• Demolka w Ameryce, koniec po 55 minutach. Mistrzyni Miami Open za burtą

    Demolka w Ameryce, koniec po 55 minutach. Mistrzyni Miami Open za burtą

    Demolka w Ameryce, koniec po 55 minutach. Mistrzyni Miami Open za burtą

    Noc z niedzieli na poniedziałek czasu polskiego okazała się bardzo szczęśliwa dla Diany Sznajder. Rosjanka i grająca z nią w duecie Mirra Andriejewa triumfowały w deblowych zmaganiach rangi WTA 1000 na Florydzie. 21-latka nie miała zbyt wiele czasu na świętowanie, bowiem już w środę musiała rozegrać swój pierwszy singlowy mecz podczas turnieju rangi “500” w Charleston. Wówczas poradziła sobie jeszcze z Poliną Kudiermietową, ale dzisiaj doznała bolesnej porażki – 2:6, 1:6 z Jekateriną Aleksandrową w zaledwie 55 minut.

     

    Turniej WTA 500 w Charleston stanowi pewien przełom dla Jekateriny Aleksandrowej. Zawodniczka, która na przełomie stycznia i lutego imponowała serią ośmiu zwycięstw z rzędu, później przegrała cztery kolejne spotkania. Ostatnie z nich przeciwko Magdzie Linette, w drugiej rundzie tysięcznika w Miami. Podczas zmagań na mączce radzi jednak sobie świetnie. W drugiej rundzie w ekspresowym stylu rozprawiła się z Ann Li, wygrywając 6:3, 6:0.

     

    Dzisiaj czekała ją rywalizacja z Dianą Sznajder, która wczoraj obchodziła 21. urodziny, a cztery dni temu świętowała zwycięstwo w deblowych rozgrywkach w Miami. Problem młodej Rosjanki polega jednak na tym, że o ile w grze podwójnej radzi sobie ostatnio świetnie, to jej singlowa dyspozycja nieco poszła w dół względem ubiegłego sezonu. Podczas czwartkowej rywalizacji nie miała większych szans w premierowej potyczce ze starszą rodaczką.

     

    Jekaterina Aleksandrowa w ćwierćfinale WTA 500 w Charleston. Pogrom w meczu Rosjanek

     

    Aleksandrowa nadawała ton rywalizacji od samego początku. W pierwszych dwóch gemach straciła zaledwie jeden punkt. Po chwili nastąpił jedyny zryw w premierowej odsłonie spotkania ze strony Sznajder, miała dwie piłki na 2:2. Mimo to nie utrzymała swojego podania i pozwoliła starszej koleżance na odzyskanie kontroli nad wydarzeniami w secie. W pewnym momencie zrobiło się już 4:1 dla Jekateriny.

     

    Diana podjęła jeszcze jedną próbę powrotu, w trakcie siódmego rozdania miała break pointa na zniwelowanie straty przełamania. Ostatnie trzy akcje zakończyły się jednak po myśli tenisistki z Czelabińska. W ósmym gemie Aleksandrowa rozstrzygnęła sprawę i wygrała pierwszą partię 6:2.

     

    Druga odsłona przyniosła jeszcze większą dominację ze strony Jekateriny. 30-latka rozpoczęła seta od utrzymania serwisu bez straty punktu, a później wróciła ze stanu 15-40 i wywalczyła przełamanie. Następnie potwierdziła przewagę i prowadziła już 3:0.

     

    Tym razem Sznajder nie miała już choćby jednego break pointa na to, by odrobić różnicę. Co więcej, to zawodniczka z Czelabińska wypracowała sobie kolejne przełamanie i przy stanie 5:1 serwowała po awans do kolejnej fazy. Wykorzystała drugiego meczbola i zakończyła spotkanie rezultatem 6:2, 6:1 po zaledwie 55 minutach gry. Rywalką Aleksandrowej w ćwierćfinale WTA 500 w Charleston będzie Qinwen Zheng lub Elise Mertens.

     

  • Rodzice opuścili Rosję, dziś wygrywa na potęgę. 10 razy z rzędu, na liście Andriejewa

    Rodzice opuścili Rosję, dziś wygrywa na potęgę. 10 razy z rzędu, na liście Andriejewa

    Rodzice opuścili Rosję, dziś wygrywa na potęgę. 10 razy z rzędu, na liście Andriejewa

    Aby dać swojej starszej córce większe szanse na rozwój, państwo Anisimowie pod koniec XX wieku wyjechali z Rosji do USA. Tam urodziła się już Amanda, która – w przeciwieństwie do siostry, stała się czołową tenisistką świata. A jeszcze w maju zeszłego roku była w trzeciej setce rankingu WTA, miała problemy z powrotem do formy po długiej przerwie. Dziś jest już blisko TOP 15, a w jej wynikach można dopatrzeć się pewnego wzorca. Chodzi o wyniki uzyskane z rywalkami, które… urodziły się na terenie Rosji. Kolejne mamy w Charleston.

     

    Amanda Anisimova pokonała w czwartek Julię Putincewą – w 76 minut uporała się z Kazaszką w dwóch setach (6:4, 6:4). Choć bardziej poprawne byłoby stwierdzenie, że z “reprezentantką Kazachstanu”, bo Putincewa urodziła się w Moskwie i Rosję reprezentowała do połowy 2012 roku. I jako Rosjanka dwukrotnie zagrała w finałach juniorskiego Wielkiego Szlema. W tym pierwszym, w 2010 roku, przegrała zresztą w finale z Darią Gawriłową, dziś pod nazwiskiem Saville reprezentującą Australię. O niej też będzie mowa.

     

    Anisimova zaś w Rosji się nie urodziła, choć to kraj jej rodziców, tam na świat przyszła też jej siostra Maria. I to właśnie dbając o rozwój Marii Olga i Konstantin Anisimowie wyjechali w 1998 roku do USA, tam trzy lata później urodziła się Amanda. Maria grała w tenisa na poziomie collegu, kariery w sporcie nie zrobiła. Dużo lepiej poszło jej w zajmowaniu się finansami – w tej kategorii w 2018 roku Maria Egee trafiła na listę Forbesa Under 30.

     

    Amanda w tym czasie miała zaś w kolekcji juniorskie mistrzostwo US Open.

     

    Starsza siostra odegrała ważną rolę w rozwoju Amandy. Sprawiła, by ta nie popełniała jej błędów, także w sprawach godzenia treningów z życiem rodzinno-towarzyskim. W 2019 roku 17-letnia Amanda była najmłodszą zawodniczką w TOP 100 rankingu WTA, znalazła się tam szybciej niż Iga Świątek. Na korcie spotkały się tylko raz – w finale juniorskiego Fed Cupu w Budapeszcie, jesienią 2016 roku. Iga wygrała 6:4, 6:2, Polki zostały mistrzyniami świata.

     

    Anisimova była więc na dobrej drodze, by jako nastolatka znaleźć się w ścisłej czołówce, w Bogocie wygrała turniej WTA, w Paryżu dotarła do półfinału French Open. Media pisały o następczyni Marii Szarapowej i potencjalnym wielomilionowym kontrakcie od Nike.

     

    I tuż przed US Open 24. rakieta świata dowiedziała się o nagłej śmierci ojca – 50-letniego Konstantina, który był jej trenerem. To przyhamowało karierę zawodniczki, a największe problemy pojawiły się w 2022 roku. Była 22. na liście WTA, zaczęła przegrywać mecze, wreszcie na kilka miesięcy zniknęła z kortów. Później zdradziła, że zmagała się z problemami psychicznymi i wypaleniem. Wróciła do gry w kolejnym sezonie, ale wciąż było źle – trzy zwycięstwa w 11 spotkaniach. I już po WTA w Madrycie dała sobie spokój, tym razem na osiem miesięcy.

     

    Dopiero wtedy zdradziła, że ma ogromne problemy. “Bycie na turniejach tenisowych stało się nie do zniesienia. W tym momencie moim priorytetem jest moje dobre samopoczucie psychiczne i zrobienie sobie przerwy. Pracowałam tak ciężko, jak mogłam, żeby to przetrwać” – napisała na Instagramie. Zajęła się… malarstwem.

     

    Wróciła w 2024 roku, z miejscem w czwartej setce światowej listy. Przełom nastąpił latem, zaczynając od kalifikacji, doszła do ćwierćfinału WTA 500 w Waszyngtonie, za chwilę zagrała w finale WTA 1000 w Toronto, ogrywając choćby Arynę Sabalenkę. Największym sukcesem był oczywiście triumf w Dosze półtora miesiąca temu, dający jej awans na rekordowe 18. miejsce na świecie.

     

    Niezwykła seria Anisimovej w starciach z zawodniczkami urodzonymi w Rosji. Aż trudno w nią uwierzyć. Mocne nazwiska

     

    Szczególnym przypadkiem, na który warto zwrócić uwagę, jest zaś… ogrywanie zawodniczek urodzonych na terenie Rosji, choć nie wszystkie dziś reprezentują ten kraj. W Waszyngtonie pokonała Anastazję Pawluczenkową, w Toronto: Darię Kasatkinę i Annę Kalinską. W Seulu zwyciężyła Putincewą, w Pekinie ponownie Kasatkinę. A w tym roku: Darię Saville w Hobart, Jekaterinę Aleksandrową w Dosze, Mirrę Andriejewą w Miami, przerywając serię zwycięstw 17-latki.

     

    Serię zaś kontynuuje już w Charleston – najpierw pokonała Weronikę Kudiermietową, dziś dorzuciła kolejny triumf nad Putincewą. Po spotkaniu bez większej historii (6:4, 6:4), w którym przez cały czas miała inicjatywę. To już 10 zwycięstw z rzędu nad zawodniczkami urodzonymi w kraju, z którego wyemigrowali jej rodzice. Na kolejne będzie miała szansę najwcześniej w półfinale, w tej połowie drabinki są bowiem Kalinska i Kasatkina.

     

  • 3:6, 2:6 z Igą Świątek, teraz kolejny bolesny cios. Gwieździe puściły nerwy

    3:6, 2:6 z Igą Świątek, teraz kolejny bolesny cios. Gwieździe puściły nerwy

    3:6, 2:6 z Igą Świątek, teraz kolejny bolesny cios. Gwieździe puściły nerwy

    Maria Sakkari w poprzednim roku pauzowała przez kilka miesięcy z powodu kontuzji, na kort wróciła dopiero przy okazji United Cup inaugurującego kolejny sezon. Greczynka regularnie jednak zalicza wpadki i przegrywa nie tylko z wyżej notowanymi zawodniczkami takimi jak Iga Świątek, ale też teoretycznie słabszymi rywalkami. Wciąż nie jest w stanie się przełamać, kolejnej porażki doznała w Charleston. Po meczu z kolei nerwowo zareagowała na uwagę jednego z internautów.

     

    Maria Sakkari jeszcze kilka lat temu należała do ścisłej czołówki światowego tenisa. Greczynka w 2021 roku dochodziła do półfinałów Roland Garros i US Open, w kolejnym sezonie oglądaliśmy ją z kolei m.in. w finałach turniejów w Indian Wells i Waszyngtonie. Trzecia pozycja w rankingu WTA, jaką zajmowała w marcu 2022 roku, potwierdzała, że pochodząca z Aten zawodniczka dysponuje olbrzymim potencjałem.

     

    W kolejnych sezonach Sakkari przeplatała pojedyncze sukcesy (zwycięstwo we wrześniu 2023 roku w Guadalajarze czy finał Indian Wells w ubiegłym roku) z bolesnymi porażkami. W walce o powrót na szczyt przeszkadzały jej problemy zdrowotne, które dały się we znaki podczas ostatniego US Open. Greczynka skreczowała w pierwszej rundzie i już więcej na korcie jej nie oglądaliśmy – w październiku ogłosiła zakończenie sezonu.

     

    Była trzecia rakieta świata na korty wróciła podczas rozgrywanego na przełomie grudnia i stycznia United Cup, gdzie przegrała oba mecze. Szybko, bo na etapie drugiej rundy pożegnała się z turniejem w Adelajdzie, w Australian Open nie była w stanie wygrać nawet jednego meczu. Podobnie jak w Dubaju i Meridzie, a w pozostałych turniejach nie zanotowała serii dwóch zwycięstw z rzędu. Po drodze uległa m.in. Idze Świątek, która w lutym ograła ją w Dosze (6:3, 6:2).

     

    Maria Sakkari znowu przegrała. Później puściły ją nerwy

     

    Szansą na “nowe otwarcie” dla Sakkari miał być turniej WTA 500 w Charleston. Nie tak mocno obsadzony jak “tysięczniki” w Miami, Indian Wells czy na Bliskim Wschodzie, ale z udziałem kilku zawodniczek z czołówki rankingu: Jessiki Peguli, Madison Keys, Qinwen Zheng czy Emmy Navarro.

     

    Greczynka zmagania rozpoczęła udanie, bo w pierwszej rundzie odprawiła występującą z dziką kartą Marinę Stakusic (6:3, 6:2). A później miała pecha, bo trafiła na rozstawioną z “trójką” Zheng. Mistrzyni olimpijska z Paryża oddała jej w sumie tylko pięć gemów (6:4, 6:1) i przekreśliła marzenia Sakkari o dobrym wyniku w Charleston. Szybkie odpadnięcie z turnieju to jednak niejedyne zmartwienie półfinalistki Roland Garros i US Open.

     

    Sakkari, która obecnie plasuje się na 64. miejscu w rankingu WTA, przed rokiem w Charleston dotarła aż do półfinału, w którym przegrała z późniejszą triumfatorką, Danielle Collins. A to oznacza, że w bieżącej edycji broniła 195 punktów, z kolei wywalczyła zaledwie 32. W najnowszym zestawieniu straci więc 163 “oczka” i spadnie a 81. pozycję.

     

    Maria Sakkari wypadnie teraz poza pierwszą 80-tkę po tej porażce z Qinwen w Charleston… trudno sobie wyobrazić, żeby wróciła do pierwszej 10-tki

     

    ~ zaraportował po meczu z Chinką prowadzący konto Christian’s Court w X.

     

    Na jego wpis zareagowała Greczynka. Najwyraźniej ubodło ją to, że publicznie zwrócono uwagę na jej spadek w rankingu.

     

    “Czy jestem pierwszą lub ostatnią zawodniczą, która wraca po kontuzji i traci punkty?”– zapytała retorycznie.

     

  • Przykra prawda o trenerze Świątek. Tego się już nie da zatuszować. Trudny moment

    Przykra prawda o trenerze Świątek. Tego się już nie da zatuszować. Trudny moment

    Przykra prawda o trenerze Świątek. Tego się już nie da zatuszować. Trudny moment

    Mija właśnie pół roku, od kiedy szkoleniową opiekę nad Igą Świątek przejął Wim Fissette. Plan w ostatnich miesiącach był klarowny – najlepsza polska tenisistka miała urozmaicić rzemiosło i szybko wrócić na pozycję liderki światowego rankingu. Rzeczywistość okazała się jednak bardziej prozaiczna. Pod wodzą nowego trenera w żadnym turnieju nie udało jej się dotrzeć do finału. – Nie chciałbym go krzywdzić, bo to na pewno dobry fachowiec, ale jeżeli coś się zmieniło, to na gorsze – mówi w rozmowie z TVP Sport, ceniony ekspert Tomasz Wolfke.

     

    Iga Świątek przechodzi kryzys formy. Pod wodzą nowego szkoleniowca wzięła udział w 10 turniejach. Efekt? Żadnego z nich nie wygrała. W żadnym nie awansowała do finałowej rozgrywki.

     

    Pół roku to wystarczająco długo, by ocenić pracę Wima Fissette’a, który w roli trenera Igi zastąpił Tomasza Wiktorowskiego. Czy wniósł coś pozytywnego do gry najlepszej polskiej tenisistki?

     

    – Moim zdaniem nie – odpowiada Tomasz Wolfke w rozmowie z TVP Sport. – Przepraszam, bo nie chciałbym go krzywdzić, bo to na pewno dobry fachowiec, ale jeżeli coś się zmieniło, to na gorsze. Liczby pokazują, że Iga troszeczkę gorzej serwuje, nie wygrywa ważnych meczów. Nie wiem więc, czy mógł coś zmienić na dobre.

     

    Świątek czeka na turniejowy triumf. Rezygnuje z gry w Radomiu, kibice rozczarowani

     

    Kibice mają bardzo podobne zdanie. Zaczęli je wyrażać głośno, kiedy Świątek w ubiegłym miesiącu wróciła z USA bez tytułu – po nieudanym podboju Indian Wells i Miami. Część fanów otwarcie domaga się ponownego zatrudnienia Wiktorowskiego, mając pełną świadomość, że to scenariusz abstrakcyjny.

     

    – Zawsze jednak powtarzam – nie róbmy tak jak w piłce nożnej, że zmieniamy trenera po trzech przegranych meczach. Niech on chociaż rok popracuje, niech ma okazję się wykazać. Poczekajmy, co się będzie działo w sezonie na kortach ziemnych. Może Iga znowu wygra Madryt, Rzym i Paryż? – dywaguje Wolfke.

     

    – Poczekajmy, co się stanie w Wimbledonie – dodaje ekspert. – Może zobaczymy tam wreszcie inną Igę? Może oni gdzieś w zaciszach kortów treningowych nad czymś pracują, nad jakąś tajną bronią, nad tym legendarnym “planem B”? Dajmy im trochę czasu. To nie jest piekarnia. Tutaj nie ocenia się efektu pracy po jednej nocy, czy po jednym turnieju, a nawet po trzech. Za jakiś czas zobaczymy, czy został wykonany krok w przód, czy dwa w tył.

     

    Tymczasem sympatycy Świątek mają powody do podwójnej frustracji. Raszynianka ogłosiła właśnie, że nie weźmie udziału w turnieju eliminacyjnym BJK Cup, który 10 kwietnia rozpocznie się w Radomiu.

  • Nagle pojawił się komunikat Barcelony nt. Szczęsnego. “Nie potrzebujemy”

    Nagle pojawił się komunikat Barcelony nt. Szczęsnego. “Nie potrzebujemy”

    Nagle pojawił się komunikat Barcelony nt. Szczęsnego. “Nie potrzebujemy”

    Wojciech Szczęsny nie miał zbyt wiele pracy w meczu z Atletico Madryt, a i tak zgarnia pochwały ze strony hiszpańskich mediów. Barcelona również odpowiednio honoruje polskiego bramkarza, nazywając go “niezwyciężonym”. W trakcie meczu na profilu Katalończyków ukazał się jeszcze jeden wymowny wpis poświęcony Szczęsnemu.

     

    FC Barcelona awansowała do finału Pucharu Króla dzięki wygranej 1:0 w rewanżowym meczu z Atletico Madryt. Robert Lewandowski wszedł z ławki rezerwowych, a całe spotkanie w bramce spędził Wojciech Szczęsny. Polski bramkarz nie miał zbyt wiele pracy, bo rywale nie oddali ani jednego celnego strzału przez 90 minut.

     

    Tak Barcelona pisała o Wojciechu Szczęsnym w trakcie meczu. Wymowne

     

    Po meczu na profilu Barcelony w mediach społecznościowych ukazało się zdjęcie polskiego bramkarza z podpisem “niezwyciężony”. Jest to oczywiście nawiązanie do 19 meczów z rzędu bez porażki, którymi może pochwalić się Szczęsny. Dodatkowo w środę zachował on 10. czyste konto w zespole Hansiego Flicka.

     

    Jeszcze w trakcie spotkania Katalończycy informowali o tym, co dzieje się na boisku. Po jednej z sytuacji znów pisali o Szczęsnym. “Nie potrzebujemy spalonego, mamy Szczęsnego” – ukazało się na profilu klubu w serwisie X.

     

    Nie chodziło jednak o bramkę Alexandra Sorlotha ze spalonego, a jedną z wcześniejszych sytuacji, kiedy Atletico oddało strzał po akcji z prawej strony, Szczęsny obronił, ale arbiter liniowy uniósł chorągiewkę i zasygnalizował spalonego. Dlatego też Atletico nie zaliczono wówczas celnego strzału na bramkę Polaka. Finalnie zespół Diego Simeone nie oddał ani jednego celnego uderzenia.

     

    Wojciech Szczęsny nadal jest “talizmanem” FC Barcelony i ma szansę na kolejne trofea. Barcelona pozostaje w grze nie tylko o Puchar Króla, ale również o zwycięstwo w LaLiga i Lidze Mistrzów. Kontrakt bramkarza obowiązuje do czerwca 2025 roku, ale prawdopodobnie zostanie przedłużony okolejny rok.

     

  • Cała Hiszpania mówi o Szczęsnym i ter Stegenie. Flick nie ma wyboru

    Cała Hiszpania mówi o Szczęsnym i ter Stegenie. Flick nie ma wyboru

    Cała Hiszpania mówi o Szczęsnym i ter Stegenie. Flick nie ma wybor

    Hiszpańscy dziennikarze zastanawiają się, czy w związku z powrotem do zdrowia Marc-Andre ter Stegen już niedługo wróci też do bramki Barcelony. W mediach trwa dyskusja, a odpowiedź jest prosta: nie wróci. Hansi Flick nie ma powodu, by rezygnować z Wojciecha Szczęsnego, który na własnej skórze odczuł, jak trudno jest zapracować na miejsce w składzie u niemieckiego trenera.

    W poniedziałek hiszpańskie media z radością obwieściły, że Marc-Andre ter Stegen wziął udział w treningu Barcelony. 32-letni bramkarz, który we wrześniowym meczu z Villarrealem doznał poważnej kontuzji prawego kolana, jest coraz bliższy powrotu do pełnej dyspozycji po siedmiomiesięcznej przerwie.

    Zdawkowa informacja w sprawie Niemca sprawiła, że w Hiszpanii rozpoczęła się kolejna dyskusja dotycząca Wojciecha Szczęsnego. Najpierw dziennikarze zastanawiali się, czy Barcelona powinna zatrudnić bramkarza, który przed chwilą przeszedł na emeryturę. Potem rozważali, czy w bramce drużyny Hansiego Flicka powinien stać Polak, czy jednak Inaki Pena. Jeszcze niedawno dywagowano nad nowym kontraktem dla Szczęsnego, a teraz dziennikarze zastanawiają się, czy w końcówce sezonu Flick postawi na Polaka, czy ter Stegena.

    “Mundo Deportivo” napisało nawet, że niemiecki bramkarz niedawnym wywiadem chciał wywrzeć presję na rodaku. – Po sześciu miesiącach wróciłem do treningów z drużyną i czuję się sprawniejszy niż kiedykolwiek. Mam mnóstwo energii i świetną drużynę wokół siebie. Jestem chętny do gry, poradzę sobie z każdą presją. Jeśli będę dawał radę na treningach, dam trenerowi sygnał, że jestem gotowy – mówił ter Stegen.

    W poniedziałek na stronie internetowej tego dziennika pojawił się też tekst zatytułowany “Powrót ter Stegena na horyzoncie”. “Najważniejsze jest to, że Niemiec widzi światełko w tunelu. Wszystko zaczyna się układać po jego myśli i pewnie niedługo zobaczymy go między słupkami. (…) Flick będzie musiał zdecydować, czy wrócić do pierwszego wyboru, czy pozostać przy Szczęsnym” – czytaliśmy.

    Flick nie zmieni Szczęsnego
    Podstawowe pytanie jednak brzmi: po co Flick miałby w tym momencie zmieniać bramkarza? Po kiepskim początku Szczęsny jest dziś jednym z liderów Barcelony, a niemal po każdym występie dziennikarze rozpływają się nad jego formą. Dyskusja o powrotnej zmianie w bramce wydaje się jałowa.

    Szczęsny nie popełnia błędów, imponuje interwencjami, spokojem i pewnością siebie. W 19 występach Polak zachował aż 10 czystych kont, a Flick chwalił nie tylko jego formę, ale też mentalność. – Takiego doświadczenia, takiego bramkarza, ta drużyna potrzebowała – mówił niedawno Niemiec.

    Poza tym Szczęsny stał się talizmanem Barcelony. Z nim w składzie Katalończycy nie przegrali jeszcze ani jednego spotkania, remisując zaledwie dwa. Ter Stegen to doskonały bramkarz, kapitan Barcelony, ale na dziś Szczęsny nie dał Flickowi żadnych argumentów do zmian.

    Zresztą Niemiec pokazał już, że na miejsce w składzie jego drużyny trzeba sobie solidnie zapracować. W Barcelonie doświadczył tego też Szczęsny, który kontrakt podpisał na początku października, a na debiut przeciwko Barbastro czekał aż trzy miesiące.

    Kiedy Polak wiązał się z Barceloną, wydawało nam się, że moment, w którym Flick posadzi Penę na ławce rezerwowych, to kwestia kilku dni. Niemiec okazał się jednak lojalny wobec Hiszpana i nie dał Szczęsnemu nic za darmo. Polak musiał wrócić do absolutnie najwyższej formy, by zapracować na szansę.

    Ter Stegen musi trenować i czekać
    Teraz to samo będzie czekało ter Stegena, który po operacj i długiej przerwie nie może być nawet blisko optymalnej dyspozycji. To, że Niemiec wrócił do treningów z drużyną, nie znaczy, że pracuje na najwyższych obrotach. – Zaczyna z nami treningi treningi, potem raczej już nie przebywa z zespołem na zajęciach. Jest zdrowy, to najważniejsze – mówił Szczęsny po meczu z Atletico w rozmowie z TVP.

    Trudno więc wyobrazić sobie, by Flick postawił na niegotowego zawodnika. Zwłaszcza w kluczowym momencie sezonu, w którym Barcelona nie będzie miała nieważnych spotkań. Katalończycy wciąż walczą o potrójną koronę i naprawdę trudno wskazać moment, w którym Flick mógłby podjąć tak duże ryzyko.

    Na dziewięć kolejek przed końcem La Liga Barcelona wyprzedza Real Madryt tylko o trzy punkty, ale to właśnie powrót ter Stegena w tych rozgrywkach wydaje się najbardziej prawdopodobny. Zwłaszcza jeśli Katalończykom wcześniej uda się zapewnić tytuł.

    Puchary? Tu ter Stegen na szansę raczej liczyć nie może. W Lidze Mistrzów jego powrót oznaczałby konieczność wyrejestrowania Szczęsnego, a w finale Pucharu Króla o sukcesie lub klęsce w meczu z Realem zdecyduje tylko jedno spotkanie. To za duże ryzyko, które dziś Szczęsny ogranicza do minimum.

     

  • Świątek nie zagra dla Polski. Skomentował jej decyzję. “Więcej minusów”

    Świątek nie zagra dla Polski. Skomentował jej decyzję. “Więcej minusów”

    Świątek nie zagra dla Polski. Skomentował jej decyzję. “Więcej minusów

    Iga Świątek zrezygnowała z występu w turnieju kwalifikacyjnym Billie Jean King Cup w Radomiu. Tomasz Wolfke w rozmowie z Przeglądem Sportowym Onet wskazał konsekwencje, jakie może nieść ze sobą decyzja wiceliderki rankingu WTA.

    Już w dniach 10-12 kwietnia polskie tenisistki powalczą w Radomiu w turnieju kwalifikacyjnym w ramach Pucharu Billie Jean King. Nasze zawodniczki czeka rywalizacja z Ukrainkami i Szwajcarkami. Kibice liczyli, że na kolejny występ w reprezentacji zdecyduje się Iga Świątek. Tak się jednak nie stało.

    “Podjęłam trudną decyzję. Wiem, że nie jest to informacja, której chcieli kibice, szczególnie polscy, niemniej to decyzja słuszna dla mnie na ten moment. Nie zagram w turnieju eliminacyjnym Billie Jean King Cup, który odbędzie się w Radomiu” – napisała wiceliderka rankingu WTA w oświadczeniu w mediach społecznościowych.

    Decyzja ta wynika z chęci “skupienia się na sobie i na treningach”, a mimo to wywołała falę komentarzy. – Ta decyzja ma ogólnie więcej minusów – stwierdził Tomasz Wolfke w rozmowie z Przeglądem Sportowym Onet.

    Ekspert Eurosportu zauważył, że brak Świątek może znacząco wpłynąć na wynik polskiej drużyny. Rywalki przyjadą bowiem do Radomia w najmocniejszych składach. Wolfke podkreślił, że bez drugiej rakiety świata Polska może mieć trudności z wygraniem turnieju. Magda Linette, liderka polskiej drużyny, będzie musiała stawić czoła takim zawodniczkom jak Belinda Bencić czy Elina Switolina.

    Zdaniem Wolfke decyzja Polki się jednak broni. – Z punktu widzenia Igi na pewno jest uzasadniona i trzeba ją uszanować, jeżeli chce skupić się na indywidualnej karierze. Ona ma za chwilę ponad 4000 punktów do obrony na kortach ziemnych, a turniej w Radomiu rozgrywany jest w hali – ocenił.

    – Jej tłumaczenie jest bardzo sensowne, nie ma się co do niego czepiać. Ma trochę gorsze wyniki, niż nas przyzwyczaiła i pewnie siebie samą też. Nadal nie są one jednak aż tak dramatyczne. Na pewno jest to powód, żeby skupić się bardziej na sobie niż na reprezentacji – dodał ekspert.

    Nieobecność Świątek to nie tylko sportowa strata. Jak zauważył Wolfke, brak wiceliderki rankingu WTA to również ogromna strata marketingowa dla Polskiego Związku Tenisowego. Wydarzenie z udziałem Świątek mogłoby przyciągnąć więcej kibiców i sponsorów, co przełożyłoby się na większe zyski.

    W Radomiu, obok Linette, Polskę będą reprezentować Maja Chwalińska, Katarzyna Kawa i Martyna Kubka. Magdalena Fręch, która miała również zagrać, została wyeliminowana przez kontuzję nadgarstka.

  • Oto jak Hiszpanie nazwali Szczęsnego po meczu z Atletico. Wymownie

    Oto jak Hiszpanie nazwali Szczęsnego po meczu z Atletico. Wymownie

    Oto jak Hiszpanie nazwali Szczęsnego po meczu z Atletico. Wymownie

    Atletico Madryt był najtrudniejszym do tej pory rywalem dla Wojciecha Szczęsnego. Polak najwięcej goli wpuścił w potyczkach z tym rywalem w barwach FC Barcelony, ale tym razem udało mu się zachować czyste konto. To w dużej mierze zasługa gry całej drużyny, która zneutralizowała rywali. Tak Hiszpanie ocenili postawę Polaka w półfinale Pucharu Króla.

     

    FC Barcelona pokonała Atletico Madryt 1:0 w rewanżowym starciu Pucharu Króla i awansowała do finału. W pierwszym spotkaniu padł wynik 4:4, więc sprawa kwalifikacji wciąż była otwarta. Ostatecznie górą byli podopieczni Hansiego Flicka, choć Los Colchoneros mieli swoje szanse i nawet strzelili gola na 1:1, ale sędziowie dopatrzyli się spalonego. Taki obrót spraw oznacza, że to Duma Katalonii zmierzy się o tytuł z Realem Madryt, który po dogrywce pokonał Real Sociedad.

     

    Wojciech Szczęsny i Robert Lewandowski zagrali przeciwko Atletico

     

    W tym meczu Wojciech Szczęsny rozegrał 90. minut, a Robert Lewandowski pojawił się na murawie w drugiej połowie. Polak wstał z ławki rezerwowych w 74. minucie i zmienił strzelca jedynego gola – Ferrana Torresa.

     

    Z kolei Wojciech Szczęsny miał niewiele roboty w tym meczu, choć musiał cały czas być skoncentrowany, zwłaszcza w końcówce, kiedy rywale rzucili się do ataku, a wepchnąć piłkę do jego bramki próbował nawet golkiper rywali – Juan Musso. Hiszpańskie media rozpisują się na temat tego spotkania. Jak oceniły postawę 34-latka?

     

    Marca oceniła Wojciecha Szczęsnego: Pewny siebie

     

    “Marca” w swoich ocenach zauważyła, że w poprzednich starciach Wojciech Szczęsny “miał mały problem” z Atletico Madryt, gdyż to była drużyna, która do tej pory strzeliła mu najwięcej goli w Hiszpanii. “W dwóch meczach, jednym w LaLiga i pierwszym meczu pucharowym stracił sześć goli” – przypomnieli.

     

    Dziennikarze wystawili mu notę za dwie połowy. “W pierwszej połowie nie miał w ogóle pracy. Jedyna szansa pojawiła się po stałym fragmencie gry, ale piłka od razu wyszła na aut” – relacjonuje “Marca”, która za tę część gry wystawiła mu notę: 6.

     

    Z kolei w drugiej połowie Hiszpanie podkreślili, że Atletico mocniej naciskało, “ale Polak wydawał się pewny siebie w swoich interwencjach” – czytamy. Dziennikarze zwrócili również uwagę, że 34-latek po raz pierwszy zachował czyste konto w meczu z drużyną Diego Simeone w barwach Barcelony. Ostatecznie jego nota końcowa wyniosła: 7.

     

    Sport.es: Wojciech “Widz” Szczęsny

     

    Kataloński “Sport” postawił Polakowi taką samą notę, przy okazji nazywając go “widzem” w tym spotkaniu. “Nie miał prawie nic do roboty w pierwszej połowie, ponieważ Atlético nie sprawiało mu kłopotów” – czytamy.

     

    Hiszpanie zwrócili uwagę na jedną ważną interwencję Polaka w drugiej połowie. W 48. minucie Polak popisał się kapitalną paradą po strzale Griezmanna z ośmiu metrów, ale w tej sytuacji i tak został odgwizdany spalony.

     

    “Narzucił swój autorytet”

     

    “AS” nie wystawił noty w skali od 1 do 10, ale w skrócie podsumował występ Wojciecha Szczęsnego. “Nie miał zbyt wiele pracy, a to, co miał do zrobienia, wykonał solidnie. Sorloth ponownie strzelił gola, ale tym razem był spalony. Był silny przy rzutach rożnych ze swoimi pięściami” – czytamy.

     

    Podobnie postąpiło “Mundo Deportivo”, które nazwało go “autorytatywnym”, czyli osobą, cieszącą się szacunkiem i zaufaniem. “Mało pracy w pierwszej połowie z bardzo mało ofensywnym przeciwnikiem. Nie utrudniał sobie życia w rozgrywaniu piłki nogami. Uważnie reagował, gdy Atletico naciskało, narzucił swój autorytet” – zakończono.

     

    Finał FC Barcelona – Real Madryt w Pucharze Króla zaplanowano na sobotę 26 kwietnia. Kto sięgnie po ten tytuł? Tego przekonamy się już wkrótce.

  • Piłka meczowa Polki, a później niemal zawał serca. Koniec po trzysetowej batalii

    Piłka meczowa Polki, a później niemal zawał serca. Koniec po trzysetowej batalii

    Piłka meczowa Polki, a później niemal zawał serca. Koniec po trzysetowej batalii

    Maja Chwalińska swój mecz w pierwszej rundzie WTA 125 w Antalyi miała rozegrać we wtorek – opady deszczu sprawiły, że z kalendarza spadły niemal wszystkie spotkania. Z Chinką Wushuang Zheng zmierzyła się więc dopiero w środę, była zdecydowaną faworytką. I prowadził 6:4, 4:1, a przy stanie 5:4 miała piłkę meczową i serwowała. Wszystko jednak za chwilę runęło, przegrała tego seta, a później kolejnego. A ponieważ nie gra tym razem w deblu, może już wrócić do Polski – tu za osiem dni Polska zagra w ramach Billie Jean King Cup.

     

    Maja Chwalińska spędzała na południu Turcji już trzeci tydzień – w Antalyi, a właściwie w Belek – kurorcie znanym wielu klubom piłkarskiej Ekstraklasy, bo tam często wyjeżdżają w przerwie zimowej na zgrupowania.W pierwszych zawodach WTA 125 dotarła do półfinału singla i zdobyła tytuł w deblu. Drugi tydzień był gorszy, choć wcale nie zły: zaowocował może i porażką w singlu na dzień dobry, ale też tytułem w deblu. I rekordowymi pozycjami w karierze w ranking WTA.

     

    A ten trzeci był najgorszy – 23-latka nie zgłosiła się do debla, a w grze pojedynczej odpadła już po pierwszym pojedynku. Mimo że tym razem szczęście jej dopisało w losowaniu, a w trakcie meczu miała wszystko w swoich rękach. I piłkę meczową na rakiecie.

     

    WTA 125 w Antalyi. Trzeci turniej tej rangi dla Mai Chwalińskiej. I bardzo korzystny układ, “szczęśliwa przegrana” z eliminacji na pierwszy ogień

     

    Rywalką Polki, rozstawionej tu z piątką, miała być pierwotnie doświadczona Niemka Tamara Korpatsch, co zwiastowało… długie spotkanie. To bowiem również zawodniczka grająca cierpliwie, głównie defensywna. We wtorek rano zrezygnowała jednak z występu, w jej miejsce wskoczyła klasyfikowana pod koniec trzeciej setki na liście WTA Chinka Wushuang Zheng.

     

    Z tą zawodniczką Maja mierzyła się już w ostatni piątek, ale w półfinale debla. Choć Chinka była mocniejszym punktem w swojej parze od Prarthany Thombare z Indii, to z Chwalińską i Anastasią Detiuc nie miały większych szans, przegrały 1:6, 4:6. A w finale kwalifikacji Chinka wygrała pierwszego seta 7:6 z Żibek Kulambajewą z Kazachstanu, w drugim przegrywała 5:6, była równowaga w 12. gemie. I Zheng zrezygnowała z dalszej gry.

     

    Po czym następnego dnia okazało się, że jako “szczęśliwa przegrana” wskakuje do drabinki, co też tylko pokazuje, jak kuriozalne mogą być przepisy.

     

    W teorii Polka powinna sobie poradzić bez większych problemów, praktyka pokazywała co innego.

     

    Chwalińska jednak miała wszystko w swoich rękach, pierwszą partię wygrała 6:4, wywalczając kluczowe przełamanie w 10. gemie. A wcześniej były wzajemne cztery utraty serwisów z rzędu i to Polka musiała gonić rywalkę.

     

    Gdy zaś w drugiej partii Maja prowadziła 4:1, wszystko było na dobrej drodze do wywalczenia awansu. W siódmym gemie przegrała jednak swojego gema serwisowego, a chwilę odpowiedziała re-breakiem. Prowadziła 5:3 i serwowała. A w tym gemie miała piłkę meczową przy stanie 40-30. I ją przegrała.

    https://x.com/z_kortu/status/1907426738193272851

    Set zakończył się tie-breakiem, Chwalińska prowadziła w nim 3-1 i przegrała sześć kolejnych akcji. Niby zaczęła od przełamania decydującą rozgrywkę, ale kompletnie rozleciał się jej serwis. Przegrała wszystkie własne gemy, zarazem i całe spotkanie: 6:4, 6:7 (3), 2:6. A szkoda, bo wydawało się, że ma otwartą drogą przynajmniej do ćwierćfinału.

     

    To zaś oznacza, że Chwalińska w maju będzie musiała już grać w eliminacjach French Open, nie uda jej się do momentu zakończenia zgłoszeń awansować do Top 100 rankingu. Za tydzień zaś będzie w składzie reprezentacji Polski na mecze z Ukrainą i Szwajcarią w Billie Jean King Cup. Z dużą szansą na występy, przynajmniej w deblu, pod nieobecność Igi Świątek i Magdaleny Fręch.

     

  • Polka obroniła meczbola i wyeliminowała medalistkę igrzysk. Zagra w ćwierćfinale WTA

    Polka obroniła meczbola i wyeliminowała medalistkę igrzysk. Zagra w ćwierćfinale WTA

    Polka obroniła meczbola i wyeliminowała medalistkę igrzysk. Zagra w ćwierćfinale WTA

    Mecze eliminacyjne z udziałem Katarzyny Kawy w trakcie WTA 250 w Bogocie przyniosły ogrom emocji. Podczas kwalifikacji Polka spędziła na korcie ponad siedem godzin. Później przyszło łatwe zwycięstwo w starciu pierwszej rundy. Dziś 32-latka walczyła już o awans do ćwierćfinału zmagań z Laurą Pigossi. Brązowa medalistka igrzysk z Tokio pewnie wygrała premierową partię, w drugiej miała meczbola. Mimo to nasza reprezentantka wyszła z opresji i triumfowała 1:6, 7:6(5), 6:3. O półfinał zagra z rozstawioną z “1” Marie Bouzkovą.

     

    Katarzyna Kawa rozegrała trzy mecze na drodze do drugiej rundy WTA 250 w Bogocie. A to dlatego, że nasza reprezentantka musiała przedzierać się przez eliminacje. Paradoks polega na tym, że to właśnie w głównej drabince kolumbijskich zmagań rozegrała zdecydowanie najłatwiejsze jak dotąd spotkanie. W pierwszej rundzie docelowych rozgrywek trafiła na grającą z dziką kartą tenisistkę gospodarzy – Valentinę Mediorreal Arias. 32-latka nie dała żadnych szans młodej zawodniczce i wygrała 6:1, 6:1 w zaledwie 64 minuty.

     

    Już dzisiaj Polka rywalizowała o ćwierćfinał singlowego turnieju. Jej rywalką okazała się Laura Pigossi. Tak się składa, że w ostatnim czasie obie miały szansę bardzo dobrze się zapoznać. Środowa rywalizacja była ich czwartą bezpośrednią batalią na przestrzeni 11 miesięcy. Zaczęło się od wygranej Brazylijki podczas Roland Garros, a później przyszły dwa zwycięstwa Katarzyny. Ostatnie kilka dni temu, podczas imprezy WTA 125 w Cancun. Wówczas Kawa dokonała spektakularnego powrotu ze stanu 4:6, 1:4 i pokonała brązową medalistkę igrzysk olimpijskich z Tokio w grze podwójnej 4:6, 7:5, 6:1.

     

    Czwarte bezpośrednie starcie Kawy z Pigossi. Tym razem stawką ćwierćfinał WTA 250 w Bogocie

     

    Początek batalii o ćwierćfinał zupełnie nie układał się po myśli Polki. Mimo prowadzenia 40-15 przy swoim podaniu, już na “dzień dobry” straciła własne podanie. Później miała 30-0 przy serwisie Brazylijki, ale od tego momentu przegrała w sumie… dziewięć akcji z rzędu. Po czterech rozdaniach zrobiło się już 4:0 dla Pigossi. Dopiero wówczas Kawa zdołała zgarnąć premierowe “oczko” na swoje konto, ale na więcej w pierwszej odsłonie przeciwniczka już nie pozwoliła. Ostatecznie partia zakończyła się wynikiem 6:1 na korzyść Laury, która w siódmym gemie wywalczyła jeszcze jedno przełamanie, znów bez straty punktu.

     

    Na początku drugiej odsłony nastąpił zwrot akcji. Katarzyna wróciła ze stanu 0-40 przy serwisie rywalki i zdobyła breaka. Po chwili straciła przewagę, by potem znów ją odzyskać – tym razem poprzez powrót z wyniku 15-40. W trakcie czwartego rozdania Polka w końcu potwierdziła przewagę przełamania i wyszła na 3:1. Następne minuty przyniosły serię gemów na konto Brazylijki. Po siedmiu rozdaniach to Pigossi znalazła się na prowadzeniu 4:3.

     

    Tym razem o wyniku partii decydowała końcówka. W trakcie dziewiątego gema doszło do emocjonującej rywalizacji na przewagi, ale Kawa nie była w stanie wypracować sobie choćby jednego break pointa. Po chwili nasza tenisistka znalazła się pod presją, gdyż musiała utrzymać swoje podanie, by pozostać w grze o awans do ćwierćfinału WTA 250. Pigossi wywalczyła sobie meczbola, ale ostatecznie Katarzynie udało się wyjść z opresji i wyrównać na 5:5. W trakcie jedenastego gema 32-latka wykorzystała trzeciego break pointa i przy stanie 6:5 serwowała po doprowadzenie do trzeciej odsłony.

     

    Laura zdołała odrobić stratę i ostatecznie o wszystkim decydował tie-break. W kluczowej rozgrywce Brazylijka prowadziła 3-2, ale potem cztery akcje z rzędu powędrowały na konto Kawy. Laura broniła kolejnych setboli, jednak przy trzeciej szansie Katarzyna wykazała się bardzo dobrym instynktem przy siatce. Polka triumfowała w drugiej partii 7:6(5) i przedłużyła emocje w batalii o ćwierćfinał.

     

    Polka, podbudowana sukcesem w poprzedniej odsłonie pojedynku, zawiązała kapitalną serię na starcie drugiego seta. Najpierw utrzymała swoje podanie, a później wróciła ze stanu 15-40 przy serwisie rywalki i wyszła na prowadzenie 2:0. W następnych minutach udało się podwyższyć przewagę do czterech “oczek”. Pigossi zerwała się do walki w piątym gemie. Zaczęła odrabiać straty, zrobiło się już tylko 4:2 dla naszej tenisistki. W trakcie siódmego rozdania doszło do równowagi. W końcówce Kawa przechyliła szalę na swoją korzyść i dorzuciła piątego gema na swoje konto.

     

    Po chwili Laura utrzymała własne podanie i przerzuciła presję zamykania pojedynku na serwis Katarzyny. 32-latka poradziła sobie z tym zadaniem i triumfowała w całym meczu 1:6, 7:6(5), 6:3. To zwycięstwo oznacza, że nasza tenisistka powróci do TOP 200 rankingu. W najnowszym notowaniu wyprzedzi Lindę Klimovicovą i ponownie stanie się piątą rakietą Polski. O półfinał WTA 250 w Bogocie powalczy z rozstawioną z “1” Marie Bouzkovą. Co ciekawe, obie wystąpią wspólnie w turnieju deblowym.