Category: Disclaimer

  • Dramat Tomasza Fornala. Oto najnowsze wieści przed finałem Ligi Narodów

    Dramat Tomasza Fornala. Oto najnowsze wieści przed finałem Ligi Narodów

    Niepokojące sceny z udziałem Tomasza Fornala. Co dalej z jego występem w finale? Oto najnowsze informacje z Chin

    Półfinał Ligi Narodów z Brazylią miał być dla Polaków kolejnym triumfem na drodze do wielkiego finału. I rzeczywiście – zakończył się pewnym zwycięstwem 3:0. Ale to, co wydarzyło się w jednym z fragmentów meczu, zatrzymało oddech kibiców w całej Polsce. Tomasz Fornal, jeden z kluczowych zawodników reprezentacji, doznał kontuzji, która rzuciła cień niepewności na jego dalszy udział w turnieju.

     

    Chwila grozy przy stanie 8:7. Fornal upada i… wszystko się zmienia

     

    Wszystko rozegrało się w drugim secie, przy prowadzeniu Polaków 8:7. Fornal ruszył do ataku z lewego skrzydła, ale zbyt mocne wejście w siatkę i niefortunne lądowanie na jednej nodze sprawiły, że jego kostka wygięła się w nienaturalny sposób. Mimo tego Tomasz nie pokazywał wyraźnych oznak bólu – próbował kontynuować grę, dając z siebie wszystko. Jednak z początku trzeciego seta zszedł z boiska i nie pojawił się już na nim do końca spotkania. Zamiast triumfalnych okrzyków, zapanowała cisza i pytania – co dalej?

     

    Symboliczne zdjęcie i lód na kostce – cała drużyna z Fornalem

     

    Po zakończeniu meczu, który Polacy wygrali 3:0, cała drużyna zrobiła wspólne zdjęcie. W centrum uwagi – Fornal, siedzący z lodem przyłożonym do kostki. Nie był to tylko gest wsparcia, ale też symboliczna zapowiedź: drużyna jest razem, bez względu na okoliczności.

     

    Grbić podjął decyzję. Fornal zostaje w składzie na finał z Włochami

     

    Chociaż sytuacja Fornala wyglądała niepokojąco, selekcjoner Nikola Grbić szybko rozwiał niektóre wątpliwości. W rozmowie z Polsatem Sport potwierdził, że Fornal znajdzie się w składzie na finałowe starcie z Włochami. – Będzie z nami. Niestety, musimy zdecydować już teraz i nie mamy czasu zrobić jakichś dodatkowych badań – powiedział Grbić, nawiązując do sztywnych zasad Międzynarodowej Federacji Siatkówki dotyczących terminów zgłaszania składów.

     

    Jego decyzja była jasna: skoro Fornal był w stanie kontynuować grę po kontuzji, choćby przez część seta, to jego obecność w drużynie nadal może mieć ogromne znaczenie – nawet jeśli nie będzie w stanie w pełni skakać czy atakować.

     

    – Myślę, że jest ważny dla nas. Jeśli nie może skakać, to wciąż może przyjmować i dawać wsparcie. Z tą energią, którą ma, jest ważny dla zespołu. Być będzie, ale czy zagra? Nie wiem – dodał selekcjoner.

     

    Nowe informacje z Ningbo. Co dalej z kostką Fornala?

     

    Jak poinformował rzecznik reprezentacji Polski, Mariusz Szyszko, więcej szczegółów na temat stanu zdrowia Fornala będzie wiadomo dopiero w niedzielę rano. – O stanie stopy Tomka będziemy wiedzieli więcej w niedzielę rano – przekazał dziennikarzom po przyjeździe kadry do hotelu w Ningbo. – Mamy lekarza i sprzęt – dodał, co sugeruje, że planowane są dodatkowe badania tuż przed finałowym meczem.

     

    Warto przypomnieć, że nie jest to pierwsza taka sytuacja w karierze Fornala. Podczas igrzysk olimpijskich w Paryżu również doznał urazu kostki, ale zdołał wrócić do składu i zagrać fenomenalnie w półfinale z Amerykanami. Jego postawa oraz legendarna już motywacja, jaką wnosił do drużyny, przeszły wtedy do historii.

     

    Kewin Sasak komentuje. “To jest sport. Ale mamy asa w rękawie”

     

    Do sprawy odniósł się również bohater półfinału z Brazylią – Kewin Sasak. – Szkoda, że takie sytuacje się dzieją, ale to jest sport. Tomek mocno powalczył, wiele pokazał, ale czasami lepsze jest zachowanie rozsądku – powiedział. Dodał przy tym, że Polska kadra ma tak szeroki skład i tyle jakości, że nawet nieobecność jednego zawodnika może zostać błyskawicznie zrekompensowana.

     

    – Nasza drużyna ma taki arsenał, że ktoś może wejść od razu i dać jeszcze większy impuls do gry. Myślę, że to jest nasza przewaga – podkreślił Sasak.

     

    Finał coraz bliżej. Czy Fornal jeszcze raz zaskoczy wszystkich?

     

    Mecz finałowy Ligi Narodów pomiędzy Polską a Włochami odbędzie się w niedzielę o godzinie 13:00 czasu polskiego. Cztery godziny wcześniej rozpocznie się starcie o brązowy medal – Brazylia zmierzy się ze Słowenią. Dla fanów przewidziano relację na żywo na Sport.pl i w aplikacji Sport.pl LIVE.

     

    Wszystko teraz zależy od jednego: jak zareaguje kostka Tomasza Fornala. Czy powtórzy się scenariusz z igrzysk i zobaczymy go na boisku w najważniejszym momencie? Czy może tym razem zostanie „tylko” duchowym liderem z ławki?

     

    Jedno jest pewne: bez względu na to, czy zagra, czy nie – Tomasz Fornal już teraz zapisał się jako wojownik tej drużyny.

     

     

  • Polska pokazała Brazylii, jak się gra w siatkówkę! Mamy finał Ligi Narodów

    Polska pokazała Brazylii, jak się gra w siatkówkę! Mamy finał Ligi Narodów

    Polska pokazała Brazylii, jak się gra w siatkówkę! Mamy finał Ligi Narodów

    Jest kolejny finał Ligi Narodów dla polskich siatkarzy! Po triumfach w 2012 i 2023 roku nasza reprezentacja może wygrać te rozgrywki po raz trzeci w historii. Wszystko po nierównym, emocjonującym, ale też zdecydowanie wygranym meczu z Brazylijczykami.

     

    Brazylijczycy przez większość meczu wyglądali, jakby bali się polskiego zespołu. Popełniali ogrom błędów, grali bardzo nerwowo. Pomimo szans, które dawała im nierówna gra Polaków, nie potrafili wygrać nawet seta. Siła rażenia, którą dawał polskiej drużynie przede wszystkim atak Kewina Sasaka, była nie do ruszenia. To był jej pokaz: Polacy wygrali 3:0 (28:26, 25:19, 25:21) i awansowali do niedzielnego finału Ligi Narodów.

     

    Wielkie nerwy. Leon skończył kluczową piłkę, choć grał fatalnie

     

    Nikola Grbić w sobotę postawił na sprawdzony i w teorii najsilniejszy skład polskiego zespołu. W ataku zagrał świetny w ćwierćfinale przeciwko Japończykom Kewin Sasak, na rozegraniu Marcin Komenda, w przyjęciu Tomasz Fornal i Wilfredo Leon, na środku Jakub Nowak i Jakub Kochanowski, a jako libero Jakub Popiwczak.

     

    Zaczęło się od bardzo nerwowej i nieskutecznej gry obu zespołów, zwłaszcza w ataku. U Brazylijczyków w pierwszych akcjach trudno było się dopatrzeć jakiegokolwiek dobrego zagrania, ale Polacy nie wykorzystali tego, żeby stworzyć sobie sporą przewagę. Kontrolowali jednak grę. Od stanu 13:13 weszli na wyższy poziom w ataku, zagrywce i bloku.

     

    Na stuprocentowej skuteczności na prawym skrzydle atakował Kewin Sasak, wychodziło mu wszystko. Dorzucił też swoje w polu serwisowym, choć tam jeszcze większe wrażenie robiły zagrywki Wilfredo Leona. Do tego blokujący Jakub Nowak czy Tomasz Fornal – to wszystko sprawiało, że Brazylijczycy mieli bardzo duże problemy. A i po swojej stronie grali po prostu słabo, z ogromnymi błędami. Tak z wyniku 13:13 zrobiło się 17:13, a potem 21:16 dla Polski.

     

    Niestety, kadra Nikoli Grbicia miała też jeden swój problem, bardzo duży, o nazwie: lewe skrzydło. Wilfredo Leon skończył zaledwie 25 procent otrzymanych piłek od Marcina Komendy. A na nieszczęście Nikoli Grbicia zdążył już zmienić Leona na chwilę, zadaniowo z Bartoszem Bednorzem, i do niego wrócić. W takiej sytuacji nie mógł go już zdjąć z boiska. I tylko patrzył, jak się męczył. A wynik zmieniał się zdecydowanie na korzyść rywali – był już remis 22:22.

     

    Brazylijczycy nieco poprawili swój poziom dzięki zmianie Alana na Darlana w ataku, a także wsparciu Ricardo Lucarelliego w przyjęciu. Ale głównie czerpali z kolejnych błędów Polaków. Nasz zespół nie pozwolił im zyskać piłek setowych, ale nie mógł też wykończyć spotkania. Zrobił to dopiero… Leon. Opłaciło się dogrywać do niego kolejne piłki – choć wielu z nich nie skończył, część wyrzucił w aut z wyraźną frustracją, to ta najważniejsza dała Polakom punkt na 28:26.

     

    Wszyscy zadrżeli, widząc, co stało się z Fornalem. Błyszczał Sasak

     

    W drugiej partii Polacy zaczęli dużo pewniej i spokojniej. Wynik 7:3 wreszcie obrazował różnicę w jakości pomiędzy zespołem Nikoli Grbicia a przeciwnikami. Niestety, nasze problemy po pierwszej partii do końca nie zniknęły. Chwilowy przestój przyniósł remis 7:7. I choć Brazylijczycy nie zdobyli prowadzenia, to za chwilę chyba wszyscy polscy kibice aż zadrżeli.

     

    Przy stanie 8:7 dla Polaków nagle na parkiet padł Tomasz Fornal. Przyjmujący wylądował atak przy siatce na jednej nodze i ona niestety nienaturalnie się wykręciła. Polak nie pokazywał po sobie dużego bólu, ale widocznie odczuł ten uraz. Był już opatrywany przez polski sztab medyczny i wydawało się, że zostanie zmieniony przez Kamila Semeniuka. Ostatecznie został jednak na boisku, choć widać było, że dopiero bada, czy może dalej grać. Na szczęście już kilka akcji później pokazał się asem serwisowym.

     

    Tak Polacy budowali swoją przewagę, która sięgnęła aż rozmiarów sześciu punktów (16:10). Po chwili znów znaleźliśmy się jednak w niełatwym ustawieniu i widać było, jak na boisku znów męczy się Wilfredo Leon. Nikola Grbić te jego cierpienia ukrócił – wpuścił za niego Kamila Semeniuka. Szkoda, że Leon nie potrafił grać równo i pokazywać swoich najlepszych zagrań przez cały czas. Miał tylko błyski.

     

    A bez Leona na boisku gra Polaków się jednak ustabilizowała. Zespół Grbicia miał w ataku innego gracza na najwyższym poziomie. “Co byśmy bez niego zrobili!” – krzyczał, widząc, co robi Kewin Sasak, Tomasz Swędrowski komentujący to spotkanie dla Polsatu. “Jak on gra, jak on gra! Jak on dzisiaj, i nie tylko dzisiaj, gra” – dopowiadał już punkt później. Atakujący był niesamowity i ładował Brazylijczykom w boisko – lub w nich, z ogromną siłą, uniemożliwiającą skuteczną obronę – piłkę za piłką. Ostatecznie zdobył aż siedem punktów przy dziewięciu wykonanych atakach.

    Od problemów i zmniejszonej straty Brazylijczyków – do zaledwie dwóch punktów (18:16) – przeszliśmy do najwyższej przewagi w całym secie. Wynik 23:16 mógł cieszyć, ale trzeba to było jeszcze dokończyć. Na szczęście pomogli nam w tym też rywale – choćby Judson Nunes, który gdy zagrywał, wkroczył z piłką na boisko, przekraczając linię serwisową i dał tym błędem Polakom decydujący punkt. Wygrana do 19 mogła cieszyć i wyglądało na to, że opanowaliśmy sytuację w tym półfinale.

     

    Polacy w finale po wielkim meczu. Ogromna klasa

    Brazylijczycy znaleźli się pod ścianą. Musieli walczyć o życie w tym meczu i jeśli dalej myśleli o szansie na wygranie całych rozgrywek. I pierwsza połowa trzeciej partii była bardzo wyrównana. Na boisko musiał wrócić Wilfredo Leon, bo z gry wycofał się kontuzjowany Tomasz Fornal. Dobrze, że nie chciał maksymalnie ryzykować. Niestety, z obecnością Leona, który wyraźnie nie miał swojego dnia, wróciła nieskuteczność na lewym skrzydle. Na szczęście dokładał jednak sporo presji silną zagrywką.

     

    Wydawało się, że do końcówki seta Polacy ruszą z lekką przewagą. Było 19:16 i 20:17, ale Brazylijczycy odrobili szybko straty. Zrobiło się nerwowo, ale potem poszła seria znakomitych zagrań zawodników Nikoli Grbicia – punktowy atak Kewina Sasaka, blok Jakuba Kochanowskiego, świetna zagrywka Wilfredo Leona i błąd rywali, a potem jeszcze błąd ich atakującego Darlana. Polacy zyskali cztery piłki meczowe i wykorzystali drugą po autowej zagrywce przeciwników. Wygrali 25:21 i 3:0 w całym spotkaniu.

     

    To było wielkie spotkanie Polaków, którzy pomimo swoich problemów, zdeklasowali Brazylijczyków. Awansowali w świetnym stylu, z ogromną klasą. I pewnie, na niedzielny finał najlepiej byłoby parę elementów poprawić, ale dziś można się cieszyć, że i gra bez nich wystarczyła do osiągnięcia takiego sukcesu. A Kewina Sasaka powinniśmy nosić na rękach – cały mecz skończył na niebotycznej w siatkówce skuteczności: 76 procent skończonych piłek.

    Polacy trafili do swojego czwartego finału Ligi Narodów, licząc z tym, co działo się, gdy rozgrywki nazywano jeszcze Ligą Światową. Wygrywali dwukrotnie – w 2012 i 2023 roku przeciwko Amerykankom, a przegrywali w 2021 roku, właśnie z Brazylijczykami. Tymczasem w niedzielę o 13:00 czasu polskiego zagrają z Włochami. Cztery godziny wcześniej Brazylia powalczy o brąz ze Słowenią

  • Kamil Stoch długo na to czekał. W końcu przerwał milczenie

    Kamil Stoch długo na to czekał. W końcu przerwał milczenie

    Kamil Stoch długo na to czekał. W końcu przerwał milczenie

    Kamil Stoch wywalczył Letnie Mistrzostwo Polski podczas zawodów w Wiśle. Skoczek pokazał, że jest w dobrej formie przed swoim ostatnim sezonem w karierze. – Mimo popełnianych błędów, czułem w powietrzu bardzo dobrą energię – ogłosił Stoch po zawodach.

     

    Kamil Stoch ma za sobą udane występy podczas Letnich Mistrzostw Polski w Wiśle. Stoch zdobył złoty medal tych zawodów, oddając skoki na odległości 129,5 m oraz 128,5 m. Poza tym Stoch wygrał konkurs duetów wraz z 17-letnim Szymonem Sarniakiem z Klubu Sportowego Eve-nement Zakopane. “Stoch już pierwszego dnia Letnich Mistrzostw Polski pokazywał, że na tym etapie przygotowań jest najlepszym z polskich skoczków” –

     

    Ależ słowa Stocha po sukcesie. “Nie doświadczałem tego bardzo dawno”

     

    Stoch udzielił wywiadu “Przeglądowi Sportowemu Onet” po Letnich Mistrzostwach Polski. Kamil nie ukrywa, że jest zadowolony ze swojej postawy. – Ten poziom daje mi poczucie pewności. Mimo popełnianych błędów, czułem w powietrzu bardzo dobrą energię, a nie doświadczałem tego już bardzo dawno. Cieszę się, że w dalszym ciągu jest coś do zrobienia, coś, co jeszcze mogę udoskonalić, a jednak i tak wygrywam zawody. To super uczucie – powiedział.

     

    – W tych skokach nie ma kontroli, nie ma kalkulacji czy obawy tylko full gaz, pełna moc i o to właśnie chodzi, żeby się nie blokować, tylko uwalniać to, co we mnie jest. Uważam, że wciąż jestem w procesie, więc nie jest tak, że nagle coś kliknęło. Przez ostatni rok bardzo ciężko na to pracowałem i niewiele brakowało, żebym osiągnął taki wysoki poziom. Oczywiście w tych skokach wciąż są błędy, ale to, że są powtarzalne – dodaje Stoch.

     

    Czy skoczek regularnie powtarza sobie, że przed nim jest ostatni sezon w karierze? – Nie określam tego jako coś ostatniego, roboczo nazywam to jako coś najlepszego. Staram się czerpać z tego każdą chwilę. Oczywiście nie dam rady odciąć się od nerwów, dzisiaj bardzo się denerwowałem, ale traktuję to wszystko w wyjątkowy sposób: każdy skok, każdy trening, każde zawody przeżywam jeszcze głębiej. Chcę, żeby właśnie taki był ten rok: radosny. Chcę po prostu wykonywać swoją pracę z uśmiechem – podsumował.

     

    Stoch znalazł się w kadrze Polski na zawody Letniego Grand Prix w Courchevel (9-10 sierpnia). Poza nim Maciej Maciusiak wybrał Dawida Kubackiego, Pawła Wąska, Aleksandra Zniszczoła oraz Piotra Żyłę.

     

  • Było 6:2, 4:1 dla Igi Świątek. Nagle taki gest rywalki. To mówi wszystko

    Było 6:2, 4:1 dla Igi Świątek. Nagle taki gest rywalki. To mówi wszystko

    Było 6:2, 4:1 dla Igi Świątek. Nagle taki gest rywalki. To mówi wszystko

    Nowa reakcja Niemki zaskoczyła wszystkich. Nikt się tego nie spodziewal

    Wydawałoby się, że to był mecz jak każdy inny. Wynik 6:2, 6:2 wskazywał na pełną dominację Igi Świątek w trzeciej rundzie turnieju WTA 1000 w Montrealu. Jej przeciwniczka, Eva Lys, mimo ogromnego wysiłku, nie miała większych szans w starciu z liderką światowego rankingu. A jednak — coś wydarzyło się w trakcie tego meczu, co przyciągnęło uwagę fanów tenisa na całym świecie. Jeden, z pozoru drobny gest Niemki, odsłonił całą prawdę o tym, jak rywalki Świątek naprawdę podchodzą do tych pojedynków. I dlaczego tak trudno im ją pokonać.

     

     

     

    Gest, który mówi wszystko. Lys zaskoczyła wszystkich

     

    Mecz rozgrywany był w nocy z piątku na sobotę czasu polskiego. Świątek jak zwykle imponowała formą i koncentracją. Przez większą część spotkania kontrolowała grę, nie dając Lys zbyt wielu szans na rozwinięcie skrzydeł. Niemka ugrała dwa gemy w pierwszym secie, a w drugim przegrywała już 0:4. Wtedy jednak wydarzyło się coś nieoczekiwanego. Po wygraniu gema przy własnym serwisie Eva Lys uniosła rękę i pokazała na palcach… cyfrę „trzy”.

     

    Dla wielu widzów gest ten mógł wydawać się niejasny. Ale jego znaczenie było oczywiste: Niemka cieszyła się z faktu, że po raz pierwszy w karierze zdołała ugrać aż trzy gemy przeciwko Idze Świątek. Dla niej to był osobisty rekord. Bo choć dla kibiców wynik 2:6, 2:6 to nic szczególnego, dla zawodniczki, która wcześniej była przez Igę dosłownie rozbijana, było to coś więcej.

     

     

     

    Przegrywać z klasą? Lys pokazała, jak to się robi

     

    Trzeba przypomnieć, że Świątek i Lys spotkały się wcześniej dwukrotnie — w 2022 roku w Stuttgarcie (6:1, 6:1 dla Igi) i na początku 2024 roku podczas Australian Open (6:0, 6:1). Każde z tych spotkań kończyło się brutalną dominacją Polki. Dlatego właśnie reakcja Lys — ten gest, ten uśmiech mimo porażki — był tak wymowny. To była iskra pozytywnej energii i autentycznego docenienia własnego, nawet minimalnego progresu.

     

    Co więcej, tuż po meczu Niemka podzieliła się swoimi emocjami w mediach społecznościowych. „Iga Świątek zawsze kończy moje dobre serie. Starałam się jak mogłam, tym razem byłam trochę bliżej. Doceniamy małe kroki. NAJWIĘKSZE podziękowania dla niesamowitych fanów w Montrealu. Sprawiliście, że poczułam się kochana. Do zobaczenia w przyszłym roku” — napisała na Instagramie.

     

     

     

    Dlaczego przeciwniczki Igi przegrywają, zanim jeszcze zaczną?

     

    Taki wpis i takie zachowanie pokazują coś bardzo istotnego — rywalki Igi Świątek już od pierwszych minut meczu czują presję, która nie wynika wyłącznie z umiejętności technicznych Polki. Chodzi o coś więcej. Chodzi o aurę niepokonanej, o psychologiczną przewagę, jaką zyskała przez lata dominacji na światowych kortach. Agnieszka Radwańska, komentując występy Igi podczas Roland Garros, ujęła to idealnie: „Kiedy dziewczyny wychodzą przeciwko Idze, to w zasadzie przegrywają mecz przed meczem”.

     

    Świątek wypracowała sobie nie tylko renomę, ale i pewien psychologiczny mit – mit zawodniczki, z którą nie da się wygrać. I właśnie dlatego każdy najmniejszy sukces – jak ten trzecigemowy gest Lys – może być dla jej przeciwniczek na wagę złota.

     

     

     

    Iga Świątek idzie dalej. Co ją czeka?

     

    Polka, po pewnym i szybkim zwycięstwie, zameldowała się w czwartej rundzie turnieju w Montrealu. Teraz przed nią kolejne wyzwanie — mecz o ćwierćfinał z Clarą Tauson z Danii. Czy i tym razem zdominuje rywalkę od pierwszych piłek? Patrząc na formę, jaką prezentuje, nie ma wątpliwości, że faworytką znów będzie tylko jedna zawodniczka.

     

    Ale czy któraś z kolejnych przeciwniczek znajdzie sposób, by nie tylko ugrać trzy gemy, ale pójść o krok dalej?

     

     

     

    Podsumowanie: Eva Lys przegrała, ale… wygrała coś więcej

     

    Choć statystyki jasno pokazują dominację Igi Świątek, to historia Evy Lys przypomina, że w sporcie liczą się nie tylko zwycięstwa. Czasem drobne postępy, symboliczne gesty i pozytywne nastawienie potrafią poruszyć bardziej niż trofea. Niemka pokazała, że można przegrywać z dumą, z humorem i z szacunkiem do rywalki.

     

    A gest „trzech” palców? Na długo pozostanie symbolem nie tylko walki z mistrzynią, ale też walki z własnymi ograniczeniami.

     

  • Kibice wydali wyrok ws. odejścia Lewandowskiego. Jaśniej się nie da

    Kibice wydali wyrok ws. odejścia Lewandowskiego. Jaśniej się nie da

    Kibice wydali wyrok ws. odejścia Lewandowskiego. Jaśniej się nie da

    Robert Lewandowski ma ugruntowaną pozycję w FC Barcelonie. Dotyczy to zarówno boiska, jak i szatni – w obu przypadkach jego rola jest bardzo istotna. Niedawno do sieci trafiło wideo z Polakiem oraz Lamine’em Yamalem w roli głównej, a kibice na tej podstawie wyrazili opinię dotyczącą przyszłości Lewandowskiego w klubie.

     

    Robert Lewandowski zaraz rozpocznie czwarty sezon w FC Barcelonie. Ostatnie miesiące były dla niego wyjątkowo udane – w rozgrywkach 2024/25 strzelił najwięcej goli w zespole i zdobył krajowy tryplet – a wydaje się też bardzo lubianą postacią.

     

    Robert Lewandowski i Lamine Yamal urządzili sobie “sparing”. Kibice reagują

     

    Niedawno sieć obiegł filmik z treningu, na którym widać Polaka boksującego się z Lamine’em Yamalem. Oczywiście ciosy były wymierzane w powietrze, nie w ciała, a na koniec obaj piłkarze szeroko się uśmiechnęli. Co w pewnym stopniu potwierdza rolę 36-latka w budowaniu atmosfery w szatni, gdzie może uchodzić za wzór dla znacznie młodszych piłkarzy (wspomniany Yamal niedawno świętował 18. urodziny). A przecież jego kontrakt wygasa w 2026 r.

     

    Te wpisy potwierdzają, że 36-latek cieszy się bardzo dużym uznaniem wśród kibiców. Władze klubu czeka zatem bardzo trudna decyzja dotycząca przyszłości zawodnika. Choć wiele będzie zależało od jego postawy w nadchodzącym sezonie.

     

    Wszystko to nie umknęło uwadze kibiców, którzy docenili rolę Polaka. “Odejście Lewandowskiego będzie smutne”, “potrzebujemy go”, “będę płakać”, “nie ukrywam, będę za nim tęsknić”, “trudno będzie zastąpić go na boisku i poza nim”, “nie jestem na to gotowy” – takie komentarze pojawiły się pod filmem.

     

    Robert Lewandowski zostanie jeszcze dłużej w FC Barcelonie? “Mam nadzieję”

     

    Być może tę sytuację da się rozwiązać inaczej? “Mam nadzieję, że zejdzie z pensji i przedłuży kontrakt. Szczerze mówiąc, jest po prostu za dobry. Rotacja nim, aż Ferran Torres stanie się klasowy albo do czasu transferu (napastnika – red.) byłaby niesamowita” – napisał jeden z internautów. Tu warto przypomnieć, że Wojciech Szczęsny, przyjaciel Lewandowskiego, niedawno podpisał umowę do końca czerwca 2027 r. Być może to byłby jakiś argument dla napastnika.

     

    Te wpisy potwierdzają, że 36-latek cieszy się bardzo dużym uznaniem wśród kibiców. Władze klubu czeka zatem bardzo trudna decyzja dotycząca przyszłości zawodnika. Choć wiele będzie zależało od jego postawy w nadchodzącym sezonie.

    Do tej pory Robert Lewandowski rozegrał 147 meczów, zdobył 101 bramek oraz zanotował 20 asyst w koszulce FC Barcelony. Wywalczył z nią dwa mistrzostwa kraju, dwa Superpuchary Hiszpanii i Puchar Króla.

  • Cały świat zobaczył, co wyprawia 20-latek z Polski. Jest “bezczelny”

    Cały świat zobaczył, co wyprawia 20-latek z Polski. Jest “bezczelny”

    Cały świat zobaczył, co wyprawia 20-latek z Polski. Jest “bezczelny”

    – Nie chcę użyć takiego brzydkiego słowa, więc powiem, że Jakub Nowak wyważył drzwi do reprezentacji Polski – mówi Sport.pl Daniel Pliński. 20-letni siatkarz grający trzy miesiące temu w I lidze miał się tylko pokazać Nikoli Grbiciowi, a teraz ma szansę zostać gwiazdą mistrzostw świata. Nowak jest pozytywnie bezczelny i wszyscy wokół go za to chwalą.

     

    Gdy w kwietniu opowiedziałam Nikoli Grbiciowi anegdotę o Jakubie Nowaku i jego pomyłce, selekcjoner reprezentacji Polski szczerze się uśmiał. Kiedy bowiem Grbić odezwał się do Nowaka na WhatsApp, chcąc zaprosić go do kadry, Nowak uznał, że to pewnie wiadomość od…jakieś kobiety i początkowo ją zlekceważył. W ostatnich miesiącach trener polskich siatkarzy znów wiele razy się uśmiechał za sprawą 20-letniego debiutanta, ale tym razem po jego widowiskowych akcjach na parkiecie. M.in. po blokach na światowych gwiazdach. A utalentowany środkowy zbiera pochwały niemal z każdej strony.

     

    Grbić podebrał Nowaka innemu trenerowi. Była gwiazda kadry się spóźniła

     

    – Zostawcie go. Będziecie go mieli jeszcze przez 15 lat – rzucił kilka tygodni temu do grupki dziennikarzy Jakub Kochanowski.

     

    Kończyliśmy wtedy rozmowę z będącym rewelacją tego sezonu kadrowego Nowakiem, który mocno namieszał w planach Grbicia. Wstępne założenia były takie, że miał pomóc Biało-Czerwonym podczas pierwszego turnieju Ligi Narodów w fazie interkontynentalnej, gdy brakowało jeszcze czołowych siatkarzy. Miał też oswoić się z atmosferą panującą w seniorskiej drużynie narodowej, a potem przenieść się na zgrupowanie reprezentacji Polski do lat 21, by przygotowywać się z nią do mistrzostw świata. Prowadzący tę kadrę Piotr Graban jednak dość szybko zdał sobie sprawę, że ani Nowaka, ani libero Maksymiliana Graniecznego już w tym sezonie nie odzyska.

     

    Obaj 20-latkowie w ostatnich tygodniach prezentowali się tak dobrze, że teraz są w chińskim Ningbo, by walczyć w turnieju finałowym LN. Trudno też w tej chwili sobie wyobrazić, by zabrakło ich w składzie na wrześniowe mistrzostwa świata. Na ten moment Granieczny jest zmiennikiem Jakuba Popiwczaka, a Nowak przebojem wdarł się do podstawowego składu. Ten ostatni wykorzystał świetnie obecną sytuację – tego lata na leczenie zamiast grania zdecydował się Mateusz Bieniek, a od dwóch tygodni dopiero trenuje Norbert Huber, który wcześniej też musiał się zająć sprawami zdrowotnymi.

     

    Jeśli Huber zgodnie z planem odbuduje formę, to można przypuszczać, że to on pojawi się w wyjściowej szóstce obok Kochanowskiego. Na razie jednak to miejsce zajął Nowak i swoją grą pokazuje, że łatwo tego miejsca nie odda. Ze środkowych w Ningbo są też jeszcze Szymon Jakubiszak i Mateusz Poręba, ale obserwując decyzje Grbicia, wydaje się, że na czele tej trójki w hierarchii Serba jest właśnie 20-latek, który kilka miesięcy temu wydawał się najbardziej zaskakującym wyborem.

     

    Nowak to pierwszy siatkarz w historii, który szybciej zadebiutował w seniorskiej kadrze niż w najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce. Jeszcze nieco ponad trzy miesiące temu grał ostatni mecz w barwach Lechii Tomaszów Mazowiecki. Jesienią zaś czeka go kolejny debiut, w PlusLidze. Utalentowanego siatkarza pozyskał Norwid Częstochowa.

     

    – Lubimy takie kariery – niedawno chłopak grał w I lidze, a dzisiaj w reprezentacji. Nie chcę użyć takiego brzydkiego słowa, więc powiem, że wyważył drzwi do kadry. Nie ma w tym żadnego przypadku, że trafi teraz do PlusLigi. Mnóstwo klubów się nim interesowało. Ja też, ale się spóźniłem – opowiada mi Daniel Pliński.

     

    20-latek zmorą rywali. Chce spłacić dług wobec Grbicia

     

    Wicemistrz świata 2006, a obecnie trener Indykpolu AZS Olsztyn także był środkowym. Na co zwrócił uwagę u Nowaka?

     

    – Ma czuja. Nie zachowuje się za każdym razem tak samo w bloku. Teraz jest taka tendencja, że środkowy ma dojść, ustawić ręce i czekać. A ten chłopak od czasu do czasu przesunie lewą rękę w lewo, zasłoni dziurę. To duży atut. Ma ogółem bardzo dobre ręce – notuje mało negatywnych dotknięć w bloku. Bardzo istotne jest także to, że nie jest łatwy do przewidzenia dla przeciwnika. Bardzo podoba mi się jego atak w lewą stronę. Ciałem się ustawia troszkę w prawo i w ostatniej chwili robi ruch do lewej, wykorzystując szybką rękę. Przewiduje też, co zrobi blok po drugiej stronie – wylicza mistrz Europy z 2009 roku.

     

    Pliński podkreśla także znaczenie osobowości 20-latka, który przebojem wdarł się do kadry. – Nie ma żadnych kompleksów. Widać, że ma też dobry charakter. Jest taki dosyć twardawy. Wszedł do kadry i czuje się tam bardzo dobrze. Mam wrażenie, że to jego środowisko naturalne – podsumowuje ekspert.

    Najlepszą wizytówką Nowaka są mecze ze światowymi potęgami. Nie “gotuje się”, gdy gra przeciwko mistrzom olimpijskim z Paryża Francuzom, mistrzom świata Włochom czy potężnym Brazylijczykom. Zatrzymywał już efektownymi pojedynczymi blokami takie gwiazdy światowego formatu jak Darlan Souza czy Roberlandy Simon. To właśnie po takich zagraniach na twarzy Grbicia pojawiał się szeroki uśmiech.

     

    – Uważam, że Kuba i Maks są za dobrzy jak na swój wiek (śmiech). Nie, “za dobrzy” to nie jest oczywiście właściwe określenie. Podoba mi się to, że mają gdzieś to, kto jest po drugiej stronie siatki. I nie ma w tym nic negatywnego, bo tu nie chodzi o brak szacunku dla rywala. Po prostu nie ma u nich tego efektu “Wow, gram przeciwko tobie”. Po prostu grają swoje i to mi się bardzo podoba – opowiadał jakiś czas temu Sport.pl szkoleniowiec Polaków.

     

    Po efektownie zdobytych punktach Nowak zwykle robi najpierw kilka kroków ze spuszczoną głową, jakby to, co wydarzyło się przed chwilą, nie robiło na nim żadnego wrażenia. Następnie dopiero celebruje z kolegami. Do grania o dużą stawkę też podchodzi ze sporym dystansem.

     

    – To jest odbijanie piłki, robię to od paru lat. Oczywiście, jest mały stresik, ale to jest pomocne. Staram się wypośrodkować to wszystko. Siatkówka to siatkówka i wszędzie piłka jest taka sama, takie samo boisko i siatka jest zawieszona na tej samej wysokości. Staram się więc po prostu grać dobrze i pokazać to, co potrafię najlepiej – zaznacza.

     

    Ma też jasno określone marzenia – najpierw wygrać LN, potem pojechać na MŚ i tam stanąć na podium. Dalsza perspektywa? Medal olimpijski. – Dziwne by było, gdyby sportowiec o tym nie marzył – podkreśla.

     

    Nowak przyznaje, że ma duże wsparcie od Grbicia. Przekonuje, że przed meczem nie zaprząta sobie głowy tym, by każdym występem przekonać do siebie wcześniejszych sceptyków i ugruntować swoje miejsce w kadrze.

     

    – To nie jest tak, że się denerwuję i zastanawiam, czy mnie trener weźmie, czy nie. Robię po prostu swoje i chcę spłacić ten kredyt zaufania, którym trener mnie obdarzył przy powołaniu. Bo wiemy, że nie był ono takie oczywiste – zaznacza 20-latek.

     

    Niedoszły piłkarz w jednej drużynie z idolem. Koniec z luźnym podejściem do treningów

     

    Jego droga do siatkówki wiodła przez piłkę nożną. Tę ostatnią trenował prawie pięć lat. Grał jako lewy obrońca lub defensywny pomocnik. Wciąż jest fanem Barcelony, a podczas meczów siatkarskich nieraz już wykorzystywał umiejętności piłkarskie. Nie do końca odnajdywał się jednak w futbolu i mama zaproponowała mu nowy sport.

     

    – Chciała, bym był aktywny, a nie siedział tylko przed komputerem. Poszedłem na pierwszy trening i przez pierwsze dwa lata nie układało się to za kolorowo. Ale starałem się chodzić na treningi, jak najlepiej wykonać ćwiczenia i udało się – wspomina Nowak.

     

    Sam mówi, że dopiero na etapie zainteresowania siatkówką pojawili się u niego pierwsi idole. W tym gronie jest wspomniany Kochanowski. Obecny kapitan reprezentacji Polski ode mnie dowiedział się o swoim statusie w oczach młodszego kolegi z kadry.

     

    – Myślę, że jeśli mówi o mnie jako o idolu, to w jego głowie jest założenie, żeby jak najszybciej pokazać swoją wyższość nade mną (uśmiech). Myślę, że do tego będzie dążył i że jest to dobra droga. Dużo rozmawiamy, Kuba zadaje sporo pytań, a ja staram mu się odpowiedzieć oczywiście najlepiej, jak potrafię. Myślę, że te wskazówki mogą się mu przydać, bo jesteśmy podobni pod względem charakterystyki gry – zaznacza wicemistrz olimpijski z Paryża i mistrz świata 2018.

     

    Nowak w dorobku medalowym ma na razie brąz mistrzostw Europy do lat 17 i ubiegłorocznych ME do lat 22. Pracujący z nim w poprzednim sezonie trener Dariusz Luks wychwala środkowego za wszechstronność. Wskazuje też na ważną jego zdaniem zmianę, która zaszła u tego zawodnika.

     

    – Od tamtego sezonu bardzo zmienił podejście. Rozmawiałem z nim o tym rok temu i mówiłem, że bez pracy nie ma kołaczy. Że musi podchodzić profesjonalnie do każdego treningu. Wcześniej był… Lekkoduch siatkarski to złe określenie, ale trochę luźno podchodził do obowiązków. Ale widząc swoją szansę i mając determinację, przełączył sobie tę lampkę i przeszedł na zawodowstwo. Ma 20 lat, ale to jest już pełen profesjonalizm – chwali szkoleniowiec.

     

    Nowak nie kryje, że o ile w jego życiu prywatnym nic się nie zmieniło, to siatkarsko w ostatnich miesiącach jego życie wywróciło się do góry nogami. Czy grozi mu “sodówka”?

     

    – Nie, nie sądzę. Kluczowe, że już przełączył się na ten zawodowy tryb życia i właściwe podejście do treningu. Teraz nabiera doświadczenia w kadrze, potem pójdzie do Częstochowy, gdzie też na pewno przy doświadczonych i prezentujących wysoki poziom siatkarzach nabierze ogłady. Jestem pewien, że za rok będzie zdecydowanie lepszy niż teraz – przekonuje Luks.

    Polscy kibice mogą się tylko cieszyć z takich przewidywań. A rywale po drugiej stroniesiatki mogą się już zacząć bać.

     

  • Tak wygląda ranking WTA po tym, co Świątek zrobiła w nocy

    Tak wygląda ranking WTA po tym, co Świątek zrobiła w nocy

    Tak wygląda ranking WTA po tym, co Świątek zrobiła w nocy

    Iga Świątek w nocy z piątku na sobotę polskiego czasu pokonała Evę Lys 6:2, 6:2. Zwycięstwo dało jej awans do IV rundy turnieju WTA 1000 w Montrealu, ale nie tylko. Dzięki niemu Polka umocniła się w pierwszej trójce rankingu WTA. Na tym dobre informacje się nie kończą. Po poważnej wpadce zanotowały dwie najgroźniejsze konkurentki w walce podium. Jak zatem na ten moment wygląda ranking WTA?

     

    Iga Świątek po zwycięstwie na Wimbledonie nie zwalnia tempa. Nasza tenisistka odniosła już drugą wygraną w turnieju WTA 1000 w Montrealu. Najpierw pokonała Chinkę Hanyu Guo 6:3, 6:1, a teraz Niemkę ukraińskiego pochodzenia Evę Lys 6:2, 6:2. Tym samym zapewniła sobie udział w IV rundzie turnieju. A w niej spotka się z Claurą Tauson, którą nie tak dawno ograła w 1/8 finału Wimbledonu. Dobra postawa Polki ma też swoje odbicie w rankingu WTA.

     

    Rywalki się mylą, Świątek odskakuje. Tak wygląda ranking WTA

     

    Dzięki triumfowi w Londynie Świątek awansowała z czwartej na trzecią pozycję i cały czas się na niej umacnia. W Montrealu zdobyła już 120 punktów i ma ich w sumie 6933. Do drugiej Coco Gauff traci 856 punktów. Liderką z ogromną przewagą pozostaje Aryna Sabalenka. Białorusinka zgromadziła 12225 “oczek”. W Kanadzie jednak nie startuje, więc na pewno nie powiększy tego dorobku.

     

    Do tej pory Świątek musiała bardziej oglądać się na to, co dzieje się za jej plecami. Czwarta Jessica Pegula ma do niej jedynie 510 punktów straty, a piąta Mirra Andriejewa – 1985. Teraz stało się jednak jasne, że zarówno jedna, jak i druga nawet nie zmniejszy tego dystansu. Obydwie pożegnały się z rywalizacją w Montrealu w trzeciej rundzie. Amerykanka przegrała z Anastasiją Sevastovą, a Rosjanka z McCartney Kessler. Oznacza to, że Świątek może już tylko powiększać nad nimi przewagę.

     

    Czołową dziesiątkę rankingu uzupełniają kolejno: Qinwen Zheng, Madison Keys, Amanda Anisimova, Jasmine Paolini i Emma Navarro. Spośród tej piątki w turnieju pozostają tylko Keys i Anisimova. Paolini i Navarro już z niego odpadły, a Zheng nie bierze w nim udziału.

     

    Ranking WTA (stan na 2 sierpnia 2025):

     

    1. Aryna Sabalenka – 12225 pkt

    2. Coco Gauff – 7789 pkt

    3. Iga Świątek – 6933 pkt

    4. Jessica Pegula – 6423 pkt

    5. Mirra Andriejewa – 4948 pkt

    6. Qinwen Zheng – 4553 pkt

    7. Madison Keys – 4484 pkt

    8. Amanda Anisimova – 4474 pkt

    9. Jasmine Paolini – 3586 pkt

    10. Emma Navarro – 3475 pkt

    26. Magdalena Fręch – 1766 pkt

    34. Magda Linette – 1404 pkt

  • Było 6:2, 6:2, a tu nagle takie słowa Świątek o rywalce

    Było 6:2, 6:2, a tu nagle takie słowa Świątek o rywalce

    Było 6:2, 6:2, a tu nagle takie słowa Świątek o rywalce

    – Dobrze się dzisiaj bawiłam? Tutaj jest zawsze fajnie – powiedziała Iga Świątek po wygraniu z Evą Lys i awansie do czwartej rundy turnieju WTA 1000 w Montrealu. Polka w krótkiej rozmowie na korcie podsumowała to spotkanie oraz porównała je do poprzedniej rywalizacji z Niemką, w której oddała rywalce zaledwie jednego gema.

     

    To nie był spacerek dla Igi Świątek. W trzeciej rundzie turnieju WTA 1000 w Montrealu 69. w światowym rankingu Eva Lys zrobiła absolutnie wszystko, żeby postawić się trzeciej na tej liście Polce. Niemka zebrała mnóstwo zasłużonych braw. Ale nasza tenisistka zasługuje na jeszcze większe oklaski, bo wcale niełatwy mecz wygrała bardzo pewnie – 6:2, 6:2″

     

    Iga Świątek zadowolona po wygranej z Evą Lys w turnieju WTA 1000 w Montrealu

     

    – Dobrze się dzisiaj bawiłam? Tutaj jest zawsze fajnie. Cieszę się z rozegrania solidnego meczu i tego, że będę miała okazję rozegrać tutaj kolejny mecz – podkreśliła Świątek na początku krótkiego wywiadu, którego udzieliła na korcie IGA Stadium w Montrealu po wygranym meczu z Evą Lys.

     

    – Myślę, że to był inny mecz od tego, który rozegrałyśmy poprzednim razem [6:0, 6:1 w czwartej rundzie Australian Open 2025 – przyp. red.]. Skupiłam się na sobie i wiedziałam, jaki mam plan. Eva zagrała kilka świetnych, szybkich piłek wzdłuż linii. Nie było łatwo. Cieszę się, że po prostu wykonałam swoje zadanie. Dziękuję kibicom – powiedziała na koniec polska tenisistka.

     

    W czwartej rundzie turnieju WTA 1000 w Montrealu Iga Świątek zmierzy się z Clarą Tauson (19. WTA). Obie panie miały okazję nie tak dawno rywalizować w czwartej rundzie Wimbledonu, w której Polka wygrała 6:4, 6:1. Dotychczas Świątek z Tauson grały ze sobą trzykrotnie i wszystkie te spotkania wygrała sześciokrotna mistrzyni wielkoszlemowa.

     

  • Świątek ujawniła, jak było naprawdę. Szok, co usłyszała z trybun

    Świątek ujawniła, jak było naprawdę. Szok, co usłyszała z trybun

    Świątek ujawniła, jak było naprawdę. Szok, co usłyszała z trybun

    – Czytanie o tym, że się rozpadam, diagnozy depresji, wezwania do zwolnienia mojego zespołu – to wszystko było dla mnie za dużo – powiedziała Iga Świątek w wywiadzie dla “The Times”. Polka zdradziła też, do jakich nieco szokujących scen doszło na trybunach podczas turnieju w Madrycie.

     

    Daria Abramowicz, psycholog jednej z najlepszych tenisistek świata – Igi Świątek w wywiadzie w podcaście “Break Point” zdradziła, co wydarzyło się po zupełnie nieudanym turnieju w Rzymie, w którym Polka przegrała 1:6, 5:7 z Amerykanką Danielle Collins (59. WTA). – Po turnieju w Rzymie rozmawialiśmy wszyscy. Tuż po zejściu z kortu mieliśmy długą, burzliwą rozmowę. Nie burzliwą dlatego, że był kontakt, ale było dużo emocji związanych z meczem, co było widać na korcie – powiedziała Daria Abramowicz.

     

    Iga Świątek ujawnia szokujące wieści. Sceny na trybunach w Madrycie

     

    Teraz Iga Świątek zabrała głos nie tylko na temat wydarzeń w Rzymie, ale też w Madrycie. Właśnie w stolicy Hiszpanii Polka miała ciężkie chwile. Chodzi o wątek z jej zawieszeniem, bo w jej organizmie wykryto trimetazydynę, niedozwoloną substancję. Kibice w Madrycie uważali, że Świątek powinna zwolnić kogoś ze swojego sztabu szkoleniowego.

     

    – Nie było miesiąca, żebym nie była oceniana, a to przekładało się na zachowanie publiczności. W Madrycie kibice krzyczeli w stronę mojej loży, że powinnam kogoś zwolnić, więc naprawdę nie było łatwo. Wychodziłam na kort, próbując udowodnić, że wszystko jest w porządku, zamiast grać dla siebie i czerpać radość z tenisa. Czytanie o tym, że się rozpadam, diagnozy depresji, wezwania do zwolnienia mojego zespołu – to wszystko było dla mnie czymś za dużo – powiedziała Świątek w wywiadzie dla prestiżowego brytyjskiego dziennika “The Times”.

     

    Sześciokrotna triumfatorka turniejów wielkoszlemowych wskazała też ważny moment tego sezonu. Nastąpił on właśnie po nieudanym turnieju w Rzymie.

     

    – Porażki na kortach ziemnych, w tym w Rzymie, gdzie wypadłam zupełnie poniżej oczekiwań, były zimnym prysznicem, który pozwolił mi otrząsnąć się i zrozumieć, że rozpamiętywanie przeszłości nie jest drogą naprzód. Wiedziałam, że na korcie nie myślę o tenisie tak, jak powinnam, że moje myśli podkopują moją pewność siebie, sprawiając, że czasami walczę tak naprawdę sama ze sobą, a nie z przeciwniczką – dodała Iga Świątek.

     

    Według dziennika Świątek wiele zawdzięcza Darii Abramowicz.

     

    “Z pomocą Fissette i po ugruntowaniu swojej pozycji „Królowej kortów ziemnych”, Świątek podbiła korty All England Club. Swoją zdolność do przezwyciężenia lęku związanego z zawieszeniem zawdzięcza Darii Abramowicz, psycholog i powierniczce, z którą po raz pierwszy współpracowała w 2019 roku. Rozmawiały niemal codziennie o problemach, z którymi borykała się Świątek na korcie – czytamy w “The Times”.

    Teraz Iga walczy w turnieju w Montrealu. W nocy z piątku na sobotę zmierzy się z Niemką Evą Lys (69. WTA).

     

  • Ależ wieści ws. Igi Świątek po ostatniej wymianie. Podium jest blisko

    Ależ wieści ws. Igi Świątek po ostatniej wymianie. Podium jest blisko

    Ależ wieści ws. Igi Świątek po ostatniej wymianie. Podium jest blisko

    Iga Świątek ponownie zdominowała Evę Lys, wygrywając z nią po raz trzeci w karierze i pokazując, że niemieckie tenisistki nie stanowią dla niej jak na razie większego wyzwania. Jej zwycięska seria obejmuje teraz 12 wygranych z niemieckimi rywalkami. Ważniejszą statystyką po triumfie nad naszą zachodnią sąsiadką jest jednak procent wygranych raszynianki w turniejach WTA 1000. Opta zrobiła ranking, ale nie jak zazwyczaj z ostatnich 16 lat, tylko cofnęła się o ponad trzy dekady, by zebrać dane z imprez WTA Tier I.

     

    Iga Świątek po raz kolejny w swojej karierze nie dała szans Evie Lys. Wygrała z nią w Stuttgarcie 2022, w styczniu w Australian Open (skrót tamtego starcia poniżej) i zeszłej nocy w Montrealu. W Niemczech oddała jej dwa gemy, w Melbourne jednego, a w Kanadzie cztery. Bilans meczów bezpośrednich z Niemką poprawiła więc na 3-0 i ze spokojem może czekać na mecz 1/8 finału z Clarą Tauson. Z Dunką mierzyła się w tej samej rundzie 7 lipca na Wimbledonie, zwyciężyła z pogromczynią Jeleny Rybakiny 6:4, 6:1.

     

    Jak wyglądało starcie w ramach trzeciej rundy Canadian Open? Naszą relację pomeczową można przeczytać pod tym linkiem, ale wiele mówi sam wynik 6:2, 6:2 i fakt, że sprawa zamknęła się z 72 minuty. Emocji nie dodały utraty serwisu Lys w pierwszych gemach obu setów. W pierwszym nieco dłużej trzymała się rezultatu, było jeszcze chociażby 2:3, ale w drugiej partii szybko – po zaledwie 22 piłkach – zrobiło się 0:4. Podwójne przełamanie Polka zdobyła bez utraty choćby punktu na returnie.

     

    Zaraz po ostatniej wymianie niezawodna Opta podała dwie statystyki dotyczące naszej rodaczki. Jak zauważono, poprawiła bilans spotkań z Niemkami na 12-0. Poświęcaliśmy temu w czwartek osobny tekst. W zawodowej karierze oprócz wygranych z Lys złożyły się na to 3 triumfy nad Angelique Kerber (Indian Wells 2022, United Cup 2024, Rzym 2024), 2 nad Jule Niemeier (US Open 2022, Australian Open 2023), 2 nad Laurą Siegemund (Madryt 2021, Warszawa 2023) i po jednym z Moną Bathel (IO w Tokio 2021) i Tatjaną Marią (Bad Homburg 2023).

     

    Sprawdzili ostatnie 35 lat. Iga Świątek czwarta w procencie wygranych meczów w WTA 1000

     

    Nie jest to jednak najważniejsza statystyka, jaką po tym meczu podała Opta. Ta najcenniejsza dotyczy odsetka wygranych w turniejach WTA 1000. Format ten powstał w 2009 roku i często Świątek przy prześwietlaniu liczb z tych zawodów konkuruje wyłącznie z dokonaniami Sereny Williams. Tym razem rozszerzono poszukiwania do 1990 roku. Od wtedy do 2008 r. istniały turnieje WTA Tier I, odpowiednik “tysięczników”.

    https://x.com/OptaAce/status/1951438393826746478

    Świątek ma obecnie 81,1 proc. wygranych spotkań, dzieli czwarte miejsce w rankingu historycznym z Martiną Hingis. Podium jest blisko, bo trzecia Justine Henin jest lepsza o zaledwie 0,2 proc. (81.3). Dalej poprzeczka idzie mocniej w górę, druga Williams może się pochwalić wynikiem 84 proc., a liderką – być może niedoścignioną – jest Steffi Graf z niesamowitym wynikiem 88,4 proc (130 triumfów w 147 meczach, 26 tytułów Wta Tier I i 10 przegranych finałów).