Category: Uncategorized

  • Wisła Kraków w Ekstraklasie. To jednak budzi duży niepokój

    Wisła Kraków w Ekstraklasie. To jednak budzi duży niepokój

    Wisła Kraków w Ekstraklasie. To jednak budzi duży niepokój

    Powrót Wisła Kraków do Ekstraklasy od miesięcy jest jednym z najgorętszych tematów w polskiej piłce. Kibice „Białej Gwiazdy” marzą o tym, aby klub ponownie znalazł się wśród najlepszych drużyn w kraju i odzyskał dawny blask. Po latach problemów organizacyjnych, finansowych oraz sportowych wydawało się, że najgorsze jest już za Wisłą. Drużyna stopniowo odbudowała swoją pozycję, a ostatnie sezony dawały nadzieję, że awans jest coraz bliżej. Mimo tego wokół klubu nadal pojawia się wiele pytań i wątpliwości. Entuzjazm miesza się z niepokojem, bo sam awans do Ekstraklasy może okazać się dopiero początkiem bardzo trudnej drogi.

    W Krakowie nikt nie ukrywa, że miejsce Wisły jest w najwyższej klasie rozgrywkowej. To klub z ogromną historią, wielkimi tradycjami i jedną z najbardziej oddanych grup kibiców w Polsce. Jeszcze kilkanaście lat temu Wisła dominowała w krajowej piłce, regularnie zdobywała mistrzostwa Polski i występowała w europejskich pucharach. Dziś rzeczywistość wygląda jednak zupełnie inaczej. Rywale odjechali organizacyjnie i finansowo, a powrót do dawnej pozycji wymaga znacznie więcej niż tylko jednego udanego sezonu.

    Największe obawy dotyczą przede wszystkim stabilności klubu. Choć sytuacja finansowa jest lepsza niż kilka lat temu, kiedy Wisła znalazła się niemal na skraju upadku, to nadal nie można mówić o pełnym bezpieczeństwie. Klub musi bardzo rozsądnie zarządzać budżetem, a każde większe potknięcie może mieć poważne konsekwencje. Ekstraklasa oznacza większe wydatki – wyższe kontrakty, większe wymagania infrastrukturalne oraz presję natychmiastowych wyników. Dla wielu zespołów awans staje się pułapką, bo po krótkiej euforii pojawia się brutalna rzeczywistość.

    Niepokój budzi także sama kadra zespołu. Wisła ma kilku piłkarzy, którzy wyróżniają się na poziomie pierwszej ligi, ale eksperci zastanawiają się, czy to wystarczy w Ekstraklasie. Różnica poziomów między ligami jest ogromna. Drużyny z najwyższej klasy rozgrywkowej dysponują szybszymi zawodnikami, lepszą organizacją gry i większym doświadczeniem. Piłkarze, którzy w pierwszej lidze wyglądają bardzo dobrze, często mają problemy po awansie. W Krakowie doskonale zdają sobie z tego sprawę.

    Kluczowe mogą okazać się transfery. Jeśli Wisła chce nie tylko awansować, ale również utrzymać się w Ekstraklasie, potrzebuje jakościowych wzmocnień. Problem polega jednak na tym, że rynek jest coraz trudniejszy. Najlepsi zawodnicy wybierają bogatsze kluby, a Wisła musi szukać okazji i działać bardzo ostrożnie. To może powodować frustrację kibiców, którzy oczekują głośnych nazwisk i natychmiastowej poprawy jakości zespołu.

    Wielką rolę odgrywa także presja. W Krakowie oczekiwania zawsze były ogromne. Każdy remis czy porażka wywołują lawinę komentarzy. Dla młodych piłkarzy może to być bardzo trudne środowisko. Wisła to klub, w którym nie ma czasu na spokojną budowę projektu przez kilka lat. Kibice chcą sukcesów od razu. Problem w tym, że współczesny futbol wymaga cierpliwości i konsekwencji, a tych w polskiej piłce często brakuje.

    Nie można zapominać również o kwestiach organizacyjnych. W ostatnich latach Wisła przeszła przez prawdziwy chaos. Zmiany właścicielskie, problemy finansowe i nieustanne konflikty mocno osłabiły klub. Choć obecnie sytuacja wydaje się bardziej stabilna, wielu obserwatorów nadal zachowuje ostrożność. Historia pokazała, że nawet jeden nieudany sezon może wywołać kolejne turbulencje.

    Kibice są jednak największym kapitałem Wisły. Frekwencja przy Reymonta imponuje nawet wtedy, gdy drużyna nie gra w Ekstraklasie. Atmosfera na stadionie często przewyższa to, co można zobaczyć w wielu klubach najwyższej ligi. To właśnie wsparcie fanów pozwoliło klubowi przetrwać najtrudniejsze chwile. Bez nich Wisła mogłaby dziś znajdować się w zupełnie innym miejscu.

    Jednocześnie właśnie ogromne emocje kibiców mogą stanowić problem. Każdy kryzys jest w Krakowie natychmiast analizowany, a presja medialna szybko rośnie. Trenerzy i piłkarze muszą funkcjonować pod nieustanną obserwacją. W Ekstraklasie margines błędu będzie jeszcze mniejszy. Seria kilku słabszych meczów może doprowadzić do nerwowych decyzji, a to często niszczy długoterminowe projekty.

    Ważnym aspektem jest również rywalizacja w samej Ekstraklasie. Liga zmieniła się w ostatnich latach. Kluby takie jak Raków Częstochowa czy Jagiellonia Białystok pokazały, że dzięki odpowiedniemu zarządzaniu można zbudować silne drużyny bez wielkiej historii i ogromnych budżetów. Wisła nie może już liczyć na samą markę. Dawne sukcesy nie gwarantują punktów ani przewagi nad rywalami.

    Wisła Kraków w Ekstraklasie. To jednak budzi duży niepokój

    Coraz częściej mówi się także o tym, że klub potrzebuje nowoczesnej strategii. Współczesny futbol opiera się nie tylko na transferach, ale również na analityce, szkoleniu młodzieży i skutecznym skautingu. Wisła przez lata miała opinię klubu żyjącego przeszłością. Jeśli chce wrócić do czołówki, musi patrzeć w przyszłość. W Krakowie rozumieją, że bez profesjonalizacji na każdym poziomie trudno będzie rywalizować z najlepiej zorganizowanymi zespołami w kraju.

    Duże znaczenie może mieć także akademia. Wisła od dawna słynęła z wychowywania talentów, ale w ostatnich latach konkurencja mocno wzrosła. Kluby inwestują ogromne środki w rozwój młodzieży. Dla Wisły szkolenie zawodników może być kluczowe nie tylko sportowo, ale również finansowo. Sprzedaż utalentowanych piłkarzy pozwala dziś wielu drużynom stabilnie funkcjonować.

    Eksperci zwracają uwagę, że sam awans nie może być traktowany jako koniec projektu. To dopiero pierwszy krok. Wiele klubów po wejściu do Ekstraklasy popełnia ten sam błąd – żyje chwilą i zapomina o budowie fundamentów. Wisła nie może sobie na to pozwolić. Potrzebuje planu na kilka lat, a nie tylko jednego udanego sezonu.

    Niepokój budzi również kwestia mentalności zespołu. Gra o awans różni się od walki o utrzymanie. W pierwszej lidze Wisła często jest faworytem, musi prowadzić grę i dominować. W Ekstraklasie sytuacja może wyglądać odwrotnie. Drużyna będzie zmuszona częściej bronić się i cierpieć na boisku. To wymaga zupełnie innego doświadczenia oraz charakteru.

    Niektórzy kibice obawiają się też, że oczekiwania wobec trenera są zbyt duże. Szkoleniowiec Wisły pracuje pod ogromną presją, a każdy jego ruch jest analizowany. Tymczasem budowa konkurencyjnej drużyny wymaga czasu. Nawet najlepszy trener nie osiągnie sukcesu bez odpowiednich narzędzi i cierpliwości ze strony władz klubu.

    Warto jednak podkreślić, że mimo wszystkich obaw Wisła nadal ma ogromny potencjał. Marka klubu wciąż działa na wyobraźnię sponsorów, piłkarzy i kibiców. Powrót do Ekstraklasy mógłby dać nowy impuls całemu środowisku. Większe zainteresowanie mediów, wyższe wpływy z praw telewizyjnych oraz możliwość rywalizacji z najlepszymi zespołami w kraju mogłyby pomóc w dalszej odbudowie.

    W Krakowie wszyscy zdają sobie sprawę, że droga do stabilizacji będzie długa. Nikt rozsądny nie oczekuje dziś natychmiastowej walki o mistrzostwo Polski. Najważniejsze wydaje się stworzenie drużyny, która będzie regularnie rozwijać się i stopniowo odbudowywać swoją pozycję. Problem polega na tym, że w klubie o takiej historii cierpliwość zawsze jest ograniczona.

    Nie można również ignorować rosnących wymagań finansowych w polskim futbolu. Koszty funkcjonowania klubów stale rosną, a różnice budżetowe między zespołami bywają ogromne. Wisła musi znaleźć sposób, aby konkurować z bogatszymi rywalami, nie wpadając jednocześnie w kolejne problemy ekonomiczne. To wyjątkowo trudne zadanie.

    Mimo tych wszystkich znaków zapytania kibice wierzą, że Wisła może wrócić na należne jej miejsce. Klub wielokrotnie udowadniał, że potrafi podnosić się po kryzysach. Historia „Białej Gwiazdy” pełna jest dramatycznych momentów, ale również spektakularnych powrotów. Być może właśnie teraz rozpoczyna się kolejny ważny rozdział.

    Jedno jest pewne – ewentualny powrót Wisły Kraków do Ekstraklasy byłby jednym z najważniejszych wydarzeń w polskiej piłce ostatnich lat. Dla kibiców byłby to powód do ogromnej radości, ale jednocześnie początek nowego wyzwania. Bo dziś największym pytaniem nie jest już tylko to, czy Wisła awansuje. Coraz częściej chodzi o coś znacznie ważniejszego – czy po powrocie będzie gotowa, aby naprawdę przetrwać i ponownie stać się silnym klubem.

    by fave

  • Taki efekt wyprawy Osaki do Nowego Jorku. Wiktorowski wyszedł w drugim secie

    Gwiazdy światowego tenisa już na długo przed rozpoczęciem turnieju WTA 1000 w Rzymie zameldowały się na Foro Italico, by spokojnie przygotować się do rywalizacji. Iga Świątek pojawiła się we włoskiej stolicy aż dziewięć dni przed swoim pierwszym meczem. Zupełnie inną drogę wybrała jednak Naomi Osaka. Japonka tuż przed startem imprezy poleciała do Nowego Jorku, a do Rzymu wróciła dopiero w środę. Choć początkowo wydawało się, że taka decyzja nie odbije się na jej formie, spotkanie z Evą Lys pokazało coś zupełnie innego. Osaka wygrała pierwszego seta 6:4, ale później mecz kompletnie wymknął się spod kontroli. Szczególnie zastanawiający moment nastąpił przy stanie 2:1 w drugim secie, gdy lożę zawodniczki opuścił Tomasz Wiktorowski. Chwilę później gra Japonki rozsypała się całkowicie.

    Po zakończeniu turnieju w Madrycie większość zawodniczek bardzo szybko przeniosła się do Rzymu, by jak najlepiej zaaklimatyzować się przed kolejnym „tysięcznikiem”. Świątek od lat preferuje spokojne przygotowania i właśnie dlatego zjawiła się na miejscu wyjątkowo wcześnie. Tak samo funkcjonowała jeszcze w czasach współpracy z Tomaszem Wiktorowskim. Teraz jednak polski trener musi odnaleźć się przy zupełnie innym stylu pracy, bo Naomi Osaka postawiła na intensywny tydzień poza kortem.

    Japonka wybrała się do Nowego Jorku, gdzie pojawiła się na prestiżowej MET Gali organizowanej w Metropolitan Museum of Art. Czterokrotna mistrzyni wielkoszlemowa zwróciła na siebie uwagę efektowną kreacją, a przy okazji uczestniczyła również w wydarzeniach medialnych i wykładzie. Dopiero w środę wróciła do Rzymu i wznowiła treningi. Tego samego dnia okazało się, że jej pierwszą rywalką będzie Eva Lys.

    Niemka, urodzona w Kijowie, wróciła niedawno po problemach z kolanem, które wykluczyły ją z gry na dwa miesiące. Spadła w rankingu WTA na 80. miejsce i przed turniejem w Rzymie wygrała zaledwie jedno spotkanie w ostatnich tygodniach — z Paulą Badosą w Stuttgarcie. Już samo pokonanie Katie Boulter w pierwszej rundzie było dla niej dużym sukcesem. W starciu z Osaką pozostawała wyraźną outsiderką, nawet jeśli korty ziemne nigdy nie były ulubioną nawierzchnią Japonki.

    Pierwszy set przebiegał dokładnie zgodnie z przewidywaniami. Osaka dominowała siłą uderzeń, regularnie przejmowała inicjatywę i bezlitośnie wykorzystywała słabszy serwis rywalki. Szczególnie drugie podania Lys były natychmiast karane mocnymi returnami. Japonka szybko odskoczyła na 5:2 i wydawało się, że za chwilę zakończy seta wynikiem 6:2. Choć nie wykorzystała pierwszej okazji, ostatecznie zamknęła partię 6:4.

    Również początek drugiego seta wskazywał, że mecz zmierza ku szybkiemu zakończeniu. Osaka przełamała rywalkę i prowadziła już 2:0. Nawet chwilowa strata własnego podania nie wyglądała groźnie. Wtedy jednak wydarzyło się coś nietypowego — Tomasz Wiktorowski opuścił boks swojej zawodniczki. Według relacji miało to być wcześniej uzgodnione z Osaką, ale trudno było nie zauważyć, że od tego momentu gra Japonki zupełnie się posypała.

    Naomi zaczęła seryjnie popełniać niewymuszone błędy, traciła cierpliwość i wyraźnie się frustrowała. W całym drugim secie zanotowała aż 19 niewymuszonych pomyłek, podczas gdy Lys popełniła ich zaledwie siedem. Niemka wykorzystała chaos po stronie rywalki i odwróciła wynik, wychodząc na prowadzenie 4:2. Osaka coraz bardziej okazywała irytację, reagując nerwowo nawet na zachowanie dzieci podających piłki.

    Przy stanie 5:4 Lys serwowała po wyrównanie meczu. Miała aż trzy piłki setowe przy prowadzeniu 40:0. Dwie pierwsze zmarnowała — jedną po dłuższej wymianie, drugą po podwójnym błędzie serwisowym. Przy trzeciej szansie Osaka pomyliła się jednak forhendem, posyłając piłkę kilkanaście centymetrów za linię końcową. Set zakończył się wynikiem 6:4 dla Niemki, a Japonka natychmiast udała się do szatni.

    Początek decydującej partii również nie zwiastował dla Osaki niczego dobrego. Już w pierwszym gemie została przełamana i wyglądało na to, że całkowicie straciła kontrolę nad spotkaniem. Tym razem jednak zdołała jeszcze wrócić do gry. Zaczęła agresywniej atakować przy podaniu rywalki i wykorzystała fakt, że serwis Lys nie robił większego wrażenia.

    Mecz wciąż był jednak pełen zwrotów akcji. Osaka prowadziła 3:1, ale po chwili straciła przewagę. Później odskoczyła na 4:2, by znów zostać przełamaną mimo prowadzenia 40:15. Trzeba jednak oddać Niemce, że do samego końca walczyła niezwykle ambitnie, często rozrzucała Osakę po korcie i konsekwentnie naciskała na jej bekhend.

    Ostatecznie o wyniku przesądził serwis Evy Lys. W decydującym secie Niemka nie potrafiła utrzymać żadnego własnego gema serwisowego. Osaka z kolei wykorzystała swoje okazje i w końcówce odzyskała kontrolę nad wydarzeniami na korcie. Po ponad dwóch godzinach walki triumfowała 6:4, 4:6, 6:3.

    Dzięki temu Naomi Osaka awansowała do 1/16 finału turnieju w Rzymie, gdzie jej kolejną przeciwniczką będzie Diana Shnaider.

  • Mistrzyni WTA 1000 znika ze ścieżki Świątek. Skandalistka znów bez litości

    Mistrzyni WTA 1000 znika ze ścieżki Świątek. Skandalistka znów bez litości

    Tytuł w Dosze, półfinał w Miami, finał w Stuttgarcie – Karolina Muchova w ostatnim czasie dość dokładnie planowała swój kalendarz, a to dawało wyniki. Zrezygnowała z gry w Madrycie, wypoczęta przyjechała do Rzymu. Dopiero po raz trzeci w karierze zdecydowała się na grę na Foro Italico, losowanie wydawało się dobre – trafiła na kwalifikantkę. A później tą okazała się… Anstazja Potapowa, półfinalistka z Caja Magica. Reprezentująca Austrię Rosjanka udowodniła, że poprzednie wyniki wcale dziełem przypadku nie były.

    Anastazja PotapowaSeverin Aichbauer/APA-PictureDeskAFP

    Karolina Muchova była jedną z kilku wygranych ostatnich trzech miesięcy, czyli okresu po zakończeniu pierwszego Wielkiego Szlema. Czeszka już w Australii spisywała się nieźle, półfinał w Brisbane, 1/8 finału w Melbourne – to wyniki niezłe. A później przyszły jeszcze lepsze, z tytułem w Dosze i finałem w Stuttgarcie na czele. 29-letnia zawodniczka, rodem z Ołomuńca, przegrała tylko pięć spotkań: dwa z Coco Gauff, której “odpłaciła się” w Porsche Open, a po jednym z Igą Świątek, Aryną Sabalenką i Jeleną Rybakiną.

    Z gry w Madrycie zrezygnowała, godząc się na karne zero w rubryczce punktowej za brak obowiązkowego turnieju WTA 1000. Nie chciała ryzykować przeciążenia po wyczerpującym turnieju w Niemczech. W Rzymie została rozstawiona z “11”, po poniedziałkowym losowaniu miała świadomość, że zacznie od gry z kwalifikantką. A później się okazało, że będzie nią albo Anastazja Potapowa, albo Dalma Galfi. Ich starcie w środę wygrała ta pierwsza. I to już powinno być dla Czeszki ostrzeżeniem.

    Potapowa do listopada zeszłego roku reprezentowała Rosję, miała tam wielu fanów. Także i dlatego, że po wprowadzeniu obowiązkowej neutralności dla tenisistek i tenisistów z tego kraju, ona zdecydowała się na odważny gest. Najpierw w Dubaju, a później w Indian Wells paradowała w koszulce Spartaka Moskwa – klubu, któremu kibicuje. Ukrainki protestowały, wsparła je Iga Świątek, skończyło się na karze od WTA i zakazie dalszego celebrowania klubowych sympatii. Stąd tak duże było zaskoczenie w Moskwie, że nagle wystąpiła o obywatelstwo Austrii.

    W kwietniu Potapowa zaczęła prezentować zaskakująco dobrą formę, a przecież była już o włos od wypadnięcia z TOP 100 w rankingu. Finał w Linzu, półfinał w Madrycie, po pokonaniu m.in. Jeleny Rybakiny – to mówi samo za siebie. W Rzymie też musiała grać jeszcze kwalifikacje, ostatni raz na długi czas w turnieju tej rangi. Przeszła, wygrała z Galfi, a dziś stanęła do gry z Muchovą. Ona walczy o… rozstawienie podczas French Open. I jest tego bardzo blisko.

    WTA 1000 w Rzymie. Karolina Muchova kontra Anastazja Potapowa na Court 2

    Takiego obrotu spraw Czeszka chyba nie spodziewała się w najczarniejszych snach. Wygrała przecież z Potapową trzy ostatnie spotkania, jedyny raz uległa jej ponad siedem lat temu, gdy rywalka była czołową juniorką świata. Może wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby na początku spotkania, w dwóch gemach, wykorzystała choć jednego z czterech break pointów. Mogła prowadzić 3:0, przegrywała 1:2.
    Anastazja Potapowa

    Anastazja PotapowaFabrizio Corradetti / LiveMedia / DPPI via AFPAFP

    Potapowa w Madrycie świetnie grała z głębi kortu – agresywnie, choć ryzykownie. I tego możemy spodziewać się po niej na mączce w kolejnych tygodniach. W piątek to ona wywalczyła breaka jako pierwsza, miała też piłkę na 5:2. Czeszka zdołała wtedy odrobić stratę przełamania, ale nie poparła tego swoim serwisem. I przegrała seta 3:6.

    Drugi był już jednostronny, choć grany na raty. Nad Foro Italico zaczęło padać, ich spotkanie – tak jak inne – zostało przerwane po pierwszym gemie na kilkadziesiąt minut. A gdy wznowiły mecz, Potapova podwyższyła na 2:0, później 3:0, wreszcie 4:0. I już spokojnie kontrolowała sytuację we własnych gemach.

    Wygrała ten mecz 6:3, 6:2. W niedzielę w 1/16 finału zmierzy się z Ludmiłą Samsonową. Jedna z nich, potencjalnie, może zmierzyć się w ćwierćfinale z Igą Świątek.
    Karolina Muchova wycofała się z turnieju WTA 1000 w Madrycie

    Karolina MuchovaEmmanuel DUNAND / AFPAFP

    Daniil Medvedev – Flavio Cobolli. Skrót meczu.

  • Taki efekt wyprawy Osaki do Nowego Jorku. Wiktorowski wyszedł w drugim secie

    Taki efekt wyprawy Osaki do Nowego Jorku. Wiktorowski wyszedł w drugim secie

    Gwiazdy kobiecego tenisa już na kilka dni przed startem WTA 1000 w Rzymie przygotowywały się na Foro Italico, Iga Świątek przyleciała tu na 9 dni przed pierwszym meczem. A Naomi Osaka… poleciała na kilka dni do Nowego Jorku, wróciła w środę. Wydawało się, że ta ryzykowna decyzja nie będzie miała znaczenia, wygrała pierwszą partię z Evą Lys 6:4. A po trzecim gemie drugiego, gdy Naomi Osaka prowadziła 2:1, boks na BNP Paribas Arena opuścił jej trener Tomasz Wiktorowski. Japonka… przegrała tę partię. Losy awansu rozstrzygnęły się w kolejnej.

    Naomi Osaka, Rzym 2026TIZIANA FABI AFP

    Zawodniczki, które odpadły z Mutua Madrid Open, dość szybko przenosiły się do Rzymu, by na Foro Italico przygotować się do kolejnego turnieju rangi 1000. Iga Świątek była tu akurat ciekawym przypadkiem, bo w Rzymie pojawiła się jako jedna z pierwszych. Tak bowiem lubi – mieć trochę czasu i spokoju w nowym miejscu.

    Tak samo było kiedyś, gdy prowadził ją Tomasz Wiktorowski. Teraz Polak jest opiekunem Naomi Osaki, musi godzić się na trochę inne zachowania. Japonka ruszyła bowiem w weekend do Nowego Jorku, tam w poniedziałek odbyła się MET Gala w Metropolitan Museum Of Art. Czterokrotna triumfatorka Wielkich Szlemów brylowała w wyjątkowej kreacji. A później miała jeszcze wykład.

    Wróciła w połowie tygodnia, w środę już trenowała. Wtedy też wyłoniła się jej pierwsza rywalka – została nią Eva Lys. Niemka straciła dwa miesiące po urazie kolana, spadła na 80. miejsce w rankingu. W ostatnim czasie wygrała tylko jeden mecz, z Paulą Badosą w Stuttgarcie, stąd i pokonanie Katie Boulter w Rzymie było osiągnięciem. Osaka, nawet z gorszym przygotowaniem, wydawała się być jednak poza zasięgiem. Choć korty ziemne to wciąż nie jest jej bajka.

    WTA 1000 w Rzymie. Naomi Osaka kontra Eva Lys na BNP Paribas Open. Stawką 1/16 finału

    W pierwszym secie raczej nie było wątpliwości, że ten mecz powinien zakończyć się po 70 czy 80 minutach – i dwóch wygranych setach przez byłą liderkę rankingu. Osaka grała za mocno dla urodzonej w Kijowie Niemki. A Lys z kolei za słabo serwowała, zwłaszcza każde jej drugie podanie kończyło się potężnym returnem. Stąd i szybkie 5:2 dla Naomi, setbol na 6:2, choć niewykorzystany. A później drobne kłopoty i ostatecznie wynik 6:4.
    Młoda kobieta ubrana w sportowy strój tenisowy z zaciśniętą pięścią i wyrazem determinacji na twarzy podczas meczu tenisowego.

    Eva Lys, Rzym 2026TIZIANA FABI AFP

    Zaraz po starcie drugiej partii Eva znów została przełamana, było 2:0 dla faworytki. Nawet fakt, że Osaka straciła gema serwisowego, wydawał się nie mieć większego znaczenia. Wtedy swoje miejsce w boksie przy barierce opuścił trener Japonki – Tomasz Wiktorowski. Wyszedł ze stadionu, ponoć wcześniej ustalił to z zawodniczką.

    Na korcie zaczęły się dziać rzeczy dziwne. Osaka przegrała trzy kolejne gemy (2:4), popełniała masę niewymuszonych błędów. Ona miała ich w tej partii 19, Lys – 7.

    Osaka była coraz bardziej sfrustrowana swoją niemocą, denerwowała się nawet na dzieci podające piłki. A było to wyraźnie widać po tym, jak znów została przełamana, na 4:5. Niemka za chwilę serwowała po seta, miała trzy szanse przy 40-0. Pierwszą zmarnowała podczas akcji, drugą – przez podwójny błąd. Ale przy trzeciej Japonka już się nie popisała – jej forhend wylądował 20 centymetrów za końcową linią. Było 4:6, patrząc z perspektywy czterokrotnej mistrzyni Szlemów. I 1:1 w setach. Naomi ruszyła zaś do szatni, poprosiła o przerwę.
    Tenisistka w pomarańczowym stroju wykonuje uderzenie forhendowe podczas meczu na korcie tenisowym, koncentrując się na nadlatującej piłce.

    Naomi OsakaTIZIANA FABI AFP

    Na starcie trzeciego seta Osaka znów została przełamana, jej gra kompletnie się rozregulowała. To mógł być taki gem “na dobicie”. Dwukrotna mistrzyni Australian Open szybko się jednak zmobilizowała. Znów zaczęła grać agresywniej przy serwisie Niemki, a ta przecież wprowadza piłkę dość wolno. W tym meczu jednak scenariusz nie mógł być tak prosty, że oto nagle faworytka zaczyna mieć wszystko pod kontrolą. Naomi prowadziła 3:1, za chwilę została przełamana. Prowadziła 4:2 – i też została przełamana, mimo stanu 40-15. Trzeba oddać Evie, że nie poddawała się w takich sytuacjach, wciąż starała się rozrzucać Osakę, “męczyła” ją przez bekhend.

    Niemka męczyła się jednak z własnym serwisem, to zdecydowała. W ostatnim secie przegrała wszystkie swoje gemy. Osaka zaś jednego wygrała. A na końcu – drugiego. Skończyło się na 6:4, 4:6, 6:3.

    I to Naomi zagra w 1/16 finału z Dianą Sznajder.
    Tenisistka w pomarańczowym stroju i daszku spogląda w górę z lekkim uśmiechem na twarzy, trzymając w dłoni rakietę tenisową.

    Naomi Osaka, Rzym 2026TIZIANA FABI AFP
    Tenisistka w sportowym stroju i opasce, z dłońmi zakrywającymi usta, wyraża silne emocje, prawdopodobnie zaskoczenie lub wzruszenie. Tło jest jednolite, granatowe, nic nie rozprasza uwagi od postaci.

    Eva LysAndy Wong/Associated PressEast News

    Roman Kosecki zażartował z Mbappe. “Ciekawe, czy wygra Ligę Mistrzó

  • Szalony bój Świątek na Campo Centrale w Rzymie, a to nie koniec. Komunikat o rekordzie

    Szalony bój Świątek na Campo Centrale w Rzymie, a to nie koniec. Komunikat o rekordzie

    Iga Świątek started the title competition in the WTA 1000 tournament in Rome with a three-set battle with Catherine McNally. In the end, Iga won against the American. It turns out that on that day in Rome the record in the number of tickets sold was broken. The organizers sent an appropriate message to the press.
    Iga Christmas

    Iga Świątek Robert Prange Getty Images

    Iga Świątek po kompletnie nieudanym występie w turnieju WTA 1000 w Madrycie z dużymi nadziejami przystąpiła do rywalizacji w znanym i lubianym przez siebie Rzymie. Polka na papierze miała nieco szczęścia, jeśli chodzi o losowanie drabinki na początkowych etapach włoskiej imprezy.

    In the first round, due to the high place in the ranking, she was of course awarded a free draw. In the second, it was time to meet a very good friend from the time of early tennis youth. On the other side of the grid stood an American – Catherine McNally, who gave herself to Iga at Wimbledon.

    Rekord w Rzymie. Ogłaszają po meczu Igi Świątek

    Tym razem nie było inaczej. Polka wygrała pierwszą partię, tracąc ledwie gema. Później sprawy znacznie się skomplikowały i mecz został rozegrany na pełnym dystansie. Ostatecznie jednak to Iga cieszyła się z końcowego triumfu i czeka na swoją rywalkę już w trzeciej rundzie.

    Jak się okazuje, w tym dniu organizatorzy pobili rekord. “IBI 2026: rekord wszech czasów pod względem liczby sprzedanych biletów w ciągu jednego dnia. Internazionali BNL d’Italia nadal pisze własną historię: 30 703 bilety sprzedano tylko podczas dzisiejszej popołudniowej sesji, a po doliczeniu sesji wieczornej łączna liczba sprzedanych dziś biletów przekroczyła 40 000” – czytamy w komunikacie.

    “To niezwykły wynik, który potwierdza rosnące zainteresowanie kibiców turniejem oraz tenisem na najwyższym poziomie na Foro Italico. Dzisiejsze dane ustanowiły więc nowy absolutny rekord liczby biletów sprzedanych w ciągu jednego dnia w historii BNL Italia Open” – dodano. Bez wątpienia mecz Igi Świątek w znaczącym stopniu przyczynił się do takiego wyniku.
    Tenisistka ubrana w pomarańczową koszulkę bez rękawów i daszek, z opuszczoną głową i dłonią poprawiającą nakrycie głowy.

    Naomi Osaka, Rzym 2026TIZIANA FABI AFP
    Zawodniczka tenisowa w czapce i sportowym stroju świętuje zdobycie punktu, trzymając rakietę i zaciśniętą pięść na kortach ziemnych.

    Iga Świątek po meczu z Caty McNallyEPA/ETTORE FERRARI/PAP/EPA
    Zawodniczka w sportowej koszulce i czapce z daszkiem uderza piłkę tenisową rakietą, skupiona na grze.

    Iga Świątek z problemami awansowała do 3. rundy turnieju w RzymieFILIPPO MONTEFORTEAFP

    Analiza Dariusza Rolaka: Mecz Aston Villa – Nottingham Forest z półfinału Ligi Europy

  • Mistrzyni WTA 1000 znika ze ścieżki Świątek. Skandalistka znów bez litości

    Mistrzyni WTA 1000 znika ze ścieżki Świątek. Skandalistka znów bez litości

    Karolina Muchova w ostatnich miesiącach imponowała regularnością i rozsądnym planowaniem startów. Triumf w Dosze, półfinał w Miami oraz finał turnieju w Stuttgarcie sprawiły, że Czeszka należała do najgroźniejszych zawodniczek początku sezonu. Po intensywnym występie w Niemczech zdecydowała się nawet odpuścić obowiązkowy turniej WTA 1000 w Madrycie, godząc się na utratę punktów rankingowych, by uniknąć przemęczenia przed kluczową częścią rywalizacji na kortach ziemnych.

    Do Rzymu przyjechała więc wypoczęta i pełna nadziei na kolejny dobry wynik. Losowanie wydawało się sprzyjające — w drugiej rundzie miała zmierzyć się z kwalifikantką. Szybko jednak okazało się, że będzie nią Anastazja Potapowa, która już wcześniej zdążyła pokazać świetną dyspozycję na mączce. Reprezentująca obecnie Austrię tenisistka potwierdziła, że jej sukcesy z ostatnich tygodni nie były przypadkiem.

    Muchova już podczas australijskiej części sezonu prezentowała wysoki poziom. Dotarła do półfinału w Brisbane i do czwartej rundy Australian Open, ale prawdziwy przełom przyszedł później. Czeszka wygrała turniej w Dosze, a w Stuttgarcie dotarła aż do finału. W tym okresie przegrała jedynie pięć spotkań — dwukrotnie z Coco Gauff, a także po jednym meczu z Igą Świątek, Aryną Sabalenką i Jeleną Rybakiną.

    Potapowa z kolei przeszła w ostatnich miesiącach ogromną przemianę. Jeszcze niedawno znajdowała się blisko wypadnięcia z czołowej setki rankingu WTA, ale od kwietnia zaczęła grać znakomicie. Dotarła do finału w Linzu, a później sensacyjnie awansowała do półfinału turnieju w Madrycie, eliminując po drodze między innymi Jelenę Rybakinę.

    O rosyjsko-austriackiej zawodniczce było głośno także z powodów pozasportowych. Po wprowadzeniu neutralnego statusu dla tenisistów z Rosji i Białorusi Potapowa pojawiała się na turniejach w koszulce Spartaka Moskwa, czemu sprzeciwiały się ukraińskie zawodniczki. Krytycznie wypowiadała się również Iga Świątek. Ostatecznie WTA ukarała tenisistkę i zabroniła jej podobnych manifestacji. Tym większym zaskoczeniem było późniejsze uzyskanie przez nią austriackiego obywatelstwa.

    Piątkowe starcie z Muchovą od początku układało się po myśli Potapowej. Choć Czeszka miała szanse na szybkie przełamanie i mogła objąć prowadzenie 3:0, nie wykorzystała żadnego z czterech break pointów w pierwszych gemach meczu. Zamiast komfortowej przewagi pojawiły się problemy, a agresywnie grająca rywalka zaczęła przejmować inicjatywę.

    Potapowa imponowała zwłaszcza grą z głębi kortu — uderzała mocno, płasko i bardzo ryzykownie, ale skutecznie. To właśnie taki tenis przyniósł jej sukces w Madrycie i podobnie wyglądało to w Rzymie. Rosjanka jako pierwsza zdobyła przełamanie, a choć Muchova zdołała jeszcze odrobić straty, chwilę później ponownie straciła podanie. Pierwszy set zakończył się wynikiem 6:3 dla Potapowej.

    Druga partia była już wyraźnie jednostronna. Spotkanie zostało przerwane przez opady deszczu po pierwszym gemie, jednak przerwa nie wybiła Potapowej z rytmu. Po wznowieniu gry szybko odskoczyła na 4:0 i całkowicie kontrolowała wydarzenia na korcie. Muchova nie potrafiła znaleźć sposobu na rozpędzoną przeciwniczkę.

    Ostatecznie Potapowa zwyciężyła 6:3, 6:2 i zameldowała się w 1/16 finału turnieju w Rzymie. Jej kolejną rywalką będzie Ludmiła Samsonowa. Niewykluczone, że jedna z nich w dalszej fazie turnieju trafi na Igę Świątek w potencjalnym ćwierćfinale.

  • Świątek już w szatni. Nagle WTA ogłasza ws. Polki. Totalny zwrot akcji

    Świątek już w szatni. Nagle WTA ogłasza ws. Polki. Totalny zwrot akcji

    Iga Świątek zameldowała się w trzeciej rundzie turnieju WTA 1000 w Rzymie, choć droga do zwycięstwa z Caty McNally okazała się znacznie trudniejsza, niż mogło się wydawać po pierwszym secie. Spotkanie trwało niemal trzy godziny i dostarczyło kibicom ogromnych emocji. Polka rozpoczęła mecz znakomicie, ale później Amerykanka niespodziewanie wróciła do gry i poważnie zagroziła byłej liderce światowego rankingu.

    Początek pojedynku nie zapowiadał aż takich problemów. Choć McNally już na starcie przełamała Świątek, kolejne minuty należały już wyłącznie do Polki. Raszynianka błyskawicznie odzyskała kontrolę nad wydarzeniami na korcie, wygrała sześć gemów z rzędu i zamknęła pierwszego seta wynikiem 6:1 po zaledwie 29 minutach gry.

    W drugim secie obraz meczu całkowicie się jednak zmienił. Amerykanka zaczęła grać odważniej i coraz częściej spychała Świątek do defensywy. Polka prowadziła już 5:3 i była o krok od zakończenia spotkania, lecz McNally zdołała odrobić straty i doprowadziła do tie-breaka. W nim okazała się skuteczniejsza, doprowadzając do decydującej partii i wywołując spore nerwy zarówno u Świątek, jak i jej kibiców.

    Na szczęście dla polskich fanów trzecia odsłona zakończyła się po myśli naszej tenisistki. Świątek ponownie przejęła inicjatywę i wygrała seta 6:3, pieczętując awans do kolejnej rundy rzymskiego „tysięcznika”. W walce o miejsce w następnej fazie zmierzy się teraz z Emmą Navarro lub Elisabettą Cocciaretto.

    Na triumf Polki szybko zareagował oficjalny portal WTA. Organizacja opisała drogę Świątek do zwycięstwa jako „malowniczą ścieżkę”, podkreślając, jak wiele zwrotów akcji miało piątkowe starcie.

    „Świątek straciła prowadzenie, ale odzyskała kontrolę i wywalczyła awans w Rzymie” — napisano w podsumowaniu spotkania.

    WTA przypomniała również, że McNally była jedyną zawodniczką, która odebrała Świątek seta podczas ubiegłorocznego Wimbledonu. Choć Amerykanka nigdy nie pokonała Polki w głównym tourze, może pochwalić się zwycięstwem nad nią z juniorskiego Rolanda Garrosa w 2018 roku. Jak zauważono, także w piątkowym meczu była bardzo blisko sprawienia niespodzianki.

    Portal WTA zwrócił uwagę szczególnie na nerwowe momenty w trzecim secie. Świątek prowadziła już 3:1 po przełamaniu rywalki, ale chwilę później sama zaczęła popełniać błędy i zmarnowała szansę na jeszcze większą przewagę. Tym razem jednak potrafiła szybko odzyskać koncentrację i nie dopuściła do kolejnego zwrotu akcji.

  • Potwierdzają się doniesienia o Wilfredo Leonie. Na to zanosiło się od dawna

    Potwierdzają się doniesienia o Wilfredo Leonie. Na to zanosiło się od dawna

    Jeszcze trwa walka o mistrzostwo Polski, a wokół Wilfredo León zrobiło się wyjątkowo głośno. Jak informuje „Super Express”, zapadła decyzja o realizacji serii filmów dokumentalnych poświęconych gwieździe reprezentacji Polski. Produkcją ma zająć się Papaya Films, a zdjęcia mają rozpocząć się jeszcze w tym roku.

    To wiadomość, która z pewnością ucieszy kibiców siatkówki. Historia Leona od dawna wydaje się gotowym scenariuszem filmowym — pełnym dramatycznych momentów, sukcesów i ważnych życiowych wyborów. W tle wielkiej kariery znajduje się również jego rodzina, a szczególnie żona Małgorzata, która odegrała istotną rolę w jego życiu poza boiskiem.

    Tymczasem sam zawodnik skupia się na finale PlusLigi. Po czterech spotkaniach w rywalizacji pomiędzy Aluron CMC Warta Zawiercie a Bogdanka LUK Lublin nadal nie poznaliśmy mistrza Polski. O wszystkim zdecyduje piąty mecz, który odbędzie się 10 maja w Sosnowcu. Leon jeszcze kilka dni temu mobilizował kibiców w mediach społecznościowych, podkreślając, że drużyna wciąż wierzy w końcowy triumf.

    Życie reprezentanta Polski mogłoby spokojnie posłużyć za materiał na pełnometrażowy film. Urodził się na Kubie jako wcześniak i ważył niewiele ponad dwa kilogramy. Pochodzi ze sportowej rodziny — jego ojciec był zapaśnikiem, a matka siatkarką. Już jako 14-latek zadebiutował w seniorskiej reprezentacji Kuby, a trzy lata później został kapitanem kadry narodowej.

    Przełomowym momentem okazał się rok 2012. Po nieudanych kwalifikacjach olimpijskich Leon zdecydował się opuścić Kubę, co według tamtejszych przepisów oznaczało definitywne wykluczenie z reprezentacji. Kilka lat później rozpoczął nowy rozdział życia w Polsce. Od 2019 roku reprezentuje biało-czerwone barwy i sięgnął już po wiele sukcesów, w tym srebrny medal olimpijski w Paryżu, mistrzostwo Europy oraz triumfy w Lidze Narodów.

    Równie ciekawie wygląda jego historia miłosna. Z Małgorzatą poznał się przez internet, a po wielu rozmowach para spotkała się po raz pierwszy w 2011 roku w Gdańsku. Jak wspominał po latach siatkarz, już wtedy zrobiła na nim ogromne wrażenie. W tym roku małżeństwo będzie świętować 10. rocznicę ślubu.

    Para wychowuje troje dzieci — Natalię, Christiana i Selenę. Leonowie wielokrotnie podkreślali w wywiadach, że ogromną wagę przykładają do wychowania oraz nauki dobrych manier. Szczególnie zależy im na tym, by syn od najmłodszych lat uczył się szacunku i kultury osobistej.

  • Rywalka Świątek doskoczyła do Roiga i sztabu Igi. Od razu zapytała o jedno

    Rywalka Świątek doskoczyła do Roiga i sztabu Igi. Od razu zapytała o jedno

    Iga Świątek wraca do rywalizacji po problemach zdrowotnych, które zmusiły ją do poddania meczu z Ann Li w trakcie trzeciego seta turnieju w Madrycie. Polka zapowiadała jednak, że będzie gotowa na start w Rzymie — i słowa dotrzymała. Od kilku dni przygotowuje się we Włoszech, a już 8 maja rozegra swój pierwszy mecz przeciwko Caty McNally, z którą łączy ją wyjątkowa relacja sięgająca czasów juniorskich.

    Obie tenisistki dobrze się znają. Osiem lat temu stworzyły duet deblowy i wspólnie triumfowały w juniorskim French Open. McNally wspominała w rozmowie z Canal+ Sport, że ich wspólny start był spontaniczny.

    – To było zabawne, bo zgłosiłyśmy się praktycznie w ostatniej chwili. Wiedziałam, że Iga jest świetną zawodniczką i uznałam, że nasze style gry będą do siebie pasować – opowiadała Amerykanka.

    Przy okazji zdradziła też kulisy ich znajomości poza kortem.

    – Iga mieszkała u nas w domu i trenowała z moim bratem. Moja mama kupowała jej książki po angielsku, bo uwielbia czytać. Bardzo ją za to szanuję – wyznała McNally.

    Równie ciepło o swojej dawnej partnerce wypowiadała się także Świątek. Przed ich ubiegłorocznym spotkaniem na Wimbledon Championships podkreślała, że Amerykanka potrafi być bardzo niewygodną rywalką.

    – Znamy się jeszcze z czasów juniorskich. Caty świetnie czuje się na trawie, lubi chodzić do siatki, grać slajsem i zmieniać rytm gry. Mam do niej duży szacunek, bo świetnie weszła do touru, choć później zmagała się z licznymi kontuzjami – mówiła Polka.

    Ich ostatni pojedynek odbył się właśnie na Wimbledonie i zakończył zwycięstwem Świątek 5:7, 6:2, 6:1. Wcześniej Polka wygrała także w Ostrawie w 2022 roku 6:4, 6:4. Teraz będzie chciała podtrzymać zwycięską serię.

    Jeszcze przed meczem obie zawodniczki minęły się podczas treningów na Campo Centrale w Rzymie. Świątek kończyła zajęcia, gdy McNally pojawiła się na korcie. Amerykanka od razu podeszła do Francisco Roig i sztabu Polki, dopytując z troską o stan zdrowia Hiszpana. Roig obecnie porusza się o kulach po zerwaniu ścięgna Achillesa, którego doznał podczas jednego z treningów w Rzymie. Całą sytuację udało się uchwycić na nagraniu, które szybko obiegło media społecznościowe.

  • Niebywały zwrot akcji. Na to wszyscy czekali. Anita Włodarczyk ogłasza światu

    Niebywały zwrot akcji. Na to wszyscy czekali. Anita Włodarczyk ogłasza światu

    Choć Anita Włodarczyk ma już 40 lat, wciąż nie zamierza definitywnie zamknąć swojej wielkiej kariery. Trzykrotna mistrzyni olimpijska jeszcze niedawno sugerowała, że występ na igrzyskach w Paryżu będzie jej ostatnim olimpijskim rozdziałem. Dziś jednak patrzy na przyszłość zupełnie inaczej i coraz wyraźniej daje do zrozumienia, że celem mogą być także igrzyska w Los Angeles w 2028 roku.

    Historia olimpijskich startów Włodarczyk trwa już niemal dwie dekady. W 2008 roku w Pekinie otarła się o medal, kończąc rywalizację tuż za podium. Później jednak zdominowała konkurencję rzutu młotem i sięgała po złote medale kolejno w Londynie, Rio de Janeiro oraz Tokio. W Paryżu ponownie zabrakło jej niewiele do podium — zakończyła zmagania na czwartej pozycji. Wtedy wydawało się, że to definitywny koniec jej olimpijskiej drogi.

    Dziś okazuje się jednak, że sportowa emerytura może jeszcze poczekać. Sama zawodniczka przyznaje, że po sukcesie w Tokio odzyskała ogromną motywację do dalszej pracy i rywalizacji na najwyższym poziomie. Jak podkreśla, jeszcze kilka lat temu była przekonana, że zakończy karierę około 35. roku życia. Tymczasem nadal regularnie trenuje i wciąż czerpie z tego ogromną satysfakcję.

    Włodarczyk nie ukrywa, że organizm wymaga dziś większej troski niż dawniej. Potrzebuje więcej czasu na regenerację, a w kole nie jest już tak dynamiczna jak przed laty. Mimo to nie zamierza rezygnować z marzeń o kolejnym olimpijskim występie. Zaznacza jednak ostrożnie, że kluczową rolę odegra zdrowie.

    Polka od dekady pozostaje również rekordzistką świata. Jej fenomenalny rezultat 82,98 m nadal pozostaje nieosiągalny dla rywalek i jest symbolem jej dominacji w historii tej konkurencji.

    Najbliższe tygodnie będą dla niej wyjątkowe także z innego powodu. Już 14 maja premierę będzie miał dokument „Anita”, opowiadający o życiu i karierze legendarnej lekkoatletki. Produkcja przygotowana przez Papaya Films ma pokazać nie tylko sukcesy sportsmenki, ale również kulisy jej wieloletniej walki o utrzymanie się na szczycie światowego sportu.