• Piotr Żyła odsunięty! Thurnbichler podjął decyzję po tym, co się stało w mikście

    Piotr Żyła odsunięty! Thurnbichler podjął decyzję po tym, co się stało w mikście

    Piotr Żyła odsunięty! Thurnbichler podjął decyzję po tym, co się stało w mikście

    czwartkowe popołudnie odbędzie się konkurs drużynowy na dużej skoczni Granasen podczas mistrzostw świata w Trondheim. Thomas Thurnbichler mógł wybierać z piątki naszych reprezentantów. Teraz poznaliśmy wybory trenera reprezentacji Polski.

     

    Za nami spora część rywalizacji na mistrzostwach świata w Trondheim. Wśród pań Nika Prevc sięgnęła po złoty medal w konkursie na normalnej skoczni, a Norweżki zdobyły drużynowe mistrzostwo świata. U panów złoty medal wywalczył Norweg Marius Lindvik. Po trzech dniach przerwy zmagania przeniosły się na duży rozmiar skoczni.

     

    W środę odbył się konkurs drużyn mieszanych. W nim triumfowała Norwegia, która znacznie wyprzedziła Słowenię oraz Austrię. Reprezentacja Polski wystąpiła w składzie Pola Bełtowska, Dawid Kubacki, Anna Twardosz i Aleksander Zniszczoł. Polska zajęła ósme miejsce i przegrała o 19,1 pkt z Finlandią.

     

    Warto dodać, że to był pierwszy raz, gdy mikst odbył się na dużej rozmiarze skoczni na mistrzostwach świata. Na tym jednak nie koniec drużynowej rywalizacji.

     

    Oto skład Polski na turniej drużynowy. Znamy wybory Thurnbichlera

     

    Znamy skład reprezentacji Polski na czwartkowy konkurs drużynowy na dużej skoczni w Trondheim. Kacper Merk z Eurosportu poinformował, że wybór Thomasa Thurnbichlera padł na Aleksandra Zniszczoła, Jakuba Wolnego, Dawida Kubackiego i Pawła Wąska. Poza kadrą znalazł się Piotr Żyła. Potem ten wybór naszego szkoleniowca potwierdził Polski Związek Narciarski.

     

    Najprawdopodobniej Thurnbichler dokonywał wyboru na podstawie wyników ze środowego miksta, a także z wtorkowych treningów. Najlepszym wynikiem Żyły w treningu było 125,5 m i 34. miejsce. Niewykluczone, że Thurnbichler wytłumaczy swoje wybory na konkurs drużynowy w rozmowach z dziennikarzami.

     

    Sporym zaskoczeniem może być kolejność startowa Polaków w drużynówce – o ile zapis z grafiki PZN na taką kolejność faktycznie wskazuje. Taki zestaw nie podoba się kibicom, którzy jasno wyrazili swoją opinię na portalu X. “Ale piękny autosabotaż” – to treść jednego z komentarzy.

     

    Konkurs drużynowy na mistrzostwach świata w Trondheim rozpocznie się w czwartek o godz. 16:20. Godzinę wcześniej odbędzie się seria próbna.

  • Historyczny występ Polaków, kolejny medal mistrzostw świata. Czekali aż 51 lat

    Historyczny występ Polaków, kolejny medal mistrzostw świata. Czekali aż 51 lat

    Historyczny występ Polaków, kolejny medal mistrzostw świata. Czekali aż 51 lat

    Podczas gdy polscy skoczkowie zawodzą na mistrzostwach świata w Trondheim, ze świetnej strony pokazali się biathloniści. Tyle że w czempionacie w Oestersund. Sztafeta w składzie: Jakub Potoniec, Grzegorz Galica, Konrad Badacz, Fabian Suchodolski na koniec mistrzostw świata juniorów sprawiła ogromną niespodziankę i sięgnęła po brązowy medal. Na taki sukces w tej konkurencji i kategorii wiekowej kibice czekali aż 51 lat.

    Podczas gdy mistrzostwa świata w Trondheim pod kątem sukcesów Biało-Czerwonych są, delikatnie mówiąc, niezbyt udane, wiele radości kibicom sprawili walczący również w czempionacie, tyle że w Oestersund juniorzy. Na zakończenie mistrzostw świata dali prawdziwy popis, zaskakując nie tylko rywali, ale prawdopodobnie nawet samych siebie.

    Kapitalny start Biało-Czerwonych. Polacy brązowymi medalistami mistrzostw świata

    Polska sztafeta juniorów w składzie: Jakub Potoniec, Grzegorz Galica, Konrad Badacz, Fabian Suchodolski zaprezentowała się fenomenalnie w biegu 4 x 7,5 km i sięgnęła po brązowy medal. Nasi biathloniści przegrali jedynie z Niemcami i Norwegami. Wyprzedzili za to m.in. Szwajcarów, Włochów, czy Finów.

    Zawody rozpoczął Potoniec, który chociaż musiał aż pięciokrotnie dobierać na strzelnicy, udało mu się uniknąć karnej rundy. Gdy przekazywał zmianę Galicy, Polacy znajdowali się na 12. pozycji. 18-latek spisał się rewelacyjnie, kolejny raz udowadniając, że jest w kapitalnej formie biegowej. W Oestersund sięgnął już po srebro w biegu indywidualnym. W sztafecie dzięki jego trudowi Biało-Czerwoni wskoczyli na 6. lokatę ze stratą zaledwie 30 sekund do trzecich Niemców.

    Biathlon. Szybki bieg, świetne strzelanie. Polscy juniorzy pokazali klasę w Oestersund

    Bardzo dobre strzelanie dołożył zmieniający go Badacz. Dzięki jego celności Polska znów przesunęła się w tabeli, tym razem już na pozycję medalową. Mimo sporego zmęczenia podkręcił jeszcze tempo na ostatniej pętli, dzięki czemu ostatni z Polaków, Fabian Suchodolski wystartował z pozycji wicelidera. Strzelał tak samo celnie, co reprezentant Niemiec, tyle że ten pobiegł nieco szybciej i zdołał go wyprzedzić.

    Mimo to zawody zakończyły się wielkim sukcesem Biało-Czerwonych, którzy finiszowali trzeci z czasem 1:22:35.2. Był on o tyle większy, że to pierwszy dla Polski medal w tej konkurencji i kategorii wiekowejod 1974 roku.

  • Historyczny występ Polaków, kolejny medal mistrzostw świata. Czekali aż 51 lat

    Historyczny występ Polaków, kolejny medal mistrzostw świata. Czekali aż 51 lat

    Historyczny występ Polaków, kolejny medal mistrzostw świata. Czekali aż 51 lat

    Podczas gdy polscy skoczkowie zawodzą na mistrzostwach świata w Trondheim, ze świetnej strony pokazali się biathloniści. Tyle że w czempionacie w Oestersund. Sztafeta w składzie: Jakub Potoniec, Grzegorz Galica, Konrad Badacz, Fabian Suchodolski na koniec mistrzostw świata juniorów sprawiła ogromną niespodziankę i sięgnęła po brązowy medal. Na taki sukces w tej konkurencji i kategorii wiekowej kibice czekali aż 51 lat.

     

    Podczas gdy mistrzostwa świata w Trondheim pod kątem sukcesów Biało-Czerwonych są, delikatnie mówiąc, niezbyt udane, wiele radości kibicom sprawili walczący również w czempionacie, tyle że w Oestersund juniorzy. Na zakończenie mistrzostw świata dali prawdziwy popis, zaskakując nie tylko rywali, ale prawdopodobnie nawet samych siebie.

     

    Kapitalny start Biało-Czerwonych. Polacy brązowymi medalistami mistrzostw świata

     

    Polska sztafeta juniorów w składzie: Jakub Potoniec, Grzegorz Galica, Konrad Badacz, Fabian Suchodolski zaprezentowała się fenomenalnie w biegu 4 x 7,5 km i sięgnęła po brązowy medal. Nasi biathloniści przegrali jedynie z Niemcami i Norwegami. Wyprzedzili za to m.in. Szwajcarów, Włochów, czy Finów.

     

    Zawody rozpoczął Potoniec, który chociaż musiał aż pięciokrotnie dobierać na strzelnicy, udało mu się uniknąć karnej rundy. Gdy przekazywał zmianę Galicy, Polacy znajdowali się na 12. pozycji. 18-latek spisał się rewelacyjnie, kolejny raz udowadniając, że jest w kapitalnej formie biegowej. W Oestersund sięgnął już po srebro w biegu indywidualnym. W sztafecie dzięki jego trudowi Biało-Czerwoni wskoczyli na 6. lokatę ze stratą zaledwie 30 sekund do trzecich Niemców.

     

    Biathlon. Szybki bieg, świetne strzelanie. Polscy juniorzy pokazali klasę w Oestersund

     

    Bardzo dobre strzelanie dołożył zmieniający go Badacz. Dzięki jego celności Polska znów przesunęła się w tabeli, tym razem już na pozycję medalową. Mimo sporego zmęczenia podkręcił jeszcze tempo na ostatniej pętli, dzięki czemu ostatni z Polaków, Fabian Suchodolski wystartował z pozycji wicelidera. Strzelał tak samo celnie, co reprezentant Niemiec, tyle że ten pobiegł nieco szybciej i zdołał go wyprzedzić.

     

    Mimo to zawody zakończyły się wielkim sukcesem Biało-Czerwonych, którzy finiszowali trzeci z czasem 1:22:35.2. Był on o tyle większy, że to pierwszy dla Polski medal w tej konkurencji i kategorii wiekowejod 1974 roku. 

     

  • Ewa Pajor znów w centrum uwagi! Jej wejście odmieniło losy Barcelony w dramatycznym meczu – WIDEO

    Ewa Pajor znów w centrum uwagi! Jej wejście odmieniło losy Barcelony w dramatycznym meczu – WIDEO

    Ewa Pajor znów w centrum uwagi! Jej wejście odmieniło losy Barcelony w dramatycznym meczu – WIDEO

    Wydawało się, że kobiecy zespół FC Barcelony po raz pierwszy w sezonie straci punkty. Katalonki przez niemal całe spotkanie z Athletikiem Bilbao nie potrafiły znaleźć drogi do siatki rywalek. Jednak kiedy na boisku pojawiła się Ewa Pajor, wszystko uległo zmianie. Polska napastniczka po raz kolejny udowodniła, że jest kluczową postacią jednej z najlepszych drużyn świata.

     

    Zmienniczka, która odwróciła losy meczu

     

    Od momentu transferu do FC Barcelony latem 2024 roku, Ewa Pajor regularnie zachwyca kibiców swoją skutecznością. Tym razem jednak mecz rozpoczęła na ławce rezerwowych, a jej drużyna przez długi czas nie potrafiła przełamać defensywy Athleticu Bilbao. Trener Jonatan Giráldez zdecydował się wprowadzić Polkę w 61. minucie, co okazało się kluczowe dla losów spotkania.

     

    Przez kolejne minuty Pajor raz po raz napędzała ataki Barcelony, ale to, co najważniejsze, wydarzyło się w samej końcówce. W 90. minucie przytomnym zgraniem obsłużyła Alexię Putellas, która wpakowała piłkę do siatki, dając Katalonkom prowadzenie. Chwilę później Vicky Lopez przypieczętowała zwycięstwo golem na 2:0.

     

    Niesamowita passa Barcelony i dominacja Pajor

     

    FC Barcelona od początku sezonu jest nie do zatrzymania. Po 16 kolejkach ligowych ma na koncie komplet zwycięstw, 74 zdobyte gole i zaledwie siedem straconych. Drużyna pewnie prowadzi w tabeli, mając aż jedenaście punktów przewagi nad drugim Realem Madryt.

     

    Ogromny udział w tych sukcesach ma właśnie Ewa Pajor. Reprezentantka Polski prowadzi w klasyfikacji najlepszych strzelczyń z dorobkiem 14 goli, wyprzedzając Ednę Imade o trzy trafienia. Dodatkowo Polka może pochwalić się pięcioma asystami, co czyni ją także liderką klasyfikacji kanadyjskiej.

    Decydujące starcie o trofeum na horyzoncie

     

    Przed Barceloną teraz kolejny ważny test. Już 22 stycznia Katalonki zmierzą się w półfinale Superpucharu Hiszpanii z Atletico Madryt. Zwycięstwo w tym meczu otworzy im drogę do finału, gdzie mogą zmierzyć się z Realem Madryt lub Realem Sociedad.

     

    Czy Ewa Pajor po raz kolejny odegra kluczową rolę i poprowadzi Barcelonę do kolejnego triumfu? Jedno jest pewne – polska napastniczka nie zamierza zwalniać tempa i nadal zachwyca futbolowy świat swoją skutecznością.

     

  • Świątek i Hurkacz lepsi od Paolini, 10-8 w batalii o finał. Widowisko w Indian Wells

    Świątek i Hurkacz lepsi od Paolini, 10-8 w batalii o finał. Widowisko w Indian Wells

    Świątek i Hurkacz lepsi od Paolini, 10-8 w batalii o finał. Widowisko w Indian Wells

    Za nami kolejna edycja Pucharu Eisenhowera z udziałem Igi Świątek i Huberta Hurkacza. Przed dwoma laty nasi reprezentanci zakończyli zmagania w roli finalistów, przed rokiem odpadli w fazie ćwierćfinałowej. Tym razem zatrzymali się na półfinale. W batalii o awans do decydującego starcia lepszy okazał się duet Madison Keys/Tommy Paul, który triumfował 10-8. Polacy obronili dwa meczbole, ale trzeciego już nie zdołali. Rywale nie wygrali jednak całych rozgrywek – te zakończyły się zwycięstwem Jeleny Rybakiny i Taylora Fritza.

     

    Charytatywne zmagania o Puchar Eisenhowera już od kilku lat poprzedzają główną rywalizację w Indian Wells. Impreza cieszy się dużą popularnością wśród najlepszych tenisistów. To m.in. efekt atrakcyjnej formuły rozgrywek. Osiem duetów tworzy drabinkę pucharową (od ćwierćfinałów do wielkiego finału). Każdy mecz rozgrywany jest w postaci super tie-breaka – do 10 wygranych punktów, z zachowaniem dwóch “oczek” przewagi.

     

    Przez długi czas klarowały się składy tegorocznej edycji zmagań. Dopiero 21 lutego pojawiła się informacja, że w imprezie ponownie wezmą udział Iga Świątek i Hubert Hurkacz. Dla naszych reprezentantów to trzeci występ z rzędu. Dwa lata temu dotarli do finału, gdzie ulegli Arynie Sabalence i Taylorowi Fritzowi. Przed rokiem odpadli już po pierwszym etapie, wyraźnie przegrywając z parą Paula Badosa/Stefanos Tsitsipas.

     

    Tak się składa, że Sabalenki, Badosy i Tsitsipasa nie zobaczymy podczas tegorocznej edycji. Organizatorzy ogłosili rezygnację Białorusinki w momencie, gdy do gry weszli Świątek oraz Hurkacz. Wówczas okazało się, że obok Fritza wystąpi Jelena Rybakina. Z kolei wycofanie Pauli i Stefanosa nastąpiło dopiero w dniu rozgrywek. Głównym powodem była kontuzja Hiszpanki, jakiej nabawiła się w Meridzie. Miejsce Badosy i Tsitsipasa zajęli ostatecznie Amanda Anisimova i Daniił Miedwiediew.

     

    Kilka godzin przed rozpoczęciem Pucharu Eisenhowera poznaliśmy zestawienia pierwszej rundy. Okazało się, że Iga Świątek i Hubert Hurkacz zmierzą się na “dzień dobry” z parą Jasmine Paolini/Lorenzo Musetti. Polacy nie musieli zbyt długo czekać na swój pojedynek, bowiem trafili do pierwszego ćwierćfinału. W związku z tym otwierali całe zmagania.

     

    Iga Świątek i Hubert Hurkacz zakończyli tegoroczną edycję Pucharu Eisenhowera na półfinale

     

    Rywalizacja o półfinał rozpoczęła się od bardzo dobrego serwisu wrocławianina, który sprawił mnóstwo problemów Włoszce z polskimi korzeniami. Później nasi reprezentanci stopniowo budowali przewagę i pilnowali jej do samego końca. Grali solidnie, a przy okazji wykorzystywali błędy po stronie Musettiego. Ostatecznie Iga i Hubert triumfowali w całym pojedynku 10-6 i zameldowali się w najlepszej “4” duetów.

     

    Kolejnymi przeciwnikami Polaków okazali się Madison Keys oraz Tommy Paul, którzy fazę wcześniej uporali się z duetem Maria Sakkari/Casper Ruud. Pojedynek rozpoczął się nie najlepiej z perspektywy Igi i Huberta. Przy pierwszym punkcie raszynianka popełniła błąd przy smeczu, posyłając piłkę na aut. W pewnym momencie rywale prowadzili już 3:1, ale nasi reprezentanci doprowadzili do wyrównania. W następnych minutach wrocławianin nie wykorzystał niestety okazji na 5-4 i od tej chwili Amerykanie uciekli na dobre. Polski team walczył jeszcze o odrobienie strat, obronił dwa meczbole przy podaniu Hurkacza. W kolejnej akcji Hubert podjął ryzyko przy siatce, ale tym razem to się nie opłaciło. Ostatecznie to duet Keys/Paul cieszył się z wygranej 10-8.

     

    Madison i Tommy nie zdołali jednak wygrać całych rozgrywek. W decydującym starciu lepsi okazali się Jelena Rybakina oraz Taylor Fritz. Kazachsko-amerykański zespół dominował na korcie w finałowym pojedynku, kończąc go wynikiem 10-4. Dla Fritza to kolejny triumf w Pucharze Eisenhowera. Przed dwoma laty wygrywał go w duecie z Aryną Sabalenką.

     

    Ćwierćfinały:Iga Świątek/Hubert Hurkacz – Jasmine Paolini/Lorenzo Musetti 10-6Madison Keys/Tommy Paul – Maria Sakkari/Casper Ruud 10-6Amanda Anisimova/Daniił Miedwiediew – Jelena Rybakina/Taylor Fritz 4-10Emma Navarro/Ben Shelton – Katie Boulter/Alex de Minaur 10-7

     

    Półfinały:Iga Świątek/Hubert Hurkacz – Madison Keys/Tommy Paul 8-10Jelena Rybakina/Taylor Fritz – Emma Navarro/Ben Shelton 10-6

     

    Finał:Madison Keys/Tommy Paul – Jelena Rybakina/Taylor Fritz 4-10

     

  • 22 zwycięstwa z rzędu i koniec. Przyszedł czas na rozstawioną Polkę

    22 zwycięstwa z rzędu i koniec. Przyszedł czas na rozstawioną Polkę

    22 zwycięstwa z rzędu i koniec. Przyszedł czas na rozstawioną Polkę

    18-letnia Kanadyjka Victoria Mboko popisała się na początku tego roku fenomenalną serią – wygrała cztery turnieje ITF, wygrała w nich 22 spotkania z rzędu. Ta passa została przerwana przed tygodniem we Francji. I właśnie na tę rewelację sezonu już w swoim pierwszym spotkaniu w halowym turnieju w Porto trafiła Maja Chwalińska, rozstawiona w Portugalii z trójką. Polka jest wyżej w rankingu, ale bukmacherzy dość wyraźnie stawiali na Mboko. I nie pomylili się. Nastolatka wygrała 3:6, 6:2, 6:3.

     

    Victoria Mboko nie pójdzie w ślady Mirry Andriejewej czy Coco Gauff, nie osiągnie wielkich sukcesów jeszcze przed 18. urodzinami. Być może jednak będzie jej dany stopniowy rozwój i poprawianie pozycji, aż w końcu znajdzie się wśród stu najlepszych zawodniczek świata. Być może stanie się to przed 19. urodzinami, to nastąpi dopiero pod koniec sierpnia. Ma bowiem wiele atutów i co ważne – umie grać ofensywnie. A to w dzisiejszym tenisie podstawa.

     

    18-latka z Kanady ten rok zaczynała na 333. pozycji w światowym rankingu. Wygrała cztery turnieje ITF z rzędu: na Martynice, Gwadelupie, w USA i Anglii. Razem – aż 22 spotkania. Zdecydowała się na grę tydzień po tygodniu, tę serię przerwała wreszcie w zeszły wtorek reprezentująca Cypr, była reprezentantka Rumunii Raluka Serban.

     

    Mboko odpoczęła, zgłosiła się do halowego turnieju w Porto. I tu w pierwszej rundzie trafiła na rozstawioną z trójką Maję Chwalińską.

     

    Już przed meczem było wiadomo, że dla Polki może to być bardzo pechowe losowanie.

     

    Maja Chwalińska wróciła do Porto. W 2024 roku była tu w finale w hali i zdobyła tytuł na powietrzu

     

    Chwalińska zaczęła ten rok z przytupem – była częścią drużyny w United Cup, wygrała nawet dwa spotkania w mikście, przeszła kwalifikacje Australian Open, później jednak dostała bolesne lanie od Niemki Jule Niemeier. Niemniej potwierdziła swoje miejsce w okolicach 130. pozycji na świecie, kolejnym krokiem miał już być atak na pierwszą setkę. I coś się zacięło.

     

    Nie udało się 23-latce przejść kwalifikacji WTA 250 w Kluż-Napoce, wysoko przegrała swój drugi mecz w ITF w Altenkirchen. A później zmieniła plany – zamiast lecieć na kwalifikacje do Meridy, a później próbować się dostać do Indian Wells, wybrała rywalizację na kontynencie. Najpierw w Porto, później w kilku turniejach na ziemi WTA 125 w Turcji.

     

    Pierwszy etap okazał się nieudany.

     

    Mboko, po tych swoich wielkich sukcesach w pierwszych dwóch miesiącach tego roku, w rankingu WTA przesunęła się już na 188. miejsce. Choć Chwalińska jest znacznie wyżej, obecnie na 136. pozycji, to bukmacherzy dość wyraźnie stawiali na jej rywalkę. Tymczasem w pierwszym secie górą była Polka, wygrała 6:3. Jej kombinacyjna gra, oparta na wysokich topspinach posyłanych w okolice końcowej linii, dawała efekt. Kanadyjka jakby była tym zaskoczona, popełniała błędy. A gdy sytuacja wymagała zmiany, zawodniczka z Bielska-Białej po prostu zmieniała rytm.

     

    Tyle że Mboko w końcu połapała się w sytuacji, zaczęła odważniej atakować takie zagrania, tuż po odbiciu piłki. Przyspieszała grę, uzyskiwała przewagę. Szybko przełamała Polkę, całkowicie dyktowała warunki. No i serwis był już teraz wyraźnym jej atutem. Chwalińska obroniła się jeszcze przed przegraniem seta 1:6, ale za chwilę i tak poległa. Było 2:6.

     

    Rewelacyjna 18-latka z Kanady lepsza od polskiej “trójki” w ITF w Porto. 6:3 w trzecim secie dla Mboko

     

    Polka skorzystała z przerwy toaletowej, ochłonęła trochę. Niemniej trzeci set i tak rozpoczął się od przełamania jej serwisu. Próbowała różnych tenisowych sztuczek, zmieniała tempo, grała slajsami, czasem dorzuciła skrót. Ale i tak górę brała siła fizyczna rywalki. Mboko bowiem grała konsekwentnie, “nie zwalniała ręki”. A myliła się przy tym rzadziej niż Polka.

     

    Chwalińska przegrywała już 0:2, wyrównała jednak. A później przegrała własnego gema na przewagi, przy czym raz, niesłusznie, jej akcję przerwał sędzia stolikowy, orzekł aut. Mogła za chwilę wyrównać, wywalczyć breaka, uzyskała dwie szanse. A Mboko jakby fizycznie zaczynała już odczuwać trudy tego spotkania. Tyle że to Polka w tych najważniejszych momentach była mniej dokładna, jej sytuacja stała się bardzo trudna.

     

    I nie zdołała już wyjść z opresji, ostatni forhend wyrzuciła wyraźnie, przegrała 6:3, 2:6, 3:6. A szkoda, bo w kolejnej rundzie rywalka byłaby już dużo słabsza od Mboko.

     

    18-latka zaliczyła zaś największy pojedynczy sukces w karierze. Do tej pory zawodniczką z najwyższym rankingiem, którą pokonała, była Amerykanka Emina Bektas (WTA 140).

     

  • Szybko poszło! Pierwsze “starcie” na Indian Wells już za Świątek

    Szybko poszło! Pierwsze “starcie” na Indian Wells już za Świątek

    Szybko poszło! Pierwsze “starcie” na Indian Wells już za Świąte

     

    W nocy z wtorku na środę polskiego czasu Iga Świątek i Hubert Hurkacz rywalizowali w trzeciej edycji Pucharu Eisenhowera. Polski duet w pierwszym meczu pokonał 10:6 włoską parę Jasmine Paolini/Lorenzo Musetti, ale w drugim spotkaniu na etapie półfinału musiał uznać wyższość Amerkanów – Madison Keys oraz Tommy’ego Paula.

     

    Puchar Eisenhowera to już mała tradycja Indian Wells. Kolejny rok z rzędu osiem mikstów stworzonych z najlepszych tenisistek i tenisistów świata rywalizuje w krótkich meczach do dziesięciu punktów – tzw. super tie-breaków. Wszystko toczy się w przyjemnej atmosferze w ramach imprezy charytatywnej.

     

    Iga Świątek i Hubert Hurkacz tegoroczny Puchar Eisenhowera zakończyli na półfinale

    Iga Świątek i Hubert Hurkacz dwa lata temu dotarli do finału, a w poprzedniej edycji przegrali już w pierwszym meczu. Tym razem było lepiej. Na inauguracje rywalizacji toczonej w nocy z wtorku na środę polskiego czasu, polski duet pokonał 10:6 Włochów Jasmine Paolini i Lorenzo Musettiego. Wszystko efektownym serwisem zamknął Hurkacz.

     

    W półfinale los złączył Polaków z Amerykanami. Konkretnie Tommy’m Paulem oraz Madison Keys, dla której to pierwszy start od triumfu w Australian Open, w którym w półfinale pokonała Igę Świątek. Początek był bardzo wyrównany. Gra toczyła się punkt za punkt, ale od stanu 4:4 zaczęli odskakiwać rywale. Dwupunktowa przewaga wystarczyła, przez co ostatecznie to Amerykanie wygrali 10:8. Ostatni punkt w efektowny sposób zdobył Tommy Paul. Wszystkiemu z trybun przyglądały się teamy naszych zawodników. Wimowi Fissette’owi towarzyszyła nie tylko Daria Abramowicz, ale także jego żona oraz dwójka dzieci.

     

    Iga Świątek i Hubert Hurkacz podziękowali sobie za wspólną grę, ale ostatecznie zmagania w Pucharze Eisenhowera 2025 zakończyli na półfinale. Całe zmagania zakończyły się zwycięstwem pary Elena Rybakina/Taylor Fritz, który w finale 10:4 pokonali Amerykanów.

     

    Teraz czas na poważniejszą rywalizację, która rozpoczyna się w środę. Nasi najlepsi tenisiści w pierwszej rundzie mają wolny los. Iga Świątek w drugiej zmierzy się z Caroline Garcią lub Bernardą Perą, natomiast Hubert Hurkacz z Luciano Darderim lub szczęśliwym przegranym.

  • Gigantyczna sensacja na MŚ w skokach. Polska odniosła historyczny sukces

    Gigantyczna sensacja na MŚ w skokach. Polska odniosła historyczny sukces

    Gigantyczna sensacja na MŚ w skokach. Polska odniosła historyczny sukces

    W połowie konkursu drużyn mieszanych Polska była trzecia! Finalnie do medalu naszym skoczkom i skoczkiniom zabrakło tylko 23,5 pkt. – W życiu byśmy nie uwierzyły, że tak mało stracimy do podium. Trochę dołożymy i będziemy się bić o podium. Na luzie – zapowiadała Kamila Karpiel. Dziś – zaledwie sześć lat później – już jej w skokach nie ma. Dziś na MŚ w Trondheim sukcesem dla naszej drużyny byłby awans do drugiej serii.

     

    Aż 15 drużyn wystąpi w środę w konkursie mikstów na MŚ w narciarstwie klasycznym w Trondheim. W tej stawce zobaczymy Polskę w składzie: Pola Bełtowska, Dawid Kubacki, Anna Twardosz, Aleksander Zniszczoł.

     

    Naszą drużynę w takiej rywalizacji zobaczymy po raz czwarty. Zdecydowanie najlepszy był w jej wykonaniu debiut. Na MŚ w Seefeld w 2019 roku Kina Rajda, Dawid Kubacki, Kamila Karpiel i Kamil Stoch spisali się tak, że już sobie wyobrażaliśmy, jak to pięknie będzie mieć wkrótce kolejne okazje do walki o medale wielkich imprez.

     

    Było pięknie. Ale tylko przez moment

     

    – Dziewczyny jak najbardziej sobie poradziły. Ja będąc w ich wieku nie kwalifikowałem się do zawodów. Okazuje się, że mamy naprawdę świetny zespół – mówił nam wówczas Stoch.

     

    Dzień wcześniej został wicemistrzem świata na skoczni normalnej. A Kubacki zgarnął złoto. To był szalony konkurs, w którym Polacy awansowali na szczyt z 27. i 18. miejsca po pierwszej serii. – My z Kamilem pokazaliśmy, że potrafimy daleko skakać i to tyle komentarza a propos różnych podsumowań piątkowego konkursu – cieszył się Kubacki. – A dziewczyny są młode i potrzebują doświadczenia, więc tu zdobywały najlepsze. Nikt nie nakładał na nie presji, one normalnie skoczyły swoje i dzięki temu jesteśmy na szóstym miejscu. Niech dziewczynom da to dodatkowego powera, żeby dalej trenować, bo fajnie się razem skacze – dodawał.

     

    Mistrz świata Kubacki pobił w tamtych zawodach rekord skoczni – na obiekcie z punktem K na 99. metrze i z HS-em (rozmiarem) 109 m osiągnął 112 metrów. – Ale konkurs! Jak usłyszałam od spikera, że Dawid Kubacki pobił rekord skoczni, lecąc aż 112 metrów, to pomyślałam „wow!” – emocjonowała się Rajda. – Pełen podziw! Pełen podziw dla chłopaków – wtrącała Karpiel.

     

    17-letnia Karpiel i 18-letnia Rajda były pierwszymi Polkami w historii, które wystąpiły w mistrzostwach świata. Kamila indywidualnie zajęła 23. miejsce, Kinga była 34. Wtedy panie skakały tylko na skoczni normalnej.

     

    Kilka dni później podopieczne Marcina Bachledy wcale się nie tremowały wspólnym występem w mikście z arcymistrzami Stochem i Kubackim. Przed tamtymi zawodami wszyscy zastanawialiśmy się czy z taką pomocą juniorki doskoczą do top 8 i zapewnią sobie ministerialne stypendia. A one i oni po pierwszej serii ulokowali się w top 3! Finalnie sensacyjnego trzeciego miejsca Polska nie obroniła. Skończyło się na miejscu szóstym, ze stratą 23,5 pkt do podium. Ale to i tak był występ ponad stan. Przecież tamtego dnia polski mikst dopiero drugi raz w historii pokazał się w międzynarodowej rywalizacji. Ten pierwszy raz to było ostatnie 14. miejsce na PŚ w Lillehammer w 2013 roku.

     

    – Progres jest niesamowity. Dobrze, że u nas ktoś w końcu się skokami kobiet zainteresował. Trzeba je rozwijać – mówił Stoch. – Dziewczyny jak najbardziej sobie poradziły. Ja w ich wieku nie kwalifikowałem się do zawodów. Okazuje się, że mamy naprawdę świetny zespół. Z uśmiechem na twarzy robiłem w nim to, co uwielbiam – dodawał trzykrotny mistrz olimpijski. – Po pierwszej serii było trzecie miejsce? A to nie wiem nic na ten temat – mówił po konkursie zaskoczony Kubacki. – W życiu byśmy nie uwierzyły, że tak mało stracimy do podium. Trochę dołożymy i będziemy się bić o podium. Na luzie – śmiała się Karpiel. – A tak serio, to jeszcze trochę pracy przed nami. Ale myślę, że damy radę – dodawała.

     

    Zanosi się na najgorszy wynik w historii

     

    Niestety, jak sześć lat po ostatnim miejscu w Lillehammer było to dające nadzieję Seefeld, tak dziś – po kolejnych sześciu latach – nie ma żadnej nadziei.

     

    Po tamtych MŚ z 2019 roku Polski Związek Narciarski postanowił, że w miejsce Bachledy trenerem kadry skoczkiń zostanie Łukasz Kruczek. Na MŚ 2021 w Oberstdorfie polski mikst znów był szósty, ale do podium stracił już 150 punktów, a nie 23,5. A wtedy też rywalizowano na skoczni normalnej. W 2023 roku w Planicy nasza mieszana drużyna była ósma. Do podium straciła ponad 150 Punktów. Ile straci dziś?

    W Seefeld, Oberstdorfie i Planicy w świetnej formie byli polscy skoczkowie. Oni na każdych z tych mistrzostw zdobywali medale. Teraz Zniszczoł i Kubacki skaczą na poziomie drugiej-trzeciej dziesiątki. Niestety, jest duża szansa się na najgorszy występ biało-czerwonego miksta w historii. Panie liderkami naszej ekipy na pewno nie zostaną. Kadrze znów przewodzi Bachleda, bo nawet wybitny fachowiec, jakim jest Austriak Harald Rodlauer, nie zdołał u nas niczego zbudować i szybko zamienił skoki kobiet w Polsce na skoki kobiet we Włoszech. I choć dziś organizacyjnie Polkom niczego nie brakuje, to wynikowo dzieli je od najlepszych straszna przepaść.

  • Było 1:1, kiedy wszedł Cash. Oto co zrobił w 86. minucie

    Było 1:1, kiedy wszedł Cash. Oto co zrobił w 86. minucie

    Było 1:1, kiedy wszedł Cash. Oto co zrobił w 86. minucie

    To już od pierwszej minuty mógł być polski mecz w 1/8 finału Ligi Mistrzów. Michał Skóraś i Matty Cash rozpoczęli jednak spotkanie w roli rezerwowych i tylko przyglądali się emocjom na murawie. Nie minął kwadrans, a kibice zobaczyli już dwa gole. Przełomowa okazała się druga połowa. W niej jednym z bohaterów Aston Villi stał się Matty Cash.

     

    We wtorek 4 marca rozpoczęła się 1/8 finału Ligi Mistrzów. Na placu boju pozostało już tylko 16 drużyn. Pierwszym spotkaniem było starcie Brugii z Aston Villą. Belgowie w poprzedniej fazie sprawili niemałą niespodziankę i wyeliminowali z rozgrywek Atalantę Bergamo. Anglicy, ze względu na dobre rezultaty w fazie ligowej, nie musieli występować w meczach fazy play-off. Spotkanie na stadionie imienia Jana Breydela zapowiadało się niezwykle ciekawie.

     

    Trzy gole w Brugiii. Co za emocje w LM

     

    Kibice na pierwsze emocje nie musieli czekać długo. Po upływie niecałych 150 sekund goście z Birmingham wpadli w euforię. Rzut wolny w centralnej części boiska wykonywał Youri Tielemans. Pojedynek główkowy z rywalem wygrał Tyrone Mings i zgrał piłkę na środek pola karnego. Tam jak grom z jasnego nieba pojawił się Leon Bailey i bardzo silnym, płaskim strzałem z lewej nogi pokonał Simona Mignoleta.

     

    Powtórki pokazały, że piłka po strzale jamajskiego skrzydłowego odbiła się jeszcze od murawy. Były bramkarz Liverpoolu nie miał żadnych szans na skuteczną interwencję. Stracony gol nie podłamał jednak gospodarzy. Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać.

    https://x.com/CANALPLUS_SPORT/status/1896983065374671086

    Gospodarze ruszyli do ataku, a w 12. minucie w polu karnym rywali najlepiej odnalazł się wbiegający boczny obrońca. Maxim De Cuyper uderzył precyzyjnie, a piłka – podobnie jak w przypadku strzału Baileya – podskoczyła na murawie, co utrudniło interwencję Emiliano Martinezowi.

     

    W 68. minucie meczu kibice gości mogli dziękować opatrzności, że Brugia nie objęła prowadzenia. Wydawało się, że piłka po uderzeniu Hansa Vanakena nieuchronnie zmierza do siatki, ale ostatecznie minęła prawy słupek bramki Martineza. To szczęście w nieszczęściu Villi, bowiem równie dobrze do własnej siatki mógł ją skierować próbujący interweniować Mings. W piłkę jednak nie trafił. Chwilę wcześniej na murawie pojawił się Matty Cash, który zmienił Axela Disasiego.

     

    To było kolejne, ale nie jedyne ostrzeżenie, jakie Brugia wysłała rywalom w tym meczu. Jeszcze w pierwszej połowie groźny strzał oddał Chemsidne Talbi. Aston Villa odpowiedziała jedynie próbą Marco Asensio powstrzymaną przez Mignoleta

     

    Kiedy wydawało się, że bliżej zdobycia gola są gospodarze, akcję prawym skrzydłem przeprowadził Morgan Rogers. Posłał silne, dobre dośrodkowanie, które niechybnie na gola zamieniłby wbiegający na piąty metr Ollie Watkins. Wcześniej piłkę przeciął jednak stoper Brugii – Brandon Mechele. Zrobił to jednak tak bardzo niefortunnie, że wpakował ją do własnej siatki.

     

    Aston Villa poszła za ciosem. W 86. minucie Matty Cash był faulowany w polu karnym, sędzia wskazał na jedenasty metr, a Marco Asensio ustalił wynik na 3:1 dla gości. Warto dodać, że w końcówce w barwach Brugii na murawie pojawił się Michał Skóraś. Nie mógł już jednak wpłynąć na wynik.

     

    Rewanżowe spotkanie na Villa Park w Birmingham odbędzie się w środę 12 marca o 21:00. Wcześniej oba zespoły mają zaplanowane mecze ligowe. Aston Villa 8 marca zagra na wyjeździe z Brentfordem, a Club Brugge dzień później rozegra wyjazdowe derby z Cercle.

     

    Club Brugge 1:3 Aston Villa (1:1)

    Gole: Maxim De Cuyper’ 12 – Leon Bailey’ 3, Brandon Mechele’ 82sam, Marco Asensio’ 88k

    Club Brugge: Mignolet (gk) – Sabbe (90′ Skóraś), Mechele, Ordóñez, De Cuyper – Jashari, Onyedika (90′ Vetlesen) – Talbi (86′ Siquet), Vanaken (k), Tzolis – Jutgla (86′ Nilsson)

    trener: Nicky Hayen

    Aston Villa: Martinez (gk) – Disasi (64′ Cash), Konsa, Mings, Digne – McGinn (k) (64′ Ramsey), Tielemans – Bailey (64′ Kamara), Rogers, Rashford (64′ Asensio) – Watkins (90′ Bogarde)

    trener: Unai Emery

    Jan Breydel Stadion, Brugia

    żółte kartki: Emery

    sędziował: Pinheiro (Portugalia)

  • 7-0 w tie-breaku! Kamil Majchrzak zagra w turnieju ATP w Indian Wells

    7-0 w tie-breaku! Kamil Majchrzak zagra w turnieju ATP w Indian Wells

    7-0 w tie-breaku! Kamil Majchrzak zagra w turnieju ATP w Indian Well

     

    Kamil Majchrzak awansował do głównej drabinki prestiżowego turnieju ATP w Indian Wells. W finale kwalifikacji nasz tenisista pokonał w dwóch setach Chilijczyka Cristiana Garina 7:6 (7-0), 6:2.

     

    Ostatnim turniejem, w którym rywalizował Polak, były zmagania w Challengerze w San Diego. Majchrzak dotarł tam do półfinału, w którym musiał uznać wyższość Mackenziego McDonalda.

     

    Teraz przed 29-latkiem stało trudniejsze zadanie. Tenisista z Piotrkowa Trybunalskiego, który w poprzedniej rundzie kwalifikacji pokonał reprezentanta gospodarzy Trevora Svajdę, w przypadku zwycięstwa nad Chilijczykiem Cristianem Garinem awansowałby do głównej drabinki prestiżowego turnieju ATP w Indian Wells.

     

     

     

    Początek spotkania należał do Kamila Majchrzaka, który po grze na przewagi zapunktował przy własnym podaniu, a następnie już przy pierwszej okazji – i to do zera! – przełamał rywala. Zawodnik z Ameryki Południowej odpowiedział w wielkim stylu, zdobywając… cztery punkty z rzędu, dwukrotnie przełamując Polaka. Gdy Garin obronił trzy break pointy i wyszedł na prowadzenie 5:3, wydawało się, że pierwszy set padnie łupem Chilijczyka. Majchrzak zdołał jednak doprowadzić do tie-breaka, który był już prawdziwym popisem naszego sportowca. Złoty medalista Igrzysk Olimpijskich Młodzieży z Nankinu wygrał go… do zera, zaliczając aż cztery mini-breaki!

     

     

     

    W drugiej odsłonie meczu obaj tenisiści przez cztery gemy punktowali zgodnie przy własnym serwisie. Pierwsze przełamanie było dziełem Majchrzaka, który po grze na przewagi wyszedł na prowadzenie 3:2, potem poprawił przy swoim podaniu, a następnie… znów przełamał rywala, odskakując na 5:2. Decydujący gem był jedynie formalnością – podłamany Garin zdołał co prawda obronić jednego meczbola, ale nasz sportowiec zdołał wykorzystać drugą szansę i zamknął seta wynikiem 6:2, kończąc mecz w dwóch partiach!

     

    Kamil Majchrzak – Cristian Garin 7:6 (7-0), 6:2.