Category: Uncategorized

  • Ależ wieści ws. Wiktorowskiego. Prosto z USA, tuż przed sezonem

    Ależ wieści ws. Wiktorowskiego. Prosto z USA, tuż przed sezonem

    Pod koniec lipca Naomi Osaka rozpoczęła współpracę z nowym trenerem. Został nim Tomasz Wiktorowski, który przed laty z sukcesami prowadził Igę Świątek i Agnieszkę Radwańską. Obecnie polski szkoleniowiec przygotowuje Japonkę do nowego sezonu. Zdaniem Ricka Macciego – byłego opiekuna światowych gwiazd – pod wodzą Wiktorowskiego wielkoszlemowa mistrzyni będzie jeszcze groźniejsza.
    Po lewej młoda kobieta w sportowym stroju uderza piłkę tenisową rakietą, skoncentrowana na grze; po prawej mężczyzna w zielonej koszulce i ciemnych spodniach trzyma rakietę tenisową i piłkę, stoi spokojnie na korcie.

    Naomi Osaka i Tomasz WiktorowskiMATTHEW STOCKMAN / GETTY IMAGES NORTH AMERICA / Getty Images via AFP – Minas Panagiotakis / GETTY IMAGES NORTH AMERICA / Getty Images via AFPAFP

    Latem tego roku Naomi Osaka przekazała, że Patrick Mouratoglou przestał pełnić funkcję jej trenera. Japonka szukała nowego szkoleniowca. Na rynku bezrobotny pozostawał Tomasz Wiktorowski, z którym czterokrotna mistrzyni wielkoszlemowa przystąpiła do turnieju WTA 1000 Montreal.

    Początkowo Polak został zatrudniony na okres próbny, jednak już po kilku spotkaniach jego współpraca z Osaką szła w dobrym kierunku. Na kanadyjskim korcie 28-latka dotarła do finału, w którym przegrała z reprezentantką gospodarzy – Victorią Mboko. Później pod wodzą Wiktorowskiego dotarła do półfinału US Open. Tam lepsza okazała się Amanda Anisimova.

    Iga Świątek rozpoczęła pobyt w Australii od prezentu. „Dobra kawa. Tego mi teraz potrzeba”© 2025 Associated Press

    Jest ogłoszenie ws. Osaki i Wiktorowskiego. Wątpliwości rozwiane, zaraz przed sezonem

    W Pekinie, Wuhan i Osace japońskiej tenisistce nie poszło zbyt dobrze, z wymienionych turniejów odpadała początkowych fazach. Na własnym terenie nie przystąpiła do ćwierćfinałowego starcia z Jaqueline Cristian.

    Czego możemy spodziewać się po byłej liderce rankingu WTA w zbliżającej się kampanii? Według Ricka Macciego Osaka znów może wejść do ścisłej elity damskiego touru, w czym pomóc ma jej współpraca z polskim szkoleniowcem.

    “Osaka ma w swoim arsenale trzy smaczne elementy z menu tenisowego. Forhend, bekhend, serwis. Jest wielokrotną mistrzynią turniejów wielkoszlemowych, więc ma silną psychikę. Teraz ma zupełnie inne podejście do pozycji na korcie i wyboru uderzeń, a dzięki zmianie trenera znalazła swój zakres i w przyszłym roku wiele przeciwniczek będzie się jej obawiać” – napisał były trener Sereny i Venus Willams, chwaląc między słowami Wiktorowskiego.

    Sama zawodniczka niejednokrotnie przyznawała, że ceni sobie pracę z naszym rodakiem. – Podoba mi się praca z Tomaszem i lubię jego styl. Jest bardzo bezpośredni i bez ogródek mówi na temat. Dla kogoś tak bardzo rozproszonego myślowo jak ja, jest to bardzo pomocne – mówiła Japonka po jednym ze spotkań ostatniego sezonu. – Naomi posiadała już dobry team od fizjoterapii i kondycji, ale myślę, że jasność umysłu i spokój Wiktorowskiego to coś, co bardzo dobrze na nią wpływa – za to tak duet Osaka – Wiktorowski w rozmowie z PAP podsumował Ben Rothenberg z podcastu No Challenges Remaining oraz autor biografii Japonki.
    Tenisistka w czerwonym stroju sportowym podczas meczu, w tle wyraźnie skupiona publiczność, dodatkowo duże powiększone ujęcie mężczyzny w czapce jako wstawka w prawym górnym rogu zdjęcia.

    Tomasz Wiktorowski trenuje obecnie Naomi OsakęMATTHEW STOCKMAN / GETTY IMAGES NORTH AMERICA / Getty Images via AFP / screen z EurosportuAFP
    Mężczyzna z siwymi włosami i zarostem siedzi z ręką opartą o brodę, wyraźnie zamyślony, w tle widocznych jest kilka osób również skupionych na wydarzeniu

    Tomasz WiktorowskiROB PRANGE / Spain DPPI / DPPI via AFPAFP
    Trener w okularach przeciwsłonecznych demonstruje technikę gry w tenisa przed młodą zawodniczką stojącą na korcie. Oboje trzymają rakiety tenisowe i są ubrani w sportowe stroje.

    Naomi Osaka i Tomasz Wiktorowski mogą skupić się na przygotowaniach do WTA 1000 w Pekinie. Japonka zrezygnowała z gry w ShenzhenMarcin Cholewiński/ZUMA Press Wire/ShutterstockEast News

  • Były trener Federera wydał wyrok ws. Świątek. Jaśniej się nie da

    Były trener Federera wydał wyrok ws. Świątek. Jaśniej się nie da

    Australian Open to jedyny turniej wielkoszlemowy, którego nie wygrała jeszcze Iga Świątek. W przyszłym miesiącu stanie więc przed szansą na zgarnięcie Karierowego Wielkiego Szlema. Eksperci już zastanawiają się, czy Polka tę presję udźwignie. Jej szanse ocenił już m.in. były trener Rogera Federera – Paul Annacone. Amerykanin odpowiedział krótko i jednoznacznie.
    Iga Świątek
    zrzut ekranu z https://www.youtube.com/watch?v=SDmBVQVMLMg

    Iga Świątek po pokazowym turnieju w Chinach udała się do Australii, gdzie będzie przygotowywała się do pierwszego w nowym sezonie turnieju rangi Wielkiego Szlema. W nadchodzącym Australian Open Polka będzie miała dodatkową motywację do walki o końcowy triumf. Gdyby jej się udało, skompletowałaby tzw. Karierowego Wielkiego Szlema. Po zwycięstwach w Rolandzie Garrosie, US Open i Wimbledonie brakuje jej już tylko tytułu w Melbourne. Czy zatem dokona tego już w 2026 r.?

    Zobacz wideo Jaką Igę Świątek zobaczymy w 2026? Jej trener zapowiada zmiany
    Były trener Federera dostał pytanie o Świątek. “Tak. Wierzę…”

    Dziennikarze Tennis.com zapytali o to ekspertów. Jednym z nich był były amerykański tenisistka i trener Rogera Federera (współpracowali w latach 2010-2013 – red.) – Paul Annacone. – Tak. Wierzę, że Iga Świątek osiągnie sukces w przyszłym roku i wygra Australian Open – odpowiedział bez wahania.

    Szansę na Karierowego Wielkiego Szlema w przyszłym roku ma nie tylko Polka. O to samo mogą powalczyć Carlos Alcaraz i Jannik Sinner. Ten pierwszy musi zrobić to samo co Świątek – zwyciężyć w Australian Open. Sinnerowi brakuje zaś triumfu w Rolandzie Garrosie. Jak Annacone ocenia ich szanse? – Jeśli chodzi o chłopaków, nic by mnie nie zaskoczyło, ale trudno mi sobie wyobrazić, żeby zarówno Carlos Alcaraz, jak i Jannik Sinner osiągnęliby ten sukces w 2026 roku. Pewne zrobi to albo jeden albo drugi – stwierdził.
    Niepokojące słowa ws. Świątek. “Kilka mocnych kandydatek”

    Taką optymistką nie jest natomiast Victoria Duval. Amerykańska tenisistka uważa, że ta sztuka nie uda się nikomu z wymienionych. – Wśród mężczyzn Jannik Sinner był bardzo solidny w zeszłorocznym Australian Open, a Carlos Alcaraz równie solidny w Rolandzie Garrosie i US Open. Przewiduję, że w przyszłym roku ponownie podzielą się w ten sposób tytułami Wielkiego Szlema. Za to wśród kobiet jest kilka mocnych kandydatek, które mogłyby uniemożliwić Idze Świątek wygranie Australian Open – stwierdziła.

    W przypadku Świątek i Alcaraza odpowiedź poznamy za nieco ponad miesiąc. Australian Open potrwa od 12 stycznia do 1 lutego. Sinner będzie musiał poczekać do przełomu maja i czerwca.

  • Sabalenka rozbita. I wybuchła afera. Korwin-Mikke nie wytrzymał. Ostra reakcja

    Sabalenka rozbita. I wybuchła afera. Korwin-Mikke nie wytrzymał. Ostra reakcja

    Pokazowy mecz określany mianem „bitwy płci”, w którym Aryna Sabalenka zmierzyła się z Nickiem Kyrgiosem, wywołał prawdziwą burzę w świecie tenisa. Kontrowersje wzbudziły nie tylko same założenia tego wydarzenia, ale również jego sportowy i symboliczny wydźwięk. Po spotkaniu, w którym liderka rankingu WTA przegrała 3:6, 3:6 z półemerytowanym Australijczykiem, fala komentarzy nie ustaje. Do grona krytyków dołączył także Janusz Korwin-Mikke, który jak zwykle zabrał głos w charakterystycznym dla siebie stylu na platformie „X”.

    Od początku pomysł meczu Sabalenki z Kyrgiosem budził ogromne emocje. Organizatorzy, chcąc „wyrównać szanse”, wprowadzili specjalne zasady: kort po stronie Białorusinki został skrócony i zwężony, a oboje zawodnicy dysponowali tylko jednym serwisem. W zamyśle miało to uatrakcyjnić widowisko, jednak dla wielu obserwatorów okazało się dowodem na to, że całe wydarzenie bardziej ośmiesza kobiecy tenis, niż go promuje.

    Krytycy zarzucają Sabalence, że zgadzając się na udział w takim przedsięwzięciu, wystawiła żeńskiemu tenisowi wyjątkowo niekorzystne świadectwo. Tym bardziej że – mimo ułatwień – nie zdołała wygrać ani jednego seta z Kyrgiosem, który w rankingu ATP zajmuje obecnie bardzo odległe miejsce i dawno nie rywalizuje regularnie na najwyższym poziomie.

    Jedną z najbardziej stanowczych opinii wygłosiła Alize Cornet. Doświadczona Francuzka nie kryła zdziwienia decyzją Sabalenki.
    – Te nowe zasady, a zwłaszcza skrócenie kortu dla Sabalenki, uważam za kompletną głupotę – stwierdziła.
    – Dlaczego ona w ogóle je zaakceptowała? Jest numerem jeden na świecie, od dwóch lat dominuje w kobiecym tenisie i spokojnie mogłaby zagrać z Kyrgiosem na normalnym korcie – dodała Cornet, podkreślając, że takie eksperymenty działają na niekorzyść wizerunku zawodniczek.

    Po porażce Sabalenki do dyskusji włączył się również Janusz Korwin-Mikke. Polski polityk wykorzystał okazję, by ponownie zaakcentować swoje poglądy na temat różnic między kobietami a mężczyznami w sporcie. W jednym z pierwszych wpisów zasugerował, że media nie oddają w pełni skali „utrudnień”, z jakimi musiał zmagać się Kyrgios, jednocześnie ironicznie chwaląc występ Sabalenki.

    Internauci szybko zwrócili mu jednak uwagę, że pomylił kluczowe fakty. W rzeczywistości oboje zawodnicy mieli po jednym serwisie, a to kort Sabalenki został zmniejszony. Korwin-Mikke w kolejnych postach skorygował część informacji, szczegółowo wyliczając różnice w wymiarach kortu po stronie liderki WTA. Zaznaczył przy tym, że pole gry Białorusinki zostało skrócone o ponad metr i zwężone o kilkadziesiąt centymetrów, a jej pole odbioru serwisu również było mniejsze.

    Polityk odniósł się także do wypowiedzi Alize Cornet, która stwierdziła, że Sabalenka mogłaby grać z Kyrgiosem na normalnym korcie. Ten komentarz skwitował krótko i prowokacyjnie, wpisując się w znany z jego wypowiedzi ton.

    Cała „bitwa płci” zamiast sportowej zabawy i promocji tenisa przyniosła więc lawinę kontrowersji. Dla jednych była kosztownym, ale nieszkodliwym show, dla innych – ciosem w prestiż kobiecego tenisa i niepotrzebnym eksperymentem, który na długo pozostanie przedmiotem gorących sporów.

  • Wybiła 14. minuta meczu Romy. Wszystkie oczy na Ziółkowskiego

    Wybiła 14. minuta meczu Romy. Wszystkie oczy na Ziółkowskiego

    Roma w swoim ostatnim meczu w 2025 r. podejmowała Genoę w ramach Serie A. W wyjściowym składzie gospodarzy znalazł się Jan Ziółkowski i po niespełna kwadransie wykonał ważne zagranie w akcji bramkowej. Drużyna reprezentanta Polski w nieco ponad pół godziny rozstrzygnęła mecz – odniosła wyraźne zwycięstwo 3:1.
    Jan Ziółkowski w meczu Serie A Roma – Genoa
    zrzut ekranu z https://x.com/ELEVENSPORTSPL/status/2005732527428792557

    Jan Ziółkowski korzysta z nieobecności Evana Ndicki, uczestniczącego w Pucharze Narodów Afryki z reprezentacją Wybrzeża Kości Słoniowej, i gra w podstawowym składzie Romy. Tak było w niedawnym spotkaniu Serie A z Juventusem (1:2), tak też stało się w poniedziałkowym starciu ligowym z Genoą, prowadzoną przez Daniele De Rossiego, legendę Romy, dla którego było to pierwsze starcie przeciwko stołecznej ekipie (jako piłkarz lub trener).

    Zobacz wideo Kosecki z mocnym przesłaniem w sprawie piłkarzy Legii: Współczuję im. Cierpią na tym ich bliscy
    Jan Ziółkowski wyszedł w podstawowym składzie Romy na mecz z Genoą i się wyróżnił

    Polak dosyć szybko zaznaczył swą obecność na murawie. W 14. minucie wybił piłkę w kierunku bramki gości, a ich stoper Johan Vasquez zagrał głową do tyłu. Na to tylko czekał Matias Soule, bezbłędny w pojedynku z Daniele Sommarivą.

    Po tym golu przewaga Romy tylko rosła. Pięć minut później w pole karne Genoi wpadł inny środkowy obrońca – Gianluca Mancini, który zagrał w kierunku Evana Fergusona. Ten trącił piłkę do Manu Kone i za moment Stadio Olimpico wybuchło z radości po raz drugi.

    Minęło nieco ponad pół godziny gry, a miejscowi fani świętowali trzecie trafienie. Przed polem karnym rywali gracze Romy założyli skuteczny pressing na Rusłanie Malinkowskim. W efekcie futbolówka trafiła pod nogi Soule, który oddał strzał. Tym razem Sommariva sobie poradził, lecz przy dobitce Fergusona był bezradny.
    Roma w pierwszej połowie zapewniła sobie zwycięstwo nad Genoą. Jan Ziółkowski może czuć pewien niedosyt

    W 38. minucie bramkarz gości nie popisał się pewnym chwytem – bramkę zdobył Kone, ale sędziowie dopatrzyli się w tej sytuacji przewinienia na Sommariwie. Zatem na przerwę Roma schodziła z trzybramkową przewagą, a Ziółkowski z poczuciem dobrze wykonanego zadania – błysnął z przodu, a z tyłu praktycznie nie miał nic do roboty.

    Po rozpoczęciu drugiej połowy największym problemem gospodarzy była kontuzja Soule, zmienionego przez Stephana El Shaarawy’ego. Jednak niespecjalnie wpłynęło to na przebieg gry – Roma zwolniła tempo, a Genoa była zbyt słaba, żeby zagrozić rywalom. A pojedyncze próby kończyły się fiaskiem, jak w 67. minucie, gdy Ziółkowski do spółki z Mario Hermoso zatrzymali rezerwowego Seydou Finiego.

    Zobacz także: Reprezentant Polski może trafić do giganta. Borek ujawnia

    Pod koniec spotkania reprezentant Polski dostał w twarz w pojedynku z innym zmiennikiem Jeffem Ekhatorem. Niedługo później efektowny strzał oddał El Shaarawy, jednak trafił w Brooke’a Nortona-Cuffy’ego i żadnego zagrożenia nie było. A za jakiś czas Ziółkowski zablokował groźny strzał Ekhatora.

    Chwilę później Włoch dopiął swego. Po rzucie wolnym wykorzystał zamieszenie w polu karnym rzymian i uderzył z powietrza, a futbolówka odbiła się od rezerwowego Niccolo Pisillego, co zupełnie zmyliło Mile Svilara. W ten sposób został ustalony rezultat, a Ziółkowski musi jeszcze poczekać na pierwsze czyste konto jako zawodnik wyjściowego składu Romy.
    17. kolejka Serie A: Roma – Genoa 3:1

    gole: Matias Soule 14′, Manu Kone 19′, Evan Ferguson 31′ – Jeff Ekhator 87′

    Po tym spotkaniu Roma ma 33 pkt i zajmuje czwarte miejsce w tabeli, natomiast Genoa z 14 pkt jest na 17. pozycji. Po Nowym Roku rzymianie zagrają z Atalantą, a genueńczycy z Pisą (oba spotkania w sobotę 3 grudnia).

  • Polska tenisistka ujawnia, z czym się mierzy. “Jest tego coraz więcej”

    Polska tenisistka ujawnia, z czym się mierzy. “Jest tego coraz więcej”

    Magdalena Fręch, trzecia rakieta naszego kraju, opowiada w rozmowie ze Sport.pl o hejcie, którego doświadcza, o konieczności zmian w kalendarzu i o tym, jak patrzy na swoje występy w ostatnim sezonie. 28-latka już za kilka dni w Australii wróci do gry.
    Magdalena Fręch na turnieju w Wuhan
    Fot. VCG via Getty Images

    Uderzający w tenisistów hejt w internecie, a szczególnie w social mediach, jest coraz powszechniejszym zjawiskiem. I dotyczy także reprezentantek Polski. W październiku Iga Świątek opublikowała screeny hejterskich wiadomości, które dostała na Instagramie. Wcześniej na podobny ruch zdecydowały się m.in. Magda Linette i Maja Chwalińska.

    Zobacz wideo Kamil Majchrzak o minionym sezonie. “Mam nadzieję, że jeszcze sporo przede mną”

    Magdalena Fręch przyznaje, że i jej ten problem nie jest obcy. – Z każdym rokiem jest tego coraz więcej. Przybywa również “ekspertów”. Na szczęście nauczyłam się to ignorować i przestało to na mnie robić wrażenie. Najwięcej hejtu powodują zakłady bukmacherskie i rozgoryczeni gracze, którzy wylewają swoje frustracje – mówi tenisistka.
    Hejterzy atakują tenisistki

    Fręch do tej pory nie udostępniała chamskich wiadomości, które otrzymuje. Natomiast pod koniec ostatniego sezonu – tuż po tym, jak odpadła z turnieju w Wuhanie – zdecydowała się na znamienny wpis. “W odpowiedzi na lawinę negatywnych ocen i komentarzy po ostatnim meczu pragnę poinformować, że czasami żałuję, ale nie jestem maszyną. Chociaż mam wrażenie, że organizatorzy tak nas traktują, wyznaczając plan gier. Grając trzy dni z rzędu w godz. 13-16, w ekstremalnych warunkach, niestety odbiło się na to moim zdrowiu, które zawsze stawiam sobie na pierwszym miejscu. Granie w 36 stopniach, przy smogu, nagrzanym betonie oraz ekstremalnej wilgotności jest do zaakceptowania, jeśli nie przytrafia się codziennie. Kumulacja tego wysiłku niesie za sobą niestety konsekwencje. Czegoś takiego jak wczoraj jeszcze nigdy nie czułam, pomimo paru lat spędzonych na tourze”.

    Warunki w Wuhanie były wówczas mordercze – tak jakby na dobicie czołowych zawodniczek po trudach długiego sezonu. Kolejne tenisistki w ostatnich miesiącach apelowały o zmiany w kalendarzu. Wypowiadały się na ten temat m.in. Iga Świątek, Coco Gauff i Aryna Sabalenka. Magdalena Fręch w tej sprawie za zdanie podobne do koleżanek z kortów.

    – Powinna zostać zmniejszona liczba obowiązkowych turniejów, co poprawiłoby regenerację pomiędzy zawodami. Zawodniczki, które chcą grać więcej, mogłyby cały czas grać, ale te, które chcą chwilę odpocząć, nie powinny być za to karane. Bo tak naprawdę sezon trwa prawie 11 miesięcy i nie uwzględnia przerw w trakcie – mówi tenisistka w rozmowie ze Sport.pl.
    Będą zmiany w kalendarzu?

    Jak to wygląda w praktyce? Ostatni sezon trwał od 27 grudnia 2024 do połowy listopada 2025. Nadchodzący rok grania rusza już 2 stycznia. Tenisistki są zobligowane, by w każdym roku zagrać w 10 turniejach rangi WTA 1000, sześciu kategorii WTA 500, do tego dochodzą cztery turnieje wielkoszlemowe. Brak startu w którejkolwiek z wyżej wymienionych imprez wiąże się z karą finansową oraz punktową – zerem przypisywanym do rankingu WTA.

    Głosów nawołujących do zmian jest sporo. Niedawno 40. na świecie Niemka Ewa Lys apelowała w lokalnych mediach do działaczy WTA. – Mamy mnóstwo kontuzji, zawodniczek, które po prostu nie dają rady, które nie mają odpowiedniej kondycji psychicznej. Rozgrywki są zbyt długie. W tenisie okres poza sezonem jest zdecydowanie za krótki – mamy dwa tygodnie na urlop – mówiła.

    Nie może być inaczej, skoro działacze zmienili zasady. Jeszcze kilka lat temu obowiązkowych turniejów liczonych do rankingu WTA było mniej, co pozwalało zachować większą równowagę między wysiłkiem a odpoczynkiem. Dziś nawet kłopoty zdrowotne nie zawsze bronią przed karą za nieobecność w drabince, o czym ostatnio opowiadała Karolina Muchova.

    Fręch, mimo intensywnego okresu, swój ostatni sezon ocenia pozytywnie. – Zebrałam bardzo cenne doświadczenie. Cały rok grałam z rozstawieniem, więc zajęło mi sporo czasu, żeby zaadaptować się do nowych okoliczności, które wbrew pozorom wcale nie są łatwe.

    Czytaj także: Kłopoty Barcelony!

    Fręch to dziś 59. tenisistka świata. Przez większość roku znajdowała się jednak sporo wyżej – w okolicach 25. miejsca w zestawieniu Organizacji Kobiecego Tenisa. Pozycja w top 30 pozwalała jej występować w wielu turniejach w roli rozstawionej zawodniczki. To przywilej, który czasem daje możliwość gry dopiero od drugiej strony, a często ułatwia dostęp do treningów na największych kortach. A drugiej strony – towarzyszy temu także presja związana z większymi oczekiwaniami wobec faworytki. I jest jeszcze jeden wątek, na który zwraca uwagę Fręch. – Nie mogłam zagrać w mniejszych turniejach WTA 250, żeby się rozegrać i złapać rytm meczowy – mówi.
    Powrót do rywalizacji

    Dla 28-latki urodzonej w Łodzi był to pierwszy taki sezon w karierze, gdy organizatorzy rozstawiali ją w drabinkach największych zawodów. Nie zawsze była w stanie wykorzystać sprzyjające okoliczności, ale nowy sezon to zawsze nowy rozdział. Fręch od kilku tygodni ciężko trenuje na Florydzie pod okiem swojego trenera Andrzeja Kobierskiego, z którym współpracuje już od 17 lat.

    Najbliższe plany startowe? Trzecia rakieta naszego kraju od 5 stycznia ma występować w imprezie WTA 500 w Brisbane, w kolejnym tygodniu w turnieju rangi 250 w Hobart, a potem czeka ją wielkoszlemowy start w Australian Open. W Melbourne dotychczas szło jej tak dobrze, jak nigdzie w Wielkich Szlemach – rok temu doszła do czwartej rundy, w ostatnim sezonie do trzeciej. Jej obecny cel to nawiązać do tamtych sukcesów, choć nie tylko. – Chciałabym awansować do top 20 rankingu – zapowiada Fręch, która najwyżej do tej pory była 22. w październiku 2024.

  • Nagłe wycofanie Polki tuż przed Australian Open. Tercet już nieaktualny

    Nagłe wycofanie Polki tuż przed Australian Open. Tercet już nieaktualny

    Nagła rezygnacja Polki tuż przed Australian Open. Nie będzie naszego tercetu

    Już nawet nie dni a godziny dzielą nas od startu sezonu 2025 w kobiecym i męskim tenisie. W piątek w Perth rozpoczną się zmagania w United Cup, tego samego dnia panie przystąpią do eliminacji WTA 500 w Brisbane. W obu tych zmaganiach zobaczymy Polki, ale trzy nasze reprezentantki: Magda Linette, Maja Chwalińska oraz Linda Klimovicova wybrały jeszcze inną lokalizację. A dokładniej – Auckland i tamtejszy turniej WTA 250. Już jednak wiadomo, że nie wszystkie w Nowej Zelandii ostatecznie się pojawią.
    Grupa młodych kobiet ubranych w sportowe stroje narodowe stoi w szeregu, przed nimi widoczna biało-czerwona flaga Polski, w tle rozwinięta duża czerwona flaga oraz widzowie.

    Aż trzy Polki planowały występ w WTA 250 w Auckland. Linda Kimovicova (na zdjęciu druga reprezentantka od prawej) zmieniła planyTomasz Browarczyk/400mm.plNewspix.pl

    Pokazowe potyczki w Bengaluru, Shenzhen, Makau i Dubaju, za to z udziałem m.in. Igi Świątek, Aryny Sabalenki, Jeleny Rybakiny, Pauli Badosy czy Mirry Andriejewej były wstępem do tego, co będzie nas czekać już w najbliższych tygodniach. Pod koniec tego tygodnia kolejny sezon ruszy pełną parę – najpierw oczywiście na południowej półkuli. Kulminacyjnym momentem będzie pierwszy wielkoszlemowy turniej w sezonie – zmagania w Melbourne zaczną się 18 stycznia.

    Sześć dni wcześniej do gry na obiektach Melbourne Park przystąpią zawodniczki w kwalifikacjach, wśród nich aż trzy Polki. Linda Klimovicova, Katarzyna Kawa i Maja Chwalińska w teorii dostały więc tylko jedną okazję na sprawdzenie formy, w tygodniu poprzedzającym owe kwalifikacje. Kawa wybrała rolę rezerwowej w reprezentacji Polski w ramach United Cup – tam, nawet jeśli nie zagra, może rozgrywać sparingi z innymi rezerwowymi w danej lokalizacji.
    Młoda kobieta w czerwonym stroju sportowym z emblematami Polski i rakietą tenisową świętuje sukces na korcie, unosząc zaciśniętą pięść w geście triumfu.

    Linda KlimovicovaTomasz Jędrzejowski/REPORTERReporter

    Chwalińska i Klimovicova miały z kolei zagrać w Auckland, razem z Magdą Linette. Przy czym poznanianka zostanie w turnieju WTA 250 rozstawiona, młodsze zawodniczki miały czekać kwalifikacje.

    Trzy reprezentantki Polski wybrały WTA 250 w Auckland. Do Nowej Zelandii polecą jednak tylko dwie

    W kobiecym tenisie o możliwości gry w turniejach decyduje oczywiście pozycja w światowym rankingu. Im jest wyższa, tym większa szansa na bardziej prestiżowe zawody, większe potencjalnie zdobycze punktowe, wyższe zarobki. Iga Świątek wybrała grę w United Cup w reprezentacji Polski, w roli liderki, razem z Hubertem Hurkaczem.

    Co było oczywiste, na rolę rezerwowej nie zdecydowały się: Magdalena Fręch czy Magda Linette. Pierwsza wybrała WTA 500 w Brisbane – zdołała jednak wskoczyć do głównej drabinki. Poznanianka zagra w Auckland (WTA 250), może liczyć na uprzywilejowaną pozycję w losowaniu.

    Grę w Nowej Zelandii planowały też początkowo Linda Klimovicova i Maja Chwalińska. Ta pierwsza po zakończeniu sezonu poleciała do Stanów Zjednoczonych – i jak się okazuje, do Auckland jednak nie poleci. Jak poinformował już serwis polski-tenis.pl, wycofała się z kwalifikacji. To zaś oznacza, że grę zacznie z marszu: 12 stycznia w Melbourne w pierwszej rundzie eliminacji Australian Open. Będzie w nich rozstawiona.

    Chwalińska planów nie zmieniła – wspólnie z trenerem Jaroslavem Machovskym jest już w drodze na południową półkulę. W piątek powinna poznać swoją pierwszą rywalkę w nowym sezonie.
    Maja Chwalińska rywalizowała o awans do drugiej rundy eliminacji Roland Garros 2025

    Maja ChwalińskaFoto Olimpik / NurPhoto / NurPhoto via AFPAFP
    Magda Linette

    Magda LinetteFOTO OLIMPIK/NurPhoto/NurPhoto via AFPAFP

    Linda Klimovicova: Jestem bardzo szczęśliwa, bo wiem, że presja była ogromna

  • Natychmiastowy triumf Tomasiaka, a to nie koniec. Wielka radość Stocha

    Natychmiastowy triumf Tomasiaka, a to nie koniec. Wielka radość Stocha

    Seria próbna przed poniedziałkowym konkursem otwierającym 74. Turniej Czterech Skoczni nie przyniosła polskim kibicom powodów do optymizmu. Szczególnie niepokojąco wyglądał występ Kamila Stocha, który uplasował się dopiero na 50. miejscu. Kilkadziesiąt minut później okazało się jednak, że próbne skoki nie miały większego znaczenia, a doświadczony mistrz potrafił odpowiednio zareagować w najważniejszym momencie. W samym konkursie Stoch zaprezentował się zdecydowanie lepiej i w wewnętrznej „polskiej rywalizacji” ustąpił jedynie Kacprowi Tomasiakowi, który zakończył zawody na 14. pozycji. Inaugurację 74. edycji TCS zdominował Domen Prevc.

    Turniej Czterech Skoczni od lat bywał szczęśliwy dla Biało-Czerwonych. W dziewięciu poprzednich edycjach aż czterokrotnie Złoty Orzeł trafiał w ręce Polaka, a największym bohaterem tej imprezy pozostaje Kamil Stoch – trzykrotny triumfator klasyfikacji generalnej. Tym razem oczekiwania wobec 38-latka były jednak znacznie skromniejsze. Do Oberstdorfu przyjeżdżał bez presji walki o końcowy triumf, a w gronie potencjalnych „czarnych koni” eksperci znacznie częściej wymieniali młodego Kacpra Tomasiaka.

    Niedzielne kwalifikacje dały jednak sygnał, że Stoch może być groźny – zajął w nich 14. miejsce. Zupełnie inaczej wyglądała poniedziałkowa seria próbna, w której Tomasiak wypadł najlepiej z Polaków, a Stoch był ostatni w stawce. Mimo to jasne było, że przy rywalizacji w systemie KO prawdziwa walka dopiero się rozpocznie.

    Konkurs ruszył z wysokiej, 16. belki startowej i już na początku przyniósł kibicom sporo emocji. W pierwszej parze zaprezentował się Kacper Tomasiak, który w swoim debiutanckim starcie w Turnieju Czterech Skoczni poleciał na 128,5 metra. Ten skok bez problemu wystarczył do pokonania Niko Kytosaho, lądującego ponad dziesięć metrów bliżej. Znacznie gorzej potoczył się pojedynek Piotra Żyły – odległość 123 metrów nie dała mu szans na awans do drugiej serii nawet w gronie szczęśliwych przegranych.

    Pewny awans do kolejnej rundy zapewnił sobie za to kolejny z Polaków. W środku konkursu doszło do wewnętrznej rywalizacji Pawła Wąska z Maciejem Kotem. Wąsek skoczył 122 metry, Kot o metr mniej, co przełożyło się na zwycięstwo młodszego zawodnika.

    Na rozbiegu pozostał już tylko Kamil Stoch. Doświadczony mistrz wyraźnie zapomniał o nieudanej serii próbnej. Skok na 131 metrów w dobrym stylu dał mu pewny awans i miejsce w czołowej dwudziestce po pierwszej serii. Polak uplasował się tuż za Kacprem Tomasiakiem, co samo w sobie było pozytywnym sygnałem.

    W walce o prowadzenie mocny akcent postawił Felix Hoffmann, który w trudnych warunkach osiągnął 132,5 metra i zbliżył się do liderującego wcześniej Jonasa Schustera. Chwilę później wszystkich pogodził jednak główny faworyt zawodów. Domen Prevc oddał kapitalny skok na 141,5 metra i objął prowadzenie z wyraźną przewagą.

    Do drugiej serii Polacy przystępowali z realnymi szansami na poprawę pozycji. Tomasiak zajmował 15. miejsce i tracił zaledwie pięć punktów do czołowej dziesiątki. Kamil Stoch był 17., a Paweł Wąsek plasował się na 28. pozycji. Rywalizację wznowiono z belki numer 15.

    Wąsek trafił na sprzyjające warunki, ale nie potrafił ich wykorzystać – skok na 118,5 metra nie pozwolił mu przesunąć się w górę klasyfikacji. Na znaczącą poprawę nie mógł liczyć także Kamil Stoch, choć jego próba była bardzo solidna. Lądowanie na 131,5 metra wywołało u niego ogromną radość, jednak lepsze warunki wietrzne sprawiły, że po swoim skoku był drugi na liście.

    Chwilę później na belce pojawił się Kacper Tomasiak. 18-latek również skorzystał z dobrego wiatru i uzyskał identyczną odległość jak Stoch. Tym razem przełożyło się to na prowadzenie młodego Polaka.

    Finałowa rywalizacja o zwycięstwo i prowadzenie w Turnieju Czterech Skoczni toczyła się w okolicach rozmiaru skoczni, wynoszącego 137 metrów. Niespodzianki jednak nie było. Domen Prevc nie tylko obronił przewagę, ale jeszcze ją powiększył, lecąc aż 140 metrów i w efektownym stylu sięgając po wygraną.

    Wyniki pierwszego konkursu 74. Turnieju Czterech Skoczni:

    1. Domen Prevc – 316,7

    2. Daniel Tschofenig – 299,2

    3. Felix Hoffmann – 297,3
    …

    1. Kacper Tomasiak – 279,7

    2. Kamil Stoch – 271,2

    3. Paweł Wąsek – 238,0

    4. Maciej Kot – 123,1

    8. Piotr Żyła – 118,8

  • Jest ogłoszenie ws. Tomasiaka. Tuż przed TCS. Wyrok został wydany

    Jest ogłoszenie ws. Tomasiaka. Tuż przed TCS. Wyrok został wydany

    Ruszyła 74. edycja Turnieju Czterech Skoczni. Polacy w komplecie, a jeden z nich szczególnie przyciąga uwagę

    74. Turniej Czterech Skoczni tradycyjnie otwiera najbardziej emocjonujący etap zimowego sezonu skoków narciarskich. Niedzielne kwalifikacje w Oberstdorfie przyniosły polskim kibicom sporo powodów do zadowolenia – wszyscy reprezentanci Polski zdołali wywalczyć awans do konkursu głównego i serii KO.

    W kwalifikacjach wystąpili Maciej Kot, Kamil Stoch, Piotr Żyła, Paweł Wąsek oraz Kacper Tomasiak i każdy z nich znalazł się w gronie 50 zawodników dopuszczonych do rywalizacji. Zgodnie z zasadami Turnieju Czterech Skoczni, skoczkowie zostali podzieleni na 25 par systemu pucharowego. W drugiej serii zobaczymy 30 zawodników – zwycięzców par oraz pięciu tzw. „szczęśliwych przegranych”.

    Tomasiak na czele polskich nadziei. Tajner widzi w nim potencjał na coś więcej

    Najwięcej uwagi po kwalifikacjach przyciąga jednak najmłodszy z Polaków. Kacper Tomasiak oddał w niedzielę skok na odległość 124 metrów, co dało mu solidny wynik i przepustkę do rywalizacji z Finem Niko Kytosaho w serii KO. 18-latek wyrasta w tym sezonie na najbardziej stabilny punkt biało-czerwonej kadry.

    Były prezes Polskiego Związku Narciarskiego Apoloniusz Tajner nie ukrywa, że właśnie w Tomasiaku upatruje największych szans Polaków na wysokie lokaty w klasyfikacji generalnej Turnieju Czterech Skoczni.
    – Na dziś wydaje się, że tylko Kacper jest zdolny mierzyć naprawdę wysoko. Widać u niego dużą powtarzalność. Owszem, zdarzają mu się słabsze próby, ale dzieje się to rzadko. Nawet wtedy są to skoki przyzwoite, którym po prostu czegoś brakuje – ocenił Tajner w rozmowie z „WP SportoweFakty”.

    Były sternik PZN zwrócił uwagę na techniczne detale. – Najczęściej problem pojawia się w drugiej fazie lotu. Samo odbicie z progu wygląda bardzo dobrze i trudno się tu do czegokolwiek przyczepić – podkreślał.

    Zdaniem Tajnera młody skoczek może okazać się jednym z największych zaskoczeń turnieju, choć jego niewielkie doświadczenie wciąż pozostaje znakiem zapytania. – Kacper może zakręcić się w okolicach czołowej szóstki. W ostatnim czasie ustabilizował formę mniej więcej na tym poziomie. Trzeba jednak pamiętać, że to bardzo młody zawodnik i jego dyspozycja może jeszcze falować. Na razie nie przeplata dobrych skoków słabszymi, co często zdarza się zawodnikom dopiero wchodzącym do Pucharu Świata – zaznaczył Tajner, dodając na koniec, że mimo wszystko „patrzy na to wszystko z umiarkowanym optymizmem”.

    Poniedziałkowy konkurs w Oberstdorfie pokaże, czy Tomasiak rzeczywiście potwierdzi miano polskiego lidera i czy biało-czerwoni będą w stanie włączyć się do walki o najwyższe cele w prestiżowym Turnieju Czterech Skoczni.

  • Wylądował w celi śmierci, później witali go jak króla. Polak bohaterem TCS

    Wylądował w celi śmierci, później witali go jak króla. Polak bohaterem TCS

    Jeszcze na długo przed erą “Małyszomanii” Polacy mieli w skokach narciarskich zawodników, którzy jak równy z równym rywalizowali z najlepszymi, trwale zapisując się na kartach historii tej dyscypliny. Do tego grona należy m.in. Stanisław Marusarz.

    Skoczek z Zakopanego od najmłodszych lat przejawiał zamiłowanie do gór i sportów zimowych. W 1926 roku wygrał juniorski konkurs na skoczni na Jaworzynce, zdobywając pierwsze profesjonalne narty. W wieku zaledwie 14 lat, mimo początkowego sprzeciwu organizatorów, wystartował w zawodach w Zakopanem. Skok na odległość 44 metrów, będący jego rekordem życiowym, dał mu trzecie miejsce i pozwolił wyprzedzić wielu bardziej doświadczonych rywali.

    Siał postrach na skoczniach. Nagle brutalnie przerwana kariera

    Na arenie międzynarodowej po raz pierwszy głośno zrobiło się o skoczku z Zakopanego w 1935 roku, kiedy zwyciężył w konkursie na skoczni w Planicy. Po zakończeniu rywalizacji ogłoszono chęć bicia rekordu świata – Marusarz uzyskał 97 metrów, co na krótko dało mu ten tytuł. Rok później podczas igrzysk olimpijskich w Garmisch-Partenkirchen rywalizację zakończył na 5. miejscu.

    Do najważniejszych sukcesów Stanisława Marusarza należy srebrny medal mistrzostw świata w Lahti z 1938 roku. Od złotego krążka dzieliło go jedynie 0,3 punktu, a werdykt sędziów wzbudził liczne kontrowersje w środowisku sportowym. Obiecująco rozwijającą się karierę skoczka nagle przerwał wybuch II wojny światowej.

    26-letni Marusarz zamienił narty na długie wyprawy górskie. Dzięki doskonałej znajomości terenu został kurierem tatrzańskim na trasie Zakopane-Budapeszt, przeprowadzając zarówno ludzi, jak i materiały konspiracyjne.

    “Smutne wrażenie robiło Zakopane – życie jakby zatrzymało się w miejscu. Na ulicach spotykało się mało mężczyzn. Początkowo uderzała stosunkowo niewielka liczba umundurowanych Niemców. W miarę upływu tygodni było ich coraz więcej”

    Podczas powrotu do Polski wiosną 1940 roku Marusarz został zatrzymany przez słowacki patrol i przewieziony na posterunek, gdzie funkcjonariusze znaleźli w jego plecaku sporą sumę pieniędzy. Miał zostać przekazany Gestapo, lecz ostatecznie zdołał uciec przez okno.

    Polski skoczek wylądował w celi śmierci. Ten skok uratował mu życie

    W obliczu narastającego terroru Marusarz z żoną próbował uciec na Węgry, lecz zostali zatrzymani na granicy. Po przesłuchaniach i torturach w willi “Palace” w Zakopanem trafił ostatecznie w maju 1940 roku do więzienia przy ul. Montelupich w Krakowie.

    Marusarzowi zaproponowano współpracę, która miała zapewnić mu wolność. W konsekwencji, gdy odmówił podjęcia roli trenera niemieckich skoczków narciarskich, został skazany na karę śmierci. “Nie precyzując dowodów winy, sędzia podał jako przyczynę wyroku śmierci działalność przeciw Rzeszy niemieckiej” – relacjonował we wspominanej książce.

    Polski skoczek zdawał sobie sprawę, że aby przeżyć, musi działać natychmiast. Wraz z Aleksandrem Bugajskim opracował śmiałą ucieczkę. Wygięli kraty w oknach na pierwszym piętrze, co umożliwiło więźniom wydostanie się na zewnątrz. Marusarz wykorzystał swoje umiejętności ze skoczni narciarskich, lądując pewnie na obie nogi i kontynuując ucieczkę. Inni towarzysze nie mieli tyle szczęścia – jeden z nich przy upadku złamał nogę, co zakończyło jego ucieczkę i przypieczętowało wyrok śmierci. Ostatecznie z całej grupy tylko dwóm więźniom udało się wydostać na wolność.

    Po udanej ucieczce Marusarz najpierw wrócił do Zakopanego, a potem przedostał się na Węgry, gdzie spędził resztę wojny, trenując tamtejszych skoczków. Do Polski powrócił w 1945 roku.

    Apoloniusz Tajner: Gdyby tak prosto było wychować skoczka, to mielibyśmy ich wieluPolsat Sport

    Turniej Czterech Skoczni. Stanisław Marusarz zaskoczył cały świat

    Po wojnie Stanisław Marusarz wznowił swoją karierę, dwukrotnie reprezentując Polskę na igrzyskach olimpijskich, choć nie odniósł znaczących sukcesów. W 1957 roku zdecydował się zakończyć sportową karierę.

    Za swoje osiągnięcia w 1966 roku został zaproszony jako gość honorowy na otwarcie konkursu Turnieju Czterech Skoczni w Garmisch-Partenkirchen. Miał wówczas 53 lata i nie brał udziału w oficjalnych zawodach od dziewięciu sezonów.

    “Chciałem przypomnieć Niemcom właśnie w Garmisch-Partenkirchen, pamiętnym z olimpiady w 1936 roku, że żyję, mimo skazania mnie przez okupanta na śmierć, po drugie brawurowym skokiem pragnąłem zdopingować polskich zawodników startujących w Turnieju Czterech Skoczni”

    “Podjąłem się ryzykownej sprawy – skoku bez treningu, bez poznania skoczni, w dodatku w nie swoich butach, na cudzych nartach i w garniturze, zamiast w wygodnym dresie narciarskim” – relacjonował dalej.

    Podczas śmiałej próby Marusarz osiągnął 66 m, wywołując burzę oklasków wśród licznie zgromadzonych widzów. Kibice, porwani emocjami, podbiegli i wynieśli go na rękach, świętując jego wyczyn.

    Wybitny polski skoczek narciarski zmarł w 1993 roku, nosząc pasję do skoków w sercu do samego końca.
    Stanisław Marusarz w locie

    Stanisław Marusarz w locieArchiwum Fundacji Stanisława Marusarzamateriały prasowe
    Stanisław Marusarz

    Stanisław MarusarzNarodowe Archiwum Cyfrowe
    Złoty orzeł jako trofeum w konkursie skoków narciarskich na pierwszym planie, wysoko lecący skoczek narciarski ubrany w niebieski kombinezon na tle gór oraz błękitnego nieba w tle.

    Turniej Czterech Skoczni KERSTIN JOENSSONAFP

  • Możdżonek włożył kij w mrowisko. Wszystko po tym, co zrobiła Sabalenka. “Standardy lewicy”

    Możdżonek włożył kij w mrowisko. Wszystko po tym, co zrobiła Sabalenka. “Standardy lewicy”

    W niedzielę w Dubaju doszło do tenisowej “Bitwy płci”, z której ostatecznie zwycięsko wyszedł Nick Kyrgios. Australijczyk pokonał Arynę Sabalenkę 6:3, 6:3 w pokazowym pojedynku. Dzień po spotkaniu o kąśliwy wpis pokusił się Marcin Możdżonek. Były kapitan siatkarskiej reprezentacji Polski nawiązał do… zarobków Kyrgiosa i Sabalenki, co wywołało liczne reakcje interneutów.
    Kobieta w sportowym stroju z zamkniętymi oczami i wyrazem rozczarowania na twarzy, w prawym górnym rogu okrągłe wstawione zdjęcie mężczyzny w mundurze patrzącego poważnie przed siebie.

    Marcin Możdżonek, Aryna SabalenkaChristopher Pike/Associated Press/East News / Adam Burakowski/East NewsEast News

    Jeden serwis, jedna strona kortu pomniejszona o 9 proc. – w takich warunkach Aryna Sabalenka rywalizowała z Nickiem Kyrgiosem w “Bitwie płci”. Białoruska zawodniczka finalnie zdołała ugrać po trzy gemy w obu setach. Spotkanie to budziło tyle samo zainteresowania, co kontrowersji.

    – On sam nazywa siebie nieprzewidywalnym zawodnikiem, ale szczerze mówiąc, byłam w stanie przewidzieć niemal wszystko. Różnica polegała na tym, że jego możliwości fizyczne są znacznie większe. Jest silniejszy, szybszy, miał lepszą dynamikę. Ale to była fajna zabawa i bardzo dobre przygotowanie do sezonu – mówiła pierwsza rakieta świata po ostatnim gemie.

    Klaudia Zwolińska: Czasami sobie myślę “co tu się dzieje?”Polsat Sport

    Możdżonek uaktywnił się po meczu Sabalenki z Kyrgiosem. “To teraz przewrotnie”

    Starcie Australijczyka z rywalką Igi Świątek zarówno przed, jak i po ostatnim gemie nie przypadło do gustu wielu ekspertom. Dawid Celt nazwał je “czysto komercyjnym eventem, który nie miał żadnego przesłania”. Inni dziennikarze pisali, że po takim meczu Sabalenka zrobiła “niedźwiedzią przysługę” kobiecemu tenisowi, którego środowisko domaga się wyrównania zarobków względem mężczyzn.

    Kwestię finansów w mediach społecznościowych poruszył… Marcin Możdżonek. Prezes Naczelnej Rady Łowieckiej i były siatkarz udostępnił wpis o treści: “Nick Kyrgios (ATP #671) pokonał liderkę rankingu WTA Arynę Sabalenkę (№1) 6-3, 6-3 w pokazowym meczu ‘Battle of the Sexes’ w Dubaju. Ciekawe co na to politycy Lewicy, którzy w imię poprawności politycznej wciskają facetów w sporty kobiece”.

    Oprócz tego dodał własny komentarz: “To teraz przewrotnie: czy Nick Kyrgios powinien od teraz otrzymywać takie samo wynagrodzenie, jak Aryna Sabalenka?” – napisał, odnosząc się do obecnego poziomu sportowego obu zawodników.

    Przypomnijmy, Białorusinka przystępowała do pojedynku z Kyrgiosem w pełnym przygotowaniu przed nowym sezonem, jako liderka światowego rankingu. Australijczyk natomiast czas świetności tenisowej najprawdopodobniej ma już za sobą. Obecnie najczęściej możemy zobaczyć go w pokazowych zawodach i pojedynczych turniejach z touru ATP, o czym świadczy jego 671. miejsce w rankingu.

    To jednak nie przeszkodziło mu w pokonaniu Sabalenki, która w ostatnim sezonie była najlepszą tenisistką w damskim tenisie i na korcie zgarnęła krocie. “Ona grała na korcie o 9% mniejszym, a więc wg standardów lewicy jego warunki pracy były gorsze od warunków jego przeciwniczki. Wykonał trudniejszą pracę = wyższe zarobki” – czytamy w jednym z komentarzu pod wpisem Możdżonka.
    Kobieta w sportowym stroju trzymająca piłkę tenisową oraz mężczyzna w sportowym ubraniu siedzący na ławce, oboje w otoczeniu widowni podczas wydarzenia sportowego.

    Aryna Sabalenka i Nick Kyrgios zmierzą się w “Bitwie Płci”DIMITAR DILKOFF / AFP, WILLIAM WEST/AFPEast News
    Tenisistka w czarnej sportowej sukience ze zmęczonym wyrazem twarzy stoi z zamkniętymi oczami i rękami opartymi na biodrach na korcie tenisowym, w tle rozmyte sylwetki widzów.

    Aryna Sabalenka podczas meczu z Nickiem KyrgiosemAmr Alfiky – Pool / Getty ImagesGetty Images
    Dwójka sportowców na tle kortu tenisowego. Mężczyzna w sportowym stroju i czapce skierowanej daszkiem do tyłu rozmawia lub komentuje, natomiast kobieta wyraża silne emocje, trzymając ręce przy twarzy i mając lekko załzawione oczy.

    Nick Kyrgios i Aryna Sabalenka rywalizowali ze sobą w DubajuAdrian DENNIS / AFP / AL BELLO / GETTY IMAGES NORTH AMERICA / Getty Images via AFPAFP