Category: Celebrities

  • Abramowicz czy Fissette? Oto kto rządzi w boksie Igi Świątek

    Abramowicz czy Fissette? Oto kto rządzi w boksie Igi Świątek

    Abramowicz czy Fissette? Oto kto rządzi w boksie Igi Świąte

     

    Rola Darii Abramowicz w sztabie Igi Świątek stała się ostatnio tematem żywych dyskusji. Część ekspertów zwracała uwagę, że ich współpraca wykracza poza tradycyjną relację: psycholog – klient. Przekonał się o tym dziennikarz Sebastian Parfjanowicz, który na żywo obserwował pracę boksu naszej tenisistki. A w nim dominującą postacią była właśnie Abramowicz. – Pojawiały się z jej ust również stricte techniczne uwagi – zauważył.

     

    Iga Świątek we wtorek awansowała do ćwierćfinału turnieju w Madrycie. Mecz z Dianą Sznajder, choć rozpoczął się dla Polki fantastycznie, wcale nie należał do łatwych. Po tym, jak pierwszą partię wygrała w 22 minuty 6:0, w kolejnej potwornie się męczyła i przegrała po tie-breaku. Na szczęście w decydującym secie pozbierała się i zwyciężyła 6:4. Starcie kosztowało jednak sporo nerwów zarówno ją, jak i jej sztab.

     

    Tak wygląda prawda o boksie Igi Świątek. “Zdecydowanie najwięcej mówi Daria”

    A jego pracy na własne oczy postanowił przyjrzeć się dziennikarz “Przeglądu Sportowego” Sebastian Parfjanowicz. A wszystko po to, by wyłapać szczegóły, których nie da się dostrzec w telewizji. Okazuje się, że w pierwszej odsłonie, gdy Świątek absolutnie zdominowała rywalkę, nawet nie spoglądała w stronę swojego boksu. Mimo to sporo się w nim działo. – Zdecydowanie najwięcej w boksie Igi mówi Daria (Abramowicz – przyp. red.). Psycholożka Świątek nieustannie dzieliła się uwagami z Fissette’em. Po gestach, imitujących uderzenia rakietą, widać było, że poruszają także tematy techniczne – odnotował Parjanowicz.

     

    Sytuacja zmieniła się dopiero, gdy Świątek na początku drugiej odsłony przestała sobie radzić. Od razu widać było u niej irytację i zwieszone ramiona. Często powtarzała do siebie: “Co jest?”. Wtedy też regularnie spoglądała w kierunku swojego sztabu.

     

    Zaskakujące sceny na meczu Świątek. Abramowicz naprawdę to powiedziała

    A z niego uwagi płynęły jedynie od dwóch osób – trenera Wima Fissette’a oraz psycholożki Darii Abramowicz. Oboje komunikowali się jednak w zupełnie innym sposób. – Fissette robi to ze spokojem, wręcz flegmą i przede wszystkim między gemami. Krótko, precyzyjnie – np. “graj jej więcej na bekhend”. Jeśli Iga potrzebuje podłączenia do agregatu, to od tego ma Abramowicz. Ona wstaje z zaciśniętą pięścią, ona głośno pokrzykuje między punktami. Głównie hasła motywacyjne, wolicjonalne. Najczęściej powtarzającym się zwrotem w meczu ze Sznajder było: “dawaj, dalej!” – relacjonował dziennikarz.

     

    W trzecim secie najbardziej dało się odczuć, że najbardziej dominujący jest głos psycholożki. Jak ujawnił Parjanowicz, w najbardziej emocjonalnych momentach odzywała się tylko ona. Fissette dalej włączał się jedynie między gemami. – “Hop, hop”, “Dalej, Iga” – pokrzykiwała Daria Abramowicz, ale pojawiały się z jej ust również stricte techniczne uwagi. “Bekhend płasko!” – wykrzyczała w emocjach po jednym z nieudanych zagrań Świątek pani psycholog – zdradził.

     

    W kluczowym momencie po jednej z serii błędów Świątek wydawała się już bezradna. – Cały czas jesteś w grze i tylko to się liczy – powiedziała jej wówczas Abramowicz. Podziałało, bo tenisistka wyszarpała zwycięstwo, a w boksie zapanowała olbrzymia radość. Co może dziwić, to fakt, że obie komunikowały się… po polsku, więc belgijski szkoleniowiec nawet nie mógł ich zrozumieć.

  • Była 23.55, gdy Świątek zmarnowała meczbola. “Złamane serce”

    Była 23.55, gdy Świątek zmarnowała meczbola. “Złamane serce”

    Była 23.55, gdy Świątek zmarnowała meczbola. “Złamane serce”

    “To był epicki pojedynek, w którym Iga Świątek miała piłkę meczową, ale nie potrafiła jej wykorzystać. Amerykanka Madison Keys zaskoczyła światową numer dwa” – relacjonowało CNN ostatni pojedynek tych tenisistek. W styczniu Świątek przegrała z Keys 7:5, 1:6, 6:7 w nocnym półfinale Australian Open. Teraz panie zmierzą się w ćwierćfinale turnieju WTA 1000 w Madrycie.

     

    Iga Świątek grała najpierw wspaniale, a później słabo w czwartej rundzie turnieju w Madrycie przeciw Dianie Sznajder. Na szczęście nawet w najtrudniejszych momentach nie zwątpiła w siebie i pokonała Rosjankę 6:0, 6:7, 6:4. Teraz w ćwierćfinale Polka zmierzy się z jeszcze trudniejszą rywalką.

     

    Sznajder to młoda, utalentowana zawodniczka, która wspięła się na 13. miejsce w rankingu WTA. Natomiast Keys to doświadczona tenisistka, która po latach bycia w czołówce teraz przeżywa swój najlepszy sezon. W światowym rankingu jest piąta. A w styczniu osiągnęła największy sukces w karierze, wygrywając Australian Open. Droga do tego triumfu wiodła przez dreszczowiec ze Świątek.

     

    Świątek nie miała świetnego dnia, ale świetnie walczyła

    „Madison Keys lepiej serwowała, Madison Keys mocniej i pewniej uderzała, Madison Keys zdobyła więcej punktów w całym meczu (111:100), Madison Keys niespodziewanie, ale zasłużenie pokonała Igę Świątek w półfinale Australian Open. Takie są fakty” – pisaliśmy w smutne popołudnie 23 stycznia tuż po meczu, który Iga Świątek mimo wszystko mogła wygrać.

     

    W Melbourne był już wtedy 24 stycznia. Mecz skończył się dziesięć minut po północy czasu lokalnego. I kwadrans po tym, jak Świątek zmarnowała meczbola. Zegary na pięknym korcie Rod Laver Arena pokazywały godzinę 23.55, gdy po dwóch godzinach i 20 minutach gry Świątek serwowała na zwycięstwo. Prowadziła 7:5, 1:6, 6:5, 40:30. Serwis Świątek, forhendowy return Keys i bekhend Igi z niskiej pozycji, po którym piłka zatrzymała się w siatce – przebieg tamtej akcji zapewne pamięta wielu kibiców.

     

    “Ta porażka będzie szczególnie bolesna dla Świątek, która miała piłkę meczową, ale nie potrafiła jej wykorzystać i awansować do swojego pierwszego finału Australian Open. Oznaczało to, że mecz rozstrzygnie się w 10-punktowym tie-breaku, co tylko jeszcze bardziej złamało serce Świątek. Prowadziła przez niemal cały tie-break i była dwa punkty od zwycięstwa przy wyniku 8-7. Jednak seria potężnych uderzeń Keys przełamała opór Świątek. Amerykanka wygrała ostatnie trzy punkty, przypieczętowując zwycięstwo 10-8 i awansując do swojego pierwszego finału wielkoszlemowego od US Open 2017″ – relacjonowało CNN.

     

    – Iga miała piłkę meczową na finał. I to przy własnym serwisie. Nie wykorzystała jej i odpadła. To brutalny moment – komentował później dla Sport.pl Tim Henman, kiedyś świetny tenisista, a obecnie ekspert Eurosportu.

     

    To bolało, bo finał był tak blisko, choć Iga nie grała najlepszego meczu. „Generalnie w tym meczu Igę zawodził serwis (popełniła aż siedem podwójnych błędów serwisowych i dała się przełamać aż osiem razy), a wiele razy zawodziły ją też nerwy (popełniła aż 40 niewymuszonych błędów przy tylko 22 uderzeniach kończących – Amerykanka miała bilans 36:41). Świątek bywała zbyt niecierpliwa. Zdarzało się, że na siłę rywalki próbowała odpowiadać jeszcze większą siłą, co odbierało jej kontrolę uderzeń. Ale tym razem nie zobaczyliśmy tego scenariusza, który już dobrze znamy. Iga wpadła w poważne tarapaty i próbowała znaleźć wyjście z nich nie poprzez bicie głową w mur, co zdarzało się jej w przeszłości, tylko próbowała to zrobić dzięki ogromnej pracy w obronie. Dzięki wręcz cierpieniu w grze defensywnej. I to granie prawie doprowadziło do wielkiego sukcesu” – analizowaliśmy wtedy.

     

    My analizowaliśmy w smutku, a Amerykanie w radości. Wkrótce ich radość była wielka, pełna, bo w finale Keys sprawiła kolejną niespodziankę, pokonując Arynę Sabalenkę.

     

    Keys szczerze o graniu ze Świątek: „Do bani!”

    Dla Keys ostatni mecz ze Świątek był przełomem. Wcześniej Iga była jedną z najtrudniejszych rywalek w jej całej karierze – do półfinału Australian Open 2025 Polka wygrała aż cztery z pięciu meczów z Amerykanką.

     

    Pewnego razu Madison została zapytana przez jednego z dziennikarzy o to, jak się gra przeciw Idze. – Do bani! Tak, do bani! – odpowiedziała.

     

    To było zaledwie rok temu temu. Wtedy Świątek pokonała Keys w półfinale w Madrycie i w ćwierćfinale w Rzymie. W obu meczach triumfy Polki były bezdyskusyjne, oba skończyły się takimi samymi wynikami – 6:1, 6:3. Amerykanka była szczególnie sfrustrowana, bo dwa razy w ciągu zaledwie 12 dni musiała się zmierzyć z Polką na mączce, czyli na nawierzchni, na której Iga czuje się najlepiej. Z kolei Keys woli korty twarde.

     

    -Świątek bardzo dobrze porusza się po korcie ziemnym. Potrafi w kółko resetować się po każdym punkcie, więc tak naprawdę nigdy nie możesz przejąć inicjatywy. Wtedy starasz się zrobić coś z niczego. Ona wykonuje po prostu dobrą pracę na korcie i ciągle wywiera na tobie presję – tłumaczyła Keys. – Jestem pod wielkim wrażeniem dokładności jej uderzeń i głębi gry. Grając z nią, musisz cały czas ciężko pracować. Żeby zdobyć punkt, musisz zagrać wspaniałą akcję. A trudno to zrobić, gdy każda piłka od niej leci szybko i ląduje głęboko. Ona prowokuje rywalki do coraz większego ryzykowania, przy czym wygląda na to, że sama tak naprawdę nie podejmuje ryzyka, bo jej piłki lądują z dobrym marginesem błędu – dodawała.

     

    Nic dziwnego, że w drugim z tamtych meczów Keys była potężnie sfrustrowana. Do tego stopnia, że gdy już zdała sobie sprawę ze swej totalnej bezradności (przy wyniku 1:6, 1:3), to po jednej z akcji nie tylko cisnęła rakietą w kort, ale jeszcze tę rakietę kopnęła.

     

    Na mączce Świątek zawsze wygrywała

    Czy jest szansa, że teraz Świątek znów tak zdominuje Amerykankę? Trudno powiedzieć. Niby trudno się tego spodziewać po tym, co na razie Iga pokazała w turnieju. W pierwszym meczu, z Filipinką Ealą, Polka się męczyła i wygrała w trzech setach, popełniając aż 57 niewymuszonych błędów. Następnie pewnie pokonała Czeszkę Noskovą 6:2, 6:4. A w końcu przeciw Sznajder zagrała koncertowego seta (6:0 w 22 minuty), po czym strasznie zjechała z poziomem gry i wyszarpała zwycięstwo 6:0, 6:7, 6:4, popełniając w sumie aż 56 niewymuszonych błędów w meczu.

     

    Keys aż takich wahań nie zalicza. Przed chwilą pokonała Donnę Vekić 6:2, 6:3. Wcześniej wygrała z Anną Kalinską 7:5, 7:6 i Lucię Bronzetti 6:4, 6:3. W sumie w 2025 roku Keys wygrała aż 23 ze swych 27 meczów i zdobyła już dwa tytuły (przed AO wygrała turniej w Adelajdzie). Dla porównania: bilans Świątek to 25 wygranych i siedem przegranych. Oraz zero tytułów.

     

    Tak naprawdę chyba jedynym bolesnym dla niej momentem w sezonie była klęska z Sabalenką w półfinale w Indian Wells. Białorusinka, wygrywając 6:0, 6:1 wzięła na Amerykance rewanż za porażkę z Australian Open. Czy Świątek w pierwszym spotkaniu z Keys po AO też to zrobi? Czy będzie w stanie wygrać i awansować do półfinału turnieju w Madrycie? Za Igą na pewno przemawia fakt, że na kortach ziemnych mierzyła się z Keys już trzy razy i nigdy nie przegrała nawet seta.

  • Gwiazda polskiej siatkówki ucina spekulacje. To dlatego nie będzie jej w kadrze

    Gwiazda polskiej siatkówki ucina spekulacje. To dlatego nie będzie jej w kadrze

    Gwiazda polskiej siatkówki ucina spekulacje. To dlatego nie będzie jej w kadrze

    Powołania Stefano Lavariniego do reprezentacji Polski na najbliższy sezon przyniosły kilka niespodzianek. Jedną z największych jest brak na liście Marii Stenzel, która przez lata była podstawową libero kadry. 26-letnia siatkarka wyjaśniła powody swojej nieobecności w reprezentacji w wypowiedzi dla Magazynu TAURON Ligi. Ucięła też spekulacje dotyczące jej przyszłości w drużynie Lavariniego.

    W tym roku Stefano Lavarini na wstępnej liście kadrowiczek umieścił aż 33 nazwiska. Selekcjoner reprezentacji Polski zapowiada, że w tym sezonie chce rozpocząć nowy cykl olimpijski i przetestować nowe zawodniczki.

    Jednocześnie w kadrze brakuje kilku dobrze znanych twarzy. Na liście zabrakło między innymi czterech siatkarek, które Lavarini zabrał na ubiegłoroczne igrzyska olimpijskie w Paryżu: Klaudii Alagierskiej, Natalii Mędrzyk, Joanny Wołosz i Marii Stenzel. O ile Wołosz już wcześniej zapowiedziała koniec reprezentacyjnej kariery, o tyle brak pozostałej trójki nie został wyjaśniony.

    “Niektóre zawodniczki nie zgłosiły swojej gotowości do gry w kadrze – część nie może być dostępna z powodów zdrowotnych, inne ze względu na osobiste sprawy i wybory. Dbam o prywatność każdej z nich oraz o wyłączność rozmów, które z nimi przeprowadziłem” – skwitował Lavarini.

    Polska siatkarka poza reprezentacją Polski. Przez lata była ważnym ogniwem

    Głos w sprawie swojej nieobecności w reprezentacji Polski zabrała jednak Stenzel. Libero ŁKS Commercecon Łódź w tym sezonie cieszyła się ze srebrnego medalu TAURON Ligi, a w kadrze występuje od 2018 r. Przez lata była podstawową libero kadry. To zmieniło się dopiero w poprzednim sezonie, przede wszystkim za sprawą pecha siatkarki, która już na początku przygotowań do sezonu olimpijskiego musiała mierzyć się z operacją wyrostka robaczkowego.

    Udanie zastąpiła ją Aleksandra Szczygłowska, ale Lavarini czekał na powrót Stenzel do zdrowia i zabrał ją na turniej do Paryża. W tym sezonie siatkarki w kadrze jednak nie będzie. Swoją decyzję wytłumaczyła w rozmowie wyemitowanej na kanale “Siatkarskie Ligi” na platformie YouTube.

    “Nie chcę, żeby ludzie odebrali to tak, że to, co wydarzyło się w zeszłym sezonie kadrowym, wpłynie na mnie i ja do tej reprezentacji nie chcę należeć. Ludzie tego nie wiedzą, ale myślałam już o przerwie w reprezentacji w momencie, kiedy grałam cały sezon reprezentacyjny od deski do deski, grałam każdy mecz. A teraz pojawiły się już znaki, że ta przerwa może być jeszcze w ramach zdrowego rozsądku. W zeszłym roku mój wyrostek, zaczęła grać Ola, jest w rytmie meczowym, wie, z czym to się je, grała na igrzyskach. I moim zdaniem jest już w tym sezonie pewniakiem w reprezentacji. Uważam, że nie ma z tego tytułu żadnego problemu, że mnie w tym roku tam nie będzie” – przekonuje Stenzel.

    Maria Stenzel jasno w sprawie przyszłości w kadrze. “Nieprawdziwa informacja”

    Siatkarka zdradziła też, jak na jej decyzję zareagował selekcjoner. Lavarini od początku swojej pracy w roli trenera kadry – objął posadę w 2022 r. – zdecydowanie stawiał na Stenzel. I raczej nie zakładał, że może zabraknąć jej w jego drużynie.

    “Był zaskoczony decyzją, to na pewno. Ale podszedł do tego bardzo ludzko, zrozumiał to wszystko. Powiedziałam mu bardzo szczerze. Bardzo pozytywna rozmowa, bardzo się z tego cieszę. Zawsze między nami było bardzo duże zaufanie” – podkreśla libero.

    Plotki o tym, że Stenzel nie będzie w kadrze na ten sezon, pojawiły się jeszcze zanim Lavarini 29 kwietnia ogłosił listę powołanych do reprezentacji Polski. Libero postanowiła więc uciąć spekulacje na temat jej dalszej przyszłości w kadrze. Jak zaznacza, nie zamyka sobie drzwi do powrotu do gry w biało-czerwonej koszulce.

    To, co trafiało do mediów społecznościowych, że kończę karierę reprezentacyjną, jest nieprawdą, nieprawdziwą informacją. Wiadomo, że ciężko będzie do tej reprezentacji się wbić ponownie. Podchodzę do tego bez presji. Jeżeli trener Lavarini nie będzie mnie dalej widział w reprezentacji, to absolutnie to rozumiem. Natomiast jeśli będzie mnie widział, będzie mi bardzo miło. Czas pokaże. Widziałam nowe nazwiska na tej liście, zobaczymy

    ~ mówi siatkarka.

    W tym roku Lavarini powołał do kadry cztery libero. Oprócz Szczygłowskiej w reprezentacji będzie Justyna Łysiak, która już w poprzednim sezonie pokazała się z niezłej strony w Lidze Narodów. Do tego zaproszenie na zgrupowanie otrzymała 20-letnia Klaudia Łyduch i 26-letnia Adriana Adamek.

    Reprezentacja Polski do sezonu będzie przygotowywać się w Wałczu. Pierwsze zawodniczki pojawią się na zgrupowaniu 4 maja. Do 7 maja Lavarini musi zgłosić listę 30 zawodniczek na Ligę Narodów do FIVB. W tym sezonie turniej finałowy odbędzie się w Łodzi. W sierpniu “Biało-Czerwone” wystąpią też w mistrzostwach świata.

     

  • Hurkacz zwrócił się do kibiców po porażce w Madrycie. Kilka słów prawdy

    Hurkacz zwrócił się do kibiców po porażce w Madrycie. Kilka słów prawdy

    Hurkacz zwrócił się do kibiców po porażce w Madrycie. Kilka słów prawdy

    Kilka dni temu Hubert Hurkacz pożegnał się z ATP 1000 Madryt już po pierwszym meczu. Przegrał 4:6, 5:7 z Francuzem Benjaminem Bonzi, który plasuje się w drugiej pięćdziesiątce światowego rankingu. Kiedy emocje już opadły, we wtorkowe popołudnie Polak przemówił do fanów za pośrednictwem mediów społecznościowych. Przy okazji dowiedzieliśmy się, na jakim turnieju w najbliższym czasie zobaczymy naszego najlepszego tenisistę.

     

    Jak na razie obecny sezon w wykonaniu Huberta Hurkacza (28. ATP) jest dosyć przeciętny. Po porażce z Taylorem Fritzem w finale United Cup 28-latek odpadł w drugiej rundzie Australian Open. Następnie zobaczyliśmy go w Rotterdamie, gdzie zaprezentował się juz bardzo solidnie. Dopiero w półfinale musiał uznać wyższość Carlosa Alcaraza. Kolejnym turniejem dla Polaka był ATP 250 Marsylia, gdzie na samym starcie poległ w meczu z Chińczykiem Zhizhen Zhangiem. Później przyszedł czas na Indian Wells.

     

    Tam – dokładnie 10 marca – w trzeciej rundzie wyraźnie przegrał z Alexem De Minaurem 4:6, 0:6. Po tym spotkaniu Hurkacz udał się na półtoramiesięczną przerwę spowodowaną urazem pleców. To sprawiło, że nie pojawił się w Miami, Monte Carlo czy Monachium, co oznaczało kolejne straty punktów. W ostatni piątek nasz zawodnik wrócił do rywalizacji na Mutua Madrid Open. Niestety w stolicy Hiszpanii również nie poszło mu najlepiej.

     

    Hurkacz przemówił do fanów. Cztery dni po porażce

     

    W drugiej rundzie 28-latek trafił na Benjamina Bonziego (62. ATP), z którym w przeszłości wygrywał dwukrotnie, bez starty seta. Zupełnie inny scenariusz miał miejsce na madryckim korcie. W pierwszym secie Hurkacz przegrał 4:6 po tym, jak przy stanie 4:4 Francuzowi udało się zanotować arcyważne przełamanie. W drugiej partii Polak także przegrał gema w kluczowym momencie, kiedy piłka była po jego stronie. “Bonzi wywalczył sobie break pointa i niestety został on wykorzystany. Przy stanie 6:5 Francuz serwował po zamknięcie pojedynku. Wykorzystał drugiego z trzech meczboli i zakończył spotkanie rezultatem 6:4, 7:5” – pisał w pomeczowej relacji Mateusz Stańczyk z Interii Sport.

     

    Kilka dni po tej porażce Hubert Hurkacz opublikował wpis w mediach społecznościowych, w którym podziękował kibicom za doping w Madrycie. Oprócz tego potwierdził, że lada moment znów zobaczymy go na światowych kortach.

     

    Madryt nie poszedł po mojej myśli, ale wspaniale było znów rywalizować i zobaczyć wszystkich fanów. Dziękuję za to, że zawsze byli przy mnie. Teraz wróciłem z zespołem do Marbelli i pracuję dalej. Krok po kroku i gotowy do dalszego działania. Do zobaczenia w Rzymie

    ~ czytamy.

    https://x.com/HubertHurkacz/status/1917249667772920101

    Do wpisu 28-latek dołączył zdjęcie, na którym pozuje u boku swojego trenera – Nicolasa Massu. Zawody ATP 1000 Rzym potrwają od 7 do 18 maja. W poprzednim roku Hurkacz w stolicy Włoch zakończył rywalizację na ćwierćfinale po porażce z Tommym Paulem. Jak będzie tym razem?

     

  • “Nieczysta” gra Marca-Andre ter Stegena wobec Wojciecha Szczęsnego. “Zrozumcie”

    “Nieczysta” gra Marca-Andre ter Stegena wobec Wojciecha Szczęsnego. “Zrozumcie”

    “Nieczysta” gra Marca-Andre ter Stegena wobec Wojciecha Szczęsnego. “Zrozumcie”

    Legendarny bramkarz Santiago Canizares w jednym programów wyznał, że przyglądał się temu, co działo się podczas finału Pucharu Króla i zaznaczył, że Marc-Andre ter Stegen prowadzi nieczystą grę. Jego zdaniem jego sympatia do Szczęsnego może być pozorna, a wpływ, jaki wywiera z ławki na Hansiego Flicka może w końcu wyprowadzić z równowagi polskiego golkipera. “To nie jest w porządku” — zaznaczył komentator COPE, dodając, że Niemiec “podlizuje się” trenerowi.

     

    Marc-Andre ter Stegen udaje? Podlizuje się Flickowi?

     

    Hansi Flick podczas ostatniej konferencji prasowej wyznał, że Wojciech Szczęsny nadal będzie podstawowym golkiperem Barcelony w Lidze Mistrzów, zaznaczył, jednak że może to ulec zmianie w przypadku rozgrywek LaLiga.

     

    Od jakiegoś czasu z kolei mówi się o tym, że ter Stegen powoli przygotowuje się do powrotu go bramki Barcelony, przez co zagrożony może czuć się Wojciech Szczęsny, który go w niej zastąpił. Obaj piłkarze nie raz udowadniali, że darzą się sympatią, a “Szczena” otwarcie mówił o tym, że to, że kiedyś będzie musiał ustąpić miejsca Niemcowi, jest dla niego zrozumiałe.

     

    Zachowanie ter Stegena może wyprowadzić Szczęsnego z równowagi?

     

    Teraz Santiago Canizares podsumował to, co zobaczył w czasie finału Pucharu Króla i jasno mówi o nieczystej grze ter Stegena. “Jeśli chodzi o Szczęsnego, presja, jaką ter Stegen wywiera na Flicka z ławki, szepcząc mu ciągle coś do ucha, jest imponująca. […] Niemożliwe jest, aby nie wyprowadziła Szczęsnego z równowagi” — powiedział komentator COPE, Santiago Canizares w programie “El tertulion”.

     

    Legenda jasno o zachowaniu ter Stegena. “To nie w porządku”

     

    Legendarny golkiper uważa, że Niemiec próbuje ugruntować swoją pozycję poprzez bliskie relacje z Hansim Flickiem.

     

    “Można by to nazwać »podlizywaniem się«, ale trwająca zmowa ter Stegena z Flickiem oznacza, że Szczęsny nie może zachować spokoju. […] Chcę, żebyście zrozumieli, że zachowanie ter Stegena ma wpływ na Szczęsnego, jako bramkarza, a to nie jest w porządku” — dodał były reprezentant Hiszpanii, cytowany przez “Mundo Deportivo”.

     

  • Było 15 minut do końca. Cały stadion zaczął klaskać Kiwiorowi. Klasa

    Było 15 minut do końca. Cały stadion zaczął klaskać Kiwiorowi. Klasa

    Było 15 minut do końca. Cały stadion zaczął klaskać Kiwiorowi. Klasa

     

    Mecz z PSG Jakub Kiwior zaczął jak cały Arsenal, czyli nerwowo i niedokładnie. Im dłużej jednak trwało to spotkanie, reprezentant Polski nabierał pewności siebie i ostatecznie należał do najlepszych zawodników w drużynie Mikela Artety. To z jednej strony może go cieszyć, ale z drugiej odpowiada na pytanie, dlaczego we wtorek to PSG wygrało 1:0.

     

    – Jedno jest pewne: pod nieobecność Gabriela z meczu na mecz rośnie w Arsenalu Jakub Kiwior – powiedział Mateusz Borek w 90. minucie meczu londyńczyków z PSG w półfinale Ligi Mistrzów.

     

    I nie sposób się z tą opinią nie zgodzić. Mimo że Arsenal przegrał pierwsze spotkanie 0:1, a reprezentant Polski nie ustrzegł się błędów, to ostatecznie nie można nie docenić jego kolejnego dobrego występu w najbardziej prestiżowych rozgrywkach na świecie. Występu, który Kiwior mógł nawet okrasić asystą i zostać jednym z bohaterów Arsenalu.

     

    Kiwior rósł w Lidze Mistrzów

     

    Dla Kiwiora był to już dziewiąty występ w tym sezonie Ligi Mistrzów. Regularne występy reprezentanta Polski w europejskich pucharach nie świadczyły jednak o jego silnej pozycji w drużynie Artety. Wręcz przeciwnie, Kiwior grał w fazie ligowej wtedy, gdy odpoczywali najważniejsi zawodnicy, a Arsenal mógł skupić się na rywalizacji w Premier League.

     

    25-latek grał w podstawowym składzie w trzech ostatnich, najmniej istotnych spotkaniach przeciwko AS Monaco (3:0), Dinamu Zagrzeb (3:0) i Gironie (2:1). O tym, ile znaczyły te mecze, niech świadczy fakt, że były to trzy z zaledwie czterech występów Kiwiora od połowy grudnia do połowy marca. Nawet 90 minut w 1/8 finału przeciwko PSV Eindhoven (2:2) nie miało wielkiej wagi, bo tydzień wcześniej Arsenal wygrał u siebie aż 7:1.

     

    Aż w końcu przyszedł dwumecz z Realem Madryt. Dwumecz, w którym wielu powątpiewało w szanse Arsenalu właśnie z uwagi na Kiwiora. Mało kto widział w Polaku godnego następcę kontuzjowanego Gabriela Magalhaesa, a tymczasem Kiwior nie tylko dał radę, ale należał też do najlepszych zawodników w drużynie Artety. Zdarzały się nawet głosy, że Polak zagrał w dwumeczu lepiej od lidera defensywy Arsenalu – Williama Saliby. I nawet jeśli były to opinie nieco przesadzone, to i tak pokazywały, jak długą drogę przeszedł w tym sezonie Kiwior.

     

    I tak jak 25-latek rósł z meczu na mecz w tym sezonie Ligi Mistrzów, tak samo rósł w spotkaniu z PSG. Kiwior – jak cała drużyna – zaczął bardzo nerwowo, jednak z minuty na minutę nabierał pewności siebie i odwagi. W pierwszej połowie zabrakło dosłownie centymetrów, by Polak znów był jednym z bohaterów Arsenalu.

     

    Nerwy na początku

     

    Zanim jednak minęło 25 minut, po których Arsenal się obudził i zaczął stawiać opór PSG, drużyna Artety bardzo cierpiała. A w niej cierpiał też Kiwior, który pośrednio przyczynił się do utraty gola. To po jego niedokładnym podaniu do Mikela Merino już w 2. minucie Arsenal stracił piłkę, a za chwilę też bramkę.

     

    Po rozegraniu rzutu wolnego PSG utrzymało się przy piłce ponad minutę, a po kapitalnej akcji gola na 1:0 strzelił Ousmane Dembele. Oczywiście nie jest tak, że jedynym winowajcą tej sytuacji jest Kiwior, co w mediach społecznościowych sugerowało wielu kibiców. Ci wskazywali, że Polak mógł być piłkarzem, który powinien doskoczyć do pozostawionego na linii pola karnego Dembele. Analiza całej sytuacji wykazała jednak, że w pressingu Arsenalu zawiódł najpierw Gabriel Martinelli, a później Merino, którzy w początkowej i końcowej fazie akcji nie doskoczyli do gwiazdy PSG.

     

    Kiwior nerwowo zachował się też niedługo później, kiedy po dobrym wyjściu Arsenalu spod pressingu gości Polak zagrał bardzo niedokładnie do Martinellego. Długo były to jedyne zagrania Kiwiora, o których mogliśmy w ogóle mówić. Mimo że Polak ustawiał się szeroko przy linii z lewej strony, nie otrzymywał podań, kiedy Arsenal rozpoczynał atak pozycyjny.

     

    Nie wiemy, w jakim stopniu było to spowodowane taktyką, a w jakim indywidualnymi wyborami jego kolegów, ale fakty są takie, że Kiwior potrzebował odwagi, by w tym meczu zaistnieć. I pobudzić Arsenal do ataku.

     

    W 24. minucie Polak urwał się obrońcom PSG i oddał strzał po dośrodkowaniu Martina Odegaarda z rzutu wolnego. Mimo że piłkę spokojnie złapał Gianluigi Donnarumma, to Kiwior podobnie jak w niedawnym meczu ligowym z Crystal Palace (2:2) stworzył zagrożenie pod bramką rywala i dał swojej drużynie impuls. A niedługo później mógł zostać jej bohaterem.

     

    W 37. minucie długie podanie w kierunku Kiwiora posłał David Raya. Polak wygrał pojedynek z Achrafem Hakimim i wycofał piłkę do Merino, którego w ostatniej chwili uprzedził Joao Neves. Portugalczyk był minimalnie szybszy i dźgnął piłkę przed Hiszpanem, który miał doskonałą okazjędo strzelenia gola na 1:1. 

    Jeden z najlepszych w drużynie

     

    “Ale Kiwior jak wysoko wychodzi” – napisał na portalu X Michał Okoński z “Tygodnika Powszechnego”. Coraz większa odwaga w grze Polaka widoczna była gołym okiem. W 52. minucie Kiwior oddał nawet strzał sprzed pola karnego, jednak został zablokowany.

     

    Na kwadrans przed końcem spotkania po jednym z przerzutów Polaka na prawą stronę na trybunach Emirates Stadium rozległy się gromkie brawa. Kiwior próbował rozgrywać, napędzać akcje Arsenalu, ale to wszystko mogłoby nie mieć znaczenia, gdyby więcej szczęścia mieli Dembele i Bradley Barcola.

     

    Pierwszy w 63. mógł znaleźć się w sytuacji sam na sam z Rayą po niedokładnym wprowadzeniu piłki przez Kiwiora. Drugi w 84. minucie wygrał z Polakiem przebitkę, a chwilę później strzelił minimalnie obok bramki Arsenalu.

     

    Szczęście oddało Kiwiorowi to, co zabrało w pierwszej połowie. Ostatecznie Polak miał 85 proc. skuteczności podań, wygrał jeden z dwóch pojedynków, oddał jeden celny strzał i miał jedną udaną próbę dryblingu. Nie tylko statystycznie Kiwior był jednym z najlepszych zawodników Arsenalu przeciwko PSG, co z jednej strony może go budować, ale z drugiej daje odpowiedź na to, dlaczego po pierwszym spotkaniu bliżej finału Ligi Mistrzów jest PSG.

     

  • Stało się. Iga Świątek pierwsza na świecie, kibice czekali ponad 20 lat

    Stało się. Iga Świątek pierwsza na świecie, kibice czekali ponad 20 lat

    Stało się. Iga Świątek pierwsza na świecie, kibice czekali ponad 20 lat

    Problemy z prądem na Półwyspie Iberyjskim nie zdekoncentrowały Igi Świątek. Polka, dzień później niż pierwotnie zakładano, zmierzyła się z Dianą Sznajder i pokonała Rosjankę, dzięki czemu znalazła się w najlepszej ósemce prestiżowego turnieju w Madrycie. Od razu po spotkaniu kibice dowiedzieli się, że wiceliderka WTA dokonała rzeczy historycznej. Takiego wyczynu damski tenis nie widział od ponad dwudziestu lat.

     

    Za uczestnikami tegorocznego turnieju w stolicy Hiszpanii stresujące godziny. We wtorek nie rozegrano zbyt wielu spotkań z powodu awarii prądu, która dotknęła niemal cały Półwysep Iberyjski. Przesunięto choćby potyczkę Igi Świątek z Dianą Sznajder. Polka jednak zachowała koncentrację i w środę rozprawiła się z groźną rywalką. Nie brakowało nerwowych momentów, lecz finalnie liczyło się zwycięstwo. Podopieczna Wima Fissette’a triumfowała 6:0, 6(3):7, 6:4.

     

    Co ciekawe, niespodziewany blackout wbrew pozorom bardziej pomógł, niż zaszkodził naszej rodaczce. Czołowa rakieta globu wyjaśniła wszystko w wywiadzie udzielonym tuż po ostatniej piłce. “Nikt mi nie zawracał głowy, bo nie miałam po prostu zasięgu, więc nie zastanawiałam się, do kogo zadzwonić, czy napisać. To była dla mnie świetna okazja do odpoczynku” – stwierdziła wyluzowana. Za chwilę czeka ją jednak konfrontacja w ćwierćfinale.

     

    Iga Świątek przeszła do historii damskiego tenisa. A to nie koniec, seria Polki może trwać

     

    O ćwierćfinale wspominamy nie bez powodu, ponieważ Polka pod koniec kwietnia zapisała się w historii damskiego tenisa, o czym poinformował w mediach społecznościowych profil “OptaAce”, zajmujący się statystykami. “Iga Świątek została pierwszą zawodniczką, która dotarła do 17 kolejnych ćwierćfinałów głównych drabinek WTA rozgrywanych na kortach ziemnych od czasów Martiny Hingis (19, Hilton Head 1997-Hamburg 2002)” – czytamy w serwisie X. Pod uwagę wzięto nie tylko zmagania kobiecego touru, ale także igrzyska olimpijskie.

    https://x.com/OptaAce/status/1917198228241654085

    Podopieczna Wima Fissette’a może więc świętować podwójnie i kontynuować imponującą serię także w kolejnych tegorocznych zmaganiach. Na razie na drodze Polki w Madrycie stanie niebawem Madison Keys. Dla 23-latki będzie to rewanż za przegrane starcie podczas styczniowego Australian Open. Tekstowa relacja na żywo w Interia Sport.

     

  • Nie doszło do pojednania w Madrycie. Polka orzekła koniec starcia Ukrainki z Rosjanką

    Nie doszło do pojednania w Madrycie. Polka orzekła koniec starcia Ukrainki z Rosjanką

    Nie doszło do pojednania w Madrycie. Polka orzekła koniec starcia Ukrainki z Rosjanką

    Marta Kostiuk, trenowana przez Polkę Sandrę Zaniewską, jest jedną z tych ukraińskich tenisistek, które nie podają ręki Rosjankom. Nie inaczej było i we wtorek w Madrycie, ani myślała się w ten sposób żegnać z Anastazją Potapową, gdy polska sędzia Marta Mrozińska zakończyła ich spotkanie. Chwilę wcześniej zaś zrobiło się szczególnie nerwowo, przy prowadzeniu 6:3 i 4:0 Ukrainka upadła na kort, wyglądało to poważnie. Potrzebowała pomocy medycznej. W środę zagra o półfinał z Aryną Sabalenką.

     

    Mecz Marty Kostiuk z Anastazją Potapową miał wyłonić ostatnią ćwierćfinalistkę Mutua Madrid Open. Dla tenisistek z Ukrainy mecze z zawodniczkami z Rosji są “złem koniecznym” – muszą grać, choć Kostiuk, Elina Switolina czy Dajana Jastremska podkreślały, że zawodniczek z tego kraju w rywalizacji być nie powinno. Nie witają się z nimi, nie dziękują sobie przy siatce. Kostiuk po swoim wtorkowym starciu z Potapową nawet na rywalkę nie spojrzała. Podziękowała polskiej arbiter Marcie Mrozińskiej, zostawiła rakietę na ławce i zaczęła fetować swój sukces.

     

    A miała z czego się cieszyć, bo w innych tegorocznych dwutygodniowych turniejach WTA 1000 odpadała właśnie w czwartej rundzie. A tu na dodatek awansowała kosztem Rosjanki, na które ma ostatnio patent. W tym roku grała w Miami z Anną Blinkową, w Madrycie pokonała w niedzielę Weronikę Kudiermietową. W rankingu WTA znów awansowała o kilka pozycji, teraz wirtualnie pozostaje 27. I tym samym praktycznie zapewniła sobie rozstawienie w Roland Garros, bo w Rzymie nie musi już niczego bronić. Rok temu od razu uległa bowiem Naomi Osace.

     

    WTA Madryt. Marta Kostiuk kontra Anastazja Potapowa. Potyczka Ukrainki z Rosjanką na Arantxa Sanchez Stadium

     

    Kostiuk debiutowała w Madrycie jako 15-latka, ale ze stolicy Hiszpanii nie miała dotąd dobrych wspomnień. W głównej drabince wygrała do tego roku jedno z sześciu spotkań, długo musiała więc czekać na przełamanie. I ono nastąpiło, choć ścieżki łatwej nie miała. Trudno bowiem taką nazwać pierwszy mecz z Emmą Raducanu. Poradziła sobie jedna z mistrzynią US Open z 2021, później ograła starszą z sióstr Kudiermietowych.

     

    Potapowa z kolei nie była w Madrycie rozstawiona, wyeliminowała już m.in. Qinwen Zheng, choć i wygrane spotkania z Ashlyn Krueger i Sofią Kenin też mają swoją wartość.

     

    Rosjanka nie miała jednak we wtorek za wiele do powiedzenia na korcie była po prostu zawodniczką gorszą. Nie wytrzymywała dłuższych wymian, gdy Ukrainka zaczynała rotować uderzeniami. Kostiuk grała bardzo głęboko, mocno. I efekty było widać na tablicy wyników. Szybko bowiem przełamała Potapową, za chwilę podwyższyła na 2:0. Rosjanka miała szansę na odrobienie straty tylko w czwartym gemie. A tak to dość łatwo wygrywały swoje serwisy, zbliżając się do końca seta. I gdy Rosjanka nie miała już nic do stracenia, zaczęła bardziej ryzykować. Została skarcona, drugi break oznaczał koniec seta – było 3:6.

     

    Być może to spotkanie potrwałoby mniej więcej 65 minut, bo po równej godzinie Kostiuk prowadziła 4:0 i serwowała przy równowadze. Ruszyła do piłki, która zahaczyła o taśmę, poślizgnęła się na mączce i upadła. Wyglądało to dość niebezpiecznie, z jednej strony wygięła staw skokowy, z drugiej: upadła na kolano i nadgarstek. Krzyknęła, nie wstawała, po chwili pojawiła się przy niej Marta Mrozińska. A Potapowa podeszła do siatki.

     

    Przerwa trwała kilka minut, Ukrainka dostała opatrunek na dłoń i nogę. Przegrała tego gema, a później jeszcze jednego. Potapowa nie dostała już jednak kolejnych szans, mimo że maksymalnie ryzykowała. Przegrała 3:6, 2:6.

     

    Kostiuk zagra w środę o półfinał z Aryną Sabalenką, nie przed godz. 20. Dwa lata temu w Paryżu i trzy lata temu w Dubaju lepsza była Białorusinka, dość wyraźnie. Podopieczna Marty Zaniewskiej przywiozła jednak do Hiszpanii dobrą formę, być może to przełamanie w starciach z liderką rankingu przyjdzie właśnie teraz.

     

  • “Radykalna zmiana”. To on może wygryźć Szczęsnego. Nie chodzi o ter Stegena

    “Radykalna zmiana”. To on może wygryźć Szczęsnego. Nie chodzi o ter Stegena

    “Radykalna zmiana”. To on może wygryźć Szczęsnego. Nie chodzi o ter Stegen

     

    Wojciech Szczęsny czy Marc-Andre ter Stegen? W Hiszpanii trwa dyskusja, który z bramkarzy FC Barcelony powinien być tym pierwszym. Nagle w kontekście tej rywalizacji pojawiło się trzecie nazwisko. Zdaniem “Relevo” w kolejnym sezonie może nastąpić “radykalna zmiana” i klub zdecyduje się kupić kolejnego golkipera. – Gdyby miał zostać sprowadzony, musiałby grać – zaznaczono.

     

    Wojciech Szczęsny nie może być już pewny o miejsce w wyjściowym składzie FC Barcelony. Po kontuzji kolana do zdrowia wrócił już Marc-Andre ter Stegen. Podczas finału Pucharu Króla z Realem Madryt znalazł się nawet w kadrze meczowej. Na występ musi jednak jeszcze poczekać. Hiszpańskie media twierdzą, że do końca sezonu numerem jeden powinien pozostać Polak. Rywalizacja między nimi zacznie się na dobre w kolejnym. Tymczasem portal Relevo niespodziewanie wskazał trzeciego konkurenta.

     

    Oto nowy konkurent Szczęsnego i ter Stegena? Już porównują go z… Messim

    I nie chodzi tu Inakiego Penę. Już od dłuższego czasu Hiszpanie donoszą, że zostanie sprzedany. Według Relevo ma otrzymać oferty od Sevilli i Celty Vigo. Do klubu może natomiast dołączyć inny bramkarz. Już w lutym tego roku “Marca” pisała, że na liście życzeń FC Barcelony znalazł się Joan Garcia z Espanyolu. Temat ostatnio jednak przycichł, by powrócić jak bumerang.

     

    A wszystko dzięki wspaniałej postawie Garcii, który zanotował najwięcej skutecznych interwencji spośród wszystkich bramkarzy LaLiga. Zachował też siedem czystych kont, mimo że jego drużyna gra tylko o utrzymanie. – Bez wątpienia zostanie piłkarzem światowej klasy. Mam taką nadzieję, ponieważ na to zasługuje, zarówno ze względu na swój poziom, jak i osobowość. To jest tak samo, gdy Barcelona miała Leo Messiego – wypalił nawet trener Espanyolu Manolo Gonzalez po wygranej 1:0 z Getafe.

     

    Aż wierzyć się nie chce. Oto co planuje FC Barcelona. “Gdyby mogła…”

    Według Relevo działacze FC Barcelony już teraz chętnie podebrałyby 23-latka lokalnemu rywalowi. – Gdyby Barcelona mogła, odłożyłaby 30 milionów euro na zapłacenie klauzuli odstępnego za Joana Garcię, bramkarza światowej klasy, który przynosi Espanyolowi więcej punktów niż jego napastnicy – czytamy.

     

    Jedyną przeszkodą są problemy finansowe klubu i przestrzeganie zasad Finansowego Fair Play. – Gdyby miał zostać sprowadzony, musiałby grać. Alternatywną opcją byłoby wypożyczenie go na rok do klubu z najwyższej półki, aby mógł bezpiecznie wrócić w kolejnym sezonie. (…) Klub nie wie jednak, czy będzie w stanie dokonać takiej transakcji w przypadku piłkarza, który będzie musiał czekać rok, by zagrać w Barcelonie… chyba że na pozycji bramkarza nastąpi radykalna zmiana – napisali dziennikarze, sugerując, że mógłby rzucić rękawicę Szczęsnemu i ter Stegenowi już w następnym sezonie. Ostatnie słowo ma jednak należeć do samego Garcii, do którego spływają także oferty z innych czołowych zespołów z Niemiec, Anglii i Hiszpanii.

  • 6:0 dla Świątek, wtedy zaczęły się kłopoty. Rosjanka ruszyła do ataku, decydował trzeci set

    6:0 dla Świątek, wtedy zaczęły się kłopoty. Rosjanka ruszyła do ataku, decydował trzeci set

    6:0 dla Świątek, wtedy zaczęły się kłopoty. Rosjanka ruszyła do ataku, decydował trzeci set

    Problemy z prądem ustały i wtorkowe mecze w Madrycie mogły ruszyć zgodnie z planem. O godz. 12:00 na obiekcie Manolo Santana Stadium pojawiła się Iga Świątek, by zmierzyć się z Dianą Sznajder o ćwierćfinał turnieju WTA 1000 w stolicy Hiszpanii. W pierwszym secie Polka nie dała rywalce żadnych szans. Od drugiej odsłony sytuacja na korcie uległa zmianie, Rosjanka doprowadziła do trzeciej partii. Ostatecznie to jednak wiceliderka rankingu wygrała spotkanie 6:0, 6:7(3), 6:4 i zameldowała się w najlepszej “8” zmagań.

     

    Iga Świątek nie błyszczała na początku turnieju WTA 1000 w Madrycie, ale podczas meczu z Lindą Noskovą jej gra wyglądała już zdecydowanie lepiej niż w trakcie potyczki z Alexandrą Ealą. Podczas sobotniej rywalizacji z Czeszką mogliśmy zobaczyć lepszy serwis po stronie Polki i zdecydowanie spokojniejszą, bardziej precyzyjną grę. To zaowocowało pewnym zwycięstwem 6:4, 6:2.

     

    Kolejną przeciwniczką raszynianki okazała się Diana Sznajder. Rosjanka miała imponujący ubiegły sezon, wygrała kilka turniejów. W tym nie wiodło jej się do tej pory najlepiej w singlu. Zdecydowanie lepsze wyniki osiągała w grze podwójnej. Razem z Mirrą Andriejewą okazały się najlepsze podczas deblowego WTA 1000 w Miami. Niedawno 21-latka ogłosiła rozpoczęcie współpracy z byłą liderką rankingu – Dinarą Safiną. Co ciekawe, Świątek nigdy wcześniej nie rywalizowała jeszcze z leworęczną Sznajder. Było to dla niej zatem nowe doświadczenie.

     

    Pierwotnie tenisistki miały rozpocząć swój mecz wczoraj około godz. 13:00. Na przeszkodzie stanęła jednak potężna awaria prądu, która dotknęła Półwysep Iberyjski. Po długim oczekiwaniu organizatorzy przekazali komunikat, że wszystkie przerwane oraz nierozpoczęte poniedziałkowe pojedynki zostały przełożone na wtorek. Tuż przed godz. 18:30 pojawił się komunikat z planem gier. Pierwotnie Iga i Diana miały wystartować o godz. 11:00, ale później dokonano przesunięcia o 60 minut. To dlatego, że prąd na obiekcie Caja Magica, gdzie odbywają się rozgrywki, wrócił dopiero dzisiaj nad ranem.

     

    WTA Madryt: Iga Świątek w ćwierćfinale. Polka pokonała Dianę Sznajder

     

    Mecz rozpoczął się od serwisu Świątek. Polka bardzo pewnie weszła w mecz, rywalka nie mogła się za bardzo odnaleźć w tempie narzuconym przez Polkę. W trakcie drugiego gema Iga wykorzystała ostatniego z trzech break pointów i zaczęła uciekać z wynikiem. Sznajder najbliżej premierowego “oczka” była w trakcie piątego rozdania. Wówczas prowadziła 30-15 przy serwisie raszynianki, ale kolejne punkty powędrowały na konto wiceliderki rankingu. Na koniec nasza reprezentantka wywalczyła jeszcze przełamanie do zera i zakończyła pierwszego seta rezultatem 6:0 po zaledwie 22 minutach gry.

     

    23-latka wygrała pierwszą akcję drugiej odsłony. Po chwili Iga była na dobrej drodze do dołożenia kolejnego, ale popełniła zaskakujący błąd przy siatce. Od tego momentu Polka jakby się rozregulowała, a rywalka – wręcz przeciwnie, jakby wreszcie wyczuła swoją szansę, widząc problemy po drugiej stronie siatki. Diana posłała kilka agresywnych zagrań, które przyniosły jej przełamanie. Później potwierdziła przewagę i zrobiło się 2:0 dla 21-letniej Rosjanki. Świątek zaczęła notować więcej niewymuszonych błędów i w pewnym momencie 13. rakieta świata miała break pointy na podwójne przełamanie. Na szczęście Polka przetrwała ten trudny fragment i oddaliła w sumie dwie okazje rywalki, po czym zgarnęła premierowe “oczko”.

     

    Po chwili Iga całkowicie zniwelowała stratę. Wywarła presję na Sznajder i przełamała ją do zera. Następne rozdanie znów przyniosło trochę kłopotów po stronie Świątek, musiała wracać ze stanu 15-40. 23-latka wyszła jednak z opresji na swoich warunkach i po raz pierwszy w drugiej odsłonie pojedynku objęła prowadzenie. Mimo to raszynianka wciąż miała problem ze złapaniem dobrego rytmu, który prezentowała w pierwszej partii. Udane zagrania przeplatała słabszymi. W siódmym gemie Rosjanka ponownie przełamała naszą reprezentantkę. Chociaż Iga z wyniku 0-40 doprowadziła do równowagi, to końcówka rozdania potoczyła się myśli Diany.

     

    Po chwili Świątek odrobiła stratę breaka. Chociaż Sznajder prowadziła 30-15, to Polka jako pierwsza wypracowała sobie okazję na zamknięciem gema. Tej nie udało się wykorzystać, ale później pojawiła się druga. I ta została już zamieniona w rezultat 4:4. Problemy po stronie serwujących nie ustawały. Diana znów chciała się dobrać do podania przeciwniczki, miała dwa break pointy z rzędu na 5:4. Od tego momentu wiceliderka rankingu wygrała cztery akcje z rzędu i znalazła się o jeden gem od wygrania meczu. Rosjanka zdołała jednak przedłużyć emocje. Chociaż ze stanu 40-15 doszło do równowagi po podwójnym błędzie serwisowym Sznajder, ostatnie dwa punkty dziesiątego rozdania trafiły na konto 21-latki i mieliśmy 5:5.

    Ostatecznie o losach drugiej odsłony rozstrzygał tie-break. Decydująca rozgrywka rozpoczęła się bardzo niekorzystnie z perspektywy Igi. Rywalka szybko objęła prowadzenie 3-0, potem było 5-1. Polka zdołała wygrać dwie kolejne akcje, ale więcej już się nie udało. Druga partia zakończyła się zwycięstwem Diany 7:6(3). Znaczący regres w grze naszej reprezentantki potwierdzały statystyki. W pierwszym secie miała 7 uderzeń kończących i 5 niewymuszonych błędów. W drugim ten bilans wynosił 9-34.

     

    Trzeci set rozpoczął się od utrzymanych podań przez obie zawodniczki. Od trzeciego gema zrobiło się ciekawiej. Świątek wyszła na prowadzenie 40-15 i zapachniało przełamaniem. Od tego momentu cztery punkty z rzędu zakończyły się jednak po myśli Sznajder. Po chwili to Diana miała break pointa na 3:1. Na szczęście Iga wybroniła się niezłym drugim podaniem, potem rozegrała świetną akcję w defensywie. I ostatecznie doszło do wyrównania na 2:2.

     

    Piąty gem przyniósł w końcu przełamanie na korzyść wiceliderki rankingu. Nie było jednak o to łatwo, bowiem 23-latka potrzebowała aż czterech okazji, by dopiąć swego. Po chwili Polka musiała bronić break pointa na 3:3, mimo że zaczęła rozdanie od dwóch wygranych akcji. Na szczęście udało się potwierdzić przewagę i wyjść na 4:2.

     

    Sznajder walczyła o odrobienie strat, także przy następnym gemie serwisowym Igi doprowadziła do stanu równowagi. Ale końcówka znów należała do raszynianki. Przy stanie 5:4 nasza reprezentantka podawała po zwycięstwo. Rosjanka prowadziła 30-15, ale kolejne trzy punkty trafiły do Polki. Ostatecznie Świątek triumfowała 6:0, 6:7(3), 6:4. W ćwierćfinale WTA 1000 w Madrycie zmierzy się z Madison Keys lub Donną Vekić. Może zatem dojść do rewanżowego starcia za półfinał tegorocznego Australian Open.

    Dokładny zapis relacji z meczu Iga Świątek – Diana Sznajder jest dostępny