Category: Sports

  • ‎Rekord Świątek, ale co stało się potem. Aż zawrzało. “Leciały grube przekleństwa”

    ‎Rekord Świątek, ale co stało się potem. Aż zawrzało. “Leciały grube przekleństwa”

    ‎Rekord Świątek, ale co stało się potem. Aż zawrzało. “Leciały grube przekleństwa”

    ‎W meczu pierwszej rundy tegorocznego US Open Iga Świątek pewnie ograła 6:1, 6:2 reprezentantkę Kolumbii – Emilianę Arango. Ciekawe sceny rozgrywały się jednak nie tylko na korcie, ale także w sali konferencyjnej już po zakończeniu spotkania, gdzie – jak relacjonuje Polska Agencja Prasowa – z ust 24-latki “leciały grube przekleństwa”. Rywalka wprost skomentowała między innymi rekord pobity przez naszą tenisistkę. – Mam to gdzieś – przyznała.

    ‎Iga Świątek udanie rozpoczęła swoją podróż przez drabinkę tegorocznej edycji US Open. W poniedziałkowym meczu pierwszej rundy polska tenisistka pewnie pokonała w dwóch setach (6:1: 6:2) Kolumbijkę Emilianę Arango, a ich mecz trwał niemal równo godzinę.

    ‎Po zapewnieniu sobie awansu do drugiej rundy Iga Świątek w trakcie wywiadu na korcie dołączyła się do chóru swoich koleżanek krytykujących piłki, którymi zawodniczki są zmuszone grać nie tylko na kortach US Open, ale i podczas US Swing.

    ‎- Piłki są takie same jak co roku. W Cincinnati zachowywały się trochę normalniej. Może dlatego, że było wilgotno, powietrze też było trochę gęstsze. Tutaj faktycznie piłka potrafi lecieć bez kontroli. Już wiele razy zawodniczki o tym mówiły, że mamy inne piłki niż mężczyźni. Myślę, że dopóki się one nie zmienią, to takie głosy zawsze będą, co roku – tłumaczyła nasza była liderka rankingu WTA.

    ‎Gorąco na konferencji Arango po meczu ze Świątek. “Leciały grube przekleństwa”

    ‎Gorąco zrobiło się jednak dopiero podczas konferencji prasowej Emiliany Arango, gdzie – wedle relacji pracującego dla Polskiej Agencji Prasowej w Nowym Jorku Tomasza Moczerniuka – “leciały grube przekleństwa”.

    ‎Kolumbijska tenisistka podczas spotkania z mediami bez gryzienia się w język opowiadała między innymi o tym, jak wyglądał jej plan na starcie z Igą Świątek.

    ‎- Mój poranny plan był taki, żeby zmuszać ją do wymian. Ale w pewnym momencie znudziło mi się oglądanie, jak mija mnie piłka po jej kolejnym winnerze i pomyślałam sobie: “K… idź na całość. Kogo to będzie obchodzić jak coś sknocisz?”. I przez moment dzięki temu grałam nieco lepiej. Gdybym więc miała zagrać to spotkanie raz jeszcze od nowa, to powiedziałabym sobie: “Pieprz to i po prostu wal z całej siły”. Innego planu na nią nie można mieć, bo ona i tak będzie dominować i kolekcjonować winnery – cytuje jej wypowiedź PAP.

    ‎Emiliana Arango w wymownych słowach odniosła się także do rekordu, który dzięki wygranej ustanowiła Iga Świątek, poprawiając wynik Moniki Seles w liczbie wygranych meczów otwarcia na turniejach WTA.

    https://x.com/usopen/status/1960383092272587086

    ‎Zamiast pogratulować Polce tego osiągnięcia, wyraziła jednak radość z tego, że sama uniknęła tenisowego “bajgla”, czyli porażki 0:6 w pojedynczym secie.

    ‎Przepraszam, ale naprawdę mam to gdzieś. Jak już, to cieszę się tylko z tego, że nie udało się jej zaserwować mi bajgla, bo wiem, że lubi je rozdawać. Może więc następnym razem jak się spotkamy to będzie pamiętać, że będę gonić każdą piłkę, którą pośle w moją stronę

    ‎stwierdziła 24-latka, komentując rekord Polki

    ‎Potrafiła jednak także wprost skomplementować Igę Świątek, przypominając przy okazji ich starcia z 2017 roku z juniorskiego Rolanda Garrosa. – To coś nieprawdopodobnego. To sprawia, że czuję się trochę staro, choć przecież jestem młoda. Tyle rzeczy się wydarzyło od tamtej pory! Z tamtego meczu pamiętam, że kilka razy był przerywany przez deszcz – ach, ta paryska pogoda! – oraz to, że ona już wtedy była niesamowita. Byłam strasznie zła po porażce, ale mój trener powiedział: “Co się martwisz? Ona już niedługo wygra tu seniorskiego szlema!” No i kiedy w 2020 faktycznie tak się stało, przypomniał mi tę rozmowę. Pamiętam także, że już wtedy była mocna mentalnie. A dziś jej poziom koncentracji to w ogóle kosmos – powiedziała Emiliana Arango.

  • ‎Sceny po meczu Świątek. Nie do wiary, do czego doszło na trybunach. Bez skrupułów

    ‎Sceny po meczu Świątek. Nie do wiary, do czego doszło na trybunach. Bez skrupułów

    Niewyobrażalny chaos po meczu Świątek – kibice stracili wszelkie zahamowania w Nowym Jorku

    ‎Iga Świątek potrzebowała zaledwie godziny, aby zameldować się w drugiej rundzie US Open, ale to nie jej dominacja na korcie przyciągnęła największą uwagę. To, co wydarzyło się tuż po jej zwycięstwie, zszokowało wszystkich na trybunach Arthur Ashe Stadium i stało się tematem rozmów tysięcy kibiców.

    https://x.com/Eurosport_PL/status/1960385050467324382

     

    ‎Wymarzony początek w Nowym Jorku

    ‎Polska gwiazda rozpoczęła swoją kampanię w najlepszy możliwy sposób, odprawiając Kolumbijkę Emilianę Arango wynikiem 6:1, 6:2. Jednostronny rezultat był jasnym sygnałem: Świątek przyjechała do Nowego Jorku, by walczyć o trofeum.

    ‎Po meczu przyznała, że warunki były wymagające, ale szybko się dostosowała.

    ‎> – Starałam się przyzwyczaić do kortu, do innego rytmu niż w Cincinnati, a przede wszystkim do światłocienia. Połowa piłek, gdy byłam po drugiej stronie, po prostu znikała. Ale to nie miało większego znaczenia – dostosowałam się dobrze i dzięki temu grałam solidnie – wyjaśniła Świątek.

    ‎Szokujące sceny na trybunach

    ‎To jednak, co stało się chwilę później, okazało się prawdziwym tematem wieczoru. Świątek rozdawała autografy, a następnie posłała w trybuny kilka podpisanych piłek tenisowych. W jednej chwili Arthur Ashe Stadium eksplodował chaosem.

    ‎Szansa na złapanie piłki od Świątek była dla kibiców nie do odparcia. Świadkowie mówili o „czystym szaleństwie”. Fani z różnych zakątków – nie tylko z Polski – rzucili się desperacko, przepychając i zderzając się nawzajem, jakby chodziło o skarby bezcennej wartości.

    ‎„Złapać piłkę od Igi Świątek to marzenie każdego kibica – i to bynajmniej nie tylko z Polski” – napisał Eurosport Polska, publikując krótkie nagranie pokazujące całe zajście. Klip natychmiast obiegł internet, a widzowie mogli zobaczyć, jak fani walczą zawzięcie o bezcenną pamiątkę.

    ‎Historyczne rekordy padają

    ‎Zwycięstwo Świątek nie było zwykłą formalnością – zapisało się w historii tenisa. Polka wyprzedziła Monicę Seles w klasyfikacji najdłuższych serii wygranych meczów otwarcia w erze Open. Rekord wynosi teraz imponujące 65 spotkań.

    ‎Świątek wyrównała także osiągnięcie Agnieszki Radwańskiej – 24 wygrane mecze otwarcia z rzędu w turniejach wielkoszlemowych. Radwańska zbudowała tę serię między Roland Garros 2009 a Australian Open 2015. Raszynianka swoją rozpoczęła właśnie podczas US Open 2019, co nadaje temu wyczynowi dodatkowego znaczenia.

    ‎Co czeka w drugiej rundzie?

    ‎Teraz poprzeczka zawieszona jest jeszcze wyżej. W kolejnej rundzie Świątek zmierzy się z Holenderką Suzan Lamens, która w pierwszym meczu pokonała Valerie Glozman 6:4, 6:2. Choć jej ranking nie stawia jej w roli faworytki, to właśnie dzięki temu może być niezwykle groźna.

    ‎Jedno pozostaje pewne: Świątek jest jedną z głównych kandydatek do końcowego triumfu w Nowym Jorku. A po pierwszym meczu, w którym połączyła bezlitosną skuteczność z widowiskowym chaosem na trybunach, oczy całego świata skierowane są na jej kolejny krok.

  • US Open: Ekspresowy mecz Igi Świątek. Zobacz skrót zwycięstwa z Arango [WIDEO]

    US Open: Ekspresowy mecz Igi Świątek. Zobacz skrót zwycięstwa z Arango [WIDEO]

    US Open: Ekspresowy mecz Igi Świątek. Zobacz skrót zwycięstwa z Arango [WIDEO]

    ‎Iga Świątek w imponującym stylu awansowała do drugiej rundy US Open. Polka, mistrzyni turnieju z 2022 roku, pokonała Kolumbijkę Emilianę Arango 6:1, 6:2 w zaledwie 61 minut i w kolejnym meczu zmierzy się z Holenderką Suzan Lamens.

     

    ‎Świątek od początku spotkania narzuciła swoje tempo i nie pozwoliła debiutantce z Kolumbii na rozwinięcie skrzydeł. W każdym secie przełamywała rywalkę dwukrotnie, a sama nie musiała bronić ani jednego break pointa. Skuteczny serwis i precyzyjne uderzenia sprawiły, że Polka kontrolowała przebieg meczu od pierwszej do ostatniej piłki.

    ‎Dla drugiej rakiety świata był to pierwszy występ w tegorocznej edycji nowojorskiego turnieju. Wcześniej Świątek mogła świętować zwycięstwo w prestiżowym Cincinnati Open, a jeszcze w lipcu po raz pierwszy zgromadziła komplet publiczności na korcie Wimbledonu. Forma 23-latki daje jej kibicom duże nadzieje na kolejny długi marsz w Wielkim Szlemie.

    ‎W drugiej rundzie rywalką Świątek będzie Holenderka Suzan Lamens. Spotkanie zapowiada się jako kolejny test formy Polki, która celuje w drugi w karierze triumf na kortach Flushing Meadows.

  • ‎2-7 Gauff w tie-breaku. Niedowierzanie na Arthur Ashe Stadium. Decydował trzeci set

    ‎2-7 Gauff w tie-breaku. Niedowierzanie na Arthur Ashe Stadium. Decydował trzeci set

    ‎2-7 Gauff w tie-breaku. Niedowierzanie na Arthur Ashe Stadium. Decydował trzeci set

    ‎Coco Gauff prowadziła już z Ajlą Tomljanovic 6:4 i 4:2, kibice na Arthur Ashe Stadium odliczali już minuty do końca tego starcia. Miało wyłonić ostatnią uczestniczkę drugiej rundy US Open, faworytka pewnym krokiem zmierzała do sukcesu. I nagle Gauff wpadła w kryzys, przegrała trzy kolejne gemy, a później i seta. Amerykanie stanęli w sytuacji, gdy druga z ich gwiazd, po Madison Keys, mogła pożegnać się z najważniejszym turniejem za oceanem. I nie byli pewni sukcesu nawet w trzecim secie, tu było jeszcze 5:5.

    ‎Dwa lata temu 19-letnia Coco Gauff dopięła swego – wygrała US Open, najważniejszy dla amerykańskich tenisistek turniej, bo rozgrywany w ich kraju. W XXI wieku udało się to jeszcze siostrom Williams i niespodziewanie Sloane Stephens. A później Coco, która ma się stać przecież następczynią Sereny Williams.

    ‎Do połowy czerwca wszystko Amerykance się udawało, świetnie grała na mączce, wygrała French Open. A trawa już to wrażenie zmieniła, wpadki w Berlinie czy Londynie. Nie było przełomu w Montrealu i Cincinnati, Coco zdecydowała się więc na zmianę w swoim sztabie trenerskim. I “transfer” Gavina McMillana, który wyprowadził na prostą w zakresie serwisu samą Arynę Sabalenkę.

    ‎Gauff spodziewała się, że w US Open może być jeszcze trudno o jakieś efekty ich współpracy. I słusznie, także w zakresie podania wciąż nie jest u niej dobrze.

    ‎US Open. Coco Gauff kontra Ajla Tomljanovic w US Open. Rewanż za igrzyska w Paryżu

    ‎Amerykanie stracili już na Flushing Meadows jedną ze swoich faworytek, bo sensacyjnie mecz przegrała Madison Keys. Trudno było sobie wyobrazić, by to samo mogło spotkać Gauff. Z Austrlijką mierzyła się rok temu w Paryżu, w smutnych w sumie dla nich igrzyskach. Wtedy jednak nie zawiodła, w 57 minut rozbiła rywalkę 6:3, 6:0.

    ‎Teraz cały ten swój dorobek z Paryża Australijka miała już zapisany w wyniku po czterech gemach, prowadziła 3:1. Coco popełniała błędy, serwowała nie z prędkością ponad 180 km/godz., do czego przecież wcześniej przyzwyczaiła. Dziś to był pomiar 150-160, do niedawna coś niewyobrażalnego. Nie chciała ryzykować podwójnych błędów, będących jej zmorą, długo to się udawało. A w pewnym momencie przejęła inicjatywę, ze stanu 1:3 doprowadziła do 6:4. Tomljanovic korzystała właściwie tylko z błędów Amerykanki, czekała na nie. Sama w tej partii miała zaledwie jedno wygrywające zagranie.

    ‎Nie inaczej było i w drugim secie, aż do stanu 4:2 dla faworytki. Coco jeszcze serwowała, miała równowagę, była o dwie piłki od 5:2. Z takiego stanu pewnie już rywalka by się nie podniosła.

    ‎Za moment zaś wszystko się odmieniło. To Ajla zaczęła grać agresywnie, wymuszała błędy. Odrobiła straty, miała dwa setbole w dziesiątym gemie. Wtedy nie dopięła swego, uczyniła to w tie-breaku.

    ‎Mina Coco Gauff po drugim secie mówiła wszystko – zgubiła całą pewność siebie, którą miała do połowy tej partii. Gdyby i teraz zawiodła, właściwie mogłaby pożegnać się z już marzeniami o rywalizacji z Aryną Sabalenką i Igą Świątek w tym roku o szczyt rankingu. Ona musi później bronić wielkich zdobyczy w Pekinie i Rijadzie, w Nowym Jorku mogła zaś trochę odrobić.

    ‎Tymczasem początkowo w trzecim secie przełomu nie było. Obie miały problemy serwisowe, na przegranego gema Tomljanovic tym samym reagowała Gauff. Serwis przestał być ich jakimkolwiek atutem. I już miało być 2:2, gdy przy stanie 15-40 Coco dała jednak radę coś zmienić. Trochę pomógł chyba brak sił Australijki, ale też wróciło mocno i skuteczne pierwsze podanie. To dające punkt na 3:1 było posłane z mocą 113 mil na godzinę, grubo ponad 180 km/godz. Tego wcześniej Amerykance brakowało.

    ‎Znów więc trzecia rakieta świata miała sporą zaliczkę, ale przecież w poprzednim secie było podobnie. I nic to nie dało.

    ‎W końcu zaczęły wygrywać swoje gemy serwisowe, Coco miała jednak wciąż tę minimalną przewagę. Miała też piłkę na 5:2, Australijka wybroniła się serwisem.

    ‎Była już 4.01 w nocy polskiego czasu, gdy Gauff serwowała przy stanie 5:4. I zaczęła gema od… dwóch podwójnych błędów. A później wyrzuciła forhend na 15-40. Za moment zaś, po 168 minutach walki, zrobiło się 5:5. I cała zabawa zaczynała się od nowa.

    ‎Więcej precyzji w tych dwóch ostatnich gemach zachowała jednak Coco. Wygrała 6:4, 6:7 (2), 7:5 – po 177 minutach ciężkiej walki. Choć nie pokazała formy, która stawiałaby ją w roli kandydatki do tytułu.

  • ‎Mistrzyni z Osaki już czeka na Igę Świątek. Znamy kolejną rywalkę Polki w US Open

    ‎Mistrzyni z Osaki już czeka na Igę Świątek. Znamy kolejną rywalkę Polki w US Open

    ‎Zanim jeszcze Iga Świątek rozpoczęła swoje pierwsze starcie w singlu w tegorocznym US Open, od pół godziny na Stadium 11 trwał już bój jej potencjalnych rywalek w kolejnej rundzie. A o swoją pierwszą możliwość gry w karierze z polską dominatorką rywalizowały: Holenderka Suzane Lamens i Amerykanka Valerie Glozman. Niespodzianki w tym starciu nie było, wyżej notowana z tych zawodniczek potrzebowała 86 minut by zameldować się w drugiej rundzie.

    ‎W Wielkim Szlemie rozstawione zawodniczki mają ten przywilej, że w dwóch pierwszych rundach omijają je inne zawodniczki z numerkami w drabince. A to powoduje, że ewentualne hity odbywają się znacznie później. Choć są wyjątki, rozstawienia w tym roku nie miały przecież Barbora Krejcikova, Emma Raducanu czy Marketa Vondrousova, a starcia z nimi to już ciężka przeprawa. Przekonała się o tym choćby Victoria Mboko, triumfatorka z Montrealu odpadła w pierwszej rundzie.

    ‎Idze Świątek drabinka ułożyła się zaś całkiem dobrze, przynajmniej na samym początku. W zeszłym roku w drugich rundach musiała grać z Danielle Collins czy Naomi Osaką, toczyła zacięte boje, była blisko wypadnięcia z gry w Paryżu. A w Nowym Jorku znów losowała znakomicie, bo przecież najpierw Emiliana Arango z Kolumbii, a później lepsza z pary: Suzan Lamens/Valerie Glozman nie powinna być dla niej większym wyzwaniem.

    ‎I gdy Polka gromiła Kolumbijkę na Arthur Ashe Stadium, o przywilej z nią toczył się pojedynek na korcie numer 11. Nie doszło w nim do niespodzianki

    ‎US Open. Suzan Lamens kontra Valerie Glozman. Ten mecz miał wyłonić potencjalną rywalkę Igi Świątek

    ‎Jeszcze rok temu Suzan Lamens, choć starsza od Świątek o dwa lata, nie potrafiła przebić się do głównych drabinek w Wielkich Szlemach. Przez lata była zawodniczką z drugiej czy trzeciej setki rankingu, osiem razy wystąpiła w kwalifikacjach, ani razu nie dotarła nawet do ich finałów.

    ‎Przełom nastąpił zeszłej jesieni, już po US Open. W WTA 250 w japońskiej Osace też musiała grać w eliminacjach, a odniosła życiowy sukces. Wykorzystała słabszą obsadę w tych zawodach, wygrała siedem spotkań, unikała na swojej drodze gwiazd, bo Elise Mertens czy Clara Tauson odpadały wcześniej. Zgarnęła główne trofeum, wskoczyła do czołowej setki, a wkrótce potwierdziła swoją lepszą dyspozycję.

    ‎W tym roku już dość regularnie ogrywała zawodniczki z TOP 100, w Brisbane pokonała m.in. Magdalenę Fręch, niedawno w Montrealu zaś Betriz Haddad Maię. Wciąż jednak jest to zawodniczka z drugiego szeregu, “odbijająca się” od rywalizacji na wyższym poziomie.

    ‎W US Open Lamens wylosowała jednak o tyle dobrze, że w pierwszej rundzie trafiła na 18-letnią Valerie Glozman – Amerykankę, która dostała tu dziką kartę.

    ‎Zawodniczkę z 902. miejsca na liście WTA, która… gra właściwie tylko w USA. Nawet w zmaganiach juniorskich nie opuszczała swojego kraju, raz tylko poleciała do Turcji na finały BJK Cup. A to z kolei powodowało, że nawet w rankingu ITF nie była w stanie zajmować czołowych pozycji. Mimo zeszłorocznego triumfu w juniorskim Indian Wells, a później ćwierćfinału US Open (przegrała z Ivą Jović), wskoczyła jedynie na 90. pozycję w rankingu zawodniczek do lat 18.

    ‎Zapewne była jedną z najsłabszych zawodniczek w stawce 128 uczestniczek US Open. I to potwierdziło w sumie całe spotkanie. Mimo bardzo przeciętnej gry Lamens odniosła historyczne zwycięstwo w US Open.

    ‎Pierwszy gem dla Amerykanki, a później już dominacja faworytki. Lamens uporała się tuż przed końcem starcia Igi Świątek

    ‎Glozman wygrała pierwszego gema, mimo break pointa dla rywalki, dostała za to solidne brawa od kibiców. A później już była znacznie gorsza od starszej rywalki. Po kilkunastu minutach Holenderka prowadziła już 5:1, spokojnie ogrywała Amerykankę, która była znacznie słabsza fizycznie. I próbowała to nadrabiać choćby uderzeniami oburącz.

    ‎Mimo to Lamens też miała słabsze momenty, oddała trzy gemy z rzędu, ale ostatecznie zmobilizowała się w kluczowym momencie. I wygrała 6:4. A później w pewnym sensie sytuacja się powtórzyła z tą różnicą, że 18-latka na swój lepszy moment musiała dłużej poczekać.

    ‎Holenderka szybko wywalczyła sobie jedno przełamanie, a za moment i drugie. Odskoczyła na 3:0, jedną nogą była już pewnie myślami przy starciu ze Świątek, która na Arthur Ashe Stadium wygrywała już wyraźnie z Arango.

    https://x.com/z_kortu/status/1960382857286647968

    ‎Nawet przegrany własny gem serwisowy niewiele tu zmienił, był raczej efektem rozprężenia faworytki niż umiejętności Amerykanki. Glozman znów zebrała brawa po szóstym gemie, trwającym niemal 20 minut – bo go wygrała. Całe spotkanie na swoje konto zapisała jednak Holenderka: 6:4, 6:2. I to ona stanie w drugiej rundzie w szranki z Igą Świątek.

  • ‎Przełom w relacji Świątek z Fissettem. To był najważniejszy moment. “Na sto procent”

    ‎Przełom w relacji Świątek z Fissettem. To był najważniejszy moment. “Na sto procent”

    Iga Świątek na progu wielkiego wyzwania. Ekspert ujawnia, co zmieniło jej karierę

    Już za chwilę nowojorskie korty staną się areną, na której Iga Świątek spróbuje dopisać kolejny rozdział do swojej niezwykłej historii. Polka rozpoczyna siódmy w karierze występ w głównej drabince US Open i choć wiele razy udowadniała, że potrafi radzić sobie z presją, tym razem stawka jest wyjątkowa. W grze jest nie tylko drugi tytuł w Nowym Jorku, ale także siódmy triumf wielkoszlemowy w ogóle oraz siódmy sukces zdobyty na amerykańskiej ziemi. To symboliczna liczba, która może zamknąć pewien etap jej kariery i otworzyć zupełnie nowy.

    Choć Świątek przystępuje do turnieju w roli faworytki, jej droga do tego miejsca nie była wcale usłana różami. W pierwszych miesiącach sezonu widać było, że forma liderki polskiego tenisa nieco odbiega od standardów, do jakich przyzwyczaiła świat. Ćwierćfinały, półfinały – dla wielu zawodniczek to byłoby spełnienie marzeń, dla Igi jednak oznaczało to niedosyt i poszukiwanie brakującego elementu, który pozwoliłby wrócić na absolutny szczyt.

    Kiedy przyszły wątpliwości

    Nie był to jednak kryzys w klasycznym tego słowa znaczeniu. Świątek nadal pozostawała w ścisłej czołówce, ale czegoś brakowało – tego ostatniego kroku, który pozwalałby zameldować się w finałach i podnosić trofea. Nawet na ukochanej paryskiej mączce nie udało się sięgnąć po kolejny triumf. Trudno było oczekiwać, że przełom nastąpi na trawie, nawierzchni, na której Iga wcześniej wielokrotnie się męczyła.

    A jednak – stało się coś, co zdaniem wielu zmieniło bieg jej kariery. Kluczem okazał się trener Wim Fissette. To właśnie Belg, człowiek, który wcześniej prowadził m.in. Angelique Kerber, pomógł Idze uwierzyć, że na trawie można nie tylko przetrwać, ale i zwyciężać. Efekt? Sensacyjne zwycięstwo w Wimbledonie – w sezonie, który jeszcze kilka tygodni wcześniej wydawał się najtrudniejszy od lat.

    Ostrowski: “Iga wpuściła trenera”

    Paweł Ostrowski, były trener Kerber, w rozmowie z Interią Sport podkreśla, że fundamentem tego sukcesu była budowa chemii między zawodniczką a szkoleniowcem.

    – Iga przez lata pracowała tylko z Polakami. To daje naturalną łatwość komunikacji. Tutaj pojawił się ktoś z innego kraju, z innym językiem, z innymi niuansami w sposobie przekazywania informacji. Tego nie da się przeskoczyć od razu – mówi. – Ale widać, że w pewnym momencie Iga dopuściła Fissette’a bliżej siebie. Zaufała jego wizji i zaczęła realizować jego koncepcję. Od tego momentu mogliśmy oczekiwać tylko lepszych wyników.

    To właśnie „wpuszczenie” trenera – jak określa Ostrowski – było punktem zwrotnym.

    Trudne chwile i kryzysy

    Nie można zapomnieć, że droga do tego etapu nie była wolna od napięć. Świat tenisowy żył przez chwilę nieprzyjemnymi obrazkami: brakiem przybicia piątki z trenerem po jednej z porażek czy emocjonalnym zachowaniem wobec chłopca do podawania piłek. Wzbudziło to dyskusje o psychice Polki i o tym, czy wytrzymuje presję bycia numerem jeden.

    – To normalne – uspokaja Ostrowski. – W każdej relacji, także zawodowej, zdarzają się momenty kryzysowe. Do tego mamy Darię Abramowicz, psycholog, która od lat wspiera Igę. Teraz w drużynie pojawiła się nowa osoba, więc musiał minąć czas, zanim wszyscy zaczęli działać w jednym rytmie.

    Efekt zaufania

    Ten proces dojrzewania relacji zaowocował właśnie na kortach Wimbledonu. Zdaniem Ostrowskiego, to właśnie tam Iga po raz pierwszy zaufała trenerowi w stu procentach.

    – Ona była agresywna, ale bardziej cierpliwa. Zaczęła lepiej rozkładać siły, poruszać się po korcie z jeszcze większą lekkością. Pojawiły się też częstsze wizyty przy siatce – zauważa. – Nawet jeśli nie była tam cały czas, sama świadomość rywalek, że Iga może to zrobić, zmieniała dynamikę gry.

    Dowodem na postęp był też występ w turnieju par mieszanych u boku Caspera Ruuda tuż przed US Open. Choć duet przegrał w finale, Świątek pokazała, że praca przy siatce i gra ofensywna stają się jej atutami, a nie słabością.

    Nowy Jork czeka

    Tymczasem US Open zbliża się wielkimi krokami. Pierwszą rywalką Polki będzie Kolumbijka Emiliana Arango. W tej samej połówce drabinki znalazła się Coco Gauff – trzecia rakieta świata, która dla wielu kibiców jest naturalną kandydatką do ewentualnego półfinału z Igą.

    Największa rywalka Świątek, Aryna Sabalenka, tym razem przyjeżdża do Nowego Jorku z problemami zdrowotnymi i formą daleką od ideału. To jednak wcale nie oznacza, że można ją skreślać. – W tenisie zwroty akcji są zawsze możliwe. Ale jeśli Iga zagra na swoim najwyższym poziomie, rywalka po drugiej stronie kortu nie będzie miała znaczenia – podsumowuje Ostrowski.

    Iga Świątek znów stoi więc przed wielkim wyzwaniem. Ma za sobą trudne momenty, przełomowe decyzje i proces budowania relacji, który – jak podkreślają eksperci – odmienił jej tenis. Teraz najważniejsze pytanie brzmi: czy w Nowym Jorku siódemka rzeczywiście okaże się jej szczęśliwą liczbą?

  • ‎‎Iga Świątek traci wielką rywalkę! Sensacyjne rozstrzygnięcie w US Open

    ‎‎Iga Świątek traci wielką rywalkę! Sensacyjne rozstrzygnięcie w US Open

    ‎‎Iga Świątek traci wielką rywalkę! Sensacyjne rozstrzygnięcie w US Open

    ‎Nikt się nie spodziewał czegoś takiego już w pierwszej rundzie US Open! Bo trudno było przewidzieć, że jedna z najlepszych tenisistek świata, Elina Switolina, zostanie wyrzucona z turnieju tak szybko. I to przez kogo! 15. rakieta świata nie ugrała choćby seta z zawodniczką zamykającą pierwszą setkę rankingu. A ta porażka ma ogromne konsekwencje dla… Igi Świątek. Oto dlaczego.

    ‎Trwa US Open. Za nami już drugi dzień rywalizacji w pierwszej rundzie. W nocy z poniedziałku na wtorek swoje spotkanie rozgrywała m.in. Magdalena Fręch. Polka pokonała 6:2, 6:2 Australijkę Talię Gibson. Oprócz polskiej tenisistki na korcie zobaczyliśmy także gwiazdy takie jak Mirra Andriejewa, Elina Switolina czy Venus Williams.

    ‎Minionej nocy nie zabrakło niespodzianek. Z turniejem już na starcie pożegnała się Switolina, która w rankingu WTA zajmuje 15. miejsce. Ukrainka mierzyła się z Anną Bodnar. Węgierka w zestawieniu najlepszych tenisistek jest dopiero 97., a nocne spotkanie wyglądało tak jakby, to ona była w czołówce rankingu.

    ‎Switolina w zasadzie od samego początku miała problemy w gemach przy własnym serwisie. Bodnar miała aż 10 break pointów. W pierwszym i drugim secie wykorzystała po dwa z nich. To wystarczyło, żeby sprawić ogromną sensację i wygrać 6:2, 6:4.

    ‎Porażka Ukrainki to świetne wieści dla Igi Świątek. Polka jeszcze nie pojawiła się na korcie, a już straciła jedną z najgroźniejszych rywalek po swojej stronie drabinki. Switolina mogła zmierzyć się z wiceliderką rankingu WTA w ćwierćfinale.

    ‎Venus Williams wciąż zadziwia świat

    ‎Williams w tym roku zadziwiła świat swoim powrotem do tenisa, a teraz stoczyła równym bój z Karoliną Muchovą. Amerykanka co prawda gładko przegrała pierwszą partię 3:6, lecz potem dokonała czegoś, czego nikt się nie spodziewał. Wygrała seta 6:2 i podobnie jak Czeszka, była o krok od drugiej rundy.

    ‎Muchova jednak w decydującym secie pokazała klasę i wygrała całe spotkanie 6:3, 2:6, 6:1. Williams mimo porażki i tak przeszła do historii. Mając 45 lat i 68 dni stała się trzecią najstarszą zawodniczką, która rozegrała trzysetówkę w turnieju wielkoszlemowym w kobiecym singlu. Starsze był jedynie Martina Navratilova i Renee Richards.

    ‎Pokaz siły rosyjskiej gwiazdy

    ‎Mirra Andriejewa świetnie rozpoczęła US Open. Młoda rosyjska gwiazda nie dała większych szans Alycii Parks. 18-latka oddała rywalce tylko gema, wygrała 6:0, 6:1 i pewnie awansowała do kolejnej rundy, pokazując przy okazji wielką formę.

  • ‎Ależ sensacja w US Open! Gwiazda pokonana, była na drodze Świątek

    ‎Ależ sensacja w US Open! Gwiazda pokonana, była na drodze Świątek

    ‎Ależ sensacja w US Open! Gwiazda pokonana, była na drodze Świątek

    ‎Kolejna sensacja w US Open stała się faktem! Chociaż na nowojorskich kortach rozgrywane są ciągle mecze pierwszej rundy, to poza turniejem znalazła się Elina Switolina. Ukrainka była murowaną faworytką, a okazała się bezradna w starciu z 97. rakietą świata. To ważne wieści dla Igi Świątek.

    ‎W rywalizacji pań w US Open już w pierwszej rundzie byliśmy świadkami gigantycznej sensacji, gdy mistrzyni Australian Open Madison Keys (6. WTA) po ponad trzech godzinach walki przegrała 7:6(10), 6:7(3), 5:7 z Meksykanką Renatą Zarazuą (82. WTA).

    ‎Elina Switolina poza US Open! Do trzech razy sztuka

    ‎Do kolejnej sensacji doszło w nocy z poniedziałku na wtorek polskiego czasu w meczu Eliny Switoliny (15. WTA) z Anną Bondar (97. WTA). Ciekawostka dotycząca tej rywalizacji jest taka, że obie panie grały ze sobą w tym roku już dwukrotnie w poprzednich turniejach wielkoszlemowych na początkowych etapach. W drugiej rundzie Roland Garros Switolina wygrała 7:6(4), 7:5, a w pierwszej Wimbledonu 6:3, 6:1. Ukrainka była więc zdecydowaną faworytką meczu z Bondar na nowojorskich kortach.

    ‎Węgierka jednak uznała, że do trzech razy sztuka i widocznie nie wracała pamięcią do poprzednich meczów ze Switoliną. W pierwszym secie obroniła pięć break pointów przy wyniku 1:2 i wygrała w sumie pięć gemów z rzędu! Bondar grała z dużym poświęceniem, biegała po całym korcie i po jej stronie nie było łatwo oddanych piłek. Efekt? Set wygrany 6:2 w 48 minut.

    ‎Drugi sezon 97. rakieta świata rozpoczęła od przełamania i po chwili prowadziła już 5:1! Tylko katastrofa mogła jej odebrać wygraną. Wtedy jednak przebudziła się półfinalistka US Open z 2019 roku. Switolina wygrała trzy kolejne gemy z rzędu i postawiła rywalkę pod ścianą. Bondar serwowała na mecz, ale na pewno czuła wtedy presję, żeby nie wypuścić wygranej. I poradziła sobie z tym wyśmienicie, doprowadzając do pierwszej piłki meczowej, którą od razu wykorzystała! Sensacja stała się faktem i to Węgierka, a nie Ukrainka awansowała po 101 minutach gry do drugiej rundy US Open, w której zmierzy się z Marią Sakkari (64. WTA).

    ‎To też o tyle ważne, że Ukrainka była w drabince Igi Świątek (2. WTA), z którą mogła zmierzyć się w potencjalnym ćwierćfinale.

    ‎Anna Bondar – Elina Switolina 6:2, 6:4

  • Sabalenka zalała się łzami, świat to widział. Krok od spełnienia obietnicy złożonej zmarłemu ojcu ‎

    Sabalenka zalała się łzami, świat to widział. Krok od spełnienia obietnicy złożonej zmarłemu ojcu ‎

    Mistrzyni, której droga była czymś więcej niż tylko tenisem

    Aryna Sabalenka od dawna znajduje się w ścisłej czołówce światowego tenisa. Znana ze swojej potężnej siły, ognistego temperamentu i niesamowitej intensywności, Białorusinka konsekwentnie przesuwa granice w swojej dyscyplinie. Jednak za trofeami i piorunującymi serwisami kryje się niezwykle osobista historia, która ukształtowała każdy krok jej kariery.

     

    Jej droga napędzana była nie tylko ambicją, ale też emocjonalną obietnicą złożoną jej zmarłemu w 2019 roku ojcu, Siergiejowi. Przez lata to przyrzeczenie było ciężarem, który momentami niemal ją złamał. Ostatecznie jednak to ono stało się siłą napędową przemiany Sabalenki – z niekonsekwentnego talentu w wielokrotną mistrzynię turniejów Wielkiego Szlema.

    Surowy talent, któremu brakowało stabilności

    Na początku kariery Sabalenka uchodziła za jedną z najgroźniejszych zawodniczek w tourze. Nikt nie wątpił w jej potencjał – jej potężne uderzenia i bezlitosna agresja wystarczały, by zdominować niemal każdą rywalkę. Ale jedno pytanie wciąż powracało: czy potrafi udowodnić swoją wartość w najważniejszych momentach?

    Raz za razem jej marzenia kończyły się frustracją. Docierała do półfinałów największych turniejów, lecz brakowało jej spokoju i konsekwencji w chwilach decydujących. To brakujące „ostatnie ogniwo” ciążyło na jej reputacji. Krytycy zastanawiali się, czy kiedykolwiek zdoła przełamać własne bariery mentalne.

    Punkt zwrotny w Australii

    Przełom nastąpił w 2023 roku. Sabalenka przyjechała na Australian Open w życiowej formie – spokojna, pewna siebie, gotowa. Mecz po meczu dominowała rywalki, dochodząc do finału bez straty seta.

    W półfinale pokonała Magdę Linette, co z polskiej perspektywy było szczególnie znaczące, bo jej triumfy zaczęły zagrażać dominacji Igi Świątek. Finał w Melbourne stał się jednak prawdziwą próbą. Naprzeciwko niej stanęła Jelena Rybakina, mistrzyni Wielkiego Szlema. Sabalenka przegrała pierwszego seta i wielu obawiało się, że stara historia znów się powtórzy.

    Tym razem jednak zachowała zimną krew. W emocjonującym i zaciętym boju odwróciła losy meczu i sięgnęła po pierwszy w karierze tytuł Wielkiego Szlema. Była to chwila triumfu, ale też ogromnej ulgi – obietnica dana ojcu była już w połowie spełniona.

    Łzy, które poruszyły świat

    Kilka miesięcy później Sabalenka dotarła do finału US Open. Faworytką starcia z nastoletnią Amerykanką Coco Gauff była właśnie ona. Gdy wygrała pierwszego seta, wydawało się, że spełnienie marzeń jest na wyciągnięcie ręki.

    Ale mecz wymknął się spod kontroli. Gauff, wspierana przez głośną nowojorską publiczność, odwróciła losy spotkania i sięgnęła po swoje pierwsze wielkoszlemowe trofeum. Kiedy Sabalenka przegrała ostatnią piłkę, runęła na kort i zalała się łzami.

    To nie była zwykła porażka. To był bolesny cios w wyścigu z czasem – walce o to, by przed 25. urodzinami dotrzymać świętej obietnicy. Cały świat zobaczył jej bezbronność. Łzy pokazały ciężar, jaki niosła na barkach, i sprawiły, że kibice na całym świecie poczuli jej ból.

    Obietnica, której nie mogła złamać

    Ojciec Sabalenki, Siergiej, zmarł na zapalenie opon mózgowych w 2019 roku, gdy Aryna dopiero torowała sobie drogę w światowej czołówce. Wówczas jej największym osiągnięciem była czwarta runda US Open, a w rankingu zajmowała dziewiątą pozycję. Mimo to w obliczu tragedii zdecydowała się na niezwykle odważny krok – obiecała ojcu, że przed ukończeniem 25. roku życia zdobędzie dwa tytuły Wielkiego Szlema.

    Było to zobowiązanie niemal szalone, graniczące z niemożliwym. Niewielu zawodników mogło dać taką gwarancję. Ale obietnica mówiła wiele – o jej wierze w siebie i desperackim pragnieniu, by uczcić pamięć ojca.

    Melbourne 2024: Chwila prawdy

    Czas uciekał. Zbliżały się jej 25. urodziny, a Sabalenka miała już coraz mniej okazji, by spełnić przyrzeczenie. Do Australian Open w 2024 roku przyjechała z ogromną presją, świadoma, że margines błędu jest minimalny.

    Tym razem jednak nie było chwili zawahania. Bez problemów przeszła przez kolejne rundy i znów dotarła do finału bez straty seta. Jej rywalką była Chinka Qinwen Zheng – obiecująca młoda gwiazda. Ale Sabalenka była nie do zatrzymania.

    Dzięki sile i precyzji zamknęła finał w dwóch jednostronnych setach. Żadnych załamań, żadnych demonów z przeszłości – tylko pewność i kontrola. Obietnica została wypełniona. Dosłownie w ostatnim możliwym momencie udało jej się dotrzymać słowa.

    Duch ojca wciąż ją prowadzi

    Po zwycięstwie w Melbourne Sabalenka nie kryła emocji:

    „Oczywiście mój ojciec jest dla mnie największą motywacją. Był dla mnie wszystkim. Ale teraz mam też mamę i moją siostrę, które są przy mnie, i czuję, że muszę o nich myśleć. Wciąż jednak mam poczucie, że on zawsze jest ze mną.”

    Jej słowa były nie tylko świadectwem spełnienia, ale też przełomu. Niosła ze sobą marzenie ojca przez lata presji, łez i bolesnych porażek. Teraz, gdy obietnica została dotrzymana, mogła grać nie tylko dla niego, ale i dla samej siebie, swojej rodziny i przyszłości.

    Kariera napisana na nowo

    Od tamtego czasu Sabalenka dorzuciła do kolekcji kolejne trofea, w tym tytuł US Open. Jeszcze niedawno uważana za zbyt niestabilną, by wygrywać największe turnieje, dziś jest jedną z najbardziej szanowanych i groźnych zawodniczek w tourze.

    Jej historia to opowieść o odporności, o zamianie bólu w siłę, o miłości córki, która stała się fundamentem jej kariery. Łzy, triumfy, porażki – wszystko to ukształtowało Sabalenkę w mistrzynię i ikonę wytrwałości.

    Dla Aryny Sabalenki ta podróż zawsze będzie czymś większym niż tenis. To historia o dotrzymanej obietnicy, uhonorowanym dziedzictwie i ojcu, który na zawsze pozostanie u jej boku.

     

  • Przełomowy triumf Fręch na US Open. Osiem gemów z rzędu dla Polki. Gauff już w tle

    Przełomowy triumf Fręch na US Open. Osiem gemów z rzędu dla Polki. Gauff już w tle

    Przełomowy triumf Fręch na US Open. Osiem gemów z rzędu dla Polki. Gauff już w tle

    ‎W momencie, gdy trwał pojedynek z udziałem Kamila Majchrzaka, na korcie numer 7 wystartował mecz Magdaleny Fręch. Nasza reprezentantka również grała o awans do drugiej rundy US Open w singlu. Przeciwniczką Polki okazała się Talia Gibson. 27-latka przerwała serię trzech porażek z rzędu, notując pewne zwycięstwo. Turniejowa “28” triumfowała 6:2, 6:2. O awans do trzeciej fazy i być może starcie z Coco Gauff powalczy z Peyton Stearns.

    ‎Magdalena Fręch rozegrała trzy turnieje na kortach twardych przed rywalizacją w Nowym Jorku. Polka zaczęła od zameldowania się w ćwierćfinale WTA 500 w Waszyngtonie, gdzie po dwusetowym starciu uległa Jelenie Rybakinie. Od tego spotkania została zainaugurowana niekorzystna passa z perspektywy 27-latki. W Montrealu wyraźnie przegrała na “dzień dobry” z Julią Starodubcewą. Także w Cincinnati nasza reprezentantka zanotowała porażkę na otwarcie, mimo że prowadziła 3:1 w trzecim secie meczu z Soraną Cirsteą.

    ‎Zawodniczka plasująca się obecnie na 33. miejscu w rankingu przyleciała zatem na US Open z trzema przegranymi spotkaniami z rzędu. Fręch miała w planach jeszcze jeden start przed Nowym Jorkiem, ale w ostatniej chwili wycofała się z turnieju WTA 500 w Monterrey. W związku z tym miała więcej czasu na przygotowanie się do wielkoszlemowej rywalizacji. Magdalena została rozstawiona z “28”. Polka otrzymała korzystne losowanie, bowiem w premierowej fazie trafiła na tenisistkę grającą z dziką kartą – Talię Gibson.

    ‎Australijka plasuje się na dopiero 105. pozycji w kobiecym zestawieniu. Przed US Open pokazała się z dobrej strony podczas imprezy rangi “250” w Cleveland, przechodząc przez eliminacje i docierając do drugiej rundy. Mimo to faworytką nocnego starcia w Nowym Jorku była nasza tenisistka. 27-latka musiała to jednak potwierdzić na korcie.

    ‎US Open: Magdalena Fręch kontra Talia Gibson w pierwszej rundzie

    ‎Mecz rozpoczął się od serwisu Gibson. Na początku spotkania obie panie pilnowały swoich podań. W drugim gemie Fręch wróciła ze stanu 15-30 i wyrównała na 1:1. Pierwszy niezwykle istotny moment premierowej odsłony nadszedł w trakcie piątego rozdania. Wówczas Magdalena wypracowała sobie aż trzy okazje z rzędu na przełamanie. Już pierwsza z nich przyniosła breaka na korzyść Polki. Po zmianie stron Australijczyka walczyła o natychmiastowe odrobienie strat, miała dwie piłki na 3:3. W kluczowym momencie nasza reprezentantka wykorzystywała jednak swój największy atut, czyli solidną pracę w defensywie. 27-latka zachowywała regularność w wymianach i ostatecznie wyszła z opresji.

    ‎Dzięki temu Fręch potwierdziła przewagę i zrobiło się już 4:2. Magdalena nie zamierzała na tym poprzestać. Kontynuowała swoją grę, a to przynosiło kolejne efekty. Wykorzystywała mniejsze doświadczenie przeciwniczki i konsekwentnie punktowała Talię. Po tym, jak w siódmym gemie Polka wywalczyła przełamanie do 30, przy stanie 5:2 mogła zamykać partię. Turniejowa “28” wykonała swoje zadanie bez zarzutu. Nie przegrała żadnej akcji podczas ósmego rozdania i zakończyła premierową odsłonę zwycięstwem 6:2.

    ‎Druga odsłona rozpoczęła się idealnie z perspektywy Fręch. Nasza reprezentantka już na “dzień dobry” wywalczyła sobie przewagę przełamania. Po chwili Magdalena potwierdziła to własnym podaniem i zrobiło się już 2:0. Polka chciała wykorzystać swoje momentum i walczyła o breaka także w trzecim gemie. Gibson wypracowała sobie jedną piłkę na premierowe “oczko”, ale wciąż nie zdołała go zdobyć. Przy trzeciej piłce na przełamanie Talia popełniła podwójny błąd serwisowy i 27-latka zgarnęła ósmy gem z rzędu. Po zmianie stron zawodniczka pochodząca z Łodzi posiadała piłkę na 4:0 przy swoim serwisie.

    ‎Australijka doprowadziła jednak do równowagi, a potem do break pointa. Przy nim Fręch wyrzuciła piłkę poza linię końcową i przeciwniczka odrobiła jedno przełamanie. Gibson załapała się na grę – jakby poczuła, że jeszcze nie wszystko jest stracone. Zmieniła trochę sposób gry, lepiej też zaczęła serwować. I po piątym rozdaniu zrobiło się już tylko 3:2 dla Magdaleny. Kolejny gem był zatem niezwykle istotny z perspektywy Polki, by przerwać korzystną serię przeciwniczki. Magdalena wykorzystała trzecią okazję na czwarte “oczko”, posyłając świetny serwis. Później 27-latka poszła za ciosem i już przy stanie 5:2 mogła zamykać pojedynek. Ostatecznie turniejowa “28” triumfowała 6:2, 6:2 i zameldowała się w drugiej rundzie US Open, gdzie zagra z Peyton Stearns. Jeśli nasza reprezentantka awansuje do trzeciej fazy, wówczas być może zmierzy się z Coco Gauff.

    ‎Dokładny zapis relacji z meczu Magdalena Fręch – Talia Gibson jest dostępny TUTAJ.

    ‎Główna rywalizacja w Nowym Jorku potrwa aż do 7 września.