• Nie do wiary, co Lewandowski zrobił Szczęsnemu na treningu Barcelony

    Nie do wiary, co Lewandowski zrobił Szczęsnemu na treningu Barcelony

    Robert Lewandowski intensywnie pracuje na treningach, aby jak najszybciej odzyskać swoją najlepszą formę w barwach FC Barcelony. W środowy wieczór w sieci pojawiło się nagranie, na którym Polak popisał się efektowną bramką. Fani błyskawicznie zareagowali, a w komentarzach pojawiły się pełne podziwu wpisy. Jeden z internautów zażartował: „Gdyby Dani Olmo tak spróbował, pauzowałby przez dwa lata”.

    Lewandowski walczy o powrót do formy

    Jeszcze przed rozpoczęciem obecnego sezonu Lewandowski doznał kontuzji mięśnia dwugłowego uda. Przez uraz opuścił mecz ligowy z Mallorką, a później Hansi Flick ostrożnie wprowadzał go do gry. Poza dubletem w spotkaniu z Valencią (6:0), napastnik nie błyszczy jednak tak, jak oczekiwano. W hiszpańskich mediach coraz częściej pojawiają się więc głosy o możliwej zmianie warty w ataku Barcelony. Najwięcej miałby na tym zyskać Ferran Torres. Dodatkowo, kontrakt Lewandowskiego z klubem wygasa wraz z końcem obecnego sezonu.

    Gol marzenie na treningu

    W środę o godzinie 18:00 klub opublikował w mediach społecznościowych nagranie, na którym Lewandowski zdobywa efektowną bramkę. Po dośrodkowaniu Julesa Kounde kapitan reprezentacji Polski złożył się do przewrotki i w widowiskowy sposób pokonał Wojciecha Szczęsnego. Oficjalny profil Barcelony skomentował trafienie słowami: „Ale cóż, Robercie”.

    Pod wpisem błyskawicznie pojawiła się lawina komentarzy kibiców: „Człowiek z innej planety, nigdy nie odchodź, Robert”, „Roberto jest niesamowity”, „on ma 37 lat”, „tak bardzo Cię uwielbiam, dziadku”, „wrócił”, „golazo”, „Lewandowski się nie starzeje”, „nie wierzę, że potrafi to zrobić”.

    Krytyczne głosy z Hiszpanii

    Jednocześnie w hiszpańskiej prasie coraz częściej pojawiają się krytyczne opinie na temat gry Polaka. „Oczekuje się od Lewandowskiego, że będzie wykorzystywał okazje i tworzył przestrzeń kolegom, oddając im piłkę. W obu tych aspektach nie wniósł nic nowego. To jasny sygnał, że Polak nie radzi sobie najlepiej i musi odgrywać większą rolę w drużynie” – oceniono.

    Szansa w najbliższym meczu

    Lewandowski okazję do poprawy swojej skuteczności i odbudowania pozycji w zespole będzie miał już w czwartek. O godzinie 21:30 Barcelona zmierzy się w ligowym spotkaniu z Realem Oviedo. Relację na żywo przeprowadzi Sport.pl oraz aplikacja Sport.pl LIVE.

    https://x.com/FCBarcelona_es/status/1970881150877909167?ref_src=twsrc%5Etfw%7Ctwcamp%5Etweetembed%7Ctwterm%5E1970881150877909167%7Ctwgr%5Ebbdd2d76df68cf53a9deb74829dd1aeeb84751c2%7Ctwcon%5Es1_c10&ref_url=https%3A%2F%2Fwww.sport.pl%2Fpilka%2F76508232275803nie-do-wiary-co-lewandowski-zrobil-szczesnemu-na-treningu-barcelony.html

  • WTA się to nie spodoba. Świątek nie hamowała się na konferencji

    WTA się to nie spodoba. Świątek nie hamowała się na konferencji

    Iga Świątek od miesięcy nie kryje swojego niezadowolenia z przeładowanego kalendarza WTA. Polska tenisistka regularnie apeluje do władz światowego tenisa o wprowadzenie zmian, które pozwoliłyby zawodniczkom na większą dbałość o zdrowie i regenerację. Do tego tematu odniosła się ponownie tuż przed swoim pierwszym meczem w turnieju WTA 1000 w Pekinie. – Musimy w końcu pomyśleć o naszym zdrowiu – podkreśliła.

    Od Seulu do Pekinu

    Świątek ma za sobą intensywny, ale i udany okres startów. W ubiegłym tygodniu sięgnęła po tytuł w Seulu, gdzie w finale pokonała Jekatierinę Aleksandrową 1:6, 7:6(3), 7:5. Był to już 25. triumf turniejowy w jej zawodowej karierze. Teraz czeka ją start w Pekinie – rozpocznie od drugiej rundy, w której zmierzy się ze zwyciężczynią meczu Julija Putincewa – Yue Yuan. Rok temu Polka nie brała udziału w chińskiej imprezie z powodu zamieszania wokół sprawy dopingowej, dlatego tym razem nie musi bronić punktów rankingowych.

    Krytyka kalendarza WTA

    Podczas konferencji prasowej w Pekinie Świątek została zapytana o swój stosunek do układu azjatyckiej części sezonu i ewentualne zmiany w przyszłości. – Nie rozmawiałam o tym z koleżankami, bo wiedziałam, że nie zagram w finałach Billie Jean King Cup. Dla mnie to dobre rozwiązanie z punktu widzenia harmonogramu. Trudno jest w listopadzie utrzymać rytm gry, jeśli nie występuje się w WTA Finals. A przecież każdy z nas potrzebuje urlopu – nasze ciała tego wymagają. Musimy znaleźć czas na odpoczynek, bo bez tego trudno zadbać o zdrowie – tłumaczyła liderka światowego rankingu.

    Świątek zwróciła też uwagę, że choć widać pewne zmiany, to wciąż pozostaje wiele do zrobienia. – Pytanie, czy WTA i ITF dojdą wreszcie do porozumienia. Jeśli zawodniczki mają mniej czasu, bo w kalendarzu jest dodatkowy turniej, powinno się poluzować wymóg udziału w sześciu imprezach WTA 500. Nie znam dokładnych zasad, ale jeśli można by to potraktować jako wyrównanie, byłoby to z korzyścią dla nas – dodała.

    Długofalowa walka o zmiany

    Polka od dawna podkreśla, że obecny system wymaga od zawodniczek zbyt dużych poświęceń. – Nie widzę sensu, byśmy musiały grać ponad 20 turniejów w sezonie. Niekiedy rezygnujemy z reprezentowania ojczyzny, ponieważ konieczne jest gromadzenie punktów w obowiązkowych WTA 500. To ogromna presja – mówiła podczas tegorocznego Wimbledonu.

    Już w ubiegłym roku, przy okazji turnieju w Cincinnati, zwracała uwagę na brak przestrzeni na spokojny trening i przygotowania. – Ktoś może powiedzieć, że nie muszę grać tak dużo. Ale mamy obowiązkowe starty, a do tego kalendarz ułożony w taki sposób, że z jednego turnieju często lecimy prosto na kolejny. Przy większej elastyczności mogłybyśmy grać na wyższym poziomie. Niestety, obecnie nie mamy na to wielkiego wpływu – zaznaczała.

    Świątek nie przestaje więc apelować o zmiany. Jej głos, jako jednej z najważniejszych postaci kobiecego tenisa, może okazać się kluczowy w dyskusji o przyszłości całego cyklu.

  • Wielki dzień Roberta Lewandowskiego. Mamy oficjalny komunikat. Będzie powtórka

    Wielki dzień Roberta Lewandowskiego. Mamy oficjalny komunikat. Będzie powtórka

    Kibice Barcelony i Realu Madryt długo czekali na tę informację. La Liga oficjalnie potwierdziła, że pierwsze w tym sezonie El Clasico odbędzie się 26 października na Santiago Bernabeu. To właśnie tam, równo rok wcześniej, „Królewscy” doznali dotkliwej porażki 0:4 z rąk Katalończyków, a bohaterem tamtego meczu został Robert Lewandowski.

    Poprzedni sezon obfitował w bezpośrednie starcia obu gigantów – aż pięciokrotnie mierzyli się ze sobą na różnych frontach. Za każdym razem górą była Barcelona, triumfując łącznie 18:8 w bramkach. Pierwsze spotkanie rozegrano w USA podczas letniego tournee, później dwukrotnie rywalizowano w La Liga, a także w Superpucharze Hiszpanii w Arabii Saudyjskiej i w Copa del Rey. Real zakończył kampanię bez krajowego trofeum.

    Lewandowski szczególnie zapisał się w pamięci kibiców podczas meczu 26 października 2024 roku w Madrycie. Na Bernabeu zdobył dwa gole w odstępie zaledwie dwóch minut (54. i 56. minuta), otwierając wynik i prowadząc swój zespół do efektownego zwycięstwa 4:0. Do przerwy było jeszcze 0:0, dlatego przebieg drugiej połowy stał się dla gospodarzy bolesnym ciosem.

    Teraz historia ma się powtórzyć – dokładnie w rocznicę tamtego meczu, 26 października, Real ponownie podejmie Barcelonę. Spotkanie zaplanowano na godzinę 16:15.

    W analogicznym momencie poprzedniego sezonu Lewandowski miał już na koncie cztery ligowe trafienia, podobnie jak Kylian Mbappé. Panowie niemal do końca rozgrywek toczyli walkę o koronę króla strzelców, którą ostatecznie zgarnął Francuz.

    Tym razem statystyki wyglądają inaczej. Mbappé prowadzi w klasyfikacji z siedmioma golami, podczas gdy Lewandowski z dorobkiem dwóch trafień znajduje się dopiero w trzeciej dziesiątce. Polak zmagał się jednak z urazami, a później rzadko dostawał szanse – spędził na boisku łącznie tylko 138 minut, podczas gdy francuski snajper Realu grał już 528 minut.

    Na czele tabeli La Liga znajduje się niepokonany Real, który jako jedyny wygrał wszystkie swoje mecze. Barcelona, broniąca mistrzostwa, plasuje się na drugim miejscu z jednym zaległym spotkaniem i pięcioma punktami straty do największego rywala.

     

  • 0:6, 1:6 z Igą Świątek, teraz to ona rozdawała karty. Demolka w Pekinie

    0:6, 1:6 z Igą Świątek, teraz to ona rozdawała karty. Demolka w Pekinie

    Eva Lys rozpoczęła sezon od bolesnej lekcji, jaką otrzymała od Igi Świątek podczas Australian Open. Polka w czwartej rundzie tamtego turnieju pokonała ją bez większych problemów 6:0, 6:1, a mecz trwał zaledwie 59 minut. Była to ostatnia tak dotkliwa porażka 23-letniej Niemki w 2025 roku. Teraz sama pokazuje, że potrafi równie bezwzględnie rozprawiać się z rywalkami – w pierwszej rundzie WTA 1000 w Pekinie zdeklasowała Zhang Ruien, oddając jej tylko jednego gema i kończąc spotkanie w 54 minuty.

    Sezon Lys zaczął się od niepowodzenia w Brisbane, gdzie nie przeszła kwalifikacji do turnieju WTA 500. Zdecydowanie lepiej poszło jej w Melbourne – mimo że początkowo odpadła w eliminacjach, to jako „lucky loser” weszła do głównej drabinki Australian Open. Tam wygrała trzy mecze i dotarła aż do czwartej rundy. Dopiero Świątek brutalnie zatrzymała jej marsz, pokazując różnicę poziomów.

    Od tego czasu Niemka nie zaznała już tak dotkliwej przegranej. Wprawdzie w Stuttgarcie gładko uległa Jasmine Paolini, ale ugrała trzy gemy. Sama także potrafiła rozdawać karty – w Rzymie rozbiła Moyukę Uchijimę 6:1, 6:0. Teraz w Pekinie powtórzyła ten scenariusz.

    Lys, zajmująca obecnie 66. miejsce w rankingu WTA, w pierwszej rundzie trafiła na zaledwie 17-letnią Zhang Ruien, która otrzymała od organizatorów „dziką kartę”. Chinka plasuje się dopiero na 836. pozycji i dotąd rywalizowała głównie w turniejach niższej rangi, dlatego faworytka była tylko jedna. Niemka od początku pokazywała przewagę – najpierw obroniła podanie, później przełamała rywalkę. Gospodyniom chwilę radości dał czwarty gem, w którym Zhang wygrała do zera, ale był to jej jedyny moment chwały. Lys kontrolowała przebieg gry, pewnie wygrała 6:1, a w drugim secie już zupełnie zdominowała rywalkę, kończąc 6:0.

    Mimo dwóch podwójnych błędów serwisowych w drugiej partii, Niemka nie pozwoliła sobie odebrać podania. Jej skuteczność przy pierwszym serwisie robiła różnicę – w pierwszym secie wygrała 13 z 16 punktów po tym elemencie. Ostatecznie zwyciężyła 6:1, 6:0 i po 54 minutach zameldowała się w drugiej rundzie, gdzie zmierzy się z rozstawioną Ivą Jovic.

  • Ten 17-latek to prawdziwy fenomen. Trafi do kadry? Urban mówi wprost

    Ten 17-latek to prawdziwy fenomen. Trafi do kadry? Urban mówi wprost

    Oskar Pietuszewski w ostatnich meczach reprezentacji Polski U-21 zachwycił kibiców swoją grą i skutecznością. Nic więc dziwnego, że pojawiły się pytania, czy 17-latek z Jagiellonii Białystok może wkrótce trafić do seniorskiej kadry. Do tej kwestii odniósł się selekcjoner Jan Urban w rozmowie z kanałem „Prawda Futbolu”.

    We wrześniu reprezentacja prowadzona przez Urbana zaprezentowała się obiecująco. Polacy zremisowali na wyjeździe z Holandią 1:1, a następnie pokonali na Stadionie Śląskim Finlandię 3:1, zdobywając cztery cenne punkty w eliminacjach do mistrzostw świata. Wyniki te stawiają Biało-Czerwonych w dobrej pozycji w walce o drugie miejsce w grupie, które daje prawo gry w barażach.

    W tym samym czasie świetnie spisała się również młodzieżówka. Podopieczni Jerzego Brzęczka rozpoczęli eliminacje do mistrzostw Europy od dwóch pewnych zwycięstw – 3:0 nad Macedonią Północną i 4:0 nad Armenią. Największym bohaterem tych spotkań był właśnie Pietuszewski, który w debiucie w kadrze U-21 zdobył trzy gole i zaliczył asystę. Jego błyskawiczny wybuch formy sprawił, że wielu ekspertów zaczęło domagać się jego powołania do dorosłej reprezentacji.

    Selekcjoner Jan Urban studzi jednak emocje. – Mamy go na oku i bardzo nam się podoba. Uważam jednak, że nic złego się nie stanie, jeśli na razie będzie występował w drużynie Jerzego Brzęczka. Nie wykluczam oczywiście, że powołamy go do pierwszej kadry, ale musimy się zastanowić, czy to już właściwy moment – zaznaczył szkoleniowiec w „Prawdzie Futbolu”.

    Przed październikowym zgrupowaniem reprezentacja Polski ma w planach dwa mecze – towarzyski z Nową Zelandią (9 października) oraz eliminacyjny z Litwą (12 października). Urban zdradził, że w pierwszej kolejności chce dać szansę piłkarzom, którzy byli z drużyną we wrześniu, ale nie dostali okazji do gry. Zwrócił też uwagę, że w najbliższych miesiącach Biało-Czerwonych czeka walka o awans na mistrzostwa świata, co nie sprzyja eksperymentom z debiutantami.

    Na razie trudno więc przewidzieć, czy Pietuszewski już jesienią otrzyma powołanie do seniorskiej reprezentacji. Jedno jest jednak pewne – jego talent i forma nie pozostają bez echa, a sam zawodnik znalazł się w kręgu zainteresowania selekcjonera.

  • Pracował z Lewandowskim. Tak mówi o relacji Świątek z Abramowicz

    Pracował z Lewandowskim. Tak mówi o relacji Świątek z Abramowicz

    Iga Świątek triumfowała w turnieju WTA w Seulu, gdzie w finale pokonała Jekaterinę Aleksandrową. Jednym z filarów jej sukcesów jest psycholożka sportowa Daria Abramowicz. O specyfice ich współpracy wypowiedział się Jakub B. Bączek – trener mentalny, znany m.in. ze współpracy z Robertem Lewandowskim i Bartoszem Kurkiem.

    Bączek: „Relacja Świątek z Abramowicz jest wyjątkowa”

    Ekspert zwrócił uwagę, że model współpracy Abramowicz z Igą Świątek znacząco różni się od jej wcześniejszych działań z innymi zawodniczkami, np. Ewą Pajor czy Aleksandrą Mirosław. – Było tych współprac więcej, ale nie mam wątpliwości, że w przypadku Ewy i Oli miały one bardziej klasyczny charakter, zgodny z powszechnie przyjętym etycznym podejściem psychologa do klienta. Z Igą wygląda to inaczej – ocenił w rozmowie z Weszło.

    Bączek podkreślił, że jego zdaniem głównym celem trenera mentalnego powinna być praca nad usamodzielnieniem sportowca. – Gdy w 2014 roku współpracowałem z kadrą Stephane’a Antigi przed mistrzostwami świata siatkarzy, starałem się, aby im bliżej finałowych spotkań, zawodnicy byli coraz bardziej samodzielni. Chodzi o to, by umieli wykorzystywać wypracowane kompetencje nie tylko na boisku, lecz także w życiu prywatnym. Jeśli zawodnik pozostaje zbyt mocno uzależniony od swojego psychologa, może się zdarzyć, że w sytuacjach społecznych czy osobistych zabraknie mu samodzielności. Wtedy taka relacja nie jest w pełni zdrowa. I właśnie dlatego relację Igi z Darią Abramowicz określam jako specyficzną – zaznaczył.

    Odbiór publiczny współpracy Świątek z Abramowicz

    Kwestia współpracy liderki polskiego tenisa i jej psycholożki od dłuższego czasu budzi emocje wśród kibiców i komentatorów. Po finale w Seulu również pojawiły się głosy na ten temat. Dziennikarz Sport.pl, Łukasz Jachimiak, zwrócił uwagę na zachowanie Świątek wobec swojego sztabu.

    – To wyglądało trochę tak, jakbyśmy cofnęli się o kilka miesięcy. Wiosną bywało, że Iga kłóciła się z Abramowicz, reagując nerwowo na podpowiedzi z ławki. Tym razem jednak było inaczej. Polka zachowała spokój – uciszyła swój team gestem, a następnie złożyła ręce i spokojnie poprosiła o ciszę. To był jasny komunikat, że wie, co robić – napisał.

    Świątek, która w tym sezonie zdobyła m.in. upragniony tytuł na Wimbledonie, wciąż znajduje się w centrum uwagi nie tylko ze względu na wyniki sportowe, ale również z powodu niezwykle bliskiej i szeroko komentowanej relacji z Darią Abramowicz.

  • Tak wygląda ranking FIVB po meczu Polska – Turcja na MŚ

    Tak wygląda ranking FIVB po meczu Polska – Turcja na MŚ

    Polscy siatkarze w imponującym stylu pokonali Turcję 3:0 (25:15, 25:22, 25:19) w ćwierćfinale mistrzostw świata i tym samym zameldowali się w strefie medalowej. Triumf nad rywalem to nie tylko awans do półfinału, ale także kolejne punkty w światowym rankingu FIVB – choć przewaga nad wiceliderem zestawienia nieco się zmniejszyła.

    Pewna gra Polaków na Filipinach

    Biało-Czerwoni od początku turnieju prezentują bardzo wysoką formę, a starcie z Turkami było kolejnym tego dowodem. Tylko w drugim secie zrobiło się chwilowo nerwowo, gdy przeciwnicy zbliżyli się wynikiem. Polacy jednak szybko odzyskali kontrolę i do końca meczu dominowali, pokazując różnicę poziomów między oboma zespołami. Obecni mistrzowie świata potwierdzili, że nieprzypadkowo przewodzą rankingowi FIVB.

    Zmiany w światowym rankingu

    Za zwycięstwo w trzech setach Polska dopisała do swojego dorobku 2,95 pkt. i po ćwierćfinale legitymuje się wynikiem 406,07 pkt. To jedyna reprezentacja, która przekroczyła granicę 400 pkt.

    Na drugim miejscu plasują się Włosi – właśnie oni będą półfinałowym rywalem Biało-Czerwonych. Italia również wygrała swój ćwierćfinał 3:0, rozbijając Belgię (25:13, 25:18, 25:18), dzięki czemu powiększyła dorobek o 4,40 pkt. i obecnie ma 367,99 pkt. Różnica względem Polski lekko się więc zmniejszyła.

    Turcja i Belgia, odpowiednio po porażkach z Polską i Włochami, straciły identyczną liczbę punktów – 2,95 oraz 4,40. Nie wpłynęło to jednak na ich lokaty, obie reprezentacje pozostają w drugiej dziesiątce zestawienia.

    Walka o podium i czołową dziesiątkę

    Trzecie miejsce w rankingu zajmuje Brazylia, ale jej przewaga nad czwartymi Stanami Zjednoczonymi jest minimalna. Jeśli Amerykanie w swoim ćwierćfinale pokonają Bułgarię, powinni wyprzedzić Canarinhos.

    Bułgarzy również mają o co grać – zwycięstwo dałoby im awans do czołowej dziesiątki kosztem Niemców.

    Dużą niespodzianką tegorocznych mistrzostw pozostają Czesi. Jeśli uda im się wyeliminować Iran, nie tylko zameldują się w półfinale, ale też po raz pierwszy przekroczą barierę 200 pkt. w rankingu.

    Ranking FIVB po ćwierćfinale Polski:

    1. Polska – 406,07 pkt
    2. Włochy – 367,99
    3. Brazylia – 338,40
    4. USA – 336,56
    5. Francja – 328,22
    6. Słowenia – 303,61
    7. Japonia – 294,77
    8. Argentyna – 269,00
    9. Kanada – 252,99
    10. Niemcy – 247,40
    11. Bułgaria – 245,05
    12. Kuba – 243,14
    13. Serbia – 233,34
    14. Turcja – 230,09
    15. Belgia – 225,86
    16. Iran – 220,05
    17. Ukraina – 202,85
    18. Czechy – 196,18
  • 80 minut i koniec! Nikt nie ma takiej serii jak Polacy na MŚ. Grbić aż bił brawo

    80 minut i koniec! Nikt nie ma takiej serii jak Polacy na MŚ. Grbić aż bił brawo

    Polscy siatkarze zameldowali się w półfinale mistrzostw świata! Zrobili to w imponującym stylu, potrzebując zaledwie 80 minut, by rozbić Turków 3:0 (25:15, 25:22, 25:19).

    Szybka i efektowna droga do strefy medalowej

    Rywale ugrali w całym spotkaniu tylko 56 punktów, co najlepiej pokazuje skalę dominacji biało-czerwonych. Jeszcze przed meczem kibice zastanawiali się, jak nasza drużyna odpowie na świetny występ Włochów, którzy wcześniej rozgromili Belgów 3:0. Odpowiedź była jednoznaczna – Polacy pokazali równie mocną siłę, pozwalając rywalowi na zaledwie kilka punktów więcej.

    Turcy praktycznie przez półtora seta nie istnieli, a nawet gdy potrafili chwilami zagrozić, Polacy utrzymywali pełną kontrolę nad przebiegiem gry.

    Zaskoczenie w składzie i piorunujący początek

    Najwięcej emocji jeszcze przed pierwszym gwizdkiem wzbudziła kwestia obsady przyjęcia. Tomasz Fornal, jeden z filarów kadry, pojawił się w koszulce libero i nie wziął udziału w pełnej rozgrzewce. Wszystko wskazuje na problemy zdrowotne, prawdopodobnie uraz pleców. Nikola Grbić postawił więc na duet Wilfredo Leon – Kamil Semeniuk. Obok nich w podstawowej szóstce znaleźli się Bartosz Kurek, Marcin Komenda, Jakub Kochanowski, Norbert Huber i libero Jakub Popiwczak.

    Od pierwszych piłek Polacy grali koncertowo. Zagrywka siała spustoszenie, atak funkcjonował bez zarzutu, a rozgrywający świetnie korzystał z wielu opcji ofensywnych. W końcówce pierwszego seta Grbić mógł pozwolić sobie na zmiany i testowanie ustawień. Partię zakończył challenge, który potwierdził dotknięcie bloku przez Turków – wynik 25:15 mówił wszystko.

    Chwila dekoncentracji, ale bez konsekwencji

    Drugi set rozpoczął się równie dobrze. Polacy prowadzili nawet pięcioma punktami, jednak w połowie partii nastąpił moment rozluźnienia. Kilka błędów własnych, trzy zepsute zagrywki z rzędu i rywale zbliżyli się na dwa punkty. Turcy w końcówce mieli nawet okazję, by doprowadzić do remisu, lecz sami popełniali proste pomyłki. Ostatecznie biało-czerwoni wygrali 25:22 i zwiększyli prowadzenie w meczu.

    Powrót spokoju i energia Kurka

    Trzecia partia była już pokazem pewności siebie i dojrzałości Polaków. Szybko zbudowana przewaga (9:6) pozwoliła im kontrolować wydarzenia na boisku. Leon i Semeniuk regularnie punktowali na skrzydłach, a środkowi – szczególnie Huber – dołożyli skuteczne ataki przez środek.

    Gdy przydarzyło się kilka błędów i nieporozumienie między Kurkiem a Kochanowskim, Nikola Grbić natychmiast poprosił o czas. Po nim Polacy wrócili do gry jeszcze bardziej zmotywowani. Kurek eksplodował energią i radością, a Kochanowski dołożył dwa asy serwisowe. Pierwszy meczbol został zamieniony na punkt – Polska wygrała seta 25:19 i całe spotkanie 3:0.

    Historyczna seria trwa

    Awans do półfinału oznacza, że Polacy już czwarty raz z rzędu meldują się w najlepszej czwórce mistrzostw świata. To rekordowa passa w historii naszej reprezentacji i obecnie jedyna tak długa w światowej siatkówce.

    W sobotnim półfinale rywalem biało-czerwonych będą Włosi – starcie nazywane „przedwczesnym finałem”. To właśnie oni przed trzema laty odebrali Polsce złoto w katowickim Spodku, ale latem tego roku dostali srogą lekcję od ekipy Grbicia w finale Ligi Narodów. Teraz obie drużyny zagrają o miejsce w wielkim finale MŚ.

    Mecz zaplanowano na sobotę, 27 września, o godz. 8:30 lub 12:30 czasu polskiego. Zwycięzca powalczy dzień później o złoto, przegrany o brąz. Relacje na żywo tradycyjnie dostępne będą w serwisie Sport.pl i aplikacji Sport.pl LIVE.

  • Aleksandra Mirosław jest niesamowita, znowu to zrobiła! Rekord w finale MŚ!

    Aleksandra Mirosław jest niesamowita, znowu to zrobiła! Rekord w finale MŚ!

    Aleksandra Mirosław znów nie miała sobie równych! Po ubiegłorocznym złocie olimpijskim w Paryżu, Polka tym razem sięgnęła po tytuł mistrzyni świata w Seulu, bijąc przy tym kolejny raz rekord globu. W finałowym starciu nie dała żadnych szans Chince Lijuan Deng i zapisała kolejną piękną kartę w historii wspinaczki sportowej.

    Niezatrzymana dominatorka

    Od wielu lat Mirosław jest absolutną królową wspinaczki na czas. Świat po raz pierwszy usłyszał o niej szerzej podczas igrzysk w Tokio, gdy ustanowiła rekord świata. Choć wówczas medalu nie zdobyła, ze względu na łączony format rywalizacji, to pokazała, że jest zawodniczką wyjątkową. Przełom nastąpił w Paryżu, gdzie wspinaczka na czas stała się osobną konkurencją – tam Polka sięgnęła po olimpijskie złoto, a przy okazji po raz dziesiąty poprawiła rekord świata, uzyskując 6,06 s.

    Po latach znów na szczycie

    31-latka miała ogromną motywację, by w Seulu sięgnąć po złoto. Do tej pory w dorobku miała pięć medali mistrzostw świata, ale na najwyższym stopniu podium ostatni raz stanęła w 2019 roku. Dwie kolejne edycje kończyła z brązem – co dla niej było rozczarowaniem. Szczególnie bolesny był turniej w Bernie, gdzie w półfinale, w starciu z Emmą Hunt, popełniła błąd i spadła ze ścianki. Tym razem Polka przyjechała udowodnić, że wciąż jest najlepsza.

    Co ciekawe, jej największa rywalka – Hunt – w Seulu sensacyjnie odpadła już w eliminacjach. Mirosław natomiast zaprezentowała wielką formę, uzyskując 6,08 s, czyli wynik tylko o dwie setne gorszy od własnego rekordu świata. To dało jej najwyższe rozstawienie w fazie pucharowej.

    Od początku w swoim stylu

    Pierwszą rywalką Polki była Japonka Ren Koyamatsu. Mirosław pobiegła 6,36 s – rezultat, którego żadna zawodniczka nie osiągnęła nawet w eliminacjach. Do ćwierćfinału awansowała także druga z Polek, Natalia Kałucka (6,75). Tam Mirosław zmierzyła się z Shaoquin Zhang. Choć start miała słabszy, to później wyraźnie zdominowała bieg, uzyskując 6,31. W półfinale czekała na nią Yafei Zhou, która wcześniej wyeliminowała Kałucką. Polka nie pozostawiła jednak złudzeń – osiągnęła świetny czas 6,20 i pewnie weszła do finału.

    Złoto i rekord świata

    W decydującym biegu spotkały się dwie najlepsze zawodniczki zawodów – Mirosław i Deng. Było to powtórzenie olimpijskiego finału z Paryża. Choć teoretycznie mogło się wydarzyć wszystko, Mirosław udowodniła, że w kluczowych momentach jest bezkonkurencyjna. Pobiegła fenomenalne 6,03 s i po raz jedenasty poprawiła rekord świata.

    Królowa wspinaczki

    Tym samym Aleksandra Mirosław potwierdziła swój status legendy. Po złocie olimpijskim dołożyła złoto mistrzostw świata, a jej rekordowe biegi stają się już niemal codziennością. 31-latka kolejny raz udowodniła, że w historii wspinaczki na czas nie ma sobie równych.

  • To by była największa sensacja w kadrze Urbana! 32-letni debiutant

    To by była największa sensacja w kadrze Urbana! 32-letni debiutant

    W 2014 roku Adam Nawałka sięgnął po Sebastiana Milę, a ten w wieku 32 lat strzelił pamiętnego gola Niemcom, zapisując się w historii polskiego futbolu. Dziś w identycznym wieku jest Bartosz Nowak, który błyszczy w barwach GKS Katowice i – zdaniem coraz większej grupy obserwatorów – zasłużył na sensacyjne powołanie do reprezentacji. Taką opinię przedstawił na łamach Sport.pl Filip Macuda.

    Gwiazda początku sezonu

    Podczas wtorkowego meczu Pucharu Polski GKS Katowice pokonał Wisłę Płock 4:2, a hat-trick Nowaka praktycznie w pojedynkę zapewnił awans gospodarzom. To kolejny popis ofensywnego pomocnika, który od startu rozgrywek 2025/26 zgromadził już siedem goli i dwie asysty w 10 występach. – „Bartosz Nowak w tej formie powinien być w kadrze. Panie selekcjonerze, Jasiu, rób to” – napisał na X dziennikarz „Super Expressu” Konrad Marzec. Autor artykułu dodaje, że podpisuje się pod tym apelem.

    Doświadczony ligowiec

    Nowak nie pojawił się na piłkarskiej mapie wczoraj. W Ekstraklasie rozegrał 181 spotkań, strzelając 38 bramek i dokładając 28 asyst. To zawodnik, który od lat utrzymuje solidny poziom – jego dorobek z pięciu ostatnich sezonów pokazuje regularność:

    • 2020/21 – 5 goli, 3 asysty
    • 2021/22 – 8 goli, 7 asyst
    • 2022/23 – 11 goli, 4 asysty
    • 2023/24 – 2 gole, 7 asyst
    • 2024/25 – 4 gole, 2 asysty

    Obecnie świetnie prowadzi grę w Katowicach, wcześniej wyróżniał się w Rakowie i Górniku Zabrze, a debiutował w Ekstraklasie jako piłkarz Ruchu Chorzów. Trener Jan Urban doskonale zna jego możliwości, bo współpracował z nim w Górniku, gdzie Nowak w 37 meczach zdobył osiem bramek i zanotował siedem asyst.

    Powołania dla „spóźnionych” debiutantów

    Historia polskiej kadry pokazuje, że trzydziestolatkowie niezwykle rzadko dostają szansę debiutu. Ostatnim takim przypadkiem był bramkarz Bartosz Białkowski, który w 2018 roku w wieku 31 lat wystąpił w sparingu z Nigerią. Jeśli chodzi o piłkarzy z pola – trzeba cofnąć się aż do 2010 roku, gdy 30-letni Dariusz Pietrasiak zagrał dwa spotkania. W całym XXI wieku takich przykładów było zaledwie trzech: Pietrasiak, Białkowski i Paweł Sibik, który debiutował w 2002 roku, a później pojechał na mundial.

    Za granicą metryka nie jest jednak przeszkodą. Joselu zadebiutował w kadrze Hiszpanii tuż przed 33. urodzinami i strzelił dwa gole w debiucie. Ayoze Perez czy Jonathan Clauss również otrzymali swoje pierwsze powołania około trzydziestki, a Niemcy czy Anglicy też nie wahali się sięgać po starszych graczy w wysokiej formie.

    Powtórka z historii?

    Trudno nie wspomnieć jesieni 2014 roku i Sebastiana Mili, który swoją dyspozycją w lidze zapracował na szansę u Nawałki i odpłacił się jednym z najważniejszych goli w dziejach polskiego futbolu. Dziś Bartosz Nowak znajduje się w podobnym momencie kariery – i podobnym wieku.

    Marzenie, które może się spełnić

    – „Myślę, że to marzenie każdego piłkarza. Nieważne, czy ma się 15, 25 czy 30 lat – każdy o tym marzy” – mówił sam Nowak w programie Liga+Extra w 2022 roku. Teraz to marzenie może być bliższe niż kiedykolwiek. Być może już 9 października na Stadionie Śląskim w Chorzowie, podczas towarzyskiego meczu z Nową Zelandią, selekcjoner Jan Urban da szansę debiutu zawodnikowi, którego forma aż się o to prosi.