Category: Home

  • Dekret Trumpa uruchomił lawinę. Znów głośno o Imane Khelif i rywalce Julii Szeremety

    Dekret Trumpa uruchomił lawinę. Znów głośno o Imane Khelif i rywalce Julii Szeremety

    Niedawny dekret Donalda Trumpa zakazujący transpłciowym kobietom udziału w kobiecych zawodach sportowych w USA wywołał falę dyskusji i kontrowersji na arenie międzynarodowej. W centrum uwagi ponownie znalazły się bokserki Imane Khelif z Algierii oraz Lin Yu-Ting z Tajwanu, które zdobyły złote medale na Igrzyskach Olimpijskich w Paryżu w 2024 roku.

     

    Obie zawodniczki wcześniej zostały zdyskwalifikowane przez Międzynarodowe Stowarzyszenie Boksu (IBA) podczas Mistrzostw Świata w 2023 roku z powodu nieprzejścia testów płci. Testy te wykazały obecność męskich chromosomów XY, co stało się podstawą do ich wykluczenia z rywalizacji. Mimo to, Międzynarodowy Komitet Olimpijski (MKOl) dopuścił Khelif i Lin do udziału w igrzyskach, gdzie obie zdobyły złote medale.

     

    Decyzja MKOl spotkała się z ostrą krytyką ze strony IBA, która, powołując się na dekret Trumpa, złożyła oficjalną skargę do Prokuratora Generalnego Szwajcarii, oskarżając MKOl o umożliwienie udziału niekwalifikujących się zawodniczek w olimpijskim turnieju bokserskim. IBA planuje również podobne działania prawne we Francji i USA, argumentując, że działania MKOl naruszyły prawa człowieka i pozbawiły szans zasłużone zawodniczki.

     

    W kontekście tych wydarzeń, warto przypomnieć, że Lin Yu-Ting w finale kategorii do 57 kg pokonała Polkę Julię Szeremetę, co przyniosło jej złoty medal. Sprawa ta wywołała szeroką debatę na temat zasadności udziału zawodniczek o niejednoznacznych wynikach testów płci w kobiecych zawodach sportowych.

     

    Imane Khelif, po zdobyciu złotego medalu w kategorii do 66 kg, spotkała się z falą krytyki i oskarżeń o bycie mężczyzną. W odpowiedzi na te zarzuty, podjęła kroki prawne przeciwko kilku prominentnym postaciom, oskarżając ich o “agresywne cyberprześladowanie”. Wśród pozwanych znaleźli się m.in. Elon Musk i J.K. Rowling.

     

    Dekret Trumpa oraz działania IBA podsyciły globalną debatę na temat udziału transpłciowych i interseksualnych sportowców w zawodach kobiecych. Sprawa ta pozostaje kontrowersyjna i budzi wiele pytań dotyczących równości, sprawiedliwości oraz definicji płci w sporcie.

     

     

  • Fenomenalna Ewa Pajor znów dała popis! Zobacz jej bramki [SKRÓT …

    Fenomenalna Ewa Pajor znów dała popis! Zobacz jej bramki [SKRÓT …

    Fenomenalna Ewa Pajor znów dała popis! Zobacz jej bramki [SKRÓT …

     

  • Dramat Wojciecha i Mariny Szczęsnych w Barcelonie. Proszą o pomoc. “To moje dziecko”

    Dramat Wojciecha i Mariny Szczęsnych w Barcelonie. Proszą o pomoc. “To moje dziecko”

    Dramat Wojciecha i Mariny Szczęsnych w Barcelonie. Proszą o pomoc. “To moje dziecko”

    Insagramowy profil “Noticias de Castelldefels”, czyli “Wiadomości z Castelldefels” opublikował ogłoszenie, w którym poproszono wszystkich znajdujących się w miejscowości o pomoc. W okolicach Plaza de las Palmeras zaginął bowiem pies, który jest członkiem rodziny Szczęsnych. W ogłoszeniu podkreślono, że jest to pupil bramkarza FC Barcelona, a w komentarzu jego żona Marina Szczęsna poprosiła wszystkich obserwujących o pomoc.

     

    Wojciech Szczęsny w ostatnich tygodniach nie mógł narzekać na powodzenia w sportowej karierze. Polski bramkarz wywalczył sobie miejsce w podstawowym składzie w FC Barcelona i zbiera coraz lepsze noty za swoją grę. Z nim w składzie “Duma Katalonii” nie przegrała jeszcze ani jednego meczu.

     

    Wiemy już, że Wojciech Szczęsny z pewnością pozostanie pierwszym bramkarzem FC Barcelona do czasu, aż po poważnej kontuzji kolana wróci Marc-Andre ter Stegen. Bardzo możliwe, że w przyszłym sezonie Polak nadal będzie bramkarzem “Dumy Katalonii” i podejmie rywalizację z niemieckim golkiperem.

     

    Tymczasem w życiu Wojciecha Szczęsnego i jego rodziny wydarzył się dramat. W Castelldefels, czyli miejscowości na przedmieściach Barcelony, w której mieszkają Szczęśni, zaginął ich pies imieniem Nala. Ogłoszenie w tej sprawie na instagramie zamieścił profil  “Noticias de Castelldefels”, czyli “Wiadomości z Castelldefels”.

     

    Rodzinie Szczęsnych zaginął pies. Trwają poszukiwania Nali

     

    – Suczka zaginęła na plaży w Castelldefels. Nasz sąsiad i bramkarz Barcy Wojciech Szczesny, prosi o pomoc w znalezieniu jego cennego futrzaka. Zgubiła się dziś po południu około 19:00. na Placu Palmowym. Ma na imię Nala i nosi czarny naszyjnik z jej imieniem. Ma chipa. Jeśli ktoś może podać jakieś informacje na temat miejsca pobytu, proszę dzwonić 683 41 99 31. UDOSTĘPNIJ!!! Zobaczymy, czy uda nam się przekonać Nalę do powrotu do domu, do rodziny – przekazano.

    https://www.instagram.com/p/DF57re6IuO_/?utm_source=ig_web_button_share_sheet

     

    W komentarzu Marina Szczęsna osobiście poprosiła o pomoc w znalezieniu ukochanej Nali. – Proszę o pomoc. To moje dziecko! – napisała Marina Szczęsna.

     

    Do akcji włączyła się również Anna Lewandowska, która skomentowała post. Zobacz

     

  • Ona jest niesamowita. Polska 16-latka z workiem medali. To nasza wielka nadzieja

    Ona jest niesamowita. Polska 16-latka z workiem medali. To nasza wielka nadzieja

    Ona jest niesamowita. Polska 16-latka z workiem medali. To nasza wielka nadzieja

    Hanna Mazur jest niesamowita. 16-latka z UKS Orlica Duszniki-Zdrój była jedną z gwiazd mistrzostw świata juniorów w łyżwiarstwie szybkim w Collalbo. Wróciła z pięcioma medalami, w tym z jednym złotym. To kolejna impreza, z której Mazur przywozi medale. Bez dwóch zdań można nazwać tę zawodniczkę jedną z największych nadziei polskiego sportu na kolejne lata.

     

    Hanna Mazur przed dwoma laty we włoskiej Friulii była jedną z największych gwiazd Zimowego Olimpijskiego Festiwalu Młodzieży Europy (EYOF). Wówczas 14-letnia zawodniczka zdobyła cztery medale w… short tracku. W tym jeden złoty. To była jedyna wygrana reprezentanta Polski w tej imprezie.

     

    Zimą szaleje nie tylko na krótkim torze, ale również na długim. W przeszłości brylowała w nieoficjalnych mistrzostwach dzieci – Viking Race rozgrywanych na torze Thialf w Heerenveen. Przed rokiem wywalczyła brązowy medal w Zimowych Igrzyskach Olimpijskich Młodzieży w Gangwon na 1500 m w łyżwiarstwie szybkim. Latem z kolei szaleje we wrotkarstwie.

     

    Hanna Mazur jedną z największych gwiazd mistrzostw świata juniorów. Zdobyła pięć medali

     

    Teraz była jedną z gwiazd mistrzostw świata juniorów w łyżwiarstwie szybkim we włoskim Collalbo. Mazur sięgnęła po pięć medali, w tym trzy indywidualnie. Była trzecia na 500 i 1500 metrów. Na tych dystansach stawała na podium w ciągu zaledwie dwóch godzin. Na 1000 m została wicemistrzynią świata juniorek.

     

    W wyścigu drużynowym Mazur razem z Zofią Braun i Emilią Zawiszą sięgnęła po srebrny medal, a w sprincie drużynowym razem z Wiktorią Dąbrowską i Julią Grzywińską zostały mistrzyniami świata.

     

    Szósty medal dołożyli nasi juniorzy: Szymon Hostyński, Mateusz Śliwka i Mikołaj Bielas w sprincie drużynowym. Sięgnęli oni po srebro.

     

    Sześć medali to historyczny i dotąd nienotowany wynik reprezentacji Polski w mistrzostwach świata juniorów w łyżwiarstwie szybkim. Trafiło się nam zatem niesamowite pokolenie, którego liderką na ten moment jest Mazur.

     

    16-latka ma wszystko, by zostać gwiazdą. Była skazana na sport

     

    16-latka od dawna nazywana była cudownym dzieckiem polskich panczenów, a teraz – co roku – tylko to potwierdza. Do tego to zawodniczka, która dobrze wie, czego chce.

     

    Tak naprawdę ten medal w Gangwon to jest dopiero początek sukcesów i mogę to obiecać

     

    ~ mówiła Mazur przed rokiem po sukcesie w młodzieżowych igrzyskach.

     

    I – jak widać – słowa dotrzymuje. To zawodniczka bardzo ekspresyjna i wybuchowa, która wyrasta na “medialne zwierzę”, bo – jak kiedyś przyznała – kocham wywiady i rozmowy z ludźmi.

     

    Mazur jest pewna siebie, co w sporcie jest bardzo ważne. Nasza gwiazda była skazana na sport. Jej tata – Witold – to wieloletni reprezentant Polski w łyżwiarstwie szybkim, a obecnie jest jednym z trenerów juniorskiej reprezentacji. Startował także w sporcie wrotkarskim. Po zakończeniu kariery przez wiele lat pracował z kadrą żeńską i męską w łyżwiarstwie szybkim, przyczyniając się do największych sukcesów tej dyscypliny sportu. Mama – Agnieszka Ziemczonek – to była narciarka. Po zakończeniu kariery pracowała jako trenerka w reprezentacji Polski w narciarstwie alpejskim. Na co dzień pracuje w UKS Orlica Duszniki-Zdrój. To klub, którego barwy przywdziewa właśnie Mazur.

     

    16-latka przygodę ze sportem zaczynała od rolek. Potem dołożyła do tego jeszcze short track, a na końcu, bo wciąż jej było mało, zaczęła uprawiać jeszcze łyżwiarstwo szybkie. Wszystkie te trzy dyscypliny trenuje jednocześnie. Mało tego. We wszystkich zdobywa medale mistrzostw Polski.

     

    Mazur ma wielkie sportowe marzenia. Celem jest medal olimpijski. Najlepiej złoty. To marzenia każdego sportowca, ale nie każdy może je spełnić. Stawia jednak przed sobą ambitne cele. Za rok w Cortinie d’Ampezzo i Mediolanie odbędą się zimowe igrzyska olimpijskie i ona chciałaby na nie pojechać. Będzie miała wówczas 17 lat.

     

    – Widzę taką szansę. Chciałabym pojechać na te igrzyska, by poznać ich atmosferę, bo wtedy raczej o medal jeszcze nie powalczę, choć nigdy nie wolno się skreślać. Myślę jednak, że w 2030 roku to już na pewno włączę się do walki o medal olimpijski – zapowiedziała jakiś czastemu w rozmowie z Interia Sport.

     

  • Niespodziewane kłopoty Igi Świątek. A potem się zaczęło! Koncert w Dausze!

    Niespodziewane kłopoty Igi Świątek. A potem się zaczęło! Koncert w Dausze!

    Niespodziewane kłopoty Igi Świątek. A potem się zaczęło! Koncert w Dausze!

    Niesamowite spotkanie Igi Świątek! Polka przegrała dziewięć akcji z rzędu i przegrywała z przełamaniem w pierwszym secie meczu przeciwko Marii Sakkari, ale jej niewiarygodna reakcja sprawiła, że później zdemolowała Greczynkę 6:3, 6:2. Wiceliderka rankingu WTA broni tytułu w Dausze. W 1/8 finału zmierzy się z Lindą Noskovą lub Julią Putincewą.

     

    Iga Świątek ma szansę na historyczne osiągnięcie. Polka, która triumfowała w Dausze w trzech poprzednich sezonach, może zostać drugą tenisistką w XXI wieku, która zwyciężyła cztery lata z rzędu w imprezie rangi WTA

     

    W pierwszej rundzie Polka miała wolny los, a w drugiej trafiła na Marię Sakkari, z którą ma słodko-gorzkie wspomnienia

     

    Polka w pierwszym secie rozpoczęła nerwowo, ale jej reakcja była niewiarygodna

     

    Iga Świątek w poniedziałkowe popołudnie rozpoczęła drogę do czwartego z rzędu triumfu w turnieju WTA 1000 w Dausze. Polka może tym samym przejść do historii jako druga tenisistka w XXI wieku, która może pochwalić się takim osiągnięciem. Wcześniej tej sztuki dokonała Caroline Woźniacki, triumfując w latach 2008-2011 na kortach w New Haven.

     

    Sakkari pierwszą rywalką na drodze Świątek. Mieszane wspomnienia

     

    Pierwszą rywalką Świątek w stolicy Kataru była Maria Sakkari, która w przeszłości potrafiła napsuć jej sporo krwi. Greczynka wraca do formy po problemach zdrowotnych, a wcześniej dwukrotnie mierzyła się z Polką w finałach turnieju w Indian Wells. W 2022 i 2024 r. Świątek wychodziła z tych starć zwycięsko. Ponadto w 2022 r., w drodze po tytuł w Dausze, pokonała Sakkari w półfinale 6:4, 6:3. Greczynka z kolei zwyciężyła w ich trzech wcześniejszych spotkaniach z Polką. Aktualny bilans wynosił 3:3.

     

    W pierwszych tygodniach nowego sezonu Greczynka odpadła w pierwszej rundzie Australian Open, ale dotarła do ćwierćfinału w Linzu. W pierwszej rundzie w Dausze jej rywalka, Elena Gabriela Ruse, poddała mecz w trzecim secie.

     

    W poniedziałek obie tenisistki rozpoczęły mecz nerwowo. Zarówno Świątek, jak i Sakkari miały spore problemy z serwisem. Polka już w pierwszym gemie musiała bronić dwóch break pointów, ale Greczynka nie wykorzystała okazji. Po chwili to ona sama straciła podanie, a Świątek objęła prowadzenie 2:0. Uzyskana przewaga nie utrzymała się jednak długo – Polka wciąż miała kłopoty przy własnym serwisie, a potężne returny Greczynki przyniosły jej dwa kolejne break pointy. Po błędzie Świątek Sakkari odrobiła stratę przełamania i doprowadziła do wyniku 1:2.

     

    Problemy Świątek i niesamowita reakcja. Od tego momentu Sakkari ugrała dwa gemy

     

    Udany gem dodał Greczynce pewności siebie. Wygrała kolejne dwa gemy bez straty punktu, obejmując prowadzenie 3:2. W tym momencie Polka znów przejęła inicjatywę – poprawiła skuteczność serwisu, ograniczyła błędy i nie pozwoliła rywalce na wygrywanie długich wymian. Sakkari przegrała cztery kolejne gemy, a Świątek zamknęła pierwszego seta wynikiem

    https://x.com/WTA/status/1888968391236452584

    Rozpędzona wiceliderka rankingu WTA nie zamierzała ułatwiać zadania rywalce. Już w pierwszym gemie drugiego seta kontynuowała bezbłędną grę i efektownie przełamała Greczynkę. Plan Sakkari na ten mecz zaczął się rozsypywać – w jej grę wkradły się nerwy, a liczba błędów rosła. Świątek wykorzystywała niemal każdą nadarzającą się okazję i w trzecim gemie przełamała po raz kolejny.

     

    W dalszej części drugiego seta tempo meczu nieco spadło. Świątek kontrolowała grę, pewnie utrzymując własne podanie, a Sakkari nie była w stanie jej zagrozić returnem. W całym meczu Świątek wygrała 62 punkty, a Sakkari zaledwie 42.

     

    Ostatecznie Polka zwyciężyła 6:3, 6:2 i awansowała do 1/8 finału, gdzie zmierzy się ze zwyciężczynią meczu Linda Noskova – Julia Putincewa.

     

  • Było 3:3, a potem Świątek weszła na inny poziom. Deklasacja w drugim secie

    Było 3:3, a potem Świątek weszła na inny poziom. Deklasacja w drugim secie

    Było 3:3, a potem Świątek weszła na inny poziom. Deklasacja w drugim secie

    Iga Świątek gra dalej w turnieju WTA w Dosze. Wiceliderka światowego rankingu w dwóch setach (6:3, 6:2) pokonała Marię Sakkari (29. WTA) i wciąż ma szansę na obronę tytułu wywalczonego przed rokiem. Greczynka w pierwszym secie postawiła twarde warunki, ale drugi był już koncertem gry polskiej tenisistki.

     

    Przed poniedziałkowym meczem bilans bezpośrednich meczów Igi Świątek i Marii Sakkari był wyrównany. Obie panie mierzyły się ze sobą sześciokrotnie i obie wygrywały po trzy razy. Po raz drugi w karierze los skojarzył je ze sobą w katarskim Dosze. W 2022 roku Świątek wygrała w dwóch setach półfinał z Greczynką, by awansować do finału. W nim pokonała Estonkę Anett Kontaveit.

     

    Świątek gra dalej. Sakkari rozbita w drugim secie

     

    Tym razem Polka – jako zawodniczka, która trzy lata z rzędu wygrywała turniej WTA w Dosze – była faworytką i od początku meczu wydawało się, że dobrze wejdzie w turniej. Przypomnijmy, że dla Świątek było to pierwsze spotkanie w Katarze. Sakkari wcześniej mierzyła się z Rumunką Eleną Gabrielą Ruse. O tym starciu pisaliśmy na Sport.pl.

     

    Lepiej w poniedziałkowe popołudnie weszła Polka. Szybko przełamała rywalkę i w pierwszym secie prowadziła już 2:0. To był jednak moment, w którym Greczynka zaczęła pokazywać, że nie zamierza być tylko tłem dla Polki. Sakkari wygrała trzy kolejne gemy, a przy okazji drugiego przełamania Świątek wygrała gema do zera.

     

    Reakcja Polki była natychmiastowa. W szóstym gemie pierwszego seta po raz drugi zdołała przełamać rywalkę. Było 3:3 i to był moment zwrotny w otwierającej partii. Świątek do końca seta nie oddała już ani jednego gema. Pierwszy set potrwał 44 minuty.

     

    Druga partia miała już znacznie bardziej jednostronny przebieg. Polka rozpoczęła ją od bardzo mocnego uderzenia i przez cały czas jej trwania dyktowała warunki na korcie. Oddała Greczynce tylko dwa gemy, a w pewnym momencie prowadziła już nawet 5:1. Sakkari obroniła jednak piłkę meczową, ale w ósmym gemie drugiego seta Świątek dopełniła formalności.

     

    Awans Świątek do kolejnej rundy oznacza, że polscy kibice z niecierpliwością będą wyczekiwać wtorku. Wówczas Polka pozna swoją kolejną rywalkę. Będzie nią zwyciężczyni pojedynku pomiędzy Lindą Noskovą (33. WTA), a Julią Putincewą (20. WTA). Pewne jest, że łatwo nie będzie.

  • 6:0 dla Magdy Linette, Rosjanka pokonana. Będzie polskie starcie w Dosze

    6:0 dla Magdy Linette, Rosjanka pokonana. Będzie polskie starcie w Dosze

    6:0 dla Magdy Linette, Rosjanka pokonana. Będzie polskie starcie w Dosze

    Poniedziałek miał przynieść odpowiedź na pytanie czy zobaczymy polskiego starcie w Dosze. Wczoraj Magdalena Fręch pokonała Beatriz Haddad Maię i stało się jasne, że jeśli tylko Magda Linette wygra swój dzisiejszy pojedynek, to obie tenisistki powalczą ze sobą we wtorek o trzecią rundę imprezy rangi “1000”. Rywalką poznanianki była Weronika Kudermietowa – mistrzyni WTA Finals 2022 w deblu. Linette wygrała to spotkanie 3:6, 6:0, 6:4 i dzięki temu zobaczymy polską batalię z Magdaleną Fręch o miejsce w 1/8 finału.

     

    Magda Linette zaliczyła nieudany start podczas Australian Open, odpadła już w pierwszej rundzie po thrillerze z Moyuką Uchijimą. Start poznanianki w imprezie rangi “500” w Abu Zabi napawał już jednak większym optymizmem. Nasza tenisistka zameldowała się w ćwierćfinale zmagań. Najpierw wyeliminowała kwalifikantkę Renatę Zarazuę, a potem awansowała po kreczu Anastazji Pawluczenkowej w połowie drugiego seta. Przegrała dopiero po dość zaciętym pojedynku z Lindą Noskovą.

     

    Także podczas WTA 1000 w Dosze, Magda zmierzyła się na “dzień dobry” z zawodniczką z eliminacji. Tym razem trafiła jednak najgorzej, jak mogła, bo na rozstawioną z “1” w kwalifikacjach Weronikę Kudermietową. Rosjanka odpadła z turnieju w Abu Zabi na etapie drugiej rundy, po druzgocącej porażce 0:6, 0:6 z Belindą Bencić. W trakcie zmagań w stolicy Kataru zdążyła już szybko zapomnieć o tamtym wydarzeniu, przechodząc przez dwustopniowe eliminacje. Najpierw pokonała Sarę Errani, a potem Erikę Andriejewą. Dzięki temu mistrzyni WTA Finals 2022 w deblu dostała się do głównej drabinki, a po dolosowaniu kwalifikantek okazało się, że trafiła właśnie na Linette. Co ciekawe – było to ich pierwsze bezpośrednie starcie w singlu.

     

    Trzy sety w starciu Linette – Kudermietowa. Znamy rywalkę Fręch w drugiej rundzie WTA 1000 w Dosze

     

    Pierwsze chwile dzisiejszego pojedynku układały się korzystnie z perspektywy Magdy. Wygrała dwie akcje przy serwisie przeciwniczki, zaczęło pachnieć przełamaniem już na samym starcie. Ostatecznie jednak do niczego takiego nie doszło. Rosjanka nie tylko utrzymała swoje podanie, ale miała nawet dwie okazje na 2:0. Na szczęście Polka także wyszła z opresji i doprowadziła do wyrównania. Także kolejny gem, już przy serwisie Kudermietowej, okazał się zacięty. Znów obejrzeliśmy stan równowagi, ale tym razem nie było szans na przełamanie.

     

    W kolejnych minutach tenisistki pilnie strzegły swojego podania. Nieźle radziły sobie z tym faktem mimo niekorzystnych warunków w postaci podmuchów wiatru. W siódmym rozdaniu pojawił się kolejny promyk nadziei dla Magdy, prowadziła 30-15 przy podaniu Weroniki. Ostatnie trzy akcje trafiły jednak na konto Rosjanki, która ponownie znalazła się z przodu. Ósmy gem okazał się kluczowy dla losów rywalizacji w tym secie. Kudermietowa wypracowała sobie dwa break pointy na 5:3 i wykorzystała już pierwszego z nich. Chwilę później domknęła partię rezultatem 6:3.

     

    Niebezpiecznie z perspektywy poznanianki rozpoczęła się także druga odsłona. Rosjanka już na “dzień dobry” wypracowała sobie okazję na przełamanie, ale ostatecznie gem trafił na konto naszej reprezentantki. W kolejnym rozdaniu Weronika wypuściła z rąk prowadzenie 40-15 i doszło do break pointa dla Linette. Tym razem doszło już do utraty serwisu przez Kudermietową.

     

    Nagle przebieg meczu obrócił się o 180 stopni. Przeciwniczka Magdy obniżyła poziom swojej gry, popełniała coraz więcej błędów. A to skutkowało coraz większą przewagą po stronie poznanianki. Nasza reprezentantka kolekcjonowała kolejne gemy i… ostatecznie wygrała partię do zera po 34 minutach gry. Po bardzo nieudanym fragmencie pojedynku Rosjanka zdecydowała się na opuszczenie kortu, by nieco ochłonąć.

     

    Kilka minut przerwy nie zdołało jednak wytrącić z równowagi Linette. Nasza reprezentantka ciągle starała się wywierać presję na rywalce, posyłała jej niewygodne piłki. W pewnym momencie pojawiły się nawet break pointy na 2:0. Magdzie nie udało się jednak wykorzystać żadnej z trzech szans i ostatecznie rywalka wyrównała stan rywalizacji. Rosjanka znów weszła w uderzenie, częściej trafiała w kort. W piątym gemie zrobiło się niebezpiecznie, bowiem Kudermietowa miała okazję na 3:2. Polka zdołała wyjść z opresji i ponownie znalazła się z przodu.

     

    To był bardzo ważny moment, bowiem później Magda poszła za ciosem i przełamała przeciwniczkę. Po wymagającym gemie przy własnym serwisie mieliśmy już 5:2 dla poznanianki. Rywalka nie poddawała się i odrobiła stratę breaka. Rosjanka miała do dyspozycji serwis, by wyrównać na 5:5. Linette nie pozwoliła jednak na całkowite zniwelowanie strat. Wygrała gema przy podaniu przeciwniczki i zwyciężyła w całym spotkaniu 3:6, 6:0, 6:4. Dzięki temu zobaczymy jej starcie z Magdaleną Fręch o awans do 1/8 finału.

     

  • 6:0, 6:0 w Dosze! Rywalka Świątek demoluje. 42 minuty i koniec

    6:0, 6:0 w Dosze! Rywalka Świątek demoluje. 42 minuty i koniec

    6:0, 6:0 w Dosze! Rywalka Świątek demoluje. 42 minuty i koniec

    42 minuty – tyle trwał pierwszy mecz Darii Kasatkiny w tegorocznym turnieju WTA 1000 w Dosze. Rosjanka nie miała litości dla swojej rodaczki Poliny Kudiermietowej. Nie dała jej zgarnąć ani jednego gema. Dość powiedzieć, że rywalka wygrała zaledwie 18 punktów. Tym samym Kastatkina dokonała czegoś, co w Katarze nie udawało się od dziewięciu lat.

     

    Iga Świątek w poniedziałek rozegra pierwszy mecz od czasu Australian Open. Od drugiej rundy i starcia z Marią Sakkari rozpocznie zmagania w turnieju WTA 1000 w katarskiej Dosze. Polka przyzwyczaiła nas do bardzo szybkich rozstrzygnięć. Nie bez przyczyny nazywana jest “królową bajgli” (setów wygrywanych do zera”). Tymczasem zanim wyszła na kort, w jej ślady poszła jedna z jej głównych przeciwniczek – Daria Kasatkina (12. WTA).

     

    Kasatkina niczym Świątek. “Rowerek” na korcie w Dosze. 9 lat czekania i koniec

     

    Rosjanka w pierwszej rundzie wręcz zabawiła się ze swoją rodaczką Poliną Kudiermietową (59. WTA), z którą już w tym roku przegrała w 1/8 finału turnieju w Brisbane. Pierwszy set potrwał zaledwie… 19 minut. Kasatkina imponowała zabójczą skutecznością. Ta przy pierwszym serwisie wyniosła w całym meczu 82 proc., a przy drugim 78 proc. W dodatku w pierwszej Kudiermietowa nie była w stanie obronić ani jednego breakpointa. Ostatniego gema przegrała do zera. W związku z tym skończyło się szybkim 6:0.

     

    Druga odsłona wyglądała bliźniaczo podobnie. Potrwała tylko cztery minuty dłużej. Kudiermietowa w czwartym i piątym gemie co prawda była już w stanie przeciwstawić się pierwszemu breakpointowi, ale Kasatkina błyskawicznie się poprawiała w kolejnych akcjach. Ostatecznie wygrała mecz bez straty ani jednego gema, co w Dosze nie udawało się od 9 lat. – Daria Kasatkina jest pierwszą zawodniczką, która wygrała mecz główny turnieju Qatar Open z wynikiem 6:0 6:0 od czasu Donny Vekić w 2016 roku – poinformował na portalu X profil Opta Ace.

    https://x.com/OptaAce/status/1888941391268446356

    Błyskawiczne zwycięstwo zapewniło Kasatkinie udział w drugiej rundzie. A w niej spotka się Ormianką Jeliną Awanesian (48. WTA). 22-latka o awans musiała walczyć zdecydowanie dłużej, bo niemal trzy godziny. Ostatecznie pokonała Chinkę Xinyu Wang (38. WTA) 7:6 (3),1:6, 7:6 (5).

     

  • To musiało się tak skończyć. Wojciech Szczęsny przeszedł samego siebie

    To musiało się tak skończyć. Wojciech Szczęsny przeszedł samego siebie

    Ej, Wojtek, nie tak się umawialiśmy, prawda? Przecież jeszcze niedawno zanosiło się, że twoje występy będą na miarę hasztagu polskiego nadawcy rozgrywek ligi hiszpańskiej. Że będzie (la) zabawa. Że będzie się działo. I w sumie rzeczywiście się dzieje, ale nie tak, jak wieszczyło wielu kibiców Barcelony. Szczęsny zaliczył właśnie najlepszy występ (a dzięki regularnej grze będą zapewne kolejne) w obecnej drużynie, a na dodatek kolejną bramkę zdobył Robert Lewandowski. Jednak nie tylko akcje z ich udziałem były istotne w kontekście wygranej z Sevillą (4:1). Na jedną z kluczowych sytuacji nie miał wpływu nikt. Co nie oznacza, że Hansi Flick temu szczęściu nie dopomógł. Zresztą nie tylko on.

    W życiu każdego człowieka przychodzi taki moment, w którym musi spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać, że przegrał. To nic zdrożnego. Zwłaszcza jeśli do tej pory wygrywałeś nie tylko dzięki samemu sobie, ale i z powodu korzystnego splotu wydarzeń, na który nie miałeś wpływu.

    Miarą człowieczeństwa jest także to, jak sobie z porażkami radzimy. Lepiej przyjmować je z honorem niż odzierać się z resztek godności. Niby w akcie desperacji można jeszcze biegać po ogrodzie niczym kogut po ingerencji rzeźnika. Tylko po co, skoro łeb ma się już odcięty?

    A i tak drugą z tych opcji wybrał Inaki Pena.

    Mógł przynajmniej robić dobrą minę do złej gry. Mógłby na przykład iść za radą śp. Adama Ledwonia, którą obdzielił Tomasza Iwana. Gdy Ledwoń z Grzegorzem Szamotulskim odchodzili w 2005 r. z Admiry Wacker do Sturmu Graz, klubowi działacze z rozpędu postanowili pożegnać także trzeciego z Polaków.

    Tak więc gdy przed ostatnim meczem obdarowali kwiatami defensywnego pomocnika i bramkarza, załapał się na nie także skrzydłowy. Problem w tym, że o swoim odejściu nic nie wiedział.

    — Ale ja tu chciałem zostać — bąknął Iwan. Co poradził mu kolega? — Nie rycz, przyjmij to z honorem, wy****li cię! — szepnął mu na ucho jedyny w swoim Adam Ledwoń.

    Sevilla FC — FC Barcelona 1:4. Skrót meczu:

    Zanim pokuszę się o szerszy wywód na temat Szczęsnego, Peni i starcia Barcelony z Sevillą, najpierw szybki przegląd wydarzeń z niedzielnego meczu z udziałem polskiego golkipera. Najprościej byłoby powiedzieć, że wszystko zrobił praktycznie idealnie. Młodym adeptom sztuki bramkarskiej powinno pokazywać się ten występ jako wzorcowy.

    Tak Wojciech Szczęsny zagrał z Sevillą

    Płaskie dośrodkowanie w czwartej minucie? Pewny chwyt. Ósma minuta, Szczęsny zostaje między słupkami, choć pierwotnie się waha. Sevilla strzela gola (skądinąd niesłusznie uznanego), bramkarz bez szans, ale nic by też nie wskórał, gdyby na wycieczkę się wybrał. Co najwyżej mógłby sobie narobić — jak to określa się w żargonie piłkarskim — gnoju.

    Mija kwadrans spotkania, a w polu karnym Barcelony pada Isaac Romero. Powtórki nie pozostawiają wątpliwości: Polak wygarnął mu piłkę spod nogi, o faulu nie ma mowy. Brawo.

    Szczęsny musiał się napocić także tuż przed przerwą. Był to newralgiczny moment tego spotkania. Barcelona nie miała konceptu na sforsowanie defensywy rywala, więc tego by tylko brakowało, żeby dała sobie wbić gola do szatni.

    Dopuścić do tego nie zamierzał polski bramkarz. Choć Dodi Lukebakio nie wypadł sroce spod ogona, jeśli chodzi o umiejętności techniczne, to śmiało można stwierdzić, że taki strzał już mu się nie przytrafi. A zarazem trzeba mu oddać, że tylko nie lada fachowiec jest w stanie złożyć się tak szybko i tak świetnie do uderzenia przewrotką sytuacyjnej piłki.

    A Szczęsny? Stanął na wysokości zadania — tylko i aż. Z jednej strony bronił w swoim życiu trudniejsze uderzenia, z drugiej: niejednemu bramkarzowi po takim strzale piłka przełamałaby ręce.

    I wcale nie chodzi mi o takiego, którego imię zaczyna się na “i”, a kończy na “naki”!

    Parada Szczęsnego, która obiegła cały świat:

    https://x.com/FCBarcelona_cat/status/1888693108302332163

    Szczęsny miał też co robić po zmianie stron. Zaczęło się od przytomnego wyjścia z bramki w 48. minucie i wybicia bezpańskiej piłki. Nie poszła zatem w las nauka, na której “przyłapałem” go przed czwartkowym meczem z Valencią.

     

    W 69. minucie dołożył do swojego występu jeszcze jeden rodzaj interwencji. Wyskoczył do wysoko dośrodkowanej futbolówki i schwytał ją, wykonując piękną robinsonadę. Popis bramkarskiego kunsztu.

     

    A że nie zawsze piłkę da się złapać? Wtedy nie ma co kozaczyć, tylko trzeba ją wybić. Tak było na niespełna kwadrans przed końcem podstawowego czasu gry. Loic Bade przymierzył z dystansu niemal w środek bramki, ale lecącej z potężną prędkością na wysokości twarzy piłki nikt nie odważyłby się chwytać. Szczęsny również nie podjął się tego wyzwania. Wybrał bezpieczniejszą opcję i wybił ją na rzut rożny.

     

    W tzw. zęby złapał za to futbolówkę podczas kolejnej interwencji. Suso uderzył kąśliwie, ale mimo wszystko nie mógł niezachować się w tej sytuacji podręcznikowo.

    Jeszcze w doliczonym czasie gry przyjaźnie obsztorcował Inigo Martineza, gdy ten eksplodował z radości po kolejnej udanej interwencji, i mógł udać się do szatni z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.

     

    Wspominałem już, że był to występ idealny?

     

    Inaki Pena sam podłożył sobie nogę

    Tym razem kamery nie musiały szukać Peni na ławce rezerwowych. Nie ma co się nad nim pastwić, skoro gra jest już przegrana. Zwłaszcza jeśli “game over” powiedział on sam.

     

    Bo jeśli chciał zmienić jeszcze jakoś swoją sytuację, to mógł pokazać Flickowi, że jest mocny nie w gębie, a na boisku. Tymczasem nie dość, że kilka dni temu miał nerwową dyskusję z niemieckim szkoleniowcem, to i wątpliwej jakości popis dał na murawie.

     

    Tak Robert Lewandowski rozpoczął strzelanie w meczu z Sevillą:

    https://x.com/CANALPLUS_SPORT/status/1888685408352940387

    Najpierw kamery uchwyciły jego słabą dyspozycję na treningu, potem nie zachwycił na rozgrzewce przed meczem z Valencią, aż w końcu po prostu pokazał, że mu zwyczajnie nie zależy. W minionym tygodniu ani razu nie pojawił się na dodatkowych zajęciach. To już nawet Szczęsny, który nigdy nie był prymusem pod tym względem, przybył na dwie takie sesje.

     

    Ciekawe, jak będzie w tym tygodniu. Flick dał piłkarzom wolne od poniedziałku do środy, bo kolejny mecz dopiero 17 lutego. Choć nie, tak naprawdę nie jest to ciekawe. Pena może harować teraz od rana do nocy, a i tak miejsca w bramce Barcelony już nie odzyska.

     

    Pewnego poziomu przecież nie przeskoczy. A bez gry nie nabierze takich cech, którymi Flickowi zaimponował Szczęsny: doświadczenie, umiejętność podnoszenia się po ciężkich momentach, pozytywny wpływ na kolegów. Słowem: aura.

    https://x.com/FCBarcelona/status/1888671811405041705

    Nikt już nie podniesie ręki na Szczęsnego

    Bożesz ty mój, kiedy to zleciało? Minął przecież dopiero miesiąc od momentu, w którym Pena spóźnił się na sesję aktywacyjną, a Szczęsny zaczął spóźniać się z wyjściami z bramki. Przecież jeszcze nie tak dawno Inaki Pena był wręcz stawiany w jednym rzędzie ze Svenem Hannawaldem, Marit Bjoergen, Aryną Sabalenką czy z innymi wielkimi rywalami naszych legendarnych sportowców.

     

    Znów potwierdza się, że wszystko kręci się tak szybko, jak w pozytywce. Z tą różnicą, że w tym przypadku nie jest to w kółko ta sama melodia.

     

    Tak Lamine Yamal mógł rozpocząć strzelanie goli w meczu z Sevillą:

    https://x.com/FCBarcelona_cat/status/188868813790105224

    Bo kibice Barcelony dopiero co drżeli przed każdym występem Szczęsnego, że albo nie w porę wyjdzie z bramki, albo niepotrzebnie się z niej ruszy, albo źle zachowa się w polu karnym. Tymczasem zupełnie niepostrzeżenie stał się jedną z głównych postaci w układance Hansiego Flicka.

    Nikt już teraz nie odważy się wracać o dyskusji o rywalizacji Szczęsnego z Peną. Jeśli temat polskiego bramkarza w Hiszpanii się pojawia, to właściwie tylko w kontekście przedłużenia z nim kontraktu na nowy sezon.

    Bo kibice Barcelony dopiero co drżeli przed każdym występem Szczęsnego, że albo nie w porę wyjdzie z bramki, albo niepotrzebnie się z niej ruszy, albo źle zachowa się w polu karnym. Tymczasem zupełnie niepostrzeżenie stał się jedną z głównych postaci w układance Hansiego Flicka.

    Nikt już teraz nie odważy się wracać o dyskusji o rywalizacji Szczęsnego z Peną. Jeśli temat polskiego bramkarza w Hiszpanii się pojawia, to właściwie tylko w kontekście przedłużenia z nim kontraktu na nowy sezon.

     

    Szybko poszło.

     

    Przesąd Hansiego Flicka

    Jedno wokół Barcelony się nie zmienia: co rusz na tapet wpada jakaś nowa historia. Jak nie plotki transferowe, to problemy z budową Camp Nou. Jak nie próba wypchnięcia z klubu Ansu Fatiego, to rzekome zastrzeżenia do serwowanej jajecznicy.

     

    Cały czas jest młyn. A jak chwilowo jest spokojniej, to i tak znajdą się tematy, którymi można zainteresować opinię publiczną. Tak to już z tymi największymi klubami jest.

     

    Akurat ta wiadomość przed meczem z Sevillą do mainstreamu może się nie przebiła, ale i tak potwierdza, że wszystko, co związane jest z Dumą Katalonii, podlega rozkładaniu na czynniki pierwsze. Nic uwadze odbiorców nie jest w stanie umknąć.

     

    Otóż jeden z kibiców zorientował się, że na mecz do Sewilli Barcelona podróżowała… dokładnie tym samym samolotem co do Lizbony na niedawne starcie z Benficą (5:4). Ktoś zapyta: jak on na to wpadł? A ja zapytam: jak on wpadł na to, że można na to wpaść? Jeszcze ktoś inny może dopowiedzieć: po co w ogóle o tym wspominać?

     

    No właśnie: po co?

     

    Efektowne podanie Lamine’a Yamala do Julesa Kounde. Zabrakło “tylko” gola:

    https://x.com/LaLiga/status/1888692442502975704

    To oczywiście tylko ciekawostka. Ale wpisująca się w pewną prawidłowość. W krajach hiszpańskojęzycznych — a w latynoamerykańskich już w szczególności — wszelkiego rodzaju przesądy są na porządku dziennym. Skoro coś raz zadziałało — nie wspominając już o sytuacji, w której przyczyniło się do osiągnięcia sukcesu — to koniecznie trzeba zrobić to ponownie. W przeciwnym razie wszystko sprzeniewierzy się przeciwko nam.

    Nie wiem, czy działacze Barcelony specjalnie wynajęli ten sam samolot, by przywołać dobre duchy, które unosiły się nad drużyną podczas legendarnego już boju z Benficą. Coś w tym może być, wszak do końca sezonu ligowego Estadio Sanchez Pizjuan jawił się jako jeden z trudniejszych wyjazdów. Dlaczego więc mieliby nie dopomóc szczęściu?

     

    Z przymrużeniem oka można stwierdzić, że podobnym podejściem przesiąknął już Flick. Sam zdradził się przecież słowami, że stawia na Szczęsnego, bo z nim w składzie Barcelona jeszcze nie przegrała. Jest to więc swego rodzaju przesąd.

     

    Ale to oczywiście tylko część prawdy, bo nikt przecież nie da sobie ręki uciąć, że ze Szczęsnym w bramce Barcelona już nigdy nie przegra. Flick po prostu stara się dopomóc szczęściu poprzez postawienie na lepszego bramkarza. Tylko tyle i aż tyle.

     

    Hansi Flick dmucha na zimne

    Tylko czy aby na pewno jest tak z pozostałymi decyzjami personalnymi? Z tym można już polemizować. Na pewno Flick bohatersko rozwiązuje problemy, które sam stwarza. Niejednokrotnie pomagał drużynie adekwatnymi zmianami w trakcie meczu. To duże novum w porównaniu z Xavim, który jak nie trafił ze składem, to zazwyczaj było już pozamiatane.

     

    Flick korzysta też na takim, a nie innym splocie wydarzeń. Przecież gdyby nie kontuzja Ronalda Araujo w Sewilli, pewnie nie odważyłby się ściągnąć go z boiska. A wtedy zwycięstwo Barcelonie nie przyszłoby już tak łatwo.

     

    Tymczasem ten środkowy obrońca zakończył udział w meczu już w 22. minucie. Całej drużynie wyszło to na dobre. Jego zastępca, Pau Cubarsi, nie tylko lepiej rozumie się z Inigo Martinezem, ale na dodatek zaliczył sprytną asystę przy trafieniu Raphinhi.

     

    Najpierw Fermin, a później Raphinha trafiają do siatki Sevilli:

    https://x.com/CANALPLUS_SPORT/status/1888701894295535659

    Ktoś zapyta: po co więc na siłę “pompować” Urugwajczyka, skoro nie mieści się obecnie nawet w trójce najlepszych stoperów w drużynie? Flick stara się dmuchać na zimne. Sezon dopiero wkracza w decydującą fazę, trzeba więc mieć przygotowane różne warianty.

     

    Inigo dopiero co wrócił po urazie, swoje musiał odcierpieć też trzeci w hierarchii środkowych obrońców Eric Garcia, a Araujo z powodu kontuzji pauzował jeszcze dłużej. Skoro jest jednak gotowy do gry, to trener Barcelony musi go lepić na swoją modłę.

     

    Na razie Urugwajczyk nie spełnia standardów Flicka zarówno w defensywie (słaba umiejętność zakładania pułapek ofsajdowych), jak i w ofensywie (wyprowadzenie piłki). Mecz z Sevillą mógł być dla niego idealnym poletkiem doświadczalnym.

     

    Tylko że zanim jakąś wiedzę by przyswoił, mogłoby się skończyć srogą nauczką dla Barcelony. To nie przypadek, że był zamieszany w stratę bramki (skądinąd niesłusznie uznanej). To nie przypadek, że linię spalonego — i to wyraźnie — łamał już w meczu z Atalantą Bergamo.

     

    Na razie obyło się bez srogich konsekwencji, ale nic nie trwa wiecznie. Szczęście też nie. Nawet jeśli całym sobą stara mu się dopomóc.

     

  • Świątek odwróciła się plecami do rywalki i zapłakała. “My się martwimy”

    Świątek odwróciła się plecami do rywalki i zapłakała. “My się martwimy”

    Świątek odwróciła się plecami do rywalki i zapłakała. “My się martwimy”

    Iga Świątek odwróciła się tyłem do kortu i płakała przed piłką meczową dla Marii Sakkari. Trenerzy apelowali do Darii Abramowicz, żeby wyjaśniła, co się dzieje, a otwarty list do Świątek pisał Zbigniew Boniek. Tak było trzy lata temu, gdy Greczynka była dla Polki strasznie trudną rywalką. Dziś Świątek będzie zdecydowaną faworytką meczu z nią w drugiej rundzie turnieju WTA 1000 w Dosze.

     

    W niedzielę Maria Sakkari wygrała z Eleną-Gabrielą Ruse 4:6, 6:3, 4:0 (i krecz Rumunki) w pierwszej rundzie turnieju WTA 1000 w Dosze. W ten sposób Greczynka awansowała do drugiej rundy, gdzie już czeka Iga Świątek. W pierwszej rundzie druga zawodniczka światowego rankingu miała wolny los.

     

    Świątek jest absolutną faworytką. I tego meczu, i całego turnieju. W Katarze Polka czuje się wspaniale, wygrała ten turniej w 2022, 2023 i 2024 roku. Ale możemy się spodziewać, że notowana dziś na 29. miejscu w rankingu WTA, a kiedyś trzecia w nim Sakkari powalczy z całych sił o sprawienie sensacji. Zwłaszcza że dobrze pamięta, jak wcale nie tak dawno temu wyraźnie wygrywała ze Świątek.

     

    Świątek – Sakkari 0:3. Było ekstremalnie ciężko

    W 2021 roku Greczynka była wręcz najtrudniejszą rywalką Polki ze wszystkich tenisistek świata. Najpierw pokonała Igę 6:4, 6:4 w ćwierćfinale Roland Garros, tym samym uniemożliwiając naszej tenisistce obronę tytułu z 2020 roku. Następnie wygrała 6:4, 7:5 w półfinale w Ostrawie. Wreszcie nie dała szans Polce w meczu grupowym WTA Finals w Guadalajarze. Wtedy było 6:2, 6:4, a wielu kibiców Igi na pewno do dziś pamięta ostatnią piłkę tamtego meczu.

     

    Przegrywając 2:6, 4:5 i 0:40 Świątek odwróciła się tyłem do kortu i nie reagowała, gdy Sakkari była gotowa wprowadzać piłkę do gry serwisem. Polka dostała upomnienie od sędziego. Przez chwilę baliśmy się, że nie zapanuje nad emocjami i po kolejnej interwencji arbitra straci punkt, co byłoby równoznaczne z zakończeniem meczu w tak dziwny sposób.

     

    Środowisko apelowało do Darii Abramowicz. “My się martwimy”

     

    – Bardzo mi Igi szkoda. Znam ją od lat i wiem, jak bardzo wartościowa, inteligentna i też emocjonalna to dziewczyna. Przykro się patrzy, kiedy emocje biorą u niej górę nad sportem – mówił wówczas w rozmowie ze Sport.pl trener tenisa Michał Lewandowski. – Wiemy, że jej kariera wybuchła i pędzi. Ale Iga ma sztab, w którym jest psycholog. Ekspertka z Igą jeździ, w Meksyku jest też z nią tata, wydaje się więc, że Iga ma należytą opiekę. Tymczasem niepokojąca reakcja zdarza jej się po raz kolejny. Dlatego się martwimy. Nad tym trzeba jakoś zapanować, żeby kariera Igi nie wyhamowała – przekonywał.

     

    Wtedy świeżo w pamięci mieliśmy inny mecz, który emocjonalnie kosztował Igę strasznie dużo. Po porażce z Paulą Badosą na igrzyskach olimpijskich w Tokio Świątek wylała wiadro łez, bo bardzo chciała zdobyć medal, ale nie zdołała zrealizować tego celu.

     

    – Dawid Celt słusznie powiedział w studiu Canal+, że świat ma rozmaite narzędzia, którymi można się posłużyć, żeby radzić sobie z trudnymi sytuacjami w sporcie. W trakcie gry trzeba znaleźć jakieś rozwiązanie. Jeśli nie, to emocje ograniczają zawodnika – mówił nam Lewandowski po porażce Świątek z Sakkari w Guadalajarze

     

    Celt, czyli ceniony trener, a także ekspert, który często komentuje mecze, twierdził wówczas, że Daria Abramowicz powinna powiedzieć, jak pracuje z Igą, jak postrzega te mentalne problemy. Tego samego domagali się kibice, choćby zaczepiając panią psycholog Igi na Twitterze. A Lewandowski mówił wprost, że trzeba o to do Abramowicz apelować.

     

    – Zdecydowanie trzeba. Obiema rękami się pod tym podpisuję. W takim momencie, kiedy to się dzieje po raz kolejny, kiedy ludzie od dłuższego czasu pytają, co się dzieje, jest czas na to, żeby reakcja nastąpiła. Trzeba odpowiedzi. Wszyscy widzimy, że emocje Igi wybuchają, a skoro ma w swoim sztabie osobę zatrudnioną specjalnie do tego i skoro ta osoba często udziela się medialnie właśnie choćby na Twitterze, to myślę, że środowisko powinno otrzymać odpowiedź, co się dzieje. Może ta osoba byłaby w stanie nas uspokoić, powiedzieć: “słuchajcie, to jest proces, poczekajmy, robimy to czy tamto”. Natomiast jeśli od dłuższego czasu nie ma żadnej odpowiedzi, to mnożą się nasze wątpliwości i zwiększa się nasz niepokój o Igę. Bo Iga jest w tym wszystkim najważniejsza. Nie to, co my myślimy. Okej, jeśli jest tajemnica zawodowa, to jasne, że trzeba ją uszanować. Ale przecież nie trzeba wykładać wszystkich kart. Żyjemy w takich czasach, że opinia publiczna ma prawo wiedzieć, co się dzieje. Bo my się najnormalniej w świecie o tę młodą dziewczynę martwimy – tłumaczył ekspert.

     

    Abramowicz tak odpowiedziała. “Wiedziałam”

    Trzy tygodnie później Daria Abramowicz odpowiedziała na ten apel. W obszernej rozmowie ze Sport.pl psycholożka odniosła się do wszystkich trudnych meczów i momentów, jakie przeżywała Świątek.

    – Proszę o szczerość – czy bała się pani, że Iga nie dogra meczu z Marią Sakkari na WTA Finals? – pytałem. – Ja się bałem, że Iga się nie opanuje, że mimo upomnienia od sędziego dalej będzie stała tyłem do kortu i nie przestanie płakać. Tam brakowało chwili, żeby straciła punkt, co byłoby równoznaczne ze zwycięstwem Sakkari bez rozegrania ostatniej piłki – dodawałem.

     

    – Byłam przekonana, że Iga wróci na kort. Ona sobie dała chwilę czasu na zebranie się w sobie w kryzysowym momencie. A kryzysowe momenty w tamtym meczu mnie nie dziwiły, bo wiedziałam, z czym ona na ten mecz wychodzi. Wiedziałam, w jakim jest momencie i uważnie obserwowałam cały mecz, nie tylko tę sytuację, która z powodu swojej jaskrawości zwróciła największą uwagę widzów – odpowiadała Abramowicz. – Razem z Igą długo rozmawiałyśmy w Guadalajarze z Martiną Navratilovą i z Chris Evert. Kiedy pojawił się temat zespołu napięcia przedmiesiączkowego, to Navratilova przewróciła oczami i powiedziała: “No Boże, ile razy mi się to zdarzyło!”. Ten temat nie pojawił się jako usprawiedliwienie, tylko jako czynnik, który wpływa na jakość wykonania zadania – kontynuowała psycholożka. – W przestrzeni publicznej ten wątek nie jest obecny. Niestety, to temat tabu nie tylko w środowisku sportowym. A zawodniczki szczególnie obawiają się o tym mówić, bo nie chcą, żeby uznano, że to ich wymówka, że one w ten sposób usprawiedliwiają swoją słabość. Ja się cieszę, że Iga o tym powiedziała [na pomeczowej konferencji]. Ale mówiąc, że wiedziałam, z czym Iga wychodziła na mecz z Sakkari, miałam na myśli nie tylko PMS – dodawała

     

    – Tak, poziom stresu, napięcia, niepokoju, poziom oczekiwań własnych i zewnętrznych. To cały pakiet trudnych rzeczy – mówiła Abramowicz.

     

    Boniek pocieszał Świątek. “Nie martw się dziewczyno”

     

    To wszystko dobrze rozumiał Zbigniew Boniek. Jeden z najlepszych polskich piłkarzy w historii od razu po meczu z Sakkari wystosował do Świątek coś w rodzaju listu otwartego. Taką formę miał jego wpis na Twitterze.

     

    – Pan Zbigniew Boniek ma sporo racji, gdy twierdzi, że pojawia się poczucie “wiem, że mogę temu sprostać, wiem, że mogę grać bardzo dobrze, wiem, na co mnie stać”. Bardzo wielu sportowców dotyka ten paradygmat. W ekstremalnych sytuacjach mówi się nawet o mistrzach treningów. Często podczas zawodów pojawia się wielki stres dlatego, że sportowiec wie, że prezentuje się świetnie i bardzo mu zależy, żeby to pokazać w zawodach. Niestety, między innymi przez stres, przez to, jak on wpływa na myśli, emocje, ciało, różnica między tym, co sportowiec może zaprezentować, a tym co prezentuje, bywa spora. I wtedy, gdy napięcie takiego sportowca jest bardzo duże, bardzo mocne mogą być też jego reakcje – komentowała dla Sport.pl Abramowicz.

     

    Świątek miała nie być mistrzynią treningów. Praca popłaca

     

    Czas pokazał, że Świątek wykonała znakomitą pracę – i tenisową, i mentalną – dzięki której zdecydowanie nie jest mistrzynią treningów.

     

    Po pamiętnym meczu z Sakkari w Gaudalajarze Iga zagrała z nią jeszcze trzy razy. I wszystkie te spotkania wygrała. W 2022 roku 6:2, 6:4 w półfinale w Dosze, trzy tygodnie później 6:4, 6:1 w finale w Indian Wells, a w 2024 roku 6:4, 6:0 znowu w finale w Indian Wells. Oby teraz dopisała do tego bilansu kolejne zwycięstwo. Mecz zaplanowano na poniedziałek, jako drugi od godziny 13.30, po starciu Darii Kasatkiny z Poliną Kudermietową. Relacja na żywo na Sport.pl, transmisja w C+.