• 20-letni Polak rzucił świat na kolana. Pierwsza taka historia od 44 lat! “To jest inna bajka”

    20-letni Polak rzucił świat na kolana. Pierwsza taka historia od 44 lat! “To jest inna bajka”

    20-letni Polak rzucił świat na kolana. Pierwsza taka historia od 44 lat! “To jest inna bajka”

    – Jeżeli nic nie stanie na przeszkodzie, to jestem tego pewny, że Maksymilian osiągnie światowe wyniki. On jest naprawdę olbrzymim talentem, zdecydowanie wybijającym się spośród moich wszystkich dotychczasowych zawodników. Dlatego trudno mi powiedzieć, gdzie znajduje się kres jego możliwości – mówi w rozmowie z Interią rutynowany trener Krzysztof Węglarski, którego 20-letni podopieczny Maksymilian Szwed (AZS Łódź) sięgnął w biegu na 400 m po srebrny medal (45.31 s) halowych mistrzostw Europy w Apeldoorn.

     

    Artur Gac, Interia: Wypada na wstępie również panu pogratulować sukcesu podopiecznego, choć moje słowa bledną w świetle tego, co zrobił sam zawodnik na gorąco po sięgnięciu po wicemistrzostwo Europy. Zaczął od pana, zapytany na antenie TVP Sport o to, komu chciałby zadedykować ten krążek. Był pan poruszony?

     

    Krzysztof Węglarski, trener Maksymiliana Szweda: – No tak. Co tu dużo mówić, rzadko się spotyka, że w takim momencie zawodnik też myśli o pracy i wkładzie pracy trenera. Większość myśli o rodzicach, narzeczonej i w te strony kierują swoje myśli, a nie docenia pracy tej drugiej strony, czyli trenerskiej. Było mi bardzo miło i sympatycznie.

     

    Dodajmy, że rodzina też się pojawiła, ale można było odnieść wrażenie, że nadał nieprzypadkową gradację tym szczególnym podziękowaniom. Zaznaczył, że wasza praca to około 70-80 procent sukcesu.

     

    – Myślę, że docenił to, iż przygotowałem go bardzo dobrze do tego biegania turniejowego. I biegania z najlepszymi możliwościami na mistrzostwach Europy. Wszystkie starty po drodze były tymi jakby wpisanymi w trening, a nie docelowymi. Uważam, że to też docenił, wyrażając tą miłą wdzięczność.

     

    Czy fakt, że był pan na ME w Apeldoorn zakwaterowany w jednym pokoju z trenerem Zbigniewem Królem, mającym na koncie wiele sukcesów, potrafiącym pod względem taktycznym i różnych rozwiązań wyciskać maksimum ze swoich zawodników, sprawił że toczyliście wspólne rozmowy i wymianę myśli wokół Maksymiliana?

     

    – Oczywiście rozmawialiśmy w pokoju, czy to na spacerze, niemniej Zbyszek raczej jest skupiony na swojej pracy i swoich zawodnikach. Zresztą te dwa obszary jakoś nie za bardzo się łączą, ponieważ zdecydowanie inaczej trzeba podejść do biegania na 400 m, a inaczej obierać taktykę przy dłuższych biegach na 800 m czy 1500 m. Tam zawodnik pokonuje wiele okrążeń i wiadomo, że sposób jego zachowania i ustawienia może zadecydować o końcowym sukcesie. W naszym przypadku, na 400 m, w finale mieliśmy tylko dwa wybory: albo Attila Molnar biegnie przed Maksymilianem, albo Maksymilian przed Molnarem. Najważniejsze było to, aby pierwsze 200 metrów pokonał jak najluźniej i najspokojniej, a jednocześnie zachowując bardzo dużą szybkość, aby mieć energię na drugie okrążenie i walkę ewentualnie na finiszu, co się wspaniale udało.

     

    Z tych dwóch scenariuszy, doskonalszy był właśnie ten, który się zrealizował, czyli bieg poprowadzony przez Węgra?

     

    – Przede wszystkim ten wariant braliśmy pod uwagę, chociaż nie do końca, bo Molnar jakoś w poprzednich biegach otwierał pierwsze 200 metrów dużo spokojniej. Biegał 21.60-21.70, z kolei Maks otwierał swoje biegi zdecydowanie szybciej. Dlatego sądziłem, że Węgier może zachować swój styl biegania, czyli spokojna połówka dystansu, a na drugim okrążeniu wykorzystanie już pełni szybkości. Tutaj się zawiedliśmy, bo pobiegł na 21.20, a to przecież sam w sobie bardzo dobry wynik na 200 m. Natomiast Maks zachował się idealnie, pobiegł za nim bardzo spokojnie, co też może przyczyniło się na końcu do takiego ekstra wyniku. Bieg ułożył się idealnie, biegł sobie za Molnarem, nie szarpał się i utrzymywał szybkość, a na końcu jeszcze wykrzesał dużo sił, żeby powalczyć o złoto. Jakby to powiedzieć, w tym wypadku ten bieg lepiej nie mógł się ułożyć.

     

    “”- Jako szkoleniowcowi bardzo mi imponuje, że Maksymilian wychodzi z następującego założenia: “trenerze, nie ma ludzi niepokonanych”. Ja to przedtem mówiłem innym zawodnikom, ale nie do końca mnie rozumieli. A teraz przyszło na to, że sam zawodnik mówi do mnie: “trenerze, będzie dobrze, nie ma ludzi niepokonanych”. I to jest zupełnie inna bajka” ”

     

    ~ Krzysztof Węglarski o Maksymilianie Szwedzie

     

    To rzeczywiście musiałby być bieg na 410 m, jak powiedział sam Maks, żeby wyszarpał złoty medal? Czy w obrębie tego znakomitego biegu w którymś momencie była minimalna rezerwa, która mogłaby zaowocować tym, że nie brakłoby mu wychylenia głowy na mecie?

     

    – Celne pytanie. Być może inna hala, jak ta w Toruniu, gdzie prosta jest troszeczkę dłuższa, mogłaby zdeterminować to, że mógłby bardziej powalczyć o zwycięstwo. Natomiast tutaj ten odcinek po zejściu z łuku był bardzo krótki. Może specyfika tego obiektu w Holandii, jako że jest to obiekt kolarski, powoduje taką geometrię. Mówiąc obrazowo, Maks miał skróconą możliwość po zejściu na prostą i walki na dłuższym odcinku. Niewątpliwie zachował jeszcze dużo sił, czyli to nie był jeszcze w jego wykonaniu bieg na 100 procent. Gdyby pojawiła się możliwość dłuższego ścigania na końcówce, zapewne jeszcze powalczyłby o złoto. Niemniej należy się bardzo cieszyć z drugiego miejsca i osiągniętego wyniku. Jest to bardzo młody zawodnik, myślę że wszystko przed nim.

     

    Biorąc pod uwagę okoliczności, wszak Maksymilian był po wielkim wysiłku i widać było, że nie do końca łapie w lot wszystkie pytania, czasami dopytując o intencję, zaimponowało mi jeszcze coś innego. Mianowicie te bardzo dojrzałe słowa, gdy mówił o przepisie na takie wyniki. “Przede wszystkim dyscyplina, tutaj nie ma miejsca na żadne imprezy i zarywanie nocek, niezdrowe jedzenie. Wszystkiego trzeba pilnować. W głowie powinien być tylko trening, tylko regeneracja i trzeba też mieć talent, trochę genetyki. Ja wiem, że to mam i tego na pewno nie zmarnuję”. Jeżeli to wszystko jest prawdą, to trudno o bardziej optymistyczny przekaz zawarty w kilku zdaniach.

     

    – Tak, tak. Choć przyznam, że troszeczkę jestem do niego w kontrze, bo wziął urlop dziekański na uczelni. A ja cały czas go namawiam, żeby powrócił na studia, chociaż w spokojniejszym trybie, czyli nawet zaliczając jeden semestr przez rok. Ale jednak aby to jego poświęcenie nie było skierowane tylko na trening i wypoczynek, ale by nauka i zdobywanie kwalifikacji na dalszą część życia też nastąpiło. Tego zawsze mocno pilnowałem. Dotychczas moi zawodnicy, może poza jednym, kończyli uczelnie, a nawet porobili doktoraty. Jakoś potrafili pogodzić proces szkoleniowy i treningowy z nauką. I do tego samego namawiam także Maksa. W ten rok on rzeczywiście poświęcił się wyjątkowo, a przy jego spokojnym i sympatycznym usposobieniu może jest mu o to łatwiej. Nie ciągnie go na imprezy czy w inne uciechy. Bardzo dba o to, co je i ile ma wypoczynku. Nic, tylko z takim zawodnikiem trenować.

     

    Ciągle przed oczami mam do niedawna innego pana podopiecznego, Kajetana Duszyńskiego, na własne oczy obserwując na IO w Tokio finał sztafety miksta i jego fenomenalny bieg na ostatniej zmianie, który dał nam złoty medal. Czy Maks i Kajetan to są bardzo podobne przypadki i historie, dużo jest pokrewieństwa, czy wręcz przeciwnie?

     

    – Każdy z nich niestety jest inny. Zdecydowanie inne ma predyspozycje, inne uwarunkowania szybkościowe i wytrzymałościowe. To są zupełnie dwa inne typy.

     

    Na korzyść Maksymiliana, tak?

     

    – Zdecydowanie. I w tej chwili wykorzystujemy u Maksa to, co inny zawodnik musi wytrenować i mocno zabiegać o takie możliwości szybkościowe. On ma te cechy trochę wrodzone.

     

    Właśnie chciałem zapytać, czy to kwestia genetyki, czy na przykład tego, że szybciej zawierzył panu w stu procentach i trenował sumiennie według założeń?

     

    – Jakby to powiedzieć… Nawet w Polsce są zawodnicy zbliżeni do możliwości szybkościowych Maksa, ale nie wykorzystują tego na co dzień. Nie wiem, dlaczego, ale są takie jednostki. Wydaje mi się, że tutaj – nie chwaląc się – powiązanie jego możliwości z ułożoną i systematyczną pracą, daje takie rezultaty.

     

    Bez wchodzenia w zawiłości bardzo specjalistycznego treningu, bo jesteśmy portalem horyzontalnym, ale w możliwie największym skrócie i najprostszym językiem, jakiego by pan użył: jak wygląda specyfika pracy z Maksem i które akcenty treningowe dają największą przewagę, tak wydobywając z niego największe atuty, jak również niwelujące braki?

     

    – Przede wszystkim cały czas podnosimy możliwości wytrzymałości zawodnika, na początku poprzez większą pracę tlenową. Tak, by na końcu, gdy przechodzi się na obciążenia tzw. wytrzymałości szybkościowej i szybkość, zawodnik mógł pokonywać kilka odcinków na jednej, określonej szybkości. Aby nie było sytuacji, że odcinki spadają jakościowo, lecz na zmęczeniu zachować stan początkowy. Tutaj pokonanie pierwszego okrążenia z bardzo dobrym lub rewelacyjnym wynikiem jeszcze nie determinuje tego, że zawodnik na końcu osiągnie sukces. Zostaje drugie okrążenie, na którym również trzeba starać się utrzymać swoją narzuconą szybkość. Praca powiązana pomiędzy wytrzymałością, a wytrzymałością szybkościową, wpływa na końcowy sukces.

     

    Rozumiem, że jeśli mówimy o procesie zwiększania wytrzymałości u 20-latka, to tym bardziej jesteśmy w miejscu, które nie tak dawno tłumaczył mi w przypadku nieco starszej Natalii Bukowieckiej jej trener, Marek Rożej. Mianowicie musi to być wszystko mądrze rozłożone w czasie, bo gdybyśmy tu i teraz chcieli wykrzesać z zawodnika – nomen omen – maksa, to efekt będzie katastrofalny. Po prostu zniszczymy taki organizm.

     

    – Dokładnie. Dodam, że w przypadku pracy z Maksymilianem ten proces trwa już pięć lat. Jednak proszę mi uwierzyć, że on nie biega na takich obciążeniach i założeniach, jak dotychczas na przykład biegał wspomniany Kajetan Duszyński, już dużo dojrzalszy zawodnik, z większym stażem. Maks dopiero jakby będzie wchodził w mocniejsze treningi. Tak, jak pan powiedział, staram się być roztropny w planowaniu tego wszystkiego, bo jesteśmy w procesie. Uważam, że nie należy i nie powinno się przyspieszać oraz zbyt raptownie zwiększać obciążeń. To musi być płynne, sukcesywne, rozłożone w czasie. Tak, aby zawodnik mógł prawidłowo się rozwijać, a nie zwijać.

     

    Maks jest bardzo młody, więc należy zachować wszelkie proporcje, tym niemniej mając zawodnika z takim potencjałem, możemy powiedzieć, że gdyby rozwijał się harmonijnie i możliwie optymalnie, to stać go dojść do naprawdę światowych wyników i walczyć o medale nie na europejskich, ale światowych czempionatach?

     

    – Jeżeli nic nie stanie na przeszkodzie, to jestem pewny, że to osiągnie. Tylko niestety, tak jak w normalnym życiu, rzeczywistość czasami stwarza nieprzewidziane problemy i konflikty. Mam nadzieję, że tutaj nic takiego nie nastąpi, nie pojawi się choćby żadna kontuzja, co pozwoli na dalszy rozwój Maksa. On jest naprawdę olbrzymim talentem, zdecydowanie wybiegającym spośród moich wszystkich dotychczasowych zawodników. Dlatego trudno mi powiedzieć, gdzie znajduje się kres jego możliwości. Na dzień dzisiejszy staramy się pracować spokojnie, chcemy go przygotować do startu indywidualnego na mistrzostwa świata, a więc powalczyć o wskaźnik 44.85, który jest wyznacznikiem indywidualnego udziału w MŚ. I na tym się obecnie skupiamy, aby na tym czempionacie mógł wystartować.

     

    Od ilu lat trudni pan się tym fachem?

     

    – Nieeee, w takie rzeczy nikt nie uwierzy (śmiech).

     

    Spróbujmy.

     

    – Od 1981 roku.

     

    44 lata. Jeżeli szkoleniowiec z taką historią mówi, że Maksymilian Szwed jest największym talentem, z jakim miał do czynienia, lepszej rekomendacji nie potrzeba.

     

    – Cóż dodać… Na pewno jest to wielki talent. Mam nadzieję, że go nie zmarnuję i on też pozwoli się systematycznie, równo i fajnie rozwijać. On naprawdę imponuje, wszystko ma poukładane w głowie, wie co chce osiągnąć i do czego dąży. To jest idealne. Nie ma zawahań i innych myśli, że coś się nie uda. Jako szkoleniowcowi bardzo mi imponuje, że Maksymilian wychodzi z następującego założenia: “trenerze, nie ma ludzi niepokonanych”. Ja to przedtem mówiłem innym zawodnikom, ale nie do końca mnie rozumieli. A teraz przyszło na to, że sam zawodnik mówi do mnie: “trenerze, będzie dobrze, nie ma ludzi niepokonanych”. I to jest zupełnie inna bajka.

     

  • Godziny do meczu Świątek, a tu werdykt na WTA. Wszystko już jest jasne

    Godziny do meczu Świątek, a tu werdykt na WTA. Wszystko już jest jasne

    Godziny do meczu Świątek, a tu werdykt na WTA. Wszystko już jest jasne

    Półfinałowe spotkania w WTA 1000 w Indian Wells zapowiadają się niezwykle atrakcyjnie dla kibiców, choć nie zmierzą się w nich cztery najwyżej klasyfikowane tenisistki w rankingu WTA. Będą za to cztery, które przewodzą stawce w klasyfikacj WTA Race, obejmującej tylko tegoroczne turnieje. WTA na swojej stronie opublikowała artykuł zapowiadający mecze Igi Świątek z Mirrą Andriejewą oraz Aryny Sabalenki z Madison Keys. A dodatkowo też sondę, jakiego składu w finale spodziewają się kibice. Wynik? Ze spokojem powinniśmy czekać na starcie Polki z Rosjanką.

     

    W stawce tegorocznych półfinalistek turnieju w Indian Wells Iga Świątek jest jedyną zawodniczką, która w tym sezonie nie wygrała jeszcze turnieju. Madison Keys triumfowała w Adelajdzie (WTA 500) i Australian Open, Aryna Sabalenka okazała się najlepsza w WTA 500 w Brisbane, a Mirra Andriejewa niedawno wygrała WTA 1000 w Dubaju. Dodatkowo Iga jako jedyna z tego grona poniosła już cztery porażki, Mirra i Aryna przegrały tylko po trzy spotkania, a Madison – jedno.

     

    A mimo wszystko wciąż najwyżej stoją w Kalifornii akcje Polki. I jest na to bardzo logiczne wytłumaczenie.

    10 zwycięstw z rzędu Mirry Andriejewej i fenomenalny bilans Igi Świątek w Indian Wells. Kto wygra?

     

    Iga Świątek czuje się w Indian Wells doskonale, bo tu ma idealne dla siebie warunki do gry, nie licząc mączki. Nawierzchnia jest dość wolna, jak na korty twarde, do tego piłka odbija się wysoko, co powoduje, że Polce – świetnie poruszającej się po korcie – łatwiej jest dobiec do piłki i dobrze się ustawić. W efekcie dość szybko pozbawiam rywalki złudzeń. O ile w Dosze nie udało jej się w tym roku ustanowić historycznego wyniku, nie wygrała turnieju po raz czwarty z rzędu, to w Indian Wells może być tą “pierwszą kiedykolwiek”. Ona bowiem triumfowała tu już dwa razy, w 2022 i 2024 roku, a żadnej tenisistce nie udała się ta sztuka trzykrotnie.

     

    W półfinale Polka zmierzy się z Mirrą Andriejewą, z którą trzy tygodnie bardzo wyraźnie przegrała w Dubaju. Rosjanka wygrała już 10 spotkań z rzędu, w turniejach WTA to jej rekordowa seria. Widać, że rośnie z tygodnia na tydzień, ma znakomity serwis, a przecież pod koniec kwietnia skończy dopiero 18 lat. W Indian Wells nie przegrała seta, podobnie jak Iga, choć może nie wygrywała tak spektakularnie jak Polka. Iga bowiem w meczach z Caroline Garcią, Dajaną Jastremską i Karoliną Muchovą oddała rywalkom tylko sześć gemów, łącznie. Qinwen Zheng wygrała w czwartek też sześć, łącznie Iga przegrała w Indian Wells 12 gemów. W swoim najlepszym turnieju tutaj, rok temu, straciła ich przed półfinałem 14.

     

    WTA przypomina jednak, że młodsza z sióstr Adriejewych, bo w tourze jest też jej siostra Erika, może wkrótce pobić rekordy Coco Gauff jako tej najmłodszej osiągającej spektakularne sukcesy w wielkich turniejach.

     

    16 kolejnych wygranych Madison Keys i żądza rewanżu Aryny Sabalenki. Zagrają o finał

     

    Druga para jest równie ciekawa – po starciu Polki i Rosjanki do boju ruszą bowiem Aryna Sabalenka i Madison Keys. Amerykanka pod koniec zeszłego roku zmieniła stan cywilny, sezon zaczęła cięższą rakietą, jest objawieniem. Sposób na nią na początku stycznia znalazła jedynie Clara Tauson, ale później Madison wygrała w Adelajdzie, Montrealu, a teraz kontynuuje serię zwycięstw w Indian Wells. Choć tu miała już kilka słabszych momentów, a pamiętajmy, że z powodu kontuzji opuściła turnieje na Bliskim Wschodzie.

     

    Sabalenka w Dosze i Dubaju miała ogromne problemy, ale w Kalifornii – tak wygląda – wszystko w jej grze wróciło już do właściwego rytmu. No i zapewne ma wielką wolę rewanżu za przegrany finał Australian Open z Keys. WTA wskazuje jednak, że Keys i tak ma już swój najlepszy wynik w Kalifornii i retorycznie pyta: – Czy ona w ogóle pamięta, jakie to jest uczucie po przegranym meczu?

     

    Ta porażka z Tauson w Nowej Zelandii wydarzyła się 3 stycznia. Amerykanka mówi tak: – Nie sądzę, bym kiedykolwiek miała tak długą passę, ale chciałabym, aby trwała ona jak najdłużej – twierdzi. W tym czasie ograła pięć zawodniczek z TOP 10: Świątek, Sabalenkę, Pegulę, Kasatkinę i Rybakinę.

     

    I na to wszystko WTA zapytała kibiców, jaką obstawiają parę finałową – możliwości były cztery. 35 procent osób wskazało, że o tytuł Świątek zagra z Sabalenką, a 27 procent wierzy w mecz Igi z Madison Keys. To zaś dość wyraźnie wskazuje jednak na to, że Polka jest faworytką starcia z Rosjanką. Zestaw Andriejewej i Sabalenki wskazało 19 procent osób, a Andriejewe i Keys – 18.

     

  • Z samego rana rekord świata w Vikersund! Co za lot!

    Z samego rana rekord świata w Vikersund! Co za lot!

    Z samego rana rekord świata w Vikersund! Co za lot!

    231,5 m – tyle dotychczas wynosił rekord świata w skokach narciarskich kobiet. W zeszłym roku ustanowiła go Norweżka Silje Opseth. To już jednak nieaktualne. W piątek z samego rana już w pierwszym treningu poprawiła go mistrzyni świata Nika Prevc. Słowenka na Vikersundbakken zaprezentowała spektakularny lot i z kosmiczną przewagą pokonała rywalki.

    Nika Prevc się nie zatrzymuje. Młodsza siostra Petera, Cene i Domena w czwartek dopiero co zapewniła sobie Kryształową Kulę za zwycięstwo w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata, a już następnego dnia dołożyła kolejne wielkie osiągnięcie. Młodziutka skoczkini z samego rana poprawiła rekord świata w długości lotu narciarskiego.

    Nika Prevc nową rekordzistką świata. Cudowny lot już w pierwszej próbie. Niebywałe

    W pierwszym treningu przed sobotnim konkursem kobiet w Vikersund Prevc poleciała aż na 236. metr. Tym samym o 5,5 metra przebiła dotychczasowy rekord, który rok temu na tym samym obiekcie ustanowiła Silje Opseth. Trening wygrała z potężną przewagą. Dość powiedzieć, że druga Eirin Maria Kvandal skoczyła zaledwie… 201,5 m i przegrała z nią aż o 37,3 punktu.

    https://x.com/SASkinnes/status/1900477429921075362

    Jak widać na nagraniu, 19-letnia Słowenka nie miała większych problemów z lądowaniem. Co prawda nie wykonała telemarku i po skoku głęboko przysiadła, ale wszystko przebiegało bezpiecznie. Jest zatem nadzieja, że osiągnięcie w trakcie tego weekendu uda się jeszcze bardziej wyśrubować. – Nowa rekordzistka świata – Nika Prevc! 236 m – napisał na portalu X dziennikarz Sport.pl Jakub Balcerski.

     

    Kolejną okazję na poprawienie rezultatu Nika Prevc miała w drugim treningu. Wówczas nie poszło jej aż tak dobrze, choć znów była najlepsza. Poleciała na 211,5 m, czyli 3,5 dalej niż druga Kvandal i pięć metrów dalej niż trzecia Ema Klinec. W piątek na zawodniczki czeka jeszcze trzecia seria treningowa. Konkursy odbędą się w sobotę 15 marca o godzinie 10:45 i w niedzielę 16 marca o tej samej porze. W piątek na Vikersundbakken skakać będą także panowie. Na 17:00 zaplanowane są kwalifikacje do sobotnich zawodów indywidualnych.

    https://x.com/JakubBalcerski/status/1900476632399278412

  • Znamy godzinę półfinału Igi Świątek

    Znamy godzinę półfinału Igi Świątek

    Znamy godzinę półfinału Igi Świątek

    Iga Świątek zmierzy się z Mirrą Andriejewą w półfinale rozgrywanego na kortach twardych turnieju WTA 1000 w Indian Wells. Mecz z udziałem Polki odbędzie się w piątek o północy naszego czasu.

     

    Iga Świątek pewnie zmierza po trzeci w karierze tytuł w turnieju WTA 1000 w Indian Wells. W czterech dotychczas rozegranych meczach rozstawiona z numerem drugim Polka nie straciła seta i jest już w półfinale. Jej kolejną przeciwniczką będzie oznaczona “dziewiątką” Mirra Andriejewa.

     

    Andriejewa to jedna z najbardziej obiecujących zawodniczek młodego pokolenia. 17-latka z Krasnojarska aktualnie zajmuje 11. miejsce w rankingu WTA, a była już dziewiąta. W zawodowej karierze zdobyła dwa tytuły w głównym cyklu. Jej najlepszy wielkoszlemowy rezultat to półfinał tegorocznego Australian Open. Jest także srebrną medalistką olimpijską z Paryża w deblu.

     

    Świątek i Andriejewa zmierzą się ze sobą po raz trzeci. W sierpniu zeszłego roku w Cincinnati zwyciężyła Polka, a przed trzema tygodniami w Dubaju lepsza okazała się tenisistka z Krasnojarska.

     

    Mecz Świątek z Andriejewą odbędzie się w piątek na korcie centralnym. Rozpocznie się o północy czasu polskiego.

  • Gorąco przed meczem Świątek. Rosjanka spytana o Polkę, wrócił temat Dubaju

    Gorąco przed meczem Świątek. Rosjanka spytana o Polkę, wrócił temat Dubaju

    Gorąco przed meczem Świątek. Rosjanka spytana o Polkę, wrócił temat Dubaju

    Iga Świątek bez zarzutu spisuje się w tegorocznej edycji Indian Wells. Polka awansowała do półfinału bez straty seta i może śmiało myśleć o kolejnym prestiżowym trofeum w karierze. Problem jednak w tym, że ponownie na jej drodze staje Mirra Andriejewa. Rosjanka całkiem niedawno pokonała raszyniankę w Dubaju, teraz zamierza również powtórzyć ten nie lada wyczyn. Tuż przed pierwszą piłką wypowiedziała się szczerze o wiceliderce rankingu WTA.

     

    Podopieczna Wima Fissetta wprost uwielbia grać w Indian Wells. Na dyspozycję Polki nie wpłynęła nawet zmiana firmy odpowiedzialnej za przygotowanie nawierzchni. Iga Świątek od pierwszego meczu gra niczym w transie i bez większych problemów znalazła się w półfinale. Po drodze niestraszne jej były choćby Karolina Muchova czy mistrzyni olimpijska z Paryża, a więc Qinwen Zheng. Teraz jednak robią się ciężary, bo po drugiej stronie siatki stanie ostatnia pogromczyni 23-latki, Mirra Andriejewa.

     

    Rosjanka jest jedną z rewelacji sezonu. Triumfowała już między innymi w Dubaju, co sprawiło, że coraz baczniej przygląda się jej tenisowy świat. Ostatnio laurkę nastolatce wystawiła choćby zachwycona Maria Szarapowa. “Mirra Andriejewa to kolejny talent, za którym trzymam kciuki. Niedawno znalazła się w pierwszej dziesiątce, więc zdecydowanie warto ją obserwować” – przekazała w wywiadzie udzielonym portalowi “popsugar.com”.

     

    Andriejewa zapytana o Dubaj. Już o tym nie myśli, skupia się na tym co tu i teraz

     

    Polsko-rosyjskie starcie zapowiada się ekscytująco. Obie tenisistki mają bezpośredni bilans 1:1, dlatego też w Indian Wells któraś z nich będzie cieszyć się podwójnie. Dziennikarze już zaczęli podgrzewać atmosferę i zapytali nastolatkę o Igę Świątek oraz ostatnią potyczkę w Dubaju. “Zawsze miło jest pokonać czołową zawodniczkę. To było moje pierwsze zwycięstwo nad nią. Nie daje mi to jednak żadnej korzyści przed naszym kolejny meczem, ponieważ to, co się stało, się stało, a przeszłość należy do przeszłości” – przekazała, cytowana przez “The Tennis Letter”.

     

    “Jutro będzie nowy dzień, nowy mecz, nowe warunki, nowy kraj. Wszystko jest inne. Postaram się jak najlepiej przygotować do naszego meczu i jestem pewna, że będzie on świetny. (…) Myślę, że to będzie emocjonujący mecz i po prostu zobaczymy, kto będzie lepszy” – dodała wschodząca gwiazda dyscypliny.

  • Lamine Yamal wybrał klub. To tam będzie występować

    Lamine Yamal wybrał klub. To tam będzie występować

    Lamine Yamal wybrał klub. To tam będzie występowa

     

    Lamine Yamal zdecydował! Hiszpański skrzydłowy, który jest bez wątpienia jednym z największych piłkarskich talentów na świecie, już za kilka miesięcy ma podpisać kontrakt z drużyną, z którą zwiąże się na kolejne lata. Tym klubem jest oczywiście FC Barcelona, której Yamal jest wychowankiem. Do odnowienia umowy ma dojść w lipcu. Taka data nie jest przypadkowa.

     

    Lamine Yamal jest ewenementem na skalę światową. Hiszpan, który urodził się w 2007 r. ma już na swoim koncie 88 występów w seniorskiej drużynie FC Barcelony, w których strzelił 19 bramek i zanotował 24 asysty. Jakby tego było mało — już 17-krotnie reprezentował Hiszpanię, z którą w 2024 r. zdobył mistrzostwo Europy.

     

    Przez portal Transfermarkt jest aktualni wyceniany na 180 mln euro, lecz jeśli któryś klub chciałby zakupić młodego Hiszpana, to musiałby wyłożyć na stół zdecydowanie więcej. Okazuje się jednak, że w najbliższej przyszłości do ewentualnego transferu z Barcelony nie dojdzie, o czym poinformował hiszpański dziennik “Sport”.

     

    Lamine Yamal zostanie w Barcelonie

    Lamine Yamal ma bowiem przedłużyć kontrakt z FC Barceloną. Jego obecna umowa z klubem wygasa w czerwcu przyszłego roku i Blaugrana chce dopiąć jej przedłużenie. Ma ono nastąpić już w lipcu.

     

    Na podpisanie nowej umowy wybrano właśnie ten miesiąc, ponieważ wtedy Lamine Yamal skończy 18 lat. Skrzydłowy wielokrotnie zapewniał, że bardzo dobrze czuje się w Barcelonie i uwielbia grać w tym klubie. Wydaje się zatem, że jeśli nie nastąpi nieoczekiwany zwrot akcji, to przez najbliższe lata kibice Barcelony będą mogli cieszyć się występami utalentowanego gracza w drużynie ze stolicyKatalonii.

     

  • Sabalenka nie traci rozpędu w Indian Wells. Wielki hit w półfinale!

    Sabalenka nie traci rozpędu w Indian Wells. Wielki hit w półfinale!

    Sabalenka nie traci rozpędu w Indian Wells. Wielki hit w półfinale

    Aryna Sabalenka uzupełniła grono półfinalistek turnieju w Indian Wells. Białorusinka pokonała 6:2, 6:3 Ludmiłę Samsonową, dominując na korcie przez zdecydowaną większość meczu. Teraz na jej drodze stanie rywalka, z którą poniosła dotkliwą porażkę.

    Aryna Sabalenka z uwagi na rozstawienie rozpoczęła turniej WTA 1000 w Indian Wells od drugiej rundy. W niej stoczyła emocjonujący bój z McCartney Kessler, który udało jej się zamknąć w dwóch setach. Dwa kolejne spotkania były już pokazem mocy liderki rankingu WTA, co dało jej awans do ćwierćfinału.

    W nim Białorusinka trafiła na Ludmiłę Samsonową. Turniejowy numer 21. miał nieco trudniejszą drogę do tego etapu. Dość stwierdzić, że w trzeciej rundzie potrzebowała dwóch setów do pokonania swojej rodaczki Darii Kasatkiny. Na późniejszym etapie wyeliminowała z kolei światową “szóstkę” Jasmine Paolini. Panie mierzyły się już czterokrotnie i każda miała na koncie po dwie wygrane, co zapowiadało ciekawą walkę i tym razem.

    Sabalenka nie rozpoczęła najlepiej i już w pierwszym gemie dała się przełamać. Takich problemów nie miała po chwili rywalka, która po utrzymaniu podania wyszła na 2:0. Przewaga ta nie utrzymała się długo, bowiem po emocjonującej walce w czwartym gemie liderka rankingu WTA odrobiła stratę.

    Białorusinka poszła za ciosem, a Samsonowa straciła początkowy impet i zaczęła popełniać coraz więcej błędów. To sprawiło, że faworytka w szóstym gemie zanotowała kolejne przełamanie. Przy skutecznej grze przy własnym podaniu dało jej to prowadzenie 5:2. Sabalenka zwieńczyła dzieło już w ósmym gemie. Wygrała szóstą odsłonę z rzędu, w tym trzecią przy podaniu rywalki, a w rezultacie całą partię 6:2.

    Liderka rankingu WTA nie traciła impetu od początku drugiego seta. Dość stwierdzić, że rozpoczęła go od ekspresowego prowadzenia 3:0, notując przełamanie w drugim gemie i nie tracąc po drodze ani jednego punktu.

    Po dziewięciu gemach dla Sabalenki i dramatycznym początku tej odsłony nastąpił nieoczekiwany przełom. Rosjanka wróciła bowiem do gry z początku meczu i odrobiła straty, wyrównując wynik. Był to jednak tylko chwilowy przebłysk w grze Samsonowej, która później wróciła do popełniania błędów.

    W efekcie 3-gemową serią odpowiedziała faworytka, która w ósmym gemie dołożyła piąte przełamanie. Sabalenka wygrała tę partię 6:3 i uzupełniła grono półfinalistek Indian Wells. O miejsce w drugim finale tej imprezy w karierze powalczy z Madison Keys. Stanie tym samym przed szansą na zrewanżowanie się Amerykance za porażkę w finale Australian Open.

    BNP Paribas Open, Indian Wells (USA)
    WTA 1000, kort twardy, pula nagród 8,963 mln dolarów
    czwartek, 13 marca

  • To był piękny powrót Świątek z 2:4 po finał w Indian Wells. Triumf po 109 minutach walki

    To był piękny powrót Świątek z 2:4 po finał w Indian Wells. Triumf po 109 minutach walki

    To był piękny powrót Świątek z 2:4 po finał w Indian Wells. Triumf po 109 minutach walki

    Iga Świątek i Indian Wells to doskonałe połączenie. Idealnie potwierdza to statystyka ostatnich występów Polki w turnieju BNP Paribas Open. Nasza tenisistka po raz czwarty z rzędu zameldowała się w najlepszej “4” imprezy. W nocy z piątku na sobotę czasu polskiego powalczy z Mirrą Andriejewą o drugi z rzędu, a trzeci w sumie finał w Kalifornii. Po raz pierwszy raszynianka awansowała do decydującego starcia przed trzema laty. Wówczas Świątek pokonała w półfinale Simonę Halep – 7:6(6), 6:4. W ramach zapowiedzi przypominamy tamten pojedynek.

     

    Indian Wells to miejsce, gdzie Iga Świątek czuje się znakomicie. Polka bardzo lubi grać na kortach, gdzie rozgrywany jest turniej BNP Paribas Open. W tym roku po raz kolejny zameldowała się w najlepszej “4” kalifornijskich zmagań. Najlepszy okres dla raszynianki rozpoczął się przed trzema laty. Wówczas nasza tenisistka przyleciała w zachodnie rejony Stanów Zjednoczonych, opromieniona triumfem w imprezie rangi WTA 1000 w Dosze. Iga wygrała rozgrywki w stolicy Kataru i po raz pierwszy zgarnęła tysięcznika rozgrywanego na nawierzchni twardej.

     

    Pasmo sukcesów kontynuowała w Indian Wells. Na otwarcie pokonała Anhelinę Kalininę, później Clarę Tauson. W czwartej rundzie okazała się lepsza od Angelique Kerber. Ćwierćfinałowa batalia przyniosła dwusetowe zwycięstwo z Madison Keys. Aż nadszedł półfinał, gdzie rywalką naszej reprezentantki była turniejowa “24” – Simona Halep. Była liderka rankingu z Rumunii postawiła twarde warunki i sprawiła Świątek mnóstwo problemów. Mimo to Polka przetrwała wszelkie trudności i mogła się cieszyć z pierwszego wówczas finału w Kalifornii.

     

    Pierwszy finał Igi Świątek w Indian Wells przypadł na 2022 rok. Wtedy pokonała Simonę Halep

     

    Tamten pojedynek rozpoczął się od serwisu raszynianki. Na początku spotkania obie bardzo pilnie strzegły swoich podań, nie obserwowaliśmy żadnych break pointów. Pierwsze okazje na przełamanie pojawiły się dopiero w szóstym gemie. Wówczas Iga wyszła na prowadzenie 40-0 przy serwisie Halep i wykorzystała już pierwszą szansę na wypracowanie dwugemowej przewagi. Nasza tenisistka nie nacieszyła się jednak tym faktem zbyt długo. Po chwili Simona nie tylko odrobiła straty, ale sama wyszła na 5:4 i mogła podawać po zwycięstwo w premierowej odsłonie rywalizacji.

     

    Rumunka prowadziła już 30-15, była dwie piłki od wygrana seta. Mimo to Świątek wróciła do gry i wyrównała na 5:5. Ostatecznie o losach partii decydował tie-break. Od początku Halep znajdowała się z przodu, miała o jedno albo dwa “oczka” więcej. Przy stanie 6-4 pojawiły się pierwsze setbole dla Simony. Wtedy nastąpiła kapitalna po stronie Polki. Cztery punkty z rzędu sprawiły, że to Iga triumfowała w pierwszej odsłonie 7:6(6).

     

    W drugim secie od początku działo się znacznie więcej. Świątek jako pierwsza wywalczyła sobie przełamanie, wykorzystując drugiego break pointa w trzecim gemie. Po chwili nastąpiła jednak świetna seria po stronie Rumunki. Trzy “oczka” z rzędu sprawiły, że nagle zrobiło się 4:2 dla Simony. Od tego momentu raszynianka zanotowała spektakularny comeback. Halep nie wygrała już ani jednego gema do końca pojedynku. Cztery z rzędu trafiły na konto Igi i w taki oto sposób nasza tenisistka wygrała całe spotkanie 7:6(6), 6:4 po 109 minutach gry i zameldowała się w swoim pierwszym finale w Indian Wells. Dla Polki było to wówczas 10. zwycięstwo z rzędu. Później podczas decydującego starcia okazała się lepsza od Marii Sakkari, triumfując 6:4, 6:1. Zdobyła wtedy swój pierwszy z dwóch dotychczasowych tytułów w kalifornijskim tysięczniku.

     

    Teraz Polka jest o dwa kroki od przejścia do historii turnieju. Jeszcze żadna tenisistka nie wygrała trzykrotnie zmagań BNP Paribas Open w grze pojedynczej. 23-latka może to zmienić. Najpierw jednak musi pokonać Mirrę Andriejewą, by dać sobie taką szansę w ew. finale z Aryną Sabalenką lub Madison Keys. Kobiece półfinały zostaną rozegrane w nocy z piątku na sobotę. Początek meczu z udziałem raszynianki nie przed godz. 0:00 czasu polskiego.

  • Iga Świątek wpadła w szał. Zaskakujący widok. Ale teraz wszystko się zmieni

    Iga Świątek wpadła w szał. Zaskakujący widok. Ale teraz wszystko się zmieni

    Iga Świątek wpadła w szał. Zaskakujący widok. Ale teraz wszystko się zmieni

    To, co działo się w drugim w karierze meczu Igi Świątek z Mirrą Andriejewą, mogło zaskoczyć polskich kibiców. Wiceliderka rankingu nie przypominała samej siebie. Ze wściekłością reagowała na własne niewymuszone błędy i świetną postawę 17-letniej rywalki w Dubaju. O jej geście po meczu mówiło się jeszcze długo. Teraz, w Indian Wells, warunki będą jednak zupełnie inne. A Świątek ma jedną wielką przewagę, z której zamierza skorzystać.

     

    Już pierwszy mecz Świątek z Andriejewą był niezwykle emocjonujący. W ćwierćfinale w Cincinnati Polka była lepsza, choć musiała odrabiać stratę przegranego seta. Po kilku miesiącach w Dubaju Rosjanka odrobiła lekcję w najlepszy możliwy sposób. Choć Świątek długo grała świetnie w turnieju, 17-latka zdołała sprawić, że Polka była kompletnie rozbita. W jej zagrania aż trudno było uwierzyć.

     

    Andriejewa wygrała kilka tygodni temu 6:3, 6:3, ale nawet nie to było najbardziej zaskakujące. Widzowie oglądający spotkanie dziwili się przede wszystkim przez reakcje Świątek na korcie. Pięciokrotna mistrzyni wielkoszlemowa zupełnie nie była sobą. Piekliła się po każdym nieudanym zagraniu, a tuż po meczu było widać, że była absolutnie wściekła. Nie podała nawet ręki własnemu trenerowi.

     

    Takiej Igi Świątek nie widzieliśmy nigdy wcześniej

     

    Dotychczas Świątek słynęła ze swojego opanowania na korcie. Z tego, że była w stanie odwrócić losy wielu spotkań, które nie układały się po jej myśli. Że na niepowodzenie reagowała stoickim spokojem, dzięki któremu była w stanie wrócić do gry nawet w trudnych okolicznościach. Tutaj zupełnie tego zabrakło, a pomeczowe ujęcia pokazały, jak bardzo zależało jej na zwycięstwie.

     

    Teraz jednak nie ma wątpliwości, że Polka wyciągnęła lekcję z tamtego spotkania. — Przegrałam z nią w ostatnim turnieju. Na pewno jest dużo materiału do analizy i nauki. Staram się nie analizować tego przesadnie. Zobaczę, kto wygra mecz, a potem zacznę się przygotowywać — mówiła Świątek jeszcze przed starciem Andriejewej w ćwierćfinale z Eliną Switoliną.

     

    Tym razem warunki będą znacznie bardziej sprzyjały drugiej rakiecie świata. Gra w Indian Wells toczy się stosunkowo wolno jak na korty twarde. Warunki pogodowe panujące na kalifornijskiej pustyni sprawiają, że argumenty siłowe mają znacznie mniejsze znaczenie. Piłka odbija się od kortu nieco wolniej, co daje Idze Świątek możliwość lepszego przygotowania się do ataku. W ostatnich latach doskonale z tego korzystała.

     

    To przemawia za Igą Świątek

    To przecież właśnie Świątek jest dwukrotną mistrzynią turnieju w Indian Wells. W tym roku stoi przed szansą na to, by zapisać się w historii jako pierwsza trzykrotna zwyciężczyni tej imprezy w historii kobiecego tenisa. Nie udawało się nawet największym legendom, a Polka pokazuje, że w Kalifornii gra jej się fantastycznie. Pokazują to wyniki z ostatnich czterech lat. Za każdym razem docierała co najmniej do półfinału, a dwa razy okazywała się najlepsza.

     

    Teraz będzie chciała wykorzystać to doświadczenie w meczu z Mirrą Andriejewą. Ich rewanż zapowiada się równie emocjonująco co następujące po nim starcie Aryny Sabalenki z Madison Keys. Kibice zgromadzeni na trybunach na pewno nie będą mogli narzekać na brak emocji, a niezależnie od rozstrzygnięć równie ciekawie zapowiada się mecz o tytuł. Ten obejrzymy dopiero w niedzielę.

  • To był piękny powrót Świątek z 2:4 po finał w Indian Wells. Triumf po 109 minutach walki

    To był piękny powrót Świątek z 2:4 po finał w Indian Wells. Triumf po 109 minutach walki

    To był piękny powrót Świątek z 2:4 po finał w Indian Wells. Triumf po 109 minutach walki

    Iga Świątek i Indian Wells to doskonałe połączenie. Idealnie potwierdza to statystyka ostatnich występów Polki w turnieju BNP Paribas Open. Nasza tenisistka po raz czwarty z rzędu zameldowała się w najlepszej “4” imprezy. W nocy z piątku na sobotę czasu polskiego powalczy z Mirrą Andriejewą o drugi z rzędu, a trzeci w sumie finał w Kalifornii. Po raz pierwszy raszynianka awansowała do decydującego starcia przed trzema laty. Wówczas Świątek pokonała w półfinale Simonę Halep – 7:6(6), 6:4. W ramach zapowiedzi przypominamy tamten pojedynek.

     

    Indian Wells to miejsce, gdzie Iga Świątek czuje się znakomicie. Polka bardzo lubi grać na kortach, gdzie rozgrywany jest turniej BNP Paribas Open. W tym roku po raz kolejny zameldowała się w najlepszej “4” kalifornijskich zmagań. Najlepszy okres dla raszynianki rozpoczął się przed trzema laty. Wówczas nasza tenisistka przyleciała w zachodnie rejony Stanów Zjednoczonych, opromieniona triumfem w imprezie rangi WTA 1000 w Dosze. Iga wygrała rozgrywki w stolicy Kataru i po raz pierwszy zgarnęła tysięcznika rozgrywanego na nawierzchni twardej.

     

    Pasmo sukcesów kontynuowała w Indian Wells. Na otwarcie pokonała Anhelinę Kalininę, później Clarę Tauson. W czwartej rundzie okazała się lepsza od Angelique Kerber. Ćwierćfinałowa batalia przyniosła dwusetowe zwycięstwo z Madison Keys. Aż nadszedł półfinał, gdzie rywalką naszej reprezentantki była turniejowa “24” – Simona Halep. Była liderka rankingu z Rumunii postawiła twarde warunki i sprawiła Świątek mnóstwo problemów. Mimo to Polka przetrwała wszelkie trudności i mogła się cieszyć z pierwszego wówczas finału w Kalifornii.

     

    Pierwszy finał Igi Świątek w Indian Wells przypadł na 2022 rok. Wtedy pokonała Simonę Halep

     

    Tamten pojedynek rozpoczął się od serwisu raszynianki. Na początku spotkania obie bardzo pilnie strzegły swoich podań, nie obserwowaliśmy żadnych break pointów. Pierwsze okazje na przełamanie pojawiły się dopiero w szóstym gemie. Wówczas Iga wyszła na prowadzenie 40-0 przy serwisie Halep i wykorzystała już pierwszą szansę na wypracowanie dwugemowej przewagi. Nasza tenisistka nie nacieszyła się jednak tym faktem zbyt długo. Po chwili Simona nie tylko odrobiła straty, ale sama wyszła na 5:4 i mogła podawać po zwycięstwo w premierowej odsłonie rywalizacji.

     

    Rumunka prowadziła już 30-15, była dwie piłki od wygrana seta. Mimo to Świątek wróciła do gry i wyrównała na 5:5. Ostatecznie o losach partii decydował tie-break. Od początku Halep znajdowała się z przodu, miała o jedno albo dwa “oczka” więcej. Przy stanie 6-4 pojawiły się pierwsze setbole dla Simony. Wtedy nastąpiła kapitalna po stronie Polki. Cztery punkty z rzędu sprawiły, że to Iga triumfowała w pierwszej odsłonie 7:6(6).

     

    W drugim secie od początku działo się znacznie więcej. Świątek jako pierwsza wywalczyła sobie przełamanie, wykorzystując drugiego break pointa w trzecim gemie. Po chwili nastąpiła jednak świetna seria po stronie Rumunki. Trzy “oczka” z rzędu sprawiły, że nagle zrobiło się 4:2 dla Simony. Od tego momentu raszynianka zanotowała spektakularny comeback. Halep nie wygrała już ani jednego gema do końca pojedynku. Cztery z rzędu trafiły na konto Igi i w taki oto sposób nasza tenisistka wygrała całe spotkanie 7:6(6), 6:4 po 109 minutach gry i zameldowała się w swoim pierwszym finale w Indian Wells. Dla Polki było to wówczas 10. zwycięstwo z rzędu. Później podczas decydującego starcia okazała się lepsza od Marii Sakkari, triumfując 6:4, 6:1. Zdobyła wtedy swój pierwszy z dwóch dotychczasowych tytułów w kalifornijskim tysięczniku.

     

    Teraz Polka jest o dwa kroki od przejścia do historii turnieju. Jeszcze żadna tenisistka nie wygrała trzykrotnie zmagań BNP Paribas Open w grze pojedynczej. 23-latka może to zmienić. Najpierw jednak musi pokonać Mirrę Andriejewą, by dać sobie taką szansę w ew. finale z Aryną Sabalenką lub Madison Keys. Kobiece półfinały zostaną rozegrane w nocy z piątku na sobotę. Początek meczu z udziałem raszynianki nie przed godz. 0:00 czasu polskiego.