Category: Home

  • Mecz Świątek w Cincinnati, a tu US Open ogłasza ws. Sabalenki. Stało się

    Mecz Świątek w Cincinnati, a tu US Open ogłasza ws. Sabalenki. Stało się

    Mecz Świątek w Cincinnati, a tu US Open ogłasza ws. Sabalenki. Stało się

    Podczas gdy Iga Świątek skupiała się na półfinałowym starciu z Jeleną Rybakiną na turnieju WTA 1000 w Cincinnati, Aryna Sabalenka pojawiła się już w Nowym Jorku, by aklimatyzować się do tamtejszych warunków przed US Open. Organizatorzy wielkoszlemowej imprezy wypuścili nawet do sieci materiał z liderką WTA w roli głównej, wysyłając tym samym do tenisowego świata jednoznaczną wiadomość.

     

    Świetnie spisująca się w tegorocznej odsłonie turnieju WTA 1000 w Cincinnati Iga Świątek w półfinale amerykańskiej imprezy trafiła na Jelenę Rybakinę. To właśnie reprezentantka Kazachstanu w ćwierćfinale odprawiła z kwitkiem liderkę światowego rankingu Arynę Sabalenkę, ogrywając ją w dwóch setach (6:1, 6:4).

     

    Po odpadnięciu z “tysięcznika” w Cincinnati Aryna Sabalenka nie kryła rozgoryczenia, lecz jasno zapowiedziała przy tym, na czym skupiają się jej myśli po porażce z 10. obecnie rakietą świata.

     

    Nie jest to wynik, jakiego oczekiwałam, ale jestem gotowa, by wrzucić kolejny bieg na Nowy Jork. Dziękuję Cincinnati, to zawsze przyjemność

     

    napisała Aryna Sabalenka w mediach społecznościowych, komentując swój występ w Cincinnati

     

    Białorusinka broniła w Cincinnati tytułu wywalczonego przed rokiem. To samo czekać ją będzie już niebawem właśnie na kortach US Open. Dlatego też po porażce w Cincinnati 27-latka spakowała walizki i szybko udała się do Nowego Jorku, by móc aklimatyzować się do panujących tam warunków, a co za tym idzie jak najlepiej przygotować się do ostatniej wielkoszlemowej imprezy w tym sezonie.

     

    Aryna Sabalenka już w “trybie US Open”. Organizatorzy informują

     

    Wiemy już, że Aryna Sabalenka nie tylko zdążyła już pojawić się w Nowym Jorku, ale miała też okazję potrenować na tamtejszych obiektach. Tym faktem pochwalili się sami organizatorzy US Open, zamieszczając w sieci krótki komunikat.

     

    – Wasza obrończyni tytułu wróciła – napisali, dodając do tego także kilkudziesięciosekundowe nagranie z treningu pierwszej rakiety świata na stadionie im. Louisa Armstronga.

     

    Podczas US Open Aryna Sabalenka będzie chciała zapewne zdusić ogromne poczucie niedosytu, które musi towarzyszyć jej po trzech poprzednich turniejach wielkoszlemowych. Na kortach Australian Open i Ronalda Garrosa Białorusinka docierała aż do finałów, przegrywając walkę o tytuł z – odpowiednio – Madison Keys oraz Coco Gauff, a na Wimbledonie sensacyjnie uległa w półfinale Amandzie Anisomovej. Teraz stoi przed ostatnią szansą, by włożyć do swojej gabloty jedno z najważniejszych corocznych trofeów.

  • Alarm! Oto ranking WTA po awansie Igi Świątek do półfinału w Cincinnati

    Alarm! Oto ranking WTA po awansie Igi Świątek do półfinału w Cincinnati

    Alarm! Oto ranking WTA po awansie Igi Świątek do półfinału w Cincinnati

    To się dzieje! Iga Świątek pokonała 6:3, 6:4 Annę Kalinską i ma już miejsce w półfinale turnieju WTA 1000 w Cincinnati. Tym samym nasza rodaczka wykonała kolejny krok, aby awansować na lokatę numer dwa w światowym rankingu WTA. Jest jedno “ale”. Jej plan jednak błyskawicznie — bo już w nocy z piątku na sobotę — może legnąć w gruzach. Wszystko zależy od wyniku spotkania Coco Gauff, czyli aktualnej “dwójki”. Wyjaśniamy wszelkie rankingowe zawiłości.

     

    Po czterech meczach (w tym jednym walkowerze) Iga Świątek zameldowała się w półfinale turnieju WTA 1000 w Cincinnati. W ćwierćfinale nasza rodaczka pokonała Annę Kalinską wynikiem 6:3, 6:4. To bardzo dobra wiadomość, bo oznacza, że podczas amerykańskiego “tysięcznika” Polka wciąż może wrócić na drugą pozycję w światowym rankingu. Istnieje jednak tylko jeden scenariusz, żeby tak się stało. A on może się bardzo szybko się zdezaktualizować.

     

    Coco Gauff może pokrzyżować plan Igi Świątek. Wystarczy jedno

     

    A mianowicie: w tej chwili w zestawieniu “na żywo” Świątek ma 7323 pkt, druga Coco Gauff 7874, a pierwsza Aryna Sabalenka 11225. Do liderki przejdziemy za chwilę, ale teraz należy skupić się na rywalizacji Polki z Amerykanką. Nasza rodaczka traci do niej 551 “oczek” i jeśli chce ją dogonić, to musi wygrać turniej w Cincinnati. “Haczyk” jest jednak taki, że jeśli druga rakieta świata awansuje do półfinału, to wynik Świątek nie będzie miał już żadnego znaczenia. Gauff na miejscu numer dwa pozostanie.

     

    Szansę na awans dalej Amerykanka będzie miała już w nocy z piątku na sobotę o godz. 2.30. Wtedy to zmierzy się w ćwierćfinale z Jasmine Paolini (9. WTA) i jeśli wygra, to pozbawi najlepszą polską tenisistkę szansy na powrót na “dwójkę” w zestawieniu WTA. Dlatego w tej chwili tak naprawdę nic nie zależy od Świątek. To czy, będzie mogła jeszcze w Cincinnati powrócić na drugą lokatę w rankingu, pozostaje w rękach amerykańskiej tenisistki.

     

    Walka w Cincinnati trwa. Liczy się każdy punkt, a oto ranking WTA

     

    Tak czy inaczej, nawet jeśli Gauff dostanie się do półfinału, to wciąż jest o co grać podczas amerykańskiego “tysięcznika”. Rok temu Świątek dotarła w tych zawodach do półfinału, ale jej wynik nie został dopisany do rankingu WTA, bo to właśnie wtedy Polka dostała pozytywny wynik testu antydopingowego. Dlatego nie broni żadnych punktów i już teraz jest 390 “na plusie”. Jeśli chodzi o jej rywalki, to wspominana już wielokrotnie Gauff w 2024 r. odpadła w drugiej rundzie i teraz zdobyła już 205 nowych “oczek” (jeśli wygra w półfinale, będzie ich 380).

     

    W najgorszym położeniu jest zaś Sabalenka. Ona rok temu triumfowała w Cincinnati, dlatego broni aż 1000 pkt. Teraz również jest już w ćwierćfinale (o godz. 18.30 zmierzy się o awans z Jeleną Rybakiną) i udało jej się obronić 215 “oczek”. Wciąż na jej koncie widnieje jednak minus 785 pkt za zeszłoroczną edycję. Przewaga Białorusinki nad drugą i trzecią rakietą świata jest jednak wciąż na tyle duża, że panie nie mają szans dogonić światowej liderki. Zmienić się to będzie mogło dopiero w ciągu kolejnych turniejów, a szczególną uwagę trzeba będzie poświęcić US Open, bo tam Sabalenka będzie bronić aż 2000 “oczek”.

     

  • Tak Świątek “odpowiedziała” na słowa Rosjanki. Wymowna reakcja trenerów

    Tak Świątek “odpowiedziała” na słowa Rosjanki. Wymowna reakcja trenerów

    Tak Świątek “odpowiedziała” na słowa Rosjanki. Wymowna reakcja trenerów

    Iga Świątek w półfinale w Cincinnati! Polska tenisistka pokonała Annę Kalińską 6:3. 6:4. Rosjanka przed meczem miała wielkie pretensje do organizatorów turnieju, a przy okazji zasugerowała, że Świątek mogła liczyć na ich wsparcie. “Odpowiedź” Świątek była najlepsza z możliwych

     

    W środę Iga Świątek (3. WTA) pokonała Soranę Cirsteę 6:4, 6:3, dzięki czemu zameldowała się w ćwierćfinale turnieju kategorii WTA 1000 w Cincinnati. W kolejnym meczu zmierzyła się z Anną Kalińską (34.), która w czwartej rundzie zatrzymała inną z Rosjanek, Jekaterinę Aleksandrową 3:6, 7:6, 6:1.

     

     

    Jak Iga Świątek! Englert, Daniec, Strasburger i wiele innych gwiazd błyszczy na korcie

    Początek meczu ułożył się dobrze dla naszej tenisistki. Świetnie serwowała, rywalka miała problem z returnem. Dzięki temu objęła prowadzenie 2:1, a w przerwie Kalińska musiała korzystać z pomocy medycznej. Bardzo szybko, ale jeszcze w trakcie drugiego gema poprosiła sędziego o pomoc fizjoterapeuty, który chwilę później pojawił się na korcie. Po chwili Rosjanka wróciła na kort z zabandażowaną nogą. Zaskakujący to był początek meczu, bo rzadko się zdarza by już po trzech gemach nastąpiła przerwa.

     

    Problemy Kalińskiej

     

    W tym roku Anna Kalińska ma spore kłopoty ze zdrowiem. Z trzech turniejów wycofała się (m.in. Australian Open), długo dochodziła do formy. To dlatego nie poszła za ciosem. Poprzedni sezon kończyła jako 11. rakieta świata, potem spadła w rankingu. Przed ćwierćfinałem ze Świątek spędziła na korcie w Cincinnati ponad sześć godzin, a nasza tenisistka niecałe trzy godziny. Prawdopodobnie właśnie dlatego Rosjanka była tak poddenerwowana przed meczem z Polką.

     

    Miała żal do organizatorów o wyznaczoną porę tego spotkania (godzina 11:00 czasu miejscowego). – Jak WTA i organizatorzy turnieju mogą oczekiwać, że sportowcy dadzą z siebie wszystko, kiedy harmonogram jest tak niesprawiedliwy? Po moim meczu z Aleksandrową wróciłam o 2:40 nad ranem i nie mogłam zasnąć do 4 rano. Trochę pospałam i przyjechałam na obiekt, żeby trenować. Potem dowiaduję się, że mam zaplanowany mecz na jutro na 11 rano (czasu lokalnego – przyp. red.). Jak organizatorzy turnieju i WTA oczekują, że odzyskam siły i będę nieustannie dostosowywać swój rytm snu, który jest jednym z najważniejszych aspektów regeneracji? Wydaje się to trochę jednostronne – napisała Kalińska, sugerując w ostatnim zdaniu że Świątek jest faworyzowana.

     

    Polka zdawała się nie zwracać uwagi ani nad przedmeczowe zamieszanie, ani na to co działo się z rywalką na korcie. Po wznowieniu gry szybko przełamała Rosjankę. – Fenomenalnie, bez pośpiechu. Czasami lepiej pograć dłużej, dać jej popełnić błąd – wskazywała komentatorka Canal+ Sport Joanna Sakowicz-Kostecka. Kamery pokazały wtedy członków teamu naszej tenisistki na trybunach, którzy spokojnie przyglądali się rywalizacji.

     

    Po chwili było już 5:2 dla Igi Świątek. Nasza tenisistka grała bardzo pewnie, popełniała mało błędów. Anna Kalińska czując się niekomfortowo fizycznie starała się skracać wymiany, przejmować inicjatywę, ale zbyt często myliła się albo nie miała w ogóle okazji do ataku i przegrywała wymiany zepchnięta do obrony. W ósmym gemie Rosjanka obroniła jeszcze dwie piłki setowe, ale w kolejnym nie uratowała się po raz trzeci (6:3). Był jeden groźniejszy moment, gdy Polka w ostatnim gemie musiała bronić break pointa, ale pomógł jej serwis.

     

    Iga w półfinale!

    Drugi set zaczął się podobnie jak otwierający – od straty podania przez Kalińską. Zaczęła łapać się za ramiona jakby sugerowała kolejne kłopoty ze zdrowiem. Po chwili popsuła dwa forhendy, popełniła podwójny błąd serwisowy i została przełamana. Mogło być już 3:1 dla Świątek, ale i jej przydarzył się gorszy moment. – Stanęła, nie “przechodzi” przez piłkę. Za długo była przy tamtej piłce, nie wiem dlaczego. Stąd ten błąd, bolesny w skutkach – analizowali komentatorzy C+. Nagle zrobiło się 2:3 z perspektywy Świątek, bo Rosjanka świetnie zaczęła serwować.

     

    To nie trwało jednak długo. Polka dobrze zareagowała, przyspieszyła grę. Znów przełamała Kalińską, a przy stanie 5:3 doczekała się czterech piłek meczowych. Wtedy jeszcze rywalka obroniła się i doprowadziła do 4:5 z jej punktu widzenia. – Trzyma się Anna pazurami w tym meczu! – przyznali komentatorzy. Po chwili Polka wykorzystała piątą piłkę meczową i mogła cieszyć się z wygranej 6:3, 6:4. Dzięki temu zwycięstwu zrewanżowała się także rywalce za poprzednie spotkanie, które przegrała z nią w Dubaju w lutym ubiegłego roku na etapie półfinału (4:6, 4:6). Najlepiej też “odpowiedziała” na to całe zamieszanie ze strony Anny Kalińskiej przed piątkowym meczem i w jego trakcie.

     

    Z kolei na etapie półfinałowym w Cincinnati Iga Świątek zmierzy się z lepszą z pary Aryna Sabalenka – Jelena Rybakina. Białorusinka i reprezentantka Kazachstanu zagrają ze sobą po raz dwunasty (7:4 dla liderki rankingu). Półfinały turnieju odbędą się w niedzielę, a finał zaplanowano na poniedziałek.

  • Trzy gemy i już kontuzja rywalki Świątek. Polka zagra o finał w Cincinnati

    Trzy gemy i już kontuzja rywalki Świątek. Polka zagra o finał w Cincinnati

    Trzy gemy i już kontuzja rywalki Świątek. Polka zagra o finał w Cincinnati

    Anna Kalinska podniosła larum przed starciem z Igą Świątek – narzekała na kalendarz gier. A chodziło o to, że jej poprzednie spotkanie o ćwierćfinał skończyło się w nocy, a już w kolejnej rundzie musiała rywalizować przed południem lokalnego czasu. Tyle że między nimi miała… ponad dobę na regenerację. W meczu z Polką Rosjanka poprosiła o pomoc medyczną już po trzecim gemie, po 12 minutach. Później walczyła, ale to nasza zawodniczka wygrała spotkanie 6:3, 6:4. I o finał WTA 1000 Cincinnati stoczy bój z Aryną Sabalenką lub Jeleną Rybakiną.

     

    Aby znaleźć się w swoim 11. ćwierćfinale w tym sezonie, Iga Świątek potrzebowała w Cincinnati zaledwie 2 godzin i 48 minut – tyle trwały jej poprzednie spotkania z Anastazją Potapową i Soraną Cirsteą. Sprawę oczywiście ułatwiła rezygnacja z gry Marty Kostiuk, mającej problemy zer zdrowiem, ale to już nie problem Polki.

     

    Jej rywalka – Anna Kalinska – miała w nogach już dwa ponad dwugodzinne starcia i kolejne niemal dwugodzinne, z finalistką Wimbledonu Amandą Anisimovą. Wszystkie wygrała, ma zresztą całkiem dobrą passę w ostatnich tygodniach, z grą w finale WTA 500 w Waszyngtonie włącznie. To właśnie dzięki temu zapracowała sobie na rozstawienie w Cincinnati, ale i także w US Open.

     

    To jednak wciąż nie jest poziom rankingowy Igi, a Polka walczy przecież jeszcze o pozycję światowej dwójki w losowaniu US Open. Tak się stanie, jeśli w Cincinnati wygra całe zmagania, a Coco Gauff odpadnie już za kilka godzin, w starciu z Jasmine Paolini. W innym przypadku raszynianka będzie “trójką” w Nowym Jorku.

     

    WTA 1000 Cincinnati. Iga Świątek kontra Anna Kalinska. Stawką meczu półfinał turnieju w Ohio

     

    Iga wybrała po losowaniu serwis, to nie jest częste w kobiecym turze. Czuła się widać pewnie, bo i pierwsze dwa gemy serwisowe wygrała dość pewnie. Co innego Kalinska – ona miała już wtedy problemy. Nie chodziło nawet o samą jakość gry, ale musiała odczuwać ból w łydce. Tuż przed trzecim gemem podbiegła do arbitra Fabio Souzy i przekazała, że będzie potrzebowała pomocy fizjoterapeuty. I tę dostała – przy stanie 1:2. To źle zapowiadało jej przyszłość w tym spotkaniu.

     

    Wróciła na kort z mocno obandażowaną lewą nogą. Być może ten właśnie ból tłumaczy trochę wczorajszy apel Rosjanki, gdy jeszcze przed ogłoszeniem terminarza gier na piątek pożaliła się, że “nakazują jej grać o godz. 11”. A tymczasem ona kończyła poprzedni mecz w nocy ze środy na czwartek, położyła się zaś spać o godz. 4.

     

    Tak bowiem właśnie było – trochę bezsensownie jej starcie z Jekateriną Aleksandrową ustawiono jako ostatnie w sesji wieczornej, podczas gdy inne panie w tej części drabinki grały kilka godzin wcześniej. Rosjanki zaczęły po godz. 22.15, skończyły ponad 30 minut po północy.

     

    Na Igę te żale nie działały. Tak jakby Kalinska chciała się tłumaczyć, że nie będzie w odpowiedniej dyspozycji. Półtora roku temu, w półfinale WTA 1000 w Dubaju, Kalinska pokonała Igę 6:4, 6:4. Niewiele osób wtedy wiedziało, że Polka miała olbrzymie problemy zdrowotne, ciężko oddychała. Dopiero pod koniec roku, w materiale “Cztery pory Igi” w C+, Iga przyznała, że zmagała się z koronawirusem. A mimo tego walczyła.

     

    Kalinska po tej przerwie medycznej też walczyła, ale szybko została przełamana. Iga odskoczyła na 4:1, tego seta miała już ustawionego. Starała się grać precyzyjnie, zmuszała rywalkę do biegania. Rosjanka jeszcze całkiem nieźle się poruszała, nie było można jej lekceważyć. Iga tego nie zrobiła, choć broniła break pointa. Po 45 minutach zapisała seta na swoje konto (6:3).

     

    Iga Świątek w walce o ósmy półfinał w 2025 roku. Drugi set wszystko rozstrzygnął

     

    Kalinska nie grała źle, na pewno nie zaś tak, jak wczoraj w starciu z Jasmine Paolini Barbora Krejcikova. Czeszka zmagała się z urazem stopy, ledwie biegała, ale dotrwała do końca meczu. I dotrwała jest tu dobrym słowem, wygrała łącznie trzy gemy.

     

    Rosjanka zaś była groźna – zwłaszcza, gdy mogła zaatakować z góry topspiny Igi. Przyspieszała akcje, potrafiła Polkę zaskakiwać. W trzecim gemie Iga wywalczyła jednak trzy break pointy – już tu mogła uzyskać znaczną przewagę. I ją uzyskała: wykorzystała drugą szansę.

     

    Wydawało się, że Polka spokojnie będzie już kontrolowała wydarzenia, skupi się na swoich gemach serwisowych. A tymczasem dość szybko Kalinska odrobiła stratę, za moment już sama prowadziła 3:2. W takich sytuacjach Iga czasem zaczyna kierować się emocjami, szybko chce kończyć akcję. A teraz zobaczyliśmy inną wersję Igi: spokojną, skuteczną, nie okazującą emocji. Wygrała trzy gemy z rzędu, odskoczyła na 5:3. I już mecz o finał miała w zasięgu ręki.

     

    Dołożyła jeszcze tego brakującego gema, po czterech zmarnowanych meczbolach w gemie numer dziewięć. Udało się w kolejnym, Polka wygrała 6:3, 6:4. W niedzielę Iga zagra o finał z Aryną Sabalenką lub Jeleną Rybakiną.

     

  • Były trener Williams napisał to o Świątek. Kilka godzin przed meczem, już tego nie cofnie

    Były trener Williams napisał to o Świątek. Kilka godzin przed meczem, już tego nie cofnie

    Były trener Williams rzuca przedmeczową bombę o Świątek – na kilka godzin przed starciem w Cincinnati

    Napięcie w Cincinnati sięga zenitu. Już za kilka godzin Iga Świątek wyjdzie na kort, by wziąć udział w ćwierćfinałowym starciu z Rosjanką Anną Kalinską w turnieju WTA 1000. Jednak zanim padnie pierwszy punkt, głos zabrała postać z tenisowej przeszłości, która dodatkowo podgrzała atmosferę — i są to słowa, których już nie da się cofnąć.

     

    Rick Macci, legendarny amerykański trener, który prowadził m.in. Serenę Williams, Marię Szarapową i Andy’ego Roddicka, przerwał milczenie na temat obecnej formy Świątek. I choć w jego wypowiedzi nie zabrakło pochwał, znalazło się też ostrzeżenie.

     

    > – Iga będzie popełniać więcej błędów z powodu ryzyka, które teraz podejmuje – napisał Macci w mediach społecznościowych.

    – Ma szybkość, dynamikę i kreatywność, by generować ostre kąty — i będzie to wykorzystywać. Jej serwis trafia teraz w lepsze miejsca, ale większa agresja oznacza więcej pomyłek.

    https://x.com/RickMacci/status/1956236297237893562

    Droga Świątek w Cincinnati

     

    Jak dotąd polska gwiazda wygląda na świetnie przygotowaną w dusznym, gorącym klimacie Ohio. Turniej rozpoczęła od pewnego zwycięstwa 6:1, 6:4 nad Anastazją Potapową. W kolejnej rundzie awansowała bez gry, ponieważ z rywalizacji wycofała się Marta Kostiuk. Następnie pokonała Rumunkę Soranę Cîrsteę 6:4, 6:3, meldując się w ćwierćfinale.

     

    Teraz jednak czeka ją rywalka, która już raz znalazła na nią sposób. Ostatnie spotkanie Świątek z Kalinską odbyło się w półfinale turnieju w Dubaju w 2024 roku — wówczas Rosjanka sensacyjnie pokonała ówczesną liderkę rankingu 6:4, 6:4. Tamten wynik wciąż wisi w powietrzu, dodając pikanterii ich kolejnej konfrontacji.

     

     

     

    Przedmeczowa frustracja Kalinskiej

     

    Jakby stawka tego meczu była mała, pojawił się dodatkowy wątek — kontrowersje wokół harmonogramu spotkań. Kalinskaya publicznie skrytykowała organizatorów turnieju, pisząc:

     

    > – Jak WTA i organizatorzy turnieju mogą oczekiwać od zawodniczek, że dadzą z siebie wszystko, skoro harmonogram jest tak niesprawiedliwy?

     

     

     

    Jej ostra wypowiedź tylko podsyciła atmosferę przed starciem — zwłaszcza że obie zawodniczki mają coś do udowodnienia, choć z zupełnie innych powodów.

     

     

     

    Gra ryzyka i nagrody

     

    Słowa Macciego sugerują, że nadchodzi taktyczna bitwa z najwyższej półki. Grając bardziej agresywnie, Świątek zwiększa zarówno swoją skuteczność w widowiskowych zagraniach, jak i ryzyko popełnienia kosztownych błędów. Czy ta kalkulacja opłaci się w starciu z pewną siebie rywalką? To pytanie, na które odpowiedź poznamy już wkrótce.

     

    Wraz z tykaniem zegara i zbliżającą się godziną rozpoczęcia meczu (planowo po 17:00 czasu polskiego) kibice na całym świecie szykują się na widowisko, które może potoczyć się w każdą stronę.

     

    Czy ryzykowna gra Świątek przyniesie kolejne przekonujące zwycięstwo — czy może Kalinskaya powtórzy ubiegłoroczną sensację? Jedno jest pewne: po odważnej przedmeczowej opinii Macciego oczy całegoświata będą skupione na każdym uderzeniu.

  • Donald Trump i klata Rejtana – “To ja” Andrzeja Dudy

    Donald Trump i klata Rejtana – “To ja” Andrzeja Dudy

    Donald Trump i klata Rejtana – “To ja” Andrzeja Dudy

    Najbardziej mnie urzekł w tej książce pozornie banalny tytuł. Ileż on ma znaczeń. Tak, to on, facet z okładki, prezydent Polski przez 10 lat, postać już dziś historyczna. Ale to nieco chełpliwe “to ja” ma inne znaczenie. To byłem ja, Andrzej Duda, a nie tylko kolejne rządy. To ja tę politykę prowadziłem i osiągnąłem rzeczy, o których piszę. Szczególnie w obszarze bezpieczeństwa, Andrzej Duda faktycznie ma się czym pochwalić.

     

    – O co chodzi temu gościowi, który leży i pokazuje klatę – zapytał Donald Trump, wskazując na obraz.

     

    – To nasz bohater Tadeusz Rejtan, protestuje przeciwko zgodzie na rozbiór Polski – odparł Andrzej Duda. Chwilę po tym Trump zwrócił uwagę Dudzie, że do Polski statki ze skroplonym LNG mogłyby popłynąć także z USA.

     

    – Jeśli zaproponujecie dobrą cenę – odparł Duda.

     

    Churchill mawiał, siadając do swoich wspomnień, że historia będzie dla niego łaskawa, bo sam ją opisze. Ten nie tylko polityczny, ale i literacki geniusz, a zarazem król autopromocji, stał się wzorcem dla wielu pokoleń przywódców i polityków starających się, by zostali zapamiętani tak, jak oni tego chcą, albo po prostu po to, by nie zapomniano o ich zasługach. Dołączył do nich prezydent Andrzej Duda, który właśnie opublikował swoje wspomnienia zatytułowane “To ja”, a teraz z godnym podziwu zapałem intensywnie je promuje.

     

    Jeśli ktoś liczy na to, że czytając wejdzie w świat porachunków, brudów polityki, sztuki robienia kiełbasy, by nawiązać do słynnego porównania Bismarcka, to się zawiedzie. Jeśli jednak chce poznać sporą część kulisów i okoliczności decyzji politycznych i zobaczyć, jaką rolę odegrał ten właśnie prezydent, będzie zadowolony.

     

    “To ja” dobrze się czyta i wydaje się opowieścią dość szczerą, choć, jak przystało na tego rodzaju literaturę – autopromocyjną.

     

    “To ja” i “to my”

     

    Lech Kaczyński, wojna na Ukrainie (w tym relacje z Wołodymyrem Zełenskim), Donald Trump. To trzy dla mnie najważniejsze i najciekawsze wątki książki zawarte w nazwiskach. W nich wszystkich Andrzej Duda odegrał niebagatelną rolę. Duda prowadzi nas przez meandry trudnych, zmiennych relacji z żywiołowym Zełenskim i zaskakująco wręcz bliskich relacji z Donaldem Trumpem, wiecznie traktującym rzeczywistość transakcyjnie, wiecznie robiącym biznes, tak jak teraz na Alasce.

     

    A co z Lechem Kaczyńskim, który przecież o Trumpie jeśli nawet słyszał, to wątpliwe by się nim interesował, bo nie była to jeszcze znacząca postać świata polityki? Z książki – i nie tylko z niej – można odnieść wrażenie, że właściwie prezydentura Andrzeja Dudy była przedłużeniem prezydentury tragicznie zmarłego prezydenta z pięcioletnią przerwą na rząd. Nawet patrząc po niektórych obsadach personalnych w kancelarii i BBN, to się potwierdza.

     

    “To ja” nie zawiera spisu nazwisk, ale Lech Kaczyński jest jedną z najczęściej pojawiających się postaci, pomimo że książka dotyczy okresu sprawowania prezydentury przez Dudę, a nie jest pełnym życiorysem byłego już prezydenta.

     

    Lech Kaczyński na prawicy traktowany jest z ogromną nabożnością, także dlatego, że tak wypada, ale oddanie Andrzeja Duda pamięci swojego byłego szefa jest bardzo autentyczne. Widziałem to nie tylko podczas lektury tej książki.

     

    Wiele spraw było po prostu kontynuacją tamtej kadencji. Choć niektóre pokazują, jak skomplikowane jest dziś tłumaczenie, kto ma zasługi, a kto przeszkadzał. Tak jest w przypadku gazoportu i wielu innych inwestycji. Tu znowu prezydent tłumaczy nawet nie “to ja”, a “to my”. Sprawa nie jest prosta, bo przecież długotrwałe projekty łapały się na różne rządy i różnych partnerów za granicą, przede wszystkim w USA.

     

    Andrzej Duda opisuje choćby moment powstania amerykańskiej bazy antyrakietowej w Redzikowie, którego zainicjowanie było kontynuacją działań sprzed lat, inicjowanych w dużym stopniu przez pałac prezydencki. Pierwsze rozmowy na jej temat toczył Witold Waszczykowski, jeszcze jako wiceminister spraw zagranicznych za pierwszych rządów PiS, a potem prezydencki minister. Projekt wstrzymano za prezydentury Baracka Obamy, a potem do niego powrócono.

     

    Czy to Donald Trump, czy Obama na finiszu nadał mu ponownego przyspieszenia? To dyskusyjne. Budowa bazy przypadła na całość rządów PiS, ale się przeciągała i ostatecznie ukończono ją i otwarto za czasów PO.

     

    Andrzej Duda pisze z goryczą o patrzeniu na przecinającego wstęgę Radosława Sikorskiego, który jego zdaniem budowę blokował. Przytacza też słowa Lecha Kaczyńskiego, który mówił, że powstanie tej bazy da nam pewność, że nie jesteśmy w rosyjskiej strefie wpływów.

     

    Znacząco mało obecny na kartach wspomnień prezydenta jest za to Jarosław Kaczyński. Wśród ponad 250 ilustracji prezes PiS, ostatecznie niekwestionowany lider obozu, który wyniósł Andrzeja Dudę do władzy, występuje na jednej: wraz z bratanicą Martą Kaczyńską pod upamiętnieniem poświęconym jej ojcu Lechowi w gazoporcie w Świnoujściu.

    Andrzej Duda wspomina o trudnych, a nawet “bardzo trudnych” relacjach podczas dziesięcioletniej prezydentury. Ale przyznaje też, że Kaczyński to prawdziwy lider, który potrafił odważnie działać w sytuacjach, w których nawet prezydentowi “jeżyły się włosy na głowie”.

     

    Mam wrażenie, że książka prezydenta daje duże pole interpretacyjne, a zdolność odczytywania znaczeń jest zapewne wprost proporcjonalna do stopnia wtajemniczenia.

     

    Skuteczne dostojeństwo

     

    Andrzej Duda nie ucieka w książce od tematów prywatnych, ale też nimi nie epatuje. Możemy się dowiedzieć jak wyglądały jego oświadczyny, chwila narodzin córki, a także dlaczego Agata Kornhauser-Duda tak rzadko udzielała się w mediach. Były prezydent przyznaje, że żona ma bardziej liberalne poglądy niż on, ale tak naprawdę po prostu wiedziała do czego zdolne są media.

     

    Wygląda na to, że stanowiło to dla byłej głowy państwa pewien problem, ale nie miał argumentów po tym jak próbowano grać wobec pierwszej damy nawet wątkami antysemickimi. Dlatego żona prezydenta zapowiadała mu, że nie udzieli żadnych wywiadów, bo “oni kłamią i manipulują”.

     

    Andrzej Duda gorzko i przytomnie konstatuje, że doprowadziło to do jeszcze bardziej opłakanych skutków, bo osobę stroniącą od mediów te uznały za bezbronną ofiarę. Prezydentową ataki najpierw bolały, “zaciskała zęby”, jak pisze prezydent, potem się przyzwyczaiła.

     

    Andrzej Duda ma dystans do siebie i to jest cecha, która zaskarbiła mu także sporą sympatię. Jak wspomina, jeszcze w czasie pracy w Kancelarii Lecha Kaczyńskiego, będąc ostatecznie bardzo ważnym urzędnikiem, założył sobie konto na popularnym wówczas portalu “Nasza Klasa”. Szef bezpieczeństwa wybija mu to z głowy, a prezydent przyznaje, że odpowiedzialnością wówczas nie błysnął.

     

    Ale to w sumie opowieść człowieka spełnionego i zadowolonego z siebie. Ostatecznie książkę kończą zdjęcia i opis oprowadzania Karola Nawrockiego po pałacu prezydenckim. Niektórzy z urzędników Andrzeja Dudy pozostają. Tego komfortu nie miał w polskiej polityce nikt. Karol Nawrocki nie miałby szans, gdyby większość wyborców nie doceniła i tej głowy państwa. To Andrzej Duda zapewnił w dużym stopniu prawicy szanse na powrót do władzy, co ta nie zawsze docenia.

     

    Ale to nie wszystko. Prezydent w Polsce nie dysponuje “własnymi mediami”, a obozy wpływające na opinię publiczną dzielą się na te, które sprzyjają obecnym premierom bądź ich potencjalnym konkurentom.

     

    Prezydent nie dysponuje też tak rozbudowaną aparaturą propagandową jak rząd – funduszami, które zawsze zawierają środki na promocję, pieniędzmi ze spółek Skarbu Państwa i masą innych narzędzi. Ma trochę środków symbolicznych, może zaprosić, pozwolić dotknąć swojego majestatu, zignorować, czasem obśmiać, jak Dudowie zrobili to w przypadku obecnego rzecznika MSZ w 2020 roku.

     

    Dlatego nawet media przychylne traktują głowę państwa z dostojeństwem, ale nieco pobocznie w stosunku do szefów rządów. Jak się okazuje, szczególnie w kwestiach polityki zagranicznej, często niesłusznie.

     

    Dla Polski dobre relacje Dudy z Trumpem, ale też nienajgorsze z Joe Bidenem, okazały się kluczowe z perspektywy naszego bezpieczeństwa, czyli rzeczy najważniejszej. Andrzej Duda postanowił to opisać i zrobił to ciekawie, choć wciąż brak wnikliwego wywiadu z byłym już prezydentem. Póki co “To ja” jest lekturą obowiązkową dla osób chcących dobrze rozumieć polską politykęi kulisy geopolityki.

     

  • Radosław Sikorski pisze o “zakutych łbach”. I grozi zakazem wjazdu do Polski

    Radosław Sikorski pisze o “zakutych łbach”. I grozi zakazem wjazdu do Polski

    Sikorski Uderza w “Zakute Łby” po Skandalu na Meczu. Zapowiada Zakaz Wjazdu do Polski

     

    Polska scena polityczna wrze po incydencie, do którego doszło podczas meczu Rakowa Częstochowa z Maccabi Hajfa w eliminacjach Ligi Konferencji. Na trybunach izraelskich kibiców pojawił się transparent z hasłem: „mordercy od 1939 r.”, skierowany w stronę Polaków. Zdjęcia i nagrania z tego wydarzenia błyskawicznie obiegły internet, wywołując falę oburzenia.

     

    Ostra Reakcja z Polski i Izraela

     

    Już wkrótce po meczu Ambasada Izraela w Polsce wydała oficjalne oświadczenie, w którym stanowczo potępiła ten skandaliczny gest. Reakcja ta spotkała się z aprobatą ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego, który w piątkowy poranek odniósł się do sprawy na platformie X (dawny Twitter).

     

    — „Dobrze, że Ambasada Izraela zareagowała na skandaliczny transparent. Skądinąd mam nadzieję, że izraelska młodzież jest uczona, że w 1939 to hitlerowskie Niemcy napadły na Polskę i zaczęły mordować jej obywateli wszystkich wyznań i narodowości” — napisał Sikorski.

     

    Polityk Nie Kończy na Jednym Wpisie

     

    Kilka godzin później szef polskiej dyplomacji zamieścił kolejną, znacznie ostrzejszą wypowiedź. W nowym wpisie nazwał kibiców odpowiedzialnych za transparent „zakutymi łbami” i ujawnił, że rząd podejmie zdecydowane kroki.

     

    — „Dyplomacja to nie kibolska ustawka. Haniebnego transparentu nie wystawiło państwo Izrael, tylko tamtejsze zakute łby. Ustaliłem z ministrem Marcinem Kierwińskim, że jeśli Węgry pomogą nam ich zidentyfikować, to dostaną zakaz wjazdu do Polski” — zapowiedział Sikorski.

     

    Dodał także, że należy unikać sytuacji, w których polski ambasador w Tel Awiwie będzie wzywany „na dywanik” za każdorazowe obraźliwe napisy, podobne do tych, jakie pojawiają się czasem w Polsce.

     

    Sprawa Może Mieć Konsekwencje Międzynarodowe

     

    Cała sytuacja wpisuje się w szerszy kontekst napięć na linii sport–polityka. Choć obie strony oficjalnie potępiły incydent, polski rząd zapowiada, że nie poprzestanie na słowach i będzie dążył do ukarania osób odpowiedzialnych. Jeżeli tożsamość kibiców zostanie potwierdzona, mogą oni zostać objęci zakazem wjazduna terytorium Polski.

  • Sikorski grzmi po skandalu z udziałem izraelskich kibiców. “Zakaz wjazdu”

    Sikorski grzmi po skandalu z udziałem izraelskich kibiców. “Zakaz wjazdu”

    Sikorski grzmi po skandalu z udziałem izraelskich kibiców. “Zakaz wjazdu”

    “Haniebny transparent nie wystawiło państwo Izrael tylko tamtejsze zakute łby” – napisał szef MSZ Radosław Sikorski, reagując na skandal z transparentem izraelskich kibiców. Polityk zaznaczył także – po ustaleniach z szefem MSWiA Marcinem Kierwińskim – że jeśli uda się zidentyfikować sprawców, otrzymają oni zakaz wjazdu do Polski.

     

    Radosław Sikorski w stanowczych słowach odniósł się do skandalu, jaki wywołał transparent izraelskich kibiców na meczu Rakowa Częstochowa z Maccabi Hajfa w ramach Ligi Konferencji. Na banerze napisano “mordercy od 1939 r.”, nawiązując do historii Holocaustu i niesłusznego obwiniania za niego Polaków.

     

    “Przy okazji informuję, że dyplomacja to nie kibolska ustawka. Haniebny transparent nie wystawiło państwo Izrael tylko tamtejsze zakute łby” – napisał szef polskiego MSZ.

     

    Sikorski reaguje po skandalu z izraelskimi kibicami. “Zakute łby”

     

    “Ustaliłem z ministrem Marcinem Kierwińskim, że jeśli Węgry (mecz odbywał się na Węgrzech – przyp. red.) pomogą nam ich zidentyfikować, to dostaną zakaz wjazdu do Polski. Proszę też zważyć, czy chcemy, aby nasz ambasador był wzywany na dywanik w Tel Awiwie za każdym razem, gdy jakiś dureń napisze o jakimś klubie sportowym per ‘Żydy’” – podkreślił we wpisie Sikorski.

     

    “MSZ stanowczo potępia zachowanie części kibiców podczas meczu Maccabi Haifa – Raków Częstochowa. Dyrektor Departamentu Afryki i Bliskiego Wschodu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych rozmawiał dziś w tej sprawie z Ambasadorem Izraela Ya’akovem Finkelsteinem. Także Ambasador Polski w Izraelu będzie rozmawiał o tym haniebnym incydencie z tamtejszym MSZ” – przeczytamy w treści kolejnego wpisu.

     

    Wcześniej polityk opublikował inny komentarz, w którym podziękował ambasadzie Izraela w Polsce za słowa wsparcia w tej sprawie. “Dobrze, że (ambasada – przyp. red.) zareagowała na skandaliczny transparent. Skądinąd mam nadzieję, że izraelska młodzież jest uczona, że w 1939 r. to hitlerowskie Niemcy napadły na Polskę i zaczęły mordować jej obywateli wszystkich wyznań i narodowości” – napisał.

     

    Placówka dyplomatyczna w swoim wpisie określiła zachowanie kibiców “ohydnym”. “Na takie słowa i czyny, żadnej ze stron, nie ma miejsca ani na stadionie ani nigdzie indziej. Nigdy! Te haniebne incydenty nie odzwierciedlają ducha większości izraelskich kibiców” – brzmiała dalsza część wpisu.

     

    Skandal z udziałem izraelskich kibiców. Jest reakcja Karola Nawrockiego

     

    Pojedynek Rakowa Częstochowa z Maccabi Hajfa rozegrany został w ramach kolejnej rundy Ligi Konferencji. Mecz odbył się na Węgrzech, bo choć Izrael nie został wykluczony z imprezy mimo zbrodni popełnianych w Strefie Gazy, swoje spotkania rozgrywa poza krajem. Gdy zabrzmiał końcowy gwizdek, na stadionie doszło do oburzających scen.

     

    “Skandaliczny transparent wywieszony przez kibiców Maccabi Hajfa obraża pamięć o obywatelach polskich-ofiarach II wojny światowej, wśród których było 3 mln Żydów. Głupota, której nie tłumaczą żadne słowa” – tak sprawę skwitował prezydent Karol Nawrocki.

     

    Do skandalu odniósł się także szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz. “Absolutnie skandaliczne zachowanie izraelskich kibiców podczas meczu Ligi Konferencji względem Polski i Polaków. Konieczna jest jednoznaczna reakcja UEFA. Nie ma i nie będzie zgody na kłamstwa historyczne wobec naszego narodu” – napisał.

     

    Stosowne działania zapowiedział również prezes PZPN Cezary Kulesza. “Nie ma zgody na prowokacje i fałszowanie historii. Pilnie wystąpimy do UEFA o zajęcie stanowiska i wyciągnięcie konsekwencji za skandaliczny transparent i oburzające zachowania na trybunach w czasie meczu Maccabi – Raków” – oświadczył.

     

  • Czy starcie Świątek – Kalinska jest już „rozstrzygnięte”? Śmiałe oskarżenie, które wstrząsnęło Cincinnati

    Czy starcie Świątek – Kalinska jest już „rozstrzygnięte”? Śmiałe oskarżenie, które wstrząsnęło Cincinnati

    Czy starcie Świątek – Kalinska jest już „rozstrzygnięte”? Śmiałe oskarżenie, które wstrząsnęło Cincinnati

    Scena w Cincinnati jest gotowa na ćwierćfinał o wysoką stawkę pomiędzy Igą Świątek i Anną Kalinską — ale zanim padnie pierwszy punkt, nad turniejem zawisła chmura kontrowersji. Rosyjska tenisistka uderzyła w mediach społecznościowych w organizatorów, twierdząc, że harmonogram meczu jest niesprawiedliwy. Jej słowa rozpaliły dyskusję nie tylko o bezpieczeństwie i regeneracji zawodniczek, lecz także o tym, czy niewidzialna ręka nie przechyla szali na korzyść liderki rankingu WTA.

    Czy może mieć rację? A może to tylko burza w szklance wody?

    Ćwierćfinał w cieniu oskarżeń

    W piątek o godzinie 11:00 czasu lokalnego w Ohio Świątek i Kalinska wyjdą na kort centralny, by rozegrać ćwierćfinał turnieju WTA 1000. Dla polskich kibiców oznacza to start sześć godzin później, w godzinach popołudniowych — ale dla Kalinskiej to właśnie pora rozpoczęcia jest problemem.

    Jej frustracja ma źródło w brutalnej sekwencji wydarzeń poprzedzających mecz. Po pokonaniu rodaczki Jekateriny Aleksandrowej w wyczerpującym pojedynku czwartej rundy, Kalinska opuściła obiekt dopiero około godziny 3 nad ranem. Wczesnym rankiem następnego dnia, wciąż pod wpływem adrenaliny i niemal bez snu, pojawiła się na treningu — tylko po to, by dowiedzieć się, że kolejnego dnia otworzy program meczów przeciwko Świątek.

    Internetowa salwa Kalinskiej

    Późnym czwartkowym wieczorem Rosjanka opublikowała w mediach społecznościowych mocny wpis:

    > „Jak WTA i organizatorzy turnieju mogą oczekiwać, że zawodniczki pokażą wszystko, co najlepsze, gdy harmonogram jest tak niesprawiedliwy? Po meczu z Aleksandrową wróciłam o 2:40 w nocy i nie mogłam zasnąć aż do 4. Potem trenowałam, a później dowiaduję się, że jutro gram o 11 rano. Jak oczekują, że się zregeneruję i będę wciąż zmieniać swój rytm snu, który jest tak istotny dla odbudowy sił? To wydaje się trochę jednostronne.”

    Ostatnie słowa — „trochę jednostronne” — zabrzmiały jak zawoalowane oskarżenie. Czy sugerowała, że Świątek, która swój poprzedni mecz zakończyła ponad 11 godzin wcześniej, dostała przewagę?

    Dlaczego harmonogram zamienił się w chaos

    Zamieszanie w Cincinnati nie wzięło się jednak wyłącznie z zaniedbań. Turniej padł ofiarą ekstremalnych warunków: najpierw panował ogromny upał, a później spadły ulewne deszcze. Mecze były przekładane i upychane w każde wolne okienko, bo kalendarz nie pozwalał na przedłużenie imprezy — tuż za rogiem czeka US Open w mikście w Nowym Jorku, w którym zagra wielu czołowych singlistów.

    Do piątku trzeba było rozegrać wszystkie ćwierćfinały kobiet, więc pole manewru było niewielkie. Zawodniczki z dolnej części drabinki — Paolini vs. Gauff oraz Graczowa vs. Kudermietowa — musiały grać późno w czwartek wieczorem. Aby dać im więcej czasu na regenerację, ich mecze ćwierćfinałowe zaplanowano na późniejsze godziny w piątek.

    To sprawiło, że pary Świątek – Kalinska oraz Sabalenka – Rybakina musiały wyjść na kort wcześniej. Organizatorzy mogli co najwyżej zamienić kolejność tych spotkań, ale oba i tak musiały zostać rozegrane, aby półfinały odbyły się w niedzielę.

    Znany problem w elicie tenisa

    Rozczarowanie Kalinskiej ma pewne uzasadnienie. Zakończenie meczu po północy, po czym obowiązki medialne, zabiegi regeneracyjne i podwyższony poziom adrenaliny, potrafią poważnie zaburzyć rytm dobowy sportowca. Nawet jeśli w czwartek miała wolny dzień, jej cykl snu został mocno rozregulowany.

    Jednak w profesjonalnym tenisie umiejętność dostosowania się to część gry. Opóźnienia spowodowane deszczem, mecze maratońskie i nieprzewidywalne przerwy są na porządku dziennym. Czasem zdarza się, że zawodniczki rozgrywają dwa spotkania w tym samym dniu.

    Większe pytanie brzmi: dlaczego turnieje tak prestiżowe jak Cincinnati — z pulą nagród 5 milionów dolarów dla kobiet i 9 milionów dla mężczyzn — wciąż są całkowicie podatne na paraliż spowodowany deszczem? Wiele obiektów wielkoszlemowych ma już dachy, tymczasem turnieje rangi WTA i ATP 1000 pozostają w tyle. Miasta takie jak Rzym od lat obiecują zadaszenie kortów centralnych, a i tak liczą tylko na to, że pogoda dopisze.

    Sugestia, która podniosła ciśnienie

    To jednak ostatnia uwaga Kalinskiej nadała całej sprawie dodatkowej dramaturgii. Określając decyzję jako „trochę jednostronną”, zdawała się sugerować, że Świątek została potraktowana ulgowo.

    Tymczasem fakty są takie: Polka zakończyła swój poprzedni mecz około godziny 13 w środę — na długo przed tym, jak Kalinska rozegrała swój późnonocny pojedynek. Różnica wynikała wyłącznie z rozbitego przez deszcz terminarza, a nie z intencji faworyzowania którejkolwiek zawodniczki.

    W rzeczywistości pole manewru organizatorów było minimalne. W najlepszym razie mogli zamienić jej mecz z parą Sabalenka – Rybakina, co przesunęłoby start o kilkadziesiąt minut. Teoria, że był to celowy zabieg na korzyść Polki, nie ma mocnych podstaw.

    Werdykt

    Kalinska ma pełne prawo krytykować wymagające warunki i napięty harmonogram — kwestia regeneracji i zdrowia zawodniczek jest poważna, a praktyki WTA wymagają dyskusji. Jednak w tym konkretnym przypadku zarzut faworyzowania Świątek wydaje się bezpodstawny. Ten mecz nie jest „rozstrzygnięty” zanim się zacznie; to po prostu efekt zatkanego, zniszczonego przez pogodę terminarza, który organizatorzy starali się utrzymać w ryzach.

    Mimo to, gdy obie zawodniczki wyjdą na kort w Cincinnati, ten kontekst będzie unosił się w powietrzu. Kalinska będzie walczyć nie tylko z liderką rankingu, ale i z poczuciem — słusznym czy nie — że od samego początku gra przeciwko przewadze rywalki.

  • Młoda Świątek trafiła na stół operacyjny. To mógł być koniec jej kariery

    Młoda Świątek trafiła na stół operacyjny. To mógł być koniec jej kariery

    Operacja, która niemal zakończyła karierę Igi Świątek, zanim ta w ogóle się rozpoczęła – i niewiarygodny powrót, który po niej nastąpił

    Dziś Iga Świątek jest jedną z najbardziej dominujących postaci w kobiecym tenisie — zawodniczką słynącą z odporności psychicznej, niezłomnego charakteru i niezwykłej regularności. Dla przeciętnego kibica może się wydawać wręcz niezwyciężona, rzadko ulegająca urazom i odporna na kontuzje, które niszczą kariery wielu innych sportowców.

     

    Jednak ten wizerunek skrywa rozdział z jej przeszłości, który niemal całkowicie zakończył jej tenisową drogę, zanim ta na dobre się rozpoczęła. Rozdział, który zaczął się, gdy miała zaledwie 16 lat… i znalazła się na stole operacyjnym.

     

    Gdy obiecująca kariera wisiała na włosku

     

    Był rok 2017. Nastolatka Świątek, pełna nadziei, ale wciąż szukająca swojego miejsca w świecie tenisa, rywalizowała w turnieju Warsaw Sport Group Open na kortach Legii. W pierwszej rundzie zmierzyła się z Włoszką Martiną Trevisan — mecz ten okazał się znacznie ważniejszy, niż sugerowałby sam wynik.

     

    Świątek walczyła dzielnie, przegrywając 2:6, 6:2, 2:6, ale prawdziwy cios nie padł na tablicy wyników, lecz w jej stawie skokowym. Kontuzja była na tyle poważna, że wzbudziła poważne obawy — choć początkowo być może sama Iga nie zdawała sobie sprawy z jej skali.

     

    Ten niefortunny moment zaprowadził ją prosto do szpitala, gdzie przeszła operację przeprowadzoną przez doktora Jacka Jaroszewskiego, wieloletniego lekarza piłkarskiej reprezentacji Polski.

     

    > – To był bardzo pechowy uraz — rzadki i trudny do leczenia – wspominał Jaroszewski w rozmowie z Przeglądem Sportowym. – Operacja była skomplikowana, ale zakończyła się pomyślnie. Przed Igą było wiele miesięcy rehabilitacji, ale wiedziałem, że ma w sobie siłę, by przez to przejść.

     

     

     

    Osiem miesięcy poza kortem

     

    Rekonwalescencja była wyczerpująca. Świątek spędziła osiem długich miesięcy z dala od zawodowego tenisa, walcząc nie tylko o odzyskanie sprawności fizycznej, ale też o wiarę w swoją przyszłość. Była tak zdeterminowana, by wrócić, że trenowała nawet na jednej nodze — ryzykowny i nietypowy sposób, który mówił jednak wszystko o jej charakterze.

     

    W tamtym czasie pewność co do swojego tenisowego przeznaczenia była jednak daleka od oczywistości.

     

    Wspominając to po latach podczas turnieju w Rzymie, przyznała:

     

    > – W tamtym momencie naprawdę myślałam, że już nigdy nie zagram w tenisa. Byłam nastolatką i to była dla mnie ogromna sprawa. Nie zawsze wierzyłam, że zostanę profesjonalną zawodniczką. Ta wiara pojawiła się dopiero wtedy, gdy zaczęłam grać w turniejach WTA i wygrywać mecze.

     

     

     

    Ukryta walka za kulisami

     

    Jej wątpliwości dotyczyły nie tylko zdrowia — problemem były także pieniądze. Kontuzja oznaczała w praktyce rozpoczęcie kariery niemal od zera, a koszty były ogromne.

     

    > – Chodziło też o to, czy będziemy mieć pieniądze, żebym mogła zaczynać od nowa – ujawniła Świątek. – Tego typu sytuacja może w jednej chwili zmienić całe twoje życie. Jestem ogromnie wdzięczna tacie, który nie tylko zmotywował mnie do powrotu, ale też znalazł środki, abym mogła trenować i znaleźć trenerów.

     

     

     

    Spektakularny powrót

     

    Kiedy Świątek w końcu wróciła na kort, nie tylko nadrobiła stracony czas — ona wróciła z hukiem. Zaledwie rok po operacji sięgnęła po tytuł juniorskiego Wimbledonu, wysyłając jasny sygnał, że jest gotowa podbić tenisowy świat.

     

    Lata później ponownie uniosła trofeum w Londynie, tym razem już jako seniorka — domykając niezwykłą podróż od nastoletniej rekonwalescentki do wielkoszlemowej mistrzyni. Dziś brakuje jej już tylko jednego tytułu do skompletowania kolekcji Wielkiego Szlema — triumfu w Australian Open.

     

    A wszystko to zaczęło się od młodej dziewczyny na stole operacyjnym w 2017 roku, która odmówiła pogodzenia się z tym, że jej przyszłość może zostać jej odebrana.