• Szczęście Chwalińskiej, katastrofa Ostapenko. Łotyszka czeka na cud

    Szczęście Chwalińskiej, katastrofa Ostapenko. Łotyszka czeka na cud

    Wtorkowa decyzja o przyznaniu przez All England Lawn Tennis and Croquet Club “dzikiej karty” do tegorocznego Wimbledonu dla Mai Chwalińskiej miała kolosalne znaczenie nie tylko dla Polki. Na tę decyzję czekało także kilka innych zawodniczek, decydowały się bowiem sprawy… rozstawienia w tym turnieju. A zagrożona stała się nagle uprzywilejowana pozycja dla Jeleny Ostapenko. Łotyszka nagle spadał na ostatnie “biorące” miejsce, ale już dziś mogła je opuścić. I opuściła, po zwycięstwie w Berlinie Kateřiny Siniakovej. Na ten moment “Zmora” Igi Świątek może już w pierwszej rundzie wpaść na gwiazdy. Czy to może się zmienić?
    article cover

    Maja Chwalińska i Jelena OstapenkoVictor Joly/DPPI & Foto Olimpik/Nur PhotoAFP

    Nie tylko cała Polska, ale i duża część tenisowego świata czekała na decyzje All England Lawn Tennis and Croquet Club o “dzikich” kartach do głównego turnieju Wimbledonu w singlu kobiet. Maja Chwalińska oczarowała bowiem swoją nietypową, techniczną grą w Paryżu, przeszła tam trzy rundy kwalifikacji, doszła do finału. I choć przegrała go z Mirrą Andriejewą, to jednak i tak została tą główną bohaterką.

    Andriejewa jest bowiem znana, to kandydatka na światową “jedynkę”, ma już w dorobku triumfy w Dubaju i Indian Wells, niedawno grała o tytuł w Madrycie. A Maja nigdy dotąd nie była w najlepszej setce rankingu WTA, choć do samego końca walczyła to – jeszcze przed Paryżem – by do niego wskoczyć. Bo to oznaczałoby automatyczną kwalifikację do głównej drabinki w Londynie.

    W Paryżu Chwalińska osiągnęła największy sukces w karierze, zdobyła najwięcej punktów rankingowych w karierze, na jej konto trafiła największa wypłata. Przesunęła się ze 114. miejsce na 21. Tyle że stało się to już po zamknięciu zgłoszeń do Wimbledonu. I aby zagrać w głównej fazie turnieju, a nie w kwalifikacjach w Roehampton, potrzebowała właśnie tej “dzikiej karty”.

    Dziś ją dostała. Nie tylko zagra w Wimbledonie, po raz drugi w karierze, ale zostanie w nim rozstawiona. A tego nigdy w żadnym turnieju z głównego kalendarza WTA nie doświadczyła. To zaś wpłynie na… Jeleną Ostapenko.

    Triumf liderki deblowego rankingu WTA w Berlinie. A to problem dla Jeleny Ostapenko. Drugi cios dla Łotyszki we wtorek

    Łotyszka zajmowała do dziś 34. miejsce w rankingu ATP, a właśnie obecny tydzień jest ostatnim, w którym można zdobywać punkty do rankingu przed losowaniem głównej drabinki w Londynie. Już wcześniej z gry w Wielkim Szlemie wycofały się kontuzjowane: Victoria Mboko i Hailey Baptiste. Nie wiadomo było, co stanie się z Chwalińską – ewentualny brak “dzikiej karty” dla Polki oznaczałby, że miałaby jeszcze jedno miejsce zapasu.
    Młoda kobieta z jasnobrązowymi włosami spiętymi w kucyk, ubrana w biały sportowy strój, stoi zwrócona bokiem, patrząc z powagą przed siebie. Tło jest rozmyte, podkreślając główną postać.

    Jelena OstapenkoPatrick HAMILTONAFP

    Tyle że już poważnie zagrażała jej Kateřina Siniaková – liderka rankingu deblowego, która całkiem solidnie spisuje się też w singlu. Przeszła w Berlinie kwalifikacje, w pierwszej rundzie świetnie losowała, bo trafiła na inną kwalifikantkę Rebekę Masarovą. Szwajcarka nie miała w tym meczu za wiele do powiedzenia, ani razu nie przełamała Czeszki. A w pierwszej partii sama została zaś dwukrotnie.

    Ostapenko zaś spadła na pierwsze miejsce pod kreską. Formalnie mogą ją wyprzedzić jeszcze: Sara Bejlek, Nikola Bartůňková i Diane Parry, ale to raczej wątpliwe. Musiałby wygrać turnieje w tym tygodniu: w Nottingham (Bejlek) lub Berlinie (dwie pozostałe).
    Tabela rankingowa tenisistek z pozycjami, nazwiskami, narodowościami, punktami oraz informacją o awansie lub spadku w klasyfikacji, podświetlająca na zielono zawodniczki, które poprawiły swoje miejsce.

    Ranking WTA “na żywo” we wtorek. Jelena Ostapenko jest pierwszą zawodniczką na ten moment, która nie zostanie rozstawionascreen za live-tennismateriał zewnętrzny

    Czy to oznacza, że Łotyszka na pewno nie zostanie rozstawiona i już w pierwszej rundzie może trafić na Igę Świątek czy Arynę Sabalenkę? Musi liczyć na cud i… wycofanie się jednej z tenisistek spośród tych, które są na ten moment przed nią. Uraz kostki z Londynu leczy Marta Kostiuk, z Berlina wycofała się Amanda Anisimova – reszta jednak regularnie gra.
    Tenisistka w jasnym stroju sportowym uderza piłkę na korcie podczas meczu turniejowego, w tle widoczny baner z logo i napisem związanym z organizatorem zawodów.

    Katerina SiniakovaFoto Olimpik / NurPhoto / NurPhoto via AFP AFP

    Alexander Bublik – Mattia Bellucci. Skrót meczu.

  • Wraca temat męża Darii Abramowicz. Wszystko przez to jedno nowe zdjęcie

    Wraca temat męża Darii Abramowicz. Wszystko przez to jedno nowe zdjęcie

    Daria Abramowicz w mediach bardzo niewiele mówi o życiu prywatnym. O mężu konkretniej wspomniała raz, i to kilka lat temu. Teraz jednak temat powraca. Wszystko za sprawą najnowszego zdjęcia, które psycholog udostępniła na swoim profilu w mediach społecznościowych. Zareagował Polski Związek Żeglarski, z którym związany jest Krzysztof Kierkowski.
    Daria Abramowicz

    Daria AbramowiczFOTO OLIMPIKNurPhotoGetty Images

    Współpraca Igi Świątek z Darią Abramowicz trwa nieprzerwanie od sześciu lat. A od jakiegoś czasu budzi kontrowersje oraz wątpliwości. Niektórzy twierdzą, że relacja ta wyszła poza profesjonalne ramy. Innego zdania jest najwyraźniej sama tenisistka, która nieraz podkreślała, że darzy Abramowicz dużym zaufaniem.

    To ja decyduję, z kim pracuję

    “Ludzie nie mają pojęcia, jak to wygląda – to ja podejmuję decyzje dotyczące współpracy (…). Jeśli chodzi o artykuły o Darii – przez lata przypisywano jej mój sukces na korcie, bo był możliwy m.in. dzięki sile mentalnej, a teraz, gdy pojawił się spadek formy i wyników, nagle to ona jest temu winna” – dodawała.

    O zawodowych osiągnięciach Darii Abramowicz napisano już wiele. Dużo mniej wiadomo o życiu osobistym psycholog. Temat ten, dość niespodziewanie, wraca teraz.

    Nowe zdjęcie na profilu Darii Abramowicz. Znaczący podpis

    Daria Abramowicz i w wywiadach, i na korcie i w mediach społecznościowych jest raczej profesjonalna, wręcz formalna. Na jej profilu niewiele jest prywaty. Z tym większym zaskoczeniem obserwujący mogą przyjąć najnowsze zdjęcie udostępnione przez psycholog.

    To fotografia oryginalnie opublikowana przez olimpijkę Jolantę Ogar. Na zdjęciu widać Abramowicz w towarzystwie ludzi ze środowiska żeglarskiego – mistrzyni świata oraz srebrnej medalistki z Tokio Agnieszki Skrzypulec oraz reprezentanta Polski w żeglarstwie Mikołaja Bazylego.

    Dodatkowo zdjęcie udostępnił Polski Związek Żeglarski. Nad wspomnianym triem widnieje podpis: “Dobrze, że wszyscy patrzymy w jednym kierunku”.
    Trzy osoby siedzące na betonowej rampie nad wodą z nogami zanurzonymi w morzu, patrzą w stronę otwartej przestrzeni, w tle nowoczesny budynek oraz błękitne niebo.

    Daria Abramowicz udostępniła w mediach społecznościowych zdjęcieinstagram.com/abramowiczdaria/stories/jolaogar/ESP/Instagram

    Abramowicz o mężu: “Jest trenerem głównym”. Mówią, że to Krzysztof Kierkowski

    Wątek żeglarski w kontekście Darii Abramowicz może przypomnieć temat męża psycholog. Ona sama nigdy nie przedstawiła go publicznie, choć zdarzało się jej wspominać o mężczyźnie w mediach. “Mój mąż jest trenerem głównym, współpracuje czy pracuje dla kanadyjskiej federacji żeglarskiej” – opowiadała przed pięcioma laty w podcaście emitowanym na platformie Voice House.

    Po sieci krążą spekulacje, że swego czasu powiedziała “tak” Krzysztofowi Kierkowskiemu. To żeglarz, olimpijczyk z Aten 2004 i Pekinu 2008, dwukrotny mistrz Polski oraz dwukrotny zwycięzca regat o Puchar Świata.

    W latach 2018-2025 pracował dla Kanadyjczyków. W styczniu zeszłego roku Polski Związek Żeglarski ogłosił, że Kierkowski poprowadzi zawodniczki klasy 49erFX w następnej kampanii olimpijskiej do Los Angeles 2028.

    “Krzysztof Kierkowski to wybitny trener, cieszący się ogromnym uznaniem wśród zawodników, którzy wystawiają mu same pozytywne opinie. Jego bogate doświadczenie zdobyte na arenie międzynarodowej przez ostatnie dziesięć lat będzie miało z pewnością kluczowe znaczenie w dalszym rozwoju naszych zawodniczek” – mówił o nim Piotr Myszka, trener główny kadry narodowej i trener przygotowań olimpijskich.

    Głos zabrał wówczas także sam zainteresowany. “Po niemal dziesięciu latach spędzonych za granicą, gdzie zdobywałem cenne doświadczenia i ważne lekcje, postanowiłem sprawdzić, jak można je wykorzystać w Polsce. Współpracę z Polskim Związkiem Żeglarskim rozpocząłem stosunkowo niedawno, ale już teraz mogę stwierdzić, że warunki pracy są bardzo dobre” – cieszył się.

    Podkreślał, że kluczowe dla niego będzie “budowanie relacji opartej na otwartej komunikacji oraz zdobycie zaufania zawodniczek”.

    “Rozwój osobisty, efektywna komunikacja i holistyczne podejście – to trzy najważniejsze wartości, którymi kieruję się jako trener. Nastawienie i sposób myślenia są kluczowe w mojej filozofii trenerskiej” – podsumowywał Krzysztof Kierkowski.

    Iga Świątek: To był dla nas bardzo pozytywny dzień.

  • Tego jeszcze nie było. Chwalińska oficjalnie potwierdza. Możliwy tytuł

    Tego jeszcze nie było. Chwalińska oficjalnie potwierdza. Możliwy tytuł

    Plany Mai Chwalińskiej na najbliższy czas klarują się coraz wyraźniej. We wtorek władze Wimbledonu oficjalnie ogłosiły, że polska tenisistka otrzymała “dziką kartę”, dzięki czemu wystąpi w głównej drabince wielkoszlemowych zmagań bez konieczności przedzierania się przez kwalifikacje. Tuż po imprezie w Londynie 24-latka powalczy o kolejny tytuł, co sama potwierdza, zapraszając do śledzenia jej rywalizacji. Takiego występu w jej karierze jeszcze nie było.
    Maja Chwalińska w żółtym stroju siedzi na korcie ziemnym podczas Rolanda Garrosa, zakrywa usta dłonią.

    Maja Chwalińska podczas Rolanda GarrosaDan Istitene/Getty ImagesGetty Images

    – Z finału Rolanda Garrosa do Rothenbaum w Hamburgu – napisali organizatorzy, chwaląc się zgłoszeniem reprezentantki Polski, która zostanie jedną z najwyżej rozstawionych zawodniczek. Niewykluczone, że będzie nawet turniejową jedynką, co tylko zwiększy jej szanse na możliwy tytuł.

    Po Wimbledonie Hamburg. Maja Chwalińska zabrała głos

    We wtorek swój rychły przyjazd do Hamburga potwierdziła sama zainteresowana. W mediach społecznościowych turnieju WTA 250 pojawiło się nagranie z Mają Chwalińską w roli głównej, na którym 24-latka zaprosiła fanów na trybuny. Podkreśliła przy tym, że nigdy dotąd nie miała okazji zaprezentować się przed tamtejszą publicznością.

    – Cześć wszystkim. Z tej strony Maja Chwalińska. Chciałam tylko powiedzieć, że jestem niezwykle podekscytowana tegorocznym przyjazdem do Hamburga. To będzie mój pierwszy raz na tym turnieju. Zdecydowanie nie mogę się więc doczekać tego tygodnia. Mam nadzieję, że was tam zobaczę – przekazała Maja Chwalińska.

    Wtorek okazał się wielkim dniem dla naszej tenisistki. Wimbledon ogłosił bowiem, że w ręce Polki trafi jedna z “dzikich kart”, która automatycznie otwiera jej drogę do głównej drabinki wielkoszlemowych zmagań w Londynie. Tego nie dawała jej dotąd nawet 21. lokata w rankingu WTA, ponieważ listy zostały zamknięte przez Brytyjczyków jeszcze przed bajecznym wyczynem Mai Chwalińskiej na Rolandzie Garrosie.

    Teraz czeka ją kolejne wyzwanie w jednym z czterech najważniejszych turniejów w tenisowym kalendarzu, po którym 24-latka zamelduje się właśnie w Hamburgu.
    Uśmiechnięta tenisistka w żółtej koszulce z logotypami sponsorów trzyma rękę na czole, wyrażając radość lub ulgę po zakończeniu meczu.

    Maja ChwalińskaZabulon Laurent/ABACAEast News
    Młoda kobieta z niedbale związanymi włosami w kucyk, ubrana w jasny sportowy strój, zakrywa usta dłonią w emocjonalnym geście zaskoczenia lub wzruszenia.

    Maja ChwalińskaAnne-Christine POUJOULAT AFP
    Tenisistka w sportowym stroju kuca na korcie ziemnym, zakrywając twarz dłońmi, trzymając rakietę, wyraźnie poruszona emocjami.

    Maja ChwalinśkaANNE-CHRISTINE POUJOULAT / AFP AFP

    Maja Chwalińska: Najpierw musi być pasja, a później trzeba dawać z siebie wszystko

  • Wimbledon wręczył dzikie karty. Jest komunikat ws. Mai Chwalińskiej

    Wimbledon wręczył dzikie karty. Jest komunikat ws. Mai Chwalińskiej

    Maja Chwalińska po Roland Garros udała się na zasłużone wakacje. W tym czasie wyczekiwała na to, jaką decyzję ws. przyznania jej dzikiej karty podejmą osoby decyzyjne w Wimbledonie. Wyczekiwanie się zakończyło. Anglicy oficjalnie ogłosili, że Polka dostała dziką kartę do turnieju głównego.
    Maja Chwalińska

    Maja ChwalińskaTomasz JastrzębowskiEast News

    Maja Chwalińska swoją przygodą na Roland Garros zachwyciła świat tenisa. Polka dotarła aż do finału w fantastycznym stylu. Dzięki temu jej ranking WTA uległ gigantycznej poprawie, bo Maja obecnie notowana jest wśród dwudziestupięciu najlepszych tenisistek świata, co zapewnia jej rozstawienie w Wielkich Szlemach.

    W ubiegłym sezonie podobną historię przeżyła Lois Boisson. Francuzka z Roland Garros odpadła w półfinale. Mimo tak znakomitego wyniku nie dostała dzikiej karty do występu w drabince głównej Wimbledonu. W związku z tym musiała przebijać się przez eliminacje i… odpadła w pierwszej rundzie.

    Jest decyzja ws. dzikiej karty dla Chwalińskiej. Wimbledon ogłosił

    Maja Chwalińska nie chce powtórzyć tej historii. Polka po Roland Garros udała się na zasłużone wakacje. W tym czasie kibice nerwowo śledzili poczynania osób decyzyjnych w Wimbledonie. Finalistka Wielkiego Szlema z Paryża zgłosiła się bowiem po dziką kartę do turnieju głównego.

    Decyzja zapadła na niespełna tydzień przed startem eliminacji (22 czerwca). Wimbledon ogłosił, że Maja Chwalińska zagra w angielskim szlemie bezpośrednio w drabince głównej. Finalnie organizatorzy przyznali jej dziką kartę, co potwierdzili we wtorek w okolicach godziny 12.

    Nazwisko Polki znalazło się obok sześciu innych – samych Brytyjek. W ten sposó wyróżniono też Harriet Dart, Alicię Dudeney, Hannah Klugman, Mikę Stojsavljevic, Katie Swan i Mimi Xu. Wciąż pozostało jeszcze jedno wolne miejsce.

    Oprócz Mai na angielskiej trawie z polskich reprezentantek zobaczymy także: Igę Świątek (rozstawiona z numerem trzy), Magdalenę Fręch, Magdę Linette, Lindę Klimovicową oraz Katarzynę Kawę. Wśród panów wystąpią: Kamil Majchrzak oraz Hubert Hurkacz. Kwalifikacje ruszą 22 czerwca, turniej główny siedem dni później.
    Młoda kobieta w zielonej sportowej kurtce trzyma duży bukiet kolorowych kwiatów, wokół niej stoją fotografowie i dziennikarze z aparatami.

    Maja Chwalińska Anita WalczewskaEast News

    Nikoloz Basilashvili – Daniel Altmaier. Skrót meczu.

  • Weto ws. pieniędzy dla Chwalińskiej od rządu. Doradca Nawrockiego w akcji

    Weto ws. pieniędzy dla Chwalińskiej od rządu. Doradca Nawrockiego w akcji

    Marcin Możdżonek, siatkarski mistrz świata (2014), a dziś polityk i doradca prezydenta Karola Nawrockiego, zabiera głos w sprawie 9600 zł brutto miesięcznego stypendium przyznanego Mai Chwalińskiej przez polski resort. Zgłasza stanowcze weto i od razu jasno tłumaczy, dlaczego. Jego zdaniem ktoś inny powinien dostać te pieniądze.
    Maja Chwalińska, Marcin Możdżonek

    Maja Chwalińska, Marcin MożdżonekMateusz Bialczyk/arena akcji/M.Lasyk/REPORTERNewspix.pl

    Maja Chwalińska napisała piękny rozdział tenisowej historii, przechodząc drogę od kwalifikacji aż do finału wielkoszlemowego Roland Garros 2026. Za taki sukces organizatorzy przewidzieli nagrodę finansową w wysokości 1 mln 633 351 dolarów.

    Całość nie trafi jednak na konto Polki. Od kwoty należy bowiem odprowadzić spory podatek. Chwalińska odda francuskiemu fiskusowi 45 proc. sumy, czyli 736 230 dol. Zostanie jej niespełna milion dolarów, a w przełożeniu na polską walutę – ok, 3,5 mln zł.

    Ponadto, po powrocie do Warszawy, tenisistka spotkała się z ministrem sportu i turystyki, który ogłosił przyznanie jej rocznego stypendium sportowego w najwyższej możliwej kwocie – 9600 zł miesięcznie brutto. Ruch ten wywołał kontrowersje. Do akcji wkracza Marcin Możdżonek.

    Chwalińska z 9600 zł stypendium z budżetu Polski. Sprzeciw Możdżonka

    Polacy zachwycili się Mają Chwalińską i jej sukcesem w Paryżu. Nie zmienia to jednak faktu, że zdaniem części rodaków przyznanie tenisistce państwowego stypendium to za dużo. Słychać głosy, że tego typu pomoc powinna być zarezerwowana dla dopiero początkujących talentów, którym nie brakuje zapału do uprawiania sportu, lecz może brakować funduszy.

    W tym tonie wybrzmiewa właśnie wpis Marcina Możdżonka, niegdysiejszego siatkarskiego mistrza świata (2014), dziś polityka oraz doradcy prezydenta Karola Nawrockiego.

    “Niezwykły sukces Mai Chwalińskiej, która dotarła do finału wielkoszlemowego Rolanda Garrosa, zachwycił całą Polskę. To owoc jej twardej pracy, determinacji i ogromnego poświęcenia jej rodziny – ale na pewno nie zasługa polskiego systemu szkolenia” – rozpoczyna Możdżonek na platformie X.

    Gdy tylko tenisistka odniosła życiowy sukces, do akcji natychmiast wkroczyli politycy obecnego rządu, gotowi do robienia sobie zdjęć i wręczania czeków w blasku jupiterów

    Według niego decyzja ministra Rutnickiego o przyznaniu Chwalińskiej 9600 zł stypendium to “podręcznikowy przykład patologii polskiej polityki sportowej, opartej na akcyjności i czystym PR-ze”.

    “Przyznawanie publicznych pieniędzy w momencie, gdy zawodniczka za sam finał w Paryżu swoją ciężką pracą zdobyła ponad 3 miliony złotych netto, nie ma nic wspólnego z realnym wspieraniem jej kariery. To klasyczna próba podpięcia się pod cudze osiągnięcia. Gdzie był resort, gdy Chwalińska była obiecującą nastolatką i borykała się z problemami finansowymi, nie mając za co opłacić noclegów podczas zagranicznych turniejów? Wtedy polski system był ślepy” – dopytuje.

    Na tym absolutnie nie kończy. Kieruje jeszcze inne zarzuty pod adresem resortu.

    Cios w decyzje polskiego rządu. Chodzi o pieniądze na sport

    W swoim wpisie Możdżonek przypomina flagowy projekt Klub Pro, mający na celu wsparcie klubów sportowych. Wśród kluczowych kryteriów decydujących o przyznaniu pieniędzy były sukcesy osiągane przez młodych sportowców grających w klubach. Chodziło o wsparcie szkolenia młodzieży.

    Według wiedzy polityka program “w praktyce wspiera podmioty najsilniejsze sportowo, czyli de facto te najbogatsze”. “Z ponad 4 tysięcy klubów realnie punktujących w polskim systemie, finansowanie otrzymuje zaledwie 850 z nich” – opisuje.

    Przy okazji Marcin Możdżonek porusza również temat planów ubiegania się Polski o organizację igrzysk olimpijskich w 2040 lub 2044 roku. Jego zdaniem to “szczyt hipokryzji”.

    Działacze z Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego będą wprost zachwyceni, widząc jak nasze państwo lekką ręką oddaje deweloperom cenne grunty wraz z istniejącymi obiektami sportowymi

    Wraca niejako do tematu Chwalińskiej, zaznaczając, że taki los spotkał korty w Dąbrowie Górniczej, na których niegdyś trenowała tenisistka. W tym kontekście wspomina jeszcze “legendarne korty AZS w Parku Skaryszewskim oraz wiele innych kultowych miejsc, które zamiast tętnić sportowym życiem, czekają na zalanie betonem”.

    Przekonuje, że obecnie większość wydatków związanych ze szkoleniem i rozwijaniem talentów dzieci pokrywają ich rodzice. W efekcie wiele utalentowanej młodzieży po prostu nie stać, by się sportowo rozwijać i brać udział w turniejach.

    “Ministerstwo Sportu nie jest od wręczania kieszonkowego dobrze radzącym sobie sportowcom w świetle kamer. Zadaniem państwa jest stworzenie transparentnego, przewidywalnego systemu wsparcia dla młodych talentów zanim staną się sławni, oraz bezwzględna ochrona i modernizacja bazy sportowej” – tłumaczy.

    Na koniec ma apel. “Każde dziecko, niezależnie od majątku rodziców, musi mieć równe szanse na rozwój i reprezentowanie barw narodowych na całym świecie” – podsumowuje.

    Uroczyste spotkanie ministra Jakuba Rutnickiego z Mają Chwalińskąmateriały prasowe

  • Świątek jednak zrezygnowała. Zaskakujący powód. W tle wielki finał Chwalińskiej

    Świątek jednak zrezygnowała. Zaskakujący powód. W tle wielki finał Chwalińskiej

    Tegoroczna edycja Roland Garros była dla polskiego kibica fantastyczną przygodą. Tym razem jednak nie za sprawą Igi Świątek, lecz dzięki znakomitej formie Mai Chwalińskiej. Najlepsza polska tenisistka zakończyła udział w paryskim turnieju już na 4. rundzie. Zapewnia jednak, że sukces serdecznej koleżanki sprawił jej ogromną radość. Śledziła jej występy wraz z całą sportową Polską niemal do samego końca. Zrezygnowała tylko… z obejrzenia finału.

    Iga Świątek (na małym zdj.) nie obejrzała finału Mai Chwalińskiej w Paryżu AFP/Newspix

    “Gratulacje Majson! Piękny turniej” – to treść posta, jaki Iga Świątek zamieściła na Instagramie tuż po zakończeniu zmagań w Paryżu. Sama pożegnała się z imprezą już w 1/8 finału. Musiała uznać wyższość Ukrainki Marty Kostiuk.

    Potem mogła już tylko trzymać kciuki za Maję Chwalińską, która wyrzucała za turniejową burtę kolejne wyżej notowane rywalki. Dopiero w finale została zatrzymana przez Rosjankę Mirrę Andriejewą. W kraju witana była jednak jako największa bohaterka Roland Garros.

    Iga Świątek o sukcesie Mai Chwalińskiej w Paryżu: Turniej zmieniający życie o 180 stopni

    – To był niesamowity turniej dla Mai. W sumie taki zmieniający życie o 180 stopni. Najbardziej można podziwiać to, jaką drogę przeszła. Piękna historia, która pokazuje, w jaki sposób można osiągnąć sukces w sporcie – mówi Świątek w rozmowie z WP Sportowe Fakty.

    – Mega się cieszę, że Maja była w finale – dodaje. – Wygrała z naprawdę super zawodniczkami i miała okazję przeżyć te wszystkie emocje, które towarzyszą uczestnikom na ostatnim etapie w Wielkim Szlemie. Bo jest to coś zupełnie innego niż w pozostałych turniejach.

    Jak się okazuje, Iga nie przeżywała gigantycznych emocji wraz z całą sportową Polską do samego końca. Kiedy nadszedł dzień meczu o tytuł, najlepsza polska tenisistka nie zasiadła przed ekranem punktualnie o 15:00. O przegranym meczu Chwalińskiej dowiedziała się później.

    – Oglądałam każdy mecz poza finałem, bo wtedy już wróciłam do treningów – tłumaczy.

    Rygor i dyscyplina mają przełożyć się na udany start w zbliżającym się Wimbledonie. Świątek przystąpi do obrony tytułu sprzed roku. Na szali 2000 punktów w rankingu WTA.

    O swoje marzenia w Londynie powalczy też Chwalińska. Wciąż nie wiemy, na jakim etapie przystąpi do rywalizacji. Jeśli nie otrzyma “dzikiej karty”, rozpocznie turniej – podobnie jak w Paryżu – od trzystopniowych kwalifikacji.

    Bez względu na rozwój zdarzeń tenisistka z Dąbrowy Górniczej będzie skupiała na sobie uwagę od pierwszego występu.

    – Wiem, ile Maja przeszła, więc cieszę się, że odmieniła swoje życie tym, co wypracowała w Paryżu – mówi z entuzjazmem Świątek. – Fajnie, że zyskała tyle wsparcia. Takie turnieje zupełnie zmieniają to, jak ludzie postrzegają zawodnika. Mam nadzieję, że wpłynie to na nią w pozytywny sposób.

    Rywalizacja w turnieju głównym na kortach Wimbledonu odbędzie się w dniach 29 czerwca – 12 lipca. Decyzja w sprawie “dzikiej karty” dla Chwalińskiej ma zostać ogłoszona we wtorkowy poranek.
    Zawodniczka tenisowa wykonuje dynamiczny zamach rakietą podczas meczu, skupiona na grze, ubrana w jasnożółty bezrękawnik sportowy.

    Maja ChwalińskaJULIEN DE ROSAAFP
    Zawodniczka tenisa w pozycji kucznej z rakietą opartą o ziemię, trzymająca głowę w dłoniach, z widocznymi opatrunkami na kolanie i udzie, na kortcie ziemnym.

    Maja ChwalińskaDIMITAR DILKOFFAFP
    Młoda kobieta z krótkimi, falowanymi włosami, ubrana w jasny garnitur i niebieską koszulę, patrzy w bok z delikatnym uśmiechem. W tle znajduje się niebieski, abstrakcyjny wzór.

    Iga ŚwiątekPIOTR GRZYBOWSKI/AGENCJA SE/East News East News

    Nikoloz Basilashvili – Daniel Altmaier. Skrót meczu.

  • Fręch rozbita w 69 minut, kilka godzin później decyzja. Niemcy ogłaszają ws. Polki

    Fręch rozbita w 69 minut, kilka godzin później decyzja. Niemcy ogłaszają ws. Polki

    Magdalena Fręch w Berlinie zaliczyła “falstart” – Polka wprawdzie wygrała pierwszy mecz kwalifikacji, ale już w drugim, decydującym, musiała uznać wyższość Shuai Zhang. Chinka rozbiła naszą reprezentantkę w 69 minut i mogła już szykować się do meczu pierwszej rundy, Łodziankę z kolei czekało nerwowe oczekiwanie na kluczowe losowanie. Kilka godzin później organizatorzy niemieckiego turnieju mogli za sprawą zmiany w drabince turniejowej ogłosić ważny ruch ws. Polki.
    Magdalena Fręch

    Magdalena FręchDIMITAR DILKOFFAFP

    Magdalena Fręch sezon na trawie zainaugurowała w Berlinie. Ttaj notowana na 45. pozycji w rankingu Polka zgłosiła się do mocno obsadzonego turnieju WTA 500. Do stolicy Niemiec zjechały się tenisistki ze ścisłej światowej czołówki z Aryną Sabalenką i Jeleną Rybakiną na czele, które z racji rozstawienia rozpoczną zmagania od drugiej rundy. Nasza reprezentantka z kolei musiała przedzierać się przez kwalifikacje, gdzie została rozstawiona z “3”.

    Łodzianka marsz w stronę drabinki głównej turnieju rozpoczęła od pokonania Aliaksandry Sasnowicz, co nie przyszło jej łatwo, bo Białorusinka miała nawet piłki meczowe. W kolejnym, decydującym meczu, Fręch została w 69 minut rozbita przez Shuai Zhang.

    Porażka z Chinką nie oznaczała jednak definitywnego końca marzeń o dalszej grze w Berlinie, rozstawiona z “1” w kwalifikacjach Xinyu Wang już wcześniej została włączona do drabinki głównej po wycofaniu się jednej z tenisistek, rozstawiona z “2” Katerina Siniakova z kolei wygrała dwa mecze i uzyskała awans. A to otwierało szansę przed Polką.

    WTA Berlin. Magdalena Fręch jednak zagra w turnieju

    Wcześniej bowiem z turnieju wycofała się Amanda Anisimova, dzięki czemu w drabince głównej zwolniło się jedno miejsce, na które miała zostać dolosowana jedna z zawodniczek, która przegrała w kwalifikacjach. Szczęście uśmiechnęło się właśnie do Fręch, co okazało się na kilka godzin po przegranym przez Polkę meczu. Organizatorzy niemieckiego turnieju zakomunikowali to zmianą w oficjalnej drabince, gdzie tenisistka z Łodzi widnieje jako “szczęśliwa przegrana”, która w pierwszej rundzie zagra z Evą Lys.

    Fręch jeszcze nigdy nie mierzyła się z Lys, która w Berlinie występuje dzięki “dzikiej karcie”. 24-letnia Niemka ostatnio nie notuje dobrej serii, w Roland Garros odpadła na etapie drugiej rundy po wysokiej porażce z Soraną Cirsteą (3:6, 0:6). Po raz ostatni dwa singlowe mecze z rzędu w drabince głównej wygrała w rozgrywanym na przełomie września i października ubiegłego roku turnieju WTA 1000 w Pekinie, gdy dotarła do ćwierćfinału.

    Learner Tien – Max Schoenhaus. Skrót meczu.

  • Świątek i Chwalińską dzieliły miliony. Dziś to już tylko “grosze”

    Świątek i Chwalińską dzieliły miliony. Dziś to już tylko “grosze”

    Dwa turnieje Wielkiego Szlema w 2026 roku już za nami, a to oznacza, że tenisowy sezon znalazł się za półmetkiem. Z polskiej perspektywy najlepszy bez wątpienia był Roland Garros, gdzie w roli finalistki wystąpiła Maja Chwalińska. Ten wynik sprawił, że już teraz Iga Świątek może czuć oddech swojej przyjaciółki na plecach w kwestii finansów.
    Maja Chwalińska i Iga Świątek

    Maja Chwalińska i Iga ŚwiątekEast News/East NewsEast News

    Gdy rozpoczynał się 2026 rok, a co za tym idzie sezon tenisa nadzieje polskich kibiców skierowane były oczywiście w kierunku Igi Świątek. Polka po udanej drugiej połowie poprzedniego roku miała wykonać kolejny krok do przodu pod wodzą Wima Fissette’a. Ta sztuka się jednak nie udała.

    Iga prowadzona przez Belga nie potrafiła przebrnąć przez etap ćwierćfinału w tym sezonie. Kończyła tak przede wszystkim w Australian Open, gdzie pokonała ją przyszła mistrzyni – Jelena Rybakina. Wyniki Igi były poniżej oczekiwań i dlatego z pracą u boku naszej gwiazdy pożegnał się Fissette.

    To już nie jest fortuna. Tyle dzieli Igę Świątek i Maję Chwalińską

    Na jego miejsce zatrudniony został Francisco Roig. Hiszpan pomógł Polce przeskoczyć etap ćwierćfinału. W Rzymie Iga dotarła do półfinału, w którym przegrała po trzech setach z Eliną Switoliną. Kolejna Ukrainka – Marta Kostiuk stanęła Idze na drodze na kortach Roland Garros, gdzie Świątek odpadła już po czwartej rundzie.

    Takie wyniki wiązały się oczywiście z odpowiednimi gratyfikacjami finansowymi, choć nie są to pieniądze, do jakich Iga mogła się już przyzwyczaić. Gdyby ktoś pół roku temu powiedział, że Igę Świątek w rankingu zarobków za 2026 rok będzie realnie gonić Maja Chwalińska, pewnie sama Maja by w to nie uwierzyła.

    Tak się jednak faktycznie dzieje. Oczywiście głównie za sprawą Roland Garros, gdzie Maja wypadła wyśmienicie, ale nie można zapominać, że wcześniej również osiągała naprawdę dobre wyniki, choć rangi poszczególnych turniejów, a co za tym idzie pule nagród finanasowych zdecydowanie nie imponowały.

    Chwalińska wygrała turniej rangi challenger w Oeiras. To był etap przygotowań do tego, co wydarzyło się ponad miesiąc później w Paryżu. W stolicy Francji rówieśniczka Igi dotarła do finału, który przegrała z Mirrą Andriejewą. Za taki wynik organizatorzy przewidzieli oczywiście gigantyczną wypłatę.

    Maja od Francuzów dostała 1 636 068 dolarów brutto. Taka kwota przekłada się na nieco ponad sześć milionów złotych. To największa wypłata w karierze Polki. Dodając do tego pozostałe nagrody finansowe z 2026 roku wychodzi suma 1 747 849 dolarów, co przekłada się na niecałe sześć i pół miliona złotych brutto za ostatnie sześć miesięcy.

    Iga Świątek w tej kwestii wypada nieco lepiej, ale różnica jest mniejsza, niż można byłoby zakładać. Iga najwięcej zainkasowała oczywiście w Australian Open, gdzie jej wypłata nieznacznie przekroczyła 500 tysięcy dolarów. Niecałe 500 tysięcy dolarów Iga dostała za wyniki w reprezentacyjnym United Cup.

    Roland Garros w tym roku “przyniósł” Idze niespełna 350 tysięcy dolarów. Wszystkie wypłaty z 2026 roku składają się zaś na sumę łączną wynoszącą 1 980 214 dolarów, a więc nieco ponad 7,2 miliona dolarów. Różnica między Igą i Mają w tym momencie wynosi dokładnie 851 378 złotych.

    Ta strata może zostać przez Maję zniwelowana już niebawem, a dokładnie podczas Wimbledonu, choć najpierw Iga zagra w Bad Homburg, gdzie Raszynianka będzie mogła zarobić około dwustu tysięcy dolarów, jeśli turniej wygra. To mniej więcej tyle, ile dzieli dziś dwie najlepsze polskie zawodniczki.
    Kobieta w zielonej bluzie sportowej siedzi przy stole z mikrofonem i butelkami napojów, na tle ścianki z powtarzającym się wzorem logo.

    Maja ChwalińskaTomasz JastrzębowskiEast News

    Learner Tien – Max Schoenhaus. Skrót meczu.

  • Dwa sety Fręch na Steffi Graf Stadion w Berlinie. Awans niżej notowanej

    Dwa sety Fręch na Steffi Graf Stadion w Berlinie. Awans niżej notowanej

    Dwa sety Fręch na Steffi Graf Stadion w Berlinie. Awans niżej notowanej

    Od kilku sezonów dwa najlepiej obsadzone turnieje rangi 500 odbywają się w Niemczech: na kortach ziemnych taki gości Stuttgart, na trawie zaś – Berlin. Do stolicy Niemiec zjeżdża konsekwentnie niemal cała czołówka – i tak samo regularnie imprezę tę omija Iga Świątek. Próbuje zaś swoich sił Magdalena Fręch, rok temu sensacyjnie ograła tu Mirrę Andriejewą. W poniedziałek grała o główną drabinkę – rywalką była chińska weteranka Shuai Zhang. Dość nieoczekiwanie, po 69 minutach, to 37-latka cieszyła się z awansu. Jest jednak prawdopodobne, że pozytywne wieści z Berlina nadejdą również ws. Polki.
    article cover

    Magdalena Fręch, Berlin 2026Foto Olimpik/Nur PhotoAFP

    Gdy 1 marca Magdalena Fręch walczyła w finale WTA 500 w Meridzie z Cristiną Bucsą, mogliśmy spodziewać się całkiem niezłej wiosny dla Łodzianki. Mimo że tamto spotkanie przegrała.

    Rzeczywistość okazała się jednak trochę bardziej skomplikowana dla tenisistki, która wróciła do grona 40 najlepszych tenisistek świata. Porażki zaraz na starcie Indian Wells i Miami, zaledwie dwa zwycięstwa w siedmiu starciach na mączce, problemy zdrowotne podczas meczu z Jil Teichmann w Paryżu – to nie dawało optymizmu.

    Po krótkiej przerwie podopieczna trenera Andrzeja Kobierskiego pojawiła się jednak w Berlinie – niewiele zabrakło, by znalazła się od razu w głównej drabince. A była w niej rok temu – i sprawiła sporą sensację, wygrywając w 1/6 finału z Mirrą Andriejewą. Później zaś przegrała z Amandą Anisimovą.

    Teraz Fręch została w kwalifikacjach rozstawiona z “3” – to też ma duże znaczenie. I jeszcze do tego faktu wrócimy. Wygrała w sobotę z Białorusinką Aliaksandrą Sasnowicz, choć Białorusinka miała już dwie piłki meczowe. Zdołała jednak odrobić straty, rozstrzygnęła mecz w tie-breaku.
    Zawodniczka w sportowej odzieży podczas gry w tenisa, skupiona na odbiciu lecącej piłki rakietą na tle elektronicznej tablicy wyników.

    Magdalena FręchFoto Olimpik/Nur PhotoAFP

    A dziś grała już o główną drabinkę – w finale kwalifikacji. Z rozstawioną z “7” Chinką Shuai Zhang, zawodniczką bardzo utytułowaną, zwłaszcza w grze podwójnej, ale już 37-letnią. W ich dotychczasowych potyczkach był remis 2:2, ale to Łodzianka wygrała ostatnie starcie. Ponad 2,5-godzinne, we wspomnianej już Meridzie, gdy stawką była finał turnieju.

    WTA Berlin. Magdalena Fręch walczyła o główną drabinkę. 69 minut dominacji w stolicy Niemiec

    Pogoda w Berlinie nie rozpieszczała w ostatnich dniach organizatorów – wszystkie mecze eliminacji miały zostać zakończone w niedzielę. Tymczasem przez cały weekend lało, szczęściem Łodzianki było to, że ona swoje pierwsze spotkanie zdołała skończyć. A dziś mierzyła się z Shuai Zhang na Steffi Graf Stadion.
    Tenisistka ubrana w biały strój wykonuje dynamiczny ruch podczas podania, skupiona na lecącej piłce tenisowej, na tle kortu trawiastego.

    Magdalena Fręch, Berlin 2026Foto Olimpik/Nur PhotoAFP

    I nie był to dobry mecz Magdaleny, choć zaczęła obiecująco. Od wygrania gema do zera. Później jednak to Chinka była wyraźnie lepsza, dobrze poruszała się po korcie, bardzo szybko zyskiwała przewagę. Choć nie jest przecież zawodniczką, która uderza mocno. A tu nie musiała. Rosła więc przewaga Zhang, po 31 minutach sędzia Pierre Bacchi ogłosił koniec seta – było 6:2 dla 37-latki.

    W meczu z Sasnowicz Łodziance też długo się jednak nie układała gra, a w decydującym momencie nastąpił zwrot. Dziś Shuai była jednak konsekwentna. W swoich gemach serwisowych nie dawała Magdalenie szans, a gdy pojawiła się szansa na przełamanie, od razu ją wykorzystała. W kluczowym momencie, na 5:4. Serwowała więc po mecz, dopiero wtedy Polka po raz drugi w spotkaniu wywalczyła break point. Co z tego, skoro ostatnie akcje rozwiązywała fatalnie – piłka lądowała w siatce lub po autach. Skończyło się na 2:6, 4:6 – po 69 minutach gry.

    Ten wynik nie oznacza, że Fręch żegna się z turniejem. Jest najwyżej notowaną zawodniczką, która odpadła w finale kwalifikacji. A to oznacza, że będzie losowania jako “szczęśliwa przegrana”, bo już w tym momencie jest jedno takie wolne miejsce w drabince – po wycofaniu się Amandy Anisimovej. Czy będzie miała szczęście? Przekonamy się jeszcze w poniedziałek.
    Shuai Zhang

    Shuai ZhangAFP

    Panthers Wrocław – Berlin Thunder. Skrót meczu. WIDEOPolsat Sport

  • Polski as rzuca świat na kolana, legenda tonie w zachwytach. “Djoković”

    Polski as rzuca świat na kolana, legenda tonie w zachwytach. “Djoković”

    Pięknie pan to ujął i wprowadził. Maja jak gdyby dodała otuchy innym polskim tenisistom, że niemożliwe jest możliwe. Jak się okazuje, w piękny sposób wpłynęła na polski tenis, bo dosłownie tydzień po Roland Garros mamy kolejny, olbrzymi sukces. Odnośnie Mai wszyscy w środowisku tenisowym wiedzieliśmy, że jest utalentowana dziewczyna, z wyjątkowym czuciem piłki i nietypową techniką, inną i wspaniałą, a podobna historia jest z Kamilem. To znaczy wiedzieliśmy, że jest chłopak, stający się coraz bardziej dorosłym tenisistą z Polski, który zachwyca swoim stylem gry, ale coś się nie układa. A to kontuzje, a to niesprawiedliwa dyskwalifikacja, która mocno go doświadczyła. Czas pędzi nieubłaganie, mamy do czynienia już z 30-letnim mężczyzną, a doskonale pamiętam, jak 13 lat temu, gdy dojrzałem go na kortach w Poznaniu, gdzie dostał “dziką kartę” ode mnie i Krzysztofa Jordana, nazwałem go polskim Djokoviciem. Jak gdyby długo nie potwierdzał się ten Novak, czasami gdzieś zabłysnął, jak czwartą rundą w Wimbledonie, ale teraz napisał wielki rozdział. Okazuje się, że trawiasta nawierzchnia wyjątkowo Kamilowi odpowiada. W ostatnich dniach korespondowaliśmy codziennie. Dodawałem mu odwagi, najpierw pisząc, że może ograć Auger-Aliassime’a. Dlatego, że pokonał Berrettiniego, a oni mają podobny styl gry, czyli potężne forhendy, które osłaniają słabsze bekhendy, a do tego potężne serwisy.

    Po rozstawionym z “1” Kanadyjczyku, w półfinale przyszła kolei na starcie z turniejową trójką, Daniiłem Miedwiediewem.

    – Miedwiediew gracz z wielkim dorobkiem, od lat wydaje się być trochę drewniany, a szczególnie na trawie. Już to udowodnił w meczach z nim Hubert Hurkacz w Wimbledonie, a także na trawie w Halle. Tym bardziej byłem optymistą. Natomiast bałem się Aleksa de Minaura dlatego, że to taki “terier”, który świetnie czuje się na trawie. Pamiętam jego znakomite wyniki w Queens i w innych turniejach. Australijczyk to już rasowy gracz, który czuje trawę, lubi ją i najczęściej wygrywa. W korespondencji z Kamilem to czułem, zaznaczając szanse 50 na 50, co oczywiście tak czy siak stawiało go w doskonałej pozycji, bo przecież był zdecydowanym underdogiem. Bukmacherzy praktycznie nie dawali mu szans.

    Tym bardziej spektakularne jest to, co pokazał Kamil, wspomniany de Minaur był z kolei turniejową “dwójką”. Kamil w trzech meczach odprawił z kwitkiem komplet zawodników z Top 10 rankingu ATP.

    – Dlatego oddajmy teraz miejsce Kamilowi, który jest stworzony na nawierzchnię trawiastą. Zachwyca płaskimi uderzeniami z bekhendu, a jego forhend jest również bardzo solidny. Do tego znakomicie porusza się, mając zawsze stabilizację, a na trawie bardzo trudno jest utrzymać takie ustawienie do uderzeń, jakiego by sobie człowiek życzył. Nawet przy serwisie, który jest uderzeniem “stojącym”, na nawierzchni trawiastej trudniej jest złapać odpowiedni rytm. Kamil na tle Miedwiediewa, czy nawet de Minaura grał płynnie, poruszał się płynnie i miał swobodę ruchów, zaś jego finałowy rywal praktycznie co drugie uderzenie coś poprawiał ciałem, obracał i wykrzywiał. Kamil ma szósty zmysł do tej wydawałoby się najtrudniejszej nawierzchni, gdzie piłka dziwnie się odbija, a dla Kamila jakby za każdym razem tak, jak sobie to wymyśli. Jego gra w ostatnich dwóch latach stała się bardziej ofensywna, co też pomaga na tej nawierzchni. Kiedy trzeba, to atakuje, śmiało operuje wolejami, poprawił też serwis. Te wszystkie elementy w połączeniu z tym, czym w Paryżu zaimponowała mi Maja, będąc do bólu regularną, widzę także u Kamila. A o regularność na trawie jest jeszcze trudniej, więc tym bardziej cieszy, że nie popełnia błędów. Podziwiałem te wymiany, w których obaj finaliści potrafili po kilkanaście razy gonić się bardzo linii bocznych, nisko nad siatką. To było doprawdy imponujące. Ślę podziw dla Kamila, dokładnie to napisałem do niego po zwycięstwie. Kamil jest wielki na trawie, ale także imponuje mi w nim coś innego. Jest bardzo inteligentnym, elokwentnym człowiekiem i cechuje go duża wrażliwość.

    Nie od rzeczy jest wywołanie kontekstu, z którym teraz mamy do czynienia. Doskonale pamiętam ubiegłoroczny Wimbledon, który był nowym otwarciem dla Kamila, czwartą rundą zanotował w nim swój życiowy wynik w Wielkim Szlemie. Czy zatem patrząc na styl obecnej wygranej w ‘s-Hertogenbosch i kolejne przesunięcie swojego limitu, w kontekście nadchodzącego Wimbledonu możemy sądzić, że Polak zgłosił akces do miana ewidentnego “czarnego konia” turnieju w Londynie?

    – Mnie zawsze wydaje się, gdy nadchodzi Wimbledon, że wygra go Hubert Hurkacz. I tym razem dalej tak sądzę przy nieobecności Alcaraza, nie tej samej klasy Djokoviciu oraz nie wiadomo w jakiej formie fizycznej Sinnerze. Nie widzę ewidentnego faworyta, natomiast nie ma dzisiaj aż tak wielu tenisistów, którzy dobrze czują się na tej nawierzchni.

    Czyli starcie Hurkacz – Majchrzak?

    – (uśmiech) Może powtórzyć się historia z ćwierćfinału Janowicz – Kubot z 2013 roku właśnie w Wimbledonie. Byłoby to coś pięknego. Mamy drugiego wspaniałego singlistę, który rankingowo stał się teraz polskim numerem jeden. O talencie Kamila wiedzieliśmy od dawna. Świętej pamięci Ronnie Leitgeb, mój przyjaciel z Austrii, który był trenerem i menedżerem Thomasa Mustera, wiele razy mnie pytał, czy może do swojej stajni dołączyć Huberta i Kamila. Rozmawiałem z Tomkiem Iwańskim, próbowaliśmy, ale nie doszło do tego. To pokazuje, że już 7-8 lat temu znani ludzie w tym światku patrzyli z uznaniem na naszych graczy. Turniej w Holandii jak w zwierciadle odbija występ Mai Chwalińskiej. Często mówi się, że nieszczęścia chodzą parami, a tu okazuje się, że sukcesy też lubią się wiązać. Gdy Kamil osiągnął finał, napisał do mnie: “panie Wojtku, gonię pana” (uśmiech). Po sukcesie odpisałem mu: “cieszę się, że wygrałeś, bo masz krótszą drogę. Teraz możesz gonić tylko do 15 zwycięstw, a nie 33 finałów”, co także skwitowałem uśmiechami. Ale proszę spojrzeć, jakie są podobieństwa. W Sztokholmie, w moim premierowo zwycięskim turnieju (19 kwietnia 1976 – przyp.), także pokonałem trzech rywali z pierwszej “10”, czyli dokładnie tak samo, jak Kamil. O tym wszystkim szczegółowo wspominam w mojej niedawno wydanej książce “Gem, set, życie”, nad którą pracowałem pięć lat, a która opisuje setki niuansów, sekretów i historii tenisa. Miałem wtenczas 24 lata, co w stosunku do moich kolegów także było bardzo późno, bowiem oni mieli na koncie już wiele triumfów. Kamil jako nastolatek wpadł mi w oko swoim znakomitym poruszaniem się, regularnością, płaskimi uderzeniami, a także polotem i czuciem piłki. Czyli wieloma elementami z gry Mai Chwalińskiej, która z bekhendu także bije prosto i płasko. I te jej crossy po przekątnej, czyli wizytówka Kamila, a później wzdłuż linii, które też doskonale potrafi. Oboje mają wiele podobieństw na korcie. Dla polskiego tenisa te historie zataczają bardzo ciekawy krąg. Z drugiej strony po tak gigantycznym awansie przeciwnicy już zupełnie inaczej będą podchodzili do meczów z nimi. Pod tym względem będą mieli pod górkę.

    A co powiedzieć o największej gwieździe polskiego tenisa, Idze Świątek? Czy patrząc na to, co obserwowaliśmy w Paryżu, może być na kursie do obrony niespodziewanie wywalczonego przed rokiem tytułu w Wimbledonie? A może widzimy, że sześciokrotna triumfatorka Wielkich Szlemów potrzebuje więcej czasu, by na nowo się zbudować?

    – Mamy wspaniałą polską ekipę na Wimbledon. Wierzę w Igę, Maję, Huberta i Kamila, a także w Magdę Linette. Naprawdę jestem optymistą, a w przypadku Igi widzę, jak starannie przygotowuje się do tego wielkiego wyzwania, przed nią wiele punktów do obrony. Bardzo długo była światową jedynką, wiele razy pokazywała świetne nastawienie mentalne i waleczność, co cechuje ją zawsze.

    A co z Mają Chwalińską? Kibic powinien mieć teraz rozbuchany apetyt i oczekiwać, że skoro na mączce przyszedł tak ogromny sukces, teraz wszystko siłą rozpędu przełoży się na trawę?

    – Maja ma wymarzoną technikę do gry na trawie, ale dużo zależy od losowania. To się wydaje trywialne i banalne, ale nie. Szczególnie właśnie w takim turnieju, jak Wimbledon, gdzie jest kilka tenisistek, które są groźne akurat na tej nawierzchni. Przykłady? Choćby dwie Niemki Tatjana Maria oraz Laura Siegemund, które nie są rozstawione, ale na trawie są arcygroźne, czy na przykład Szwajcarka Viktorija Golubic. Jest kilka tenisistek, które mogą stanowić wczesne zagrożenie dla Igi oraz Mai, a nie są to wielkie nazwiska, z którymi przyjdzie im się skonfrontować w późniejszych rundach. Mam także nadzieję, że Maja dostanie “dziką kartę”, lecz kto wie, czy dla niej nawet w pewnym sensie nie byłoby korzystne rozegranie eliminacji. Nie zgłosiła się do żadnego turnieju przed Wimbledonem, więc nawet dobrze będzie rozegrać kilka wstępnych spotkań. Udowodniła to na paryskiej mączce, z którą oswoiła się i przyzwyczaiła właśnie dzięki kwalifikacjom. Jedyną wadą występu w eliminacjach byłoby to, że nie zostanie rozstawiona. W tym sensie to byłby duży minus, natomiast ogranie się byłoby dużym plusem.

    To jest szalenie ciekawe, co pan mówi. Powiedziałbym, że to wypowiedź mocno na kontrze wobec tych, którzy nawet zaczęli forsować taki oto punkt widzenia, że gdyby Maja miała zaczynać od kwalifikacji, to może lepiej w ogóle się wycofać, by ewentualna porażka nie podcięła skrzydeł po życiowym osiągnięciu.

    – To są opinie na granicy bredni. Przeczytałem jedną opinię pewnego trenera, że powinna pojechać na wakacje i w ogóle zapomnieć o Wimbledonie. Z krzesła spadłem, jak się z tym zapoznałem. Przez tyle lat nie występowała regularnie, nagle taki sukces i co, teraz ma nie wystąpić w Wimbledonie? Ja tydzień przed moim pierwszym wygranym turnieju w Sztokholmie wystąpiłem w finale w Monte Carlo. Po czym od razu pojechałem do Stanów Zjednoczonych, gdzie w Kansas City zdobyłem mistrzostwo świata w parze z niemieckim tenisistą Karlem Meilerem, pokonując najlepsze deble i nazwiska. Następnie przemieściłem się do Anglii, gdzie w Bournemouth odniosłem kolejne zwycięstwo na zielonej mączce, pokonując w finale Manuela Orantesa. Grałem bez przerwy, tydzień po tygodniu, bo się cieszyłem, że napędzony nagle mogłem grać non stop z najlepszymi na świecie. A ktoś tu proponuje Mai, by zrezygnowała z Wimbledonu?

    Rozmawiał Artur Gac

    Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: artur.gac@firma.interia.pl
    Uśmiechnięta tenisistka w żółtej koszulce z logotypami sponsorów trzyma rękę na czole, wyrażając radość lub ulgę po zakończeniu meczu.

    Maja ChwalińskaZabulon Laurent/ABACAEast News
    Starszy mężczyzna w okularach i szaliku, siedzący na brązowej sofie z mikrofonem w jednej ręce, drugą dłonią wskazuje na swoją głowę; w tle widoczne zielone rośliny.

    Wojciech FibakMichal KlagEast News

    Maja Chwalińska: Nie jestem za bardzo w social mediach, bo myślę, że bym zwariowała