Category: Home

  • Świątek wracała ze stanu 1:4 w trzecim secie. Thriller w batalii o finał w Indian Wells

    Świątek wracała ze stanu 1:4 w trzecim secie. Thriller w batalii o finał w Indian Wells

    Świątek wracała ze stanu 1:4 w trzecim secie. Thriller w batalii o finał w Indian Well

     

    Półfinały tegorocznej edycji WTA 1000 w Indian Wells przyniosły nam zestawienia z udziałem czterech najlepszych zawodniczek rankingu Race. Już w pierwszym spotkaniu zobaczyliśmy na korcie Igę Świątek. Polka po raz drugi na przestrzeni kilku tygodni zmierzyła się z Mirrą Andriejewą. Niestety, także i tym razem triumfowała Rosjanka. Chociaż raszynianka próbowała wracać ze stanu 1:4 w trzecim secie i była bliska wyrównania, ostatecznie rywalka triumfowała 7:6(1), 1:6, 6:3. 17-latka zagra o tytuł z Aryną Sabalenką.

     

    Iga Świątek dotarła do półfinału WTA 1000 w Indian Wells tracąc zaledwie dwanaście gemów. Raszyniance najbardziej postawiła się Qinwen Zheng, na etapie najlepszej “8” zmagań. Polka wzięła rewanż za półfinał igrzysk olimpijskich w Paryżu, wygrywając 6:3, 6:3. Dzięki temu po raz czwarty z rzędu zameldowała się wśród czterech najlepszych tenisistek BNP Paribas Open.

     

    Tam czekała ją kolejna szansa na rewanż, tym razem za ćwierćfinał WTA 1000 w Dubaju, bowiem rywalką naszej tenisistki okazała się Mirra Andriejewa. W trakcie rozgrywek w Zjednoczonych Emiratach Arabskich 17-latka triumfowała 6:3, 6:3, wracając ze stanu 1:3 w drugim secie. Później Rosjanka wygrała całe zmagania i zanotowała największy sukces w swojej dotychczasowej zawodowej karierze w singlu. Wliczając również zwycięstwa odniesione w Kalifornii, przystępowała do meczu z raszynianką mając na swoim koncie 10 wygranych spotkań z rzędu. Taką samą passę miała również 23-latka, ale biorąc pod uwagę wyłącznie występy w Indian Wells. Wiadomo było zatem, że któraś z nich zakończy swoją piękną serię w nocy z piątku na sobotę czasu polskiego.

     

    Trzysetowa batalia Świątek z Andriejewą. Znamy pierwszą finalistkę WTA 1000 w Indian Wells

     

    Chociaż Andriejewa wygrała losowanie, to zdecydowała, że rozpocznie mecz od returnu. Świątek doskonale poradziła sobie jednak w gemie otwarcia, nie straciła ani jednego punktu. Później Polka nawiązała przez moment walkę przy serwisie Rosjanki, ale w końcówce Mirra zanotowała dwa bardzo dobre podania i wyrównała na 1:1. Po chwili nasza tenisistka znów zaimponowała spokojną grą przy własnym serwisie, ponownie wygrywając do zera. W trakcie następnego rozdania znów obserwowaliśmy trochę większą rywalizację, ale 17-latka ponownie zgarnęła kluczowe akcje przy swoim podaniu.

     

    Podczas piątego gema pierwszy punkt powędrował na konto mistrzyni z Dubaju. Potem Iga posłała dwa asy z rzędu i szybciutko odzyskała kontrolę nad wydarzeniami. Przy serwisie Andriejewej po raz pierwszy zaobserwowaliśmy stan równowagi. Mimo to nie doszło do żadnego break pointa na korzyść wiceliderki rankingu. Te pojawiły się w trakcie siódmego rozdania, przy podaniu raszynianki, po podwójnym błędzie serwisowym. Na szczęście Polce udało się wyjść ze stanu 15-40 i ponownie objąć prowadzenie. Zawodniczki nie miały łatwo, musiały radzić sobie z silnymi podmuchami wiatru i dostosowywać swoją grę do zmiennych warunków.

     

    Zbliżaliśmy się do kluczowych momentów seta. W dziewiątym gemie Polka mocno się sfrustrowała po podwójnym błędzie serwisowym, zrobiło się 30-30. Później pojawił się agresywny return ze strony Mirry, który dał break pointa. Niestety, w następnej akcji raszynianka popełniła błąd z forhendu i doszło do przełamania. Przy stanie 5:4 Rosjanka podawała po zwycięstwo w premierowej odsłonie pojedynku. Mimo niekorzystnej sytuacji, Iga nie zamierzała się poddawać. Doczekała się w końcu dwóch szans na dobranie się do serwisu przeciwniczki. Już przy pierwszej wywarła presję na Andriejewej i doczekała się powrotnego przełamania na 5:5.

     

    Emocje nie ustawały. Świątek wyraźnie była natchniona tym, że udało się wrócić do gry. Dołożyła szóste “oczko”, a później wygrała pierwsze dwie akcje przy podaniu przeciwniczki. Mirra zdołała zareagować, jako pierwsza miała piłkę na zgarnięcie gema. Doszło jednak do stanu równowagi. W kluczowym momencie Rosjanka mogła znów liczyć na odrobinę szczęścia. Piłka zahaczyła o taśmę, ale i tak trafiła w kort. Kolejna akcja doprowadziła do tie-breaka. Początek decydującej rozgrywki należał do 17-latki. Szybko zrobiło się 3-0 dla Rosjanki. Później pojawił się pierwszy punkcik po stronie Igi, ale więcej Polka już nie zdobyła. Ostatecznie pierwsza odsłona rywalizacji zakończyła się rezultatem 7:6(1) na korzyść Andriejewej.

     

    Po przegranym secie wiceliderka rankingu udała się na moment do szatni ze swoim notesem, by zresetować się przed rywalizacją w drugiej partii. Świątek wróciła na kort od razu nastawiona bojowo do walki. Wykorzystała słabszy moment Rosjanki i już na “dzień dobry” wywalczyła przełamanie za drugim break pointem. Po chwili nasza tenisistka podwyższyła na 2:0, chociaż wykorzystała dopiero trzecią okazję na zamknięcie gema. W trakcie trzeciego rozdania Andriejewa utrzymała swoje podanie, ale 23-latka natychmiast odpowiedziała tym samym, powracając do dwóch“oczek” przewagi.

    Polka starała się robić wszystko, by tym razem nie doprowadzić do nerwowej końcówki. W piątym gemie znów wywierała presję na Rosjance, doprowadziła do break pointa. Od razu udało się go wykorzystać. Raszynianka zagrała nieprzyjemną piłkę pod nogi będącej przy siatce przeciwniczce, a ta zupełnie nie poradziła sobie z tym faktem. Iga wyszła na prowadzenie 4:1 z podwójnym breakiem. Chwilę później Świątek wróciła ze stanu 0-30 i po wygraniu czterech akcji z rzędu potwierdziła przewagę. Następny gem okazał się ostatnim. Z 17-latki uszło powietrze, a nasza tenisistka doskonale to wykorzystała. Ostatecznie Polka triumfowała w drugim secie 6:1 i zagwarantowała nam decydującą odsłonę rywalizacji.

     

    Tym razem to rywalka udała się do szatni po przegranej partii. Trzeci set rozpoczynał się od serwisu Igi. Andriejewa od razu chciała przypuścić atak, wygrała pierwsze dwie akcje. Następne układały się jednak po myśli wiceliderki rankingu. Po tym, jak Świątek wyszła ze stanu 0-30 na 40-30, pojawiła się pierwsza poważna frustracja na twarzy Rosjanki. Po przegranej wymianie rzuciła rakietą o kort. Po chwili doprowadziła jednak do stanu równowagi i walka o premierowe “oczko” w secie ciągle trwała. Niestety naszej tenisistce też udzieliło się trochę nerwów. Przy piłce na 1:0 popełniła podwójny błąd serwisowy, później po udanym bekhendzie Mirry doszło do break pointa. I finalnie to rozdanie zakończyło się przełamaniem na korzyść 17-latki, po błędzie ze strony raszynianki.

     

    Nasza reprezentantka próbowała od razu odrobić stratę, doprowadziła do stanu równowagi. Ostatecznie jednak mistrzyni z Dubaju powiększyła prowadzenie do stanu 2:0. Mimo korzystnego rezultatu, Andriejewa wciąż wyglądała na mocno rozchwianą emocjonalnie. W czwartym gemie pojawił się cień szansy na powrót dla Igi, miała 30-0 przy podaniu Rosjanki. Później przegrała jednak akcję, która powinna zostać zapisana na jej konto i sytuacja się odwróciła. Ostatecznie Mirra wyszła na 3:1. Dało się zauważyć, że ten moment cały czas siedział w głowie Świątek. Polka wyraźnie zatraciła pewność siebie i podczas następnego rozdania pojawiły się poważne kłopoty. Rosjanka miała trzy break pointy z rzędu na podwójne przełamanie. Przy drugim Iga popełniła minimalny błąd, który dał prowadzenie 4:1 przeciwniczce.

     

    Krótka przerwa między nieparzystymi gemami pomogła Polce. Nasza tenisistka zresetowała się i przełamała rywalkę do zera. Po chwili dołożyła trzecie “oczko” i wiara w powrót Świątek do meczu odżyła. W trakcie ósmego rozdania mieliśmy rezultat 30-30, ale w kluczowych dwóch akcjach raszynianka zanotowała niewielkie pomyłki, które pozwoliły Andriejewej wyjść na prowadzenie 5:3.

     

    Następny gem okazał się ostatnim. Co prawda Iga wygrała pierwsze dwie akcje, ale później nie zdobyła już ani jednego punktu. Na koniec nasza tenisistka zaliczyła kilka błędów i pojedynek dobiegł końca. Ostatecznie Mirra triumfowała 7:6(1), 1:6, 6:3 i zameldowała się w finale WTA 1000 w Indian Wells. 17-latka zanotowała już 11. zwycięstwo z rzędu, kończąc przy okazji świetną passę Polki w Kalifornii. Andriejewa powalczy o tytuł z Aryną Sabalenką.

  • Po tym zagraniu Świątek całkowicie się posypała. Rosjanka znów przepraszała

    Po tym zagraniu Świątek całkowicie się posypała. Rosjanka znów przepraszała

    Po tym zagraniu Świątek całkowicie się posypała. Rosjanka znów przepraszała

    Podwójny błąd – emocjonalna reakcja Igi Świątek na tę stratę punktu w półfinale w Indian Wells była pierwszym momentem, który mógł zaniepokoić jej kibiców. W meczu z Rosjanką Mirrą Andriejewą były też inne trudne sytuacje. W pewnej chwili mikrofony wychwyciły słowa Darii Abramowicz, po których wydawało się, że kryzys został opanowany. W kluczowym fragmencie jednak Polce znów zabrakło jej wielkiej broni i przegrała 6:7, 6:1, 3:6.

     

    Już na początku tego półfinału w Indian Wells Iga Świątek popisała się umiejętnościami gimnastycznymi. Nie pomogło jej to jednak sięgnąć piłki zagranej przez będącą w ostatnich tygodniach w świetnej formie Mirrę Andriejewą. Później utalentowana 17-letnia Rosjanka – tak, jak w ich poprzednim meczu – wykonywała przepraszający gest. I to ona znów – tak, jak w ćwierćfinale turnieju w Dubaju sprzed trzech tygodni – na koniec cieszyła się ze zwycięstwa.

     

    Świątek zapewnia: to nic osobistego. Bolesna przegrana zamiast brzydkiego zwycięstwa

    Świątek po czwartkowym zwycięstwie w ćwierćfinale nad Qinwen Zheng nie kryła, że szansa na rewanż ją motywuje. A pokonując w Kalifornii Chinkę, powetowała sobie bolesną przegraną w półfinale igrzysk w Paryżu.

     

    – Chcę pokazać sobie i wszystkim, że jestem w stanie to zrobić. Nie jest miło przegrywać z kimkolwiek, więc chcesz takiego małego rewanżu. Ale to nic osobistego – zapewniała 24 godziny temu wiceliderka rankingu WTA.

     

    Osobistej urazy nie ma też w stosunku do Andriejewej, ale jej również miała się za co rewanżować. Trzy tygodnie temu przegrała z nią w Dubaju 3:6, 3:6, popełniając przy tym aż 31 niewymuszonych błędów. W tamtej imprezie i wcześniej w Dosze grała niepewnie i bardzo emocjonalnie reagowała na własne błędy. Nie wykorzystywała też szans – w drugim secie prowadziła 3:1, ale zamiast brzydkiego zwycięstwa była bolesna przegrana.

     

    W czwartkowym pojedynku z Zheng Polka dwukrotnie przy prowadzeniu 5:1 zaliczyła słabszy moment, tracąc dwa gemy z rzędu. Ale wtedy w kluczowym momencie punkty zdobywała ona. Pytanie brzmiało, czy to samo będzie w stanie zrobić w pojedynku z rewelacyjną Rosjanką, która ostatnio triumfowała w Zjednoczonych Emiratach Arabskich.

     

    Pechowe trio – Świątek dołączyła do Rybakiny i Tauson. “Wiedziałam, że jeśli nie zagram agresywnie, to mnie wykończy

    Andriejewa, która w poniedziałek wróci do Top10 światowego rankingu (obecnie jest 11.), wcześniej w Kalifornii wyeliminowała już dwie rywalki, które odprawiła również niedawno w Dubaju. Dwukrotnie litości nie miała dla Jeleny Rybakiny i Clary Tauson. Teraz broniąca w USA tytułu Świątek podzieliła los zawodniczek z Kazachstanu i Danii.

     

    Choć z punktu widzenia prawa Andriejewa jest jeszcze dzieckiem, to na korcie zdecydowanie prezentuje już dorosły tenis i może pochwalić się sukcesami, których zazdrości jej sporo znacznie starszych zawodniczek. Półfinalistka Roland Garros 2024 i triumfatorka dwóch imprez WTA wyróżnia się na tle coraz liczniejszej grupy tenisistek w światowej czołówce bazującej przede wszystkim na sile. Owszem, Rosjanka świetnie serwuje i stosuje efektowne i mocne minięcia, ale oprócz tego potrafi zdobywać też punkty dzięki cierpliwie budowanym akcjom, slajsowanemu fohendowi, skrótom i czekaniu na odpowiedni moment na kontrę. Słynna Conchita Martinez, która w poprzednim sezonie wzięła ją pod swoje skrzydła, przekonuje nastolatkę stale do bardziej ofensywnej gry i to przyniosło efekt w lutowym meczu ze Świątek.

     

    – Wiedziałam, że jeśli nie zagram agresywnie, to ona ruszy i mnie wykończy. Każdy wie, że ona lubi szybko atakować piłkę i nie daje czasu rywalkom. Zawsze stara się być tą, która pierwsza zaatakuje. Czasem powtarzałam sobie czy wręcz niejako zmuszałam się, by być bardziej agresywną – analizowała po tym zwycięstwie w Dubaju Andriejewa.

    W USA warunki były trudniejsze – mocno wiało. A w takich warunkach świetnie zwykle odnajduje się Polka. Większość tenisistek przy mocnym wietrze nieraz jest zagubiona i popełnia bardzo dużo błędów. 23-latce z kolei często korzyść przynosi tutaj świetne poruszanie się po korcie i mnóstwo drobnych kroczków, które wykonuje, ustawiając się do piłki. Widać to było długimi fragmentami w pierwszym i drugim secie piątkowego pojedynku. Atutem tenisistki Wima Fissette’a było też w tym wietrznym spotkaniu większe doświadczenie, ale nastolatka z Rosji pokazała, że nie boi się ani trudnych warunków, ani trudnej rywalki.

     

    Mikrofony wychwyciły słowa Abramowicz, Andriejewa krzyczała, Świątek dyskutowała

    Już po pierwszym gemie półfinału komentatorzy Canal+ z radością stwierdzili, że wszystkie elementy w tenisie Świątek dobrze działają. Przez dłuższy czas w tej partii nie oddawała ona inicjatywy przeciwniczce i nie popełniała błędów, na które tamta czekała. Andriejewa, która wygrała wcześniej 10 meczów z rzędu, jednak też nie spuszczała z tonu. Ważna była więc reakcja na trudne sytuacje. Pierwszym testem był siódmy gem, gdy piłka po zagraniu Rosjanki przeszła po taśmie i spadła tuż za siatką po stronie Polki. Zaraz potem ta ostatnia dorzuciła podwójny błąd, ale wtedy jeszcze wyszła z opresji.

     

    Kolejny podwójny błąd zaliczyła przy wyniku 4:4 i tym razem już okazała więcej nerwowości. Zła na siebie odbiła piłkę wysoko, a po trybunach przeszedł szmer. I za te emocje Polka zapłaciła, tracąc chwilę później podanie. Nadzieję dawał fakt, że zaraz potem się podniosła, odrabiając stratę. Ale w tie-breaku była już tylko tłem dla błyszczącej Andriejewej (przegrała 1-7), która dała próbkę swojej wielkiej siły mentalnej.

     

    Na początku drugiej partii Fissette przekazywał poddenerwowanej Świątek wskazówki taktyczne, a psycholożka sportowa Daria Abramowicz dodała mobilizujące “Spróbuj”. I zdobywczyni pięciu tytułów wielkoszlemowych spróbowała powalczyć i to z dobrym skutkiem. Była ofensywna i skuteczna, a z kolei po stronie Rosjanki coś się zacięło. Gdy druga rakieta globu doprowadziła do remisu w meczu, wielu kibicom pewnie przypomniały się sytuacje, gdy po przegraniu seta wracała ona z wyczyszczoną głową na kort i wygrywała, prezentując mentalność mistrzyni.

     

    Realność powtórki takiego scenariusza zwiększało w piątek zachowanie Andriejewej w pierwszych momentach decydującej partii. Nastolatka reagowała wtedy emocjonalnie na swoje niepowodzenia i wydawała się być wytrącona z rytmu. Trudno było wówczas przypuszczać, że za chwilę to ona będzie kontrolować sytuację na korcie. Ale tak właśnie było. Ona krzyczała mobilizująco po wygrywaniu kolejnych gemów, a zdenerwowana Świątek coraz więcej czasu poświęcała na dyskusje z sędzią. W pewnym momencie też Polka omal nie trafiła chłopca podającego jej piłkę. To ona była znów tą zagubioną, a jej przeciwniczka wzniosła się na tenisowe i mentalne wyżyny. W nagrodę to ona wystąpi w niedzielnym finale, w którym zmierzy się z Aryną Sabalenką. Świątek zaś nie tylko przerwała serię zwycięstw w Indian Wells, ale też straciła szansę, by zostać pierwszą w historii trzykrotną zwyciężczynią tego turnieju (triumfowała tam w 2022 i 2024 r.).

     

  • Świątek nie dała rady. To, co robili Abramowicz i Fissette mówiło wszystko

    Świątek nie dała rady. To, co robili Abramowicz i Fissette mówiło wszystko

    Świątek nie dała rady. To, co robili Abramowicz i Fissette mówiło wszystko

    Już serwuje ponad 200 km/h, już potrafi zagrać wszystko, już jest dojrzała jak wielka mistrzyni, a ciągle jeszcze nie jest pełnoletnia. Dopiero siedemnastoletnia Mirra Andriejewa znów pokazała w starciu z Igą Świątek, że już jest Panią Tenisistką. W półfinale turnieju WTA 1000 w Indian Wells zobaczyliśmy “red-hot” Igę Świątek, ale Polka nie wytrzymała mentalnie i przegrała 6:7, 6:1, 3:6!

     

    Gem wygrany do zera, w minutę – tak Iga Świątek przywitała się z Mirrą Andriejewą w walce o finał imprezy w Tenisowym Raju, jak tytułuje się kalifornijskie Indian Wells. Ale jeśli ktoś pomyślał wtedy, że wiceliderka światowego rankingu weźmie srogi rewanż na numerze 11 za przegrany 3:6, 3:6 ćwierćfinał w Dubaju trzy tygodnie temu, to srodze się pomylił.

     

    „Red-hot Iga Świątek” przygotowuje się na Andriejewą – pisała przed półfinałem w Indian Wells agencja AFP. Świątek wyglądała w tym turnieju rewelacyjnie – wygrała kolejno 6:2, 6:0 z Caroline Garcią, 6:0, 6:2 z Dajaną Jastremską, 6:1, 6:1 z Karoliną Muchovą i 6:3, 6:3 z Qinwen Zheng. Te wszystkie rywalki były w swoich karierach w co najmniej wielkoszlemowym półfinale. To wcale nie była łatwa dla Polki droga, mieli więc rację dziennikarze AFP, podkreślając, że Świątek jest rozgrzana. Wręcz do czerwoności. A znając Igę można było mieć pewność, że bardzo chciała się zrewanżować Andriejewej za niedawną porażkę. I że jeszcze bardziej chciała samej sobie pokazać, że potrafi zagrać przeciw najmłodszej gwieździe światowego tenisa całkiem inaczej niż ostatnio w Dubaju.

     

    W tamtym meczu Świątek popełniła aż 31 niewymuszonych błędów. Zawodził ją głównie forhend. Na koniec sama była tak zawiedziona, że nie zareagowała, gdy pocieszyć chciał ją Wim Fissette i nie zrobiła nic, kiedy trener wyciągnął do niej rękę.

     

    Świątek długo grała bardzo dobrze

    Teraz Świątek świetnie realizowała taktykę ustaloną ze swym belgijskim szkoleniowcem. Na ofensywny tenis Andriejewej nie tyle odpowiadała atakiem, co sama narzuciła warunki gry. To nastolatka z Rosji niemal ciągle była z tyłu i musiała gonić. Ale robiła to znakomicie. Do stanu 4:4 w pierwszym secie Świątek dużo pewniej wygrywała swoje gemy serwisowe niż Andriejewa, aż tu nagle to Rosjanka przełamała podanie rywalki. Iga zareagowała najlepiej, jak mogła – z 4:5 wyszła na 6:5. I nawet prowadziła 6:5, 30:0 przy serwisie rywalki. Ale wtedy Andriejewa pokazała, jak dojrzałą i pewną siebie jest już zawodniczką. W kluczowym momencie potrafiła wprowadzić podania z prędkościami 191 i 195 km/h. Nimi ustawiła sobie wymiany i doprowadziła do tie-breaka. A w tej decydującej rozgrywce – trzeba to powiedzieć wprost – zmiotła Igę z kortu. Wygrała 7-1, jeden z jej serwisów miał prędkość aż 203 km/h. Andriejewa zasłużenie wygrała partię, w której Świątek też była bardzo dobra. Na punkty był w niej remis 39:39. Rosjanka zagrała więcej uderzeń kończących (18 przy 11 Polki), ale Polka popełniła mniej niewymuszonych błędów (siedem przy 11Rosjanki).

    W pierwszym secie wynik mógł być inny, ale w drugim już na pewno nie. Świątek od razu przełamała przeciwniczkę, później powtórzyła to na 4:1 i jeszcze raz na 6:1. Conchita Martinez, kiedyś wielka tenisistka, a dziś trenerka Andriejewej, radziła swojej zawodniczce, żeby zachowała spokój i żeby starała się być cały w grze, ale „red-hot” Świątek za bardzo się rozpędziła. Po zaledwie półgodzinie tej partii Iga wykorzystała już pierwszego setbola i doprowadziła do decydującego seta. Wymowne były w tamtym momencie reakcje w sztabie Świątek. Wim Fissette wzniósł zaciśniętą pięść, a Daria Abramowicz podniosła ręce i klaskała.

     

    W drugim secie Świątek zagrała osiem winnerów i miała tylko cztery niewymuszone błędy. Andriejewa wcale nie miała złego bilansu – 5:4 – ale znacznie spadła jej skuteczność serwisowa. A Świątek swoje podanie utrzymywała bardzo pewnie. Nawet nie zbliżała się do prędkości około 200 km/h (trochę przekraczała 180 km), ale kapitalnie rotowała i wybierała najlepsze kierunki.

     

    Trybuny buczały na Świątek

    Gdy na początku trzeciej partii Andriejewa zaczęła rzucać rakietą, trudno było nie odczytać tego w ten sposób, że jest sfrustrowana, bo choć generalnie gra dobrze, to niewiele może zdziałać. Ale błyskawicznie się uspokoiła i w długim, granym na przewagi gemie serwisowym Świątek niespodziewanie była górą. – Przełamała przed chwilą rywalkę Andriejewa, ale widać, że czuje, że za chwilę może stracić swoje podanie – zauważała komentująca mecz w Canal+ Klaudia Jans-Ignacik. Niestety, Rosjanka znów wygrała grę na przewagi. „Psychologia” – powiedział jeszcze w trakcie tego gema drugi z komentatorów, Żelisław Żyżyński. I po chwili, przy wyniku 6:7, 6:1, 0:2 patrząc z perspektywy Świątek, para sprawozdawców zgodnie podkreślała, że Iga musi wrócić do spokoju, jaki pokazywała w drugim secie. – W nim Iga oddała Andriejewej tylko cztery punkty, a teraz w dwóch gemach oddała aż siedem punktów po niewymuszonych błędach. To robi różnicę – podkreślał Żyżyński.

     

  • Po tym zagraniu Świątek całkowicie się posypała. Rosjanka znów przepraszała

    Po tym zagraniu Świątek całkowicie się posypała. Rosjanka znów przepraszała

    Po tym zagraniu Świątek całkowicie się posypała. Rosjanka znów przepraszał

     

    Podwójny błąd – emocjonalna reakcja Igi Świątek na tę stratę punktu w półfinale w Indian Wells była pierwszym momentem, który mógł zaniepokoić jej kibiców. Były też inne, gdy wydawała się sfrustrowana, a mikrofony wychwyciły wtedy słowa psycholożki Darii Abramowicz. W kluczowych chwilach meczu z Rosjanką Mirrą Andriejewą broniącej tytułu polskiej tenisistce zabrakło jednak jej wielkiej broni i dlatego przegrała 6:7, 6:1, 3:6.

     

    Już na początku tego półfinału w Indian Wells Iga Świątek popisała się umiejętnościami gimnastycznymi. Nie pomogło jej to jednak sięgnąć piłki zagranej wówczas przez Mirrę Andriejewą. Później utalentowana 17-letnia Rosjanka – tak jak w ich poprzednim meczu – wykonywała przepraszający gest. I – niestety dla Polki i jej fanów – to ona znów, jak w ćwierćfinale turnieju w Dubaju sprzed trzech tygodni, na koniec cieszyła się ze zwycięstwa.

     

    Świątek po zwycięstwie w ćwierćfinale nad Qinwen Zheng nie kryła, że szansa na rewanż ją motywuje. A pokonując w czwartek Chinkę, powetowała sobie bolesną przegraną w półfinale igrzysk w Paryżu.

     

    – Chcę pokazać sobie i wszystkim, że jestem w stanie to zrobić. Nie jest miło przegrywać z kimkolwiek, więc chcesz takiego małego rewanżu, ale to nic osobistego – zapewniała wiceliderka w Indian Wells.

     

    To dlatego Świątek przegrała. Mikrofony wychwyciły słowa Abramowicz

    Osobistej urazy nie ma też w stosunku do Andriejewej, ale jej również miała się za co rewanżować. Trzy tygodnie temu przegrała z nią w Dubaju 3:6, 3:6, popełniając przy tym aż 31 niewymuszonych błędów. W tamtej imprezie i wcześniej w Dosze reagowała na własne błędy bardzo emocjonalnie. Nie wykorzystywała też szans – w drugim secie prowadziła 3:1. W czwartkowym pojedynku z Zheng dwukrotnie przy prowadzeniu 5:1 zaliczyła słabszy moment, przegrywając dwa kolejne gemy. Ale w kluczowym momencie punkty zdobywała ona. Pytanie brzmiało, czy to samo będzie w stanie zrobić w pojedynku z rewelacyjną nastolatką, która ostatnio triumfowała w Zjednoczonych Emiratach Arabskich.

     

    Andriejewa, która w poniedziałek wróci do Top10 światowego rankingu (obecnie jest 11.), wcześniej w Kalifornii wyeliminowała już dwie rywalki, z którymi wygrała również niedawno w Dubaju. Dwukrotnie litości nie miała dla Jeleny Rybakiny i Clary Tauson. Świątek podzieliła ich los.

     

    Choć z punktu widzenia prawa Andriejewa jest jeszcze dzieckiem, to na korcie zdecydowanie prezentuje już dorosły tenis i może pochwalić się sukcesami, których pozazdrościć jej może wiele znacznie starszych zawodniczek. Półfinalista Australian Open 2024 i triumfatorka dwóch imprez WTA wyróżnia się na tle coraz liczniejszej grupy tenisistek w światowej czołówce bazującej przede wszystkim na sile. Rosjanka świetnie serwuje i stosuje efektowne minięcia, ale oprócz tego potrafi zdobywać też punkty dzięki cierpliwie budowanym akcjom, slajsowanemu, skrótom i czekaniu na odpowiedni moment na kontrę. Słynna Conchita Martinez, która w poprzednim sezonie wzięła pod swoje skrzydła nastolatkę, przekonuje ją stale do bardziej ofensywnej gry i to przyniosło efekt w lutowym meczu ze Świątek.

     

    – Wiedziałam, że jeśli nie zagram agresywnie, to ona ruszy i mnie wykończy. Każdy wie, że ona lubi szybko atakować piłkę i nie daje czasu rywalkom. Zawsze stara się być tą, która pierwsza zaatakuje. Czasem powtarzałam sobie czy wręcz niejako zmuszałam się, by być bardzie agresywną – analizowała po zwycięstwie w Dubaju Andriejewa.

     

    W USA jednak warunki były trudniejsze – często mocno wiało, a w takich warunkach świetnie zwykle odnajduje się Polka. Większość tenisistek przy mocnym wietrze nieraz jest zagubiona i popełnia bardzo dużo błędów. 23-latce z kolei często korzyść przynosi tutaj świetne poruszanie się po korcie i mnóstwo drobnych kroczków, które wykonuje, ustawiając się do piłki. Widać to było długimi fragmentami w pierwszym i drugim secie piątkowego pojedynku. Na pewno na korzyść tenisistki Wima Fissette’a przemawiało tu też większe doświadczenie.

     

    Już po pierwszym gemie półfinału komentatorzy Canal+ z radością stwierdzili, że wszystkie w tenisie Świątek działa. Tym razem przez dłuższy czas w tej partii nie oddawała ona inicjatywy rywalce i nie popełniała błędów, na które tamta czekała. Andriejewa, która wygrała wcześniej 10 meczów z rzędu, jednak też nie spuszczała z tonu. Ważna była więc reakcja na trudne sytuacje. Pierwszym testem był siódmy gem, gdy piłka po zagraniu Rosjanki przeszła po taśmie i spadła tuż za siatką po stronie Polki. Zaraz potem ta ostatnia dorzuciła podwójny błąd, ale wtedy jeszcze wyszła z opresji.

    Kolejny podwójny błąd zaliczyła chwilę później i tym razem już okazała więcej nerwowości. Sfrustrowana odbiła piłkę wysoko w kierunku trybun, a po trybunach przeszedł szmer. I za te emocje Polka zapłaciła, tracąc podanie. Nadzieję dał fakt, że zaraz potem się po tym podniosła, odrabiając stratę. Ale w tie-breaku była już tylko głównie tłem dla świetnie dysponowanej Andriejewej, która pokazała niesamowitą siłę mentalną.

     

    Na początku drugiej odsłony Fissette przekazywał poddenerwowanej Świątek wskazówki taktyczne, a Daria Abramowicz dodawała mobilizujące “Spróbuj”. I zdobywczyni pięciu tytułów wielkoszlemowych spróbowała z dobrym skutkiem. Była ofensywna i skuteczna, a posypała się gra Rosjanki. Ta na początku decydującej partii reagowała na niepowodzenia bardzo emocjonalnie i trudno było wtedy przypuszczać, że za chwilę to Świątek będzie przegrywać i dyskutować z sędzią, a Rosjanka krzyczeć mobilizująco po wygranych gemach. Ale to Polka była znów zagubiona, a Andriejewa wzniosła się na tenisowe i mentalne wyżyny. W nagrodę to ona zagra w niedzielnym finale.

  • To znów się stało, 17-letni koszmar Świątek. Polka nie zagra w finale

    To znów się stało, 17-letni koszmar Świątek. Polka nie zagra w finale

    To znów się stało, 17-letni koszmar Świątek. Polka nie zagra w finale

    Iga Świątek nie zagra w finale turnieju WTA w Indian Wells. Polka musiała uznać wyższość Mirry Andriejewej, z którą przegrała 6:7, 6:1, 3:6. To druga z rzędu porażka Polki z Rosjanką. Poprzednio rewelacyjna 17-latka wyrzuciła raszyniankę z zawodów w Dubaju.

     

    Świątek szła dotychczas przez turniej w Indian Wells jak burza. Wszystkie cztery mecze wygrała bez straty seta. Jej forma była wysoka i w półfinałowym boju z Mirrą Andriejewą Polka uchodziła za faworytkę.

     

    Raszynianka miała też z Rosjanką rachunki do wyrównania. Wszak to właśnie 17-latka wyrzuciła ją przed niespełna miesiącem z turnieju w Dubaju. Wówczas Andriejewa wygrała w ćwierćfinale 6:3, 6:3.

     

     

     

    Tym razem walka od początku była niezwykle wyrównana. Zawodniczki szły łeb w łeb, bezbłędnie wykorzystując swoje gemy serwisowe. Pierwsze przełamanie oglądaliśmy dopiero przy stanie 4:4. Było ono dziełem Andriejewej. Po chwili Świątek przełamała jednak Rosjankę powrotnie i znów było remisowo.

     

     

    W taki sposób doszliśmy do wyniku 6:6. Do wyłonienia zwyciężczyni pierwszego seta potrzebny był więc tie-break. W nim lepsza okazała się Andriejewa, która wygrała 7:1.

     

     

    Druga partia była zupełnym przeciwieństwem pierwszej. W niej bowiem od początku dominowała jedna tenisistką – i była nią Iga Świątek. Polka złapała kapitalny rytm, którego nie zgubiła aż do końca. Efekt? Trzy przełamania i wygrana 6:1. W meczu zrobiło się więc po równo.

     

     

    O awansie do finału miał zadecydować trzeci set. W nim ponownie ujrzeliśmy inny obraz meczu. Tym razem to Andriejewa przejęła inicjatywę, już w pierwszym gemie broniąc podanie Świątek. Rosjanka wyszła więc na prowadzenie, a Polka musiała gonić.

     

     

    W piątym gemie sytuacja znacznie się jednak z punktu widzenia wiceliderki rankingu skomplikowała. Świątek po raz drugi w tym secie została przełamana, co oznaczało wynik 4:1 na korzyść Rosjanki.

     

    Nasza reprezentantka nie składała broni. Odpowiedziała przełamaniem powrotnym, pokazując, że nadal jest w grze. Losów spotkania nie zdołała jednak odwrócić. Ostatecznie Andriejewa wygrała 6:3, a cały mecz – 2:1. To ona wystąpi więc w wielkim finale.

     

    Świątek – Andriejewa. Wynik meczu Indian Wells. Kto wygrał?

    Iga Świątek – Mirra Andriejewa 6:7, 6:1, 3:6

  • Noc, Którą Zapamiętamy: Ewa Pajor Wpisała Się na Karty Historii Niezapomnianym Hat-Trickiem w El Clásico

    Noc, Którą Zapamiętamy: Ewa Pajor Wpisała Się na Karty Historii Niezapomnianym Hat-Trickiem w El Clásico

    Noc, Którą Zapamiętamy: Ewa Pajor Wpisała Się na Karty Historii Niezapomnianym Hat-Trickiem w El Clásico

    Są w piłce nożnej chwile, które wykraczają poza sam sport—występy tak wyjątkowe, że pozostawiają niezatarty ślad w historii. W noc, gdy świat wstrzymał oddech w oczekiwaniu, Ewa Pajor dokonała czegoś niezwykłego. Polska gwiazda rozegrała mecz życia, stając się pierwszą zawodniczką w historii, która zdobyła hat-tricka w kobiecym El Clásico. To było coś więcej niż tylko trzy gole—to był manifest, moment definiujący nie tylko samą Pajor, ale również ten legendarny pojedynek, jej klub i kobiecą piłkę nożną jako całość.

     

    Rywaliazcja, Jakiej Świat Nie Zna Drugiej

     

    El Clásico, legendarne starcie między Realem Madryt a Barceloną, to coś więcej niż zwykły mecz. To pojedynek filozofii futbolu, miejsce, gdzie rodzą się legendy. Podczas gdy męska wersja tego starcia od ponad wieku elektryzuje cały świat, kobieca rywalizacja stopniowo zyskiwała prestiż, tworząc własne gwiazdy i niezapomniane momenty.

     

    Ale nigdy wcześniej świat nie widział tego, co wydarzyło się tej historycznej nocy. Nigdy wcześniej żadna zawodniczka nie przejęła kontroli nad tym meczem w tak hipnotyzujący, bezlitosny sposób. Ewa Pajor, już uznawana za jedną z najlepszych napastniczek na świecie, wykorzystała swoją szansę i zamieniła ją w prawdziwe arcydzieło.

     

    Hat-Trick, Który Przeszedł do Historii

     

    Od pierwszego gwizdka było jasne, że Pajor wyszła na boisko z jednym celem—zdominować mecz. Jej ruchy były szybkie, instynkt zabójczy, a skuteczność wręcz niewiarygodna. Nie trzeba było długo czekać na pierwsze trafienie.

     

    Pierwszy gol padł już w początkowych minutach meczu—pokaz instynktu prawdziwej napastniczki. Pajor idealnie wbiegła w pole karne i precyzyjnym uderzeniem głową skierowała piłkę do siatki. Stadion eksplodował, ale to był dopiero początek.

     

    Jeśli pierwszy gol był efektem perfekcyjnego ustawienia, to drugi był prawdziwą demonstracją indywidualnych umiejętności. Pajor przejęła piłkę na skraju pola karnego, minęła dwie rywalki, a następnie huknęła w samo okienko. To było uderzenie, wobec którego bramkarka była bezradna, gol, który mógłby być ozdobą każdego piłkarskiego podręcznika.

     

    Najlepsze miało jednak dopiero nadejść. W decydującym momencie meczu Pajor skompletowała swojego historycznego hat-tricka. W błyskawicznej kontrze wybiegła na czystą pozycję, przyjęła idealnie zagrane podanie i z zimną krwią pokonała bramkarkę w sytuacji sam na sam. Na stadionie na ułamek sekundy zapadła cisza—wszyscy przetwarzali właśnie to, co się wydarzyło. A potem? Eksplozja radości. Pajor dokonała niemożliwego—trzy gole w El Clásico, coś, czego nikt przed nią nie osiągnął.

     

    Nowy Rozdział w Kobiecej Piłce

     

    W świecie, gdzie kobiecy futbol nadal walczy o należne mu uznanie, takie noce zmieniają wszystko. Hat-trick Pajor to nie tylko seria goli. To przełamywanie barier, ustanawianie nowych standardów i pokazanie, że kobiece El Clásico jest równie elektryzujące, dramatyczne i historyczne, jak jego męski odpowiednik.

     

    Gdy zabrzmiał ostatni gwizdek, Pajor została otoczona przez koleżanki z drużyny, oklaskiwana przez kibiców i okrzyknięta bohaterką wieczoru. Ale poza świętowaniem i nagłówkami w gazetach było coś jeszcze—poczucie, że właśnie dokonano czegoś wielkiego.

     

    Legenda, Która Pozostanie na Zawsze

     

    Ewa Pajor na zawsze zapisała się w historii tego pojedynku. Przyszłe pokolenia będą wspominać ten mecz jako przełomowy moment, dowód na to, co można osiągnąć dzięki talentowi, determinacji i szansie na wielką scenę. A dla samej Pajor był to nie tylko wieczór do zapamiętania, ale też deklaracja, że należy do grona największych piłkarek wszech czasów.

     

    Kibice piłki nożnej, bez względu na to, czy są fanami Realu Madryt, Barcelony czy żadnej z tych drużyn, byli świadkami czegoś naprawdę wyjątkowego. A echo tego hat-tricka będzie rozbrzmiewać w świecie futbolu jeszcze długo. Jedno jest pewne—Ewa Pajor zapisała się w historii, a świat nigdy o tym nie zapomni.

     

  • 8:1, Real Madryt znokautowany! Ewa Pajor znów bohaterką Barcelony

    8:1, Real Madryt znokautowany! Ewa Pajor znów bohaterką Barcelony

    8:1, Real Madryt znokautowany! Ewa Pajor znów bohaterką Barcelony

    8:1! Piłkarki Barcelony znokautowały rywalki z Madrytu w półfinale Pucharu Królowej. W rewanżu Ewa Pajor ustrzeliła dublet, a jej gole będą się śnić po nocach kibicom Realu. Zobacz gole polskiej napastniczki.

     

    Ewa Pajor w pierwszym meczu zachwyciła całą Hiszpanię, ponieważ została pierwszą strzelczynią hat-tricka w historii kobiecego El Clasico. Barcelona zdemolowała Real aż 5:0, więc rewanż na własnym stadionie w Półfinale Królowej był już tylko formalnością.

     

    Pajor, która pomiędzy spotkaniami trafiła również w ligowym starciu z Valencią, zaczęła spotkania na ławce rezerwowych. Duma Katalonii miała jednak większe trudności z wykańczaniem akcji. Po pierwszej połowie prowadziła “jedynie” 1:0, więc polska napastniczka została wprowadzona w przerwie. Okazało się to świetnym ruchem.

     

    Ewa Pajor znów zachwyciła. Zobacz gole

    Już po trzech minutach Polka wykorzystała błąd Marii Mendez, zabrała jej piłkę i popędziła na bramkę, nie dając szans Misie. W 68. minucie dobrze wykończyła podanie Fridoliny Rolfo. Honorową bramkę w dwumeczu piłkarki Królewskich zdobyły w 91. minucie. W finale Pucharu Królowej Barca zmierzy się z Atletico Madryt lub Granadą. Rewanż odbędzie się w czwartkowy wieczór, a po pierwszym spotkaniu stołeczna drużyna wygrywa 2:0.

     

    Ewa Pajor rozgrywa swój pierwszy sezon w Barcelonie. W 31 meczach strzeliła 33 gole oraz zanotowała siedem asyst.

     

  • 20-letni Polak rzucił świat na kolana. Pierwsza taka historia od 44 lat! “To jest inna bajka”

    20-letni Polak rzucił świat na kolana. Pierwsza taka historia od 44 lat! “To jest inna bajka”

    20-letni Polak rzucił świat na kolana. Pierwsza taka historia od 44 lat! “To jest inna bajka”

    – Jeżeli nic nie stanie na przeszkodzie, to jestem tego pewny, że Maksymilian osiągnie światowe wyniki. On jest naprawdę olbrzymim talentem, zdecydowanie wybijającym się spośród moich wszystkich dotychczasowych zawodników. Dlatego trudno mi powiedzieć, gdzie znajduje się kres jego możliwości – mówi w rozmowie z Interią rutynowany trener Krzysztof Węglarski, którego 20-letni podopieczny Maksymilian Szwed (AZS Łódź) sięgnął w biegu na 400 m po srebrny medal (45.31 s) halowych mistrzostw Europy w Apeldoorn.

     

    Artur Gac, Interia: Wypada na wstępie również panu pogratulować sukcesu podopiecznego, choć moje słowa bledną w świetle tego, co zrobił sam zawodnik na gorąco po sięgnięciu po wicemistrzostwo Europy. Zaczął od pana, zapytany na antenie TVP Sport o to, komu chciałby zadedykować ten krążek. Był pan poruszony?

     

    Krzysztof Węglarski, trener Maksymiliana Szweda: – No tak. Co tu dużo mówić, rzadko się spotyka, że w takim momencie zawodnik też myśli o pracy i wkładzie pracy trenera. Większość myśli o rodzicach, narzeczonej i w te strony kierują swoje myśli, a nie docenia pracy tej drugiej strony, czyli trenerskiej. Było mi bardzo miło i sympatycznie.

     

    Dodajmy, że rodzina też się pojawiła, ale można było odnieść wrażenie, że nadał nieprzypadkową gradację tym szczególnym podziękowaniom. Zaznaczył, że wasza praca to około 70-80 procent sukcesu.

     

    – Myślę, że docenił to, iż przygotowałem go bardzo dobrze do tego biegania turniejowego. I biegania z najlepszymi możliwościami na mistrzostwach Europy. Wszystkie starty po drodze były tymi jakby wpisanymi w trening, a nie docelowymi. Uważam, że to też docenił, wyrażając tą miłą wdzięczność.

     

    Czy fakt, że był pan na ME w Apeldoorn zakwaterowany w jednym pokoju z trenerem Zbigniewem Królem, mającym na koncie wiele sukcesów, potrafiącym pod względem taktycznym i różnych rozwiązań wyciskać maksimum ze swoich zawodników, sprawił że toczyliście wspólne rozmowy i wymianę myśli wokół Maksymiliana?

     

    – Oczywiście rozmawialiśmy w pokoju, czy to na spacerze, niemniej Zbyszek raczej jest skupiony na swojej pracy i swoich zawodnikach. Zresztą te dwa obszary jakoś nie za bardzo się łączą, ponieważ zdecydowanie inaczej trzeba podejść do biegania na 400 m, a inaczej obierać taktykę przy dłuższych biegach na 800 m czy 1500 m. Tam zawodnik pokonuje wiele okrążeń i wiadomo, że sposób jego zachowania i ustawienia może zadecydować o końcowym sukcesie. W naszym przypadku, na 400 m, w finale mieliśmy tylko dwa wybory: albo Attila Molnar biegnie przed Maksymilianem, albo Maksymilian przed Molnarem. Najważniejsze było to, aby pierwsze 200 metrów pokonał jak najluźniej i najspokojniej, a jednocześnie zachowując bardzo dużą szybkość, aby mieć energię na drugie okrążenie i walkę ewentualnie na finiszu, co się wspaniale udało.

     

    Z tych dwóch scenariuszy, doskonalszy był właśnie ten, który się zrealizował, czyli bieg poprowadzony przez Węgra?

     

    – Przede wszystkim ten wariant braliśmy pod uwagę, chociaż nie do końca, bo Molnar jakoś w poprzednich biegach otwierał pierwsze 200 metrów dużo spokojniej. Biegał 21.60-21.70, z kolei Maks otwierał swoje biegi zdecydowanie szybciej. Dlatego sądziłem, że Węgier może zachować swój styl biegania, czyli spokojna połówka dystansu, a na drugim okrążeniu wykorzystanie już pełni szybkości. Tutaj się zawiedliśmy, bo pobiegł na 21.20, a to przecież sam w sobie bardzo dobry wynik na 200 m. Natomiast Maks zachował się idealnie, pobiegł za nim bardzo spokojnie, co też może przyczyniło się na końcu do takiego ekstra wyniku. Bieg ułożył się idealnie, biegł sobie za Molnarem, nie szarpał się i utrzymywał szybkość, a na końcu jeszcze wykrzesał dużo sił, żeby powalczyć o złoto. Jakby to powiedzieć, w tym wypadku ten bieg lepiej nie mógł się ułożyć.

     

    “”- Jako szkoleniowcowi bardzo mi imponuje, że Maksymilian wychodzi z następującego założenia: “trenerze, nie ma ludzi niepokonanych”. Ja to przedtem mówiłem innym zawodnikom, ale nie do końca mnie rozumieli. A teraz przyszło na to, że sam zawodnik mówi do mnie: “trenerze, będzie dobrze, nie ma ludzi niepokonanych”. I to jest zupełnie inna bajka” ”

     

    ~ Krzysztof Węglarski o Maksymilianie Szwedzie

     

    To rzeczywiście musiałby być bieg na 410 m, jak powiedział sam Maks, żeby wyszarpał złoty medal? Czy w obrębie tego znakomitego biegu w którymś momencie była minimalna rezerwa, która mogłaby zaowocować tym, że nie brakłoby mu wychylenia głowy na mecie?

     

    – Celne pytanie. Być może inna hala, jak ta w Toruniu, gdzie prosta jest troszeczkę dłuższa, mogłaby zdeterminować to, że mógłby bardziej powalczyć o zwycięstwo. Natomiast tutaj ten odcinek po zejściu z łuku był bardzo krótki. Może specyfika tego obiektu w Holandii, jako że jest to obiekt kolarski, powoduje taką geometrię. Mówiąc obrazowo, Maks miał skróconą możliwość po zejściu na prostą i walki na dłuższym odcinku. Niewątpliwie zachował jeszcze dużo sił, czyli to nie był jeszcze w jego wykonaniu bieg na 100 procent. Gdyby pojawiła się możliwość dłuższego ścigania na końcówce, zapewne jeszcze powalczyłby o złoto. Niemniej należy się bardzo cieszyć z drugiego miejsca i osiągniętego wyniku. Jest to bardzo młody zawodnik, myślę że wszystko przed nim.

     

    Biorąc pod uwagę okoliczności, wszak Maksymilian był po wielkim wysiłku i widać było, że nie do końca łapie w lot wszystkie pytania, czasami dopytując o intencję, zaimponowało mi jeszcze coś innego. Mianowicie te bardzo dojrzałe słowa, gdy mówił o przepisie na takie wyniki. “Przede wszystkim dyscyplina, tutaj nie ma miejsca na żadne imprezy i zarywanie nocek, niezdrowe jedzenie. Wszystkiego trzeba pilnować. W głowie powinien być tylko trening, tylko regeneracja i trzeba też mieć talent, trochę genetyki. Ja wiem, że to mam i tego na pewno nie zmarnuję”. Jeżeli to wszystko jest prawdą, to trudno o bardziej optymistyczny przekaz zawarty w kilku zdaniach.

     

    – Tak, tak. Choć przyznam, że troszeczkę jestem do niego w kontrze, bo wziął urlop dziekański na uczelni. A ja cały czas go namawiam, żeby powrócił na studia, chociaż w spokojniejszym trybie, czyli nawet zaliczając jeden semestr przez rok. Ale jednak aby to jego poświęcenie nie było skierowane tylko na trening i wypoczynek, ale by nauka i zdobywanie kwalifikacji na dalszą część życia też nastąpiło. Tego zawsze mocno pilnowałem. Dotychczas moi zawodnicy, może poza jednym, kończyli uczelnie, a nawet porobili doktoraty. Jakoś potrafili pogodzić proces szkoleniowy i treningowy z nauką. I do tego samego namawiam także Maksa. W ten rok on rzeczywiście poświęcił się wyjątkowo, a przy jego spokojnym i sympatycznym usposobieniu może jest mu o to łatwiej. Nie ciągnie go na imprezy czy w inne uciechy. Bardzo dba o to, co je i ile ma wypoczynku. Nic, tylko z takim zawodnikiem trenować.

     

    Ciągle przed oczami mam do niedawna innego pana podopiecznego, Kajetana Duszyńskiego, na własne oczy obserwując na IO w Tokio finał sztafety miksta i jego fenomenalny bieg na ostatniej zmianie, który dał nam złoty medal. Czy Maks i Kajetan to są bardzo podobne przypadki i historie, dużo jest pokrewieństwa, czy wręcz przeciwnie?

     

    – Każdy z nich niestety jest inny. Zdecydowanie inne ma predyspozycje, inne uwarunkowania szybkościowe i wytrzymałościowe. To są zupełnie dwa inne typy.

     

    Na korzyść Maksymiliana, tak?

     

    – Zdecydowanie. I w tej chwili wykorzystujemy u Maksa to, co inny zawodnik musi wytrenować i mocno zabiegać o takie możliwości szybkościowe. On ma te cechy trochę wrodzone.

     

    Właśnie chciałem zapytać, czy to kwestia genetyki, czy na przykład tego, że szybciej zawierzył panu w stu procentach i trenował sumiennie według założeń?

     

    – Jakby to powiedzieć… Nawet w Polsce są zawodnicy zbliżeni do możliwości szybkościowych Maksa, ale nie wykorzystują tego na co dzień. Nie wiem, dlaczego, ale są takie jednostki. Wydaje mi się, że tutaj – nie chwaląc się – powiązanie jego możliwości z ułożoną i systematyczną pracą, daje takie rezultaty.

     

    Bez wchodzenia w zawiłości bardzo specjalistycznego treningu, bo jesteśmy portalem horyzontalnym, ale w możliwie największym skrócie i najprostszym językiem, jakiego by pan użył: jak wygląda specyfika pracy z Maksem i które akcenty treningowe dają największą przewagę, tak wydobywając z niego największe atuty, jak również niwelujące braki?

     

    – Przede wszystkim cały czas podnosimy możliwości wytrzymałości zawodnika, na początku poprzez większą pracę tlenową. Tak, by na końcu, gdy przechodzi się na obciążenia tzw. wytrzymałości szybkościowej i szybkość, zawodnik mógł pokonywać kilka odcinków na jednej, określonej szybkości. Aby nie było sytuacji, że odcinki spadają jakościowo, lecz na zmęczeniu zachować stan początkowy. Tutaj pokonanie pierwszego okrążenia z bardzo dobrym lub rewelacyjnym wynikiem jeszcze nie determinuje tego, że zawodnik na końcu osiągnie sukces. Zostaje drugie okrążenie, na którym również trzeba starać się utrzymać swoją narzuconą szybkość. Praca powiązana pomiędzy wytrzymałością, a wytrzymałością szybkościową, wpływa na końcowy sukces.

     

    Rozumiem, że jeśli mówimy o procesie zwiększania wytrzymałości u 20-latka, to tym bardziej jesteśmy w miejscu, które nie tak dawno tłumaczył mi w przypadku nieco starszej Natalii Bukowieckiej jej trener, Marek Rożej. Mianowicie musi to być wszystko mądrze rozłożone w czasie, bo gdybyśmy tu i teraz chcieli wykrzesać z zawodnika – nomen omen – maksa, to efekt będzie katastrofalny. Po prostu zniszczymy taki organizm.

     

    – Dokładnie. Dodam, że w przypadku pracy z Maksymilianem ten proces trwa już pięć lat. Jednak proszę mi uwierzyć, że on nie biega na takich obciążeniach i założeniach, jak dotychczas na przykład biegał wspomniany Kajetan Duszyński, już dużo dojrzalszy zawodnik, z większym stażem. Maks dopiero jakby będzie wchodził w mocniejsze treningi. Tak, jak pan powiedział, staram się być roztropny w planowaniu tego wszystkiego, bo jesteśmy w procesie. Uważam, że nie należy i nie powinno się przyspieszać oraz zbyt raptownie zwiększać obciążeń. To musi być płynne, sukcesywne, rozłożone w czasie. Tak, aby zawodnik mógł prawidłowo się rozwijać, a nie zwijać.

     

    Maks jest bardzo młody, więc należy zachować wszelkie proporcje, tym niemniej mając zawodnika z takim potencjałem, możemy powiedzieć, że gdyby rozwijał się harmonijnie i możliwie optymalnie, to stać go dojść do naprawdę światowych wyników i walczyć o medale nie na europejskich, ale światowych czempionatach?

     

    – Jeżeli nic nie stanie na przeszkodzie, to jestem pewny, że to osiągnie. Tylko niestety, tak jak w normalnym życiu, rzeczywistość czasami stwarza nieprzewidziane problemy i konflikty. Mam nadzieję, że tutaj nic takiego nie nastąpi, nie pojawi się choćby żadna kontuzja, co pozwoli na dalszy rozwój Maksa. On jest naprawdę olbrzymim talentem, zdecydowanie wybiegającym spośród moich wszystkich dotychczasowych zawodników. Dlatego trudno mi powiedzieć, gdzie znajduje się kres jego możliwości. Na dzień dzisiejszy staramy się pracować spokojnie, chcemy go przygotować do startu indywidualnego na mistrzostwa świata, a więc powalczyć o wskaźnik 44.85, który jest wyznacznikiem indywidualnego udziału w MŚ. I na tym się obecnie skupiamy, aby na tym czempionacie mógł wystartować.

     

    Od ilu lat trudni pan się tym fachem?

     

    – Nieeee, w takie rzeczy nikt nie uwierzy (śmiech).

     

    Spróbujmy.

     

    – Od 1981 roku.

     

    44 lata. Jeżeli szkoleniowiec z taką historią mówi, że Maksymilian Szwed jest największym talentem, z jakim miał do czynienia, lepszej rekomendacji nie potrzeba.

     

    – Cóż dodać… Na pewno jest to wielki talent. Mam nadzieję, że go nie zmarnuję i on też pozwoli się systematycznie, równo i fajnie rozwijać. On naprawdę imponuje, wszystko ma poukładane w głowie, wie co chce osiągnąć i do czego dąży. To jest idealne. Nie ma zawahań i innych myśli, że coś się nie uda. Jako szkoleniowcowi bardzo mi imponuje, że Maksymilian wychodzi z następującego założenia: “trenerze, nie ma ludzi niepokonanych”. Ja to przedtem mówiłem innym zawodnikom, ale nie do końca mnie rozumieli. A teraz przyszło na to, że sam zawodnik mówi do mnie: “trenerze, będzie dobrze, nie ma ludzi niepokonanych”. I to jest zupełnie inna bajka.

     

  • Z samego rana rekord świata w Vikersund! Co za lot!

    Z samego rana rekord świata w Vikersund! Co za lot!

    Z samego rana rekord świata w Vikersund! Co za lot!

    231,5 m – tyle dotychczas wynosił rekord świata w skokach narciarskich kobiet. W zeszłym roku ustanowiła go Norweżka Silje Opseth. To już jednak nieaktualne. W piątek z samego rana już w pierwszym treningu poprawiła go mistrzyni świata Nika Prevc. Słowenka na Vikersundbakken zaprezentowała spektakularny lot i z kosmiczną przewagą pokonała rywalki.

    Nika Prevc się nie zatrzymuje. Młodsza siostra Petera, Cene i Domena w czwartek dopiero co zapewniła sobie Kryształową Kulę za zwycięstwo w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata, a już następnego dnia dołożyła kolejne wielkie osiągnięcie. Młodziutka skoczkini z samego rana poprawiła rekord świata w długości lotu narciarskiego.

    Nika Prevc nową rekordzistką świata. Cudowny lot już w pierwszej próbie. Niebywałe

    W pierwszym treningu przed sobotnim konkursem kobiet w Vikersund Prevc poleciała aż na 236. metr. Tym samym o 5,5 metra przebiła dotychczasowy rekord, który rok temu na tym samym obiekcie ustanowiła Silje Opseth. Trening wygrała z potężną przewagą. Dość powiedzieć, że druga Eirin Maria Kvandal skoczyła zaledwie… 201,5 m i przegrała z nią aż o 37,3 punktu.

    https://x.com/SASkinnes/status/1900477429921075362

    Jak widać na nagraniu, 19-letnia Słowenka nie miała większych problemów z lądowaniem. Co prawda nie wykonała telemarku i po skoku głęboko przysiadła, ale wszystko przebiegało bezpiecznie. Jest zatem nadzieja, że osiągnięcie w trakcie tego weekendu uda się jeszcze bardziej wyśrubować. – Nowa rekordzistka świata – Nika Prevc! 236 m – napisał na portalu X dziennikarz Sport.pl Jakub Balcerski.

     

    Kolejną okazję na poprawienie rezultatu Nika Prevc miała w drugim treningu. Wówczas nie poszło jej aż tak dobrze, choć znów była najlepsza. Poleciała na 211,5 m, czyli 3,5 dalej niż druga Kvandal i pięć metrów dalej niż trzecia Ema Klinec. W piątek na zawodniczki czeka jeszcze trzecia seria treningowa. Konkursy odbędą się w sobotę 15 marca o godzinie 10:45 i w niedzielę 16 marca o tej samej porze. W piątek na Vikersundbakken skakać będą także panowie. Na 17:00 zaplanowane są kwalifikacje do sobotnich zawodów indywidualnych.

    https://x.com/JakubBalcerski/status/1900476632399278412

  • Znamy godzinę półfinału Igi Świątek

    Znamy godzinę półfinału Igi Świątek

    Znamy godzinę półfinału Igi Świątek

    Iga Świątek zmierzy się z Mirrą Andriejewą w półfinale rozgrywanego na kortach twardych turnieju WTA 1000 w Indian Wells. Mecz z udziałem Polki odbędzie się w piątek o północy naszego czasu.

     

    Iga Świątek pewnie zmierza po trzeci w karierze tytuł w turnieju WTA 1000 w Indian Wells. W czterech dotychczas rozegranych meczach rozstawiona z numerem drugim Polka nie straciła seta i jest już w półfinale. Jej kolejną przeciwniczką będzie oznaczona “dziewiątką” Mirra Andriejewa.

     

    Andriejewa to jedna z najbardziej obiecujących zawodniczek młodego pokolenia. 17-latka z Krasnojarska aktualnie zajmuje 11. miejsce w rankingu WTA, a była już dziewiąta. W zawodowej karierze zdobyła dwa tytuły w głównym cyklu. Jej najlepszy wielkoszlemowy rezultat to półfinał tegorocznego Australian Open. Jest także srebrną medalistką olimpijską z Paryża w deblu.

     

    Świątek i Andriejewa zmierzą się ze sobą po raz trzeci. W sierpniu zeszłego roku w Cincinnati zwyciężyła Polka, a przed trzema tygodniami w Dubaju lepsza okazała się tenisistka z Krasnojarska.

     

    Mecz Świątek z Andriejewą odbędzie się w piątek na korcie centralnym. Rozpocznie się o północy czasu polskiego.