Category: Home

  • 6:0, a potem nerwówka! Maja Chwalińska to wyrwała, zagra o finał WTA!

    6:0, a potem nerwówka! Maja Chwalińska to wyrwała, zagra o finał WTA!

    6:0, a potem nerwówka! Maja Chwalińska to wyrwała, zagra o finał WTA!

    Co to był za mecz z udziałem Mai Chwalińskiej! Polka prowadziła po pierwszym secie z Elsą Jacquemot 6:0 i wydawało się, że jest na doskonałej drodze do półfinału turnieju WTA rangi 125 w tureckiej Antalyi. Ale w drugim secie to rywalka wywalczyła przełamanie jako pierwsza. Decydował tie-break, w którym Polka zmarnowała piłkę meczową i ostatecznie przegrała seta. Ale po przełamaniu w końcówce trzeciej partii zapewniła sobie awans i po zwycięstwie 6:0, 6:7(7), 7:5 zagra o finał! Już teraz może cieszyć się też z najwyższej pozycji w rankingu WTA w karierze.

     

    Pierwszy set był popisem Mai Chwalińskiej, która zupełnie rozbiła Elsę Jacquemot. Francuzka nie była w stanie w żaden sposób odpowiedzieć na kapitalny występ Polki, która przełamała ją trzy razy z rzędu i wygrała pierwszego seta bardzo komfortowo, aż 6:0. Ale po krótkiej przerwie pojawiły się kłopoty.

     

    Tym razem to rywalka jako pierwsza wywalczyła przełamanie, ale Chwalińska odrobiła straty. Ostatecznie decydował tie-break, w którym Polka miała piłkę meczową. Nie wykorzystała jej, a odpowiedź była bezlitosna. O wszystkim decydować musiała zatem trzecia partia, w której znów było nerwowo.

     

    1:3 w trzecim secie. I taka odpowiedź Mai Chwalińskiej!

     

    Tym razem to znów Jacquemot była bliżej awansu do półfinału. Prowadziła już 1:3 w trzecim secie, wydawało się wówczas, że sytuacja Polki jest trudna. Ale to Maja Chwalińska wygrała cztery z pięciu kolejnych gemów. A po przełamaniu w przedostatnim gemie nie wypuściła już zwycięstwa z rąk, wygrywając 6:0, 6:7(7), 7:5!

     

    To bardzo ważna wygrana dla polskiej tenisistki, która zagra o finał z notowaną na 157. miejscu w rankingu WTA Layre Romero Gormaz. Chwalińska będzie faworytką tego spotkania, choć przeciwniczka jest w świetnej formie. W walce o półfinał rozbiła Victorię Jimenez Kasintsevą 6:1, 6:0.

     

    Już teraz Maja Chwalińska może być pewna awansu na najwyższą pozycję w rankingu WTA w swojej karierze. Niemal na pewno zajmie co najmniej 118. miejsce, tak wysoko w swojej karierze jeszcze nie była. Jeśli awansuje do finału, może być nawet 115., a zdobycie tytułu rangi 125 w turnieju w Antalyi powinno pozwolić na awans na 107. pozycję.

     

    Maja Chwalińska — Elsa Jacquemot 6:0, 6:7(7), 7:5

  • Przeciek z szatni. Media piszą o decyzji Szczęsnego

    Przeciek z szatni. Media piszą o decyzji Szczęsnego

    Przeciek z szatni. Media piszą o decyzji Szczęsnego

    FC Barcelona jest bardzo zadowolona z postawy Wojciecha Szczęsnego. Bramkarz w rozmowie z kolegami w szatni zdradził swoje plany na przyszłość

     

    Wojciech Szczęsny szturmem przebił się do pierwszego składu FC Barcelony. 34-latek już od pierwszych występów w barwach katalońskiej drużyny zachwycał swoją postawą i szybko zyskał uznanie Hansiego Flicka. To sprawiło, że Polak wygryzł z “jedenastki” Inakiego Penę.

     

    Jego występy często były kluczowe dla losów meczu. Sam Szczęsny również czuje się dobrze w zespole i okazuje się, że mimo wcześniejszych zapowiedzi zamierza kontynuować swoją karierę w klubie w nadchodzącym sezonie.

     

    Jak informuje serwis “Relevo”, polski zawodnik wyraził chęć pozostania w drużynie podczas rozmów w szatni z kolegami z zespołu. Agent Szczęsnego, Jonathan Barnett, potwierdził, że obie strony są zadowolone z obecnej współpracy. – Tek jest zachwycony Barceloną, a klub jest zadowolony z jego gry, więc łatwo się dogadamy – powiedział.

     

    Mówi się, że klub ma zaoferować Polakowi kontrakt na kolejny rok. W przyszłym sezonie Szczęsny będzie więc rywalizował o miejsce w składzie z Marc-Andre ter Stegenem, który ma wrócić do gry po kontuzji. Tymczasem przyszłość Peni, który ma kontrakt do 2026 r., pozostaje niepewna.

     

    Klub rozważał inne opcje na rynku bramkarzy, ale postanowił postawić na Szczęsnego i młodego Diego Kochena, który występuje obecnie w rezerwach Barcelony. Katalończycy analizowali rynek bramkarzy, biorąc pod uwagę m.in. Diogo Costę z Porto. Decyzja o przedłużeniu współpracy z polskim bramkarzem oraz inwestycja w 19-letniego Amerykanina zamyka temat nowych transferów na tej pozycji.

  • Gigantyczny sukces Anny Twardosz! Tworzy historię polskich skoków

    Gigantyczny sukces Anny Twardosz! Tworzy historię polskich skoków

    Gigantyczny sukces Anny Twardosz! Tworzy historię polskich skoków

    Anna Twardosz ponownie przeszła do historii polskich skoków kobiecych! Nasza reprezentantka zajęła 21. miejsce w przedostatnim konkursie sezonu Pucharu Świata, rozgrywanym w Lahti. Punkty wywalczone w Finlandii przypieczętowały udział Polki w finale sezonu dla Top 30 klasyfikacji generalnej, czego nigdy wcześniej nie dokonała żadna z naszych rodaczek. Czwartkowy konkurs wygrała niesamowita Nika Prevc, która jest już pewna zwycięstwa w całym Pucharze Świata.

     

    Choć męską stawkę w Pucharze Świata czeka jeszcze potem wizyta w Planicy, żeńska część skoków narciarskich żegna się z sezonem 2024/25 już w Lahti. Dla Anny Twardosz jest to zwieńczenie zdecydowanie najlepszego sezonu w jej karierze. Polka zdobyła w nim jak dotąd 67 pkt do klasyfikacji generalnej, a choćby w słoweńskim Ljubnie zajęła 15. miejsce, co również stało się jej rekordem życiowym. Teraz w Finlandii stanęła przed szansą wielkiego wydarzenia w skali całych polskich skoków.

     

    Twardosz miała szansę na nagrodę za cały sezon

    Przed przyjazdem do Lahti Twardosz zajmowała 32. miejsce w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Wiadomo jednak było, że w zawodach nie wezmą udziału 9. Thea Minyan Bjoerseth i 13. Agnes Reisch. Nieobecność Norweżki i Niemki otworzyła Polce drogę do udziału w ostatnim konkursie sezonu dla Top 30 “generalki”. Nigdy wcześniej żadna reprezentantka naszego kraju nie wywalczyła sobie do tego prawa, a Twardosz mogła przejść do historii. Warunek? Nie dać się wyprzedzić nikomu za nią. Z zawodniczek obecnych w Lahti najbliżej Polki były dwie Niemki: Alvine Holz (19 pkt straty) i Emely Torrazza (21 pkt).

     

    Tak się to robi! Twardosz wywalczyła punkty i przeszła do historii

     

    Na szczęście Twardosz szybko im pokazała, że nie będzie łatwo. W pierwszej serii skoczyła 113,5 metra, co dało jej 23. miejsce i pewne kolejne punkty. Ani Holz (36. miejsce), ani Torazza (34. miejsce) się do drugiej serii nie dostały. Polka nie była jeszcze jednak na 100 proc. pewna udziału w konkursie dla Top 30, bo punkty wywalczyły też będące za nią w klasyfikacji generalnej Tina Erzar (30. miejsce po pierwszej serii) oraz Yuzuki Sato (16. miejsce). One traciły do Polki co prawda kolejno 28 i 33 pkt, ale teoretycznie wciąż mogły odrobić.

     

    Nasza reprezentantka do tego jednak nie dopuściła! W drugiej serii skoczyła krócej, bo 107 metrów, ale to pozwoliło jej nawet przesunąć się o dwie lokaty w górę na 21. miejsce. Bardzo dobry konkurs zanotowała Japonka Sato (16. miejsce), ale nie na tyle, by zagrozić naszej reprezentantce, która oficjalnie stała się pierwszą Polką w historii, która weźmie udział w finale sezonu! Ten rozpocznie się w piątek 21 marca o 14:50.

     

    Nika Prevc jest jedyna w swoim rodzaju

     

    Zawody w Lahti wygrała wręcz nietykalna w obecnej formie Nika Prevc, która dawno temu zagwarantowała sobie Kryształową Kulę za zwycięstwo w Pucharze Świata. Słowenka w drugiej serii pobiła własny rekord skoczni, lecąc 135,5 metra. To jej dziewiąte z rzędu zwycięstwo w konkursie PŚ. Drugie miejsce zajęła Niemka Selina Freitag, a trzecie Kanadyjka Alexandria Loutitt. 

     

  • Ależ mecz Linette! Najpierw tie-break, a później Rosjanka była bezradna

    Ależ mecz Linette! Najpierw tie-break, a później Rosjanka była bezradna

    Ależ mecz Linette! Najpierw tie-break, a później Rosjanka była bezradna

    Magda Linette zameldowała się w trzeciej rundzie turnieju WTA 1000 w Miami. Polka pokonała rozstawioną z numerem 18. Jekaterinę Aleksandrową po dwóch zupełnie innych setach. 33-latka triumfowała 7:6(5), 6:2.

     

    Magda Linette na ten moment nie potrafi ustabilizować formy. Najlepiej spisała się w turnieju w Abu Zabi, gdzie dotarła do ćwierćfinału, a w innych imprezach zdołała wygrać maksymalnie po jednym spotkaniu. Wyjątkiem były jeszcze zmagania w Dosze, gdzie dwie wygrane dały jej miejsce w trzeciej rundzie. Teraz trzecia rakieta Polski znalazła się w drabince turnieju WTA 1000 w Miami.

     

    W meczu otwarcia 33-latka pokonała w dwóch setach Anastazję Pawluczenkową. O miejsce w trzeciej rundzie przyszło jej się zmierzyć z kolejną Rosjanką, rozstawioną z numerem 18. Jekateriną Aleksandrową, która przegrała trzy ostatnie starcia. Dodatkowo lepsza w bilansie dotychczasowych meczów była Polka, która prowadziła 3:2. Należy jednak pamiętać, że przed rokiem Aleksandrowa dotarła w Miami do półfinału, eliminując po drodze Igę Świątek.

     

    Walkę o trzecią rundę rozpoczął długi gem, który zakończył się przełamaniem na korzyść Linette. Polka po chwili bez problemu utrzymała podanie, dzięki czemu odskoczyła na 2:0. Po chwili rywalka zaczęła jednak łapać rytm gry, co pozwoliło jej nie tylko odrobić stratę, ale przy dobrej postawie serwisowej wygrać trzy gemy z rzędu.

     

    Choć Rosjanka miała szansę na przedłużenie serii, nasza zawodniczka obroniła break pointa i obroniła podanie. Kolejne gemy padały pewnie łupem serwujących, co zwiastowało niezwykle emocjonującą końcówkę. Finalnie o losach tej partii zadecydował tie-break. Walka w nim również była wyrównana, a kwestię triumfu rozstrzygnęło małe przełamanie w ostatniej akcji, zanotowane przez Linette. Polka wygrała 7:6(5).

     

    Otwarcie drugiego seta było kontynuacją niezwykle wyrównanej gry. Obie panie pilnowały swoich podań i do stanu 2:2 nie dawały odbierającym żadnych szans. Pierwszy break point pojawił się w piątym gemie przy serwisie Polki, która nie dała się przełamać.

     

    Po chwili to ona przypuściła atak na serwis Rosjanki i wykorzystała już pierwszą szansę na wypracowanie przewagi. Po obronionym podaniu Linette była już tylko o krok od awansu do trzeciej rundy, bowiem prowadziła 5:2. Kropkę nad “i” 33-latka postawiła już po chwili, notując kolejne przełamanie, wygrywając czwartego gema z rzędu i triumfując 6:2.

     

    Kolejną rywalkę Polki wyłoni spotkanie rozstawionej z numerem 16. Brazylijki Beatriz Haddad Maii z czeską kwalifikantką Lindą Fruhvirtovą.

     

    Miami Open, Miami (USA)

    WTA 1000, kort twardy, pula nagród 8,963 mln dolarów

    czwartek, 20 marca

     

    II runda gry pojedynczej:

     

    Magda Linette (Polska) – Jekaterina Aleksandrowa (18) 7:6(5), 6:2

  • Gigantyczny sukces Anny Twardosz! Tworzy historię polskich skoków

    Gigantyczny sukces Anny Twardosz! Tworzy historię polskich skoków

    Gigantyczny sukces Anny Twardosz! Tworzy historię polskich skoków

    Anna Twardosz ponownie przeszła do historii polskich skoków kobiecych! Nasza reprezentantka zajęła 21. miejsce w przedostatnim konkursie sezonu Pucharu Świata, rozgrywanym w Lahti. Punkty wywalczone w Finlandii przypieczętowały udział Polki w finale sezonu dla Top 30 klasyfikacji generalnej, czego nigdy wcześniej nie dokonała żadna z naszych rodaczek. Czwartkowy konkurs wygrała niesamowita Nika Prevc, która jest już pewna zwycięstwa w całym Pucharze Świata.

     

    Choć męską stawkę w Pucharze Świata czeka jeszcze potem wizyta w Planicy, żeńska część skoków narciarskich żegna się z sezonem 2024/25 już w Lahti. Dla Anny Twardosz jest to zwieńczenie zdecydowanie najlepszego sezonu w jej karierze. Polka zdobyła w nim jak dotąd 67 pkt do klasyfikacji generalnej, a choćby w słoweńskim Ljubnie zajęła 15. miejsce, co również stało się jej rekordem życiowym. Teraz w Finlandii stanęła przed szansą wielkiego wydarzenia w skali całych polskich skoków.

     

    Twardosz miała szansę na nagrodę za cały sezon

    Przed przyjazdem do Lahti Twardosz zajmowała 32. miejsce w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Wiadomo jednak było, że w zawodach nie wezmą udziału 9. Thea Minyan Bjoerseth i 13. Agnes Reisch. Nieobecność Norweżki i Niemki otworzyła Polce drogę do udziału w ostatnim konkursie sezonu dla Top 30 “generalki”. Nigdy wcześniej żadna reprezentantka naszego kraju nie wywalczyła sobie do tego prawa, a Twardosz mogła przejść do historii. Warunek? Nie dać się wyprzedzić nikomu za nią. Z zawodniczek obecnych w Lahti najbliżej Polki były dwie Niemki: Alvine Holz (19 pkt straty) i Emely Torrazza (21 pkt).

     

    Tak się to robi! Twardosz wywalczyła punkty i przeszła do historii

    Na szczęście Twardosz szybko im pokazała, że nie będzie łatwo. W pierwszej serii skoczyła 113,5 metra, co dało jej 23. miejsce i pewne kolejne punkty. Ani Holz (36. miejsce), ani Torazza (34. miejsce) się do drugiej serii nie dostały. Polka nie była jeszcze jednak na 100 proc. pewna udziału w konkursie dla Top 30, bo punkty wywalczyły też będące za nią w klasyfikacji generalnej Tina Erzar (30. miejsce po pierwszej serii) oraz Yuzuki Sato (16. miejsce). One traciły do Polki co prawda kolejno 28 i 33 pkt, ale teoretycznie wciąż mogły odrobić.

     

    Nasza reprezentantka do tego jednak nie dopuściła! W drugiej serii skoczyła krócej, bo 107 metrów, ale to pozwoliło jej nawet przesunąć się o dwie lokaty w górę na 21. miejsce. Bardzo dobry konkurs zanotowała Japonka Sato (16. miejsce), ale nie na tyle, by zagrozić naszej reprezentantce, która oficjalnie stała się pierwszą Polką w historii, która weźmie udział w finale sezonu! Ten rozpocznie się w piątek 21 marca o 14:50.

     

    Nika Prevc jest jedyna w swoim rodzaju

    Zawody w Lahti wygrała wręcz nietykalna w obecnej formie Nika Prevc, która dawno temu zagwarantowała sobie Kryształową Kulę za zwycięstwo w Pucharze Świata. Słowenka w drugiej serii pobiła własny rekord skoczni, lecąc 135,5 metra. To jej dziewiąte z rzędu zwycięstwo w konkursie PŚ. Drugie miejsce zajęła Niemka Selina Freitag, a trzecie Kanadyjka Alexandria Loutitt.

  • Głośno o Świątek i Abramowicz. “Przekroczyły granice”

    Głośno o Świątek i Abramowicz. “Przekroczyły granice”

    Głośno o Świątek i Abramowicz. “Przekroczyły granice”

    Relacje Igi Świątek z psycholog Darią Abramowicz budzą kontrowersje. Uwagę na to w rozmowie z Interią zwrócił psycholog Dariusz Nowacki. Zagraniczni dziennikarze podchwycili ten temat i szeroko się o tym rozpisywali.

     

    Relacje między Igą Świątek a jej psycholog Darią Abramowicz stały się tematem międzynarodowych dyskusji. Wielu ekspertów, w tym psycholog Dariusz Nowicki, uważa, że ich więzi są zbyt zażyłe, co może zaburzać ocenę sytuacji.

     

    Nowicki, cytowany przez Interię, ostrzega przed poważnymi konsekwencjami zbyt bliskich relacji zawodowych. Temat ten został podchwycony przez zagraniczne media.

     

    Światowe media, takie jak “Puntodebreak” i “Tennis365”, zwracają uwagę na zmiany w zachowaniu Polki na korcie. “Świątek i jej psycholog przekroczyły pewne granice zawodowej relacji” – pisze “Puntodebreak”. Dziennikarze podkreślają, że “niestabilność emocjonalna tenisistki” może być związana z jej relacją z Abramowicz.

     

    “Świątek została ostrzeżona, że jej ‘związek’ z psycholog jest ‘zakłócony’” – pisze z kolei portal “Tennis365”. Partnerstwo z Abramowicz, choć wcześniej chwalone, teraz jest krytykowane.

     

    “Hindustantimes” również podkreśla, że granice między Świątek a Abramowicz zostały przekroczone. Wiceliderka światowego rankingu znalazła się w centrum uwagi z powodów skandalicznych, co związane jest m.in. z wpadką antydopingową czy też napadami złości.

     

    “Związek Igi z psycholog poddany jest w dużą wątpliwość po wybuchach złości tenisistki. Granice zostały przekroczone. Świątek stała się ostatnio głównym obiektem kontrowersji od czasu ubiegłorocznego, miesięcznego zakazu dopingowego. Teraz polska gwiazda tenisa znów znalazła się w centrum uwagi, ale z powodów skandalicznych” – napisano.

     

    Przypomnijmy, że Świątek już niebawem, bo w piątek (21 marca) rozpocznie zmagania w turnieju Miami Open. Jej pierwszą rywalką będzie Caroline Garcia.

  • Decyzja ws. szefa MKOl. Pierwsza taka sytuacja w historii!

    Decyzja ws. szefa MKOl. Pierwsza taka sytuacja w historii!

    Decyzja ws. szefa MKOl. Pierwsza taka sytuacja w historii!

    Poznaliśmy oficjalne wyniki wyborów na szefa Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Po raz pierwszy w historii tę funkcję objęła kobieta – Kirsty Coventry.

     

    Kirsty Coventry, 41-letnia była pływaczka z Zimbabwe, została nową przewodniczącą Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego (MKOl). Wybory odbyły się w czwartek, 20 marca podczas 144. sesji komitetu w Grecji.

     

    Coventry jest pierwszą kobietą, która obejmie to stanowisko. W dodatku nigdy wcześniej nie doszło do tego, by na czele MKOl stała osoba z Afryki. 41-latka obejmie urząd po przekazaniu władzy 23 czerwca, zastępując Thomasa Bacha.

     

    Warto podkreślić, że Coventry była jedną z trzech mocnych kandydatek namaszczonych przez obecnego prezydenta MKOl. – Ona jest gwarantem utrzymania dotychczasowego umiarkowanego kierunku. Pochodzi z Afryki, jest utytułowaną zawodniczką, ministrą sportu w swoim kraju, a jej wybór byłby symboliczny, bo byłaby pierwszą kobietą na tym stanowisku. Z naszej perspektywy wciąż najlepszym wyborem jest Coe – komentował w rozmowie z WP SportoweFakty Robert Korzeniowski.

     

    41-latka z zadowoleniem przyjęła decyzję, która umożliwiła sportowcom z Rosji i Białorusi udział w igrzyskach olimpijskich 2024 w Paryżu. – Nasze wartości olimpijskie mają być otwarte i obejmować wszystkich, więc zgadzam się, że to pierwszy krok, a potem zobaczymy, jak się to potoczy – mówiła krótko po zakończeniu sprawy.

     

    Kadencja byłej pływaczki potrwa osiem lat. W swoim przemówieniu podkreśliła, że to dla niej ogromny zaszczyt i zobowiązanie do prowadzenia organizacji z dumą i wartościami na pierwszym miejscu.

     

    – To niezwykły moment. Jako 19-letnia dziewczynka nigdy nie myślałam, że stanę tutaj, mogąc oddać coś temu niesamowitemu ruchowi – powiedziała Coventry podczas sesji, cytowana przez oficjalną stronę MKOl.

     

    Kobieta pochodząca z Zimbabwe była członkinią komitetu już od 2013 roku. Od 2018 r. pełniła funkcję ministra sportu w swojej ojczyźnie oraz wiceprezydentki Międzynarodowej Federacji Surfingu.

     

    Coventry była także przedstawicielką sportowców w Światowej Agencji Antydopingowej oraz członkinią jej komitetu sportowców. Jako zawodniczka Coventry zdobyła aż siedem medali olimpijskich, w tym dwa złote.

  • Szykuje się afera w LM? Fornal zaapelował tuż po meczu

    Szykuje się afera w LM? Fornal zaapelował tuż po meczu

    Szykuje się afera w LM? Fornal zaapelował tuż po meczu

    Tomasz Fornal zwraca się z prośbą do CEV i organizatorów turnieju finałowego Ligi Mistrzów. – Nie wiem, z jakiej racji podjęto taką decyzję. Chciałbym wystosować apel do władz, żeby się jeszcze nad tym zastanowić – mówi przyjmujący.

     

    Korespondencja z Jastrzębia Zdroju – Arkadiusz Dudziak, dziennikarz WP SportoweFakty

     

    JSW Jastrzębski Węgiel po raz kolejny napisał historię i po raz czwarty z rzędu awansował do półfinału Ligi Mistrzów. Nie było jednak łatwo. W pierwszym meczu mistrzowie Polski sensacyjnie przegrali z Olympiakosem Pireus 2:3. W rewanżu we własnej hali nie dali jednak złudzeń rywalom i zwyciężyli 3:0.

     

    – To, że jesteśmy faworytem, to nie znaczy, że przeciwnik się położy. W pierwszym meczu byli niesieni przez swoich znakomitych kibiców, zaczęli rewelacyjnie grać od trzeciego seta. Byli od nas lepsi i zasłużenie wygrali w tamtym spotkaniu 3:2. My dzisiaj mieliśmy tego siódmego zawodnika w postaci kibiców – mówi Tomasz Fornal.

     

     

    – Byliśmy naładowani agresją. Każdy by oddał zdrowie, żeby wygrać – dodaje przyjmujący Jastrzębskiego Węgla.

     

    Organizatorzy w ogniu krytyki

    W tym roku turniej finałowy Champions League odbędzie się w Łodzi w dniach 16-18 maja. Zazwyczaj Final Four zamykał się w dwa dni. Półfinały były rozgrywane w sobotę, a mecze o medale odbywały się w niedzielę.

     

    W tym roku jednak organizatorzy z Polski i CEV zastosowali dość osobliwy wariant. Pierwszy półfinał odbędzie się w piątek o 20:00, a drugi w sobotę o 14:45. Jak nietrudno się domyślić, w meczach o medale zdecydowanie bardziej wypoczęte będą te drużyny, które grały swój półfinał w piątek.

     

    Niestety, źle na tym mogą wyjść drużyny z naszego kraju, bowiem półfinał JSW Jastrzębski Węgiel – Aluron CMC Warta Zawiercie zaplanowano na sobotę. Ta sytuacja nie spodobała się między innymi Bartoszowi Kwolkowi i Łukaszowi Kaczmarkowi (więcej TUTAJ).

     

    – Zgadzam się z tą krytyką. Wydaje mi się, że to trochę abstrakcyjne. Nie wiem, z jakiej racji podjęto taką decyzję. Chciałbym wystosować apel do władz, żeby się jeszcze nad tym zastanowić. Najbardziej sprawiedliwe byłoby, gdyby oba mecze były rozgrywane w sobotę lub w piątek. Do tego momentu są jeszcze dwa miesiące. Zobaczymy, czy to się wydarzy – opowiada Fornal.

     

    Pozytywnie ocenia jednak powrót do formatu Final Four. Od 2019 roku odbywał się bowiem Superfinał Ligi Mistrzów. W jednej hali w tym samym dniu odbywał się finał Ligi Mistrzów i Ligi Mistrzyń. Od tego sezonu Final Four kobiet i mężczyzn odbywa się w innym miejscu, w innym terminie.

     

    – Dobrze, że wracamy do starej formuły. Superfinał miał swoje plusy i minusy. Teraz to będzie jednak siatkarskie święto, bo przez cały weekend najlepsze drużyny w Europie zjadą się i będą grać w jednym miejscu – tłumaczy Fornal.

     

    Wyjątkowy kibic

    W tym meczu Tomasz Fornal miał także wyjątkowe wsparcie, bowiem przyjechał Bartosz Kurek, który obecnie gra w ZAKSIE Kędzierzyn-Koźle. Panowie prywatnie są przyjaciółmi, a zdjęcie z ich rozmowy obiegło internet.

     

    – Każdy przyjeżdża mnie pooglądać, nie dziwię się – zaśmiał się Fornal. – Bartek miał luźny wieczór, a my graliśmy późno, więc mnie odwiedził. Cieszę się z tego – dodaje przyjmujący.

  • Zatrważająca niemoc. A “Lewy” bagatelizuje problem [OPINIA]

    Zatrważająca niemoc. A “Lewy” bagatelizuje problem [OPINIA]

    Zatrważająca niemoc. A “Lewy” bagatelizuje problem [OPINIA

    559 dni i 797 minut na gola z gry w meczu o stawkę drużyny narodowej czeka Robert Lewandowski. To najdłuższa taka niemoc “Lewego” w reprezentacyjnej karierze. Kapitan bagatelizuje sprawę, ale problem jest głęboki. Cofa nas w czasie o ponad dekadę.

    Po niedzielnym meczu z Atletico (4:2), w którym Robert Lewandowski w pięknym stylu (zobacz TUTAJ) strzelił 35. (!) w tym sezonie gola dla Barcelony, Mateusz Święcicki z Eleven Sports zapytał go o to, kiedy doczekamy się jego trafienia z gry w meczu reprezentacji.

    – Co to za różnica? Gol to gol. Czy z gry, czy nie z gry, czy z karnego, czy z wolnego. Nieważne jak – ważne, żeby wpadało – odpowiedział z uśmiechem “Lewy”. Być może to nie były odpowiednie okoliczności na zadanie takiego pytania, ale płytka odpowiedź 36-latka też była nie na miejscu.

    Problem jest realny i głębszy, niż wydaje się na pierwszy rzut oka. To aż nieprawdopodobne, ale Robert Lewandowski na gola z otwartej gry w reprezentacji Polski czeka od 21 listopada 2023 roku. Wtedy w towarzyskim meczu z Łotwą (2:0) posłał piłkę do bramki głową po dośrodkowaniu Nicoli Zalewskiego.

    Jeszcze dłużej, bo od 7 września 2023 roku i spotkania el. Euro 2024 z Wyspami Owczymi (2:0), czeka na takiego gola w meczu o stawkę drużyny narodowej. Od tego czasu wystąpił w 10 meczach Polski o stawkę i bramki z akcji nie zdobył.

    Zatrważająca niemoc najlepszego strzelca w historii reprezentacji Polski (84) w takich spotkaniach trwa już 797 minut, czyli ponad 13 godzin. Nigdy nie czekał na takie trafienie dłużej. Swój poprzedni rekord z lat 2012-2013 (736) pobił już o ponad godzinę. A ustanawiał go w czasie, kiedy kibice kwitowali jego grę gwizdami, a on jednoznacznym gestem “uciszał” trybuny po przerwaniu tej czarnej serii w meczu z Czarnogórą.

    476 minut bez celnego strzału z gry

    “Lewy” mówi: “Co to za różnica? Gol to gol. Czy z gry, czy nie z gry, czy z karnego, czy z wolnego. Nieważne jak – ważne, żeby wpadało”. Kłopot w tym, że od wspomnianego meczu z Łotwą, od którego minęło już 484 dni, 36-latek rozegrał w reprezentacji 10 spotkań i zdobył tylko dwie bramki: z rzutów karnych z Francją (1:1) na Euro 2024 i Szkocją (3:2) w Lidze Narodów. “Nie z gry (…) czy z wolnego” nic nie wpadało.

    Porażające są jednak inne statystyki, które mówią wiele zarówno o “Lewym”, jak i o drużynie Michała Probierza. W żadnym z trzech ostatnich występów w reprezentacji – z Chorwacją (0:1), Portugalią (1:3) i Chorwacją (3:3), Lewandowski nie oddał celnego strzału na bramkę rywali. W tym ostatnim nie podjął nawet żadnej próby i przytrafiło mu się to już drugi raz za kadencji Probierza. Wcześniej na Euro 2024 z Austrią (1:3).

    A ostatnie celne uderzenie w meczu kadry wykonał we wrześniowym meczu ze Szkocją (3:2). Z rzutu karnego. Podobnie jak z Francją na Euro 2024. Na celny strzał z akcji kapitana Biało-Czerwonych czekamy już 285 długich dni. Od 7 czerwca ubiegłego roku i towarzyskiego meczu z Ukrainą (3:1) przed Euro 2024.

    W żadnym z siedmiu kolejnych występów w drużynie narodowej Lewandowskiemu nie udało się trafić piłką z gry w tzw. światło bramki – prostokąt, który wyznaczają słupki i poprzeczka o powierzchni blisko 18 metrów kwadratowych. Ta niemoc trwa już 476 minut.

    W tym czasie Lewandowski oddał 10 strzałów: sześć niecelnych, trzy zablokowane, a jednym ostemplował poprzeczkę bramki przeciwnika. Próbował prawą (5) nogą, lewą (3) i głową (2), z pola karnego (6) i z dystansu (4). I ani razu nie zmusił bramkarza rywali do interwencji. To druzgocące fakty, biorąc pod uwagę klasę kapitana Biało-Czerwonych.

    Niewykorzystany

    Pod wodzą Probierza Lewandowski wystąpił w 12 meczach reprezentacji. Strzelił w nich trzy gole: dwa z rzutów karnych, a jednego głową z akcji – z Łotwą. Rozegrał w tych spotkaniach 823 minuty. Oddał łącznie 39 strzałów, w tym 10 celnych (5 z gry).

    To gorzka prawda o ostatnich kilkunastu miesiącach Lewandowskiego w reprezentacji. Z drugiej strony, 36-latek nie jest przez kolegów odpowiednio obsługiwany. Napastnik żyje z podań, a w reprezentacji mógłby paść z głodu. Weźmy pod uwagę wszystkie mecze o stawkę za kadencji Probierza.

    W dziewięciu takich występach Lewandowski miał tylko 29 kontaktów z piłką w polu karnym rywali, z czego 10 pochodzi z meczu z najniżej notowanym przeciwnikiem – Estonią (5:1). W pozostałych ośmiu było zatem ich łącznie 19. A sytuacji, gdy otrzymał piłkę, będąc w tzw. świetle bramki, czyli w miejscu, z którego pada najwięcej goli, było w tych meczach 10, w tym cztery z Estonią. Z otwartej gry: trzy. Wszystkie głową.

    Warto w tym miejscu wrócić do ostatniego celnego strzału z gry. We wspomnianym meczu z Ukrainą Lewandowski sprawdził bramkarza uderzeniem sprzed pola karnego. By znaleźć ostatni celny strzał naszego kapitana z pola karnego rywali, trzeba się cofnąć aż do półfinału baraży z Estonią (5:1).

    Na kolejne takie uderzenie “Lewego” czekamy już 363 dni, dziewięć rozegranych meczów i 617 spędzonych przez niego na boisku minut. W dniu meczu z Litwą będziemy obchodzić rocznicę ostatniego takiego strzału Lewandowskiego w reprezentacji. Niebywałe.

     

    Reprezentacja znów, jak w 2013 roku, gdy Adam Nawałka przejmował reprezentację, ma potężny problem z wykorzystaniem snajperskiego potencjału Lewandowskiego. W takich okolicznościach nie może dziwić, że “Lewy” tak długo czeka na to już mityczne trafienie z gry.

     

    Brak serwisu

     

    W kwestii przełamania “Lewego” optymizmem przed nadchodzącymi meczami z Litwą (21.03) i Maltą (24.03) może napawać fakt, że trzy ostatnie gole z gry kapitan strzelił z drużynami o podobnej sile, czyli z rywalami z drugiej setki rankingu FIFA: Mołdawii, Wyspom Owczym i Łotwie.

     

    Z drugiej strony, Lewandowskiemu trudno być twórcą i tworzywem. Z obecnych na marcowym zgrupowaniu piłkarzy tylko czterech kiedykolwiek asystowało przy golu “Lewego” w reprezentacji. To Sebastian Szymański, Karol Świderski, Przemysław Frankowski i Bartosz Bereszyński – każdy z nich symbolicznie, po razie. Problem w tym, że działo się to w latach 2020-2023.

     

    Poza nimi w ostatnich pięciu latach robili to kontuzjowani w tej chwili Arkadiusz Milik (1), Nicola Zalewski (1) i Piotr Zieliński (2), niegrający już w reprezentacji Mateusz Klich (1), Maciej Rybus (1) i Kamil Glik (1) oraz Damian Szymański (1), Karol Linetty (1) i Kamil Jóźwiak (4), z których Michał Probierz zrezygnował.

     

    Oczywiście, w Barcelonie, w której w tym sezonie strzela gola za golem, Lewandowski pełni inną rolę. Może skupić się na “żerowaniu” w polu karnym rywali. W reprezentacji ma zdecydowanie więcej obowiązków na boisku. W inny sposób grają też te zespoły. W dominującej Dumie Katalonii cała potężna ofensywna machineria pracuje na niego, a on wiele goli strzela na jeden kontakt.

     

    Ktoś powie: w klubie ma taki serwis, że wystarczy mu dołożyć nogę. I to prawda. W kadrze po raz ostatni tak tylko “dołożył nogę”, czyli strzelił gola bez przyjęcia piłki, pięć lat temu. W meczu Ligi Narodów z Bośnią i Hercegowina (3:0), kiedy “asystą-malinką” obsłużył go Mateusz Klich.

     

    Od tego czasu “Lewy” strzelił w kadrze 20 goli i ani jednego na jeden kontakt, nie licząc oczywiście bramek zdobytych głową (4) czy z rzutu karnego (3). A graliśmy nie tylko z potęgami, ale też ze wspomnianymi słabeuszami jak San Marino, Andora, Mołdawia, Wyspy Owcze czy Estonia. I w żadnym z tych spotkań koledzy nie sprawili, by Lewandowski mógł tylko “dołożyć nogę”.

     

    Mecz 1. kolejki el. MŚ 2026 Polska – Litwa w piątek o godz. 20:45 na Stadionie Narodowym w Warszawie.

  • Historyczny triumf polskich siatkarzy w Europie. Kosmiczny set, a potem wkroczył Wilfredo Leon

    Historyczny triumf polskich siatkarzy w Europie. Kosmiczny set, a potem wkroczył Wilfredo Leon

    Historyczny triumf polskich siatkarzy w Europie. Kosmiczny set, a potem wkroczył Wilfredo Leon

    Bogdanka LUK Lublin kończy niesamowitą przygodę w europejskich pucharach z trofeum. Już w debiutanckim sezonie lubelski zespół sięga po Puchar Challenge. W finałowym dwumeczu zespół Wilfredo Leona stoczył zaciętą walkę z Cucine Lube Civitanova. W rewanżu we Włoszech polscy siatkarze wybronili kilka piłek meczowych, a potem sami dopięli swego. Pierwsze trofeum w historii klubu Bogdance LUK zapewniły już dwa wygrane sety. Przegrany tie-break niczego już nie zmienił.

     

    Bogdanka LUK Lublin w tym sezonie zadebiutowała w europejskich pucharach. Ruszyła na europejskie parkiety wzmocniona Wilfredo Leonem, który na swój pierwszy klub w PlusLidze wybrał właśnie ten z Lublina. Przez poprzednie rundy Bogdanka LUK przeszła jak burza, wygrywając wszystkie spotkania. Nie dała się zaskoczyć również w pierwszym meczu finałowym z Cucine Lube Civitanova.

     

    Przed tygodniem w Lublinie Leon i spółka wygrali 3:1 i zdominowali rywali świetnymi zagrywkami – zanotowali aż 13 asów serwisowych. W środę urodzony na Kubie reprezentant Polski również szybko popisał się asem serwisowym, ale pierwszy set był niezwykle wyrównany. Prowadzenie przechodziło z rąk do rąk, Leonowi w ataku wydatnie pomagał Mikołaj Sawicki. Żadna z drużyn nie potrafiła wypracować sobie większej przewagi. To udało się dopiero przy stanie 20:18, kiedy zagrywką polskiej drużynie pomógł rezerwowy Mateusz Malinowski.

     

    Lublinianie utrzymali tę przewagę niemal do końca. Prowadzili 24:22, a Marcin Komenda wybierał w ataku głównie Leona. Włosi w końcu znaleźli jednak na niego sposób, wytrzymali napór gości i sami mieli piłkę setową. Wykorzystali już pierwszą szansę, po asie serwisowym Adisa Lagumdziji wygrali 26:24.

     

    Siatkówka. Niewiarygodny set Bogdanki LUK Lublin. Wyrwała seta, a potem Puchar Challenge

     

    Przegrany set niewiele zmieniał w sytuacji lubelskiej drużyny – wciąż do awansu wystarczały jej dwie wygrane partie. Ale wypuszczona z rąk szansa jakby nieco podcięła skrzydła polskim siatkarzom. Lube szybko odskoczyło na trzy punkty i utrzymywało prowadzenie niemal przez całego seta. Na boisku już na stałe pojawił się Malinowski, który zmienił Kewina Sasaka. Kiedy lublinianie nieco zmniejszyli straty, na blok nadział się Sawicki i Włosi znów prowadzili 19:16. Na siatce rządził doświadczony środkowy Lube Marko Podrascanin, gościom nie pomogła nawet 100-procentowa skuteczność Malinowskiego. Włosi wygrali 25:21.

     

    Spotkanie obserwowane z trybun przez Nikolę Grbicia, selekcjonera polskiej kadry, układało się więc dla Bogdanki LUK coraz gorzej. Ale w trzeciej partii w końcu w polu zagrywki “odpalił” Leon i lublinianie prowadzili 8:5. To napędziło całą drużynę, przewaga wzrosła do sześciu punktów przy stanie 14:8. Tyle że gospodarze wzmocnili zagrywkę i zaczęli raz za razem blokować Leona. Błyszczał Aleksandar Nikołow, Włosi doprowadzili do remisu 15:15. Walkę punkt za punkt przerwał jednak Malinowski. Kapitalne zagrywki rezerwowego atakującego dały gościom idealną sytuację do blokowania i kontrataków, a w konsekwencji prowadzenie 23:19.

     

    Włosi nawet z takiego wyniku zdołali się jednak podźwignąć i doprowadzić do gry na przewagi. W niej polscy siatkarze mieli piłki setowe, ale sytuację odmieniła zagrywka, jaką popisał się Mattia Bottolo. Prowadzenie przechodziło z rąk do rąk, ale decydującego ciosu brakowało. Było za to mnóstwo emocji, Włosi dyskutowali z sędzią, Leon uderzał w reklamy. Wojnę nerwów wygrali lublinianie, po ataku Malinowskiego wygrali 38:36.

     

    Bogdanka LUK była więc o zaledwie seta od triumfu w Pucharze Challenge. W czwartej partii trwała jednak zażarta walka punkt za punkt. Cały czas wysoki poziom utrzymywał Malinowski, Komenda korzystał z dokładnego przyjęcia. A kiedy w ataku pomylił się Lagumdzija, Bogdanka LUK w połowie seta odskoczyła na dwa punkty. Wtedy w pole zagrywki wszedł Leon. Sam posłał trzy asy serwisowe, trzy akcje wykończyli jego koledzy. I polski zespół prowadził już 18:11. Emocje jeszcze się nie skończyły, były dyskusje, żółte kartki dla obu drużyn, i przewaga gości stopniała. Ale nie do końca – lublinianie wygrali 25:20 i Puchar Challenge był ich.

     

    Po ostatniej akcji czwartego seta siatkarze Bogdanki LUK mogli już zacząć świętowanie. Zawodnicy zebrali się w kółku na środku boiska i zaczęli szaleć ze szczęścia. Świętowali także kibice z Polski, pogratulowali sobie trenerzy obu drużyn… ale mecz trzeba było dokończyć. Obaj szkoleniowcy zdecydowali się więc na głębokie zmiany w składach. Lepiej wyszli na tym gospodarze, którzy szybko zbudowali sobie wysoką przewagę. Przegrana lubelskiej drużyny 15:7 niczego już jednak nie zmieniła – to ona mogła w środę świętować.

     

    Zwycięstwo Bogdanki LUK sprawia, że Puchar Challenge pozostaje w rękach polskich siatkarzy. Przed rokiem w tych rozgrywkach triumfował PGE Projekt Warszawa. Wcześniej, w 2012 r., po Puchar Challenge sięgnął też Tytan AZS Częstochowa.