Author: newuser

  • 99 minut oczekiwania Sabalenki. Jednak Osaka. 6:1 dla Naomi na koniec   .

    99 minut oczekiwania Sabalenki. Jednak Osaka. 6:1 dla Naomi na koniec .

    W niedzielę czasu kalifornijskiego rozegrano kolejne spotkania trzeciej rundy turnieju BNP Paribas Open w górnej części kobiecej drabinki. Już na samym początku dnia na korcie pojawiła się liderka zestawienia turniejowego – Aryna Sabalenka. Białorusinka bez większych problemów wywiązała się ze swojego zadania, dzięki czemu mogła spokojnie czekać na rozstrzygnięcie meczu, który wyłoni jej kolejną rywalkę w walce o ćwierćfinał. Ostateczna odpowiedź przyszła po 99 minutach gry – wszystko wskazuje na to, że kibiców czeka prawdziwy hit czwartej rundy.

    Już samo losowanie drabinki zapowiadało kilka niezwykle interesujących pojedynków na dalszym etapie turnieju. W dolnej części układu Iga Świątek mogła potencjalnie trafić na triumfatorkę tegorocznego turnieju w Dosze – Karolína Muchová. Z kolei w górnej połowie drabinki pojawiła się możliwość konfrontacji pomiędzy Aryna Sabalenka a czterokrotną mistrzynią wielkoszlemową Naomi Osaka. Białorusinka zrobiła pierwszy krok w stronę takiego starcia, pokonując pewnie Jaqueline Cristian 6:4, 6:1 i meldując się w najlepszej szesnastce kalifornijskiej imprezy.

    Po swoim zwycięstwie tenisistka z Mińska czekała już tylko na wynik meczu pomiędzy Naomi Osaka a Camila Osorio. Kolumbijka już wcześniej pokazała, że potrafi sprawić niespodziankę – w poprzedniej rundzie wyeliminowała rozstawioną z numerem 18 Iva Jović, broniąc po drodze piłek meczowych. Był to wyraźny sygnał ostrzegawczy dla Japonki. I rzeczywiście – w trakcie spotkania Osorio potrafiła napsuć wielkiej mistrzyni sporo krwi, szczególnie w drugiej partii.

    Pierwszy set rozpoczął się jednak znakomicie dla Naomi Osaka. Japonka najpierw pewnie utrzymała swoje podanie, a chwilę później przełamała rywalkę. Na tym nie poprzestała – w czwartym gemie wyszła z trudnej sytuacji przy serwisie Kolumbijki, odwracając wynik z 15:30, i szybko objęła prowadzenie 4:0. Co prawda Camila Osorio zdołała w piątym gemie odrobić jedno przełamanie, ale był to jedynie krótki moment radości. Do końca seta punkty zdobywała już niemal wyłącznie Japonka, która zamknęła pierwszą odsłonę wynikiem 6:1.

    Druga partia wyglądała już zupełnie inaczej. Kolumbijka rozpoczęła ją bardzo pewnie, wygrywając własny gem serwisowy do zera. W trzecim gemie musiała bronić dwóch break pointów przy stanie 15:40, ale zdołała wyjść z opresji. Niedługo później sama miała aż trzy szanse na przełamanie i prowadzenie 3:1, jednak wtedy jeszcze Osaka się wybroniła.

    Przełamanie przyszło dopiero kilka minut później – i to w dość zaskakujących okolicznościach. Naomi Osaka prowadziła przy własnym podaniu 30:0, lecz przegrała cztery kolejne wymiany. W efekcie Camila Osorio wyszła na prowadzenie 4:2.

    Wydawało się, że Kolumbijka szybko powiększy przewagę – w kolejnym gemie prowadziła już 40:0 przy własnym serwisie. Wtedy jednak Japonka doprowadziła do równowagi i przez długi czas walczyła o odrobienie strat. Mimo to nie doczekała się ani jednej piłki na przełamanie, a ostatecznie zrobiło się 5:2 dla Osorio. Kolumbijka nie wypuściła już tej szansy. W dziewiątym gemie Osaka miała jeszcze dwie okazje na powrót do gry, lecz żadnej nie wykorzystała. Po długiej walce na przewagi Camila Osorio wykorzystała trzeciego setbola i wygrała drugą partię 6:3.

    Decydujący set znów rozpoczął się jednak pod dyktando Japonki. Początek przypominał pierwszą odsłonę meczu – Naomi Osaka szybko przejęła inicjatywę i objęła prowadzenie 3:0. Osorio zdołała odpowiedzieć dopiero w czwartym gemie, wygrywając go po walce na przewagi. Na więcej rozpędzona Osaka już jednak nie pozwoliła.

    Kolumbijka miała jeszcze szansę na zdobycie drugiego gema przy stanie 1:4, lecz od tamtego momentu przegrała siedem kolejnych punktów. Po 99 minutach gry Japonka mogła świętować zwycięstwo 6:1, 3:6, 6:1.

    Tym samym w czwartej rundzie turnieju BNP Paribas Open dojdzie do niezwykle interesującego starcia – Naomi Osaka zmierzy się z liderką światowego rankingu Aryna Sabalenka w walce o miejsce w ćwierćfinale. Kibice mogą spodziewać się jednego z najciekawszych pojedynków tej fazy turnieju.

  • Andriejewa w ćwiartce Świątek, a tu demolka. 6:0, 6:0. Aż trudno uwierzyć

    Andriejewa w ćwiartce Świątek, a tu demolka. 6:0, 6:0. Aż trudno uwierzyć

    Czwarty dzień głównej rywalizacji w turnieju WTA 1000 w Indian Wells przyniósł kibicom kolejne interesujące rozstrzygnięcia. Niedługo po zakończeniu spotkania Igi Świątek z Kaylą Day na korcie Stadium 2 pojawiła się jedna z największych gwiazd młodego pokolenia – Mirra Andriejewa. Obrończyni tytułu, która znalazła się w tej samej ćwiartce drabinki co wiceliderka światowego rankingu, zmierzyła się w drugiej rundzie z Argentynką Solaną Sierrą. Starcie okazało się niezwykle jednostronne i zakończyło się po zaledwie 50 minutach, a jego wynik może budzić spore zdziwienie.

    Ubiegłoroczna edycja kalifornijskiego turnieju była dla Andriejewej wyjątkowo udana. Rosjanka znajdowała się wówczas w znakomitej dyspozycji i potwierdziła to także na kortach w Indian Wells. W drodze do triumfu pokonała między innymi Jelenę Rybakinę oraz Igę Świątek, a w wielkim finale nie dała szans Arynie Sabalence. Dzięki temu sięgnęła po drugi z rzędu tytuł rangi WTA 1000, ponieważ niespełna miesiąc wcześniej triumfowała również w turnieju w Dubaju.

    Tegoroczny start w Indian Wells wiąże się jednak dla 18-latki z dodatkowymi oczekiwaniami. Jako obrończyni trofeum musi mierzyć się z presją i rolą jednej z głównych faworytek. Swoją przygodę z turniejem rozpoczęła od występu w deblu, gdzie stworzyła duet z Victorią Mboko. Młode tenisistki sprawiły sporą niespodziankę, pokonując po emocjonującym super tie-breaku mistrzynie Australian Open 2026 w grze podwójnej – Elise Mertens i Shuai Zhang.

    Był to dobry sygnał przed pierwszym meczem singlowym Andriejewej w tegorocznej edycji imprezy. Na korcie Stadium 2 pojawiła się tuż po zakończeniu spotkania Igi Świątek i rozpoczęła rywalizację z Solaną Sierrą. Od pierwszych minut było widać wyraźną różnicę klas.

    Rosjanka rozpoczęła spotkanie od pewnie wygranego gema serwisowego, a chwilę później odrobiła stratę z 15:30 i przełamała Argentynkę. W czwartym gemie Sierra była bliska zdobycia swojego pierwszego punktu w meczu, jednak nie wykorzystała okazji. Później pojawiły się kolejne szanse – aż cztery break pointy przy serwisie Andriejewej – ale żadnej z nich nie udało się zamienić na przełamanie. Rosjanka zachowała stuprocentową skuteczność w kluczowych momentach i ostatecznie nie oddała rywalce ani jednego gema w pierwszej partii, zwyciężając 6:0.

    Drugi set rozpoczął się od bardziej wyrównanej walki. W pierwszym gemie oglądaliśmy długą rywalizację na przewagi, lecz Andriejewa nie dopuściła przeciwniczki do żadnej okazji na przełamanie. Chwilę później sama doczekała się break pointa i natychmiast go wykorzystała. Od tego momentu całkowicie przejęła kontrolę nad przebiegiem meczu.

    Sierra zaczęła wyraźnie tracić wiarę w możliwość odwrócenia losów spotkania. Nad Argentynką zawisła groźba przegranej bez zdobycia choćby jednego gema – scenariusza, który na tym poziomie rozgrywek zdarza się niezwykle rzadko. Andriejewa kontynuowała swoją dominację, wygrywając aż 16 z 17 kolejnych punktów i nie pozostawiając rywalce żadnych złudzeń.

    Po 50 minutach gry Rosjanka mogła świętować imponujące zwycięstwo 6:0, 6:0. Taki rezultat w turniejach tej rangi należy do rzadkości. Jak podaje serwis OptaAce, w imprezach WTA 1000 był to pierwszy od 2021 roku przypadek, gdy nastolatka wygrała mecz bez straty gema. Ostatni raz dokonała tego Iga Świątek, która w finale turnieju w Rzymie pokonała wówczas Karolinę Plíškovą również wynikiem 6:0, 6:0.

    W trzeciej rundzie Andriejewa zmierzy się z Kateriną Siniakovą. Jeśli obie zawodniczki będą kontynuować zwycięską passę, w dalszej fazie turnieju może dojść do bardzo ciekawie zapowiadającego się pojedynku Rosjanki z Igą Świątek – potencjalnie już na etapie ćwierćfinału.

  • 5:6 0-40 Rybakiny, szał Amerykanów na trybunach. Koniec po 136 minutach

    5:6 0-40 Rybakiny, szał Amerykanów na trybunach. Koniec po 136 minutach

    Rywalizacja w turnieju WTA 1000 w Indian Wells rozpoczęła się tego dnia o godzinie 20:00 czasu polskiego. Jeszcze zanim na głównym korcie Stadium 1 doszło do starcia Kamila Majchrzaka z Novakiem Djokoviciem, kibice mogli obejrzeć pojedynek z udziałem jednej z największych gwiazd kobiecego tenisa – Jelena Rybakina. Triumfatorka Australian Open 2026 zmierzyła się z reprezentantką gospodarzy Hailey Baptiste. Amerykanka sprawiła faworytce sporo problemów, a całe spotkanie przerodziło się w zaciętą, trzysetową batalię. Ostateczne rozstrzygnięcie zapadło dopiero po 136 minutach gry.

    Intensywny początek sezonu Rybakiny

    W przeciwieństwie do takich zawodniczek jak Aryna Sabalenka czy Iga Świątek, Rybakina nie zrezygnowała z żadnego z lutowych turniejów rangi WTA 1000 na Bliskim Wschodzie. W WTA Doha Open dotarła do ćwierćfinału, gdzie zatrzymała ją rewelacyjnie spisująca się Victoria Mboko. Następnie przeniosła się do WTA Dubai Tennis Championships, gdzie jednak jej występ zakończył się przedwcześnie. W spotkaniu o awans do ćwierćfinału przeciwko Antonia Ruzic Kazaszka skreczowała na początku trzeciego seta.

    Przed startem głównej rywalizacji w BNP Paribas Open Rybakina pojawiła się jeszcze na korcie podczas pokazowego Eisenhower Cup. Występując w parze z Taylor Fritz, obroniła tytuł zdobyty rok wcześniej. W półfinale duet ten pokonał parę Iga Świątek / Casper Ruud.

    Trudna przeprawa z Baptiste

    Prawdziwe zmagania w Kalifornii Rybakina rozpoczęła dopiero w drugiej rundzie, gdzie jej rywalką była Hailey Baptiste – tenisistka zajmująca 43. miejsce w światowym rankingu. Amerykanka znana jest z tego, że potrafi sprawić problemy wyżej notowanym przeciwniczkom i również tym razem udowodniła swoją waleczność. Kibice zgromadzeni na Stadium 1 byli świadkami bardzo wyrównanego i emocjonującego spotkania.

    Pierwszy set rozpoczął się znakomicie dla Rybakiny. Już w gemie otwarcia przełamała rywalkę, choć Baptiste prowadziła wcześniej 40:30. Chwilę później Kazaszka wyszła z trudnej sytuacji przy własnym serwisie – ze stanu 0:30 doprowadziła do wyniku 2:0. Z biegiem czasu Amerykanka zaczęła jednak łapać rytm i coraz śmielej atakowała serwis przeciwniczki. W szóstym gemie miała nawet break pointa, ale na przełamanie musiała poczekać do kolejnej okazji. W końcu doprowadziła do remisu 4:4, a po chwili wyszła nawet na prowadzenie.

    Wszystko wskazywało na to, że o losach seta zdecyduje tie-break. Baptiste była jednak o krok od zamknięcia partii wcześniej. W dwunastym gemie przy serwisie Rybakiny prowadziła już 40:0, co oznaczało trzy setbole z rzędu. Publiczność głośno wspierała reprezentantkę USA, licząc na sensację. Rybakina zachowała jednak zimną krew – obroniła wszystkie trzy piłki setowe i doprowadziła do tie-breaka. W nim od stanu 2:2 przejęła inicjatywę i nie oddała jej już do końca, wygrywając pierwszą partię 7:6(5).

    Odpowiedź Amerykanki

    Początek drugiego seta był bardzo wyrównany i przebiegał pod dyktando serwujących. W drugim gemie Baptiste wyszła z trudnej sytuacji przy stanie 15:30 i po długiej walce doprowadziła do remisu. Gdy chwilę później Rybakina utrzymała podanie do zera, wydawało się, że Kazaszka przejęła kontrolę nad wydarzeniami. Niespodziewanie jednak w jej grze pojawił się kryzys.

    Baptiste doskonale to wykorzystała. W piątym gemie przełamała faworytkę, a następnie całkowicie zdominowała końcówkę seta. Amerykanka wygrała kolejne gemy bardzo pewnie i nie straciła już ani jednego punktu w partii. Ostatecznie triumfowała 6:2, doprowadzając do decydującego seta i wywołując ogromny entuzjazm wśród publiczności.

    Decydujący set dla Rybakiny

    Baptiste rozpoczęła trzecią partię z impetem i natychmiast wypracowała sobie break pointa po świetnym returnie. Rybakina zdołała jednak obronić się w długim gemie na przewagi, przerywając serię pięciu wygranych gemów przez rywalkę. Ten moment okazał się przełomowy.

    Kazaszka odzyskała pewność w swoich uderzeniach i w czwartym gemie przełamała Baptiste, nie tracąc przy tym ani jednego punktu przy jej serwisie. Amerykanka próbowała natychmiast odpowiedzieć i doprowadziła do równowagi w kolejnym gemie, lecz nie wywalczyła break pointa.

    Na tablicy wyników pojawił się rezultat 4:1 dla Rybakiny i od tego momentu mistrzyni tegorocznego Australian Open kontrolowała przebieg spotkania. W końcówce udało jej się jeszcze raz przełamać przeciwniczkę i przypieczętować zwycięstwo.

    Po 136 minutach zaciętej walki Jelena Rybakina wygrała 7:6(5), 2:6, 6:2 i awansowała do trzeciej rundy turnieju w Indian Wells. O miejsce w kolejnej fazie zmierzy się ze zwyciężczynią meczu Marta Kostiuk – Taylor Townsend.

  • Kłopoty Barcelony w Bilbao. Po wejściu Lewandowskiego nagły zwrot. Wystarczyło jedno uderzenie

    Kłopoty Barcelony w Bilbao. Po wejściu Lewandowskiego nagły zwrot. Wystarczyło jedno uderzenie

    Piłkarze Athletic Bilbao w ostatnich miesiącach bardzo źle wspominali rywalizację z FC Barcelona. Kibice z Kraju Basków wciąż mieli w pamięci bolesną porażkę 0:5 w półfinale Superpuchar Hiszpanii na początku roku. Tym razem spotkanie wyglądało jednak zupełnie inaczej. Mistrzowie Hiszpanii długo nie potrafili znaleźć sposobu na szczelną defensywę gospodarzy. Dopiero po wejściu na murawę Robert Lewandowski gra Barcelony nabrała tempa, a zwycięstwo zapewnił kapitalnym strzałem młody talent katalońskiego zespołu – Lamine Yamal. Dzięki temu Barcelona utrzymała czteropunktową przewagę nad Real Madryt w tabeli.

    Trudna historia starć z Barceloną

    Ostatnie mecze z Barceloną były dla Athleticu prawdziwą zmorą. Oprócz wspomnianej porażki w Superpucharze Hiszpanii Baskowie przegrywali także w lidze – jesienią aż 0:4 na stadionie Barcelony. W poprzednim sezonie również nie potrafili znaleźć sposobu na kataloński zespół, który zwyciężał 3:0 i 2:1 w lidze oraz 2:0 w Superpucharze.

    Sobotnie starcie miało ogromne znaczenie dla układu tabeli La Liga. Dzień wcześniej Real Madryt, mimo licznych problemów kadrowych, wygrał 2:1 z Celta Vigo i zmniejszył stratę do Barcelony do zaledwie jednego punktu. Z kolei dziewiąty w tabeli Athletic walczy o miejsce gwarantujące udział w europejskich pucharach w przyszłym sezonie.

    Lewandowski na ławce po kontuzji

    Polscy kibice liczyli na powrót do wyjściowego składu Robert Lewandowski, który niedawno zmagał się z kontuzją – doznał złamania w obrębie twarzoczaszki. Uraz okazał się jednak mniej poważny, niż początkowo przypuszczano, dlatego napastnik znalazł się w kadrze meczowej. Trener Hansi Flick zdecydował się jednak rozpocząć spotkanie bez Polaka. „Lewy” rozpoczął mecz na ławce rezerwowych razem z bramkarzem Wojciech Szczęsny.

    Athletic postawił trudne warunki

    Początek meczu mógł być dla Barcelony fatalny. Już po 19 sekundach gospodarze byli o krok od zdobycia bramki. Po dośrodkowaniu z lewej strony Joao Cancelo interweniował bardzo niefortunnie i piłka odbiła się od poprzeczki. Portugalczyk próbował zrehabilitować się kilka minut później strzałem z dystansu, ale uderzył bardzo niecelnie. Wcześniej dobrą okazję miał Ferran Torres, który jednak nie zdecydował się na strzał.

    W 11. minucie poważny problem pojawił się w zespole gospodarzy. Kontuzji doznał Unai Gomez, który po jednym ze starć upadł na murawę i natychmiast złapał się za kolano. 22-letni skrzydłowy musiał opuścić boisko przy pomocy fizjoterapeutów.

    Po intensywnym początku tempo spotkania wyraźnie spadło. Barcelona dominowała w posiadaniu piłki, lecz nie przekładało się to na konkretne okazje bramkowe. Baskowie bronili się bardzo konsekwentnie, a bramkarz Unai Simon przez długi czas nie miał zbyt wiele pracy.

    Niewykorzystane okazje gospodarzy

    Najlepszą okazję Athletic miał w 35. minucie. Po błędzie Barcelony sam na sam z bramkarzem znalazł się Selton Sanchez, lecz golkiper gości Joan Garcia zachował zimną krew i w ostatniej chwili przerwał akcję.

    Chwilę przed przerwą kibice na stadionie eksplodowali z radości, gdy Inaki Williams pokonał Garcíę płaskim strzałem. Radość trwała jednak tylko chwilę – sędzia José Luis Munuera Montero dopatrzył się spalonego, co potwierdziły powtórki.

    Wejście Lewandowskiego i decydujący moment

    Po zmianie stron Barcelona nadal miała problem z przełamaniem defensywy gospodarzy. W 62. minucie trener Hansi Flick zdecydował się na potrójną zmianę. Na boisko weszli Robert Lewandowski, Raphinha oraz Fermin Lopez, którzy zastąpili Ferran Torres, Marcus Rashford i Dani Olmo.

    Polski napastnik już kilka minut po wejściu miał dobrą okazję – otrzymał dokładne podanie z prawego skrzydła, lecz jego strzał został zablokowany przez obrońcę.

    Magiczny moment Yamala

    Przełom nastąpił w 68. minucie. Przez większą część spotkania mało widoczny Lamine Yamal w decydującym momencie popisał się fenomenalnym uderzeniem. Piłka po strzale 18-latka odbiła się od słupka i wpadła do bramki obok bezradnego Unai Simon.

    Gospodarze do końca walczyli o wyrównanie, lecz Barcelona nie pozwoliła sobie odebrać zwycięstwa na trudnym terenie w Bilbao. Dzięki temu FC Barcelona utrzymała cztery punkty przewagi nad Real Madryt.

    W następnej kolejce Real Madryt zmierzy się u siebie z Elche CF, natomiast Barcelona zagra na Camp Nou przeciwko Sevilla FC.

  • Świątek przegrywała już 1:5. Szalona pogoń na start Indian Wells

    Świątek przegrywała już 1:5. Szalona pogoń na start Indian Wells

    Powrót Iga Świątek do rywalizacji po trzytygodniowej przerwie zakończył się zwycięstwem. W drugiej rundzie prestiżowego turnieju BNP Paribas Open Polka pokonała Amerykankę Kayla Day 6:0, 7:6. Choć pierwszy set był jednostronnym pokazem siły wiceliderki światowego rankingu, druga partia przyniosła ogromne emocje – Świątek przegrywała już 1:5, lecz zdołała odwrócić losy seta i rozstrzygnąć go na swoją korzyść w tie-breaku. W kolejnej rundzie jej rywalką będzie Greczynka Maria Sakkari, z którą niedawno przegrała w Dosze.

    Powrót po przerwie i szybkie wejście w mecz

    Dla Świątek był to pierwszy występ od 12 lutego. Wówczas zakończyła udział w turnieju w Dosze na etapie ćwierćfinału, przegrywając właśnie z Sakkari. Następnie wycofała się z rywalizacji w Dubaju, decydując się na odpoczynek i spokojne treningi przed kolejnymi startami.

    Do rywalizacji wróciła w Indian Wells, gdzie jako zawodniczka rozstawiona rozpoczęła zmagania od drugiej rundy. Jej przeciwniczką była Kayla Day, która w pierwszej rundzie pokonała Brytyjkę Francesca Jones 6:3, 6:1.

    Początek meczu był dla Polki nieco nerwowy. Już w pierwszym gemie serwisowym popełniła dwa podwójne błędy i musiała przyzwyczaić się do trudnych warunków panujących na kortach w Kalifornii, gdzie od kilku dni tenisistkom dokucza silny wiatr. Szczególnie utrudnia on podrzut piłki przy serwisie.

    Dominacja w pierwszym secie

    Adaptacja Świątek do warunków trwała jednak bardzo krótko. Po zaledwie jedenastu minutach prowadziła już 3:0. Polka grała spokojnie i bardzo płynnie, imponując przede wszystkim znakomitym returnem. Jedno z takich uderzeń dało jej bezpośredni punkt i pierwsze przełamanie.

    Chwilę później było już 4:0 dla wiceliderki rankingu. Z biegiem seta poprawiała serwis, a w wymianach wyraźnie narzucała tempo, z którym Day nie była w stanie sobie poradzić. Amerykanka, zajmująca obecnie dopiero 187. miejsce w rankingu WTA, rzadko ma okazję rywalizować z zawodniczkami światowej czołówki i było to wyraźnie widoczne.

    Najbardziej wyrównany okazał się piąty gem. Day wywalczyła w nim trzy break pointy po serii odważnych zagrań i głębokich returnów. Świątek jednak zachowała spokój, grała taktycznie i nie pozwoliła rywalce wykorzystać żadnej z szans. Ostatecznie pierwszego seta zamknęła po podwójnym błędzie serwisowym Amerykanki. Cała partia trwała zaledwie 27 minut i zakończyła się wynikiem 6:0.

    Drugi set pełen zwrotów akcji

    Druga odsłona meczu wyglądała zupełnie inaczej. Day rozpoczęła ją od przełamania serwisu Świątek i zaczęła grać zdecydowanie odważniej. Po chwili prowadziła już 2:0, a kibice nagrodzili ją owacją za pierwszy wygrany gem w meczu.

    Amerykanka złapała wyraźny rytm. W pewnym momencie wygrała dziewięć punktów z rzędu i była bardzo blisko podwójnego przełamania. Choć Polce udało się zmniejszyć straty na 1:2, przeciwniczka nie straciła pewności siebie. Coraz lepiej serwowała i po kolejnych udanych akcjach wyszła na prowadzenie 3:1.

    Problemy Świątek narastały. Polka popełniała błędy, miała też kłopoty z utrzymaniem równowagi na korcie, co sugerowało możliwe problemy z obuwiem. Day wykorzystała moment słabości faworytki i po kolejnym przełamaniu prowadziła już 4:1, a chwilę później nawet 5:1.

    Wielki powrót Świątek

    Gdy wydawało się, że Amerykanka doprowadzi do trzeciego seta, nastąpił zwrot akcji. Świątek zaczęła grać znacznie pewniej – spokojniej budowała akcje i wybierała właściwe momenty do przyspieszenia. Choć wciąż zdarzały się jej pojedyncze błędy, coraz częściej oglądaliśmy tenis znany z pierwszej partii.

    Day natomiast zaczęła odczuwać presję. Jej uderzenia traciły płynność, a przewaga szybko topniała. Kluczowy był jeden z długich gemów, w którym Polka wygrała wyczerpującą wymianę, pokazując ogromną cierpliwość. To był sygnał, że wraca do swojej najlepszej gry.

    Świątek doprowadziła do wyrównania 5:5, a o losach seta zdecydował tie-break. W nim Amerykanka nie wytrzymała napięcia, natomiast Polka zagrała bardzo pewnie i kontrolowała przebieg rozgrywki. Ostatecznie triumfowała w całym meczu 6:0, 7:6, pieczętując efektowny powrót.

    Kolejne wyzwanie w Indian Wells

    W trzeciej rundzie turnieju w Indian Wells rywalką Świątek będzie Maria Sakkari. Greczynka, zajmująca obecnie 34. miejsce w rankingu WTA, pokonała w drugiej rundzie Austriaczkę Lilli Tagger 7:5, 6:0.

    Ich ostatnie spotkanie zakończyło się zwycięstwem Sakkari – w Dosze wygrała z Polką 2:6, 6:4, 7:5. Nadchodzący mecz będzie więc dla Świątek okazją do rewanżu i kolejnym poważnym testem w kalifornijskim turnieju.

  • Historyczny gol Pajor, potem czerwona kartka. Polki postawiły się gigantowi

    Historyczny gol Pajor, potem czerwona kartka. Polki postawiły się gigantowi

    Piłkarska reprezentacja Polski kobiet rozpoczęła eliminacje do mistrzostw świata od remisu 2:2 z Holandią. Kilka dni później przed drużyną stanęło jednak jeszcze trudniejsze zadanie – wyjazdowe spotkanie w Dijon z jedną z najlepszych reprezentacji na świecie, Francją. Choć „Biało-Czerwone” pokazały charakter i zdobyły historycznego gola za sprawą Ewy Pajor, ostatecznie po meczu rozgrywanym przez długi czas w osłabieniu przegrały 1:4.

    Podopieczne Niny Patalon rozpoczęły kwalifikacje we wtorek. W grupie mierzą się z wymagającymi rywalkami – Holandią, Francją oraz Irlandią. Choć Polki nie są stawiane w roli faworytek do zwycięstwa w grupie, ambitnie walczą o jak najlepszy wynik i szansę na upragniony awans na mundial.

    Pierwsze spotkanie z Holenderkami w Gdańsku zakończyło się niespodziewanym remisem 2:2. Po bardzo dobrej postawie naszej drużyny pojawiła się nadzieja, że Polki mogą zaprezentować się z dobrej strony także w starciu z Francją w Dijon. Tym razem jednak przeciwniczki należały do ścisłej światowej czołówki i to one były zdecydowanymi faworytkami.

    Sobotni mecz był dopiero trzecim w historii pojedynkiem obu reprezentacji. W dwóch wcześniejszych starciach górą były Francuzki, które wygrywały 2:0 oraz 6:0. Również tym razem szybko pokazały swoją siłę. W 20. minucie wynik otworzyła Marie-Antoinette Katoto, która popisała się znakomitym strzałem głową i wyprowadziła gospodynie na prowadzenie.

    Polki nie zamierzały jednak łatwo oddać pola. Grały odważnie i w 29. minucie doprowadziły do wyrównania. Po podaniu Tanji Pawollek w polu karnym najlepiej odnalazła się Ewa Pajor. Napastniczka Barcelony delikatnie skierowała piłkę w stronę bramki, a bramkarka Francji Pauline Peyraud-Magnin popełniła błąd. Tym samym padł pierwszy w historii gol reprezentacji Polski kobiet w meczu przeciwko Francji.

    Z czasem jednak gospodynie zaczęły przejmować inicjatywę. Jeszcze przed przerwą zamieszanie w polu karnym wykorzystała Sakina Karchaoui. Zawodniczka Paris Saint-Germain z bliskiej odległości pokonała Kingę Szemik i ponownie dała Francuzkom prowadzenie.

    Sytuacja Polek dodatkowo się skomplikowała pod koniec pierwszej połowy. Drugą żółtą kartkę, a w konsekwencji czerwoną, otrzymała Nadia Krezyman. Oznaczało to, że „Biało-Czerwone” musiały radzić sobie w dziesiątkę przez całą drugą część spotkania.

    Po przerwie przewaga Francji była jeszcze bardziej widoczna. W 59. minucie sędzia podyktowała rzut karny dla gospodyń. Do piłki podeszła Karchaoui i pewnym strzałem w lewy dolny róg podwyższyła wynik na 3:1.

    https://x.com/sport_tvppl/status/2030385378406850732?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E2030385378406850732%7Ctwgr%5E70772d863fcc2bb467b120133060edd877b3a284%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fsport.interia.pl%2Fpilka-nozna%2Freprezentacja-polski%2Fnews-historyczny-gol-pajor-potem-czerwona-kartka-polki-postawilynId22616920

    Kilka minut później Francuzki zadały kolejny cios. Po dośrodkowaniu kapitan reprezentacji Francji piłka odbiła się od Martyny Zieniewicz, a całą sytuację wykorzystała Kadidiatou Diani. Zawodniczka Lyonu z bliska skierowała piłkę do siatki, ustalając rezultat meczu na 4:1.

    W końcówce spotkania gospodynie kontrolowały przebieg gry i nie dopuściły już do groźniejszych sytuacji pod swoją bramką. Ostatecznie Francja wygrała 4:1 i odniosła drugie zwycięstwo w tych kwalifikacjach.

    Polki kolejne mecze rozegrają w kwietniu przeciwko Irlandii. Pierwsze spotkanie zaplanowano na 14 kwietnia, a rewanż cztery dni później. Będą to bardzo ważne starcia, które mogą mieć kluczowe znaczenie dla układu tabeli w grupie eliminacyjnej.

  • Było 1:5 w drugim secie, Świątek przegrywała ze 187. rakietą świata. Tie-break skończył mecz

    Było 1:5 w drugim secie, Świątek przegrywała ze 187. rakietą świata. Tie-break skończył mecz

    Powrót Iga Świątek do rywalizacji w cyklu WTA nastąpił po ponad trzech tygodniach przerwy. Polscy kibice długo czekali na moment, w którym wiceliderka światowego rankingu ponownie pojawi się na korcie. Stało się to podczas prestiżowego turnieju Indian Wells, gdzie Polka rozpoczęła zmagania od drugiej rundy. Jej rywalką była amerykańska kwalifikantka Kayla Day – zawodniczka z końca drugiej setki rankingu, która przed laty uchodziła za ogromny talent i w 2016 roku wygrała juniorski turniej US Open.

    Błyskawiczny początek Świątek

    Pierwszy set nie pozostawił złudzeń co do różnicy poziomów. Świątek od początku narzuciła bardzo wysokie tempo gry, dominując w wymianach i zmuszając rywalkę do licznych błędów. Choć w pierwszym gemie Polka popełniła dwa podwójne błędy serwisowe, zdołała wyjść z opresji i utrzymać podanie. Od tego momentu jej gra zaczęła wyglądać coraz lepiej.

    Polka szybko przejęła kontrolę nad wydarzeniami na korcie. Kolejne gemy wygrywała pewnie, imponując agresywnymi returnami i skutecznymi uderzeniami kończącymi. Po zaledwie 12 minutach prowadziła już 3:0. Amerykanka próbowała walczyć, a w piątym gemie nawet wypracowała trzy break pointy, lecz Świątek za każdym razem wychodziła z trudnej sytuacji świetnymi akcjami.

    Efekt był bezlitosny dla Day – po 28 minutach gry Polka zamknęła pierwszą partię wynikiem 6:0. Statystyki tylko potwierdzały dominację wiceliderki rankingu – aż 16 winnerów w jednym secie mówiło samo za siebie.

    Historia rywalki

    Dla Kayli Day sam awans do drugiej rundy był już pewnym sukcesem. Amerykanka przed laty była jedną z najbardziej obiecujących juniorek świata. W 2016 roku triumfowała w juniorskim US Open, a wcześniej dotarła do półfinału juniorskiego Wimbledon Championships, gdzie przegrała z Anastasia Potapova. W tamtym okresie była nawet liderką juniorskiego rankingu ITF.

    Przejście do seniorskiego tenisa okazało się jednak znacznie trudniejsze. Jako nastolatka zdołała awansować w okolice 120. miejsca w rankingu, ale później jej rozwój wyhamował. Najwyżej była na 84. pozycji na świecie, jednak większość punktów zdobywała w turniejach ITF, gdzie nie rywalizuje się z absolutną światową czołówką.

    Spotkanie ze Świątek było dla niej dopiero czwartym meczem z zawodniczką z pierwszej dziesiątki rankingu. Wcześniej dwukrotnie mierzyła się z Garbiñe Muguruza oraz raz z Madison Keys – wszystkie te pojedynki przegrała.

    Niespodziewany zwrot akcji

    Drugi set rozpoczął się jednak zupełnie inaczej niż pierwszy. Już w pierwszym gemie Amerykanka wypracowała kolejne break pointy, a przy trzeciej okazji Świątek popełniła błąd z forhendu, posyłając piłkę w aut. Publiczność na stadionie numer dwa wybuchła radością – Day przełamała jedną z najlepszych tenisistek świata.

    Ten moment wyraźnie dodał Amerykance pewności siebie. W kolejnym gemie wygrała własne podanie do zera, a chwilę później znów znalazła się w znakomitej sytuacji przy serwisie Polki. W pewnym momencie wygrała aż dziewięć akcji z rzędu i zaczęła grać coraz odważniej.

    Świątek natomiast wyglądała na zaskoczoną takim rozwojem wydarzeń. Pojawiały się błędy, także podwójne przy serwisie, a Amerykanka wykorzystała moment zawahania i ponownie przełamała Polkę. Na tablicy wyników pojawiło się sensacyjne 4:1 dla Day.

    Chwilę później było już 5:1 dla Amerykanki, a przy stanie 30:30 w kolejnym gemie brakowało jej zaledwie dwóch punktów, by doprowadzić do trzeciego seta.

    Mistrzowska reakcja

    W tym właśnie momencie Świątek pokazała klasę zawodniczki ze ścisłej światowej czołówki. Polka zaczęła stopniowo odzyskiwać kontrolę nad meczem, poprawiła serwis i znów zaczęła dominować w wymianach z głębi kortu.

    Najpierw odrobiła część strat, a następnie wygrała kilka kluczowych gemów z rzędu. Amerykanka zaczęła odczuwać presję przy prowadzeniu 5:4 i własnym serwisie. Wtedy Świątek zdecydowanie przyspieszyła tempo gry, przełamała rywalkę i doprowadziła do remisu 5:5.

    Ostatecznie o losach drugiej partii zdecydował tie-break. W nim Polka była już zdecydowanie lepsza – grała pewnie i konsekwentnie, wygrywając 7:2.

    Awans i rewanż na horyzoncie

    Cały mecz zakończył się zwycięstwem Świątek 6:0, 7:6 (2). Choć wynik sugeruje stosunkowo pewną wygraną, druga partia była dla Polki poważnym testem koncentracji i odporności psychicznej.

    W kolejnej rundzie turnieju w Indian Wells na Świątek czeka już dobrze znana rywalka – Maria Sakkari. Będzie to okazja do rewanżu za niespodziewaną porażkę w ćwierćfinale turnieju w Doha, która była ostatnim występem Polki przed ponad trzytygodniową przerwą od startów.

  • Sabalenka zaczęła Indian Wells. Faworytki miały kłopoty   

    Sabalenka zaczęła Indian Wells. Faworytki miały kłopoty  

    Podczas nocnej sesji turnieju w Indian Wells Masters kibice zobaczyli kilka spotkań z udziałem największych gwiazd kobiecego tenisa. Większość faworytek nie zawiodła i zameldowała się w trzeciej rundzie. Swoje mecze wygrały m.in. Aryna Sabalenka, Coco Gauff oraz Amanda Anisimova, choć nie każda z nich miała równie spokojną drogę do zwycięstwa. Z udanym powrotem na korty zaprezentowała się także Naomi Osaka.

    Sabalenka bez problemów na start

    Dla liderki rankingu WTA, Aryna Sabalenka, był to pierwszy występ od czasu finału Australian Open. Białorusinka zdecydowała się na dłuższą przerwę i opuściła lutowe turnieje na Bliskim Wschodzie – Qatar Open w Dosze oraz Dubai Tennis Championships. W tym czasie jednak nie brakowało wydarzeń w jej życiu prywatnym – tenisistka zaręczyła się ze swoim partnerem Georgiosem Frangulisem i do Kalifornii przyjechała już z pierścionkiem na dłoni.

    Rywalką Sabalenki w drugiej rundzie była Japonka Himeno Sakatsume, zajmująca 136. miejsce w światowym rankingu. Faworytka od początku kontrolowała przebieg spotkania. Już w pierwszym gemie przełamała przeciwniczkę, a następnie utrzymywała bezpieczną przewagę. Pierwszy set zakończył się wynikiem 6:4 dla Białorusinki.

    W drugiej partii liderka światowego rankingu jeszcze bardziej podkręciła tempo. Dwukrotnie odebrała serwis rywalce, sama nie dopuszczając jej nawet do break pointa. Ostatecznie Sabalenka zwyciężyła 6:4, 6:2 w zaledwie 72 minuty i zameldowała się w trzeciej rundzie, gdzie zmierzy się z Rumunką Jaqueline Cristian.

    Trudna przeprawa Gauff

    Znacznie więcej emocji dostarczył mecz z udziałem Coco Gauff. Amerykanka nie rozpoczęła sezonu tak dobrze, jak oczekiwano. W Melbourne i Dubaju dwukrotnie zatrzymywała ją Elina Svitolina, natomiast w Dosze sensacyjnie pokonała ją już w pierwszym meczu Elisabetta Cocciaretto.

    Powrót do gry na amerykańskiej ziemi również nie był dla niej łatwy. Jej przeciwniczką była Rosjanka Kamilla Rakhimova, która postawiła faworytce bardzo trudne warunki. Choć pierwszego seta Gauff wygrała dość pewnie 6:3, druga partia zamieniła się w prawdziwy tenisowy rollercoaster.

    Set trwał aż 75 minut – dłużej niż całe spotkanie Sabalenki. Gauff przegrywała już 2:5 i była podwójnie przełamana. Rachimowa dwukrotnie serwowała po zwycięstwo w secie, ale Amerykanka za każdym razem potrafiła się obronić, broniąc także piłki setowej. W końcówce seta serwis przestał być atutem którejkolwiek z zawodniczek – przełamania padały jedno po drugim.

    O losach partii zdecydował tie-break, w którym Gauff zachowała więcej zimnej krwi i zwyciężyła 7:5. Całe spotkanie wygrała 6:3, 7:6(5) po dwóch godzinach walki. W kolejnej rundzie zmierzy się z lepszą z pojedynku Alexandra Eala – Dayana Yastremska.

    Anisimova odwróciła losy meczu

    Spore kłopoty na początku swojego spotkania miała również Amanda Anisimova. Amerykanka sensacyjnie przegrała pierwszego seta z Rosjanką Anna Blinkova 5:7, choć sama aż trzykrotnie przełamywała rywalkę. Problemem był jednak jej własny serwis – straciła go aż cztery razy.

    Od drugiej partii obraz gry zmienił się diametralnie. Anisimova zaczęła dominować na korcie i błyskawicznie przejęła inicjatywę. Kolejne sety wygrała zdecydowanie 6:1 i 6:0. Co ciekawe, oba trwały łącznie tylko sześć minut dłużej niż pierwsza partia. Dzięki temu Amerykanka awansowała do trzeciej rundy, gdzie zagra z Emma Raducanu.

    Udany powrót Osaki

    Z dobrej strony pokazała się również Naomi Osaka, dla której był to pierwszy występ od czasu Australian Open. Japonka musiała wtedy wycofać się z powodu kontuzji i przez ponad miesiąc pauzowała.

    W drugiej rundzie jej rywalką była reprezentantka Andory Victoria Jimenez Kasintseva. Początek meczu zapowiadał się na jednostronny – Osaka prowadziła już 5:1 w pierwszym secie. Rywalka zdołała jednak doprowadzić do wyrównania 5:5, co na chwilę skomplikowało sytuację faworytki. Ostatecznie Japonka opanowała nerwy i wygrała seta 7:5.

    W drugiej partii Osaka nie pozostawiła już żadnych wątpliwości, zwyciężając 6:2. Cały mecz trwał 88 minut i zakończył się jej awansem do trzeciej rundy. Tam zmierzy się z Kolumbijką Camila Osorio, która wcześniej niespodziewanie wyeliminowała rozstawioną z numerem 18 Iva Jović. Jeśli Japonka wygra również to spotkanie, w czwartej rundzie może dojść do bardzo ciekawego starcia z Sabalenką.

  • Rywale bez szans, dublet Lewandowskiego. O tym występie Polaka mówiono jeszcze długo

    Rywale bez szans, dublet Lewandowskiego. O tym występie Polaka mówiono jeszcze długo

    Robert Lewandowski od lat pokazuje, że potrafi znaleźć sposób na grę przeciwko Athletic Bilbao. Kapitan reprezentacji Polski wielokrotnie trafiał do siatki zespołu z Kraju Basków, a jednym z jego najbardziej pamiętnych występów było spotkanie rozegrane w maju 2025 roku. Wówczas Polak zdobył dwie bramki, a FC Barcelona odniosła efektowne zwycięstwo na stadionie San Mamés Stadium.

    Obiekt w Bilbao, często określany mianem „La Catedral”, od dawna uchodzi za jeden z najtrudniejszych stadionów w Hiszpanii dla drużyn przyjezdnych. Mimo to są zawodnicy, którzy potrafią tam błyszczeć – a wśród nich bez wątpienia znajduje się Robert Lewandowski. Napastnik Barcelony już przy pierwszej okazji udowodnił, że starcia z baskijskim klubem wyjątkowo mu odpowiadają. W październiku 2022 roku, w swoim premierowym meczu przeciwko Athleticowi w barwach katalońskiego klubu, strzelił gola i zanotował asystę, przyczyniając się do wysokiej wygranej Barcelony 4:0.

    Od tamtego momentu Polak mierzył się z drużyną z Bilbao ośmiokrotnie i aż sześć razy wpisywał się na listę strzelców. Najbardziej spektakularny występ zaliczył jednak w końcówce sezonu 2024/25, gdy Barcelona była już pewna mistrzostwa Hiszpanii.

    Choć wynik tamtego spotkania nie miał większego znaczenia dla układu tabeli, kibice oczekiwali efektownego zakończenia rozgrywek. Piłkarze prowadzeni przez Hansi Flick spełnili te oczekiwania, a jednym z głównych bohaterów był właśnie Lewandowski.

    Polak otworzył wynik spotkania po niespełna piętnastu minutach gry. W sytuacji sam na sam z bramkarzem rywali, Unai Simón, zachował zimną krew i efektownym lobem przerzucił piłkę nad golkiperem. Zaledwie trzy minuty później ponownie dał o sobie znać – po rzucie rożnym wykonanym przez Raphinha znalazł się tuż przy linii bramkowej i lekkim uderzeniem głową skierował piłkę do siatki.

    Barcelona kontrolowała przebieg spotkania, a w końcówce wynik ustalił jeszcze Dani Olmo, który pewnie wykorzystał rzut karny. Tym samym kataloński zespół efektownie zakończył mistrzowski sezon.

    W najbliższym czasie Barcelonę czeka kolejna konfrontacja z Athletikiem Bilbao – ponownie na stadionie San Mamés i ponownie w rozgrywkach La Liga. Tym razem jednak stawka będzie znacznie większa, ponieważ walka o mistrzostwo Hiszpanii wciąż trwa. Katalończycy mają wprawdzie przewagę nad Real Madrid, ale do końcowego triumfu droga wciąż jest daleka.

    Nie jest jeszcze pewne, czy Lewandowski wyjdzie w tym meczu w podstawowym składzie. Po niedawnym urazie oczodołu napastnik może wystąpić w specjalnej masce ochronnej. Wiele wskazuje na to, że rozpocznie spotkanie na ławce rezerwowych, a od pierwszej minuty zagra Ferran Torres. Hiszpan w dotychczasowych starciach z Athleticem zdobył pięć bramek w czternastu meczach, choć w ostatnim czasie ma problemy ze skutecznością i z pewnością będzie chciał przełamać się właśnie w „Katedrze”.

  • Sabalenka przegrała gema na starcie seta i się zaczęło. 70 minut i koniec

    Sabalenka przegrała gema na starcie seta i się zaczęło. 70 minut i koniec

    Trzeci dzień rywalizacji w głównej drabince turnieju WTA 1000 w Indian Wells przyniósł wejście do gry najwyżej rozstawionych tenisistek. Wśród nich znalazła się liderka światowego rankingu, Aryna Sabalenka, która po raz pierwszy od finału Australian Open pojawiła się na korcie w oficjalnym meczu. Białorusinka zmierzyła się z kwalifikantką z Japonii – Himeno Sakatsume, plasującą się w drugiej setce rankingu. Choć początek drugiej partii przyniósł moment radości Japonce, ostatecznie cały pojedynek trwał zaledwie 70 minut.

    Sezon 2026 Sabalenka rozpoczęła w bardzo dobrym stylu. Liderka rankingu triumfowała w turnieju WTA 500 Brisbane, a następnie dotarła do finału wielkoszlemowego Australian Open. Tam przeżyła jednak bolesne rozczarowanie. W decydującym meczu prowadziła już 3:0 w trzecim secie, lecz nie potrafiła utrzymać przewagi. Jej rywalka, Jelena Rybakina, wygrała pięć kolejnych gemów, przejmując inicjatywę i ostatecznie sięgając po trofeum.

    Po tym turnieju Sabalenka zrobiła sobie przerwę od startów. Opuściła lutowe imprezy na Bliskim Wschodzie. Choć początkowo wydawało się, że zobaczymy ją w Dubaju, gdzie przebywała w tym czasie, tuż przed losowaniem drabinki ogłoszono, że zarówno ona, jak i Iga Świątek wycofują się z turnieju w Zjednoczonych Emiratach Arabskich.

    W efekcie powrót Białorusinki do rywalizacji nastąpił dopiero podczas prestiżowego turnieju WTA 1000 Indian Wells. Jako najwyżej rozstawiona zawodniczka rozpoczęła zmagania od drugiej rundy, mając wolny los na otwarcie.

    Jej pierwszą przeciwniczką została Himeno Sakatsume, która do głównej drabinki dostała się dzięki udanym kwalifikacjom. W pierwszej rundzie Japonka sprawiła niespodziankę, eliminując Alycia Parks. Mimo to w starciu z liderką rankingu była wyraźną outsiderką.

    Spotkanie rozpoczęło się od serwisu Sakatsume. Już w pierwszym gemie Sabalenka wypracowała sobie szansę na przełamanie, mimo że Japonka prowadziła 30:15. Białorusinka wykorzystała pierwszą okazję i szybko objęła prowadzenie. W kolejnych minutach obie tenisistki pewnie utrzymywały swoje podania, co oczywiście działało na korzyść faworytki.

    Szansa na kolejne przełamanie pojawiła się w piątym gemie. Sabalenka miała aż cztery break pointy, lecz nie zdołała żadnego z nich wykorzystać. Na jej twarzy było widać wyraźne niezadowolenie – chciała bowiem jak najszybciej powiększyć przewagę. Ostatecznie jednak utrzymała kontrolę nad wydarzeniami i wygrała pierwszą partię 6:4. Statystyki były całkiem wyrównane – Sabalenka zanotowała 11 uderzeń kończących i 10 niewymuszonych błędów, natomiast Sakatsume odpowiednio 9 i 14.

    Drugi set rozpoczął się nieco inaczej. Japonka utrzymała serwis do zera, a chwilę później prowadziła nawet 30:15 przy podaniu Sabalenki. Liderka rankingu szybko jednak opanowała sytuację. Najpierw wyrównała stan rywalizacji, a w kolejnym gemie sama przełamała przeciwniczkę.

    Od tego momentu mecz potoczył się już zdecydowanie po jej myśli. Sabalenka wygrała pięć kolejnych gemów i praktycznie zamknęła spotkanie. Ostatecznie zwyciężyła 6:4, 6:2, potrzebując na to zaledwie 70 minut.

    W trzeciej rundzie turnieju w Indian Wells jej rywalką będzie zwyciężczyni pojedynku pomiędzy Jaqueline Cristian a Maya Joint. Liderka rankingu udanie rozpoczęła więc swoją kampanię w Kalifornii i zrobiła pierwszy krok w stronę walki o końcowy triumf.