Category: Disclaimer

  • Iga Świątek znów ją zdemolowała! Cały świat widział, co zrobiła Niemka

    Iga Świątek znów ją zdemolowała! Cały świat widział, co zrobiła Niemka

    Iga Świątek znów ją zdemolowała! Cały świat widział, co zrobiła Niemka

    Iga Świątek trzeci raz kompletnie rozbiła Evę Lys. Tym razem Niemka osiągnęła najlepszy wynik pojedynków z Polką, ugrywając… cztery gemy w całym meczu. W trakcie spotkania uśmiechnięta tenisistka mimo to cieszyła się z każdej urwanej partii. Trzecia rakieta świata nie miała litości, wygrywając 6:2, 6:2. Już wie, z kim zagra w czwartej rundzie w Montrealu.

     

    Po zwycięstwie w turnieju w Wielkiej Brytanii Iga Świątek powróciła do gry w Montrealu. Na powitanie z inną nawierzchnią pokonała Chinkę Hanyu Guo 6:3, 6:1. Jeszcze przed startem było wiadomo, że Polka ma szansę w Kanadzie odzyskać pozycje wiceliderki rankingu WTA, lub chociaż bardzo się zbliżyć do Coco Gauff. Gra o pełną stawkę, nie broniąc żadnych punktów sprzed roku.

     

    W trzeciej rundzie na Polkę czekała Eva Lys. Gdy zawodniczki ostatni raz się mierzyły, Świątek wygrała w 59 minut 6:0, 6:1. Trzy lata temu raszynianka triumfowała 6:1, 6:1. Spotkanie, dla polskiego widza, rozpoczęło się o złej godzinie, bowiem tym razem Polka grała w wieczornej sesji, a więc po 1 w nocy czasu w naszym kraju. Nasza tenisistka próbowała jednak zrobić wiele, by nocne spotkanie nie potrwało zbyt długo.

     

    Nokaut w wykonaniu Igi Świątek. Niemka może mieć już zwyczajnie dość

     

    Już w pierwszym gemie Polka przełamała Niemkę. Choć pierwsza partia wcale nie była jednostronna, Świątek zdecydowanie zwyciężyła 6:2. Trzecia tenisistka świata popełniała niewymuszone błędy przy forhendzie, a w dłuższych wymianach często triumfowała Niemka, jednak w większym dystansie pokazywała doświadczenie.

     

    W drugim secie Świątek miała jednostkowe problemy z mocnym serwisem, ale na przestrzeni gemów nie dawała rywalce najmniejszych szans. Uśmiechnięta Niemka wydawała się być pogodzona z sytuacją i choć nie składała broni, to płynnie przeszła do końca spotkania. Gdy wygrała trzeciego gema, zadowolona pokazała w kierunku swojego boksu, że udało jej się osiągnąć najlepszy wynik przeciwko Świątek wśród dotychczasowych gier.

     

    Na rezultat meczu czekała Clara Tauson. Dunka wcześniej zapewniła sobie awans, błyskawicznie eliminując pogromczynię Magdaleny Fręch, Julię Starodubcewą. W czwartej rundzie obejrzymy zatem rewanż za ćwierćfinałowy mecz sprzed kilkunastu dni podczas Wimbledonu. Wtedy rzecz jasna triumfowała Polka.

     

  • 10 lat prezydenta Andrzeja Dudy. Koalicja jeszcze za nim zatęskni

    10 lat prezydenta Andrzeja Dudy. Koalicja jeszcze za nim zatęskni

    10 lat prezydenta Andrzeja Dudy. Koalicja jeszcze za nim zatęskni

    Za kilka dni zakończy swoje 10-letnie urzędowanie w roli prezydenta RP Andrzej Duda. Zwykle w takich chwilach pada rytuale sformułowanie: “oceni go historia”. Otóż nie oceni, bo historia jako dyscyplina nauk humanistycznych nikogo nie ocenia. Robią to natomiast uprawiający ją historycy i historyczki.

     

    Nie ma co kryć – Andrzej Duda nie jest żegnany z żalem, ale to wcale nie znaczy, że krytyczne oceny jego prezydentury muszą w przyszłości dominować.

     

    Aleksander Kwaśniewski kończył swoje urzędowanie przed 20 laty w fatalnej atmosferze różnych oskarżeń, ułaskawiając w dodatku swą ostatnią decyzją Zbigniewa Sobotkę – głównego bohatera tzw. afery starachowickiej, czyli SLD-owskiego wiceministra spraw wewnętrznych, który odpowiadał za przeciek informacji o operacji policji wymierzonej w gangsterów. A jednak – na tle trzech kolejnych prezydentów, ale i Lecha Wałęsy – większość Polaków uważa go dziś za najlepszą głowę państwa w dziejach III RP.

     

    Dlatego przyszłe oceny Dudy będą zależne także i od tego, jak w roli prezydenta będzie się zachowywał Karol Nawrocki i jego następcy.

     

    “Wielki strateg”

     

    O ocenę prezydentury Dudy zapytano w miniony wtorek prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Ten najpierw pochwalił Dudę za dwukrotne wygranie wyborów, a następnie stwierdził: “Jeżeli chodzi o ocenę generalną, to trzeba troszkę poczekać, bo to jest kwestia którą trzeba w odpowiedni sposób przemyśleć. Ja w tej chwili nie jestem gotowy do formułowania tego rodzaju ocen”.

     

    Pytany zaś jak widzi przyszłość polityczną Dudy odparł: “To jest jego sprawa, a nie moja”.

     

    Zatem nawet w chwili końca kadencji Kaczyński nie zdobył się na bodaj jedno ciepłe zdanie o polityku, którego zwycięstwo w 2015 r. utorowało mu drogę do osobistej władzy, jaką nie cieszył się przed nim nikt w dziejach III RP, a późniejsza reelekcja pozwoliła ją przedłużyć o kolejne lata. Skąd ta niechęć?

     

    Na początku swej prezydentury Andrzej Duda zrobił bardzo wiele, aby zaskarbić sobie uznanie w oczach lidera PiS. Symbolicznym było jego wystąpienie w listopadzie 2015 r., podczas uroczystości desygnowania Beaty Szydło na premiera, w trakcie którego padły takie oto słowa pod adresem prezesa PiS:

     

    “Z całą pewnością jest pan wielkim politykiem, wielkim strategiem, ale dodam jeszcze jedno: z całą pewnością jest pan wielkim człowiekiem. Jest pan wielkim strategiem, bo podjął pan ogromne ryzyko, gdy ostatecznie razem z władzami PiS zdecydował pan, że będę kandydatem na prezydenta. […] Trzeba być wielkim człowiekiem i patriotą, absolutnie przekonanym do realizacji swojej idei budowy silnej Polski, którą ma PiS, żeby mimo oczywistych własnych ambicji oddać pałeczkę władzy w ręce ludzi, z którymi do tej pory pan blisko współpracował. Jestem dla pana pełen podziwu”.

     

    Wprawdzie Lechowi Kaczyńskiemu również zdarzały się wypowiedzi wskazujące, że uważa brata bliźniaka za polityka większego od siebie formatu, ale nigdy we wcześniejszych dziejach III RP żaden prezydent nie złożył nikomu podobnego hołdu. Składał je natomiast w II RP wobec Józefa Piłsudskiego wybrany z jego inicjatywy na prezydenta Ignacy Mościcki. Opinia publiczna szybko skwitowała to złośliwym wierszykiem: “Tyle znacy, co Ignacy, a Ignacy g… znacy”.

     

    Później były nocne zaprzysiężenia tzw. sędziów dublerów Trybunału Konstytucyjnego i odbywane po zmroku wizyty w domu Kaczyńskiego. A także kolejne błyskawiczne podpisy pod ustawami, na których zależało liderowi PiS, co zaskarbiło prezydentowi niezbyt chwalebny przydomek “długopisu Kaczyńskiego”.

     

    Nic to nie pomogło. Prezes konsekwentnie lekceważył prezydenta i czynił to na tyle ostentacyjnie, że stopniowo przenosiło się to także na niższych rangą polityków PiS, gdzie obdarzono go pogardliwym mianem “Dudusia”.

     

    Dokładnie odwrotnie niż czynił to Piłsudski, który często rugał najbliższych nawet współpracowników na posiedzeniach rządu, czy w innych miejscach publicznych, ale nigdy pozwolił sobie na słowa krytyki pod adresem Mościckiego, choć wszyscy wiedzieli, że ten ostatni każdą ważniejszą decyzję konsultuje z marszałkiem.

    Kontrofensywa “Dudusia”

    Kroplą, która przelała czarę goryczy, był zapewne bijący rekordy popularności na półmetku pierwszej kadencji Dudy kabaret Roberta Górskiego “Ucho prezesa”, w którym permanentnie szydzono z prezydenta jako “Adriana”, koczującego pod drzwiami gabinetu Kaczyńskiego w nadziei na audiencję.

     

    Sfrustrowany Duda postanowił wykonać samodzielne posunięcie i podczas przemówienia z okazji święta 3 maja w 2017 r. wystąpił z propozycją przeprowadzenia referendum konstytucyjnego w stulecie niepodległości. Później długo zabiegał o poparcie prezesa dla swojej inicjatywy, ale ostatecznie w lipcu 2018 r. formalny wniosek głowy państwa w tej sprawie odrzucił zdominowany przez PiS Senat. Kaczyński, który od początku nie chciał żadnego referendum, ani też jakichkolwiek zmian w konstytucji (przypomniał sobie o tym dopiero po utracie władzy), odegrał się w ten sposób za weta prezydenta wobec ustaw sądowych ministra Zbigniewa Ziobry.

     

    Sprzeciw Dudy nie wynikał jednak z tego, że był on przeciwnikiem pisowskiego kierunku zmian w sądownictwie, ale z faktu, że przyznawały one – zresztą częściowo kosztem głowy państwa – zbyt wielką władzę Ziobrze. “Nie ma u nas tradycji, by prokurator generalny w jakikolwiek sposób mógł ingerować w pracę Sądu Najwyższego jako instytucji, nie wspomnę już o sędziach” – uzasadniał weta.

     

    Nowe projekty ustaw o SN i Krajowej Radzie Sądownictwa, przedstawione przez prezydenta, zostały uchwalone przez Sejm w grudniu 2017 r. Szły one w tym samym kierunku – ograniczenia niezawisłości sądownictwa – co projekty Ziobry, ale Kaczyńskiego to nie uspokoiło i później wielokrotnie dawał publicznie do zrozumienia, że nie daruje Dudzie tego sprzeciwu.

     

    Ostatecznie zaś prezydent pogrążył się w oczach prezesa PiS, gdy na początku 2020 r., czyli w chwili, gdy kończyła się jego pierwsza kadencja, ośmielił się uzależnić swój podpis pod ustawą przewidującą przekazanie z budżetu państwa blisko 2 mld złotych dla TVP i Polskiego Radia od usunięcia Jacka Kurskiego ze stanowiska szefa rządowej telewizji. Prezydent był podobno niezadowolony ze sposobu, w jaki go przedstawiała TVP, ale być może nie wierzył też, przystępując do walki o reelekcję, w skuteczność siermiężnego stylu propagandy lansowanego przez Kurskiego.

     

    Druga kadencja

    “Być może nie będzie wyjścia i będziemy musieli wymienić kandydata” – miał po rozmowie Dudą oświadczyć członkom kierownictwa PiS niezadowolony z prezydenckiego ultimatum prezes Kaczyński. Ostatecznie jednak prezes taktycznie ustąpił i całkowicie dyspozycyjna wobec niego Rada Mediów Narodowych odwołała (w głosowaniu korespondencyjnym) Kurskiego ze stanowiska prezesa TVP.

     

    W reakcji na to Duda natychmiast podpisał ustawę, ale zaledwie kilka miesięcy później został przez Kaczyńskiego ostentacyjnie upokorzony, Kurski bowiem powrócił na stanowisko prezesa TVP. Utracił je ostatecznie dopiero we wrześniu 2022 r., niewiele ponad rok po tym, jak marionetkowa Rada Mediów Narodowych powołała go na kolejną czteroletnią kadencję. I nie był to bynajmniej rezultat zabiegów prezydenta, ale osobistej decyzji Kaczyńskiego.

     

    Podczas kampanii prezydenckiej w 2020 r., odbywającej się w warunkach pandemii i chaosu wywołanego przesunięciem daty wyborów, Duda wywalczył reelekcję, zręcznie wykorzystując błąd Rafała Trzaskowskiego, który nie zdecydował się na debatę z prezydentem przed II turą wyborów.

     

    Być może gdyby już w pierwszej kadencji towarzyszył prezydentowi w roli szefa jego gabinetu polityk tak ambitny, jak Marcin Mastalerek, wówczas Duda nie kapitulowałby tak łatwo przed prezesem PiS. Na poziom skuteczności działań każdego prezydenta niebagatelny wpływ mają wszak jego współpracownicy.

     

    Liczne opisy ich rywalizacji i sporów można przeczytać w opublikowanej przed kilkoma miesiącami książce Jacka Gądka “Duduś. Prezydent we mgle”. Skłaniają one do konstatacji, że Andrzej Duda nigdy nie zdołał stworzyć wokół siebie zgranego zespołu oddanych mu ludzi.

     

    Nie mogło być inaczej, bo Duda nie był nigdy charyzmatycznym liderem, prowadzącym do kolejnych politycznych bitew oddaną mu drużynę. Otaczał się głównie urzędnikami, a nie politykami, bo w istocie rzeczy niemal cała jego kariera przed walką o prezydenturę była daleko bardziej drogą urzędnika niż partyjnego działacza. Warto o tym pamiętać w kontekście powracającego pytania o ewentualną działalność polityczną Andrzeja Dudy po zakończeniu drugiej kadencji.

     

    W drugiej kadencji Duda był wciąż ostentacyjnie ignorowany przez Kaczyńskiego.

     

    “Nie rozmawiałem z prezydentem 4,5 roku albo nawet dłużej” – oświadczył we wrześniu 2024 r. prezes PiS.

     

    Dla radykalnych przeciwników rządów PiS było to bez znaczenia. Dla nich Duda wciąż pozostawał “długopisem” prezesa. Jednak nawet oni powinni się przez chwilę zastanowić, jak mogłyby wyglądać wyniki wyborów w 2023 r., gdyby nie weto Dudy wobec tzw. lex TVN? A jak wyglądałyby publiczne szkoły, po czystkach przeprowadzonych przez pisowskich kuratorów upoważnionych do tego przez zawetowaną przez prezydenta – i to dwukrotnie – tzw. lex Czarnek?

    Polityka zagraniczna

     

    Nie sądzę, aby przyszli historycy nazwali lata 2015-25 “dekadą Dudy”, ale nie da się też o niej opowiedzieć z pominięciem jego postaci.

     

    Bo to właśnie Andrzej Duda, swym nieoczekiwanym zwycięstwem, utorował Jarosławowi Kaczyńskiemu drogę do władzy, a później stał się, bez względu na motywy, jakimi się kierował, jednym z najważniejszych graczy limitujących zakres tej władzy.

     

    Nie można mu też odmówić pewnej roli w kształtowaniu polskiej polityki zagranicznej. Nie był, bo w sytuacji tak silnej dominacji Kaczyńskiego, nie mógł być oczywiście jej głównym architektem. A jednak, pomimo wspomnianego lekceważenia ze strony prezesa PiS, udało mu się na tym polu zdziałać całkiem sporo. Przede wszystkim na polu relacji polsko-ukraińskich.

     

    To, co prezydent zrobił dla wsparcia Kijowa walczącego z rosyjską agresją, pozostanie w mojej opinii najważniejszą i najjaśniejszą kartą w dziejach jego prezydentury. Myślę, że pozytywnych ocen doczeka się też zainicjowany przez Dudę projekt Trójmorza, zakładający pogłębienie na różnych polach współpracy między 12 państwami Europy Środkowej, które należą już do UE, a są położone w trójkącie Adriatyku, Bałtyku i Morza Czarnego.

     

    Oczywiście także i w polityce zagranicznej Dudzie zdarzały się wpadki. I to na tak newralgicznym dla Polski obszarze jak relacje z USA. Dążąc do ich pogłębienia, Duda podpisał we wrześniu 2018 r. z Donaldem Trumpem deklarację “Obrona wolności i budowanie dobrobytu poprzez polsko-amerykańskie partnerstwo strategiczne”. Problemem nie był jednak cokolwiek pompatyczny tytuł deklaracji, ale okoliczności jej przyjęcia. Do historii przeszło bowiem zdjęcie przedstawiające siedzącego za swoim biurkiem w gabinecie owalnym prezydenta USA oraz stojącego obok prezydenta RP.

     

    Kohabitacja z Tuskiem

     

    Kilkanaście ostatnich miesięcy upłynęło Dudzie na kohabitacji z rządem Tuska. Nowy premier nie próbował nawet udawać, że będzie się próbował z prezydentem w czymkolwiek porozumieć. Poczynając od skierowania w styczniu 2024 r. policji do pałacu prezydenckiego (wyprowadziła stamtąd Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika), a na publicznym odliczaniu dni do końca prezydentury Dudy kończąc, Donald Tusk okazywał głowie państwa ostentacyjne lekceważenie.

     

    Tymczasem Duda, mimo szeregu ostrych wypowiedzi na temat premiera oraz rządzącej od grudnia 2023 r. kordonowej koalicji, nigdy nie zdecydował się na totalną obstrukcję ekipy Tuska. Najlepiej pokazuje to jego stosunek Dudy do aktywności legislacyjnej rządu. Spośród 184 ustaw obecnej większości sejmowej, które trafiły do prezydenta, pod 171 Duda złożył swój podpis, choć w przypadku 16 wnioskował do Trybunału Konstytucyjnego o równoległe zbadanie ich zgodności z konstytucją. Zaledwie 13 ustaw zostało przez niego zablokowanych w formie weta lub odesłania do TK w trybie kontroli prewencyjnej.

     

    Oczywiście można wskazać też na odmowę nominowania aż kilkudziesięciu kandydatów rządu na ambasadorów, ale zarazem Duda odbył w 2024 r. wspólną podróż z Tuskiem do Białego Domu i w wielu przypadkach powstrzymywał się od publicznego dezawuowania różnych posunięć rządu w zakresie polityki zagranicznej.

     

    Zaskakująco harmonijnie układała się także jego współpraca z szefem MON Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem w newralgicznej sferze obrony narodowej. Zwłaszcza jeśli się pamięta, jakie boje toczył Duda z Antonim Macierewiczem, o którym w listopadzie 2017 r. stwierdził – nie zdając sobie sprawy, że jest nagrywany – iż minister stosuje “ubeckie metody” wobec niektórych oficerów.

     

    Sądząc po pierwszych wypowiedziach prezydenta elekta Karola Nawrockiego, powtarzającego, że uważa Tuska za najgorszego premiera po 1989 r., można przypuszczać, że już niedługo politycy obozu rządzącego zatęsknią za Dudą. Co zaś do większości Polaków, to dopiero upływ czasu pokaże, jak będą go oceniać za 10 czy 20 lat.

     

  • Cały świat zobaczył, co zrobiła Świątek po meczu. WTA reaguje

    Cały świat zobaczył, co zrobiła Świątek po meczu. WTA reaguje

    Cały Stadion Oniemiał. To, Co Zrobiła Iga Świątek Po Meczu w Montrealu, Rozgrzało Internet do Czerwoności – WTA Reaguje Natychmiast

    Wystarczyła jedna chwila, by serca fanów na całym świecie zabiły mocniej. Po zwycięstwie w pierwszym meczu turnieju w Montrealu Iga Świątek – liderka serc, choć aktualnie trzecia w światowym rankingu – zrobiła coś, czego nikt się nie spodziewał. Gdy tylko opuściła kort po pewnym triumfie nad Hanyu Guo (259. WTA), jej uwagę przyciągnął szczególny obrazek na trybunach. A to, co wydarzyło się chwilę później, zalało media społecznościowe falą wzruszenia. Nawet WTA nie mogło tego przemilczeć.

     

    Jedno Spojrzenie. Jedno Marzenie. Jedna Świątek.

     

    Podczas meczu na trybunach pojawiła się dziewczynka imieniem Olivia, ubrana w biało-czerwoną koszulkę reprezentacji Polski. W jej rękach – prosty, dziecięcy kartonik z napisem:

    “Iga, mogę mieć twoją czapeczkę i autograf, proszę!”

     

    Większość gwiazd sportu nawet nie zauważyłaby takiego szczegółu. Ale Iga Świątek to nie jest „większość”. To zawodniczka, która nie tylko dominuje na korcie, ale też potrafi zauważyć tych, którzy marzą, by choć przez chwilę być częścią jej świata.

     

    Świątek Przerywa Rutynę. Podchodzi. I Spełnia Marzenie

     

    Chwilę po zakończeniu meczu Iga skierowała się w stronę Olivii. Ujęcia opublikowane przez WTA w mediach społecznościowych mówią więcej niż tysiąc słów: 24-latka z uśmiechem na twarzy podarowała dziewczynce autograf na czapce, spełniając tym samym jej największe marzenie.

     

    Internet zareagował natychmiast.

    Komentarze były pełne emocji:

     

    “Gem, set, magia – tenis to nie tylko sport, to chwile, które zapadają w serce na zawsze.”

     

    “Rozpływam się, widząc szczęśliwe dzieciaki spotykające swoich idoli. Olivia nie zapomni tej chwili nigdy.”

     

    “Uśmiech tej małej dziewczynki mówi wszystko. Czysta radość. Iga ma serce ze złota.”

     

    “Świątek jest najlepsza. Nie tylko gra genialnie, ale też inspiruje i daje przykład.”

     

     

    Magia Poza Kortem. Ale Na Korcie – Brutalna Siła

     

    Świątek, jakby nie dość było wzruszeń, nie dała przeciwniczce najmniejszych szans na korcie. Jej triumf 6:3, 6:1 nad Hanyu Guo był pokazem siły, precyzji i skupienia. Oficjalna strona WTA nie kryła zachwytu:

    “Oto najnowsze potwierdzenie – Świątek znów jest w niebezpiecznej formie.”

     

    W grze Świątek nie było ani chwili zawahania. Jej powrót do twardych kortów po krótkiej przerwie wygląda jak manifest: Polka wraca po więcej. I to z przytupem.

     

    Co Dalej? Przeciwniczka z Niemiec i Kolejny Sprawdzian

     

    W kolejnym meczu w Montrealu Iga zmierzy się z Evą Lys (69. WTA) – młodą, ambitną Niemką, która z pewnością będzie chciała zatrzymać rozpędzoną Polkę. Ale po tym, co Świątek pokazała na korcie i poza nim, trudno sobie wyobrazić, by coś mogło ją teraz zatrzymać.

    Podsumowanie: Nie Tylko Rakieta. Iga Świątek Ma Serce Mistrzyni

    Tenisowy świat często skupia się na wynikach, statystykach i rekordach. Ale są momenty, które wykraczają poza to wszystko. Iga Świątek pokazała, że bycie numerem jeden to nie tylko pozycja w rankingu. To sposób bycia, to empatia, to wrażliwość. A Olivia? Z pewnością opowie tę historię jeszcze wiele razy. Bo tego dnia, w Montrealu, spotkała nie tylko gwiazdę – spotkała bohaterkę.

     

  • Iga Świątek zdeklasowała Evę Lys. Awans Polki w 72 minuty. Będzie hit w meczu o ćwierćfinał

    Iga Świątek zdeklasowała Evę Lys. Awans Polki w 72 minuty. Będzie hit w meczu o ćwierćfinał

    Iga Świątek zdeklasowała Evę Lys. Awans Polki w 72 minuty. Będzie hit w meczu o ćwierćfinał

    Noc z piątku na sobotę przyniosła polskim kibicom tenisa rywalizację z udziałem Igi Świątek. Nasza reprezentantka wystąpiła w pierwszym spotkaniu sesji wieczornej. 24-latka walczyła o awans do czwartej rundy WTA 1000 w Montrealu z Evą Lys. Niemka zaprezentowała się lepiej niż podczas ich starcia w Australian Open, ale to i tak było za mało na bardzo dobrze dysponowaną Świątek. Po 72 minutach sędzia ogłosił zwycięstwo Igi 6:2, 6:2. Polka zagra o ćwierćfinał z tenisistką, z którą walczyła kilka tygodni temu na Wimbledonie.

     

    Pierwszym występem Igi Świątek po efektownym triumfie na Wimbledonie okazał się mecz przeciwko Hanyu Guo w ramach drugiej rundy WTA 1000 w Montrealu. Polka miała trochę problemów z serwisem zwłaszcza w pierwszym secie, ale w końcówce pojedynku złapała odpowiedni rytm i zupełnie zdominowała Chinkę. Na słowa pochwały zasługiwał return, który otwierał raszyniance sporo możliwości. Ostatecznie nasza reprezentantka pokonała zawodniczkę z Azji 6:3, 6:1 i zameldowała się w 1/16 finału kanadyjskiego tysięcznika.

     

    Kolejne starcie z udziałem mistrzyni tegorocznego Wimbledonu przypadło na noc z piątku na sobotę czasu polskiego. Tym razem organizatorzy turnieju umieścili mecz tenisistki rozstawionej z “2” w sesji wieczornej. Przeciwniczką Polki okazała się Eva Lys. Niemka pokonała w poprzedniej fazie Anastazję Pawluczenkową. Dzięki temu 23-latka otrzymała szansę na poprawienie wojego dorobku w potyczkach ze Świątek. Gdy panie spotkały się w czwartej rundzie Australian Open 2025, wówczas Iga triumfowała 6:0, 6:1. Teraz reprezentantka naszych zachodnich sąsiadów chciała pozostawić po sobie lepsze wrażenie.

     

    WTA Montreal: Iga Świątek kontra Eva Lys w trzeciej rundzie singla

     

    Mecz rozpoczął się od serwisu Lys. Polka od początku starała się wywierać sporą presję na rywalce poprzez return. Chociaż Niemka posiadała piłkę na 1:0, to później Świątek doprowadziła do stanu równowagi, a w następnej kolejności do break pointów. Pierwszego z nich Eva wybroniła w bardzo dobrym stylu. Przy drugim zanotowała jednak podwójny błąd serwisowy i dzięki temu Iga już na “dzień dobry” przełamała przeciwniczkę. Po zmianie stron podawała nasza reprezentantka. Zaczęło się dość nerwowo, po podwójnym błędzie serwisowym 24-latki zrobiło się 0-30. Później raszynianka zgarnęła jednak cztery punkty z rzędu i potwierdziła przewagę breaka.

     

    Świątek nie zamierzała spuszczać z tonu, ciągle starała się kontynuować intensywność, jaką narzuciła od pierwszych piłek. W następnym gemie znów obserwowaliśmy walkę na przewagi przy podaniu Lys. Tym razem nie doczekaliśmy się jednak okazji na przełamanie dla Igi i Niemka doczekała się premierowego “oczka”. Następne minuty należały do serwujących. Eva próbowała się dostosować do poziomu, jaki narzuciła raszynianka i długimi fragmentami całkiem nieźle jej to wychodziło. W trakcie siódmego rozdania pojawiły się kolejne break pointy dla 24-latki. Po drugim z nich Polka wyszła na 5:2 i mogła zamykać partię. Poradziła sobie z tym faktem bez większego problemu. Przy drugim setbolu nasza tenisistka posłała serwis, którego Lys nie zdołała zareturnować. Ostatecznie premierowa odsłona zakończyła się wynikiem 6:2.

     

    Raszynianka nie zamierzała się zatrzymywać. W fantastycznym stylu zainaugurowała drugą partię, nie tracąc ani jednego punktu przy podaniu Lys. Podczas jednej z akcji popisała się nawet efektownym wolejem przy siatce. Po zmianie stron Świątek miała pewne problemy, tak jak w drugim gemie pierwszego seta. Musiała wychodzić ze stanu 0-30 po podwójnym błędzie serwisowym, ale jeszcze raz uczyniła to skutecznie. Eva traciła powoli argumenty do nawiązania wyrównanej walki. Przy swoim podaniu nie zdobyła ani jednego punktu i zrobiło się już 3:0 dla Igi z podwójnym przełamaniem.

     

    W trakcie czwartego rozdania Lys doczekała się break pointa. Mimo to Polka nie dopuściła do odrobienia jednego przełamania. Raszynianka zgarnęła trzy akcje z rzędu i wyszła na 4:0. W następnych minutach obie utrzymywały swoje podania i taka kolej rzeczy zachowała się aż do końca pojedynku. Ostatecznie Świątek triumfowała w całym meczu 6:2, 6:2 po 72 minutach rywalizacji. O ćwierćfinał WTA 1000 w Montrealu nasza reprezentantka powalczy z Clarą Tauson. Dunka będzie chciała zrewanżować się Polce za porażkę w czwartej rundzie tegorocznego Wimbledonu.

     

  • Głośno o Wiktorowskim, a tu wieści z Montrealu w środku nocy. Alarm. Osaka ujawnia

    Głośno o Wiktorowskim, a tu wieści z Montrealu w środku nocy. Alarm. Osaka ujawnia

    Głośno o Wiktorowskim, a tu wieści z Montrealu w środku nocy. Alarm. Osaka ujawnia

    To miał być rutynowy powrót Naomi Osaki na turniej w Montrealu, ale szybko zamienił się w istny rollercoaster nieoczekiwanych wydarzeń — zarówno na korcie, jak i poza nim. W ciągu zaledwie kilku godzin tenisowy świat przeszedł od spokojnego śledzenia wczesnych rund turnieju WTA 1000 do ekscytacji z powodu dwóch sensacyjnych wiadomości: niespodziewanego trenerskiego zwrotu z udziałem znanej Polakom postaci oraz niepokojącej ewakuacji z hotelu w środku nocy, która zmusiła Osakę do ucieczki z budynku tylko z paszportem w dłoni.

     

    Wiktorowski na horyzoncie – pogłoski o nowym duecie

     

    W poniedziałek polskie media sportowe obiegła prawdziwa bomba: Tomasz Wiktorowski, były trener liderki światowego rankingu Igi Świątek, miałby dołączyć do sztabu Naomi Osaki. Informację jako pierwszy podał portal Polski-Tenis.pl, sugerując, że Wiktorowski rozważany jest jako następca Patricka Mouratoglou, który niedawno zrezygnował z funkcji szkoleniowca Japonki. Możliwość współpracy polskiego trenera z jedną z największych gwiazd kobiecego tenisa natychmiast wzbudziła emocje.

     

    Gdy spekulacje zaczęły przybierać na sile, otoczenie Osaki postanowiło zabrać głos. Jej agent, Stuart Duguid z agencji Evolve, potwierdził, że rozmowy z Wiktorowskim rzeczywiście się odbyły. Jednocześnie zaznaczył, że Polak nie obejmie na razie roli głównego trenera. Zamiast tego udał się do Kanady, by przez kilka dni obserwować pracę zawodniczki — to swoisty „okres próbny” podczas turnieju Omnium Banque Nationale.

     

    > „Skontaktowałam się z agentem Osaki, Stuartem Duguidem, który potwierdził, że Wiktorowski jest już w drodze do Montrealu” — przekazała renomowana dziennikarka tenisowa Courtney Nguyen. „To wstępne spotkanie i okres obserwacji — nie oznacza to, że od razu przejmuje prowadzenie treningów”.

     

     

     

     

     

    Nocna ewakuacja: Osaka opuszcza hotel tuż przed pierwszym meczem

     

    Jakby tego było mało, Osaka po swoim pierwszym meczu w Montrealu ujawniła jeszcze bardziej szokującą historię — noc przed spotkaniem musiała nagle opuścić hotel z powodu alarmu przeciwpożarowego.

     

    Do incydentu doszło w środku nocy, zaledwie kilka godzin przed jej debiutem na turnieju. Była liderka światowego rankingu wyznała, że musiała zbiec po schodach z 12. piętra, mając przy sobie tylko paszport.

     

    > „To noc przed twoim meczem, a alarm przeciwpożarowy zmusza cię do ewakuacji. Łapiesz tylko paszport i zbiegasz po 12 piętrach” — opowiedziała Osaka o dramatycznym zdarzeniu, które z łatwością mogło wybić ją z rytmu.

     

     

     

    Pomimo tej niecodziennej sytuacji, 27-letnia Japonka zachowała pełną koncentrację i spisała się znakomicie na korcie.

     

     

     

    Mocny początek w Montrealu – Osaka w świetnej formie

     

    Dla Osaki był to pierwszy występ w Montrealu od 2018 roku. W pierwszej rundzie zmierzyła się z kanadyjską zawodniczką z dziką kartą, Arianą Arseneault, wygrywając pewnie 6:4, 6:2. Obecnie zajmująca 49. miejsce w rankingu WTA Japonka zaprezentowała błysk przebłysku dawnej klasy — tej samej, która przyniosła jej cztery tytuły wielkoszlemowe: dwa na Australian Open i dwa na US Open.

     

    Powrót do formy przychodzi w idealnym momencie — US Open zbliża się wielkimi krokami. Montreal jednak nie przywitał jej łagodnie — nocne alarmy i niejasności wokół jej sztabu szkoleniowego tworzą atmosferę napięcia.

     

    Na razie jednak Osaka skupia się wyłącznie na grze. W drugiej rundzie zmierzy się z Rosjanką Ludmiłą Samsonową. W przypadku zwycięstwa, w 1/8 finału zagra ze zwyciężczynią meczu między Meksykanką Renatą Zarazuą a dobrze znaną polskim kibicom Jeleną Ostapenko — pogromczynią Igi Świątek.

     

     

    Co dalej?

     

    Na razie oczy tenisowego świata są zwrócone na Naomi Osakę — nie tylko z powodu jej powrotu do formy, ale też z ciekawością, co przyniesie przyszłość. Czy Tomasz Wiktorowski stanie się nowym trenerem w jej narożniku? Czy Osaka wykorzysta chaos z Montrealu jako paliwo do głębokiego turniejowego biegu?

     

    Jedno jest pewne: Osaka wróciła — i zabrała ze sobą całą dramaturgię. Zarówno na korcie, jak i poza nim. Nawet schodząc 12 pięter po schodach.

     

  • Zszokowana i Wyeliminowana: Upadek Mistrzyni Wimbledonu, Którego Nikt Się Nie Spodziewał

    Zszokowana i Wyeliminowana: Upadek Mistrzyni Wimbledonu, Którego Nikt Się Nie Spodziewał

    Zszokowana i Wyeliminowana: Upadek Mistrzyni Wimbledonu, Którego Nikt Się Nie Spodziewał

    Jeszcze rok temu była u szczytu. Barbora Krejcikova – cicha bohaterka kortów, której triumf na Wimbledonie poruszył cały tenisowy świat – dziś musi pogodzić się z brutalną rzeczywistością. Marzenia o ponownej chwale prysły w mgnieniu oka. Jej błyskotliwa kariera, przyćmiona przez długą kontuzję i brak rytmu meczowego, właśnie doznała kolejnego ciosu. Montreal, który miał być nowym początkiem, okazał się bezlitosnym końcem.

     

    Czeszka, która w 2021 roku zdobyła Roland Garros, a w 2024 roku wzniosła prestiżowy puchar Wimbledonu, jeszcze kilka miesięcy temu kończyła sezon występem w półfinale WTA Finals. Wydawało się, że wszystko zmierza ku kolejnemu sukcesowi. Ale potem przyszedł niespodziewany zwrot akcji – poważna kontuzja pleców, która całkowicie wykluczyła ją z rywalizacji na ponad pół roku. Powrót do formy okazał się znacznie trudniejszy, niż mogłaby przypuszczać nawet sama mistrzyni.

     

    Do gry wróciła dopiero w maju, gdy rozpoczął się sezon na kortach ziemnych. Niestety, każdy kolejny występ zamiast być krokiem w przód, był raczej sygnałem alarmowym. W Strasburgu już w pierwszym meczu musiała uznać wyższość Magdy Linette. W Paryżu – mieście jej dawnej chwały – przegrała po drugim spotkaniu. Potem przyszły zmagania na trawie. Turniej w Eastbourne zakończyła na ćwierćfinale, ale ból uda nie pozwolił jej kontynuować. Choć wystartowała w Wimbledonie, odpadła już w trzeciej rundzie po porażce z Emmą Navarro, kończąc tym samym nadzieje na obronę tytułu.

     

    I wreszcie przyszedł Montreal. Turniej WTA 1000, w którym Krejcikova miała rozpocząć nowy rozdział. Jej przeciwniczką była była mistrzyni US Open, Bianka Andreescu, grająca z dziką kartą i plasująca się obecnie na 187. miejscu w rankingu WTA. Teoretycznie Krejcikova – mimo spadku na 80. pozycję – wciąż była faworytką. Ale kort szybko zweryfikował te przewidywania.

     

    Już w drugim gemie meczu Krejcikova musiała bronić break pointów. Wybrnęła z trudnej sytuacji, ale sama nie wykorzystała żadnej ze swoich szans na przełamanie. Gdy przy stanie 5:3 dla Andreescu pojawiła się kolejna okazja do odrobienia strat, ponownie zabrakło skuteczności. Kanadyjka zachowała zimną krew, obroniła dwa break pointy i zamknęła seta przy pierwszej okazji.

     

    Drugi set rozpoczął się znacznie lepiej dla czeskiej tenisistki. Przełamała Andreescu i szybko objęła prowadzenie 3:0. Wszystko wskazywało na to, że to moment przełomu. Jednak w tym właśnie momencie Kanadyjka ruszyła do kontrataku. Wygrała pięć gemów z rzędu, całkowicie przejmując kontrolę nad meczem. Krejcikova wyglądała na zdezorientowaną, jakby duch walki, który kiedyś ją napędzał, nagle ją opuścił. Ostatecznie Andreescu zwyciężyła 6:3, 6:4 i to ona awansowała do drugiej rundy, gdzie zmierzy się z utalentowaną Mirrą Andriejewą.

     

    Barbora Krejcikova – była mistrzyni, kobieta, która potrafiła zawojować wszystkie turnieje wielkoszlemowe w deblu i singlu – dziś zmaga się z czymś, czego nie da się pokonać jedynie siłą woli. Ciało odmawia posłuszeństwa, rytm meczowy jest zakłócony, a mentalne obciążenie po tylu porażkach staje się coraz trudniejsze do uniesienia.

     

    Czy to tylko przejściowy kryzys, czy początek nieuchronnego końca wielkiej kariery? Czas pokaże. Jedno jest pewne – Barbora Krejcikova nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa, ale jeśli chce wrócić na szczyt, czeka ją najtrudniejsza walka w życiu –ta z samą sobą.

     

  • Fantastyczne biegi polskich sztafet! Mamy kolejne złoto!

    Fantastyczne biegi polskich sztafet! Mamy kolejne złoto!

    Fantastyczne biegi polskich sztafet! Mamy kolejne złoto!

    Polskie sztafety mają się dobrze i wygląda na to, że w przyszłości także mogą! Nasi reprezentanci w składzie: Daniel Sołtysiak, Marcin Karolewski, Wiktor Wróbel i Maksymilian Szwed, zdobyli złoty medal Uniwersjady w sztafecie 4×400 metrów! Niemal równie wspaniale spisały się ich koleżanki z kadry, które na tym samym dystansie wywalczyły srebro!

     

    Polacy przez długi czas nie byli w stanie zdobyć złota na Uniwersjadzie w Zagłębiu Ruhry. Było już nawet tak, że mieliśmy trzynaście medali i żadnego złotego. Na szczęście do głosu doszła bieżnia. Najpierw sztafeta mieszana 4×400 metrów, a potem Filip Ostrowski na 1500 metrów i klątwa padła (później swoje dorzucili też siatkarze). Trzy dni minęły, a my znów możemy cieszyć się z polskiego zwycięstwa, ponownie na bieżni.

     

    Co za bieg! Zupełna dominacja!

     

    Jego autorami są członkowie męskiej sztafety 4×400 metrów w składzie: Daniel Sołtysiak, Marcin Karolewski, Wiktor Wróbel i Maksymilian Szwed. Polacy spisali się wprost fenomenalnie. Prowadzili niemal od początku do końca, a gdy Szwed przejmował pałeczkę jako ostatni, miał dużą przewagę. Naciskali go co prawda Węgier i Turek, ale w końcówce się pogubili, a Polacy z czasem 3:04.64 mogli cieszyć się ze złotych medali! Z kolei wspomniani reprezentanci Turcji oraz Węgier nie tylko nie odebrali nam złota, ale też nawet nie wywalczyli srebra, bo na ostatniej prostej wyprzedził ich Amerykanin (brąz dla Turków).

     

    Medal nie dla każdego. Ale dla Polek owszem!

     

    Srebro z kolei jak najbardziej padło łupem kolejnej naszej sztafety 4×400 metrów, tylko w wydaniu kobiecym. Nasze reprezentantki, które wystąpiły w składzie: Kinga Gacka, Weronika Bartnowska, Paulina Kubis i Aleksandra Formella, przez większość biegu goniły niesamowicie dysponowane Niemki. Nasze zachodnie sąsiadki wystrzeliły jak z katapulty, biegnąc z dużą przewagą przez cały bieg. Formella na ostatniej zmianie robiła, co mogła, ale strata była zbyt wielka. Reszta stawki przybiegła wiele metrów za czołową dwójką, a z tych ekip brąz wywalczyły Kanadyjki.

     

    Dzięki wyczynom naszych sztafet Polska ma aktualnie 22 medale, a w tym pięć złotych, dziewięć srebrnych i osiem brązowych, co w tabeli medalowej live daje nam 10. miejsce. Przypomnijmy, że niedziela 27 lipca to ostatni dzień rywalizacji w Niemczech.

     

    Dzięki wyczynom naszych sztafet Polska ma aktualnie 22 medale, a w tym pięć złotych, dziewięć srebrnych i osiem brązowych, co w tabeli medalowej live daje nam 10. miejsce. Przypomnijmy, że niedziela 27 lipca to ostatni dzień rywalizacji w Niemczech.

     

  • Polki mają grać w kraju na krawędzi wojny. Jest reakcja: “Ja mogę tu zostać”

    Polki mają grać w kraju na krawędzi wojny. Jest reakcja: “Ja mogę tu zostać”

    Polki mają grać w kraju na krawędzi wojny. Jest reakcja: “Ja mogę tu zostać”

    Polskie siatkarki na niespełna miesiąc przed mistrzostwami świata mogą martwić się nie tylko o swoją formę podczas tej imprezy, ale i o bezpieczeństwo. Najbardziej zaskoczona wieściami o konflikcie zbrojnym na granicy będącej gospodarzem turnieju Tajlandii była Malwina Smarzek. I to ona wyszła z pewną propozycją.

     

    Tajlandia to turystyczny raj, ale obecnie jest o niej głośno za sprawą walk na granicy z Kambodżą. Polskie siatkarki co prawda na razie skupiają się na niedzielnym meczu o trzecie miejsce w Lidze Narodów w Łodzi, ale docierają do nich też informacje o sytuacji w kraju, do którego mają się niedługo udać na mistrzostwa świata. W rozmowie z dziennikarzami kilka z nich odniosło się do sprawy.

     

    Polka przeżyła już podobną sytuację. “Widać było, że coś się dzieje”

     

    Polki w sobotę zaliczyły brutalną weryfikację w półfinale LN – przegrały po słabym meczu z Włoszkami 0:3. O trzecie z rzędu zajęcie trzeciego miejsca w tych prestiżowych rozgrywkach powalczą w niedzielę z Japonkami. Ale z tyłu głowy one same i kibice mają już rozpoczynające się 22 sierpnia MŚ. A za sprawą wrzenia na granicy z Kambodżą i wprowadzenia stanu wojennego w tamtym rejonie Tajlandii w pełni zasadne są pytania o bezpieczeństwo uczestniczek siatkarskiego mundialu. Co na to same Polki, które pierwszy mecz grupowy rozegrają w Phuket 23 sierpnia?

     

    – Słyszałyśmy o tym coś, ale na razie to jest z boku. Teraz musimy się skupić na tym, co tu i teraz, czyli na niedzielnym meczu. A potem będziemy się martwić tym, jak wygląda tamtejsza sytuacja – zaznacza Katarzyna Wenerska.

     

    Gdy pytam ją, czy w przeszłości grała już w kraju, w którym panowała napięta sytuacja polityczna, to przypomina wyjazdowy mecz Ligi Mistrzów z ukraińskim WK Prometej Dnipro, który odbył się w grudniu 2021 roku, czyli niespełna trzy miesiące przed atakiem zbrojnym Rosji, który rozpoczął pełnoskalową wojnę.

     

    – Już wtedy, gdy tam byłyśmy, to widać było, że coś się dzieje. Bardzo dużo wojskowych za nami chodziło, zatrzymywano często do kontroli – wspomina rozgrywająca Biało-Czerwonych.

     

    Ale stwierdza też, że tamte okoliczności nie sprawiły, by ona czy jej koleżanki miały problem z grą.

     

    Polki czekają na decyzję PZPS. Smarzek ma propozycję

     

    Za sprawą agresji militarnej Rosji trzy lata temu kraj ten stracił miano gospodarza MŚ siatkarzy. Organizację imprezę przejęły wówczas Polska i Słowenia. Wielka ranga zbliżającego się turnieju w Tajlandii sprawia, że temat jest mocno dyskutowany, a działacze obserwują rozwój sytuacji. W cytowanym przez Interię komunikacie Międzynarodowa Federacja Piłki Siatkowej (FIVB) zaznaczyła już jednak, że kobiecy mundial zgodnie z planem odbędzie się w Tajlandii. Z pewnością znaczenie może mieć tu fakt, że zostało bardzo mało czasu na szukanie alternatywy. W oświadczeniu zapewniono o stałym kontakcie z wszystkimi federacjami i priorytetowym traktowaniu bezpieczeństwa uczestników.

     

    Na kolejne wieści od władz FIVB czeka m.in. Polski Związek Piłki Siatkowej. Szef krajowej federacji Sebastian Świderski w rozmowie z Interią zapowiedział też późniejsze rozmowy z przedstawicielami ministerstwa sportu i ministerstwa spraw zagranicznych.

     

    – My zrobimy to, co zdecyduje związek. Myślę, że jego władze będą bardzo patrzeć na nasze bezpieczeństwo i nie będzie tu żadnej pochopnych decyzji – podkreśla środkowa Magdalena Jurczyk.

     

    Najbardziej zaskoczona całą sprawą była zaś Malwina Smarzek. Gdy jeden z dziennikarzy spytał, czy śledzi sytuację dotyczącą Tajlandii, to najpierw odparła: “Co tam się dzieje? Bo ja jestem odcięta do świata”. Gdy zaś dowiedziała się, że chodzi o konflikt zbrojny, to sama zaczęła dopytywać przedstawicieli mediów o szczegóły.

     

    – Może dziewczyny wiedzą coś więcej, ale pewnie prędzej mają informacje z sieci, które też wy macie. Ja mam akurat tak, że podczas takich turniejów jak ten jestem totalnie wyłączona. Ewentualnie tylko mam kontakt z rodziną, czasami zerknę na Instagrama. Ale to na pięć minut, a poza tym staram się raczej skupić na tym, co się dzieje tutaj. Jestem zaskoczona – nie kryje doświadczona atakująca.

     

    Wychodzi też z pewną propozycją. – No i co? Gramy w Łodzi? Ja mogę tu zostać. Czasu na zmiany jest bardzo mało. A tu mamy już wszystko rozstawione – dodaje nieco żartobliwie 29-latka.

    Ale zarówno ona, jak reszta reprezentantek Polski, zdają sobie sprawę, że cała sytuacja jest poważna i czekają na kolejne informacje. Wszystkie spotkania grupowe MŚ Biało-Czerwone mają rozegrać w Phuket, a faza pucharowa odbędzie się w Bangkoku.

  • Oto co Włosi napisali o polskich kibicach. Kilka słów prawdy

    Oto co Włosi napisali o polskich kibicach. Kilka słów prawdy

    Oto co Włosi napisali o polskich kibicach. Kilka słów prawdy

    W półfinale Ligi Narodów Kobiet reprezentacja Włoch bez problemu pokonała Polskę (25:18, 25:16, 25:14) i w niedzielę zagra w meczu o tytuł. Jakkolwiek brutalnie nie zabrzmiałoby to dla Biało-Czerwonych, na Włochach największe wrażenie zrobili polscy fani. Choć i w “starciu” z nimi Italia miała powód do zadowolenia.

     

    Polscy kibice siatkówki od lat uważani są za jedną z najlepszych grup kibiców na świecie. Dowodzą tego liczne wydarzenia, które FIVB czy CEV decydują się organizować nad Wisłą. Wybór naszego kraju to w końcu gwarancja dobrej frekwencji i świetnej atmosfery na trybunach. Tak było też podczas turnieju finałowego Ligi Narodów Kobiet w łódzkiej Atlas Arenie.

     

    Uwagę na to zwróciła także reprezentantka Włoch, Alice Degradi w rozmowie z krajowym oddziałem SkySport. Przed meczem z Polską powiedziała, że spodziewa się, iż podczas gry z gospodyniami turnieju finałowego, ona i jej koleżanki nie będą ulubienicami trybun, na których spodziewała się kompletu kibiców.

     

    – Wspaniale będzie zagrać na wypełnionej po brzegi hali, takiej jak Atlas Arena. Oczywiście, będziemy mieli wszystkich fanów przeciwko sobie, co zdarzyło nam się już kilkukrotnie podczas poprzednich gier w tegorocznej Lidze Narodów, ale jestem pewna, że będzie to dla nas bodźcem do osiągnięcia dobrego wyniku – stwierdziła Degradi.

     

    Najwyraźniej tak właśnie się stało, gdyż Włoszki pokonały Polki po trzech setach i mało wyrównanym spotkaniu.

     

    Komplementowali Polaków także po meczu. Ale zwrócili uwagę na jeden fakt

     

    Massimo Barbolini, który we włoskim zespole pełni rolę asystenta trenera Velasco, cytowany przez SkySport także docenił polskich fanów, a także mentalność Włoszek: – Rozegraliśmy jeden z najlepszych meczów w VNL. Dziewczyny spisały się fantastycznie, wspaniale jest grać przed taką publicznością. Zawodniczki pokazały, jak bardzo chcemy wygrać te rozgrywki.

     

    Portal ansa.it także zmierzył siłę włoskiej reprezentacji przez pryzmat wypełnionej po brzegi polskiej hali. “Nawet 13 000 kibiców zgromadzonych na łódzkiej Atlas Arenie nie zdołało zaspokoić pragnienia zwycięstwa włoskiej drużyny Julio Velasco, która pokonała Polskę 3:0” – czytamy w relacji.

     

    Z kolei “La Repubblica” opisała, że Włoszki “zmiażdżyły gospodynie z Polski 3-0 na wypełnionej po brzegi, czerwono-białej arenie w Łodzi”. Gazeta pozwoliła sobie także na drobny przytyk wobec polskich kibiców, którzy zostali uciszeni przez znakomicie grające Włoszki.

     

    “Danesi i Sylla były filarami drużyny, która wygrywa nawet wtedy, gdy gra słabo, a co dopiero, gdy jest tak znakomita, jak w półfinale z Polską. Na oniemiałej arenie” – kończy opis spotkania “La Repubblica”.

     

    Reprezentacja Włoch zagra w finale Ligi Narodów Kobiet w niedzielę o godzinie 20:00, a jej rywalem będzie Brazylia. Wcześniej, o godzinie 16:00, Polska rozpocznie spotkanie o brązowy medal z Japonią.

  • Zlekceważona Mistrzyni? Ekspert Wypowiada Się Bezlitośnie – Świątek Zupełnie Pominięta w Prognozach Przed US Open”

    Zlekceważona Mistrzyni? Ekspert Wypowiada Się Bezlitośnie – Świątek Zupełnie Pominięta w Prognozach Przed US Open”

    „Zlekceważona Mistrzyni? Ekspert Wypowiada Się Bezlitośnie – Świątek Zupełnie Pominięta w Prognozach Przed US Open”

    Zaledwie miesiąc dzieli nas od wielkiego finału sezonu – US Open, ale już teraz emocje sięgają zenitu. Iga Świątek, która nie tak dawno temu wstrząsnęła tenisowym światem swoim triumfem na Wimbledonie, nie znalazła się w gronie faworytek do zwycięstwa w Nowym Jorku. Dla wielu fanów to szok, ale dla jednego z ekspertów – to całkowicie logiczne. Renzo Furlan, były trener Jasmine Paolini, wyraził opinię, która może wywołać burzę.

     

    Od kryzysu do wielkiego triumfu – jak Świątek odmieniła swój sezon

     

    Jeszcze kilka miesięcy temu jej forma była przedmiotem licznych dyskusji. Wydawało się, że sezon 2024 może przejść do historii jako jeden z najsłabszych w karierze raszynianki. Porażki w Madrycie, Rzymie oraz niespodziewane odpadnięcie z Roland Garros mocno nadszarpnęły jej reputację jako tenisistki, która nie schodzi z najwyższego poziomu.

     

    Wtedy jednak nadeszła trawa – nawierzchnia, której Iga wcześniej unikała jak ognia. W przeszłości miała z nią same problemy, a w mediach nie brakowało głosów, że to „jej pięta achillesowa”. Ale w Bad Homburg coś się zmieniło. Świątek dotarła aż do finału, a zaledwie kilkanaście dni później dokonała czegoś, czego nikt się nie spodziewał – wygrała Wimbledon, zdobywając swój pierwszy wielkoszlemowy tytuł na trawie.

     

    Nadzieje Polaków rosną – ale nie wszyscy w nią wierzą

     

    Zwycięstwo na londyńskich kortach od razu rozbudziło oczekiwania kibiców. Wielu z nich zaczęło marzyć o kolejnym tytule – tym razem na betonowych kortach US Open. Tym bardziej że Świątek ma już doświadczenie w triumfie w Nowym Jorku – w 2022 roku sięgnęła po prestiżową statuetkę, jednocześnie cementując swoją pozycję jako liderki światowego rankingu WTA.

     

    Dlatego też dla wielu zaskoczeniem była wypowiedź Renzo Furlana, który otwarcie pominął nazwisko Polki, gdy typował swoje faworytki do wygrania US Open 2025. W rozmowie cytowanej przez portal „Essentially Sports”, Włoch bez wahania wskazał dwie zawodniczki: Arynę Sabalenkę i Cori „Coco” Gauff.

     

    I na tym koniec. Ani słowa o Świątek. Ani jednego gestu uznania za przełomowy triumf na Wimbledonie. Ani jednej wzmianki o tym, że raszynianka jest jedną z najbardziej utytułowanych i doświadczonych zawodniczek w stawce.

     

    Świątek kompletnie pominięta – przypadek czy świadomy sygnał?

     

    To całkowite zignorowanie Igi Świątek przez Furlana może dziwić. Nie tylko ze względu na jej wyniki, ale też fakt, że od lat znajduje się w czołówce światowego tenisa. Mimo kryzysów, zawirowań i presji, Polka udowodniła nie raz, że potrafi wrócić silniejsza. Właśnie to pokazała na Wimbledonie – zmieniając wizerunek „słabej na trawie” w jedną z najbardziej nieprzewidywalnych i niebezpiecznych zawodniczek na świecie.

     

    Czy jednak Furlan czegoś nie widzi? A może jego typy opierają się na czymś więcej – analizie stylów gry, formy fizycznej, lub… po prostu własnych przekonaniach? Tego nie wiemy. Wiadomo jednak, że jego słowa nie przejdą bez echa w polskim środowisku tenisowym.

     

    Czas na Montreal – pierwszy test przed Nowym Jorkiem

     

    Na odpowiedź Świątek nie będziemy musieli długo czekać. Już za kilka dni przystąpi ona do turnieju WTA w Montrealu – pierwszego z dwóch głównych sprawdzianów przed US Open. 26 lipca poznaliśmy pełną drabinkę turniejową, a raszynianka z pewnością będzie chciała udowodnić, że zasługuje na miano faworytki nie tylko w oczach kibiców, ale i ekspertów.

     

    Czy zignorowanie jej przez Furlana będzie dla niej dodatkową motywacją? Historia pokazuje, że Iga najlepiej gra wtedy, gdy nikt na nią nie stawia. A może to właśnie ten moment, gdy znów zaskoczy świat?

    Jedno jest pewne – emocje dopiero się rozkręcają.