Category: Home

  • Bogdanka LUK Lublin zdobyła Puchar Challenge siatkarzy! Niesamowita walka w finale

    Bogdanka LUK Lublin zdobyła Puchar Challenge siatkarzy! Niesamowita walka w finale

    Bogdanka LUK Lublin zdobyła Puchar Challenge siatkarzy! Niesamowita walka w finale

    Siatkarze Cucine Lube Civitanova pokonali Bogdankę LUK Lublin 3:2 w rewanżowym starciu finału Pucharu Challenge siatkarzy. Trofeum wywalczyła jednak drużyna z Lublina, która w pierwszym meczu wygrała we własnej hali 3:1. Spotkanie rewanżowe przyniosło sporo emocji – dwa pierwsze sety wygrali gospodarze, ale w dwóch kolejnych górą była Bogdanka, która wyrównując stan meczu na 2:2 rozstrzygnęła finałową rywalizację. To pierwszy triumf tego klubu w europejskich rozgrywkach.

     

    Pierwszy set przyniósł sporo emocji. Toczył się przy minimalnej przewadze gospodarzy, ale lublinianie trzymali kontakt i w końcówce uzyskali przewagę – po ataku Kewina Sasaka było 18:20, później 19:23. Po ataku blok-aut Wilfredo Leona goście mieli piłkę setową (22:24), ale siatkarze Lube doprowadzili do gry na przewagi i wygrali tę wojnę nerwów. Seta rozstrzygnął asem serwisowym Adis Lagumdzija (27:25).

     

    Gospodarze udanie rozpoczęli drugą partię (6:3), ale siatkarze z Lublina trzymali punktowy kontakt z rywalami (14:13, 17:16). Lube odskoczyło na trzy (19:16), a później na cztery oczka po asie Aleksandara Nikołowa (22:18). Goście jeszcze zerwali się do walki (23:21), ale dwie ostatnie akcje tej części meczu skończył Mattia Bottolo (25:21).

     

     

    W trzecim secie gospodarze prowadzili na początku 5:3, ale wówczas popis w polu zagrywki (trzy asy) dał Wilfredo Leon (5:8). Później poszła kolejna punktowa seria przy zagrywkach Mikołaja Sawickiego (8:14). Niestety, lublinianie bardzo szybko roztrwonili tę przewagę – kapitalny fragment Lube na zagrywce i w bloku dał tej ekipie wyrównanie (15:15). To był set punktowych serii – cztery akcje Bogdanki przy zagrywkach Mateusza Malinowskiego (19:23) i w odpowiedzi trzy akcje gospodarzy (22:23). Siatkarze Lube doprowadzili do gry na przewagi, która miała niezwykle zacięty i emocjonujący przebieg. Obie drużyny długo nie były w stanie zadać decydującego ciosu, w końcu Malinowski przechylił szalę zwycięstwa na stronę Bogdanki (36:38).

     

    Siatkarze Lube wygrali pierwsze akcje czwartej partii (3:0). Później jednak do głosu doszli lublinianie, którzy szybko wyrównali (5:5), a w środkowej części seta uzyskali wyraźną przewagę po kolejnym popisie Leona w polu zagrywki – trzy asy, siedem wygranych akcji z rzędu dały wynik 11:18. Później było 13:20 i gospodarze zerwali się do walki (17:20). Bogdanka utrzymała jednak przewagę. Leon obił blok i wywalczył piłkę setową, a chwilę później po autowym ataku rywali polski klub został triumfatorem Pucharu Challenge (20:25).

     

    Tie-break nie miał już znaczenia dla finałowej rywalizacji. Trener Massimo Botti przemeblował skład, a na parkiecie przeważali dobrze dysponowani w polu serwisowym gospodarze (8:3). Utrzymali punktowy dystans w dalszej części tego seta, a spotkanie zakończył skutecznym atakiem Poriya Hossein Khanzadeh (15:7).

     

    Bogdanka LUK Lublin zdobyła pierwsze europejskie trofeum w historii klubu. To trzeci triumf polskiego klubu w Pucharze Challenge – wcześniej zdobywały go AZS Częstochowa (2012) oraz Projekt Warszawa (2024).

     

    Cucine Lube Civitanova – Bogdanka LUK Lublin 3:2 (27:25, 25:21, 36:38, 20:25, 15:7)

     

    Lube: Mattia Bottolo, Barthelemy Chinenyeze, Adis Lagumdzija, Aleksandar Nikolov, Marko Podrascanin, Mattia Boninfante – Fabio Balaso (libero) oraz Poriya Hossein Khanzadeh, Giovanni Maria Gargiulo, Santiago Orduna, Petar Dirlic. Trener: Giampaolo Medei.

    Lublin: Fynnian McCarthy, Marcin Komenda, Wilfredo Leon, Aleks Grozdanow, Kewin Sasak, Mikołaj Sawicki – Thales Hoss (libero) oraz Mateusz Malinowski, Maciej Czyrek, Jan Nowakowski, Jakub Wachnik, Mikołaj Słotarski, Maciej Zając. Trener: Massimo Botti.

     

    Pierwszy mecz 1:3. Bogdanka LUK Lublin zdobyła Puchar Challenge 2025.

     

  • Historyczny triumf polskich siatkarzy w Europie. Kosmiczny set, a potem wkroczył Wilfredo Leon

    Historyczny triumf polskich siatkarzy w Europie. Kosmiczny set, a potem wkroczył Wilfredo Leon

    Historyczny triumf polskich siatkarzy w Europie. Kosmiczny set, a potem wkroczył Wilfredo Leo

     

    Bogdanka LUK Lublin kończy niesamowitą przygodę w europejskich pucharach z trofeum. Już w debiutanckim sezonie lubelski zespół sięga po Puchar Challenge. W finałowym dwumeczu zespół Wilfredo Leona stoczył zaciętą walkę z Cucine Lube Civitanova. W rewanżu we Włoszech polscy siatkarze wybronili kilka piłek meczowych, a potem sami dopięli swego. Pierwsze trofeum w historii klubu Bogdance LUK zapewniły już dwa wygrane sety. Przegrany tie-break niczego już nie zmienił.

     

    Bogdanka LUK Lublin w tym sezonie zadebiutowała w europejskich pucharach. Ruszyła na europejskie parkiety wzmocniona Wilfredo Leonem, który na swój pierwszy klub w PlusLidze wybrał właśnie ten z Lublina. Przez poprzednie rundy Bogdanka LUK przeszła jak burza, wygrywając wszystkie spotkania. Nie dała się zaskoczyć również w pierwszym meczu finałowym z Cucine Lube Civitanova.

     

    Przed tygodniem w Lublinie Leon i spółka wygrali 3:1 i zdominowali rywali świetnymi zagrywkami – zanotowali aż 13 asów serwisowych. W środę urodzony na Kubie reprezentant Polski również szybko popisał się asem serwisowym, ale pierwszy set był niezwykle wyrównany. Prowadzenie przechodziło z rąk do rąk, Leonowi w ataku wydatnie pomagał Mikołaj Sawicki. Żadna z drużyn nie potrafiła wypracować sobie większej przewagi. To udało się dopiero przy stanie 20:18, kiedy zagrywką polskiej drużynie pomógł rezerwowy Mateusz Malinowski.

     

    Siatkówka. Niewiarygodny set Bogdanki LUK Lublin. Wyrwała seta, a potem Puchar Challenge

     

    Przegrany set niewiele zmieniał w sytuacji lubelskiej drużyny – wciąż do awansu wystarczały jej dwie wygrane partie. Ale wypuszczona z rąk szansa jakby nieco podcięła skrzydła polskim siatkarzom. Lube szybko odskoczyło na trzy punkty i utrzymywało prowadzenie niemal przez całego seta. Na boisku już na stałe pojawił się Malinowski, który zmienił Kewina Sasaka. Kiedy lublinianie nieco zmniejszyli straty, na blok nadział się Sawicki i Włosi znów prowadzili 19:16. Na siatce rządził doświadczony środkowy Lube Marko Podrascanin, gościom nie pomogła nawet 100-procentowa skuteczność Malinowskiego. Włosi wygrali 25:21.

     

    Spotkanie obserwowane z trybun przez Nikolę Grbicia, selekcjonera polskiej kadry, układało się więc dla Bogdanki LUK coraz gorzej. Ale w trzeciej partii w końcu w polu zagrywki “odpalił” Leon i lublinianie prowadzili 8:5. To napędziło całą drużynę, przewaga wzrosła do sześciu punktów przy stanie 14:8. Tyle że gospodarze wzmocnili zagrywkę i zaczęli raz za razem blokować Leona. Błyszczał Aleksandar Nikołow, Włosi doprowadzili do remisu 15:15. Walkę punkt za punkt przerwał jednak Malinowski. Kapitalne zagrywki rezerwowego atakującego dały gościom idealną sytuację do blokowania i kontrataków, a w konsekwencji prowadzenie 23:19.

     

    Włosi nawet z takiego wyniku zdołali się jednak podźwignąć i doprowadzić do gry na przewagi. W niej polscy siatkarze mieli piłki setowe, ale sytuację odmieniła zagrywka, jaką popisał się Mattia Bottolo. Prowadzenie przechodziło z rąk do rąk, ale decydującego ciosu brakowało. Było za to mnóstwo emocji, Włosi dyskutowali z sędzią, Leon uderzał w reklamy. Wojnę nerwów wygrali lublinianie, po ataku Malinowskiego wygrali 38:36.

     

    Bogdanka LUK była więc o zaledwie seta od triumfu w Pucharze Challenge. W czwartej partii trwała jednak zażarta walka punkt za punkt. Cały czas wysoki poziom utrzymywał Malinowski, Komenda korzystał z dokładnego przyjęcia. A kiedy w ataku pomylił się Lagumdzija, Bogdanka LUK w połowie seta odskoczyła na dwa punkty. Wtedy w pole zagrywki wszedł Leon. Sam posłał trzy asy serwisowe, trzy akcje wykończyli jego koledzy. I polski zespół prowadził już 18:11. Emocje jeszcze się nie skończyły, były dyskusje, żółte kartki dla obu drużyn, i przewaga gości stopniała. Ale nie do końca – lublinianie wygrali 25:20 i Puchar Challenge był ich.

     

    Po ostatniej akcji czwartego seta siatkarze Bogdanki LUK mogli już zacząć świętowanie. Zawodnicy zebrali się w kółku na środku boiska i zaczęli szaleć ze szczęścia. Świętowali także kibice z Polski, pogratulowali sobie trenerzy obu drużyn… ale mecz trzeba było dokończyć. Obaj szkoleniowcy zdecydowali się więc na głębokie zmiany w składach. Lepiej wyszli na tym gospodarze, którzy szybko zbudowali sobie wysoką przewagę. Przegrana lubelskiej drużyny 15:7 niczego już jednak nie zmieniła – to ona mogła w środę świętować.

     

    Zwycięstwo Bogdanki LUK sprawia, że Puchar Challenge pozostaje w rękach polskich siatkarzy. Przed rokiem w tych rozgrywkach triumfował PGE Projekt Warszawa. Wcześniej, w 2012 r., po Puchar Challenge sięgnął też Tytan AZS Częstochowa.

  • Polski zespół w finale Ligi Mistrzów. To już pewne, pogrom na oczach Kurka

    Polski zespół w finale Ligi Mistrzów. To już pewne, pogrom na oczach Kurka

    Polski zespół w finale Ligi Mistrzów. To już pewne, pogrom na oczach Kurka

    Mistrzowie kraju z Jastrzębia udanie zrehabilitowali się przed własną publicznością po niespodziewanej porażce w Pireusie. Podpieczni Marcelo Mendeza w środowy wieczór nie oddali Grekom choćby seta i w pięknym stylu zameldowali się w półfinale Ligi Mistrzów. A w nim od wczoraj czeka już na nich Aluron CMC Warta Zawiercie. Oznacza to polskiego przedstawiciela w finale Champions League. W hali pojawił się dziś Bartosz Kurek.

     

    Starcie JSW Jastrzębskiego Węgla z Olympiakosem zamykało intensywne dwa dni z Champions League dla polskich kibiców siatkówki. Wczoraj awans do Final Four zapewniła sobie Aluron CMC Warta. Zawiercianie zrobili to w najlepszym stylu spośród przedstawicieli PlusLigi, ponieważ dwukrotnie pokonali SVG Luneburg. Niestety ich śladami nie poszli warszawianie, którzy co prawda wygrali 3:0 z Halkbankiem Ankara, lecz przegrali złotego seta.

     

    Przykład z “Jurajskich Rycerzy” chcieli wziąć obecni mistrzowie Polski. Do przepustki do półfinału bez większej nerwówki potrzebowali triumfu w trzech lub czterech setach. Sytuację skomplikowała im zaskakująca porażka w Grecji. Olympiakos przeprowadził udaną remontadę i ze stanu 0:2 “wyczarował” triumf 3:2. Nikt z widzów obecnych na trybunach nie wyobrażał sobie powtórki z rozrywki w Polsce.

     

    Od początku meczu każda piłka była szalenie ważna. Losy pierwszego seta rozstrzygnęły się dopiero w końcówce. Oba zespoły charakteryzowała ogromna nerwowość. W pewnym momencie aż trzy serwisy z rzędu skończyły się niepowodzeniem. Na szczęście w porę inicjatywę przejęli gospodarze, którzy odskoczyli z 19:19 na 23:19. W ciągu kilku minut sytuacyjną piłkę skończył Tomasz Fornal, potem udany blok zaprezentował Łukasz Kaczmarek. Trenerowi gości nic nie dawały nawet przerwy na żądanie, Jastrzębianie triumfowali 25:21 i znaleźli się dwie partie od upragnionego wyjazdu do Łodzi.

     

    JSW Jastrzębski Węgiel w półfinale Ligi Mistrzów. O finał zagra z Alruon CMC Wartą Zawiercie

     

    Po krótkiej przerwie oczom obserwatorów oglądających potyczkę w telewizji ukazał się Bartosz Kurek. Reprezentacyjny atakujący skorzystał z chwili wolnego i wybrał się do Jastrzębia, by osobiście zobaczyć jak polski zespół walczy o półfinał Champions League. Kapitan kadry z uśmiechem przyglądał się poczynaniom kolegów, z którymi niedawno sięgał po olimpijskie srebro. Podopieczni Marcelo Mendeza poszli za ciosem, triumfując w identycznym stosunku co w partii otwarcia.

     

    Największa dominacja miejscowych uwidoczniła się w trzeciej i zarazem ostatniej części potyczki. Liderzy tabeli PlusLigi prowadzili od początku do końca, dzięki czemu w maju wybiorą się do Atlas Areny. A w niej zmierzą się w bratobójczym pojedynku z Aluron CMC Wartą Zawiercie. Mamy więc pewność, że polski zespół zagra o trofeum. Wykluczony jest jednak “Biało-Czerwony” finał. Decydujący turniej w Łodzi potrwa od 16 do 18 maja.

  • Już skreślili Igę Świątek, oto brutalny werdykt. Wieszczą szybkie odpadnięcie

    Już skreślili Igę Świątek, oto brutalny werdykt. Wieszczą szybkie odpadnięcie

    Już skreślili Igę Świątek, oto brutalny werdykt. Wieszczą szybkie odpadnięci

    Panel ekspercki serwisu tennis.com wytypował najważniejsze wyniki męskiej i żeńskiej drabinki turnieju Miami Open. Pięciu dziennikarzy wskazało triumf Aryny Sabalenki, dwóch Igi Świątek, a jedna żurnalistka uważa, że zwycięży Mirra Andriejewa. Oznacza to, że Białorusinka jest określana tą zawodniczką, która do zmagań na Florydzie podchodzi z “pole position”. Predykcje co do rezultatu Polki bardzo się różnią – także dwójka ekspertów uważa, że szybko odpadnie z imprezy.

    Rozpoczął się drugi z turniejów tzw. Sunshine Double. Z Kalifornii najlepsi tenisiści świata przenieśli się na Florydę, do Miami. Mirra Andriejewa poszuka tutaj kolejnego głośnego triumfu. W ostatnich tygodniach sięgnęła po dwa tytuły w Dubaju i Indian Wells, jednak tylko jedna osoba z grona ośmiu dziennikarzy panelu eksperckiego tennis.com twierdzi, że ponownie będzie górą. To Emma Storey, która co ciekawe typuje Igę Świątek do odpadnięcia we wczesnej fazie turnieju. Jest zdania, że może przegrać z Belindą Bencić w 1/8 finału.

    David Kane ma podobną opinię. “Jeśli jej (Świątek – red.) długi manifest na Instagramie to jakakolwiek wskazówka, to jasne jest, że nie wszystko u niej jest w porządku. Nie udało się jej wygrać dużych meczów przez cały sezon. Może mieć problemy na tych szybszych kortach, być może będzie patrzeć w przyszłość, w stronę turniejów na mączce, gdzie ma jeszcze więcej punktów do obrony” – zaargumentował.

    Za faworytkę zmagań w Miami uznaje się Arynę Sabalenkę, jej nazwisko wskazało pięciu żurnalistów. Liderka światowego rankingu była o seta od wygranej w Indian Wells, ale wspomniana 17-latka rzuciła tenisowy świat na kolana i zdobyła kolejny cenny skalp. W poprzednich dniach Rosjanka pokonywała przecież też po dwa razy Igę Świątek i Jelenę Rybakinę. Liya Davidov przewiduje, że w finale dojdzie do powtórki z Kalifornii. Ed McGrogan jako tę pokonaną finalistkę wskazał Dianę Sznajder, wspomniany Kane Clarę Tauson, Steve Tignor Jessicę Pegulę, a Franziska Bruells – Świątek.

    “Z czasem opanuje emocje i pokaże swój najlepszy tenis. W Indian Wells była już w stanie pokazać wiele z tego, a ostatnie szlify mogą nastąpić teraz w Miami” – podkreśliła Bruells.

    Nie wiedzą, czego spodziewać się po Idze Świątek w Miami. Triumf czy wczesne wypadnięcie za burtę?

    Jest jedną z trzech osób w panelu, które przypisały raszyniance mecz finałowy. Pozostałe dwie twierdzą nawet, że nasza rodaczka zdobędzie tytuł – to Stephanie Livaudais i Joel Drucker. Co interesujące, w obu przypadkach Polka miałaby w starciu o trofeum pokonać Coco Gauff. Jak widać, predykcje co do Świątek mają dużą amplitudę.

    Trudno się dziwić, bo wiceliderka rankingu tak samo wahająco prezentuje się ostatnio na korcie. Pokazuje wielkie umiejętności, ale dobre wymiany przeplata z nerwowymi reakcjami i zagraniami.Z wyliczeń wyłączyliśmy dziewiątą osobę panelu, Pete’a Bodo, bo w jego przypadku doszło do błędu w artykule. Podano także finał Świątek – Gauff, ale Sabalenkę jako triumfatorkę.

    Polska doczekała się jak dotąd trzech singlowych zwycięstw w Miami. W 2021 roku bohaterem był Hubert Hurkacz, który wygrał z 19-letnim wtedy Jannikiem Sinnerem. W zawodach WTA polskie triumfy oddzieliła dekada. W 2012 r. najlepszą zawodniczką okazała się Agnieszka Radwańska (pokonała Marię Szarapową), a w 2022 r. Świątek, oddając Naomi Osace tylko 4 gemy. Do tego trzeba dodać wygrane Hurkacza, Radwańskiej i Łukasza Kubota w zmaganiach deblowych.

  • Historyczny sukces polskich siatkarzy w Lidze Mistrzów. Trybuny świętowały już po dwóch setach

    Historyczny sukces polskich siatkarzy w Lidze Mistrzów. Trybuny świętowały już po dwóch setach

    Historyczny sukces polskich siatkarzy w Lidze Mistrzów. Trybuny świętowały już po dwóch setach

    Aluron CMC Warta Zawiercie po raz pierwszy w historii klubu zagra w turnieju finałowym Ligi Mistrzów siatkarzy. Drużyna prowadzona przez trenera Michała Winiarskiego zapewniła sobie awans już po dwóch setach spotkania z SVG Luneburg. Ostatecznie mecz w Sosnowcu, gdzie zawiercianie podejmują rywali w pucharach, zakończył się ich wygraną 3:1. Podopieczni Winiarskiego są niepokonani w tej edycji LM i mogą już szykować się do Final Four w Łodzi, a szansę na awans mają jeszcze dwie inne drużyny z PlusLigi.

     

    Aluron CMC Warta mecze w europejskich pucharach rozgrywa w Sosnowcu, bo hala w Zawierciu nie spełnia wymogów wymaganych do gry w Lidze Mistrzów. Ale gra w sosnowieckim obiekcie służy zespołowi trenera Michała Winiarskiego – dotąd nie przegrali w niej ani jednego meczu. Tę serię przedłużyli we wtorek, zapisując się w historii klubu.

     

    Po efektownej wygranej w pierwszym meczu, gdy zawiercianie wygrali z Luneburgiem w trzech setach, polska drużyna była w komfortowej sytuacji. Do awansu do Final Four Ligi Mistrzów wystarczały jej dwa wygrane sety. Mimo to Winiarski przed pierwszym gwizdkiem był ostrożny.

     

    “W pierwszym spotkaniu to nasza zagrywka ustawiła spotkanie. Ten mecz to nowa historia. Trzeba go wygrać, a przeciwnicy nie czują żadnej presji, nie mają nic do stracenia. Dlatego spodziewam się trudnego meczu” – przekonywał trener zawiercian przed spotkaniem przed kamerą CEV.

     

    Jego siatkarze nie zamierzali jednak lekceważyć rywali, a szybko wypracować sobie przewagę. Odskoczyli na trzy punkty po kontrataku Aarona Russella. Dużą zaliczkę wypracowali sobie przy zagrywkach środkowego Jurija Gladyra. Doświadczony siatkarz posłał na drugą stronę trzy asy serwisowe i gospodarze prowadzili już 13:7. Kolejny punkt do ich przewagi dorzucił szczelny blok. W obronie pomagał nawet środkowy Mateusz Bieniek. Co prawda goście byli w stanie zmniejszyć straty do czterech punktów, ale ostatecznie i tak przegrali wyraźnie – 19:25. Decydujący punkt zdobył Karol Butryn.

     

    Liga Mistrzów siatkarzy. Aluron CMC Warta Zawiercie z historycznym awansem

     

    Dla drużyny z Luneburga, podobnie jak dla Warty, awans do czołowej ósemki Ligi Mistrzów był historycznym sukcesem. Potencjał niemieckiej drużyny jest jednak znacznie mniejszy niż zawiercian, którzy mają w składzie medalistów olimpijskich. Stefan Hubner, były siatkarz, a dziś trener Luneburga, liczył co prawda na mocne zwarcie z polskimi siatkarzami we wtorkowym spotkaniu, ale gospodarzy nic nie było w stanie zatrzymać.

     

    Mimo wszystko początek drugiej partii był wyrównany. Ponownie jednak w polu zagrywki błysnął Gladyr i zawiercianie w końcu, przy stanie 10:8, odskoczyli na dwa punkty. Wkrótce różnica wzrosła do czterech “oczek”, a zawiercianie pilnowali, by rywale nie uwierzyli w możliwość walki o awans. Zagrywką przypomniał o sobie Bartosz Kwolek, czym zasłużył na brawa od Winiarskiego. Większych nerwów nie było, mimo że niemieccy siatkarze zaprezentowali kilka udanych akcji. Kwolek zdobył łącznie aż dziewięć punktów i to jego atak przypieczętował zwycięstwo Warty 25:19. Kibice w Sosnowcu mogli już świętować – drugi wygrany set dał ich drużynie przepustkę do finałów w Łodzi.

     

     

    Kolejna partia nie miała więc już dużego znaczenia. Winiarski zdecydował się na dwie zmiany, szansę otrzymali Patryk Łaba i Miłosz Zniszczoł. Ale to goście rozpoczęli trzeciego seta dużo lepiej, bo od prowadzenia 4:0. Zawiercianie doprowadzili do stanu 6:7, ale ich gra nadal nie była tak płynna, jak w pierwszych dwóch setach. I przy stanie 7:11 Winiarski przerwał grę. Po przerwie w polu zagrywki znów “odpalił” Gladyr, a potem to samo zrobił rozgrywający Miguel Tavares – i był remis 13:13.

     

    To mógł być przełomowy moment seta, bo po chwili szczelny blok gospodarzy pomógł im objąć dwupunktowe prowadzenie. To nie był jednak koniec emocji. Do remisu doprowadził jeszcze atakujący gości Xander Ketrzynski, drużynę napędził też jego brat Cole. I Niemcy przedłużyli mecz, wygrywając 25:23.

     

    Na czwartą partię Warta wyszła z rezerwowym atakującym. Kyle Ensing pokazał się z niezłej strony, ponownie dobrze zagrywał Gladyr, i zawiercianie objęli prowadzenie 12:8. Tym razem nie było już emocjonującej końcówki. Gospodarze jeszcze powiększyli przewagę, owacje za efektowny blok w końcówce zebrał Kwolek. Zawiercianie wygrali 25:20 i zakończyli spotkanie.

     

    Warta jako pierwszy zespół melduje się w Final Four, które w połowie maja zostanie rozegrane w Atlas Arenie w Łodzi. W środę o miejsce w turnieju finałowym Ligi Mistrzów powalczą jeszcze PGE Projekt Warszawa i JSW Jastrzębski Węgiel – obie polskie drużyny muszą odrobić stratę po porażkach w pierwszych meczach ćwierćfinałowych.

     

    Aluron CMC Warta Zawiercie: Butryn, Bieniek, Russell, Tavares, Gladyr, Kwolek – Perry (libero) oraz Zniszczoł, Łaba, Nowosielski, Ensing

    Czytaj więcej na

     

    SVG Luneburg: X. Ketrzynski, Leeson, Karlitzek, Wright, Torwie, Espeland – Mohwinkel (libero) oraz Larsen, C. Ketrzynski,

  • 10 asów Linette na starcie w Miami. Ćwierćfinalistka Australian Open zaskoczona

    10 asów Linette na starcie w Miami. Ćwierćfinalistka Australian Open zaskoczona

    10 asów Linette na starcie w Miami. Ćwierćfinalistka Australian Open zaskoczon

     

    Magda Linette jako pierwsza z reprezentantek Polski przystąpiła do zmagań w głównej części zmagań WTA 1000 Miami Open. I był to początek wymarzony. Poznanianka nie miała może optymalnego losowania, bo Anastazja Pawluczenkowa zachwyciła w tegorocznym Australian Open, dotarła w Melbourne do ćwierćfinału. Później jednak miała problemy zdrowotne, wycofała się z Indian Wells. A na Florydzie też nie pokazała nic wielkiego, poznanianka po raz drugi w tym roku pokonała ją, tym razem 7:6 (3), 6:2.

     

    Nie jest to może wymarzony sezon Magdy Linette, ale nie jest też – jak dotąd – zły. W rankingu Race poznanianka zajmuje 44. miejsce, nieco niższe niż w tym normalnym. Do rozstawienia w takim turnieju jak WTA 1000 w Miami trochę jednak brakuje, stąd 33-latka jako pierwsza z reprezentantek Polski musiała rozpocząć zmagania na Florydzie. Magdalena Fręch, Iga Świątek, a w męskiej części rywalizacji także i Hubert Hurkacz, ruszą do boju pod koniec tygodnia.

     

    Linette Florydę lubi, tu ma swoją bazę treningową poza sezonem, podobnie zresztą jak wiele czołowych tenisistek świata. Nie osiągała tu wielkich sukcesów, choć grała już dwa lata temu w czwartej rundzie (przegrała z Jessicą Pegulą), a w 2016 roku w trzeciej (przegrała z Wiktorią Azarenką).

     

    I choć niedawno zeszła z kortu jako zwyciężczyni po starciu z Anastazją Pawluczenkową, to bukmacherzy większe szanse w Miami dawali jednak Rosjance.

     

    WTA 1000 Miami Open. Magda Linette kontra Anastazja Pawluczenkowa. Znakomity początek reprezentantki Polski

     

    Była w tym logika, bo przecież zawodniczka starsza od Polki o niecały rok, fantastycznie spisała w Melbourne, dotarła do ćwierćfinału, tam wygrała seta z Aryną Sabalenką i solidnie postraszyła Białorusinkę. Później miała jednak problemy, w Abu Zabi skreczowała właśnie w starciu z Linette, mimo że pierwszą partię wygrała 7:5. W trakcie drugiej zrezygnowała, wycofała się z Dohy, spróbowała jeszcze sił w Dubaju, bez powodzenia. A później oznajmiła, że od zmagań w Australii zmaga się z infekcją wirusową, co też spowodowało absencję w Indian Wells.I to właśnie była szansa dla Linette – brak ogrania rywalki, wracającej do zmagań WTA po dłuższej przerwie.

     

    Polka świetnie zaczęła to spotkanie, wykorzystała brak ogrania rywalki, od razu ją przełamała. Odskoczyła, ale z każdym kolejnym gemem Pawluczenkowa spisywała się coraz lepiej. Wykorzystywała każdą okazję do ataku, każdy słabszy drugi serwis Magdy. To Rosjance coraz łatwiej przychodziło wygrywanie własnych gemów serwisowych, a Polka się trochę jednak męczyła. Mimo wszystko przepychała jakoś kolejne punkty, miała minimalną przewagę. I tak dotrwała do stanu 5:4.

     

    Ten dziesiąty gem nie okazał się ostatnim w pierwszym secie, ale liczba wahnięć nastrojów w nim była większa niż we wszystkich poprzednich. Pawluczenkowa wygrała trzy pierwsze akcje, miała trzy break pointy na 5:5. I wtedy Magdzie z pomocą przyszedł serwis, albo posyłała asy, albo świetnie zagrywała na ciało rywalki. Linette miała trzy szanse na wygranie tego seta 6:4 – i wtedy podanie ją zawodziło. A Pawluczenkowa z kolei dołożyła jeszcze trzy break pointy – i tego ostatniego wykorzystała. Mimo znakomitej defensywy Polki i cudownego loba rozpaczy w końcową linię, gdy w teorii nie miała już szans na obronę smecza rywalki. Pawluczenkowa zaś się cofnęła i znów ryzykownie zaatakowała. Trafiła, wyrównała na 5:5.

     

    Polka też ryzykowała, musiała grać odważnie, nie zostawiać pola Rosjance. Było to widać przy serwisie, bo z jednej strony Linette do tie-breaka zaliczyła siedem asów, a z drugiej – sześć podwójnych błędów. Do tego 13. gema jednak doprowadziła, choć z trudem.

     

    Pawluczenkowa grała w tym roku trzy tie-breaki, wszystkie wygrała. A Linette miała bilans 1:1.Tyle że ta statystyka nie miała znaczenia, Rosjanka decydującą rozgrywkę przegrała 3-7. Polka świetnie serwowała, biegała, nawet dropszot Anastazji nie okazał się dla niej większym wyzwaniem.

     

    Udany początek WTA 1000 w Miami dla Magdy Linette. Poznanianka zaskoczyła doświadczoną Rosjankę

     

    Linette była więc w połowie drogi do awansu, pozostało jeszcze postawić ten drugi krok. Często dużo trudniejszy, ale przecież można się było spodziewać, że Rosjanka wraz z upływem czasu zacznie jednak słabnąć. I ta długa przerwa oraz efekt leczenia znajdą potwierdzenie w jej grze na korcie.

     

    I tak było, Rosjanka zaczęła słabnąć. A Polka grała mądrze taktycznie, choć wciąż odważnie. Kluczowy był czwarty gem, przy prowadzeniu Linette 2:1. Pawluczenkowa prowadziła 40-15, później miała trzecią okazję na skończenie tego gema. I też Linette wyszła z tego obronną ręką. A swoją pierwszą szansą na przełamanie od razu wykorzystała

     

    I już cierpliwie, do samego końca kontrolowała spotkanie. Nie było powtórki z pierwszej partii, z tego niesamowicie długiego 10. gema. Tym razem  Magda domknęła sprawę szybciej, przy podaniu rywalki. Wygrała 6:2, awansowała

    W drugiej rundzie zmierzy się na rozstawioną z “18” inną Rosjanką – Jekateriną Aleksandrową

  • Szybko poszło! Dwa sety i koniec meczu Linette z Rosjanką w Miami

    Szybko poszło! Dwa sety i koniec meczu Linette z Rosjanką w Miami

    Szybko poszło! Dwa sety i koniec meczu Linette z Rosjanką w Miami

    72 minuty – tyle trwał pierwszy set meczu Magda Linette – Anastazja Pawluczenkowa, który zakończył się tie-breakiem. W nim górą była polska tenisistka, która w kolejnych gemach systematycznie rozbijała Rosjankę, żeby wygrać cały mecz. – Naprawdę dobry mecz w wykonaniu Magdy – analizował komentujący to spotkanie Dawid Celt.

     

    14 meczów, a w nich siedem zwycięstw i siedem porażek – to bilans Magdy Linette (34. WTA) w 2025 roku. Polska tenisistka najdalej dochodziła do trzeciej rundy w turniejach WTA 500 w Abu Zabi i WTA 1000 w Dosze. Ostatnio Linette na drugiej rundzie zakończyła zmagania w “tysięczniku” w Indian Wells, gdzie przegrała 4:6, 2:6 z Jessicą Pegulą (4. WTA).

     

    Magda Linette w drugiej rundzie turnieju WTA 1000 w Miami

     

    33-latka we wtorkowe popołudnie polskiego czasu rozegrała mecz w pierwszej rundzie w turnieju WTA 1000 w Miami. Jej rywalką była Anastazja Pawluczenkowa (47. WTA). Obie panie grały ze sobą pięciokrotnie i trzy z tych meczów wygrała Rosjanka, a dwa Polka. Jednak to nasza tenisistka notowała serię dwóch wygranych z rzędu z Pawluczenkową.

     

    Wydawało się, że kluczowy dla losów pierwszego seta okaże się pierwszy gem. Linette od razu narzuciła grę na swoich warunkach i wykorzystując trzeciego break pointa rozpoczęła mecz od przełamania serwisu Pawluczenkowej. Tak obie panie doszły do stanu 5:4 i serwisu polskiej tenisistki. Linette miała trzy piłki setowe, ale to jednak Rosjanka wykorzystała szóstego break pointa w tym gemie i doprowadziła do remisu 5:5. Ostatecznie obie panie doszły do tie-breaka, ale w tym od początku gra toczyła się na warunkach Linette, która po 72 minutach wygrała pierwszego seta 7:6(7-3).

     

    Drugi set był kontynuacją gry z pierwszego, w którym doszło do zaledwie dwóch przełamań. Wyrównana walka z obu stron, aż Pawluczenkowa wpadła w drobny kryzys przy stanie 1:2 15-40 z jej perspektywy. Chociaż miała przewagę, to nie wygrała tego gema, a została przełamana i po chwili Linette prowadziła już 4:1! – Pawluczenkowa ma kryzys energetyczny – ocenił komentujący to spotkanie Dawid Celt.

     

    I faktycznie – Rosjanka nie wróciła już do tego spotkania. Co prawda było ją stać na wygranie jednego gema, ale na nic więcej i po godzinie oraz 56 minutach Magda Linette wygrała to spotkanie 7:6(7-3), 6:2.

     

    – Naprawdę dobry mecz w wykonaniu Magdy Linette. W pełni zasłużony uśmiech na twarzy polskiej tenisistki. Świetny mecz pod względem serwisowym, raz tylko dała się przełamać. Dowiozła to prowadzenie do samego końca – podsumował Celt.

    W drugiej rundzie turnieju WTA 1000 w Miami Magda Linette zmierzy się z Jekatieriną Aleksandrową (20. WTA). Obie grały ze sobą pięciokrotnie, a bilans to trzy wygrane Polki, a dwie Rosjanki.

  • Linette wygrała w Miami i już sporo zarobiła

    Linette wygrała w Miami i już sporo zarobiła

    Linette wygrała w Miami i już sporo zarobiła

    Magda Linette awansowała do drugiej rundy turnieju WTA 1000 w Miami, pokonując w dwóch setach Anastazję Pawluczenkową. Jedno zwycięstwo sprawiło, że na jej konto wpłynie pokaźna kwota.

     

    Magda Linette po rywalizacji w Indian Wells przeniosła się do Miami na kolejny turniej rangi WTA 1000. Polka najlepszy wynik w tej imprezie zanotowała w 2023 roku, kiedy dotarła do czwartej rundy. W poprzednim sezonie odpadła już z kolei po meczu otwarcia i z pewnością liczyła na uniknięcie powtórki.

     

    Pierwszą rywalką Polki była Anastazja Pawluczenkowa. Rosjanka wracała do gry po miesięcznej przerwie i jej forma była niewiadomą. Premierowa odsłona była wyrównana i choć nasza zawodniczka na początku wypracowała przewagę przełamania, rywalka z czasem odrobiła stratę. O losach tej partii zadecydował tie-break, w których rywalka ugrała tylko trzy punkty.

     

    W drugim secie znacznie lepiej zaprezentowała się Linette. Kluczowe okazało się przełamanie z czwartego gema, które tym razem udało się utrzymać do samego końca. Dodatkowo w decydującym gemie Polka ponownie odebrała Rosjance serwis. Nasza zawodniczka wygrała finalnie 7:6(3), 6:2 (relacja z meczu TUTAJ).

     

    Polka dzięki zwycięstwu i zameldowaniu się w drugiej rundzie wywalczyła 35 punktów do rankingu WTA. Dodatkowo zapewniła sobie solidną premię. Za odniesienie jednego zwycięstwa na kortach w Miami zgarnęła bowiem 35,260 dolarów, czyli ponad 134 tys. złotych.

     

    Na kolejnym etapie Linette zmierzy się z kolejną zawodniczką z Rosji. Będzie to rozstawiona z numerem 18. Jekaterina Aleksandrowa.

  • 10 asów Linette na starcie w Miami. Ćwierćfinalistka Australian Open zaskoczona

    10 asów Linette na starcie w Miami. Ćwierćfinalistka Australian Open zaskoczona

    10 asów Linette na starcie w Miami. Ćwierćfinalistka Australian Open zaskoczona

    Magda Linette jako pierwsza z reprezentantek Polski przystąpiła do zmagań w głównej części zmagań WTA 1000 Miami Open. I był to początek wymarzony. Poznanianka nie miała może optymalnego losowania, bo Anastazja Pawluczenkowa zachwyciła w tegorocznym Australian Open, dotarła w Melbourne do ćwierćfinału. Później jednak miała problemy zdrowotne, wycofała się z Indian Wells. A na Florydzie też nie pokazała nic wielkiego, poznanianka po raz drugi w tym roku pokonała ją, tym razem 7:6 (3), 6:2.

     

    Nie jest to może wymarzony sezon Magdy Linette, ale nie jest też – jak dotąd – zły. W rankingu Race poznanianka zajmuje 44. miejsce, nieco niższe niż w tym normalnym. Do rozstawienia w takim turnieju jak WTA 1000 w Miami trochę jednak brakuje, stąd 33-latka jako pierwsza z reprezentantek Polski musiała rozpocząć zmagania na Florydzie. Magdalena Fręch, Iga Świątek, a w męskiej części rywalizacji także i Hubert Hurkacz, ruszą do boju pod koniec tygodnia.

     

    Linette Florydę lubi, tu ma swoją bazę treningową poza sezonem, podobnie zresztą jak wiele czołowych tenisistek świata. Nie osiągała tu wielkich sukcesów, choć grała już dwa lata temu w czwartej rundzie (przegrała z Jessicą Pegulą), a w 2016 roku w trzeciej (przegrała z Wiktorią Azarenką).

     

    I choć niedawno zeszła z kortu jako zwyciężczyni po starciu z Anastazją Pawluczenkową, to bukmacherzy większe szanse w Miami dawali jednak Rosjance.

     

    WTA 1000 Miami Open. Magda Linette kontra Anastazja Pawluczenkowa. Znakomity początek reprezentantki Polski

     

    Była w tym logika, bo przecież zawodniczka starsza od Polki o niecały rok, fantastycznie spisała w Melbourne, dotarła do ćwierćfinału, tam wygrała seta z Aryną Sabalenką i solidnie postraszyła Białorusinkę. Później miała jednak problemy, w Abu Zabi skreczowała właśnie w starciu z Linette, mimo że pierwszą partię wygrała 7:5. W trakcie drugiej zrezygnowała, wycofała się z Dohy, spróbowała jeszcze sił w Dubaju, bez powodzenia. A później oznajmiła, że od zmagań w Australii zmaga się z infekcją wirusową, co też spowodowało absencję w Indian Wells.

     

    I to właśnie była szansa dla Linette – brak ogrania rywalki, wracającej do zmagań WTA po dłuższej przerwie.

     

    Polka świetnie zaczęła to spotkanie, wykorzystała brak ogrania rywalki, od razu ją przełamała. Odskoczyła, ale z każdym kolejnym gemem Pawluczenkowa spisywała się coraz lepiej. Wykorzystywała każdą okazję do ataku, każdy słabszy drugi serwis Magdy. To Rosjance coraz łatwiej przychodziło wygrywanie własnych gemów serwisowych, a Polka się trochę jednak męczyła. Mimo wszystko przepychała jakoś kolejne punkty, miała minimalną przewagę. I tak dotrwała do stanu 5:4.

     

    Ten dziesiąty gem nie okazał się ostatnim w pierwszym secie, ale liczba wahnięć nastrojów w nim była większa niż we wszystkich poprzednich. Pawluczenkowa wygrała trzy pierwsze akcje, miała trzy break pointy na 5:5. I wtedy Magdzie z pomocą przyszedł serwis, albo posyłała asy, albo świetnie zagrywała na ciało rywalki. Linette miała trzy szanse na wygranie tego seta 6:4 – i wtedy podanie ją zawodziło. A Pawluczenkowa z kolei dołożyła jeszcze trzy break pointy – i tego ostatniego wykorzystała. Mimo znakomitej defensywy Polki i cudownego loba rozpaczy w końcową linię, gdy w teorii nie miała już szans na obronę smecza rywalki. Pawluczenkowa zaś się cofnęła i znów ryzykownie zaatakowała. Trafiła, wyrównała na 5:5.

     

    Polka też ryzykowała, musiała grać odważnie, nie zostawiać pola Rosjance. Było to widać przy serwisie, bo z jednej strony Linette do tie-breaka zaliczyła siedem asów, a z drugiej – sześć podwójnych błędów. Do tego 13. gema jednak doprowadziła, choć z trudem.

     

    Pawluczenkowa grała w tym roku trzy tie-breaki, wszystkie wygrała. A Linette miała bilans 1:1.

     

    Tyle że ta statystyka nie miała znaczenia, Rosjanka decydującą rozgrywkę przegrała 3-7. Polka świetnie serwowała, biegała, nawet dropszot Anastazji nie okazał się dla niej większym wyzwaniem.

     

    Udany początek WTA 1000 w Miami dla Magdy Linette. Poznanianka zaskoczyła doświadczoną Rosjankę

     

    Linette była więc w połowie drogi do awansu, pozostało jeszcze postawić ten drugi krok. Często dużo trudniejszy, ale przecież można się było spodziewać, że Rosjanka wraz z upływem czasu zacznie jednak słabnąć. I ta długa przerwa oraz efekt leczenia znajdą potwierdzenie w jej grze na korcie.

     

    I tak było, Rosjanka zaczęła słabnąć. A Polka grała mądrze taktycznie, choć wciąż odważnie. Kluczowy był czwarty gem, przy prowadzeniu Linette 2:1. Pawluczenkowa prowadziła 40-15, później miała trzecią okazję na skończenie tego gema. I też Linette wyszła z tego obronną ręką. A swoją pierwszą szansą na przełamanie od razu wykorzystała.

     

    I już cierpliwie, do samego końca kontrolowała spotkanie. Nie było powtórki z pierwszej partii, z tego niesamowicie długiego 10. gema. Tym razem  Magda domknęła sprawę szybciej, przy podaniu rywalki. Wygrała 6:2, awansowała.

    W drugiej rundzie zmierzy się na rozstawioną z numerem 18 Jekateriną Aleksandrową

  • Nocny komunikat ws. Igi Świątek prosto z Miami. Nastąpiła aktualizacja turniejowej drabinki

    Nocny komunikat ws. Igi Świątek prosto z Miami. Nastąpiła aktualizacja turniejowej drabinki

    Nocny komunikat ws. Igi Świątek prosto z Miami. Nastąpiła aktualizacja turniejowej drabinki

    Dopiero co w niedzielę zakończył się turniej w Indian Wells, a już dzisiaj startuje rywalizacja w głównej drabince WTA 1000 w Miami. Na pierwszy mecz z udziałem Igi Świątek trzeba jednak zaczekać aż do piątku. Niemniej, w poniedziałek tuż przed północą pojawiła się ważna informacja dotycząca naszej tenisistki. Organizatorzy zaktualizowali turniejową drabinkę, zastępując pozycje “Qualifier” nazwiskami zawodniczek, które uzyskały awans poprzez eliminacje. Poznaliśmy drugą potencjalną rywalkę raszynianki w meczu otwarcia na Florydzie.

     

    Iga Świątek wciąż czeka na swój pierwszy tytuł w sezonie 2025. Z perspektywy Polki to dawno nie widziana sytuacja, bowiem ostatni raz nie wywalczyła żadnego trofeum do końca lutego przed pięcioma laty. Niekorzystnej passy nie udało się przerwać także podczas turnieju WTA 1000 w Indian Wells. Podobnie jak w Dubaju, także i tym razem na drodze naszej najlepszej tenisistki stanęła Mirra Andriejewa. Rosjanka zanotowała kolejny niesamowity występ i wygrała swojego drugiego tysięcznika z rzędu, przedłużając serię zwycięstw do 12 z rzędu. 17-latka zameldowała się na rekordowym, szóstym miejscu w kobiecym rankingu.

     

    Wczoraj raszynianka zabrała głos na swoim profilu w mediach społecznościowych ws. zamieszania, jakie pojawiło się po jej batalii z tenisistką z Krasnojarska. Miała okazję podsumować zmagania w Kalifornii i niejako zakończyć rozważania na temat owych rozgrywek. Teraz 23-latka skupia się już na tym, co ją czeka podczas turnieju WTA 1000 w Miami. W niedzielny wieczór naszego czasu Iga poznała swoją potencjalną drabinkę. Znów przy nazwisku Świątek pojawiła się Caroline Garcia. Druga postać nie była znana, gdyż na pozycję numer 126 trafiła kwalifikantka.

     

    Poznaliśmy drugą potencjalną rywalkę dla Igi Świątek w meczu otwarcia WTA 1000 w Miami

     

    Wczoraj tuż przed północą czasu polskiego wszelkie znaki zapytania zostały rozwiane. A to dlatego, że doszło do aktualizacji drabinki po zakończonych eliminacjach. Organizatorzy szybko pozamieniali miejsca o nazwie “Qualifier” na tenisistki, które wywalczyły sobie prawo startu w głównych zmaganiach poprzez dwustopniowe kwalifikacje. Wiemy już, że środową przeciwniczką reprezentantki Francji w pierwszej rundzie na Florydzie będzie Anna Bondar. 27-latka rozegrała dwie trzysetówki. Najpierw pokonała Maddison Inglis, potem Irinę-Camelię Begu. Aby zatem w drugiej fazie w Miami powtórzyło się zestawienie Świątek – Garcia z Indian Wells, zawodniczka Trójkolorowych musi najpierw uporać się z Węgierką.

     

    Co ciekawe, Iga nie była jedyną Polką, która oczekiwała na swoją drugą potencjalną przeciwniczkę. Oprócz niej dotyczyło to także Magdaleny Fręch, która na Florydzie poszuka przełamania po serii czterech porażek z rzędu. Tenisistka urodzona w Łodzi zagra w drugiej rundzie z Poliną Kudiermietową lub kwalifikantką – Eleną-Gabrielą Ruse.

     

    Głowna rywalizacja w turnieju WTA 1000 w Miami startuje już dzisiaj. O godz. 16:00 czasu polskiego na korcie numer 1 zobaczymy Magdę Linette. Poznanianka stoczy batalię o drugą fazę zmagań z Anastazją Pawluczenkową. Jeśli nasza tenisistka upora się z Rosjanką, to później znów będzie czekać ją starcie z zawodniczką z tego kraju – Jekateriną Aleksandrową. W czwartek swój udział w imprezie rozpocznie Magdalena Fręch, a dopiero w piątek – Iga Świątek. Finał singlowych rozgrywek kobiet zaplanowano na sobotę, 29 marca.