Category: Home

  • Tak wygląda ranking WTA po tym, co zrobiła Iga Świątek w meczu z Garcią

    Tak wygląda ranking WTA po tym, co zrobiła Iga Świątek w meczu z Garcią

    Tak wygląda ranking WTA po tym, co zrobiła Iga Świątek w meczu z Garcią

    Iga Świątek straciła zaledwie dwa gemy w drodze do trzeciej rundy Indian Wells. Polka wygrała 6:2, 6:0 z Francuzką Caroline Garcią. Świątek musi bronić 1000 punktów za wygrany turniej w zeszłym roku. Jak wygląda ranking WTA po zwycięstwie Igi? Okazuje się, że Aryna Sabalenka, w przeciwieństwie do Świątek, nie ma zbyt wiele punktów do obrony i jej przewaga może nieco wzrosnąć.

     

    63 minuty – w takim tempie Iga Świątek (2. WTA) awansowała do trzeciej rundy Indian Wells. Polka pokonała 6:2, 6:0 Francuzkę Caroline Garcię (71. WTA). “Świątek rzeczywiście z każdą minutą tylko przyspieszała. Kolejne dobre akcje ją napędzały. Iga grała mądrze, kątowo, ganiała Garcię po całym korcie. I nie zrażała się, gdy czasem wyrzuciła piłkę poza kort” – pisał Łukasz Jachimiak ze Sport.pl.

     

    Jest bardzo stabilna na nogach. Widać, że jest czucie, jest przyczepność, że zgrywa się dół z górą. Zdecydowanie lepiej Iga serwuje niż na Bliskim Wschodzie. Te serwisy są soczyste – dodawała Klaudia Jans-Ignacik, komentująca to spotkanie w Canal+ Sport. “Serwis był urozmaicony – niekiedy wyrzucający, innym razem na ciało, bardzo precyzyjny w linię” – komentuje Dominik Senkowski ze Sport.pl.

     

    To był piąty wygrany mecz przez Świątek przeciwko Garcii. Jedyna porażka Świątek nastąpiła w 2022 r. w ćwierćfinale turnieju WTA 250 w Warszawie – na mączce. Polka przegrała 1:6, 6:1, 4:6, a dodatkowo rywalka przerwała jej serię 18 wygranych meczów z rzędu na kortach ziemnych.

     

    Iga Świątek zaczęła obronę punktów w Indian Wells

    Świątek ma do obrony 1000 punktów z zeszłego roku. Wtedy wygrała Indian Wells po zwycięstwie 6:4, 6:0 w finale nad Greczynką Marią Sakkari. Wówczas Polka nie sięgnęła po tzw. Sunshine Double (wygrane turnieje w Indian Wells i Miami), bo odpadła w Miami w czwartej rundzie. Wygrana nad Garcią jest pierwszym krokiem Świątek do odzyskania 1000 punktów.

     

    Świątek zaczęła Indian Wells z liczbą 6995 pkt. Polka od razu “dostała” dziesięć pkt od organizatorów, bo miała wolny los w pierwszej rundzie. Dzięki dotarciu do trzeciej rundy Świątek ma już 7050 pkt. W nocy z soboty na niedzielę będziemy czekać na odpowiedź Aryny Sabalenki, która rozpocznie turniej od meczu z Amerykanką McCartney Kessler. Sabalenka ma “zaledwie” 110 pkt do obrony, bo w zeszłym roku odpadła w czwartej rundzie.

     

    Jeżeli Świątek awansuje do kolejnej rundy, to będzie mieć 7105 pkt w rankingu WTA. Kolejne rundy to, odpowiednio, 7200 (ćwierćfinał), 7375 (półfinał), 7635 (finał) i 7985 pkt (wygrany turniej).

     

    Ranking WTA LIVE po meczu Igi Świątek:

    1. Aryna Sabalenka (Białoruś) – 8966 pkt

    2. Iga Świątek (Polska) – 7050 pkt

    3. Coco Gauff (USA) – 5953 pkt

    4. Jessica Pegula (USA) – 5306 pkt

    5. Madison Keys (USA) – 4624 pkt

    6. Jasmine Paolini (Włochy) – 4408 pkt

    7. Jelena Rybakina (Kazachstan) – 4393 pkt

    8. Paula Badosa (Hiszpania) – 3806 pkt

    9. Emma Navarro (USA) – 3804 pkt

    10. Qinwen Zheng (Chiny) – 3780 pkt

    W trzeciej rundzie Świątek zagra z Ukrainką Dajaną Jastremską, która w poprzedniej rundzie wygrała 6:3, 6:1 z Tunezyjką Ons Jabeur. Relacja tekstowa na żywo z meczu Świątek – Jastremska w Sport.pl i w aplikacji mobilnej Sport.pl LIVE.

  • Iga Świątek przemówiła po meczu z Caroline Garcią. Nagle padły słowa po polsku

    Iga Świątek przemówiła po meczu z Caroline Garcią. Nagle padły słowa po polsku

    Iga Świątek przemówiła po meczu z Caroline Garcią. Nagle padły słowa po polsku

    Iga Świątek nie dała szans Caroline Garcii, w drugiej rundzie prestiżowego turnieju w Indian Wells i oddała jej tylko dwa gemy. Po ostatnim punkcie udzieliła wywiadu na korcie Andrewowi Krasny’emu. Po kilku krótkich pytaniach została poproszona o wygłoszenie kilku słów w ojczystym języku. Następnie porozmawiała z Żelisławem Żyżyńskim z Canal+ Sport. – Wiem, co zrobiłam źle […] Wciąż wgrywam się w turniej, więc wybaczcie mi – zaznaczyła.

     

    Na pewno czuję się jak w domu, nie mogłam się doczekać. Myślałam o tym turnieju od początku roku, że po prostu chcę tu być, wrócić i cieszyć się tą atmosferą, a także spokojem poza kortem. Mam nadzieję, że będą korki w drodze do Tennis Garden, bo to oznaczałoby, że będzie dużo kibiców. Nie miałabym nic przeciwko temu, by w takim korku chwilę postać – powiedziała Iga Świątek Andrewowi Krasny’emu w wywiadzie tuż po meczu z Caroline Garcią. Wiceliderka światowego rankingu wygrała 6:2, 6:0 i zameldowała się w trzeciej rundzie Indian Wells. Konfrontacja, na którą trzeba było czekać do nocy, potrwała 61 minut.Video Player is loading.Play VideoPauseSkip BackwardSkip ForwardUnmuteCurrent Time 0:01/Duration 1:16Loaded: 44.08%Stream Type LIVESeek to live, currently behind liveLIVERemaining Time -1:15 1xPlayback RateChaptersChaptersDescriptionsdescriptions off, selectedSubtitlessubtitles off, selectedAudio TrackPicture-in-PictureFullscreenThis is a modal window.reklamadzięki reklamie oglądasz za darmo

     

    Iga Świątek po wygranej nad Caroline Garcią: “Wybaczcie mi tych kilka błędów”

     

    Cieszę się, że utrzymałam koncentrację do końca. Warunki nie były łatwe, było dość wietrznie. Chciałam być szybka na nogach i dobrze wykorzystywać intuicję. Zachowałam spokój. Chciałam być pewna, gdzie zamierzam zagrać piłkę i iść na całość – dodała. Następnie została poproszona o powiedzenie paru słów po polsku do zgromadzonych na trybunach kibiców.

     

    Po chwili udzieliła wywiadu stacji Canal+ Sport. – Na pewno w pewnym sensie czułam, że mam kontrolę, ale wiedziałam, że nie mogę zwolnić, bo w przeszłości rozegrałam z Caro wiele wyrównanych meczów. Nie można było oczekiwać, że samo się wygra. Cieszę się, że byłam solidna od początku do końca – rozpoczęła

     

    Wiem, co zrobiłam źle, więc postaram się nie powtarzać tych błędów – przyznała Świątek, wskazując na złe wyrzucanie piłki przy drugim serwisie. – Wciąż wgrywam się w turniej, więc wybaczcie mi. Cieszę się, że miałam czas tu potrenować. Przyjeżdżając tu, mamy o wiele więcej spokoju i możemy skoncentrować się od początku do końca na pracy, mamy na to czas – dodała.

     

    23-latka została także zapytana przez Żelisława Żyżyńskiego, czy przewidywała, że mecz potrwa niewiele dłużej niż odcinek podcastu Garcii z jej udziałem. – Nie, raczej byłam gotowa na wszystko. I na walkę, i na taki mecz, nie ma znaczenia. Staram się nie przewidywać przed meczem, więc cieszę się, że tak się to potoczyło – zaznaczyła, na koniec przyjmując życzenia z okazji Dnia Kobiet.

  • Oto ranking WTA po wygranej Igi Świątek. Gigantyczna strata do Aryny Sabalenki

    Oto ranking WTA po wygranej Igi Świątek. Gigantyczna strata do Aryny Sabalenki

    Oto ranking WTA po wygranej Igi Świątek. Gigantyczna strata do Aryny Sabalenki

    Iga Świątek rozpoczęła obronę tytułu w Indian Wells od pewnego zwycięstwa nad Caroline Garcią. Obrończyni trofeum wykonała pierwszy krok w stronę kolejnego triumfu, ale sytuacja w rankingu WTA wciąż jest dla niej daleka od ideału. Dzięki wygranej Polka ma teraz 7050 pkt, jednak wciąż znajduje się na dużym minusie względem ubiegłorocznego dorobku.

     

    Występy między Australian Open a Roland Garros, a więc pierwszym i drugim Wielkim Szlemem w sezonie, to kluczowy okres w roku dla 23-latki. W ciągu kilku miesięcy podopieczna Wima Fissette’a musi bronić aż 6000 pkt!

     

    Niestety, początek tej misji nie był idealny. W Dausze Świątek zatrzymała się na półfinale, przegrywając z Jeleną Ostapenko, a w Dubaju odpadła w ćwierćfinale po porażce z Mirrą Andriejewą. Dlatego każdy kolejny mecz w Kalifornii ma dla niej ogromne znaczenie – nie tylko w kontekście obrony tytułu, ale także dystansu do prowadzącej Aryny Sabalenki.

     

    Niestety, początek tej misji nie był idealny. W Dausze Świątek zatrzymała się na półfinale, przegrywając z Jeleną Ostapenko, a w Dubaju odpadła w ćwierćfinale po porażce z Mirrą Andriejewą. Dlatego każdy kolejny mecz w Kalifornii ma dla niej ogromne znaczenie – nie tylko w kontekście obrony tytułu, ale także dystansu do prowadzącej Aryny Sabalenki.

     

    Sabalenka kontroluje sytuację, ale Świątek może napsuć jej krwi

     

    Obecnie różnica między wiceliderką rankingu a jego liderką wynosi 1916 pkt. Pięciokrotna mistrzyni wielkoszlemowa już straciła 1000 pkt za zeszłoroczny triumf, ale pierwsze zwycięstwo w Indian Wells pozwoliło jej nieco zmniejszyć tę stratę — obecnie to 935 pkt. Tymczasem Białorusinka jeszcze nie rozegrała swojego meczu. W drugiej rundzie zmierzy się z McCartney Kessler, a jeśli wygra, w kolejnej może trafić na Magdalenę Fręch.

     

    Scenariusze pozostają skrajne. W wariancie najkorzystniejszym dla Świątek – czyli gdy wygra turniej, a Sabalenka odpadnie już na starcie – różnica między nimi zmniejszy się do 981 pkt. Jeśli jednak Polka zakończy rywalizację już na następnej przeszkodzie, a zawodniczka z Mińska sięgnie po tytuł, dystans wzrośnie aż do 2961 pkt.

     

    Następne spotkanie wiceliderka rankingu WTA rozegra z Dajaną Jaśtremską. Relację na żywo będzie można śledzić w PrzeglądzieSportowym Onet.

     

  • Magda Linette grała z wielką gwiazdą. Skończyło się na dwóch setach

    Magda Linette grała z wielką gwiazdą. Skończyło się na dwóch setach

    Magda Linette grała z wielką gwiazdą. Skończyło się na dwóch setac

     

    Magda Linette nie sprawiła niespodzianki w drugiej rundzie turnieju rangi WTA 1000 w Indian Wells. Nasza tenisistka przegrała z czwartą rakietą świata Amerykanką Jessiką Pegulą 4:6, 2:6.

     

    Magda Linette przełamała się w turnieju rangi WTA 1000 w Indian Wells i zdołała przejść pierwszą rundę. Nasza tenisistka po trzysetowym boju okazała się lepsza od Amerykanki Peyton Stearns.

     

    W drugiej fazie zmagań czekała już na nią wielka gwiazda, a mianowicie Jessica Pegula. Amerykanka to czwarta rakieta świata, która w ostatnim czasie wygrała zmagania rangi WTA 250 w Austin. Linette walczyła, ale nie sprawiła sensacji, przegrywając 4:6, 2:6.

     

    Po serii przełamań w premierowej odsłonie Pegula jako pierwsza utrzymała podanie, do czego doszło w czwartym gemie (3:1). Linette nie dała jednak za wygraną i zdołała odpowiedzieć, doprowadzając do remisu 3:3.

     

    Tyle tylko, że w swoim kolejnym gemie serwisowym kolejny raz zawiodła. Pegula przełamała, a następnie nie zawiodła przy własnym podaniu, czego efektem było prowadzenie 5:3 i szansa na zamknięcie seta.

     

    Mimo że Amerykanka nie dokonała tego przy serwisie rywalki, to przy własnym już tak. W efekcie po 38. minutach zakończyła partię, wykorzystując pierwszą piłkę setową (6:4).

     

    Pegula mogła rozpocząć II seta od przełamania, lecz Linette nie dała za wygraną i obroniła dwa break pointy. Powtórzyła to również w trzecim gemie, gdy przegrywała 0:40, lecz nie udało jej się doprowadzić do równowagi.

     

    Po tym, jak Polka straciła podanie, Amerykanka rozpędziła się na dobre. Mimo że musiała bronić break pointów, to zdobyła cztery punkty z rzędu i wyszła na 3:1. Następnie po raz kolejny przełamała.

     

    Ostatecznie doszło do tego, że Pegula po sześciu gemach drugiej partii prowadziła już 5:1 i tylko kataklizm mógłby doprowadzić do decydującego seta. Linette co prawda utrzymała jeszcze podanie, ale na więcej nie było ją stać (2:6).

     

    BNP Paribas Open, Indian Wells (USA)

    WTA 1000, kort twardy, pula nagród 8,963 mln dolarów

    piątek, 7 marca

     

    Jessica Pegula (USA, 4) – Magda Linette (Polska) 6:4, 6:2

  • Noc, Kiedy Robert Lewandowski Złamał Prawa Futbolu – Pięć Goli w Dziewięć Minut

    Noc, Kiedy Robert Lewandowski Złamał Prawa Futbolu – Pięć Goli w Dziewięć Minut

    Noc, Kiedy Robert Lewandowski Złamał Prawa Futbolu – Pięć Goli w Dziewięć Minut

    Piłka nożna dostarczyła nam niezliczonych niezapomnianych momentów—błysków geniuszu, zapierających dech w piersiach bramek i rekordowych osiągnięć. Ale niektóre wyczyny wykraczają poza samą grę, pozostając w naszej pamięci, jakby czas się zatrzymał. Jednym z takich momentów był 22 września 2015 roku, gdy Robert Lewandowski dokonał czegoś niewiarygodnego.

     

    Była to zwykła noc Bundesligi na Allianz Arenie. Bayern Monachium, aktualny mistrz Niemiec, podejmował Wolfsburg. Kibice spodziewali się zaciętego meczu, ale nikt—absolutnie nikt—nie był gotowy na to, co miało się wydarzyć.

     

    Frustrujący Początek, Który Przeszedł do Historii

     

    Bayern Monachium znalazł się w nieoczekiwanej sytuacji po pierwszej połowie. Wolfsburg objął prowadzenie po golu Daniela Caligiuriego, a mimo dominacji w posiadaniu piłki, drużyna Pepa Guardioli nie potrafiła sforsować obrony rywala. Lewandowski, siedząc na ławce rezerwowych, obserwował, jak jego koledzy szukają przełamania.

     

    W przerwie Guardiola podjął decyzję, która miała zapisać się w futbolowej historii—wpuścił Lewandowskiego na boisko. To, co wydarzyło się potem, przekroczyło wszelkie granice piłkarskiej logiki.

    Dziewięć Minut, Które Wstrząsnęły Światem Futbolu

    Druga połowa ledwo się rozpoczęła, gdy polski napastnik zaatakował. Po chaotycznym wybiciu piłka spadła pod jego nogi w polu karnym, a on jednym, potężnym uderzeniem prawej nogi wpakował ją do siatki. 51. minuta. 1:1.

    Zanim spiker stadionowy zdążył wypowiedzieć jego nazwisko, Lewandowski uderzył ponownie. Bayern ruszył do ataku, a sprytne podanie w pole karne znalazło Polaka w odpowiednim miejscu. Bez wahania uderzył piłkę do bramki. 2:1. 52. minuta.

    Trybuny nie zdążyły jeszcze przetrawić tej eksplozji futbolowej magii, a Lewandowski już dopełniał hat-tricka. Perfekcyjne dośrodkowanie Douglasa Costy, mocny strzał z woleja—nagle było 3:1. Hat-trick w cztery minuty.

    Ale on nie zamierzał się zatrzymać.

    Wolfsburg, kompletnie oszołomiony, nie wiedział, co robić. Bayern kontynuował ofensywę. Tym razem Lewandowski zanurkował w polu karnym i strzałem głową posłał piłkę do siatki. 4:1. 55. minuta.

    W tym momencie nawet Guardiola—jeden z największych piłkarskich strategów—stał na linii bocznej, trzymając się za głowę, nie mogąc uwierzyć w to, co widzi. Kamery uchwyciły jego zdumienie.

    I wreszcie, wielki finał. Arcydzieło.

    Górne dośrodkowanie w pole karne wydawało się nieszkodliwe. Ale Lewandowski, teraz grający jakby kierowany przez wyższą siłę, obrócił się w powietrzu i huknął potężnym nożycowym strzałem. Siatka zatrzepotała. Allianz Arena eksplodowała. Tablica wyników pokazywała 5:1. 60. minuta.

    Pięć goli. Dziewięć minut. Świat futbolu nigdy wcześniej czegoś takiego nie widział.

    Rekord, Który Może Nigdy Nie Zostać Pobity

    Guardiola, wciąż w szoku, odwrócił się do swoich asystentów, kręcąc głową i śmiejąc się w niedowierzaniu. Nawet piłkarze Wolfsburga wyglądali na sparaliżowanych, nie mogąc pojąć, jak jeden człowiek mógł w tak krótkim czasie zniszczyć ich drużynę.

    Gdy Lewandowski schodził z boiska, całe stadion powstał, by oddać mu hołd. Jego koledzy z drużyny go obejmowali. Kibice skandowali jego nazwisko. Świat piłki nożnej patrzył z zachwytem.

    Do dziś nikt nie powtórzył tamtych dziewięciu minut magii. Napastnicy marzą o strzeleniu pięciu goli w meczu, a co dopiero w jednej połowie. Ale zrobić to w dziewięć minut? To wciąż pozostaje anomalią—momentem futbolowej perfekcji, który może już nigdy się nie powtórzyć.

    A jednak, z biegiem lat, kibice nie mogą nie zauważyć kontrastu. Ten sam Lewandowski, który kiedyś nie mógł przestać strzelać, teraz coraz częściej łapany jest na spalonym przy niemal każdej bramkowej okazji. Zabójcza precyzja, która definiowała jego najlepsze lata, zaczęła ustępować miejsca frustracji.

    Ale bez względu na to, jak potoczy się jego kariera, jedno jest pewne—tamtej nocy w 2015 roku Robert Lewandowski zrobił coś, co na zawsze zostanie zapisane w historii futbolu. A ci, którzy to widzieli, zawsze będą pamiętać: może już nigdy nie zobaczymy czegoś takiego.

     

  • Totalna miazga w meczu Świątek! Miny Abramowicz i Fissette’a mówią wszystko

    Totalna miazga w meczu Świątek! Miny Abramowicz i Fissette’a mówią wszystko

    Totalna miazga w meczu Świątek! Miny Abramowicz i Fissette’a mówią wszystko

    Wystarczyło 61 minut, choć wszystko było jasne nawet jeszcze szybciej. Iga Świątek nie dała żadnych szans Caroline Garcii w drugiej rundzie turnieju WTA 1000 w Indian Wells. Już w połowie meczu wygranego przez Polkę 6:2, 6:0 mogliśmy usłyszeć, co zmieniła w swojej grze po turniejach na Bliskim Wschodzie. Szybko zobaczyliśmy też wymowne miny trenera Wima Fissette’a i psycholożki Darii Abramowicz.

    W bezpośrednich pojedynkach 4:1 dla Igi Świątek. W przewidywaniach przed tym meczem aż 89 proc. szans na zwycięstwo dla Polki i tylko 11 proc. dla Caroline Garcii. Takie dane zaserwowano nam tuż przed meczem. Natomiast na początku tego meczu nie serwowały obie panie.

    Gem pierwszy: przełamana Garcia

    Gem drugi: przełamana Świątek

    Gem trzeci: przełamana Garcia

    Tak zaczęło się spotkanie. Dopiero po 14 minutach zobaczyliśmy pierwszego gema wygranego przez podającą – wtedy Polka wyszła na prowadzenie 3:1.

    Rywalka Świątek była królową asów. Była

    Jeśli obawialiśmy się, że Francuzka będzie świetnie serwowała, to szybko mogliśmy przestać się o Polkę martwić. Garcia zaserwowała najwięcej asów na świecie w 2022 i 2023 roku. Wtedy była zawodniczką z absolutnego topu – nawet numerem cztery rankingu WTA. Ale już rok 2024 skończyła na dopiero 48. miejscu, a dziś jest jeszcze dalej, na miejscu 71

    W 2025 roku Garcia wygrała tylko dwa mecze. A rozegrała zaledwie sześć. Ze wszystkich turniejów odpadała szybko. Nie dziwiło więc, że nikt nie dawał jej większych szans w starciu z naszą wiceliderką światowego zestawienia.

    Owszem, Świątek ma ostatnio pewne problemy. W Dosze przegrała po bardzo słabym meczu z Jeleną Ostapenko 3:6, 1:6. Następnie w Dubaju również wyraźnie uległa Mirze Andriejewej 3:6, 3:6. Ale to były porażki w półfinale i ćwierćfinale dużych turniejów, tysięczników. W tym roku Świątek jeszcze żadnej imprezy nie wygrała, ale też trzeba podkreślić, że przesadzają ci, którzy mówią o jakimś większym kryzysie. Bo finał United Cup, półfinał Australian Open, półfinał turnieju WTA 1000 w Dosze i ćwierćfinał WTA 1000 w Dubaju to zdecydowanie nie są wyniki kryzysowe. Nawet dla kogoś, kto w wieku 23 lat miał już wygrane 22 turnieje, w tym pięć wielkoszlemowych. I kto czeka na kolejny tytuł od czerwca ubiegłego roku (od Roland Garros).

    Czy Świątek w Indian Wells zakończy to oczekiwanie? Czy wygra swój pierwszy turniej pod wodzą trenera Wima Fissette’a? Dziś nie sposób odpowiedzieć. Na pewno po to przez tydzień trenowała w tenisowym kalifornijskim raju, żeby zwiększyć swoje szanse. I choć Garcia grała w pierwszej rundzie (wygrała z Amerykanką Perą 6:3, 6:4), a Świątek miała wolny los, to nie było widać, żeby Francuzka była już ograna, przyzwyczajona do warunków, a Polka nie. Przeciwnie – pomijając tego jedynego gema przegranego przy swoim serwisie na samym początku meczu Świątek wyglądała bardzo pewnie. Przy prowadzeniu 4:2 podwyższyła wynik, znów przełamując podanie Garcii. Zrobiła to w długim gemie, w którym rywalka naprawdę mocno się stawiała. I to był ostatni moment, w którym przeciwniczka miała jeszcze cokolwiek do powiedzenia.

    Komentatorka szybko dostrzegła zmiany w grze Świątek

    – Tu widzę różnicę u Igi w porównaniu z tym, co pokazywała na Bliskim Wschodzie. Jest bardzo stabilna na nogach. Widać, że jest czucie, jest przyczepność, że zgrywa się dół z górą – mówiła przy stanie 5:2 Klaudia Jans-Ignacik, która razem z Żelisławem Żyżyńskim komentowała mecz w C+.

    Świątek rzeczywiście z każdą minutą tylko przyspieszała. Kolejne dobre akcje ją napędzały. Wyglądała świeżo zdecydowanie nie tylko dzięki temu, że sponsor techniczny przygotował jej nowy strój (czarna spódniczka, biała koszulka i żółta czapeczka). Iga grała mądrze, kątowo, ganiała Garcię po całym korcie. I nie zrażała się, gdy czasem wyrzuciła piłkę poza kort. Po 35 minutach wygrała pierwszą partię 6:2. – Dawno nie widzieliśmy takiego forhendu u Igi – zachwycała się Jans-Ignacik po ataku wzdłuż linii na miarę drugiego setbola. Pierwszego Garcia jeszcze obroniła, drugiego już nie była w stanie.

    W króciutkiej przerwie między setami realizator transmisji pokazał nam sztab Igi. Psycholożka Daria Abramowicz, sparingpartner Tomasz Moczek i trener Wim Fissette (zwłaszcza on!) wyglądali na ukontentowanych naprawdę solidną grą swojej zawodniczki. Wyświetlone nam chwilę później statystyki potwierdzały wyraźną przewagę Igi w każdym elemencie. W pierwszej partii Świątek miała 10 uderzeń kończący, a Garcia cztery. Niewymuszonych błędów Polka popełniła 12, a Francuzka 13. Po pierwszym serwisie Iga wygrała aż 71 proc. punktów, a Caroline – tylko 41 proc.

    I właśnie serwis Garcii kolejny raz Świątek przełamała od razu na start drugiego seta. A po chwili dołożyła gema przy swoim podaniu i było już 6:2, 2:0. – Spokojnie Iga robi swoje. Duża, coraz większa przewaga Polki – komentował Żyżyński. – Przewaga nie tylko wynikowa – dodawała Jans-Ignacik, która chwilę wcześniej chwaliła Polkę za mądrą grę. – Jak w szachach. Albo jak w snookerze. Jak zagram jej tutaj, to dostanę tu – analizowała jedną z akcji.

    Żyżyński nie bez racji zauważał, że można by się przyczepić o niektóre nietrafione piłki. Nawet, o dziwo, z bekhendu. Ale jak na pierwszy mecz w nowym miejscu, w wietrznych warunkach, Świątek prezentowała się naprawdę dobrze. To ważne, żeby jak najszybciej poczuła się jak u siebie tam, gdzie wygrywała turniej już dwa razy (w 2022 i 2024 roku). – Błędy będzie popełniać każdy, ale widać, że coraz pewniej czuje się na korcie Iga – mówiła Jans-Ignacik, gdy Świątek jeszcze raz przełamała Garcię i prowadziła 6:2, 3:0. – Za dobrze gra Iga dla Garcii – podkreślał już wtedy Żyżyński.

    Obyśmy w kolejnych dniach mówili to w trakcie meczów Świątek z następnymi rywalkami. Najbliższą, w trzeciej rundzie, będzie dla Igi Ukrainka Dajana Jastremska. Panie świetnie się znają choćby dzięki niedawnej potyczce (z 19 lutego) z Dubaju. Tam Świątek wygrała 7:5,6:0.

  • Jest, jest, jest! Co za dzień Polski na HME! Mamy złoto!

    Jest, jest, jest! Co za dzień Polski na HME! Mamy złoto!

    Jest, jest, jest! Co za dzień Polski na HME! Mamy złoto!

    Czuję się najlepszy, muszę tu wygrać – mówił już po eliminacjach. Jakub Szymański przyjechał do Apeldoorn na halowe ME w lekkoatletyce jako faworyt i pokazał, że nie jest szefem. Mamy złoto!

     

    Miał w tym roku najlepszy wynik w Europie, ma złoty medal mistrzostw Europy. Proste? Dla Jakuba Szymańskiego tak. Nasz sprinter specjalizujący się w biegach przez płotki pokazał, że presja to dla niego żadna przeszkoda. Przeciwnie – miano faworyta działało na niego wspaniale. W Apeldoorn od pierwszego do ostatniego startu dawał pokazy mocy. A po wygranej walce o złoto aż ryczał z radości, dumnie prezentując biało-czerwoną flagę.

     

    Polak w finałowym biegu na 60 m przez płotki uzyskał czas 7,43 s. To o 0,04 s wolniej niż jego życiówka. W lutym w Łodzi uzyskując czas 7,39 s Szymański stał się drugim najszybszym Europejczykiem w historii. Gonić go próbował Wilhelm Belocian. Ale nie zdołał. Szymański pokonał Francuza o 0,02 s. To niby niedużo. Ale Polak wiedział, że wygra.

     

    – Trzeba jak najmniejszym kosztem przejść eliminacje i półfinał. Belocian? Niepotrzebnie tak szaleje, zabraknie mu mocy w finale – mówił po piątkowej sesji dziennej. Wtedy w półfinale spokojnie wygrał swoją serię, z czasem 7,49 s. A Francuz osiągnął 7,44 s, swój najlepszy wynik w tym roku.

     

    Teraz zjeść, wykąpać się i na finał przyjadę z nową energią – mówił pewny swego Szymański w rozmowie z TVP Sport. Spokojem imponował też w czwartkowy wieczór, po wygranym biegu eliminacyjnym. – Było chyba widać, że luz? Trochę zahaczyłem o płotek. Fajne wyjście z bloków. Tylko cztery kroki były na maksa. Gdybym przycisnął, mógł być lepszy wynik . Ale po co? Presji nie odczuwałem. Czuję się najlepszy, muszę tu wygrać – mówił wtedy. Jak mówił, tak zrobił. Brawo!

     

    To dla Szymańskiego już drugi medal halowych ME. Dwa lata temu w Stambule miał srebro. Nasz 23-latek teraz chce medalu halowych MŚ. Impreza odbędzie się już od 21 do 23 marca w chińskim Nankinie. Tam Polak chce rzucić wyzwanie wielkiemu Grantowi Hollowayowi. Amerykanin nigdy nie przegrał biegu na 60 m przez płotki. W tym roku też jest najszybszy na świecie. Ale jego wynik – 7,36 s – jest o tylko 0,03 s lepszy od życiówki Szymańskiego.

     

    Holloway to największa gwiazda, również na stadionie rządzi – na 110 m przez płotki zdobył złoto na igrzyskach olimpijskich w Paryżu i trzy złote medale MŚ z rzędu. Szymański w Paryżu odpadł już w eliminacjach. Ale na razie zostańmy przy bieganiu w hali. Doceńmy to złoto Polaka i poczekajmy czy za dwa tygodnie rzeczywiście spróbuje zagrozić królowi tej dyscypliny sportu.

  • Tak Polak wyrwał złoto HME! Kosmiczny finisz. Zobacz nagranie

    Tak Polak wyrwał złoto HME! Kosmiczny finisz. Zobacz nagranie

     

    Tak Polak wyrwał złoto HME! Kosmiczny finisz. Zobacz nagrani

    W kapitalnym stylu Jakub Szymański wywalczył w Apeldoorn złoty medal halowych mistrzostw Europy. Triumf w biegu na 60 m przez płotki nie przyszedł jednak łatwo. — Dopiero na końcówce zrobiłem fenomenalny wybieg, 3-4 mocne susy i nur na metę dosłownie każdą częścią ciała — zdradził Polak klucz do wygranej. Zobacz jego bieg po złoto!

    Szymański do Holandii przyjechał z najlepszym wynikiem na listach europejskich. Był zatem głównym faworytem w finale. I z tej roli wywiązał się fenomenalnie.

    — Spoczywała na mnie ogromna presja, pomyślałem sobie, że nie mogę tu przegrać, skoro zrobiłem już w tym sezonie drugi wynik w historii Europy. I to z Francuzami, którzy od 2009 r. na każdych halowych ME zdobywają medal. Nie chciałem dać im tej satysfakcji — powiedział w rozmowie z Aleksandrem Dzięciołowskim z TVP Sport.

    Polak wyrwał złoto na finiszu. Zachował się jak profesor
    Finał przyniósł sporo emocji, bo Polak biegł ramię w ramię z Wilhelmem Belocianem. Po minięciu mety zawodnicy musieli nawet czekać na odczyt fotofiniszu, który ostatecznie potwierdził, że to Polak był minimalnie szybszy. Uzyskał czas 7.43, a Francuz 7.45.

    Czułem się bardzo dobrze, choć wydawało mi się, że trochę przegrywam. Do trzeciego płotka prowadził Belocian. Dopiero na końcówce zrobiłem fenomenalny wybieg, 3-4 mocne susy i nur na metę dosłownie każdą częścią ciała — skomentował Szymański.

    Ten medal znaczy dla mnie bardzo dużo. Fenomenalnie jest wiedzieć, że nie ma ode mnie szybszego człowieka w Europie. To też dobry prognostyk przed halowymi mistrzostwami świata. Złoto jeszcze dodało mi pewności siebie — dodał.

    Złoto Szymańskiego to drugi medal Polaków w Apeldoorn. Wcześniej po brąz w biegu na 60 m przez płotki sięgnęła Pia Skrzyszowska. Mistrzostwa potrwają do niedzieli.

  • Polak robi furorę na HME! Jest finał. Tak szybko nie biegał nikt od 23 lat!

    Polak robi furorę na HME! Jest finał. Tak szybko nie biegał nikt od 23 lat!

    Polak robi furorę na HME! Jest finał. Tak szybko nie biegał nikt od 23 lat!

    Maksymilian Szwed szaleje podczas halowych mistrzostw Europy. 20-latek w piątek awansował z drugim wynikiem (45.78) do finału biegu na 400 m. Wcześniej, w eliminacjach, uzyskał czas 45.69. Tak szybko nie biegał pod dachem żaden Polak od 23 lat! Zobacz fantastyczne biegi naszego lekkoatlety.

     

    Szwed już na początku lutego w Ostrawie pokazał, że jest w tym roku w wybitnej formie. Dwa okrążenia bieżni pokonał w 45.81 sek. i wyszedł na drugie miejsce w polskich tabelach historycznych. W piątkowej sesji porannej w Apeldoorn jeszcze się poprawił, uzyskując 45.69. Od 23 lat żaden polski 400-metrowiec nie biegał tak szybko w hali.

    https://x.com/Nedops/status/1898026684089004536

    Wszyscy czekają na rekord Maksymiliana Szweda. Nawet ten, któremu może go odebrać

    Wszyscy spodziewali się zatem, że 20-latek jeszcze w Holandii pokusi się o poprawienie rekordu Polski. Ten od 2002 r. dzierży Marek Plawgo, który podczas halowych mistrzostw Europy w Wiedniu zdobył złoto z wynikiem 45.39. Sam rekordzista przewidywał, że wkrótce straci ten tytuł. “Ostatnie chwile z rekordem Polski. Maks Szwed dzisiaj półfinał HME. Jutro finał. Dwa strzały w kapitalnej formie. Słyszę bicie zegara” — pisał na platformie X.

     

    Tego celu Szwedowi nie udało się zrealizować w biegu półfinałowym. Pewnie wygrał swoją serię z czasem 45.78. Biorąc pod uwagę wszystkie półfinały szybszy był tylko Węgier Atilla Molnar (45.48). Poniżej 46 sek. zszedł jeszcze Jimy Soudril z Francji (45.78).

    https://x.com/sport_tvppl/status/1898095333634109628

    Wszystko wskazuje więc na to, że to między tymi zawodnikami rozegra się walka o medale. Finał zostanie rozegrany w sobotniej sesji wieczornej.

     

    Wielki powrót Justyny Święty-Ersetic. A wcześniej nerwy

     

    Na tym samym dystansie, ale wśród kobiet, w finale zobaczymy Justynę Święty-Ersetic. Poranne eliminacje przysporzyły jej sporo nerwów, bo Polka początkowo nie była pewna awansu. Dopiero dyskwalifikacja Czeszki Nikolety Jichovej przesunęła ją na miejsce premiowane kwalifikacją do półfinału.

     

    Tam problemów już nie było. Mistrzyni Europy z 2018 r. przybiegła tylko za Holenderką Lieke Klaver z czasem 52.41. Był to ostatecznie czwarty wynik tego etapu (taki sam uzyskała Czeszka Lurdes Gloria Manuel). Finał w sobotę.

    https://x.com/sport_tvppl/status/1898091250856624593

  • Walka na łokcie Justyny Święty-Ersetic, przepychanki. Ale co zrobiła Polka!

    Walka na łokcie Justyny Święty-Ersetic, przepychanki. Ale co zrobiła Polka!

    Walka na łokcie Justyny Święty-Ersetic, przepychanki. Ale co zrobiła Polka!

    Najpierw w piątek pojawiły się łzy i rozczarowanie, bo Justyna Święty-Ersetic była przekonana, że nie dostanie się nawet do półfinału HME. Dostała się jednak, a i tu dopisało jej szczęście: stawka rywalek akurat w jej biegu była teoretycznie słabsza niż w tym pierwszym. A to zwiększało szanse na finał dla naszej utytułowanej reprezentantki. I sprinterka AZS AWF Katowice zrobiła to, co mogła zrobić: pobiegła po swoje. Mimo, że musiała walczyć na łokcie, przepychać się. Finiszowała druga, za Lieke Klaver.

     

    10 lat temu w Pradze był półfinał na 400 metrów, dwa lata później z Belgradu przywiozła indywidualny brąz halowych mistrzostw Europy. Było jeszcze szóste miejsce w Glasgow, wicemistrzostwo kontynentu w Toruniu. Justyna Święty-Ersetic pod dachem biegać lubi, przecież do tego możemy dorzucić seryjne medale, a nawet tytuły wygrywane ze sztafetą. Tej sztafetowej szansy w Apeldoorn zabrakło, widać już efekt zmiany pokoleniowej w polskiej drużynie.

     

    Za to Justyna Święty-Ersetic przyjechała do Holandii z nadzieją na swój trzeci indywidualny medal, choć było jasne, że może być o to trudno. Mimo że sezon zaczęła najlepiej w karierze.

     

    Mistrzostwa Europy. Dobry układ dla Justyny Święty-Ersetic. Jedynie Klaver wydawała się być poza zasięgiem

     

    Piątkowy bieg w eliminacjach 32-letnia podopieczna trenera Aleksandra Matusińskiego mocno przeżyła emocjonalnie. Walczyła o drugą lokatę, była jej już niemal pewna po skutecznym ataku na Brytyjkę Amę Pipi, ale nie widziała, że po wewnętrznej przecisnęła się Czeszka Nikoleta Jichova. Polka skończyła trzecia, pogodziła się z tym, że nie awansuje, choć przecież jej nazwisko wciąż było na liście oczekujących z czasami, jako tej ostatniej. I do półfinału ostatecznie też by awansowała.

     

    Znalazła się w nim jednak kilka minut po swoim finiszu, Jichova popełniła błąd, została zdyskwalifikowana. A Justynie Święty-Ersetic wkrótce znów dopisało szczęście.

     

    Wszystko to za sprawą układu biegów półfinałowych. W pierwszym znalazły się aż trzy kandydatki do medali: najszybsza w Europie w tym roku Norweżka Henriette Jaeger, która swoje 50.44 s wybiegała podczas polskiego Copernicusa, 19-letnia czeska mistrzyni świata U-20 Lurdes Gloria Manuel oraz Hiszpanka Paula Sevilla, ona z kolei pokonała Polkę przed południem. A tu liczyły się miejsca, a nie czasy – awansować miały po trzy najlepsze.

     

    W serii ze Święty-Ersetic zdecydowaną faworytką była zaś Lieke Klaver, ale już z całą resztą stawki Polka spokojnie mogła rywalizować. Czy to z Czeszką Ladą Vondrovą, czy z Włoszką Alice Mangione.

     

    Justyna Święty-Ersetic w finale mistrzostw Europy!

     

    Najpierw jednak odbył się pierwszy półfinał, a w nim nie doszło do żadnego sensacyjnego rozstrzygnięcia. Takim już rano była dyskwalifikacja Brytyjki Amber Anning, też kandydatki do medalu.

     

    Awansowały trzy faworytki, choć niespodzianką był fakt, że po zejściu do krawężnika dopiero trzecia byłą Jaeger. Prowadziła zaś Hiszpanka Sevilla, ona to pierwsze miejsce dowiozła do mety. A Norweżka zaatakowała na ostatnim łuku Czeszkę Manuel, wyprzedziła ją. I zbliżyła się do Hiszpanki, ale finiszowała tuż po niej. Sevilla uzyskała 51.23 s, Jaeger 51.27 s, a Manuel – 51.41 s.

     

    Przewaga tej trójki nad Francuzką Amandine Brossier była już dość wyraźna.

     

    A później do boju ruszyła Polka. Pytanie brzmiało, czy Polka zdoła zejść do krawężnika tylko za Klaver, czy jeszcze ktoś się wciśnie między nią a Holenderkę. Bo że Lieke będzie prowadziła, było pewne jak w banku. Justyna biegła zaś po czwartym torze, dość korzystnym, zwłaszcza przy jej specyfice biegu.

     

    Klaver po pierwszym okrążeniu rzeczywiście była pierwsza, Polka – niestety – czwarta. Nie tylko za Vondrovą, ale też za Hiszpanką Evą Santidrian. Polka próbowała mijać, walczyła na łokcie. I dała radę dopiero na 100 m przed metą. Od razu zabrała się za Hiszpankę i Czeszkę, finiszowała druga. Czas Klaver to 51.15 s, Polka miała 52.41 s, ale przecież masę dystansu przebiegła po drugim torze. A trzecia finiszowała Włoszka Alice Mangione – 52.67 s.

     

    – Welcome back, Justyna, tak mi powiedziała po biegu Lieke Klaver. To miód na moje serce – mówiła Polka w rozmowie z Aleksandrem Dzięciołowskim w TVP Sport.Finał – w sobotę o godz. 21.50.