Category: Home

  • Ależ mecz Majchrzaka! Od przegranego tie-breaka do totalnej dominacji

    Ależ mecz Majchrzaka! Od przegranego tie-breaka do totalnej dominacji

    Ależ mecz Majchrzaka! Od przegranego tie-breaka do totalnej dominacj

    Kamil Majchrzak w wielkim stylu zameldował się w półfinale Challengera w Madrycie. Polak stoczył emocjonującą walkę z Pablo Carreno-Bustą i odwrócił losy meczu, triumfując 6:7(10), 6:4, 6:1.

    Kamil Majchrzak w poprzednim tygodniu zanotował bardzo udany start w turnieju ATP 250 w Marrakeszu. Najpierw udanie przebrnął kwalifikacje, a później dotarł do półfinału, odnosząc łącznie sześć zwycięstw. Teraz Polak zdecydował się na udział w zmaganiach rangi Challenger w Madrycie. Tam zanotował dwie wygrane i awansował do ćwierćfinału.

    O miejsce w najlepszej “czwórce” nasz tenisista powalczył z Pablo Carreno-Bustą. Brązowy medalista olimpijski z Tokio i niegdyś 10. singlista świata obecnie nie prezentuje najwyższej formy. To mogło przemawiać na korzyść Polaka, który na ten moment wygrał oba spotkania z tym rywalem na nawierzchni ziemnej. Jedyną porażkę Majchrzak poniósł w meczu otwarcia tegorocznego Australian Open.

    Początek tego starcia upłynął pod znakiem pewnie utrzymanych podań. Pierwszy break point pojawił się w szóstym gemie, jednak nasz zawodnik nie zdołał go wykorzystać. Po chwili dwie szanse zmarnował z kolei Hiszpan. Seria bronionych serwisów trwała i choć w dwunastym gemie Majchrzak miał piłkę setową przy podaniu rywala, ten skutecznie się wybronił i doprowadził do tie-breaka.

    Decydująca rozgrywka dostarczyła mnóstwo walki i emocji. Jako pierwszy przewagę wypracował Carreno-Busta, jednak piotrkowianin szybko ją zniwelował. W późniejszych fragmentach obaj zawodnicy utrzymywali podania, a kluczowe małe przełamanie zanotował Hiszpan, który wykorzystał czwartą piłkę setową i wygrał 12-10. Majchrzak miał z kolei dwie szanse na zamknięcie partii.

    Polak drugą odsłonę rozpoczął od przełamania. Choć przez pewien czas udało mu się utrzymać tę przewagę, rywale w szóstym gemie odrobił stratę i wyrównał wynik. Majchrzak nie został mu jednak dłużny i od razu odpowiedział tym samym. Późniejsze utrzymywanie podań sprawiło, że nasz zawodnik cieszył się z wygranej 6:4 i wyrównania stanu meczu.

    Trzeci set był już popisem 29-letniego piotrkowianina. Nasz zawodnik już w pierwszym gemie zanotował przełamanie, a po chwili dołożył utrzymanie podania “na czysto”. Na tym nie poprzestał i wygrał łącznie cztery gemy z rzędu, budując solidną przewagę. Carreno-Busta dopiero w piątym gemie przerwał serię prowadzącego, obronił trzy break pointy i utrzymał podanie.

    Był to tylko przebłysk w grze Hiszpana. Majchrzak odpowiedział obronionym serwisem, a po chwili dołożył trzecie przełamanie, wygrywając tę partię 6:1. Polak zameldował się tym samym w półfinale w Madrycie, gdzie zagra ze Słowakiem Norbertem Gombosem. Mecz ten odbędzie się już w sobotę.

    ćwierćfinał gry pojedynczej:

    Kamil Majchrzak (Polska) – Pablo Carreno-Busta (Hiszpania, 6) 6:7(10), 6:4, 6:1

  • Media: Flick postawił Barcelonie warunek. Chodzi o Szczęsnego i Lewandowskiego

    Media: Flick postawił Barcelonie warunek. Chodzi o Szczęsnego i Lewandowskiego

    Media: Flick postawił Barcelonie warunek. Chodzi o Szczęsnego i Lewandowskiego

    Hiszpańskie media informują, że Hansi Flick dopiął już szczegóły przedłużenia kontraktu z FC Barceloną. Szkoleniowiec nie chce jednak wiązać się długą umową, bo oczekuje spełnienia jego oczekiwań przez władze klubu. Nad przyszłością Niemca mogą zaważyć… Robert Lewandowski i Wojciech Szczęsny. W jaki sposób?

     

    Według hiszpańskich mediów Hansi Flick dopiął już szczegóły przedłużenia umowy z FC Barceloną. Obecny kontrakt Niemca obowiązuje do lata 2026 roku, a nowy ma zostać podpisany do lata 2027 roku. Szkoleniowiec nie chce wiązać się dłuższą umową, bo oczekuje spełnienia obietnic złożonych mu przez władze klubu.

     

    Tak wygląda przyszłość Hansiego Flicka. Co z Robertem Lewandowskim i Wojciechem Szczęsnym?

     

    Kataloński “Sport” wskazuje, że krótka umowa Flicka to coś w rodzaju zabezpieczenia przed tym, co może stać się w klubie. “Niemiecki trener chce, aby spełniony został szereg warunków, które brzmią bardzo spójnie i nad którymi klub już pracuje” – czytamy. Jakie to warunki?

     

    Przede wszystkim Flick chciałby utrzymać w zespole młode gwiazdy jak Pedri, Gavi, Cubarsi i Balde, którzy jeszcze nie przedłużyli kontraktów. Chciałby też zatrzymać Ronalda Araujo, Frenkiego de Jonga oraz Erica Garcię. Do tego zlecił “ochronę” umów Raphinhi i Julesa Kounde, którzy są kluczowymi graczami w jego zespole. Mówiąc krótko – trener chce być pewny, że najlepsi nie zostaną mu odebrani.

     

    Co ciekawe, “Sport” pisze również, że ważna jest sytuacja Roberta Lewandowskiego i Wojciecha Szczęsnego. Flick ma świadomość, że obaj będą ważni w kolejnym sezonie, ale już w na sezon 2026/27 prawdopodobnie trzeba będzie ich zastąpić. “Oczywiście jest mało prawdopodobne, aby ci zawodnicy kontynuowali grę w 2027 roku, a jeśli to zrobią, powinni już mieć następcę” – piszą Hiszpanie. Nie chodzi o “pozbycie się” Polaków, a po prostu o zabezpieczenie pozycji napastnika i bramkarza po ich odejściu.

     

    Flick chciałby też być pewny stabilności w klubowych biurach. Na 2026 rok zaplanowano wybory prezydenta FC Barcelony, co może oczywiście wywrócić sytuację do góry nogami i ewentualnie zmienić front wokół szkoleniowca. To też ważny czynnik dla Niemca podczas przedłużania umowy.

     

    Ostatnią rzeczą wymienioną przez Hiszpanów jest chęć Flicka to zbudowania wokół klubu społeczności. Chciałby połączyć zawodników czymś w rodzaju rodzinnej więzi, a w tym celu poprosił o rozważenie budowy czegoś w rodzaju “rezydencji” dla zawodników. W niej “zawodnicy będą mogli mieszkać razem, nie musząc jeździć do hotelu na treningi ani mieć własnych pokoi, w których będą mogli odpocząć po treningu” – czytamy.

     

    Plany Hansiego Flicka są więc bardzo szczegółowo określone i Niemiec chce zabezpieczyć się na wiele ewentualności. Już w pierwszym sezonie pokazuje jednak, że jego metody fantastycznie sprawdzają się w Barcelonie, a drużyna ma szansę aż na cztery trofea. Tak więc władze klubu z pewnością zrobią wiele, by go zatrzymać i spełnić jego oczekiwania.

  • Raphinha zażądał podwyżki. Nagle sensacyjna decyzja Barcelony!

    Raphinha zażądał podwyżki. Nagle sensacyjna decyzja Barcelony!

    Raphinha zażądał podwyżki. Nagle sensacyjna decyzja Barcelony!

    Ten sezon jest jednym z najlepszych w karierze Raphinhi. Brazylijczyk ewidentnie odżył pod wodzą Hansiego Flicka, co pokazują też statystyki. Władze FC Barcelony liczą, że piłkarz będzie błyszczał jeszcze przez wiele lat i to właśnie w barwach tego klubu. Są gotowe przedłużyć z nim kontrakt. Tyle tylko, że sam zainteresowany ma duże żądania finansowe. Co jeśli Barcelony nie będzie stać? Działacze mają już plan i to szokujący. Zrobili pierwszy krok.

     

    Latem 2022 roku Raphinha dołączył do FC Barcelony, ale w pierwszych dwóch sezonach prezentował się dość przeciętnie. Xavi Hernandez nie był w stanie wydobyć z niego pełni potencjału. Dowód? Brazylijczyk zdobył “tylko” 20 bramek. Ba, rozważano nawet jego sprzedaż, ale ostatecznie Katalończycy nie zdecydowali się na taki ruch. Zamiast tego zmienili trenera, a ten “znalazł sposób” na skrzydłowego. Hansi Flick odrodził Raphinhę, czego efekty widzimy w tym sezonie – zdobył już więcej goli niż w całej dotychczasowej przygodzie z Barceloną, bo aż 28. A na tym wcale zatrzymywać się nie zamierza.

     

    Media: Raphinha żąda podwyżki. Barcelona już go wyceniła

     

    Brazylijczyk stał się filarem drużyny. Nic więc dziwnego, że działacze zastanawiają się nad przedłużeniem współpracy. Obecny kontrakt obowiązuje do czerwca 2027 roku, ale klub już teraz chce zagwarantować sobie, że Raphinha zostanie na dłużej.

     

    Tu jednak pojawia się pewien problem, o którym poinformował Xavi Campos w programie “Tot Costa” na antenie Catalunya Radio. Jak przekazał dziennikarz, Barcelony może nie stać na odnowienie Raphinhy. Ostatnio rzekomo doszło do rozmów Deco z agentami piłkarza i ci postawili wysokie żądania finansowe. Domagają się sporej podwyżki.

     

    Barcelona oczywiście postara się zrobić wszystko, by zatrzymać Raphinhę, ale dopuszcza do siebie myśl stracenia zawodnika. Rzekomo nie jest on już “nie na sprzedaż”. Ba, zgodnie z doniesieniami dziennikarza, Katalończycy wycenili Brazylijczyka. Rzekomo rozważą propozycje nie mniejsze niż 80 czy 90 mln euro. Więc jeśli jakiś klub przystanie na żądania finansowe piłkarza i spełni oczekiwania Barcelony, to do transferu może dojść już latem.

     

    Jaka przyszłość czeka więc Raphinhę? Sam zainteresowany nie chciałby zmieniać klubu do mistrzostw świata 2026. Zamierza skupić się na przygotowaniach do głównej imprezy. Jeśli jednak Barcelona nie będzie w stanie spełnić jego oczekiwań finansowych, to może zostać zmuszony do zmiany otoczenia.

     

    Raphinha w najlepszej formie w karierze? Imponujące statystyki

     

    Raphinha dostarcza nie tylko mnóstwo bramek w tym sezonie, ale i asyst. Tych na koncie ma aż 22. Gdy tylko jest w pełni sił, to Flick na niego stawia, o czym świadczy spora liczba występów – aż 45. Znakomita postawa Brazylijczyka sprawia, że jest też jednym z głównych faworytów do sięgnięcia po Złotą Piłkę. GiveMeSport umieścił go w samej czołówce rankingu.

     

    Kolejną okazję do tego, by błysnąć na murawie, Raphinha będzie miał w sobotę 12 kwietnia. O godzinie 21:00 zagra na wyjeździe z Leganes. Zapraszamy do śledzenia relacji tekstowej z tego meczu na stronie głównej Sport.pl i w aplikacji mobilnej Sport.pl LIVE.

  • Ogłosili skład Barcelony z samego rana. Największy “problem” z Lewandowskim

    Ogłosili skład Barcelony z samego rana. Największy “problem” z Lewandowskim

    Ogłosili skład Barcelony z samego rana. Największy “problem” z Lewandowskim

    FC Barcelona po efektownym zwycięstwie 4:0 z Borussią Dortmund zmierzy się w sobotę z Leganes. Hiszpańskie media już podają przewidywane składy na to spotkanie. Czy trener Hansi Flick ponownie postawi na Roberta Lewandowskiego i Wojciecha Szczęsnego? Co do tego pierwszego docierają sprzeczne sygnały. Oto jak ma wyglądać jedenastka FC Barcelony.

     

    Robert Lewandowski i Wojciech Szczęsny znakomicie spisali w środkowym hicie Ligi Mistrzów z Borussią Dortmund (4:0). Napastnik strzelił dwa gole, a bramkarz zachował czyste konto. Wydawać by się mogło, że w takim wypadku obaj miejsce w składzie na kolejny mecz powinni mieć zapewnione. Hiszpańskie media nie są jednak tego takie pewne.

     

    Niepewna sytuacja Lewandowskiego. Hiszpanie ujawniają przed meczem Barcelony

     

    Część najważniejszych dzienników sportowych w tym kraju zapowiada, że trener Hansi Flick na wyjazdowe spotkanie z Leganes dokona kilku rotacji. Wszystko po to, by dać odpocząć niektórym zawodnikom przed wtorkowym rewanżem z Borussią w ćwierćfinale Ligi Mistrzów. – W każdej formacji będą “świeże nogi”. Właściwie jedyną rzeczą, która pozostanie niezmienna, jest bramka, w której niepodzielnie króluje Polak Wojciech Szczęsny – stwierdził madrycki “As”.

     

    Zdaniem dziennikarzy – również innych redakcji – Szczęsny o miejsce w składzie na sobotni mecz nie musi się obawiać. Co innego Robert Lewandowski. Tu zdania są podzielone. Kataloński “Sport” oraz “Marca” sugerują, że polskiego napastnika nie zobaczymy od pierwszej minuty, a jego miejsce zajmie Ferran Torres. Z kolei w jedenastce “Asa” znalazło się miejsce i dla Lewandowskiego i dla Ferrana. Hiszpan miałby zagrać zamiast Raphinhi. Wszyscy są natomiast pewni obecności na prawym skrzydle Lamine’a Yamala.

     

    Tak ma wyglądać skład FC Barcelony na mecz z Leganes. Będą zmiany?

     

    Większość dzienników oczekuje zmiany na pozycji lewego obrońcy. W miejsce Alejandro Balde widziałyby Gerarda Martina. Poza nim w tej formacji mieliby wystąpić Jules Kounde, a także dwóch z trójki stoperów: Ronald Araujo, Pau Cubarsi i Inigo Martinez. W pomocy pewniakiem jest Pedri. Szansę powinien też dostać Gavi. Niepewny jest za to los Frenkiego de Jonga, bo niektórzy sugerują, że zastąpi go Eric Garcia. Przeciwko Leganes na pewno nie zagrają natomiast kontuzjowani Dani Olmo i Marc Casado.

     

    Spośród hiszpańskich dzienników wyłamało się tylko “Mundo Deportivo”, które nie zakłada żadnych zmian względem ostatniego meczu. – Flick planuje wystawić ten sam skład, który pokonał Dortmund – czytamy.

     

    Przewidywane składy FC Barcelony na mecz z Leganes:

     

    Wg “Marki”: Szczęsny – Kounde, Araujo, Cubarsi, Gerard Martin – Pedri, Eric Garcia – Lamine Yamal, Gavi, Raphinha – Ferran Torres

    Wg “Sportu”: Szczęsny – Kounde, Martinez, Araujo, Gerard Martin – Eric Garcia, Gavi, Pedri – Raphinha, Ferran Torres, Lamine Yamal

    Wg “Asa”: Szczęsny – Kounde, Araujo, Cubarsi, Gerard Martin – de Jong, Pedri – Lamine Yamal, Gavi, Ferran Torres – Lewandowski

    Wg “Mundo Deportivo”: Szczęsny – Kounde, Cubarsi, Martinez, Balde – de Jong, Pedri, Fermin Lopez – Lamine Yamal, Raphinha, Lewandowski

    Mecz Leganes – FC Barcelona odbędzie się w sobotę 12 kwietnia o godz. 21. Zapraszamy do śledzenia relacji tekstowej na żywo na naszej stronie Sport.pl i aplikacji mobilnej Sport.pl LIVE.

  • 4,5 minuty dłużej niż Świątek z Potapową. 6:0, 6:0 w meczu półfinał w Monte Carlo

    4,5 minuty dłużej niż Świątek z Potapową. 6:0, 6:0 w meczu półfinał w Monte Carlo

    4,5 minuty dłużej niż Świątek z Potapową. 6:0, 6:0 w meczu półfinał w Monte Carlo

    W zaledwie 40 minut Iga Świątek rozbiła w ubiegłym sezonie w trakcie Roland Garros Anastazję Potapową. Polka triumfowała wówczas 6:0, 6:0 i błyskawicznie awansowała do ćwierćfinału. Demolką niemal tych samych rozmiarów zakończyło się spotkanie ćwierćfinału turnieju w Monte Carlo pomiędzy Alexem de Minaurem i Grigorem Dimitrovem. Co bardziej szokujące, potrwało ono zaledwie 4,5 minuty dłużej od wspomnianego pojedynku Świątek z Potapową.

     

    Niemały szok przeżyli w piątek kibice w Monte Carlo śledzący zmagania w ćwierćfinale. Alex de Minaur mierzył się z Grigorem Dimitrovem, a stawką był półfinał prestiżowego turnieju ATP Masters rangi 1000. Obserwujac pojedynek Bułgara z Australijczykiem mogły przypomnieć się sceny z ubiegłorocznego meczu Igi Swiątek z Anastazją Potapową w 1/8 finału Roland Garros.

     

    Wówczas raszynianka komletnie zdemolowała rywalkę, upokarzając ją wręcz na oczach kibiców. Rosjanka po 40 minutach poległa 0:6, 0:6, a Polka z przytupem awansowała do ćwierćfinału. Świadkami demolki tych samym rozmiarów byli kibice w Monte Carlo.

     

    ATP Monte Carlo. Dimitrov zmieciony w ćwierćfinale. Koncert Alexa de Minaura

     

    De Minaur już na samym starcie przełamał Dimitrova, wysyłając w jego stronę jasny sygnał. Rywal wyglądał na wyjątkowo nieskoncentrowanego i popełniał mnóstwo błędów. A to była woda na młyn dla będącego w formie 26-latka. Bez oglądania się na 18. zawodnika rankingu ATP robił swoje i dopisywał sukcesywnie kolejne gemy do swojego konta. I tak po zaledwie 23 minutach uzbierał ich sześć i tym samym wypiekł w pierwszym secie bajgla.

     

    Niemal identyczny przebieg miała druga partia. Dimitrov wyglądał na tenisistę przynajmniej klasę słabszego od Alexa de Minaura. A ten rozgrywał prawdziwy koncert, posyłając z niebywałą siłą kolejne winnery. Swoje robiła też nieporównywalna wręcz liczba błędów pomiędzy tenisistami. Bułgar popełnił ich w całym meczu aż 23, podczas gdy jego oponent zaledwie osiem.

     

    Kompletnie zawodził serwis Dimitrova, który w wielu spotkaniach był jego tajną bronią. A w półfinale nie padł tym razem ani jeden as, z żadnej ztrony. De Minaur zmiażdżył 33-latka, co odzwierciedlał brutalny wynik – 6:0, 6:0. A potrzebował do tego zaledwie niecałych 45 minut. Rozmiary zwycięstwa Australijczyka potęguje fakt, że mecz potrwał tylko 4,5 minuty dłużej, aniżej wspominane starcie Świątek vs Potapowa.

    https://x.com/atptour/status/1910696158000787946

    Trudno nie odnieść wrażenia, że na takim etapie prestiżowego turnieju nie wypada wręcz grać tak słabo, jak zrobił to Grigor Dimitrov. Wynik 6:0, 6:0 zdecydowanie nie przystawał ani jego umiejętnościom, ani splendorowi rozgrywek w Monte Carlo. 

     

  • Lewandowski poza czołową piątką. Niewiarygodne, co wymyślili Anglicy

    Lewandowski poza czołową piątką. Niewiarygodne, co wymyślili Anglicy

    Lewandowski poza czołową piątką. Niewiarygodne, co wymyślili Anglicy

    Celem indywidualnym każdego piłkarza świata z pewnością jest zdobycie Złotej Piłki. Ta sztuka udaje się jednak ledwie garstce śmiałków zainteresowanych tym osiągnięciem. Dwukrotnie w karierze o krok od tej nagrody był Robert Lewandowski. Wydaje się, że po sezonie 2024/2025 również może liczyć się w walce. Innego zdania są analitycy portalu “Give Me Sport”. Ci bowiem umieścili Polaka poza czołową piątką kandydatów, a na samym podium jest ledwie jeden zawodnik FC Barcelona.

     

    Robert Lewandowski w swojej karierze piłkarskiej przeżył już przynajmniej dwa wielkie rozczarowania związane z plebiscytem Złotej Piłki. Polak po sezonie 2019/2020 był właściwie murowanym faworytem do wygrania tej nagrody, ale France Football uznało, że z racji na niedokończone rozgrywki Ligue 1 należy plebiscyt odwołać z powodu nierównych szans. Lewandowski nie mógł się więc cieszyć z nagrody, która według większości piłkarskich ekspertów zdecydowanie mu się należała.

     

    Rok później plebiscyt już się odbył, ale nagroda nie trafiła w ręce Lewandowskiego, choć według wielu znów to właśnie Polak zasłużył na nią najbardziej. Wówczas jednak “Lewy” zajął drugie miejsce, a kolejną Złotą Piłkę w swojej karierze zgarnął Leo Messi. Wydawało się, że tamta porażka może zakończyć marzenia Lewandowskiego o wygraniu tego prestiżowego indywidualnego wyróżnienia. Wraz z przenosinami do FC Barcelona nadzieje Polaka miały prawo odżyć.

     

    Lewandowski daleko w tyle. Trudne zadanie przed Polakiem

     

    Dwa pierwsze sezony w klubie z Katalonii nie dawały jednak “Lewemu” szans na zdobycie tej nagrody. W 2023 roku zajął on 12. miejsce, zaś za sezon 2023/2024 nie znalazł się nawet w czołowej trzydziestce. Wraz z przyjściem Hansiego Flicka do Barcelony “Lewy” miał prawo uwierzyć, że faktycznie może o to wyróżnienie powalczyć. Tak też się dzieje. Polak rozgrywa swój zdecydowanie najlepszy sezon w barwach “Blaugrany” i nie może dziwić, że jest wymieniany w wąskim gronie kandydatów do zwycięstwa.

     

    Jak się jednak okazuje, innego zdania są analitycy “Give Me Sport”. Angielscy dziennikarze co jakiś czas aktualizują “ranking mocy Złotej Piłki”. W tej najnowsze aktualizacji, która ukazała się dwa dni temu “Lewy” znalazł się poza czołową piątką. Analitycy tego portalu swoje predykcje opierają na: golach, asystach, czystych kontach (u piłkarzy defensywnych), trofea wygrane/spodziewane, wielkich momentach w sezonie 2024/2025 oraz ogólnej formie piłkarskiej.

     

    Ich zdaniem na dzień 11 kwietnia kandydatem numer jeden jest… Kylian Mbappe. Francuz na podium wyprzedza Raphinhę oraz kolegę z klubu, a więc Viniciusa Juniora. Czwarte miejsce zajmuje Mohamed Salah, który przez długi czas był faworytem, a czołową piątkę zamyka Lamine Yamal. Lewandowski plasuje się aktualnie dopiero na siódmej pozycji, a przed nim dziennikarze widzą nawet Harry’ego Kane’a, więc następcę Polaka w Bayernie Monachium.

     

    Gdy spojrzymy na same gole i asysty, to na podium z pewnością zasłużył Raphinha. Można zastanawiać się nad duetem z Realu Madryt, ale w tym przypadku trzeba pamiętać, że “Królewscy” mają przed sobą jeszcze Klubowe Mistrzostwa Świata i trudno wyrokować, jaki wpływ na wyniki plebiscytu będzie miał ten turniej, w końcu to pierwsza jego rozszerzona edycja. Sam Lewandowski z pewnością patrząc, na statystyki dostarcza argumentów do debaty na temat wyższego miejsca. “Lewy” wystąpił w 45 meczach klubowych, strzelił 40 goli i trzy razy asystował. Dla porównania Vinicius strzelił 20 goli i 16 razy asystował w 44 spotkaniach, Mbappe zaś ma na koncie 33 gole i 4 asysty w 47 spotkaniach.

    Ranking Złotej Piłki wg. “Give Me Sport”:

    1. Kylian Mbappe

    2. Raphinha

    3. Vinicius Junior…

    7. Robert Lewandowski

     

  • Przyjrzeli się Robertowi Lewandowskiemu. Nagle pada “rekord Guinessa”

    Przyjrzeli się Robertowi Lewandowskiemu. Nagle pada “rekord Guinessa”

    Przyjrzeli się Robertowi Lewandowskiemu. Nagle pada “rekord Guinessa”

    Robert Lewandowski udowadnia, że wiek, to tylko liczba. Ba, Polak, mając 36 lat, może rozegrać najlepszy sezon w karierze! Hiszpanie zachwycają się napastnikiem Barcelony i wyliczają jego kolejne osiągnięcia. A to, że nazywają je “rekordami Guinessa” mówi naprawdę wiele.

     

    Robert Lewandowski strzelił w tym sezonie już 40 bramek. Do wyrównania najlepszego sezonu w karierze brakuje mu 15 goli. A może mieć na to jeszcze 13 szans

     

    To wciąż nie wszystko. Barcelona walczy o potrójną koronę, a Polak o tytuł króla strzelców La Liga i inne rekordy

     

    “Robert Lewandowski jest zdeterminowany, by zapisać się w historii. Albo raczej, aby nadal pisać jej wspaniałe strony” — czytamy

     

    99 bramek dla Barcelony, 105 w Lidze Mistrzów, a to wciąż nie wszystko! Robert Lewandowski zachwyca także w samej fazie pucharowej tych prestiżowych rozgrywek. Polak właśnie wskoczył na podium klasyfikacji najlepszych strzelców. Wciąż mało? No to Hiszpanie postanowili podliczyć kolejne osiągnięcia 36-latka.

     

    “Robert Lewandowski jest zdeterminowany, by zapisać się w historii. Albo raczej, aby nadal pisać jej wspaniałe strony. Dzięki dwóm bramkom w meczu z Borussią Dortmund (4:0) polski napastnik po raz kolejny udowodnił, że w wieku 36 lat jego zapał i umiejętność strzelania goli są o wiele większe, niż wskazuje na to liczba w dowodzie osobistym. Jest przykładem dla wszystkich napastników na świecie, niezależnie od tego, czy są młodzi, czy doświadczeni” — czytamy w katalońskim dzienniku “SPORT”. A dziennikarze tego portalu poszli o krok dalej i piszą o wszystkich “rekordach Guinessa” Polaka.

     

    Robert Lewandowski naprawdę tego dokonał. Pada “rekord Guinessa”

     

    Wyliczenia Hiszpanów zaczynają się od tego, że Robert Lewandowski w tym sezonie ma na koncie już 40 bramek — 25 w La Liga, 11 w Lidze Mistrzów, trzy w Pucharze Króla i jedną w Superpucharze Hiszpanii. Do własnego rekordu, który osiągnął pod wodzą Hansiego Flicka w Bayernie w sezonie 2019/20 brakuje mu jeszcze 15 trafień. Czy to wykonalne?

     

    Jeśli Barcelona awansuje do finału Ligi Mistrzów, to przed nią jeszcze 13 meczów do rozegrania. Polak może mieć więc szansę na rozegranie najlepszego sezonu w karierze.

     

    Jakby tego było mało, Lewandowski ma na koncie już 99 bramek w barwach Barcelony i do magicznej granicy pozostał mu już tylko jeden gol.

     

    “99 bramek Roberta Lewandowskiego dla Barcelony w 140 meczach dzieli się następująco: 67 w La Liga, 19 w Lidze Mistrzów, 7 w Pucharze Króla, 5 w Superpucharze Hiszpanii i 1 w Lidze Europy” — podsumowują Hiszpanie, którzy dodają, że 36-latek może osiągnąć setkę już w sobotę w meczu z Leganes.

     

    Robert Lewandowski wśród największych. A teraz może ich przebić

     

    A do tego dochodzą jeszcze wielkie osiągnięcia w Lidze Mistrzów. Polak ma na koncie 105 goli i jest na podium zestawienia tuż za Cristiano Ronaldo (140) i Lionelem Messim (129). A teraz toczy się także gra o miano najskuteczniejszego gracza Barcelony w sezonie tych rozgrywek — rekord należy do Messiego, który strzelił 14 bramek. Raphinha ma ich 12, a Lewandowski 11.

    Oto najlepsi strzelcy w historii Ligi Mistrzów:

    A jakby tego było mało, Lewandowski walczy też o tytuł króla strzelców La Liga. Na ten moment ma 25 goli na koncie, o trzy więcej niż Kylian Mbappe.

  • Chwalińska miała pięć piłek setowych. Niebywałe, co stało się w BJK Cup

    Chwalińska miała pięć piłek setowych. Niebywałe, co stało się w BJK Cup

    Chwalińska miała pięć piłek setowych. Niebywałe, co stało się w BJK Cup

    Maja Chwalińska robiła wszystko, byśmy zapomnieli, że w światowym rankingu jest o ponad 100 miejsc niżej od Eliny Switoliny, ale wielkiej sensacji nie sprawiła. Mimo pięciu piłek setowych. Tenisistka, która musiała zastąpić liderkę Polek, przegrała 6:7, 3:6, co przesądziło o porażce z Ukrainkami w meczu eliminacji Pucharu Billie Jean King w Radomiu. Polkom pozostały już tylko minimalne szanse na awans do turnieju finałowego, a ich los jest w rękach rywalek.

     

    Gdy okazało się, że Magda Linette nie wystąpi w kluczowym meczu z Ukrainkami w Pucharze Billie Jean King, to wielu kibiców uznało, że na zwycięstwo nad mocnymi przeciwniczkami – a już zwłaszcza nad Eliną Switoliną – nie ma szans. Zastępująca liderkę Polek Maja Chwalińska przypomniała im, że nie należy jej przedwcześnie skreślać, ale choć zostawiła serce na korcie w Radomiu, to misja niemal niemożliwa nie zakończyła się sukcesem.

     

    Chwalińska pod podwójną ścianą. Kibic przypomniał o Świątek. Switolina doprowadzona do frustracji

     

    Chwalińska stała w piątek pod podwójną ścianą. Nie dość, że musiała przejąć rolę będącej ostatnio w formie Linette (30. WTA), to jeszcze za sprawą wcześniejszej przegranej Katarzyny Kawy z Martą Kostiuk 1:6, 2:6 była ostatnią nadzieją na przedłużenie szans Polek na zwycięstwo nad Ukrainkami. A po drugiej stronie 121. tenisistka świata miała największą gwiazdę radomskiej imprezy – 18. na liście WTA Switolinę.

     

    Polscy kibice i członkowie biało-czerwonej ekipy mogli się czuć już trochę poobijani od kolejnych ciosów, które spadały na Polki przy okazji turnieju w Radomiu. Przed rozpoczęciem zmagań okazało się, że nie wystąpią dwie najwyżej notowane krajowe rakiety, czyli Iga Świątek i Magdalena Fręch. Bez nich uporały się z osłabionymi nieobecnością Belindy Bencić Szwajcarkami (3:0), ale w piątek nadeszła kolejna zła wiadomość – z powodu choroby zagrać nie mogła Linette. Doświadczona poznanianka pojawiła się co prawda na uroczystym rozpoczęciu rywalizacji z Ukrainkami, ale zaraz potem zniknęła z kortu, a następnie w mediach społecznościowych poinformowała o swoim stanie zdrowotnym.

     

    Wychodzącą na kort filigranową Chwalińską kibice powitali wrzawą – jej spotkanie ze Switoliną traktowano jako mecz, który zakończy się podobnym wynikiem jak Kawy z Kostiuk. A 23-latka szybko pokazała, że może i nie ma Świątek, Fręch i Linette, ale jest ona. Waleczna i grająca w urozmaicony sposób, który sprawiał duże problemy faworytce.

     

    Trzeba też powiedzieć wprost – Switolina nie grała tego dnia długimi fragmentami tak, jak do tego przyzwyczaiła w swoich najlepszych występach. Uwijanie się Polki w obronie i kombinacyjna gra sprawiały, że faworytka sporo się myliła. Pierwszy gem, który trwał siedem minut, zakończył się przełamaniem na rzecz Chwalińskiej po podwójnym błędzie rywalki.

     

    Ale kolejne gemy zapisywane na koncie reprezentantki gospodarzy nie były jedynie zasługą słabości Ukrainki. Sama na nie zapracowała. Ręcę same składały się do oklasków, gdy kilka razy ściągnęła przeciwniczkę do siatki, a potem kończyła akcję skutecznym lobem lub minięciem. W tym secie dość często podanie nie było atutem obu tenisistek. Pierwszy wygrany gem przy własnym podaniu nastąpił dopiero przy wyniku 2:2.

     

    Chwalińska w oczach wielu jest znana przede wszystkim jako przyjaciółka Świątek. Podczas jej piątkowego meczu jeden z kibiców na trybunach nawet w pewnym momencie przypomniał o drugiej rakiecie świata, ale potem nie brakowało powodów, by doceniać grę 121. tenisistki świata, która doprowadzała do frustracji Switolinę. Była trzecia rakietę globu w pewnym momencie pochyliła się zrezygnowana. A cały polski sztab zrywał się po kolejnych ważnych akcjach wygranych przez Chwalińską. M.in. wtedy, gdy zakończyła efektowną wymianę, kucając i wtedy, gdy zwieńczyła ją skrótem.

     

    Z perspektywy trybun wydawało się, że sędziowie raz lub dwa skrzywdzili Switolinę, oceniając piłkę przez nią zagraną jako autową. Ale los oddał jej to w kluczowym momencie – przy drugim z pięciu setboli, których broniła przy wyniku 6:5 dla Polki. Wówczas piłka przeszła po taście i spadła po stronie Chwalińskiej tuż za siatką. W pozostałych przypadkach wyszła różnica doświadczenia – Ukrainka nakładała presję i przejmowała inicjatywę, a Polka jedynie się broniła. W tie-breaku faworytka wyraźnie złapała drugi oddech i dominowała (5-1), nie pozwalając sobie później na roztrwonienie przewagi mimo starań przeciwniczki.

     

    Można było mieć obawy, że w drugim secie Switolina będzie już na fali, a Polkę może podłamać brak sukcesu w partii otwarcia. Utrzymała się w grze przez cztery gemy, potem dominowała już Switolina.

    Losy zwycięstwa w meczu Polska – Ukraina są już rozstrzygnięte, ale do rozegrania został jeszcze debel. Pierwotnie zgłoszone do niego zostały Chwalińska i Martyna Kubka oraz siostry Ludmyła i Nadia Kiczenok, ale kapitanowie mogą dokonać jeszcze zmian. Wynik tego spotkania teoretycznie może mieć znaczenie dla losów awansu do turnieju finałowego. Teraz wszystko jest w rękach Ukrainek, które w sobotę zmierzą się ze Szwajcarkami. Przepustkę do zmagań w Shenzhen da im wygrana w dowolnym wymiarze, a istnieje nawet opcja, że zdobyłyby ją mimo przegranej z Helwetkami. Trudno jednak przypuszczać, by faworytki nie przypieczętowały sukcesu.

     

  • Chwalińska miała pięć piłek setowych. Niebywałe, co stało się w BJK Cup

    Chwalińska miała pięć piłek setowych. Niebywałe, co stało się w BJK Cup

    Chwalińska miała pięć piłek setowych. Niebywałe, co stało się w BJK Cu

     

    Maja Chwalińska robiła wszystko, byśmy zapomnieli, że w światowym rankingu jest o ponad 100 miejsc niżej od Eliny Switoliny, ale wielkiej sensacji nie sprawiła. Mimo pięciu piłek setowych. Tenisistka, która musiała zastąpić liderkę Polek, przegrała 6:7, 3:6, co przesądziło o porażce z Ukrainkami w meczu eliminacji Pucharu Billie Jean King w Radomiu. Polkom pozostały już tylko minimalne szanse na awans do turnieju finałowego, a ich los jest w rękach rywalek.

     

    Gdy okazało się, że Magda Linette nie wystąpi w kluczowym meczu z Ukrainkami w Pucharze Billie Jean King, to wielu kibiców uznało, że na zwycięstwo nad mocnymi przeciwniczkami – a już zwłaszcza nad Eliną Switoliną – nie ma szans. Zastępująca liderkę Polek Maja Chwalińska przypomniała im, że nie należy jej przedwcześnie skreślać, ale choć zostawiła serce na korcie w Radomiu, to misja niemal niemożliwa nie zakończyła się sukcesem.

     

    Chwalińska pod podwójną ścianą. Kibic przypomniał o Świątek. Switolina doprowadzona do frustracji

    Chwalińska stała w piątek pod podwójną ścianą. Nie dość, że musiała przejąć rolę będącej ostatnio w formie Linette (30. WTA), to jeszcze za sprawą wcześniejszej przegranej Katarzyny Kawy z Martą Kostiuk 1:6, 2:6 była ostatnią nadzieją na przedłużenie szans Polek na zwycięstwo nad Ukrainkami. A po drugiej stronie 121. tenisistka świata miała największą gwiazdę radomskiej imprezy – 18. na liście WTA Switolinę.

     

    Polscy kibice i członkowie biało-czerwonej ekipy mogli się czuć już trochę poobijani od kolejnych ciosów, które spadały na Polki przy okazji turnieju w Radomiu. Przed rozpoczęciem zmagań okazało się, że nie wystąpią dwie najwyżej notowane krajowe rakiety, czyli Iga Świątek i Magdalena Fręch. Bez nich uporały się z osłabionymi nieobecnością Belindy Bencić Szwajcarkami (3:0), ale w piątek nadeszła kolejna zła wiadomość – z powodu choroby zagrać nie mogła Linette. Doświadczona poznanianka pojawiła się co prawda na uroczystym rozpoczęciu rywalizacji z Ukrainkami, ale zaraz potem zniknęła z kortu, a następnie w mediach społecznościowych poinformowała o swoim stanie zdrowotnym.

     

    Wychodzącą na kort filigranową Chwalińską kibice powitali wrzawą – jej spotkanie ze Switoliną traktowano jako mecz, który zakończy się podobnym wynikiem jak Kawy z Kostiuk. A 23-latka szybko pokazała, że może i nie ma Świątek, Fręch i Linette, ale jest ona. Waleczna i grająca w urozmaicony sposób, który sprawiał duże problemy faworytce.

     

    Trzeba też powiedzieć wprost – Switolina nie grała tego dnia długimi fragmentami tak, jak do tego przyzwyczaiła w swoich najlepszych występach. Uwijanie się Polki w obronie i kombinacyjna gra sprawiały, że faworytka sporo się myliła. Pierwszy gem, który trwał siedem minut, zakończył się przełamaniem na rzecz Chwalińskiej po podwójnym błędzie rywalki.

     

    Ale kolejne gemy zapisywane na koncie reprezentantki gospodarzy nie były jedynie zasługą słabości Ukrainki. Sama na nie zapracowała. Ręcę same składały się do oklasków, gdy kilka razy ściągnęła przeciwniczkę do siatki, a potem kończyła akcję skutecznym lobem lub minięciem. W tym secie dość często podanie nie było atutem obu tenisistek. Pierwszy wygrany gem przy własnym podaniu nastąpił dopiero przy wyniku 2:2.

     

    Chwalińska w oczach wielu jest znana przede wszystkim jako przyjaciółka Świątek. Podczas jej piątkowego meczu jeden z kibiców na trybunach nawet w pewnym momencie przypomniał o drugiej rakiecie świata, ale potem nie brakowało powodów, by doceniać grę 121. tenisistki świata, która doprowadzała do frustracji Switolinę. Była trzecia rakietę globu w pewnym momencie pochyliła się zrezygnowana. A cały polski sztab zrywał się po kolejnych ważnych akcjach wygranych przez Chwalińską. M.in. wtedy, gdy zakończyła efektowną wymianę, kucając i wtedy, gdy zwieńczyła ją skrótem.

     

    Z perspektywy trybun wydawało się, że sędziowie raz lub dwa skrzywdzili Switolinę, oceniając piłkę przez nią zagraną jako autową. Ale los oddał jej to w kluczowym momencie – przy drugim z pięciu setboli, których broniła przy wyniku 6:5 dla Polki. Wówczas piłka przeszła po taście i spadła po stronie Chwalińskiej tuż za siatką. W pozostałych przypadkach wyszła różnica doświadczenia – Ukrainka nakładała presję i przejmowała inicjatywę, a Polka jedynie się broniła. W tie-breaku faworytka wyraźnie złapała drugi oddech i dominowała (5-1), nie pozwalając sobie później na roztrwonienie przewagi mimo starań przeciwniczki.

     

    Można było mieć obawy, że w drugim secie Switolina będzie już na fali, a Polkę może podłamać brak sukcesu w partii otwarcia. Utrzymała się w grze przez cztery gemy, potem dominowała już Switolina.

     

    Losy zwycięstwa w meczu Polska – Ukraina są już rozstrzygnięte, ale do rozegrania został jeszcze debel. Pierwotnie zgłoszone do niego zostały Chwalińska i Martyna Kubka oraz siostry Ludmyła i Nadia Kiczenok, ale kapitanowie mogą dokonać jeszcze zmian. Wynik tego spotkania teoretycznie może mieć znaczenie dla losów awansu do turnieju finałowego. Teraz wszystko jest w rękach Ukrainek, które w sobotę zmierzą się ze Szwajcarkami. Przepustkę do zmagań w Shenzhen da im wygrana w dowolnym wymiarze, a istnieje nawet opcja, że zdobyłyby ją mimo przegranej z Helwetkami. Trudno jednak przypuszczać, by faworytki nie przypieczętowały sukcesu.

  • Iga Świątek na szczycie rankingu. Oto powód

    Iga Świątek na szczycie rankingu. Oto powód

    Iga Świątek na szczycie rankingu. Oto powód

    Aktualnie Iga Świątek zajmuje drugie miejsce w rankingu WTA, lecz jej strata do liderującej Aryny Sabalenki jest większa od przewagi nad trzecią Jessiką Pegulą. Polska tenisistka podczas nadchodzącego okresu gry na mączce ma mnóstwo punktów do obrony. Wydaje się, że jej ostatnia dyspozycja nie była najlepsza, ale co innego mówi “alternatywny ranking WTA”.

     

    Minęło dziesięć miesięcy od ostatniego finału w cyklu WTA Tour dla Igi Świątek. Działo się to na kortach Roland Garros. Przez ten czas wiceliderka rankingu docierała do zaawansowanych faz najważniejszych turniejów – także w tym roku – lecz nie potrafi wygrać decydujących pojedynków. Tak też było podczas Sunshine Double. W Indian Wells Polka dotarła do półfinału, natomiast w Miami odpadła etap wcześniej.

     

    Świątek zawodzi, a tu takie wieści. Jest najlepsza

     

    Na Florydzie Aryna Sabalenka wygrała całe zmagania, przez co jej przewaga nad Igą Świątek w rankingu WTA zdecydowanie się powiększyła. W tym momencie wynosi ona ponad trzy tysiące punktów. Natomiast mniejsza jest różnica między drugą Świątek a trzecią Jessiką Pegulą. Po zwycięstwie Amerykanki w Charleston wynosi ona 1300 punktów, co może być niebezpieczne, zważywszy na sporą liczbę punktów do obrony przez Polkę na kortach ziemnych.

     

    Ostatnie tygodnie nie przynosiły pozytywnych informacji 23-letniej tenisistce z Raszyna, lecz ciekawą statystyką podzielił się portal yardbaker.com, który przedstawił “alternatywny ranking WTA”. Opierał się on na ocenie mocy za pomocą UTR. System opracowany jest na podstawie ostatnich wyników, a algorytm bierze pod uwagę siłę przeciwników i procent wygranych gemów. Co ciekawe Iga Świątek jest pod tym względem najlepsza. Jej współczynnik mocy wynosi 13,11 – ex aequo z Aryną Sabalenką. “Świątek, która często rozwala przeciwników w bajglach i bagietkach (6:0 i 6:1), co jest prawdopodobnie przyczyną takiego barometru” – czytamy.

     

    Będąca ostatnio w doskonałej formie Mirra Andriejewa zajmuje trzecie miejsce. Triumfatorka z Dubaju oraz Indian Wells nieznacznie wyprzedziła Coco Gauff.

     

    Ranking UTR przedstawiony na yardbaker.com.

     

    1. Iga Świątek – 13,11

    2. Aryna Sabalenka – 13,11

    3. Mirra Andreeva – 12,97

    4. Gauff Coco – 12,96

    5. Madison Keys – 12,90

    6. Qinwen Zheng – 12,84

    7. Elina Svitolina – 12,80

    8. Elena Rybakina – 12,78

    9. Jessica Pegula – 12,76

    10. Belinda Bencic – 12,73

     

    Czołowe zawodniczki świata – z Igą Świątek i Aryną Sabalenką na czele – docierają już do Stuttgartu na turniej rangi WTA 500. Zmagania w tej imprezie rozpoczną się 14 kwietnia. Tytułu bronić będzie Elena Rybakina.