Iga Świątek dłużej się rozgrzewała w koszmarnym upale niż w pierwszym meczu w Cincinnati, ale jak już się rozgrzała, mecz z Marią Sakkari przypominał walkę pięściarza z workiem treningowym. Polka wygrała 4:6, 6:1, 6:1.
Poniedziałek zaczął się dla Igi Świątek awansem z 8. miejsca rankingu WTA na 5. – w efekcie triumfu w Toronto, czyli bardzo pozytywnie. Zakończył się też bardzo dobrze.
Poniedziałkowy mecz, ponownie rozgrywany w piekielnym skwarze i wilgotności, Polka zainicjowała bardzo solidnym serwisem i piekielnie zakręconym forhendem. Kiedy jednak wydawało się, że kontroluje spotkanie, jej serwis został przełamany po serii doskonałych returnów Greczynki na 2:3. Podanie Świątek było na tym etapie meczu precyzyjne, ale zbyt łatwe do odbioru przez Marię Sakkari. Pokazywała to statystyka returnów z dużą przewagą Greczynki. Polka z trudem broniła się przed kolejnymi przełamaniami.
Iga Świątek – Maria Sakkari. Boska gra Greczynki
Świątek regulowała celownik w pierwszych akcjach poprzedniego spotkania z Emilianą Arango i gdy już go wyregulowała, spotkanie przypominało walkę pięściarza z workiem treningowym. W pierwszym secie poniedziałkowego meczu było inaczej. Po prostu Sakkari dysponuje znacznie większą siłą rażenia niż Kolumbijka – jej serwis był wspaniały (80 proc. wygranych akcji po jej pierwszym podaniu), uderzane przez nią piłki nie tylko były szybsze, ale z furią – przepraszam za furię piłek – spychały Polkę za końcową linię. Nawierzchnia kortu w Cincinnati hojniej nagradza agresję i szybkość. O ile na początku meczu Świątek wydawała się być momentami niepewna i nieśmiała wybierając kierunki uderzeń, z czasem stawała się dodatkowo coraz częściej nerwowa.
Przewaga jednego przełamania pozwoliła Greczynce wziąć pierwszy set – wygrała go 6:4, uderzając do tego dwa asy w ostatnim gemie i tzw. winnera serwisowego na dodatek. Pytanie było, czy wytrzyma narzucone przez siebie tempo.
Maria Sakkari, lot w dół, lot w górę
Była “trójka” światowego rankingu WTA to bohaterka niesamowitej historii walki i determinacji. Najbardziej dramatyczny rozdział tej historii otworzyła dwa lata temu od spektakularnego upadku. Trzęsienie ziemi zaczęło się od rozstania z wieloletnim trenerem Tomem Hillem po niesatysfakcjonujących wynikach. A potem już nic jej się nie układało. Do tego w końcu sezonu 2024, w US Open doznała kontuzji, która ciągnęła się za nią i ciągnęła. Kryzys fizyczny i psychiczny związany z niepowodzeniami, trwał przez cały 2025 r. i miał swoje efekty uboczne – zatrudnianie i zwalnianie kolejnych szkoleniowców. Było ich chyba czterech lub pięciu, aż w końcu Greczynka wróciła do Hilla.
Wtedy koło fortuny odwróciło się. W Dausze 31-letnia Sakkari zagrała turniej jak marzenie – jako nr 52. w światowym rankingu pokonała Jasmine Paolini (wtedy nr 8) oraz Świątek, która była wówczas wiceliderką. Sakkari została wtedy pierwszą tenisistką, która pokonała Polkę po utracie pierwszego seta w turnieju serii WTA 1000 – takich zwycięstw Świątek zaliczyła aż 109. Ale później znów sprawy przybrały niezbyt dobry dla Greczynki obrót: wystąpiła w 24 meczach, przegrała połowę.
Teraz mogła ją napełniać optymizmem wynik meczu z Polką w Dausze.
Iga Świątek – Maria Sakkari. Drugi set, Grecja w kryzysie
Na początku drugiego seta, po ładnej obronie swojego serwisu w pierwszym gemie, Świątek wypracowała sobie pierwsze w meczu szanse na przełamanie serwisu rywalki. Udało się przy drugiej okazji i Polka objęła prowadzenie 2:0. A potem 3:0, 4:1 i 5:1 po drugim przełamaniu.
Mimo prowadzenia i przewagi na korcie, bardzo frustrowały ją nieudane zagrania przy własnym podaniu – podwójne błędy serwisowe (3, w całym meczu 6), proste błędy, serwis zbyt łatwy do odbioru. Musiała widzieć to, że nawet jeśli porządnie popracuje przy podaniu rywalki (którego skuteczność znacznie spadła w drugim secie), jej własne mogą nie pomóc. Chyba czuła, że w środku seta nie mogła być ich pewna: słaby gem serwisowy był przeplatany wspaniałymi, wybitnymi zagraniami ustawionymi właśnie przez serwis. Z czasem jednak zyskała na pewności siebie. Ostatnia akcja – ideał. Swiątek odrobiła straty, wygrała 6:1.
Iga Świątek – Maria Sakkari, trzeci akt czyli exodos
Trzeci set zaczęła od podania Sakkari, ale szybko okazało się, że Światek nie musiała gonić wyniku – od razu zdobyła przewagę przełamania. Po fatalnym dla Greczynki drugim secie pod względem trafień podania (zaledwie 35 proc.), w drugim było nieco lepiej, ale nie na tyle, żeby zniwelować utratę punktów naprawdę spektakularnymi niewymuszonymi błędami. Zdarzało się, że miała punkt w garści i grubo przestrzeliła. Świątek była bezlitosna – przełamała serwis Greczynki po raz drugi na 3:0, potem obroniła swój na 4:0 i otworzyła się przed nią autostrada do zwycięstwa. Po dwóch godzinach gry, przy stanie 5:1 miała piłkę meczową. I ją wygrała. Znowu 6:1.
W IV rundzie Świątek zagra z Francuzką Diane Parry (WTA 66), która pokonała swoją rodaczkę Lois Boison (WTA 281) 4:6, 6:4, 6:3.

Leave a Reply