerów zadowala się medalami mistrzostw Europy, dla wielu to szczyt marzeń. On w tym widział raczej… pustą bramkę do dobicia. – Bo wtedy wahałem się – wspomina. – Czy wejść w boks olimpijski, czy iść w zawodowy. Mogłem zbudować dużą grupę profi, robić medialny boks, zarabiać. Ale kusiły mnie wyniki historyczne. Medal olimpijski dla Polski – to była myśl, która nie dawała spokoju. Gdybym miał trenować kadrę tylko po to, by jeździć po Europie, to zostałbym przy zawodowcach.

    Jest też inny, znów głośno komentowany wywiad sprzed dwóch lat. Wtedy Dylak powiedział, że w 2012 roku był… nikim w boksie olimpijskim. – I tak było – potwierdza. – Nie znałem nikogo, nikt nie znał mnie. Startowałem od zera, niżej nie da się zacząć.

    A jednak siedem lat później został trenerem kadry juniorek. I od razu zapowiedział rewolucję. – Polski boks miał gigantyczny problem z motoryką – tłumaczy. – A ja byłem samoukiem. Nie skończyłem AWF-u, nikt mnie tego nie uczył. Uczyłem się metodą prób i błędów. Analizowałem, wyciągałem wnioski. Miałem własne małe „laboratorium” – klub w Gostyniu. Tam eksperymentowałem. I szybko zaczęło działać.

    Czy na tych eksperymentach ktoś „przepadł”? Czy jakiś talent został stracony? – Nie – odpowiada stanowczo. – W klubie może czasem prowadziłem kogoś, kto miał potencjał, a został tylko „dobry”. Ale w kadrze juniorek byłem już trenerem na tyle świadomym, że nie zmarnowaliśmy żadnego talentu.

    Momentem, który uważa za potwierdzenie swojej metody, były przygotowania Julii Szeremety do igrzysk. – Trafiliśmy z formą idealnie – wspomina. – To był instynkt. Czułem, czego potrzebuję ja i czego potrzebuje cały polski boks olimpijski. To dało srebro.

    Czy dziś ma zawodniczkę, której nie potrafi w pełni otworzyć? – Nie chodzi o to, że nie potrafię dotrzeć, ale widzę ogromne rezerwy – odpowiada. – Basia Marcinkowska. Ona jeszcze nie pracuje na sto procent. Wiem, że na dwa lata przed igrzyskami będę jej pilnował tak, jak pilnowałem Julki.

    A to dla niego… paliwo. – Lubię takie wyzwania – przyznaje. – Uwielbiam gonić potencjał.

    Rozmawiamy też o kulisach objęcia kadry seniorsko-olimpijskiej. – Już kilka lat wcześniej mówiłem ludziom, że ją przejmę – zdradza. – Widziałem to. Sukces na mistrzostwach świata juniorek (siedem medali!) tylko to potwierdził. Kiedy ogłoszono konkurs po Tokio, przygotowaliśmy z Jakubem Sawickim kompletny plan. Po prezentacji wiedziałem, że tego nie przegramy. Mieliśmy odpowiedź na wszystko.

    Dylak opisuje też strukturę swojego sztabu, ludzi, którzy przez lata przy nim pracowali, zmieniali się, wracali lub odchodzili. Sztab ewoluował, ale jedno pozostaje stałe – jego rola jako kapitana statku.

    Najbardziej zaskakujące pada jednak na końcu rozmowy. Pytam o idealne zaplecze: badania krwi, pełne monitorowanie organizmu, sztab specjalistów – to, czym otacza się np. Ołeksandr Usyk. Spodziewam się, że Dylak o tym marzy.

    A on mówi… coś odwrotnego.

    – Na początku też uznałem, że im więcej specjalistów, tym lepiej – przyznaje. – Psycholog, dietetyk, trener motoryczny, badania, góry, wszystko. Przeładowaliśmy system. I w pewnym momencie zacząłem czuć, że to mnie oddala od boksu. Instynkt podpowiadał, żeby wrócić do prostoty. Do mojego nosu, mojego czucia zawodnika.

    Największe sukcesy przyszły wtedy, gdy… uprościł plan. – Nie mówię, że specjaliści nie wrócą – zastrzega. – Ale w ostatnich dwóch latach najlepsze wyniki dawało to, co budowałem przez lata. Skupienie na treningu bokserskim. I na intuicji.

    Zaskakuję go własnym zdziwieniem. – Wydawało mi się, że codzienne badania krwi to zawsze zaleta – mówię.

    On tylko się uśmiecha. – Też tak myślałem. Ale boks jest niemierzalny. Kiedyś badania wykazały, że Adam Kownacki absolutnie nie nadaje się do boksu. A kilka dni później miał walczyć o mistrzostwo świata. I w tym cały paradoks: wyniki badań często nijak nie przekładają się na realną formę pięściarza.

  • Ewa Pajor znów na ustach Hiszpanów. Polka błysnęła, wszystko na oczach własnych kibiców

    Ewa Pajor znów na ustach Hiszpanów. Polka błysnęła, wszystko na oczach własnych kibiców

    Ewa Pajor wróciła do gry po niepokojącej kontuzji kolana znacznie szybciej, niż początkowo przewidywano. Co najważniejsze — na boisku nie widać po niej absolutnie żadnych śladów absencji. Polka znów błyszczy w barwach żeńskiej drużyny FC Barcelony, prowadząc zespół do kolejnych zwycięstw i regularnie trafiając do siatki rywalek. W piątej serii gier Ligi Mistrzyń kataloński klub podejmował u siebie Benficę, a wygrana 3:1 była w dużej mierze zasługą właśnie Pajor.

    Poprzedni sezon w wykonaniu piłkarek Barcelony był niemal bezbłędny — brakowało tylko jednego elementu, aby mówić o pełnej perfekcji: triumfu w Lidze Mistrzyń. „Blaugrana” dotarła aż do finału, o jeden etap dalej niż męska część klubu, jednak w meczu o trofeum musiała uznać wyższość Arsenalu.

    Ewa Pajor należała wówczas do największych gwiazd zespołu i podobnie jest także w obecnych rozgrywkach. W połowie października los na chwilę stanął jej na drodze — Polka doznała kontuzji kolana, która wzbudziła spory niepokój. Szybka rehabilitacja i intensywna praca sprawiły jednak, że wróciła do gry w imponującym tempie.

    Kolejny gol Pajor w Lidze Mistrzyń i kolejne zwycięstwo Barcelony

    Pierwszym spotkaniem, które rozpoczęła w wyjściowym składzie po powrocie, było El Clásico. Pajor dwukrotnie znalazła drogę do siatki Realu Madryt, dając jasny sygnał, że jest gotowa do dalszej walki. Potem dorzuciła po jednym golu w trzech kolejnych meczach klubowych. Jej następnym sprawdzianem była rywalizacja z Benficą w Lidze Mistrzyń.

    Barcelona przystępowała do tego starcia jako lider grupy, z trzema punktami przewagi nad Juventusem. Choć od pierwszych minut zdecydowanie przeważała, długo nie potrafiła udokumentować tej dominacji bramką. Dopiero w 29. minucie sytuację odmieniła Pajor. Po precyzyjnym podaniu od Alexii Putellas Polka bez wahania umieściła piłkę w bramce i otworzyła wynik spotkania. Do przerwy gospodynie prowadziły 1:0, mimo że oddały aż 20 strzałów — siedem z nich było celnych.

    Druga połowa zaczęła się jednak dla Barcelony bardzo źle. Już w 46. minucie Chandra Davidson doprowadziła do wyrównania. Na szczęście dla kibiców „Dumy Katalonii” rezultat remisowy utrzymał się krótko — w 54. minucie Christy Ucheibe zaliczyła niefortunne trafienie samobójcze, ponownie wyprowadzając Barcelonę na prowadzenie.

    Cztery minuty później gospodynie podwyższyły wynik na 3:1, czym praktycznie zamknęły mecz. Pajor opuściła boisko w 85. minucie, zmieniona przez Fenger, jednak rezultat spotkania nie uległ już zmianie. Katalonki sięgnęły po kolejne trzy punkty, umacniając się na prowadzeniu w tabeli — mają obecnie 13 oczek, podczas gdy Juventus zgromadził ich 10.

    Ewa Pajor, z czterema bramkami na koncie, przewodzi klasyfikacji strzelczyń Ligi Mistrzyń, potwierdzając, że jej forma wciąż rośnie, a powrót po kontuzji przebiegł w sposób wręcz modelowy.

  • Była 29. minuta. Oto co zrobiła Pajor przed bramką rywalek w LM!

    Była 29. minuta. Oto co zrobiła Pajor przed bramką rywalek w LM!

    Ewa Pajor kontynuuje kapitalną serię! Polska napastniczka ponownie trafiła do siatki, i to już w piątym kolejnym meczu w barwach FC Barcelony. Tym razem 29-latka wpisała się na listę strzelczyń w spotkaniu Ligi Mistrzów przeciwko Benfice, rozgrywanym na katalońskim stadionie.

    Już w 29. minucie środowego meczu Blaugrana wykorzystała fatalne wyprowadzenie piłki przez rywalki tuż przed ich własnym polem karnym. Po szybkim przechwycie Alexia Putellas pomknęła z futbolówką w stronę bramki i idealnie obsłużyła Pajor podaniem w „szesnastkę”. Polka nie zastanawiała się ani chwili – mocnym uderzeniem pod poprzeczkę z około dziesięciu metrów pokonała bramkarkę Benfiki. W mediach społecznościowych natychmiast pojawiły się komentarze w stylu: „Śmierć, podatki i gole Pajor”.

    https://x.com/pvte11as/status/1998822767618388280?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E1998822767618388280%7Ctwgr%5Ec8ef6cc4a4f44eb0856ce838d6b39e468497600a%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fwww.sport.pl%2Fpilka%2F76504132462350byla-29-minuta-oto-co-zrobila-pajor-przed-bramka-rywalek-w.html

    Czwarta bramka Pajor w tej edycji Ligi Mistrzów

    Dla reprezentantki Polski był to już czwarty gol w tegorocznej Lidze Mistrzów. Dzięki temu Pajor współprowadzi klasyfikację strzelczyń – tyle samo trafień mają Caroline Wier z Realu Madryt, Lineth Beerensteyn z Wolfsburga oraz Alessia Russo z Arsenalu.

    Co więcej, Pajor błyszczy również na krajowych boiskach: z 10 golami jest obecnie najlepszą strzelczynią ligi hiszpańskiej, wyprzedzając klubową koleżankę Claudię Pinę o jedno trafienie. Barcelona pewnie przewodzi tabeli – po 13 kolejkach ma na koncie 36 punktów (12 zwycięstw, jedna porażka), a drugi w zestawieniu Real Sociedad traci aż dziewięć oczek.

    Fenomenalna seria Polki

    Mecz z Benficą był dla Pajor piątym z rzędu, w którym zdobyła przynajmniej jednego gola. Wcześniej dwukrotnie trafiła przeciwko Realowi Madryt (4:0) i Costa Adeje Tenerife (4:0), a po jednym razie z Chelsea (1:1) i Levante (4:0).

    Barcelona dominowała od pierwszych minut

    Spotkanie przeciwko Benfice rozpoczęło się od zmasowanych ataków Blaugrany. Po siedmiu minutach gospodynie oddały już cztery strzały, a po 25 minutach licznik uderzeń zatrzymał się na imponujących dwunastu. Do przerwy było ich aż 20, choć wynik brzmiał zaledwie 1:0 – gospodynie trafiły w tym czasie trzykrotnie w poprzeczkę, marnując kilka wybornych okazji.

    Benfica również miała swoją chwilę: Anna Gasper minęła bramkarkę Barcelony, ale z ostrego kąta posłała piłkę tylko w boczną siatkę.

    Emocje po przerwie

    Na początku drugiej połowy Portugalki niespodziewanie wyrównały. Po dośrodkowaniu Marit Lund fatalnie interweniowała Maria León, kierując piłkę wprost do Gasper. Niemka z pierwszej piłki odegrała do Chandry Davidson, a ta bez problemów wpakowała futbolówkę do pustej bramki z trzech metrów.

    Radość Benfiki nie trwała jednak długo. W 54. minucie pechową interwencją popisała się Christy Ucheibe, pakując piłkę do własnej bramki. Zaledwie pięć minut później było już 3:1 – po rzucie rożnym Laia Aleixandri López trafiła z ośmiu metrów.

    Barcelona mogła podwyższyć prowadzenie w 74. minucie, ale Putellas zmarnowała rzut karny – jej strzał obroniła Lena Pauels. Chwilę później kolejną dogodną okazję miała Pajor, jednak tym razem bramkarka Benfiki zdołała sparować jej mocne uderzenie pod poprzeczkę. Polka opuściła boisko w 85. minucie, zastąpiona przez Martine Fenger.

    Ostatecznie Barcelona wygrała 3:1, oddając przy tym aż 40 strzałów, z czego 15 celnych. Benfica odpowiedziała jedynie siedmioma próbami, w tym dwoma w światło bramki.

    FC Barcelona – Benfica 3:1 (1:0)

    • Bramki: Pajor (29.) Ucheibe (54. samobójcza), Aleixandri (58.) – Davidson (46.).
    • FC Barcelona: Coll – Camara (63. Torrejon), Aleixandri Lopez (85. Gomez), Leon, Brugts (74. Martinez) – Lopez, Serrajordi (63. Schertenleib), Putellas – Graham, Pajor (85. Fenger), Pina.
  • Oto cała prawda o przeszłości Nawrockiego. Ujawniamy kulisy

    Oto cała prawda o przeszłości Nawrockiego. Ujawniamy kulisy

    Miał talent, czuł ring. Karol Nawrocki w oczach wujka i gdańskiego środowiska bokserskiego

    Miał dryg, potrafił boksować — mówi o Karolu Nawrockim jego wujek Waldemar, ceniony trener i charakterystyczna postać trójmiejskiego boksu. Spotykamy się na ringu sali treningowej, w której obecny prezydent RP nadal czasem pojawia się na zajęciach. I próbujemy odpowiedzieć na jedno pytanie: ile prawdy jest w historii o Nawrockim–pięściarzu i czy ten wątek faktycznie ma dziś znaczenie?

    Jedno jest pewne: sport to ogromna pasja Karola Nawrockiego. Od lat widać go na stadionach i halach, regularnie podkreśla wagę aktywności fizycznej, a w przestrzeni publicznej funkcjonuje już narracja o jego obiecujących początkach w boksie. Ale czy to naprawdę solidny rozdział w jego życiu, czy może nieco podkoloryzowana legenda?


    Gdańskie początki. “Widziałem w nim moc”

    Ulica Elektryków w Gdańsku – dawne serce Stoczni Gdańskiej, dziś miejsce pełne klubów, knajp i koncertów. W jednej z hal mieści się klub Brzostek Top Team, prowadzony przez Macieja Brzostka, przyjaciela prezydenta. To tutaj spotykam Waldemara Nawrockiego: niski, energiczny, w czarnym golfie i charakterystycznym kapeluszu wygląda jak wyjęty z filmu Guya Ritchiego. To on namówił młodego Karola na boks, to on pilnował jego pierwszych kroków na ringu.

    Nawrocki trenował jednak czysto amatorsko. Wujek, prowadzący zawodowców, wiedział doskonale, jak brutalny potrafi być boks i niekoniecznie chciał, by Karol wiązał z nim przyszłość. A choć ten chwali się tytułem mistrza Pomorza w wadze ciężkiej i startami w Pucharze Polski, sam Waldemar podchodzi do tego spokojnie — lokalne sukcesy, dobry potencjał, ale boks był dla Karola raczej odskocznią niż życiowym planem.

    Gdańsk w latach 80. i 90. miał silną bokserską tradycję. Karol zaczynał w klubie Stoczniowiec, w starej, surowej, przemysłowej sali. — Każdy chłopak albo grał w piłkę, albo boksował. A Karol? On po treningu siadał do książek. Nauka była dla niego najważniejsza — wspomina wujek. — Widziałem w nim siłę, adrenalinę. Taką, która albo prowadzi do wielkości, albo niszczy. I wiedziałem, że musi ją z siebie wyrzucać, ale nie na ringu. On już wtedy był „polityczny”. Dlatego hamowałem go z boksem.


    “Chcesz chodzić z podbitym okiem?” — polityka wygrywa z ringiem

    Waldemar podkreśla, że wraz z rozwojem kariery Karola boks stał się niepotrzebnym ryzykiem. — Czasem chciał jeszcze stoczyć jakąś fajną walkę. A ja mówiłem: Karol, jesteś osobą publiczną. Chcesz pokazać się ludziom z podbitym okiem? — śmieje się trener.

    Sam Waldemar to postać większego kalibru niż jego siostrzeniec: prowadził medalistów mistrzostw Polski, kiedyś sam wywołał sensację, pokonując mistrza kraju Mirosława Kuźmę. Karol miał więc kogo słuchać — i kogo podziwiać.


    Siedlce: dzielnica, która wychowała prezydenta

    Nawrocki dorastał na gdańskich Siedlcach, dziś częściowo modernizowanych, ale wciąż z zachowanym klimatem dawnej robotniczej dzielnicy. — To była dzielnica robotniczo-sportowo-bandycka. Ale jakich takich nie było? — mówi wujek. — Jego koledzy po treningu szli na piwo. A on wracał i się uczył. Nic nie spadło mu z nieba. To ciężka robota, jak w sporcie.

    Nawrocki grał też w piłkę — zaczynał w Gedanii, kończył jako kapitan osiedlowego EX Siedlce. Może gdyby został przy futbolu, marzyłby o Lechii? — A został politykiem i wyszło mu to świetnie. W sporcie nigdy nie wiadomo, dokąd dojdziesz. A w polityce wszyscy widzieliśmy, że ma do tego predyspozycje — ocenia Waldemar.


    Ustawki? Wujek tonuje emocje: “Nie róbmy z niego ulicznego zabijaki”

    Najbardziej kontrowersyjny epizod związany z przeszłością Nawrockiego to rzekomy udział w ustawkach kibiców. Sam polityk w rozmowie z Mentzenem mówił o „sportowych, szlachetnych walkach”. Jadczak ujawnił jednak, że Nawrocki miał pojawić się w ustawce Lechii i Lecha w 2009 r.

    Waldemar bagatelizuje sprawę: — Raz wpadł tam jako kibic. Raz, nie więcej. I od razu zrobił się z tego wielki szum. Nie róbmy z Karola zabijaki. On nie miał nawet czasu na takie rzeczy.


    Prezydent nadal trenuje. Ale na zawodowy powrót nie ma szans

    Dziś Karol Nawrocki wciąż odwiedza gdańskie kluby bokserskie — już nie jako zawodnik, ale jako ktoś, kto lubi aktywność fizyczną i chce od czasu do czasu przyłożyć w worek, choćby z sentymentu. — Przyszedł raz po 21. Oczywiście z ochroną. Ale ochroniarze też później trochę poboksowali — śmieje się trener.

    Czy mógłby jeszcze wyjść do ringu? — Moim zdaniem to nierealne. Nawet jednorazowe, charytatywne starcie wymaga miesięcy przygotowań. A on ma teraz obowiązki, które nie pozwalają na takie ryzyko. Kiedyś mówiło się o jego walce z Mariuszem Wachem — i niewiele brakowało, ale dziś? To już tylko gdybanie.


    Został mu więc ring polityczny

    Zamiast wyprowadzania ciosów na ringu, Karol Nawrocki bije się o swoje w polityce. A legenda o jego bokserskiej przeszłości — prawdziwa czy nieco podkoloryzowana — pozostaje jedynie tłem do historii człowieka, który sport lubił, ale świadomie wybrał inną drogę.

  • Lewandowski na ustach Hiszpanów. Wszystko po tym, co zrobił w hicie LM

    Lewandowski na ustach Hiszpanów. Wszystko po tym, co zrobił w hicie LM

    Zwycięstwo Barcelony w wtorkowym meczu Ligi Mistrzów wcale nie przyszło łatwo. Anulowany gol Roberta Lewandowskiego, a następnie trafienie Eintrachtu sprawiły, że „Duma Katalonii” znów musiała odrabiać straty. Ostatecznie udało się odwrócić losy spotkania, lecz polski napastnik nie odegrał tym razem bezpośredniej roli przy bramkach zdobytych przez jego zespół. Znalazło to odbicie w ocenach pomeczowych, które hiszpańskie media wystawiały z wyjątkową skrupulatnością.

    Ostatnie starcie Barcelony z Eintrachtem Frankfurt sprzed trzech lat zakończyło się skandalem, który wystawił klub w fatalnym świetle. Nic dziwnego, że we wtorkowy wieczór piłkarze „Blaugrany” chcieli za wszelką cenę udowodnić swoją wyższość i zatrzeć złe wspomnienia tamtego incydentu.

    Katalończycy rozpoczęli agresywnie i już w 10. minucie Robert Lewandowski trafił do siatki. Radość Polaka trwała jednak krótko — gol został anulowany z powodu spalonego Raphinhii. Kilkanaście minut później Eintracht wykorzystał błąd defensywy Barcelony, a Ansgar Knauff dał gościom prowadzenie. Rezultat 0:1 utrzymał się aż do przerwy, a widmo kolejnej porażki z niemieckim rywalem zaczęło powoli zaglądać w oczy „Dumy Katalonii”.

    Po zmianie stron na murawie pojawił się jednak niespodziewany bohater — Jules Koundé. Francuski obrońca popisał się rzadko spotykaną skutecznością, zdobywając dwa gole w odstępie zaledwie trzech minut. Jego fenomenalny występ przesądził o zwycięstwie Barcelony i pozwolił jej odetchnąć z ulgą.

    Lewandowski natomiast nie spełnił oczekiwań. Choć ogólna prezencja napastnika była poprawna, hiszpańscy dziennikarze nie okazali mu większej wyrozumiałości. Zwłaszcza że zajął miejsce Ferrana Torresa, który kilka dni wcześniej popisał się hat-trickiem przeciwko Realowi Betis.

    „Lewandowski został w tym meczu praktycznie >>zapomniany<<. Po zastąpieniu Ferrana Torresa, świeżo po hat-tricku, wymaga się od niego znacznie więcej. Polak nie potrafił wejść w akcje ofensywne, jego ruchy nie były już tak dynamiczne jak kiedyś, a w 65. minucie został zmieniony” — napisali dziennikarze „Marki”, wystawiając mu zaledwie „4” w dziesięciostopniowej skali.

    Na wybór Hansiego Flicka zwróciło uwagę także „Mundo Deportivo”, sugerując, że postawienie na kapitana reprezentacji Polski nie było najlepszą decyzją w obecnej formie zawodnika.

    Również „As” nie szczędził krytyki. Zdaniem redakcji Lewandowski przechodzi trudniejszy okres, o czym świadczy kolejny mecz bez gola. Przypomniano również, że Polak nie trafił do siatki od 22 listopada, co jak na napastnika jego klasy jest serią wyjątkowo niepokojącą.