Category: Uncategorized

  • Skandal na oczach Nawrockiego, a teraz taka decyzja. To już definitywny koniec, PZPN potwierdza

    Skandal na oczach Nawrockiego, a teraz taka decyzja. To już definitywny koniec, PZPN potwierdza

    Definitywnie zakończyła się współpraca pomiędzy Polskim Związkiem Piłki Nożnej a kibicowskim stowarzyszeniem To My Polacy. Informację potwierdziły obie strony, a federacja przedstawiła szczegółowe uzasadnienie swojej decyzji. W komunikacie PZPN powrócił do wydarzeń z listopada, do meczu eliminacji mistrzostw świata Polska – Holandia, który – choć zakończył się remisem 1:1 – przeszedł do historii z powodów pozasportowych. Na trybunach obecny był wówczas prezydent Karol Nawrocki, na oczach którego doszło do poważnego skandalu.

    Prezydent Nawrocki w ostatnich dniach intensywnie angażuje się w życie sportowe. Już wkrótce uda się do Włoch, gdzie jako głowa państwa będzie wspierał reprezentantów Polski podczas zimowych igrzysk olimpijskich Mediolan–Cortina 2026. Wcześniej spotkał się z olimpijczykami w Centrum Olimpijskim PKOl, wygłaszając emocjonalne i motywujące przemówienie.

    – Gdyby ktoś rok temu powiedział, że zostanę prezydentem, też niewielu by w to uwierzyło. W każdej sekundzie waszego występu prezydent będzie z wami – podkreślił. – Jestem z was dumny, naród również jest z was dumny – dodał.

    Nawrocki wielokrotnie zaznaczał swoje związki ze sportem i zamiłowanie do aktywności fizycznej. Od momentu objęcia urzędu regularnie pojawia się na najważniejszych imprezach sportowych w kraju. Jednym z takich wydarzeń był listopadowy mecz reprezentacji Polski z Holandią na PGE Narodowym. To właśnie wtedy doszło do incydentu, który dziś ma swój kolejny, istotny finał.

    Ostateczna decyzja PZPN

    Na spotkanie z Holendrami stowarzyszenie To My Polacy przygotowało patriotyczną oprawę, nawiązującą do obchodów Święta Niepodległości. Ostatecznie grafika nie została zaprezentowana na stadionie – służby porządkowe zablokowały możliwość wniesienia jej na trybuny. W sprawę zaangażował się wówczas prezydent Nawrocki. Z jego inicjatywy oprawa została później wyświetlona na fasadzie Pałacu Prezydenckiego, o czym informował rzecznik prezydenta Rafał Leśkiewicz.

    Sam prezydent tłumaczył swoją decyzję w Radiu Wnet. – Widziałem tę oprawę i nie dostrzegłem w niej nic kontrowersyjnego. Był napis „Do boju Polsko”, był orzeł w zamkniętej koronie. Trudno mi zrozumieć, dlaczego takiej patriotycznej oprawy nie pozwolono zaprezentować podczas meczu reprezentacji – mówił.

    Podkreślał również, że kibice, którzy angażują się w doping, przygotowują oprawy i finansują je z własnych środków, są integralną częścią społeczeństwa i powinni mieć możliwość manifestowania swojego przywiązania do kraju oraz drużyny narodowej.

    Zerwanie współpracy

    Tymczasem w poniedziałek media obiegła informacja o definitywnym zerwaniu współpracy pomiędzy PZPN a stowarzyszeniem To My Polacy. Jako pierwsi poinformowali o tym sami kibice.

    – Dziś o godzinie 10:30 odbyło się spotkanie z władzami PZPN dotyczące zorganizowanego dopingu na meczach barażowych. Przekazano nam, że dalsza współpraca w obecnej formie nie będzie kontynuowana – napisano w mediach społecznościowych stowarzyszenia.

    Niedługo później stanowisko potwierdził Polski Związek Piłki Nożnej w oficjalnym komunikacie. – Informujemy, że współpraca ze Stowarzyszeniem „To My Polacy” została definitywnie zakończona. Przedstawiciele organizacji zostali o tym poinformowani podczas spotkania z wiceprezesem PZPN Adamem Kaźmierczakiem w siedzibie federacji – czytamy.

    Federacja jasno wskazała przyczyny tej decyzji. Jak podkreślono, była ona konsekwencją „skandalicznych i niebezpiecznych wydarzeń”, do których doszło podczas meczu Polska – Holandia 14 listopada 2025 roku. Chodziło o złamanie regulaminu i użycie środków pirotechnicznych przez grupę kibiców. Część odpalonych rac spadła na murawę, bezpośrednio zagrażając zdrowiu i życiu uczestników spotkania.

    – Takie zachowania są absolutnie niedopuszczalne. Mecze reprezentacji narodowej powinny być świętem futbolu – bezpiecznym i przyjaznym dla wszystkich. Incydenty tego typu niosą ogromne ryzyko: od zagrożenia bezpieczeństwa, przez straty wizerunkowe, aż po realne niebezpieczeństwo utraty prawa do gry przy publiczności. Nie możemy na to pozwolić – podkreślił Adam Kaźmierczak.

    – Reprezentacja Polski zasługuje na doping, który jednoczy, a nie dzieli – podsumował wiceprezes PZPN ds. organizacyjno-finansowych.

  • To dlatego tak naprawdę Aleksandra Mirosław kończy karierę. Mąż ujawnia

    To dlatego tak naprawdę Aleksandra Mirosław kończy karierę. Mąż ujawnia

    Oto pełna, mnno będzie ostatni rozdział w niezwykłej sportowej historii Aleksandry Mirosław. Mistrzyni olimpijska i rekordzistka świata we wspinaczce na czas zapowiedziała, że sezon 2026 będzie jej finałowym w zawodowej karierze. Decyzja zapadła świadomie, bez presji okoliczności i bez cienia przypadku. Głos w tej sprawie zabrał również jej mąż i trener, Mateusz Mirosław, który jasno tłumaczy, co naprawdę stoi za tym wyborem – i nie pozostawia miejsca na spekulacje.

    Informacja pojawiła się nagle i dla wielu była kompletnym zaskoczeniem. We wtorek, 2 lutego, dokładnie w dniu swoich 32. urodzin, Aleksandra Mirosław ogłosiła publicznie, że kończy sportową karierę. Jak podkreśliła, bieżący sezon będzie jej ostatnim występem na arenie międzynarodowej.

    „Myśl o tym pojawiła się w moim sercu wiele lat temu i z czasem coraz bardziej dojrzewała. Od dawna wiedziałam, jak chcę pożegnać się ze sportem – na szczycie, na własnych zasadach, po swojemu. Dziś, gdy kończę 32 lata, wiem, że to właściwy moment” – przekazała w mediach społecznościowych.

    Mirosław zaznaczyła, że przed nią jeszcze kilka ważnych startów, które symbolicznie zamkną ten etap życia. Choć przestanie rywalizować na najwyższym poziomie, sport nadal pozostanie istotną częścią jej tożsamości. Zmieni się jedynie rola, jaką będzie w nim odgrywać.

    Decyzja ta oznacza również, że Polka nie stanie do obrony złotego medalu podczas letnich igrzysk olimpijskich w Los Angeles w 2028 roku. Pożegnanie z kibicami nastąpi znacznie wcześniej i będzie miało wyjątkowy charakter. Jednym z najbardziej symbolicznych momentów mają być zawody Pucharu Świata w Krakowie, zaplanowane na 3–5 lipca. Ostatnim wielkim międzynarodowym akcentem w karierze Mirosław będą mistrzostwa Europy we francuskim Laval, które odbędą się pod koniec sierpnia 2026 roku.

    Po ogłoszeniu decyzji głos zabrał Mateusz Mirosław – mąż Aleksandry i jednocześnie trener, z którym od lat tworzy jeden z najbardziej niezwykłych duetów w polskim sporcie. W rozmowie z „Przeglądem Sportowym” Onet podkreślił, że zakończenie kariery nie ma absolutnie nic wspólnego z problemami zdrowotnymi.

    Jak zaznaczył, była to decyzja przemyślana i planowana od dawna. Świadomość zbliżającego się końca dawała im obojgu niezwykłą klarowność w codziennej pracy. Każdy trening, każdy start i każdy etap przygotowań miał szczególne znaczenie.

    – Wiedzieliśmy, że ta droga dobiega końca. To sprawiało, że z każdego momentu wyciskaliśmy maksimum. Nie chcieliśmy zostawić ani jednej niewykorzystanej szansy. Ola przez całą karierę była profesjonalistką w najpełniejszym znaczeniu tego słowa – odpowiedzialną, świadomą swoich wyborów i konsekwentną. Taką samą dojrzałość widać w tej decyzji – tłumaczy Mateusz Mirosław.

    Jak podkreśla, w sporcie bardzo często to kontuzje, ograniczenia fizyczne lub zewnętrzne okoliczności decydują o zakończeniu kariery. W tym przypadku jest inaczej. Aleksandra Mirosław odchodzi dokładnie wtedy, kiedy sama tego chce – jako spełniona zawodniczka, w zgodzie ze swoimi wartościami i poczuciem sensu.

    Dla Mateusza Mirosława ta droga była czymś znacznie więcej niż tylko wspólną pracą sportową. Wyraża ogromną wdzięczność nie tylko za medale i rekordy, ale przede wszystkim za doświadczenie codziennego obcowania z determinacją, odwagą i nieustępliwością na najwyższym poziomie.

    – Do końca życia będę wdzięczny za to, że mogłem być trenerem tak wybitnej sportsmenki, a jednocześnie tak autentycznego i dobrego człowieka. Najcenniejsze nie są dla mnie wyniki czy trofea, lecz świadomość, czym jest odwaga doprowadzona do samego końca – podsumowuje.

    Historia Aleksandry i Mateusza Mirosławów zaczęła się w 2014 roku. Poznali się przy okazji projektu poświęconego lubelskim sportowcom. Z czasem wspólne rozmowy przerodziły się w relację prywatną, a następnie – trochę przez przypadek – także we współpracę treningową. To właśnie wtedy narodził się duet, który zrewolucjonizował światową wspinaczkę na czas.

    – Ola zrobiła ze mnie prawdziwego trenera, a ja pomogłem jej stać się zawodniczką światowej klasy – wspominał Mateusz Mirosław w jednej z rozmów z PAP.

    Dziś oboje wiedzą, że ta droga zmierza ku końcowi. Ale sposób, w jaki Aleksandra Mirosław żegna się ze sportem, tylko potwierdza jej wyjątkową pozycję – nie tylko jako mistrzyni, lecz także jako świadomej, dojrzałej i odważnej postaci polskiego sportu.

  • A jednak, Rybakina przed Świątek. Polka spadła na trzecie miejsce

    A jednak, Rybakina przed Świątek. Polka spadła na trzecie miejsce

    Jelena Rybakina zakończyła sezon 2025 w wymarzonym stylu, triumfując w WTA Finals, a nowy, 2026 rok rozpoczęła jeszcze mocniejszym akcentem – zwycięstwem w Australian Open. Kazaszka w ostatnich miesiącach wyraźnie wyrosła na największe zagrożenie dla dominacji Aryny Sabalenki, a jej pozycja w kobiecym tenisie zaczyna być nawet silniejsza niż Igi Świątek. Coraz wyraźniej widać to nie tylko w klasycznym rankingu WTA, ale także w zestawieniach opartych na sile gry. Według rankingu ELO prowadzonego przez TennisAbstract, Rybakina właśnie wyprzedziła Polkę, która spadła na trzecie miejsce.

    Od 2022 roku Iga Świątek zbudowała w kobiecym tourze pozycję niemal niepodważalną. Przez długi czas jedyną tenisistką, która była w stanie regularnie rzucać jej wyzwanie, pozostawała Aryna Sabalenka. W ostatnich miesiącach układ sił zaczął się jednak zmieniać. Polka stopniowo traci dystans do Białorusinki, a na horyzoncie pojawiła się nowa, niezwykle groźna rywalka.

    Kandydatek do rozbicia hegemonii duetu Świątek–Sabalenka było wiele. Przez lata najczęściej wskazywano Coco Gauff, jednak Amerykanka nie potrafiła utrzymać wysokiej formy przez dłuższy czas. Tymczasem Jelena Rybakina w ostatnich miesiącach imponuje regularnością, stabilnością i skutecznością na największych turniejach.

    Kaszazka w ostatniej chwili wywalczyła awans do WTA Finals 2025, a następnie wykorzystała swoją szansę w pełni, sięgając po tytuł i pokonując w finale Arynę Sabalenkę. Znakomitą dyspozycję przeniosła na początek nowego sezonu. Podczas Australian Open 2026 straciła zaledwie jednego seta, a w decydującym meczu ponownie okazała się lepsza od Sabalenki.

    Triumf w Melbourne przyniósł Rybakinie ogromne korzyści rankingowe. Awansowała na trzecie miejsce w klasyfikacji WTA, wracając tym samym na najwyższą pozycję w karierze. Jej strata do drugiej Igi Świątek stopniała do mniej niż 400 punktów, co sprawia, że w najbliższych tygodniach kolejność w czołówce może ulec dalszym zmianom.

    Już teraz Rybakina wyprzedziła Polkę w rankingu ELO, który ma na celu jak najdokładniejsze odzwierciedlenie aktualnej siły gry. W zestawieniu TennisAbstract liderką pozostaje Aryna Sabalenka z dorobkiem 2224,6 punktu. Za jej plecami doszło jednak do przetasowania – Jelena Rybakina zgromadziła 2170,1 punktu i wskoczyła na drugie miejsce, spychając Igę Świątek na trzecią lokatę z wynikiem 2119,7. Tuż za Polką znajduje się Coco Gauff, która jako ostatnia z tenisistek w ścisłej czołówce przekroczyła granicę 2100 punktów.

    Wszystko wskazuje na to, że rywalizacja w kobiecym tenisie wchodzi w nową fazę, a walka o dominację w 2026 roku może być bardziej otwarta i zacięta niż kiedykolwiek wcześniej.

  • Nawrocki daje przykład. Skończył się czas pogardy

    Polska piłka po latach wstydu. Czas na zwrot mentalny

    W historiografii mówiliśmy o „zwrocie ludowym”, w polityce – o „zwrocie populistycznym”. Być może właśnie teraz nadchodzi moment, by podobną rewolucję przeprowadzić w polskim futbolu. Po dekadach ironii, znużenia i otwartej pogardy wobec rodzimej piłki pojawia się realna szansa, by spojrzeć na nią inaczej – nie z zażenowaniem, lecz z autentycznym zainteresowaniem, a nawet podziwem.

    Gdy w sierpniu na meczu Lechii Gdańsk z Motorem Lublin, w samym sercu młyna miejscowych kibiców, pojawił się prezydent Karol Nawrocki, informacja ta obiegła kraj w błyskawicznym tempie. Pisały o niej nie tylko redakcje sportowe, ale również media ogólnopolskie. Sympatycy obozu rządzącego reagowali często z pogardą, przywołując komentarz byłego piłkarza i menedżera Roberta Lewandowskiego, Cezarego Kucharskiego: „Kibolem był i będzie”. Jednak ci, którzy nie patrzą na świat przez ideologiczne klapki, mogli zadać sobie inne pytanie: skoro głowa państwa z taką swobodą i sympatią pojawia się na stadionie Ekstraklasy, to może jednak polski futbol nie jest już wyłącznie synonimem prowincjonalności i chaosu?

    Fenomen, którego Europa nie ignoruje

    Choć polskie kluby wciąż nie potrafią przebić się do fazy ligowej Ligi Mistrzów, a Liga Europy pozostaje marzeniem raczej niż standardem, zmienia się jedno: sposób, w jaki kibice postrzegają Ekstraklasę. Coraz rzadziej funkcjonuje ona jako „brzydka panna bez posagu”, a coraz częściej jako produkt, który – mimo sportowych ograniczeń – ma swoje atuty. I to niemałe.

    W skali kontynentu Polska staje się zjawiskiem osobnym. Sportowo pozostajemy w dolnych rejonach europejskiej średniej, ale pod względem infrastruktury i zainteresowania kibiców jesteśmy już o krok od elity. Potwierdzają to twarde dane zawarte w raporcie UEFA podsumowującym sezon 2024/25.

    Pod względem średniej frekwencji na meczach najwyższej klasy rozgrywkowej Polska zajmuje dziewiąte miejsce w Europie. Przed nami są wyłącznie futbolowe potęgi lub kraje o silnie zakorzenionej kulturze stadionowej: Anglia, Niemcy, Włochy, Hiszpania, Francja, Turcja, a także Holandia i Szkocja. Co więcej, Ekstraklasa znalazła się w gronie trzydziestu lig, które zanotowały wzrost frekwencji – w naszym przypadku o 7 procent – oraz wśród siedmiu, które osiągnęły najwyższy poziom zainteresowania kibiców od ponad dwóch dekad.

    Jeszcze bardziej imponująco wygląda zestawienie obejmujące wszystkie krajowe rozgrywki: od Ekstraklasy, przez niższe ligi, Puchar Polski, aż po mecze europejskie. W takim ujęciu Polska plasuje się na ósmym miejscu w Europie, wyprzedzając nawet Turcję i Szkocję. UEFA zwróciła uwagę na jeden szczególny przypadek: spotkanie Ruchu Chorzów z Wisłą Kraków było jedynym meczem sezonu zasadniczego poza drugą Bundesligą, który przyciągnął na trybuny ponad 50 tysięcy widzów.

    Stadionowa rewolucja bez wielkiej imprezy

    Jeszcze wyżej Polska wypada w kategorii infrastruktury. UEFA ocenia nas pod tym względem jako czwarty kraj w Europie, jeśli chodzi o liczbę nowych inwestycji stadionowych z ostatniej dekady. Więcej modernizacji przeprowadzono jedynie w Turcji, Niemczech i Anglii – czyli w państwach, które przygotowują się lub niedawno przygotowywały do organizacji wielkich turniejów reprezentacyjnych.

    Polska jest tu wyjątkiem. Modernizacja stadionów odbywa się bez presji wielkiej imprezy, bez Euro na horyzoncie. Co istotne, raport nie uwzględnia obiektów wybudowanych na Euro 2012 – mowa wyłącznie o nowych projektach i przebudowach z ostatnich dziesięciu lat. To dowód na długofalowe, a nie jednorazowe myślenie o futbolowej infrastrukturze.

    Telewizja, pieniądze i wiara inwestorów

    Rosnące zainteresowanie trybunami ma swoje naturalne przełożenie na rynek praw telewizyjnych. Choć do absolutnej europejskiej czołówki wciąż nam daleko, Polska znajduje się już w „przedsionku elity”. Co ważne – w przeciwieństwie do Anglii czy Hiszpanii, gdzie wzrost wartości praw ledwo nadąża za inflacją, oraz Niemiec, Włoch i Francji, gdzie wpływy wręcz maleją, w Polsce rynek dynamicznie się rozwija. Ostatnia umowa oznacza wzrost o około 30 procent.

    Pod względem przychodów z praw telewizyjnych wyprzedzamy kraje znacznie bogatsze – takie jak Dania, Norwegia czy Szwecja. Nawet Czechy, które sportowo radzą sobie w Europie lepiej i zajmują wyższe miejsce w rankingu UEFA, zarabiają na swojej lidze ponad cztery razy mniej niż Ekstraklasa.

    To wszystko sprawiło, że w trwałość tego trendu uwierzyli właściciele klubów. Na rynku pojawili się nowi inwestorzy, a dotychczasowi zaczęli wydawać pieniądze z większą odwagą. Raport UEFA dotyczący transferów w 2025 roku przynosi liczbę, która może szokować: wzrost wartości transferów w Ekstraklasie rok do roku wyniósł aż 304 procent. Oczywiście w ujęciu bezwzględnym wciąż mówimy o relatywnie skromnych kwotach – średnio 300 tysięcy euro, a przy samych transferach gotówkowych około 600 tysięcy – ale dynamika jest nie do zignorowania.

    Koniec „czasu pogardy”

    Wszystko to prowadzi do jednego wniosku: narracja o Ekstraklasie jako lidze, w której „piłkarze kopią się po czołach”, coraz bardziej rozmija się z rzeczywistością. Wzrost nakładów, infrastruktury i zainteresowania kibiców musi – prędzej czy później – przełożyć się na wyniki sportowe w Europie. Zresztą pierwsze symptomy już widać w systematycznie poprawiającej się pozycji Polski w rankingu UEFA.

    Jeśli nasze kluby zaczną w końcu regularnie zarabiać poważne pieniądze w Lidze Mistrzów lub Lidze Europy, dystans do europejskiej czołówki znacząco się skróci. Być może wtedy UEFA przestanie wspominać Polskę wyłącznie w tabelach i raportach, a rodzima liga odzyska serca tych kibiców, którzy dziś emocjonalnie żyją Realem Madryt, Barceloną czy Manchesterem City.

    Podobny proces obserwowaliśmy już w innych sferach. W historiografii popularność zdobyły książki pisane z perspektywy pogardzanego przez lata chłopstwa, jak „Ludowa historia Polski” czy „Pańszczyzna”. W polityce partie głównego nurtu, choć oficjalnie walczą z populizmem, przejmują postulaty dawniej kojarzone z AfD, Zgromadzeniem Narodowym czy Konfederacją – od migracji po tempo transformacji energetycznej.

    Jeśli podobna rewolucja mentalna dokona się w polskiej piłce, możemy wreszcie odkryć, że mamy coś, czym naprawdę warto się zachwycać.

  • Aleksandra Mirosław ogłosiła to ze łzami w oczach. To koniec!

    Aleksandra Mirosław ogłosiła to ze łzami w oczach. To koniec!

    Aleksandra Mirosław, mistrzyni olimpijska we wspinaczce sportowej z Paryża i rekordzistka świata we wspinaniu na czas, ogłosiła, że sezon 2026 będzie jej ostatnim w zawodowej karierze. Decyzję przekazała dokładnie w dniu swoich 32. urodzin.

    Przez lata Mirosław była postacią absolutnie dominującą w swojej konkurencji. Najpierw samotnie, a później wspólnie z siostrami Kałuckimi – Natalią i Aleksandrą – wyznaczała światowe standardy, regularnie rywalizując o najwyższe cele głównie z zawodniczkami z Azji. Kulminacją jej kariery były igrzyska olimpijskie w Paryżu w 2024 roku, gdzie jako jedyna reprezentantka Polski sięgnęła po złoty medal. Co więcej, dokonała tego w rekordowym stylu, ustanawiając nowy rekord świata – 6,06 sekundy.

    Ten wynik długo jednak nie przetrwał. Już w 2025 roku, podczas mistrzostw świata w Seulu, Mirosław ponownie przesunęła granice możliwości, poprawiając własny rekord na 6,03 sekundy. Gdy wydawało się, że wciąż znajduje się na sportowym szczycie, w poniedziałek poinformowała, że nadchodzący sezon będzie jej pożegnaniem z profesjonalnym sportem.

    „Dziś są moje 32. urodziny. To dla mnie zawsze moment refleksji. Chciałabym powiedzieć Wam coś ważnego. Sezon 2026 będzie moim ostatnim sezonem w zawodowej karierze. Więcej informacji znajdziecie w filmie poniżej. Dziękuję Wam za te lata wsparcia i… zapraszam do ostatniego tańca” – napisała Mirosław w serwisie X, dołączając nagranie wideo.

    W emocjonalnym wystąpieniu przyznała, że myśl o zakończeniu kariery towarzyszyła jej od dawna. – Ta idea pojawiła się we mnie wiele lat temu i bardzo długo dojrzewała. Wiedziałam, w jaki sposób chcę odejść ze świata sportu w tej roli. Na topie, na moich warunkach, po swojemu. I dziś ten dzień nadszedł – mówiła łamiącym się głosem. Zaznaczyła przy tym, że sport nie zniknie z jej życia, choć jej rola w nim ulegnie zmianie. – O tej historii opowiem innym razem – dodała.

    Mirosław zaprosiła również kibiców do wspólnego przeżycia ostatniego etapu kariery. Szczególne miejsce w tym pożegnaniu zajmie Kraków. – Chciałabym zaprosić was do tego ostatniego rozdziału. W szczególności do Krakowa, w pierwszy weekend lipca, gdzie po raz ostatni… – w tym momencie musiała przerwać wypowiedź, wyraźnie wzruszona. Po chwili kontynuowała: – Gdzie po raz ostatni wystartuję w Pucharze Świata. Nie wiem, jak zakończy się ten etap. Zrobię wszystko, by zakończyć go najlepiej, jak potrafię. Na podsumowania przyjdzie jeszcze czas. Dziś chcę wam po prostu podziękować i zaprosić do ostatniego wspólnego tańca – zakończyła ze łzami w oczach.

    Sezon 2026 będzie dla Aleksandry Mirosław wyjątkowy także pod względem sportowym. Najważniejszą imprezą będą mistrzostwa Europy, a polscy kibice będą mieli okazję pożegnać mistrzynię podczas zawodów Pucharu Świata w Krakowie, zaplanowanych na dni 3–5 lipca. Rywalizacja we wspinaniu na czas rozpocznie się natomiast pod koniec marca – pierwsze zawody sezonu odbędą się w dniach 28–31 marca w Madrycie.

  • Drastyczny spadek Świątek w rankingu. Niebywałe, ile już traci do Sabalenki i Rybakiny

    Drastyczny spadek Świątek w rankingu. Niebywałe, ile już traci do Sabalenki i Rybakiny

    Choć sezon dopiero się rozkręca, już teraz sytuacja Igi Świątek w rankingu WTA Race może budzić niepokój. W zestawieniu, które na koniec roku wyłoni osiem uczestniczek WTA Finals, Polka znajduje się obecnie poza czołówką gwarantującą awans. To wyraźny regres w porównaniu z analogicznym momentem poprzedniego sezonu. Strata do Jeleny Rybakiny i Aryny Sabalenki jest znacząca, choć istnieją przesłanki, by sądzić, że niebawem może ulec zmniejszeniu. Wiadomo już bowiem, kiedy Świątek ponownie pojawi się na korcie.

    Początek roku w wykonaniu liderki polskiego tenisa ma wyraźnie słodko-gorzki smak. Styczeń przyniósł jej ogromną radość w postaci triumfu w United Cup, gdzie wraz z reprezentacją Polski sięgnęła po końcowe zwycięstwo. Na indywidualne sukcesy w nowym sezonie trzeba jednak jeszcze poczekać. Australian Open zakończyło się dla niej wcześniej niż przed rokiem – zamiast półfinału był ćwierćfinał i porażka z Jeleną Rybakiną 5:7, 1:6. Taki wynik oznaczał brak obrony punktów wywalczonych dwanaście miesięcy wcześniej.

    W efekcie w najnowszym notowaniu rankingu WTA Świątek straciła 350 punktów. Na jej koncie widnieje obecnie 7978 „oczek”. Choć nadal zajmuje drugie miejsce na świecie, jej przewaga wyraźnie stopniała. Rybakina, sklasyfikowana na trzeciej pozycji, traci do niej już tylko 368 punktów. Niestety, to nie jedyny sygnał ostrzegawczy dla Polki i jej zespołu.

    Jeszcze mniej optymistycznie prezentuje się pozycja Igi Świątek w rankingu WTA Race, który obejmuje wyłącznie wyniki osiągnięte w bieżącym roku kalendarzowym. To właśnie on decyduje o obsadzie prestiżowego turnieju WTA Finals, wieńczącego sezon. Na ten moment Polka plasuje się dopiero na 9. miejscu, ex aequo z Coco Gauff. Obie zgromadziły po 580 punktów.

    Co prawda po Australian Open Świątek zanotowała awans aż o dwanaście pozycji, ale różnice punktowe do ścisłej czołówki są już bardzo wyraźne. Liderująca Rybakina wyprzedza ją o 1528 punktów, a druga Sabalenka o 1220. Pewnym promykiem nadziei jest fakt, że strata do ósmej w zestawieniu Belindy Bencic wynosi zaledwie 45 punktów, więc powrót do premiowanej ósemki jest w zasięgu ręki.

    Aktualna czołówka rankingu WTA Race prezentuje się następująco: Jelena Rybakina – 2108 pkt
    Aryna Sabalenka – 1800
    Elina Switolina – 1030
    Jessica Pegula – 975
    Mirra Andriejewa – 848
    Victoria Mboko – 847
    Iva Jovic – 691
    Belinda Bencic – 625

    Dla porównania, poprzedni sezon Świątek zakończyła z dorobkiem 8195 punktów w WTA Race, co dało jej drugie miejsce. Był to więc wynik diametralnie lepszy od obecnego. Wówczas najlepsza była Sabalenka (9870 pkt), przed Coco Gauff, Anisimovą, Pegulą, Rybakiną, Keys i Paolini. Tuż za ósemką uplasowała się Mirra Andriejewa, której do awansu do WTA Finals zabrakło zaledwie sześciu punktów.

    Co więcej, również w analogicznym momencie poprzedniego roku sytuacja Polki była korzystniejsza. Po Australian Open 2025 zajmowała trzecie miejsce w WTA Race, mając na koncie 1105 punktów. Obecny spadek na 9. lokatę wygląda więc szczególnie dotkliwie.

    Najbliższe tygodnie dadzą jednak Świątek okazję do odrobienia strat. Pierwszym ważnym sprawdzianem będzie turniej w Dosze, zaplanowany na 8–14 lutego, w którym Polka ma wystartować. Co dalej – pozostaje kwestią otwartą. Po odpadnięciu z Australian Open wiceliderka światowego rankingu zapowiedziała bowiem zmianę podejścia do kalendarza startów.

    – Przez ostatnie lata trudno było mi podjąć taką decyzję, ale w tym roku próbuję zmienić swoje podejście. Myślę, że na pewno opuścimy jakieś turnieje rangi 1000. Nigdy wcześniej nie byłam w takiej sytuacji, więc nie wiem, jak to wyjdzie – przyznała Świątek.

    Jak podkreśliła, taka strategia ma pomóc jej w dalszym rozwoju sportowym. – Jeśli chcesz poprawić swoją grę, potrzebujesz na to czasu. Granie turniej za turniejem nie zawsze to umożliwia. Krótki okres przygotowań nie daje takich możliwości – podsumowała Polka.

    Decyzje dotyczące kalendarza mogą okazać się kluczowe nie tylko dla jej formy, ale i dla walki o powrót do ścisłej czołówki WTA Race w dalszej części sezonu.

  • Fenomenalny wyczyn Świątek. Spektakularnie gromi Sabalenkę. 100 proc. skuteczności

    Fenomenalny wyczyn Świątek. Spektakularnie gromi Sabalenkę. 100 proc. skuteczności

    Iga Świątek nie ma powodów do satysfakcji po tegorocznym występie w Australian Open. Polka pożegnała się z turniejem już po fazie ćwierćfinałowej. Ale jest coś, czego może jej pozazdrościć aktualna liderka światowego rankingu – Aryna Sabalenka. To skuteczność w wielkoszlemowych finałach. Białorusinka przegrała takie spotkanie po raz czwarty w karierze. Raszynianka pod tym względem może się pochwalić doskonałym wskaźnikiem efektywności.
    Po lewej stronie tenisistka w sportowej koszulce i czapce wykonuje gest zwycięstwa z zaciśniętą pięścią i uśmiechem na twarzy. Po prawej stronie inna zawodniczka w różowej koszulce trzyma dłoń na twarzy, wyrażając rozczarowanie lub smutek po przegranej.

    Iga Świątek wygrała wszystkie finały Wielkiego Szlema, do których docierała. Aryna Sabalenka tylko co drugi Łukasz ŻurekAFP

    W ostatnich czterech edycjach Aryna Sabalenka za każdym razem meldowała się w finale Australian Open. Bezkonkurencyjna była w latach 2003 i 2004. W dwóch kolejnych sezonach schodziła jednak z placu boju pokonana.

    Sobotnie starcie o tytuł z Jeleną Rybakiną zakończyło się porażką Białorusinki 4:6, 6:4, 4:6. Reprezentantka Kazachstanu sięgnęła po triumf w pełni zasłużenie. Na dystansie trzech setów pokazała tenis w każdym aspekcie bardziej konsekwentny.

    Świątek wzorem dla Sabalenki. Polka wygrała wszystkie finały Wielkiego Szlema. Sześć prób, sześć triumfów

    – Dwa finały przegrałam, ale ogólnie rzecz biorąc, było o wiele lepiej niż w zeszłym roku – oznajmiła Sabalenka cytowana przez oficjalny serwis WTA. – Poziom gry, ale też decyzje, które podejmowałam, i mentalność, która towarzyszyła mi przez cały mecz. Z tego mogę być zadowolona.

    – Zrobiłam w tym względzie ogromne postępy, a i tak przegrałam. Ale jest dobrze. Czuję, że zmierzam we właściwym kierunku – dodała.

    Tenisowi analitycy zaraz po jej porażce w Melbourne policzyli, że przegrywa średnio co drugi wielkoszlemowy finał. Oprócz dwóch wspomnianych wcześniej tytułów w AO ma na koncie również trofea z US Open (2024, 2025). Po drugiej stronie tego zestawienia – dla przeciwwagi – widnieją przegrane finały US Open (2023) i French Open (2025).

    Jeśli dodamy do tego dwa ostatnie niepowodzenia z antypodów, daje nam to bilans finałów 4:4, czyli ledwie 50 proc. skuteczności.

    “Ten fakt powinien zaalarmować obóz Sabalenki, ponieważ staje jej na drodze do osiągnięcia sukcesu, na jaki zasługuje. Sabalenka musi natychmiast zająć się tą sprawą, jeśli nie zamierza marnować kolejnych szans” – czytamy na stronie thetennisgazette.com.

    Dziennikarze serwisu zauważają przy okazji, że w globalnym ujęciu Białorusinka wygrała tylko 22 z 42 finałów pod szyldem WTA.

    Jak na jej tle wypada Iga Świątek? Wręcz znakomicie. Polka w tej kwestii może uchodzić za wzór. Do tej pory wygrała wszystkie finały Wielkiego Szlema, do których dotarła. Było ich dokładnie sześć: cztery na kortach Rolanda Garrosa (2020, 2022, 2023, 2024) oraz po jednym w US Open (2022) i Wimbledonie (2025).

    W światowym rankingu Polka od kilkunastu miesięcy plasuje się jednak za Sabalenką. Obecnie jest wiceliderką zestawienia. Jej strata do pierwszej rakiety globu wynosi ponad trzy tysiące punktów.
    Kobieta w sportowym żółtym stroju na korcie tenisowym z wyrazem emocji na twarzy. W tle widoczni rozmazani ludzie oraz nieostre światła.

    Aryna SabalenkaAFP
    Tenisistka w czarnej koszulce i białej czapce z rakietą w ręku uśmiecha się na korcie tenisowym. W tle widoczna polska flaga oraz napis Queen Iga.

    Iga Świątek AFP
    Iga Świątek goni w rankingu WTA Race Arynę Sabalenkę

    Iga Świątek spróbuje w tym sezonie zrzucić Arynę Sabalenkę ze szczytu w rankingu WTACLIVE BRUNSKILL/GETTY IMAGES NORTH AMERICA/NOUSHAD THEKKAYIL/NurPhotoAFP

    Jelena Rybakina wzięła udział w wyjątkowej sesji zdjęciowej z trofeum. WIDEOJANELLE MEAGER / AFPTV / AFPAFP

  • Gruchnęły wieści ws. Osaki i Wiktorowskiego. “Nastąpi weryfikacja”

    Gruchnęły wieści ws. Osaki i Wiktorowskiego. “Nastąpi weryfikacja”

    Naomi Osaka i Tomasz Wiktorowski współpracują od lata ubiegłego roku, a ich wspólna droga od początku budziła spore zainteresowanie tenisowego świata. Początek zapowiadał się obiecująco, jednak z czasem pojawiły się słabsze wyniki, problemy zdrowotne Japonki i coraz więcej znaków zapytania dotyczących przyszłości tego duetu. Najnowsze informacje sugerują, że nadchodzące tygodnie mogą okazać się kluczowe – a być może nawet decydujące – dla dalszej współpracy polsko-japońskiej.

    Tomasz Wiktorowski przejął rolę trenera Osaki po Patricku Mouratoglou. Oficjalnie dołączył do jej sztabu tuż przed turniejem WTA 1000 w Montrealu. Ten start okazał się bardzo udany – Japonka dotarła aż do finału, dając sygnał, że powrót do ścisłej czołówki jest realny. Jeszcze lepsze wrażenie zrobiła podczas US Open, gdzie osiągnęła półfinał. Był to jej najlepszy występ w turnieju wielkoszlemowym od triumfu w Australian Open w 2021 roku.

    Później jednak forma Osaki zaczęła wyraźnie falować, a kolejne turnieje nie przynosiły już podobnych rezultatów. Tegoroczny Australian Open miał być dla niej okazją do potwierdzenia ambicji i sportowych aspiracji. W Melbourne Japonka wiązała duże nadzieje z dobrym występem, tym bardziej że w czwartej rundzie rysowała się perspektywa bezpośredniego starcia z Igą Świątek. Ostatecznie Osaka musiała jednak wycofać się z turnieju po dwóch meczach, tłumacząc decyzję problemami zdrowotnymi.

    Przed Osaką i Wiktorowskim wciąż jest kilka ważnych startów, które mogą odwrócić niekorzystny trend. W planach są m.in. trzy prestiżowe turnieje rangi WTA 1000 – w Dosze, Dubaju oraz Indian Wells. To właśnie ten ostatni turniej może okazać się punktem zwrotnym.

    Jak ujawnił Karol Stopa, komentator Eurosportu, obecna umowa między Osaką a Wiktorowskim ma obowiązywać właśnie do turnieju w Indian Wells. – Albo Tomek zdoła narzucić jej swój rytm pracy, albo ta współpraca okaże się krótką przygodą. Z tego, co słyszałem, są umówieni do Indian Wells, a potem ma nastąpić weryfikacja – powiedział Stopa w podcaście „Trzeci Serwis”, prowadzonym przez Lecha Sidora i Krzysztofa Łoniewskiego.

    Zdaniem komentatora dotychczasowe efekty współpracy nie są szczególnie przekonujące. – Nie było zbyt wielu naprawdę dobrych meczów. Raz czy dwa zdarzały się momenty, w których Osaka była blisko tej wersji siebie, która wygrywała z Sereną Williams i triumfowała w Nowym Jorku oraz Melbourne. To były przecież ogromne sukcesy. Tymczasem po przerwie macierzyńskiej nie wygląda już tak dobrze – zauważył Stopa.

    Ekspert nie ukrywa też sceptycyzmu co do tego, czy Osaka jest w stanie wrócić na poziom prezentowany w latach 2018–2021, kiedy dwukrotnie wygrywała Australian Open i US Open. – Niestety, albo stety, wielkie zawodniczki, które już mają na koncie triumf wielkoszlemowy – jak choćby Emma Raducanu – często mają problem, by powtórzyć taki sukces. To nie jest proste, zwłaszcza jeśli po drodze pojawiają się różne życiowe i sportowe przejścia. W przypadku Osaki wygląda to podobnie. Ja wielkim optymistą nie jestem – podsumował.

    Po zakończeniu Australian Open Naomi Osaka zajmuje 14. miejsce w rankingu WTA, mając na koncie 2366 punktów. W Melbourne powtórzyła wynik sprzed roku, docierając do trzeciej rundy, dzięki czemu nie straciła punktów. Co więcej, w porównaniu z notowaniem sprzed startu turnieju zanotowała awans o trzy pozycje. Teraz jednak najważniejsze pytanie brzmi: czy kolejne tygodnie pozwolą jej i Tomaszowi Wiktorowskiemu znaleźć wspólny rytm – czy też okażą się ostatnim rozdziałem tej współpracy.

  • Rybakina zachwyciła cały świat w wyjątkowej sesji. “Czerwona królowa”

    Rybakina zachwyciła cały świat w wyjątkowej sesji. “Czerwona królowa”

    Jelena Rybakina musiała czekać ponad trzy lata na triumf w turnieju wielkoszlemowym. Kazaszka wygrała Australian Open, pokonując w finale Arynę Sabalenkę. Teraz przyszedł czas na sesję zdjęciową. Kibice szeroko ją komentują.
    Jelena Rybakina
    Fot. REUTERS/Hollie Adams

    Jedyny dotychczasowy tytuł wielkoszlemowy Jelena Rybakina wywalczyła w 2022 roku. Wówczas wygrała Wimbledon. Niedługo później (styczeń 2023) rywalizowała z Aryną Sabalenką w finale Australian Open. Wtedy reprezentantka Kazachstanu musiała uznać wyższość rywalki. Trzy lata po tym wydarzeniu nadszedł czas na rewanż. Tym razem lepsza okazała się Rybakina, wygrywając 6:4,4:6, 6:4. Sabalenka drugi raz z rzędu przegrała finał w Melbourne.

    Zobacz wideo Kamil Majchrzak o minionym sezonie. “Mam nadzieję, że jeszcze sporo przede mną”
    Kibice oczarowani Rybakiną. “Absolutnie oszałamiająca”

    Dzień po wygranym finale przyszedł czas na tradycyjną sesję zdjęciową zwyciężczyni z trofeum. Jelena Rybakina postawiła na czerwoną suknię. Często mówiono o Kazaszce, że rzadko się uśmiecha, ale tym razem z oczywistych względów było inaczej.

    W dodatku Rybakina znalazła czas na rozmowę z młodą fanką tenisa. Dziewczynka mogła liczyć również na autograf. “Nigdy nie zobaczysz Leny uśmiechniętej bardziej niż wtedy, gdy spotyka się z psami lub dziećmi” – napisał profil “The Tennis Letter” na platformie X.

    Sesja zdjęciowa Rybakiny wywołała sporo komentarzy w mediach społecznościowych. Wielu kibiców podkreśla, że w wybranej kreacji triumfatorka Australian Open jest “absolutnie oszałamiająca”. Niektórzy nazywają ją również “piękną królową tenisa”, czy po prostu “czerwoną królową”, co było nawiązaniem do jej kreacji.
    Rybakina zrobiła to po raz drugi. W tle wygrana ze Świątek

    W listopadzie Rybakina wygrała turniej WTA Finals, pokonując w finale Sabalenkę. Wcześniej w fazie grupowej okazała się lepsza od Igi Świątek.

    Co ciekawe, w Australian Open ponownie Kazaszka triumfowała w spotkaniach z dwoma najlepszymi zawodniczkami rankingu WTA. Polkę ograła bowiem w ćwierćfinale. 26-latka powinna być także groźna na innych nawierzchniach. Ponadto w najnowszym notowaniu rankingu wskoczy na trzecią pozycję, z niewielką stratą do naszej tenisistki.

  • Iga Świątek zapytana o Kamila Stocha. Nie gryzła się w język

    Iga Świątek zapytana o Kamila Stocha. Nie gryzła się w język

    W 2026 roku Kamil Stoch zakończy karierę sportową. Były momenty, w których Polak dominował w skokach narciarskich i przedłużył zainteresowanie swoją dyscypliną w naszym kraju na kolejne lata po odejściu Adama Małysza. Wiadomo, że w ten sposób kończy się pewna epoka. Parę słów o tym postanowiła powiedzieć też Iga Świątek.
    Po lewej stronie młoda kobieta w sportowej czapce i białym stroju z butelką wody, po prawej mężczyzna w zimowej kurtce i czapce z polskim godłem oraz logiem 4F, z uśmiechem wśród padającego śniegu.

    Iga Świątek, Kamil StochDavid Gray & Marcin GolbaAFP

    Już niebawem w serwisie HBO Max będzie miał premierę serial dokumentalny o Kamilu Stochu. Pierwszy odcinek będzie można obejrzeć 28 lutego, a kolejne pojawiać będą się co tydzień. Wśród osób, które wypowiadały się dla twórców serii, pojawiła się także Iga Świątek.

    Kamil Stoch w 2026 roku kończy karierę

    W 2026 roku w polskich skokach narciarskich skończy się pewna epoka. Kamil Stoch poinformował, że kończy karierę sportową i jest to jego ostatni sezon w Pucharze Świata. Przypomnijmy, że Stoch to trzykrotny mistrz olimpijski, dwukrotny mistrz świata i dwukrotny zdobywca Kryształowej Kuli, a także trzykrotny triumfator Turnieju Czterech Skoczni.

    Choć szał na skoki narciarskie w Polsce rozpoczęła Małyszomania, to Stoch przedłużył, razem z kolegami, zainteresowanie tą dyscypliną w naszym kraju. O stosunkowo niszowym sporcie usłyszał niemal każdy Polak, a poczynania Biało-Czerwonych na skoczniach świata śledzili niemal wszyscy. Teraz, przy sporych problemach wokół skoków, Stoch zakończy pewną epokę w historii tej dyscypliny.

    Iga Świątek zapytana o Stocha

    Eurosport przedstawił pierwsze fragmenty z serialu dokumentalnego o Kamilu Stochu. Okazało się, że parę słów powiedziała o wielkim skoczku także Iga Świątek. Tenisistka w zajawce mówiła zaledwie jedno zdanie, ale zdaje się, że w całej produkcji będzie miała nieco większą rolę.

    “Fajnie było oglądać Kamila po prostu, jak zaczyna dominować” – przekazała Świątek. Widać, że 24-latka czuje sympatię do swojego zasłużonego rodaka. Czas pokaże, co więcej będzie mogła powiedzieć o własnych wspomnieniach związanych z Kamilem Stochem i jego karierą.
    Kamil Stoch

    Kamil StochJURE MAKOVEC/AFP/East NewsEast News
    Zdeterminowana tenisistka w czarnej czapce i stroju sportowym świętuje zwycięstwo z zaciśniętą pięścią na tle widowni.

    Iga ŚwiątekAdam Hunger/Associated Press/East NewsEast News

    Svitlana Dorsman – najlepsze akcje MVP meczu DevelopRes Rzeszów – Lotto Chemik Police.