• 7-4 dla Polki w decydującym tie-breaku z Elise Mertens. Zwrot akcji na koniec meczu w Miami

    7-4 dla Polki w decydującym tie-breaku z Elise Mertens. Zwrot akcji na koniec meczu w Miami

    7-4 dla Polki w decydującym tie-breaku z Elise Mertens. Zwrot akcji na koniec meczu w Miami

    Magda Linette nie była naszą jedyną reprezentantką, która pojawiła się w sobotę na kortach w Miami, by rozegrać swoje spotkanie. W akcji mogliśmy zobaczyć także Katarzynę Piter, rywalizującą w duecie z Monicą Niculescu. Obie walczyły o awans do drugiej rundy turnieju deblowego przeciwko Elise Mertens i Shuai Zhang. Polsko-rumuński duet prowadził już 7-4 w super tie-breaku, ale później punkty wędrowały już wyłącznie na konto przeciwniczek. Dzisiaj Mertens będzie walczyć o 1/8 finału w singlu z Igą Świątek.

     

    O godz. 17:00 czasu polskiego rozpocznie się niedzielna batalia z udziałem Igi Świątek i Elise Mertens o awans do 1/8 finału singla podczas WTA 1000 w Miami. Zanim Belgijka zmierzy się z raszynianką, dobę wcześniej miała okazję stanąć do walki w deblu z inną naszą reprezentantką – Katarzyną Piter. Zawodniczka z Poznania przybyła na Florydę opromieniona największym sukcesem w karierze. Na początku marca triumfowała w imprezie rangi “500” w meksykańskiej Meridzie w duecie z Mayar Sherif.

     

    34-latka zgłosiła się do rozgrywek w Miami w parze z Monicą Niculescu. Obie już na “dzień dobry” stanęły przed wymagającym zadaniem, bowiem trafiły na tenisistki rozstawione z “7”. Oprócz wspomnianej Mertens, po drugiej stronie siatki czekała Shuai Zhang – równie utytułowana, jeśli chodzi o deblowe zmagania. Zapowiadał się zatem bardzo ciekawy pojedynek i taki w rzeczywistości też był. Do samego końca mieliśmy niesamowite emocje.

     

    Katarzyna Piter i Monica Niculescu odpadły w pierwszej rundzie debla podczas WTA 1000 w Miami

     

    Piter i Niculescu rozpoczęły pojedynek doskonale. Po przełamaniu w drugim gemie podwyższyły prowadzenie do stanu 3:0. W kolejnych minutach Mertens i Zhang wzięły się za odrabianie strat, serwowały po wyrównanie na 3:3. Katarzyna oraz Monica nie pozwoliły jednak na całkowite zniwelowanie różnicy i odpowiedziały natychmiastowym re-breakiem. Podczas ósmego rozdania polsko-rumuński duet miał dwa setbole, ale rywalki przedłużyły emocje. Później Elise i Shuai przełamały do zera i serwowały po 5:5. Znów jednak nie udało im się doprowadzić do wyrównania. Ostatecznie Piter i Niculescu triumfowały w premierowej odsłonie 6:4.

     

    Na starcie drugiej partii obserwowaliśmy festiwal przełamań. W czwartym gemie przeciwniczki utrzymały swoje podanie i wyszły na 3:1. Wypracowaną przewagę kontrolowały już przez całego seta. Na koniec Mertens i Zhang uzyskały jeszcze jednego breaka. Belgijsko-chińska para wygrała ten fragment spotkania 6:3 i zapewniła nam super tie-break, czyli trzeci set rozgrywany w formule do 10 wygranych punktów, z zachowaniem dwóch “oczek” przewagi.

     

    Początek rozstrzygającej odsłony układał się bardzo dobrze z perspektywy Katarzyny i Monici. Od stanu 2-2 wygrały trzy akcje z rzędu, potem miały 7-4. Wówczas chyba mało kto przypuszczał, że od tego momentu Polka oraz Rumunka nie zdobędą już ani jednego punktu do końca meczu. Zawiązała się znakomita seria po stronie tenisistek rozstawionych z “7”. Elise i Shuai wygrały sześć akcji z rzędu i triumfowały w całym pojedynku 4:6, 6:3, 10-7 po 94 minutach rywalizacji. Dzięki temu to Mertens i Zhang powalczą o deblowy ćwierćfinał WTA 1000 w Miami z parą Timea Babos/Luisa Stefani. Najpierw jednak Belgijka zagra z Igą Świątek o czwartą rundę w singlu.

     

  • Magda Linette się nie zatrzymuje. Powrót Polki w drugim secie, gra dalej w Miami

    Magda Linette się nie zatrzymuje. Powrót Polki w drugim secie, gra dalej w Miami

    Magda Linette się nie zatrzymuje. Powrót Polki w drugim secie, gra dalej w Miami

    Magda Linette w sobotni wieczór czasu polskiego grała mecz trzeciej rundy turnieju WTA 1000 w Miami przeciwko 19-letniej Czeszce Lindzie Fruhvirtovej. Obie panie spędziły na korcie prawie dwie godziny. Nasza południowa sąsiadka postawiła poznaniance solidny opór. Niżej notowana sportsmenka prowadziła już w pewnym momencie 3:1 w gemach, lecz Linette zdołała wrócić do gry. Kilkadziesiąt minut później podopieczna Agnieszki Radwańskiej cieszyła się już z awansu.

     

    W pierwszych dwóch rundach Miami Open Magda Linette walczyła z Rosjankami. W środę pokonała Anastazję Pawluczenkową 7:6(3), 6:2, a w piątek Jekaterinę Aleksandrową 7:6(5), 6:2. Trzecią przeszkodą poznanianki na Florydzie była Czeszka Linda Fruhvirtova. W pierwszych minutach rywalizacji trudno było przeżywać ekscytację przebiegiem spotkania. W pierwszych gemach kibice nie oglądali nawet break pointów, a momentami wartymi uwagi były te z asem serwisowym naszej południowej sąsiadki na zakończenie piątego, a także wygraną przez naszą rodaczkę długą wymianą.

     

    Linette musiała gasić pierwszy pożar w 6. gemie, gdy przegrywała 15:40 przy własnym serwisie. Imponowała jednak zejściami na nogach, bekhendami po przekątnej i odwagą w przejściu do ataku. Naciskała na rywalkę, co wywoływało jej błędy, jeden z forhendów zatrzymując się na siatce wywołał wynik 3:3. Mecz odbywał się na jednym z kortów zewnętrznych, więc było dość gwarno przez przechodzących kibiców, ale i ci siedzący na trybunach w pewnym momencie nie pomagali. Polka miała do nich małe zastrzeżenia, że biją brawo między 1. a 2. serwisem.

     

    Magda Linette – Linda Fruhvirtova: Pierwszy set trwał aż 70 minut

     

    Niebawem to Polka miała szanse na przełamanie. Pierwsze dwa break pointy się nie przydały, siatka nie chciała z nią “grać”, ale za trzecim razem już wszystko poszło zgodnie z planem. Zrobiło się 4:3 dla 33-latki prowadzonej przez Marka Gellarda. Wydawało się, że cenę tego wysiłku może zapłacić bardzo szybko, bo w 8. gemie dwie pierwsze piłki wygrała Fruhvirtova, ale wypuściła to z rąk, przeszkodziła jej świetna gra w defensywie Linette.

     

    Następnie Czeszka podtrzymała podanie, zrobiło się 5:4. Wtedy nasza rodaczka serwowała po wygranie seta, ale myliła się – był podwójny błąd serwisowy, pojawiła się siatka po kolejnym crossie bekhendowym. Niestety na tablicy wyników widniało już 5:5.

     

    11. gem był trochę dłuższy, skończył się po 12 piłkach i nieudanym bekhendzie ze strony Czeszki. To była mała wojna na nerwy i energię, po ostatniej wymianie Linette natychmiast się posiliła, za chwilę bowiem po raz drugi podawała, by wygrać partię. Udało się to – za kluczowe można uznać dwie piłki od stanu 15:15. Najpierw zawodniczka wspierana w sztabie przez Agnieszkę Radwańską przetrwała serię crossów forhendowych z obu stron, a następnie posłała wygrywający serwis. Fruhvirtova jeszcze odpowiedziała jednym punktem, ale w kolejnym nie obroniła setbola, trafiając z forhendu w siatkę. Polka wyszła na upragnione prowadzenie w setach po 70 minutach rywalizacji.

     

    Wielki powrót Polki w drugim secie. Jest zasłużony awans

     

    Początek drugiej odsłony był spokojny, obie zawodniczki wygrały swoje podania do 15. W 3. gemie Linette złapała punkt zaczepienia, doprowadziła do równowagi. Mogła nawet uzyskać break pointa, ale mając oponentkę w głębokiej defensywie, posłała smecz w kierunku środkowym, a nie zewnętrznym, przez co 19-latka zdążyła skontrować. Nie pozwoliła na przełamanie. Niestety pojawiło się ono w kolejnym gemie na niekorzyść poznanianki, która co zaskakujące nie wygrała ani jednej piłki, zanotowała także podwójny błąd serwisowy.

     

    Czeszka wyglądała na napędzoną, prowadziła 3:1 i 40:15, ale wtedy Polka zażegnała kryzys i odłamała się na 2:3, a następnie doprowadziła do remisu 3:3, by za chwilę przełamać rywalkę na 4:3. Przestało pachnieć trzecim setem, a zaczęło nadchodzącym zakończeniem meczu. Sprawdził się ostatecznie korzystniejszy scenariusz dla naszej rodaczki. Wygrała 6:4 i zameldowała się w kolejnej fazie turnieju. Na podopieczną Agnieszki Radwańskiej czeka Coco Gauff. Amerykanka wyeliminowała Greczynkę Marię Sakkari (6:2, 6:4).

     

  • Niezwykła historia Pawła Wąska. Jest “dzieckiem” Thomasa Thurnbichlera

    Niezwykła historia Pawła Wąska. Jest “dzieckiem” Thomasa Thurnbichlera

    Niezwykła historia Pawła Wąska. Jest “dzieckiem” Thomasa Thurnbichlera

    Warto było czekać na ten moment. Takie mamy teraz realia w polskich skokach narciarskich, że każde podium staje się świętem, a jeszcze niedawno mogliśmy przebierać w sukcesach. Takie chwile, jak ta, kiedy Paweł Wąsek staje pierwszy raz w karierze na podium Pucharu Świata, przyprawiają o gęsią skórkę. Tym bardziej że historia tego chłopaka jest naprawdę niezwykła. Podobnie, jak jego cierpliwość.

     

    Nie ma się co rozpisywać o tym, co było wiele lat temu, kiedy Paweł Wąsek, jeszcze jako młody chłopak miał poważny wypadek na treningu przed zawodami Pucharu Świata w skokach narciarskich w Wiśle.

     

    To mógł być koniec jego przygody z tym sportem. Kiedy okazało się jednak, że może wrócić, to zaczęła się walka z demonami. Najmniejsze powiewy wiatru na skoczni sprawiały, że Wąsek czuł strach. I wcale to nie dziwi.

     

    Bywało, że Paweł Wąsek płakał na skoczni. Thomas Thurnbichler miał na niego duży wpływ

     

    Pamiętam, jak w czasie zawodów Pucharu Świata w Planicy zrezygnował ze startu. Strach wziął wówczas górę. W kolejnym sezonie przemógł się i skoczył, choć był blady, jak ściana. Zrobił jednak krok w pokonaniu pewnej granicy. Bywało i tak, że płakał, a rozmawiać z nim musiał psycholog i trener. On jednak stopniowo kruszył mur.

     

    Podobnie jest z wynikami Pawła. Od lat było wiadomo, że to jest wielki talent. We wspaniałym stylu wygrywał kiedyś Ogólnopolską Olimpiadę Młodzieży. Był też czołowym juniorem świata. Nie osiągał jednak wielkich wyników. Do tego, co się stało w Lahti, dochodził stopniowo. W tym wszystkim potrzeba było wielkiej cierpliwości.

     

    Wąsek stał się jednym z tych nielicznych zawodników naszej kadry, któremu spasował styl pracy Thomasa Thurnbichlera. To właśnie od przyjścia Austriaka do Polski chłopak z Ustronia zaczął iść w górę. Tak było właśnie pierwszej zimy Thurnbichlera w Polsce.

     

    W Zakopanem przypiął skrzydła i odleciał

     

    W drugim sezonie Wąsek zaliczył jednak bardzo słaby sezon, by okrasić go pięknym zwycięstwem w Zakopanem na zakończenie rywalizacji w Pucharze Kontynentalnym. Był marzec 2024 roku. Od tego momentu, jakby złapał wiatr w żagle. Po zwycięstwie na Wielkiej Krokwi otwarcie przyznał w rozmowie z Interia Sport, że nasza kadra nie była w stanie poradzić sobie ze zmianami w sprzęcie, jakie wprowadziła Międzynarodowa Federacja Narciarska (FIS). Trzeba było przy tym wszystkim zmienić technikę skoku i z tym był problem. Wąsek, który jest – jak mówiła jego siostra Katarzyna – perfekcjonistą, wyciągnął jednak lekcję i latem oraz zimą dokonał odpowiednich korekt. Był najjaśniejszym punktem polskiej kadry.

     

    25-latek poszedł w pełni za tym, co mówił Thurnbichler i to zadziałało. Można nawet powiedzieć, że stał się w pewien sposób “dzieckiem” Austriaka, który zawsze starał się na niego stawiać. Najpierw sensacyjnie wygrał Letnie Grand Prix. I to był sygnał, że Wąska stać na duże wyniki zimą. Najwartościowsze było w tym wszystkim to, że właściwie nie psuł skoków. Skakał bardzo równo i powtarzalnie.Tak samo było zimą. Do tego doszła jeszcze jedna bardzo ważna sprawa. Wąsek w zawodach zaczął skakać o wiele lepiej niż w treningach. To oznaczało, że jest mocny psychicznie i potrafi się skoncentrować w najważniejszym momencie. Tej zimy wiele razy był już blisko podium, ale w końcu doczekał się go w Lahti. Być może teraz będzie mu łatwiej.

     

    Największym problemem, z jakim przyszło mu mierzyć się tej zimy, był brak szybkiej adaptacji do nowej skoczni. Zamiast od początku weekendu skakać na wysokim poziomie i tylko dokładać do kolejnych skoków, Wąsek od pierwszego skoku łapał właściwy rytm, który zazwyczaj efekt przynosił ostatniego dnia zawodów. Miał po prostu braki ze stabilnością swojej wysokiej dyspozycji.

     

    Adam Małysz, prezes Polskiego Związku Narciarskiego, przez cały sezon powtarzał, że skoro Wąsek zaufał w pełni Thurnbichlerowi i poszedł w to, co Austriak zaproponował, to znaczy, że inni też mogą tak skakać. Na pewno to podium pomoże trenerowi naszej kadry w rozmowach z PZN, co do swojej przyszłości. Z drugiej strony Michal Doleżal stracił posadę po tym, jak zdobył medal olimpijski…

     

  • Eksplozja Formy Ewy Pajor w Barcelonie: Rekordowy Debiutancki Sezon

    Eksplozja Formy Ewy Pajor w Barcelonie: Rekordowy Debiutancki Sezon

    Eksplozja Formy Ewy Pajor w Barcelonie: Rekordowy Debiutancki Sezon

    Gdy Ewa Pajor dołączyła do FC Barcelony, oczekiwania były ogromne, ale mało kto przewidział skalę dominacji, jaką zaprezentuje na boisku. Już w swoim pierwszym sezonie polska napastniczka nie tylko spełniła pokładane w niej nadzieje, ale także pobiła kolejne rekordy. Z imponującymi 33 golami w 33 meczach, Pajor udowodniła, że jest jedną z najbardziej zabójczych snajperek w dzisiejszym futbolu.

     

    Nie do Zatrzymania Przed Bramką

     

    Od pierwszego meczu w barwach Barcelony Pajor stała się maszyną do zdobywania bramek. Już teraz ma na swoim koncie pięć hat-tricków, a jednym z nich zapisała się w historii – jako pierwsza zawodniczka, która zdobyła hat-tricka w kobiecym Klasyku. To osiągnięcie samo w sobie było wyjątkowe, ale Polka na tym nie poprzestała.

     

    Rekordowy Start

     

    Pajor od razu zaznaczyła swoją obecność w lidze. Sezon rozpoczęła z niesamowitą formą, zdobywając 9 goli w pierwszych 6 ligowych spotkaniach. To nie tylko imponujący wynik – to absolutny rekord. Żaden inny piłkarz w historii FC Barcelony, zarówno w drużynie męskiej, jak i kobiecej, nie zanotował tak dobrego początku sezonu.

     

    Sekret Sukcesu Pajor

     

    Co sprawia, że Pajor jest tak groźna? Jej styl gry opiera się na inteligentnym poruszaniu się po boisku, niesamowitej szybkości i precyzyjnym wykończeniu akcji. Zawsze gra na granicy spalonego, skutecznie wykorzystując luki w defensywie rywali. Jest nie tylko świetna w wykańczaniu dośrodkowań i stałych fragmentów gry, ale również znakomicie odnajduje się w polu karnym, co czyni ją największą bronią ofensywną Barcelony.

     

    Nie Tylko Strzelczyni Goli

     

    Choć liczby Pajor są imponujące, jej wpływ na drużynę wykracza poza zdobywanie bramek. Obecność Polki w składzie dodała nowy wymiar ofensywie Barcelony, zapewniając zespołowi większą elastyczność taktyczną. Dzięki Pajor, Salma Paralluelo może grać na skrzydle, co otworzyło dla Blaugrany zupełnie nowe możliwości w ataku.

     

    Dominacja na Europejskiej Scenie

     

    Pajor nie ogranicza się do błyszczenia w rozgrywkach krajowych. W Lidze Mistrzyń również pokazuje swoją klasę. Szczególnie popisała się w meczu fazy grupowej przeciwko Hammarby, kiedy to zdobyła dwa gole w wygranym 3:0 spotkaniu, umacniając swoją reputację jako jednej z najgroźniejszych napastniczek w Europie.

     

    Pierwsze Trofeum Już Na Koncie

     

    Mimo że to dopiero jej debiutancki sezon, Pajor już zdobyła swoje pierwsze trofeum w Barcelonie – Superpuchar Hiszpanii. Jeśli utrzyma swoją formę, kolejne tytuły to tylko kwestia czasu.

     

    Statystyki Mówią Same Za Siebie

     

    Z 38 rozegranymi meczami we wszystkich rozgrywkach Pajor pokazuje imponującą regularność. Każde spotkanie to dowód na jej niepohamowany głód bramek i determinację, by być najlepszą. Dziś nie ma wątpliwości, że jest jednym z najcenniejszych talentów w światowej piłce nożnej.

     

    Co Dalej dla Pajor?

     

    Jeśli ten sezon to dopiero początek, Ewa Pajor może stać się jedną z największych legend w historii Barcelony. Jej zdolność do pobijania rekordów, wygrywania wielkich meczów i podnoszenia poziomu całej drużyny sprawia, że jest prawdziwą gwiazdą. Przed nią jeszcze walka o Ligę Mistrzyń i kolejne tytuły krajowe, a to oznacza jedno – jej historia dopiero się pisze.

     

    Jedno jest pewne: obrończynie wcałej Europie powinny się jej bać.

     

  • Ewa Pajor nigdy nie zapomni swoich 28. urodzin – dnia, który uznaje za jeden z najlepszych w swoim życiu.

    Ewa Pajor nigdy nie zapomni swoich 28. urodzin – dnia, który uznaje za jeden z najlepszych w swoim życiu.

    Jak Ewa Pajor zmieniła Barcelonę: z „górą goli”

    Ewa Pajor nigdy nie zapomni swoich 28. urodzin – dnia, który uznaje za jeden z najlepszych w swoim życiu.

    3 grudnia 2024 roku Pajor strzeliła gola, który dał Polsce historyczny awans do pierwszego wielkiego turnieju w piłce nożnej kobiet. W 94. minucie meczu w Wiedniu zapewniła zwycięstwo 2:0 w dwumeczu z Austrią i przypieczętowała awans Polski na Mistrzostwa Europy, które tego lata odbędą się w Szwajcarii.

     

    To musiała być ona. Nikt nie zrobił więcej dla promocji kobiecej piłki w Polsce. Od poprowadzenia reprezentacji do triumfu w mistrzostwach Europy U-17 w 2013 roku, przez debiut w seniorskiej kadrze (i gola) jeszcze w tym samym roku, aż po status najlepszej strzelczyni w historii reprezentacji – 64 gole w 97 meczach. To dzięki niej całe pokolenie młodych piłkarek ma dziś swoją idolkę.

     

    – Pajor jest niesamowitą inspiracją dla młodych zawodniczek w Polsce – mówi selekcjonerka reprezentacji Polski Nina Patalon w rozmowie z ESPN. – Jej droga od piłki młodzieżowej do roli czołowej napastniczki Barcelony jest przykładem dla wielu… Wiele dziewcząt, które wcześniej bały się spróbować swoich sił w futbolu, teraz widzi w nim realną ścieżkę kariery.

     

    Jej klubowa kariera jest jeszcze bardziej imponująca. Po debiucie w Medyku Konin jako 15-latka (oczywiście z golem) Pajor zdobyła 135 bramek w 196 meczach dla niemieckiego Wolfsburga, z którym cztery razy dotarła do finału Ligi Mistrzyń. Latem 2024 roku dołączyła do ówczesnego mistrza Europy – Barcelony.

     

    A gole? Wciąż płyną strumieniami. Przed kluczowym starciem z Realem Madryt na Stadionie Olimpijskim Pajor może pochwalić się 33 golami w 33 meczach dla Blaugrany. Ma już na koncie pięć hat-tricków, w tym pierwszy w historii kobiecego Klasyku, kiedy Barça rozbiła Real w półfinale Pucharu Królowej. A wszystko to w sezonie, który nie był dla Barcelony łatwy – klub musiał przystosować się do nowego trenera, Pere Romeu, który zastąpił Jonatana Giráldeza, oraz poradzić sobie ze stratą kluczowych zawodniczek, takich jak Mariona Caldentey, Lucy Bronze i Keira Walsh.

     

    Pomimo tych wyzwań drużyna nadal dominuje – zdobyła Superpuchar Hiszpanii, prowadzi w Liga F, zbliża się do półfinału Ligi Mistrzyń i zagra w finale Pucharu Królowej. Wciąż jednak widać pewne rysy na tym obrazie potęgi. Manchester City pokonał je w fazie grupowej Ligi Mistrzyń, Levante zadało im pierwszą domową ligową porażkę od 2019 roku, a zdobywanie bramek nie przychodzi już tak łatwo jak w poprzednich latach. Mimo to klub jest pewny, że finisz sezonu będzie mocny – w dużej mierze dzięki Pajor, która jako klasyczna dziewiątka daje drużynie zupełnie nowe możliwości w ataku.

     

    – Styl gry Barcelony wymaga od zawodniczek aktywności w rozegraniu i Ewa świetnie się w to wpasowała – ocenia Patalon. – Udoskonaliła ruch bez piłki, co czyni ją jeszcze groźniejszą. Jej intensywność zawsze była imponująca, ale w Barcelonie weszła na jeszcze wyższy poziom.

     

    – Jej transfer zmienił sposób, w jaki gra Barça – mówi asystent trenera Espanyolu, Juan Ignacio Ibarra. – Brakowało im napastniczki, która czuje się świetnie w polu karnym. Pajor dała im tę opcję.

     

    Jej ruchy w polu karnym są nieprzewidywalne, a atakowanie dośrodkowań – zabójczo skuteczne. Pajor zdobyła gola głową przeciwko Espanyolowi, mimo że rywalki dobrze wiedziały, na co ją stać.

     

    – Jej największe atuty to szybkość, skuteczność i inteligencja na boisku – dodaje Patalon. – Ma niesamowity instynkt strzelecki, jest spokojna pod presją i potrafi stworzyć coś z niczego.

     

    Polska kolonia w Barcelonie

     

    Pajor nie jest jedyną Polką w klubie. W męskiej drużynie najlepszym strzelcem jest Robert Lewandowski, a niedawno dołączył do niej Wojciech Szczęsny. W żeńskiej akademii rozwijają się Emilia Szymczak i Weronika Araśniewicz.

     

    Dla młodszych koleżanek obecność Pajor to więcej niż tylko inspiracja – to dowód na to, że ciężka praca popłaca. A jej droga na szczyt nie była łatwa.

     

    Pochodzi z wioski liczącej mniej niż 100 mieszkańców. W dzieciństwie pomagała rodzicom w gospodarstwie, podziwiała Cristiano Ronaldo i strzelała więcej goli niż chłopcy, z którymi grała. W wieku 11 lat wyjechała do internatu w Koninie, gdzie zaczęła treningi pod okiem… Patalon.

     

    – Gdy przyszła na pierwszy trening, miała piłkę rozmiaru pięć, która sięgała jej do kolan – wspomina selekcjonerka w rozmowie z TVP. – Była drobna, z krótkimi włosami, trochę przestraszona. Pomyślałam: “Mam nadzieję, że jej nie skrzywdzę”. Grała jednak z dziewczynami dwa lata starszymi i radziła sobie lepiej od nich. Miała wszystko: szybkość, technikę, agresję. To był pierwszy raz, gdy widziałam taki talent.

     

    W wieku 15 lat Pajor została najmłodszą debiutantką w polskiej Ekstralidze, potem przyszły sukcesy młodzieżowej reprezentacji i transfer do Wolfsburga. Tam odkryto u niej poważną wadę wzroku – keratoconus. W pewnym momencie widziała tylko 10% na prawe oko i 30% na lewe. Groziła jej nawet utrata wzroku, ale operacja i soczewki kontaktowe pozwoliły jej kontynuować karierę.

     

    Do tego doszły dwie poważne kontuzje kolana, przez które opuściła niemal dwa sezony. W tym czasie nawiązała współpracę z psychologiem Darią Abramowicz, która pracuje także z Igą Świątek. Studiowała też grę najlepszych napastniczek na świecie, szukając sposobów na poprawę swoich umiejętności. Wróciła jeszcze silniejsza – w sezonie 2022/23 została królową strzelczyń Ligi Mistrzyń i zajęła 18. miejsce w plebiscycie Złotej Piłki.

     

    Ambicja ponad wszystko

     

    Ambicja to słowo, które najczęściej pada w kontekście Pajor. Marzy o wielkich sukcesach. W najbliższy weekend może przybliżyć się do pierwszego mistrzostwa Hiszpanii, ale jej największym celem jest Liga Mistrzyń. Zdobycie trofeum byłoby wymarzonym wstępem do najważniejszego lata w jej karierze – pierwszego wielkiego turnieju z reprezentacją Polski.

     

    Czy 2025 rok będzie najlepszym w jej życiu? Jeśli historia Pajor czegoś uczy, to tego, że nie ma dla niej rzeczy niemożliwych.

     

  • Wąsek sprawił najpiękniejszą sensację w Lahti! Życiowy sukces Polaka

    Wąsek sprawił najpiękniejszą sensację w Lahti! Życiowy sukces Polaka

    Wąsek sprawił najpiękniejszą sensację w Lahti! Życiowy sukces Polaka

    Paweł Wąsek skoczył świetnie i zajmował trzecie miejsce po pierwszej serii konkursu Pucharu Świata w Lahti. 25-letni zawodnik bardzo rozbudził nadzieje polskich kibiców na podium! W drugiej serii Wąsek znów oddał świetny skok!

     

    Wszyscy polscy kibice liczyli, że Biało-Czerwoni w konkursie spiszą się lepiej niż w kwalifikacjach. W nich dwóch Polaków się skompromitowało – Jakub Wolny zajął 51. pozycję, a Aleksander Zniszczoł był dopiero 57! Najlepszy z naszych zawodników – Paweł Wąsek był 10.

     

    Ależ skok Pawła Wąska! Był na podium

     

    Słabe kwalifikacje wynagrodził polskim kibicom konkurs. Paweł Wąsek w pierwszej serii spisał się świetnie. Skoczył 127 metrów. Po jego próbie jury od razu zdecydowało się na skrócenie rozbiegu. Polak prowadził po skokach aż 42 zawodników. Ostatecznie po pierwszej serii był na wysokiej, trzeciej pozycji. Oddał też trzeci najdłuższy skok w tej serii. Polak do drugiego Stefana Krafta tracił 5,6 punktu, a do lidera Słoweńca Anze Laniska już sporo, bo 12,8 punktu.

     

    – Jest bardzo dobrze, Paweł wsłuchał się w nasze prośby o świetny skok. To była elegancka próba. Skoczył tak daleko, że jury skraca rozbieg. To najlepszy komplement dla samego zawodnika – zachwycali się komentatorzy Eurosportu.

     

    Gdyby Wąskowi udało się utrzymać podium, to wywalczyłby najlepszy wynik w tym sezonie. Dotychczas było nim czwarte miejsce w Pucharze Świata w Oberstdorfie.

     

    Wąsek wytrzymał presję. W drugim skoku znów spisał się świetnie. Skoczył 127,5 metra, dostał bardzo wysokie noty za styl i zajął trzecią pozycję! Odniósł zatem największy sukces w życiu w konkursie Pucharu Świata. Należą mu się za to wielkie brawa. Konkurs w Lahti wygrał Anze Lanisek, a drugi był Stefan Kraft.

     

    Maciej Kot: “Wstyd tak skakać”

    Oprócz Wąska w drugiej serii był tylko jeden Polak – Dawid Kubacki. W pierwszej skoczył 117,5 metra, w drugiej metr dalej i zajął dopiero 23. miejsce.

    https://x.com/Skijumpingpl/status/1903483209439981916

    Tuż za najlepszą “30” był Kamil Stoch – na 31. pozycji (115 metrów). Maciej Kot spisał się słabiutko, bo skoczył tylko 106,5 metra. Po 15 skokach był czwarty od końca i już wtedy wiadomo było, że nie będzie go w drugiej serii. Ostatecznie zajął dopiero 47. pozycję i oddał trzeci najkrótszy skok w konkursie. To była katastrofa. – To wstyd tak skakać – powiedział potem Kot przed kamerami Eurosportu.

    https://x.com/Eurosport_PL/status/1903498202034164133

    Wielki awans w drugiej serii zaliczył Jan Hoerl. Po pierwszej części był dopiero 30!, a po skoku na odległość na 128,5 metra awansował na 15. miejsce.

     

    Najlepsza “10” konkurs w Lahti:

    Anze Lanisek (Słowenia) – 131 i 128 (276.9)

    Stefan Kraft (Austria) – 127,5 i 126,5 (270.8)

    Paweł Wąsek – 127 i 127,5 (263.9)

    Manuel Fettner (Austria) – 126 i 127 (263,3)

    Philip Raimund (Niemcy) – 125 i 127 (262.1)

    Andreas Wellinger (Niemcy) – 122,5 i 127,5 (261.5)

    Daniel Tschofenig (Austria) – 121 i 122 (248.7)

    Maximilian Ortner (Austria) -122 i 120,5 (248)

    Ryoyu Kobayashi (Japonia) – 122 i 121,5 (247.7)

    Vladimir Zografski (Bułgaria) – 123 i 121,5 (246)

    … 23. Dawid Kubacki – 117,5 i 118,5 (224.7)

    … 31. Kamil Stoch – 115 (105.9)

    … 47. Maciej Kot – 106,5 (87.1).

  • Jest decyzja ws. meczu Świątek. Pilne wieści z Miami

    Jest decyzja ws. meczu Świątek. Pilne wieści z Miami

    Jest decyzja ws. meczu Świątek. Pilne wieści z Miami

    Po raz drugi w karierze Iga Świątek zmierzy się z Elise Mertens. Stawką tego pojedynku będzie czwarta runda turnieju WTA 1000 w Miami. Poznaliśmy dokładny termin tego spotkania. Polka wyjdzie na kort w niedzielę o godz. 17:00.

     

    Za Igą Świątek udana inauguracja turnieju WTA 1000 w Miami. Polska tenisistka – podobnie jak w Indian Wells – na start zmierzyła się z Caroline Garcią. Było to nieco trudniejsze starcie, lecz i tak wygrane przez Świątek, która mimo konieczności obrony piłki setowej w drugiej partii, zwyciężyła 6:2, 7:5.

     

    Jest decyzja ws. meczu Igi Świątek z Elise Mertens

    – Drugi set był trudny, nie zaczęłam go dobrze. Spadł poziom mojej energii i to bardzo szybko. Musiałam się obudzić i utrzymać intensywność z pierwszego seta i po prostu kontynuować grę. Caroline użyła pierwszej szansy, by wrócić do meczu, bo to robią najlepsze zawodniczki. Cieszę się, że koniec końców udało mi się ją zatrzymać – tłumaczyła po meczu wiceliderka rankingu WTA.

     

    Teraz przed Igą Świątek starcie z Elise Mertens. To tenisistka rozstawiona z numerem 27., która w pierwszym pojedynku pokonała Amerykankę Peyton Stearns 6:4, 6:1. Belgijka skomentowała fakt, że w kolejnej rundzie zmierzy się z Igą Świątek. Oto co miała do powiedzenia o Polce: – Postaram się przygotować do tego meczu jak najlepiej. Jasne jest, że stawienie czoła Idze nie będzie łatwe. Znamy jej wartość. Po prostu spróbuję grać swoją grę, być agresywna, aby nie pozwolić jej przejąć kontroli nad wymianami. Zobaczymy, ale na pewno dam z siebie wszystko – powiedziała, cytowana przez belgijską prasę.

     

    Poznaliśmy właśnie dokładny rozkład gier na niedzielę. Pojedynek Iga Świątek – Elise Mertens odbędzie się o godz. 17:00 czasu polskiego.

     

    Będzie to dopiero drugie starcie Polki z Belgijką na zawodowych kortach. Pierwsze 6:3, 6:4 na korcie ziemnym w Stuttgarcie wygrała Świątek. 

     

  • Tyle zarobił Wąsek za trzecie miejsce w Lahti. To nie żart

    Tyle zarobił Wąsek za trzecie miejsce w Lahti. To nie żart

    Tyle zarobił Wąsek za trzecie miejsce w Lahti. To nie żart

    Paweł Wąsek pokazał wielką klasę i zajął trzecie miejsce w konkursie indywidualnym w Lahti. To jego pierwsze w karierze podium Pucharu Świata, które przyniosło mu rekordowe pieniądze. Premia wynosi bowiem kilka tysięcy franków szwajcarskich.

     

    Paweł Wąsek jest w bieżącym sezonie najlepiej punktującym polskim skoczkiem narciarskim w Pucharze Świata. Do sobotniego konkursu indywidualnego w Lahti przystępował z dorobkiem 508 punktów, a w Finlandii chciał jeszcze poprawić ten dorobek. A przy tym zgarnąć niemałe pieniądze.

     

    Tyle zarobił Paweł Wąsek za trzecie miejsce w konkursie w Lahti. Kwota robi wrażenie

    W pierwszej serii reprezentant Polski wylądował na 127. metrze, co dawało mu miejsce na najniższym stopniu podium. W drugiej serii jeszcze się poprawił i oddał skok na 127,5 m. Dzięki temu ostatecznie zajął trzecią pozycję – za Stefanem Kraftem i Anze Laniskiem.

     

    Taki wynik oznacza dla Wąska pokaźną premię finansową. Za zajęcie trzeciego miejsca otrzyma on bowiem 8 tys. franków szwajcarskich, co przy obecnym kursie odpowiada sumie niemal 35 tys. złotych. Jako że nigdy wcześniej nie stanął na podium konkursu PŚ, to jest to dla niego największa premia w karierze. Dla porównania – najlepszy w konkursie Lanisek zgarnął 13 tys. franków, czyli blisko 57 tys. zł, a drugi Kraft 10 tys. franków, czyli ok. 43,6 tys. zł.

     

    Paweł Wąsek zarobił duże pieniądze i awansował w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata

    A jak zmieniła się sytuacja 25-latka w klasyfikacji generalnej PŚ po sobotnich zmaganiach? Jego dorobek wzrósł do 568 pkt, co pozwoliło mu awansować na 15. pozycję (wyprzedził Timiego Zajca). Do będącego na 10. miejscu Maximiliana Ortnera traci 137 pkt.

     

    Zawody w Lahti są przedostatnimi w bieżącym sezonie Pucharu Świata. W niedzielę w Finlandii odbędzie się konkurs duetów, a w przyszłym tygodniu skoczkowie narciarscy zakończą sezon w Planicy (dwa konkursy indywidualne i jeden drużynowy).

     

  • Błachowicz wrócił i dał z siebie wszystko! Trzy rundy, zadecydowali sędziowie

    Błachowicz wrócił i dał z siebie wszystko! Trzy rundy, zadecydowali sędziowie

    Błachowicz wrócił i dał z siebie wszystko! Trzy rundy, zadecydowali sędziowie

    Nieudany powrót Jana Błachowicza (29-11-1) do oktagonu UFC! Reprezentant Polski stoczył piekielnie wyrównaną, pełną przede wszystkim mocnych kopnięć walkę z Carlosem Ulbergiem (12-1). Choć decyzja sędziowska mogła pójść w obie strony, to niestety wszyscy trzej oceniający widzieli wygraną Nowozelandczyka. Tym samym cele mistrzowskie Polaka znacznie się oddaliły.

     

    Czy “Legendarna Polska Siła” jeszcze jest w Janie Błachowiczu? To pytanie zadawali sobie przed tą walką wszyscy polscy kibice. Nasz były mistrz wagi półciężkiej nie był widziany w akcji od lipca 2023 roku (porażka z Alexem Pereirą). Sporo czasu, zwłaszcza dla 42-latka, na pewno były obawy o bitewną “rdzę”. Miał też w tym czasie operacje obu barków. Jednak kto jak nie on mógł sobie z tym poradzić? Szczególnie że wygrana z Carlosem Ulbergiem mogła mu nawet dać walkę o tytuł. To dlatego, że mistrzem kilka tygodni temu został Rosjanin Magomed Ankalaev (21-1-1), z którym Polak w październiku 2022 roku zremisował decyzją sędziów, a zdaniem wielu to jemu należało się zwycięstwo.

     

    Trudny test dla obu, choć presja na Ulbergu

    Co do Ulberga, absolutnie nie wolno go było lekceważyć. Szybki, mocno bijący kickboxer, napędzony serią siedmiu zwycięstw z rzędu. W tym czterech przez nokaut. Na walkę z Błachowiczem zapracował triumfem nad byłym pretendentem do tytułu Volkanem Oezdemirem (20-8), po wyrównanej walce. Jednak jeśli długa przerwa nie kosztowała Polaka zbyt wiele, to zapowiadał się niewątpliwie na najtrudniejszy test w karierze Nowozelandczyka.

     

    Taktyczna bitwa od początku do końca

    Bardzo taktycznie poprowadził pierwszą rundę Błachowicz. Unikał otwartych wymian, starał się mądrze dobierać momenty do ataku i przede wszystkim rąbał nogi rywala swoimi firmowymi niskimi kopnięciami. Ulberg odpowiadał, z różnym skutkiem, ale też nie chciał bardzo ryzykować. Podobnie wyglądało to w rundzie drugiej, choć w niej nieco więcej aktywności i sukcesów notował Nowozelandczyk. Nieco mało było ryzyka ze strony Błachowicza i zanosiło się, że runda trzecia może przesądzić o wygranej jednego lub drugiego.

     

    W niej obaj nadal szachowali się taktycznie, próbowali złapać się na jakiś błąd, ale nie było to łatwe. Ulberg krążył i kąsał. Jan odgryzał się kopnięciami oraz pojedynczymi najczęściej ciosami. Żaden nie zaznaczył wyraźnie przewagi do końca walki. Ogólnie dostaliśmy tak wyrównane starcie, że naprawdę sędziom można było współczuć.

     

    Zadecydowały niuanse. Błachowicz wraca na tarczy

     

    Niestety ci jednogłośnie widzieli dwie rundy dla Ulberga, a tylko jedną dla Błachowicza. Polak zaliczył nieudany powrót, choć nie była to zła walka w jego wykonaniu. Czego zabrakło? Być może rytmu, być może ta dwuletnia przerwa sprawiła, że nie był w stanie bardziej zaryzykować i trafić Nowozelandczyka. Tak czy inaczej, wizja walki mistrzowskiej oddaliła się i to być może już na dobre. Jednak na takie sądy jeszcze za wcześnie. 

     

  • Lahti znowu magiczne dla Polaków. Paweł Wąsek na podium konkursu Pucharu Świata!

    Lahti znowu magiczne dla Polaków. Paweł Wąsek na podium konkursu Pucharu Świata!

    Lahti znowu magiczne dla Polaków. Paweł Wąsek na podium konkursu Pucharu Świata!

    W końcu polscy kibice się doczekali. Biało-Czerwoni za sprawą Pawła Wąska wywalczyli pierwsze podium konkursu Pucharu Świata w sezonie 2024/2025. 25-latek zakończył sobotnie zawody na trzeciej pozycji. Wygrał Anze Lanisek, a drugi był Stefan Kraft.

     

    Już tylko dwa weekendy pozostały do końca Pucharu Świata w skokach narciarskich w sezonie 2024/2025. W sobotę zawodnicy najpierw odbyli dwa treningi (więcej TUTAJ), a później rywalizowali w kwalifikacjach (więcej TUTAJ). Po kompromitujących występach w nich Jakuba Wolnego oraz Aleksandra Zniszczoła przyszedł czas na konkurs indywidualny z czterema Polakami.

     

    Humory polskim kibicom w pierwszej serii zawodów poprawił Paweł Wąsek, który wylądował na 127. metrze i przez długi czas nie spadał z fotelu lidera. Dopiero po kilku minutach wyprzedził go Anze Lanisek. Słoweniec zresztą uzyskał 131 metrów i na półmetku konkursu posiadał ponad siedem punktów przewagi nad Stefanem Kraftem (127,5 metra).

     

    Trzeci był właśnie nasz reprezentant i miał naprawdę duże szanse na pierwsze podium Pucharu Świata w swojej karierze. Musiał jednak patrzeć za plecy, gdyż tylko 1,1 “oczka” tracił do niego Manuel Fettner. Blisko byli jeszcze Maximilian Ortner oraz Philipp Raimund. To zapowiadało wielkie emocje w rundzie finałowej.

     

    I tak też było. Najpierw Andreas Wellinger skoczył 127,5 metra, a po chwili 50 centymetrów bliżej wylądował Raimund, tym samym wyprzedzając swojego rodaka. Po próbie na 120. metr i 50. centymetr wypisał się z tej pasjonującej walki Ortner. Lepiej spisał się Fettner, gdyż zakończył swój skok na 127. metrze. I to właśnie jego musiał pokonać Paweł Wąsek.

     

    Nasz zawodnik wytrzymał presję, uzyskując 127,5 metra. Do tego otrzymał lepsze noty od Austriak. Miał jednak więcej punktów odjętych za wiatr. Po chwili oczekiwania okazało się, że w końcu Biało-Czerwoni mogą świętować. 25-latek wyprzedził Fettnera o 0,6 punktu i zakończył konkurs na trzeciej lokacie.

     

    Wygrał Anze Lanisek, który pofrunął 128 metrów, dzięki czemu pokonał Stefana Krafta o ponad sześć “oczek”. Austriak w rundzie finałowej wylądował na 126. metrze i 50. centymetrze.

     

    Niestety na tym dobre wiadomości dla polskich fanów się praktycznie skończyły. Co prawda punkty do PŚ zapewnił sobie jeszcze Dawid Kubacki, lecz mistrz świata z Seefeld po próbie na 117. metr i 50. centymetr był klasyfikowany na 24. miejscu. Kilkadziesiąt minut później wylądował metr dalej i przesunął się na 23. pozycję.

     

    0,8 punktu do znalezienia się w czołowej trzydziestce zabrakło Kamilowi Stochowi. Trzykrotny mistrz olimpijski uzyskał 115 metrów. Bardzo słabo zaprezentował się z kolei Maciej Kot. 33-latek doleciał zaledwie do 106. metra i 50. centymetra, co przełożyło się na 47. lokatę.

     

    Dużo poniżej oczekiwań w pierwszej serii spisał się również Jan Hoerl, który przecież wygrał kwalifikacje. W konkursie jednakże skoczył 112,5 metra i po pierwszej serii był 30. To oznaczało, że bardzo mocno utrudnił sobie walkę o Kryształową Kulę, gdyż jego najgroźniejszy rywal – Daniel Tschofenig, znajdował się w tym momencie na ósmej pozycji.

     

    W drugiej rundzie, zapewne mocno podrażniony Hoerl, oddał już zdecydowanie lepszą próbę. 26-latek tym razem wylądował na 128. metrze i 50. centymetrze, co pozwoliło mu się długo przesuwać w górę klasyfikacji zawodów, aż w końcu zatrzymał się na 15. miejscu. Lider Pucharu Świata zakończył za to zmagania na siódmej lokacie.

     

    Harmonogram PŚ w Lahti:

     

    Niedziela, 23.03.2025

    15:30 – Seria próbna

    16:30 – Konkurs duetów

     

    Relacje tekstowe “na żywo” ze wszystkich serii przeprowadzi portal WP SportoweFakty.

     

    Wyniki sobotniego konkursu w Lahti:

     

    MiejsceZawodnikKrajOdległośćPunkty1.Anze LanisekSłowenia131.0/128.0276.92.Stefan KraftAustria127.5/126.5270.83.Paweł WąsekPolska127.0/127.5263.94.Manuel FettnerAustria126.0/127.0263.35.Philipp RaimundNiemcy125.0/127.0262.16.Andreas WellingerNiemcy122.5/127.5261.57.Daniel TschofenigAustria121.0/122.0248.78.Maximilian OrtnerAustria122.0/120.52489.Ryoyu KobayashiJaponia122.0/121.5247.710.Vladimir ZografskiBułgaria123.0/121.524623.Dawid KubackiPolska117.5/118.5224.732.Kamil StochPolska115.0/105.947.Maciej KotPolska106.5/87.1