Category: Sports

  • Totalna miazga w meczu Świątek! Miny Abramowicz i Fissette’a mówią wszystko

    Totalna miazga w meczu Świątek! Miny Abramowicz i Fissette’a mówią wszystko

    Totalna miazga w meczu Świątek! Miny Abramowicz i Fissette’a mówią wszystko

    Wystarczyło 61 minut, choć wszystko było jasne nawet jeszcze szybciej. Iga Świątek nie dała żadnych szans Caroline Garcii w drugiej rundzie turnieju WTA 1000 w Indian Wells. Już w połowie meczu wygranego przez Polkę 6:2, 6:0 mogliśmy usłyszeć, co zmieniła w swojej grze po turniejach na Bliskim Wschodzie. Szybko zobaczyliśmy też wymowne miny trenera Wima Fissette’a i psycholożki Darii Abramowicz.

    W bezpośrednich pojedynkach 4:1 dla Igi Świątek. W przewidywaniach przed tym meczem aż 89 proc. szans na zwycięstwo dla Polki i tylko 11 proc. dla Caroline Garcii. Takie dane zaserwowano nam tuż przed meczem. Natomiast na początku tego meczu nie serwowały obie panie.

    Gem pierwszy: przełamana Garcia

    Gem drugi: przełamana Świątek

    Gem trzeci: przełamana Garcia

    Tak zaczęło się spotkanie. Dopiero po 14 minutach zobaczyliśmy pierwszego gema wygranego przez podającą – wtedy Polka wyszła na prowadzenie 3:1.

    Rywalka Świątek była królową asów. Była

    Jeśli obawialiśmy się, że Francuzka będzie świetnie serwowała, to szybko mogliśmy przestać się o Polkę martwić. Garcia zaserwowała najwięcej asów na świecie w 2022 i 2023 roku. Wtedy była zawodniczką z absolutnego topu – nawet numerem cztery rankingu WTA. Ale już rok 2024 skończyła na dopiero 48. miejscu, a dziś jest jeszcze dalej, na miejscu 71

    W 2025 roku Garcia wygrała tylko dwa mecze. A rozegrała zaledwie sześć. Ze wszystkich turniejów odpadała szybko. Nie dziwiło więc, że nikt nie dawał jej większych szans w starciu z naszą wiceliderką światowego zestawienia.

    Owszem, Świątek ma ostatnio pewne problemy. W Dosze przegrała po bardzo słabym meczu z Jeleną Ostapenko 3:6, 1:6. Następnie w Dubaju również wyraźnie uległa Mirze Andriejewej 3:6, 3:6. Ale to były porażki w półfinale i ćwierćfinale dużych turniejów, tysięczników. W tym roku Świątek jeszcze żadnej imprezy nie wygrała, ale też trzeba podkreślić, że przesadzają ci, którzy mówią o jakimś większym kryzysie. Bo finał United Cup, półfinał Australian Open, półfinał turnieju WTA 1000 w Dosze i ćwierćfinał WTA 1000 w Dubaju to zdecydowanie nie są wyniki kryzysowe. Nawet dla kogoś, kto w wieku 23 lat miał już wygrane 22 turnieje, w tym pięć wielkoszlemowych. I kto czeka na kolejny tytuł od czerwca ubiegłego roku (od Roland Garros).

    Czy Świątek w Indian Wells zakończy to oczekiwanie? Czy wygra swój pierwszy turniej pod wodzą trenera Wima Fissette’a? Dziś nie sposób odpowiedzieć. Na pewno po to przez tydzień trenowała w tenisowym kalifornijskim raju, żeby zwiększyć swoje szanse. I choć Garcia grała w pierwszej rundzie (wygrała z Amerykanką Perą 6:3, 6:4), a Świątek miała wolny los, to nie było widać, żeby Francuzka była już ograna, przyzwyczajona do warunków, a Polka nie. Przeciwnie – pomijając tego jedynego gema przegranego przy swoim serwisie na samym początku meczu Świątek wyglądała bardzo pewnie. Przy prowadzeniu 4:2 podwyższyła wynik, znów przełamując podanie Garcii. Zrobiła to w długim gemie, w którym rywalka naprawdę mocno się stawiała. I to był ostatni moment, w którym przeciwniczka miała jeszcze cokolwiek do powiedzenia.

    Komentatorka szybko dostrzegła zmiany w grze Świątek

    – Tu widzę różnicę u Igi w porównaniu z tym, co pokazywała na Bliskim Wschodzie. Jest bardzo stabilna na nogach. Widać, że jest czucie, jest przyczepność, że zgrywa się dół z górą – mówiła przy stanie 5:2 Klaudia Jans-Ignacik, która razem z Żelisławem Żyżyńskim komentowała mecz w C+.

    Świątek rzeczywiście z każdą minutą tylko przyspieszała. Kolejne dobre akcje ją napędzały. Wyglądała świeżo zdecydowanie nie tylko dzięki temu, że sponsor techniczny przygotował jej nowy strój (czarna spódniczka, biała koszulka i żółta czapeczka). Iga grała mądrze, kątowo, ganiała Garcię po całym korcie. I nie zrażała się, gdy czasem wyrzuciła piłkę poza kort. Po 35 minutach wygrała pierwszą partię 6:2. – Dawno nie widzieliśmy takiego forhendu u Igi – zachwycała się Jans-Ignacik po ataku wzdłuż linii na miarę drugiego setbola. Pierwszego Garcia jeszcze obroniła, drugiego już nie była w stanie.

    W króciutkiej przerwie między setami realizator transmisji pokazał nam sztab Igi. Psycholożka Daria Abramowicz, sparingpartner Tomasz Moczek i trener Wim Fissette (zwłaszcza on!) wyglądali na ukontentowanych naprawdę solidną grą swojej zawodniczki. Wyświetlone nam chwilę później statystyki potwierdzały wyraźną przewagę Igi w każdym elemencie. W pierwszej partii Świątek miała 10 uderzeń kończący, a Garcia cztery. Niewymuszonych błędów Polka popełniła 12, a Francuzka 13. Po pierwszym serwisie Iga wygrała aż 71 proc. punktów, a Caroline – tylko 41 proc.

    I właśnie serwis Garcii kolejny raz Świątek przełamała od razu na start drugiego seta. A po chwili dołożyła gema przy swoim podaniu i było już 6:2, 2:0. – Spokojnie Iga robi swoje. Duża, coraz większa przewaga Polki – komentował Żyżyński. – Przewaga nie tylko wynikowa – dodawała Jans-Ignacik, która chwilę wcześniej chwaliła Polkę za mądrą grę. – Jak w szachach. Albo jak w snookerze. Jak zagram jej tutaj, to dostanę tu – analizowała jedną z akcji.

    Żyżyński nie bez racji zauważał, że można by się przyczepić o niektóre nietrafione piłki. Nawet, o dziwo, z bekhendu. Ale jak na pierwszy mecz w nowym miejscu, w wietrznych warunkach, Świątek prezentowała się naprawdę dobrze. To ważne, żeby jak najszybciej poczuła się jak u siebie tam, gdzie wygrywała turniej już dwa razy (w 2022 i 2024 roku). – Błędy będzie popełniać każdy, ale widać, że coraz pewniej czuje się na korcie Iga – mówiła Jans-Ignacik, gdy Świątek jeszcze raz przełamała Garcię i prowadziła 6:2, 3:0. – Za dobrze gra Iga dla Garcii – podkreślał już wtedy Żyżyński.

    Obyśmy w kolejnych dniach mówili to w trakcie meczów Świątek z następnymi rywalkami. Najbliższą, w trzeciej rundzie, będzie dla Igi Ukrainka Dajana Jastremska. Panie świetnie się znają choćby dzięki niedawnej potyczce (z 19 lutego) z Dubaju. Tam Świątek wygrała 7:5,6:0.

  • Jest, jest, jest! Co za dzień Polski na HME! Mamy złoto!

    Jest, jest, jest! Co za dzień Polski na HME! Mamy złoto!

    Jest, jest, jest! Co za dzień Polski na HME! Mamy złoto!

    Czuję się najlepszy, muszę tu wygrać – mówił już po eliminacjach. Jakub Szymański przyjechał do Apeldoorn na halowe ME w lekkoatletyce jako faworyt i pokazał, że nie jest szefem. Mamy złoto!

     

    Miał w tym roku najlepszy wynik w Europie, ma złoty medal mistrzostw Europy. Proste? Dla Jakuba Szymańskiego tak. Nasz sprinter specjalizujący się w biegach przez płotki pokazał, że presja to dla niego żadna przeszkoda. Przeciwnie – miano faworyta działało na niego wspaniale. W Apeldoorn od pierwszego do ostatniego startu dawał pokazy mocy. A po wygranej walce o złoto aż ryczał z radości, dumnie prezentując biało-czerwoną flagę.

     

    Polak w finałowym biegu na 60 m przez płotki uzyskał czas 7,43 s. To o 0,04 s wolniej niż jego życiówka. W lutym w Łodzi uzyskując czas 7,39 s Szymański stał się drugim najszybszym Europejczykiem w historii. Gonić go próbował Wilhelm Belocian. Ale nie zdołał. Szymański pokonał Francuza o 0,02 s. To niby niedużo. Ale Polak wiedział, że wygra.

     

    – Trzeba jak najmniejszym kosztem przejść eliminacje i półfinał. Belocian? Niepotrzebnie tak szaleje, zabraknie mu mocy w finale – mówił po piątkowej sesji dziennej. Wtedy w półfinale spokojnie wygrał swoją serię, z czasem 7,49 s. A Francuz osiągnął 7,44 s, swój najlepszy wynik w tym roku.

     

    Teraz zjeść, wykąpać się i na finał przyjadę z nową energią – mówił pewny swego Szymański w rozmowie z TVP Sport. Spokojem imponował też w czwartkowy wieczór, po wygranym biegu eliminacyjnym. – Było chyba widać, że luz? Trochę zahaczyłem o płotek. Fajne wyjście z bloków. Tylko cztery kroki były na maksa. Gdybym przycisnął, mógł być lepszy wynik . Ale po co? Presji nie odczuwałem. Czuję się najlepszy, muszę tu wygrać – mówił wtedy. Jak mówił, tak zrobił. Brawo!

     

    To dla Szymańskiego już drugi medal halowych ME. Dwa lata temu w Stambule miał srebro. Nasz 23-latek teraz chce medalu halowych MŚ. Impreza odbędzie się już od 21 do 23 marca w chińskim Nankinie. Tam Polak chce rzucić wyzwanie wielkiemu Grantowi Hollowayowi. Amerykanin nigdy nie przegrał biegu na 60 m przez płotki. W tym roku też jest najszybszy na świecie. Ale jego wynik – 7,36 s – jest o tylko 0,03 s lepszy od życiówki Szymańskiego.

     

    Holloway to największa gwiazda, również na stadionie rządzi – na 110 m przez płotki zdobył złoto na igrzyskach olimpijskich w Paryżu i trzy złote medale MŚ z rzędu. Szymański w Paryżu odpadł już w eliminacjach. Ale na razie zostańmy przy bieganiu w hali. Doceńmy to złoto Polaka i poczekajmy czy za dwa tygodnie rzeczywiście spróbuje zagrozić królowi tej dyscypliny sportu.

  • Tak Polak wyrwał złoto HME! Kosmiczny finisz. Zobacz nagranie

    Tak Polak wyrwał złoto HME! Kosmiczny finisz. Zobacz nagranie

     

    Tak Polak wyrwał złoto HME! Kosmiczny finisz. Zobacz nagrani

    W kapitalnym stylu Jakub Szymański wywalczył w Apeldoorn złoty medal halowych mistrzostw Europy. Triumf w biegu na 60 m przez płotki nie przyszedł jednak łatwo. — Dopiero na końcówce zrobiłem fenomenalny wybieg, 3-4 mocne susy i nur na metę dosłownie każdą częścią ciała — zdradził Polak klucz do wygranej. Zobacz jego bieg po złoto!

    Szymański do Holandii przyjechał z najlepszym wynikiem na listach europejskich. Był zatem głównym faworytem w finale. I z tej roli wywiązał się fenomenalnie.

    — Spoczywała na mnie ogromna presja, pomyślałem sobie, że nie mogę tu przegrać, skoro zrobiłem już w tym sezonie drugi wynik w historii Europy. I to z Francuzami, którzy od 2009 r. na każdych halowych ME zdobywają medal. Nie chciałem dać im tej satysfakcji — powiedział w rozmowie z Aleksandrem Dzięciołowskim z TVP Sport.

    Polak wyrwał złoto na finiszu. Zachował się jak profesor
    Finał przyniósł sporo emocji, bo Polak biegł ramię w ramię z Wilhelmem Belocianem. Po minięciu mety zawodnicy musieli nawet czekać na odczyt fotofiniszu, który ostatecznie potwierdził, że to Polak był minimalnie szybszy. Uzyskał czas 7.43, a Francuz 7.45.

    Czułem się bardzo dobrze, choć wydawało mi się, że trochę przegrywam. Do trzeciego płotka prowadził Belocian. Dopiero na końcówce zrobiłem fenomenalny wybieg, 3-4 mocne susy i nur na metę dosłownie każdą częścią ciała — skomentował Szymański.

    Ten medal znaczy dla mnie bardzo dużo. Fenomenalnie jest wiedzieć, że nie ma ode mnie szybszego człowieka w Europie. To też dobry prognostyk przed halowymi mistrzostwami świata. Złoto jeszcze dodało mi pewności siebie — dodał.

    Złoto Szymańskiego to drugi medal Polaków w Apeldoorn. Wcześniej po brąz w biegu na 60 m przez płotki sięgnęła Pia Skrzyszowska. Mistrzostwa potrwają do niedzieli.

  • Walka na łokcie Justyny Święty-Ersetic, przepychanki. Ale co zrobiła Polka!

    Walka na łokcie Justyny Święty-Ersetic, przepychanki. Ale co zrobiła Polka!

    Walka na łokcie Justyny Święty-Ersetic, przepychanki. Ale co zrobiła Polka!

    Najpierw w piątek pojawiły się łzy i rozczarowanie, bo Justyna Święty-Ersetic była przekonana, że nie dostanie się nawet do półfinału HME. Dostała się jednak, a i tu dopisało jej szczęście: stawka rywalek akurat w jej biegu była teoretycznie słabsza niż w tym pierwszym. A to zwiększało szanse na finał dla naszej utytułowanej reprezentantki. I sprinterka AZS AWF Katowice zrobiła to, co mogła zrobić: pobiegła po swoje. Mimo, że musiała walczyć na łokcie, przepychać się. Finiszowała druga, za Lieke Klaver.

     

    10 lat temu w Pradze był półfinał na 400 metrów, dwa lata później z Belgradu przywiozła indywidualny brąz halowych mistrzostw Europy. Było jeszcze szóste miejsce w Glasgow, wicemistrzostwo kontynentu w Toruniu. Justyna Święty-Ersetic pod dachem biegać lubi, przecież do tego możemy dorzucić seryjne medale, a nawet tytuły wygrywane ze sztafetą. Tej sztafetowej szansy w Apeldoorn zabrakło, widać już efekt zmiany pokoleniowej w polskiej drużynie.

     

    Za to Justyna Święty-Ersetic przyjechała do Holandii z nadzieją na swój trzeci indywidualny medal, choć było jasne, że może być o to trudno. Mimo że sezon zaczęła najlepiej w karierze.

     

    Mistrzostwa Europy. Dobry układ dla Justyny Święty-Ersetic. Jedynie Klaver wydawała się być poza zasięgiem

     

    Piątkowy bieg w eliminacjach 32-letnia podopieczna trenera Aleksandra Matusińskiego mocno przeżyła emocjonalnie. Walczyła o drugą lokatę, była jej już niemal pewna po skutecznym ataku na Brytyjkę Amę Pipi, ale nie widziała, że po wewnętrznej przecisnęła się Czeszka Nikoleta Jichova. Polka skończyła trzecia, pogodziła się z tym, że nie awansuje, choć przecież jej nazwisko wciąż było na liście oczekujących z czasami, jako tej ostatniej. I do półfinału ostatecznie też by awansowała.

     

    Znalazła się w nim jednak kilka minut po swoim finiszu, Jichova popełniła błąd, została zdyskwalifikowana. A Justynie Święty-Ersetic wkrótce znów dopisało szczęście.

     

    Wszystko to za sprawą układu biegów półfinałowych. W pierwszym znalazły się aż trzy kandydatki do medali: najszybsza w Europie w tym roku Norweżka Henriette Jaeger, która swoje 50.44 s wybiegała podczas polskiego Copernicusa, 19-letnia czeska mistrzyni świata U-20 Lurdes Gloria Manuel oraz Hiszpanka Paula Sevilla, ona z kolei pokonała Polkę przed południem. A tu liczyły się miejsca, a nie czasy – awansować miały po trzy najlepsze.

     

    W serii ze Święty-Ersetic zdecydowaną faworytką była zaś Lieke Klaver, ale już z całą resztą stawki Polka spokojnie mogła rywalizować. Czy to z Czeszką Ladą Vondrovą, czy z Włoszką Alice Mangione.

     

    Justyna Święty-Ersetic w finale mistrzostw Europy!

     

    Najpierw jednak odbył się pierwszy półfinał, a w nim nie doszło do żadnego sensacyjnego rozstrzygnięcia. Takim już rano była dyskwalifikacja Brytyjki Amber Anning, też kandydatki do medalu.

     

    Awansowały trzy faworytki, choć niespodzianką był fakt, że po zejściu do krawężnika dopiero trzecia byłą Jaeger. Prowadziła zaś Hiszpanka Sevilla, ona to pierwsze miejsce dowiozła do mety. A Norweżka zaatakowała na ostatnim łuku Czeszkę Manuel, wyprzedziła ją. I zbliżyła się do Hiszpanki, ale finiszowała tuż po niej. Sevilla uzyskała 51.23 s, Jaeger 51.27 s, a Manuel – 51.41 s.

     

    Przewaga tej trójki nad Francuzką Amandine Brossier była już dość wyraźna.

     

    A później do boju ruszyła Polka. Pytanie brzmiało, czy Polka zdoła zejść do krawężnika tylko za Klaver, czy jeszcze ktoś się wciśnie między nią a Holenderkę. Bo że Lieke będzie prowadziła, było pewne jak w banku. Justyna biegła zaś po czwartym torze, dość korzystnym, zwłaszcza przy jej specyfice biegu.

     

    Klaver po pierwszym okrążeniu rzeczywiście była pierwsza, Polka – niestety – czwarta. Nie tylko za Vondrovą, ale też za Hiszpanką Evą Santidrian. Polka próbowała mijać, walczyła na łokcie. I dała radę dopiero na 100 m przed metą. Od razu zabrała się za Hiszpankę i Czeszkę, finiszowała druga. Czas Klaver to 51.15 s, Polka miała 52.41 s, ale przecież masę dystansu przebiegła po drugim torze. A trzecia finiszowała Włoszka Alice Mangione – 52.67 s.

     

    – Welcome back, Justyna, tak mi powiedziała po biegu Lieke Klaver. To miód na moje serce – mówiła Polka w rozmowie z Aleksandrem Dzięciołowskim w TVP Sport.Finał – w sobotę o godz. 21.50.

     

  • Iga Świątek znów numerem jeden rankingu. Właśnie oficjalnie to oznajmili

    Iga Świątek znów numerem jeden rankingu. Właśnie oficjalnie to oznajmili

    Iga Świątek znów numerem jeden rankingu. Właśnie oficjalnie to oznajmili

    Już za kilka godzin Iga Świątek rozpocznie swoją rywalizację w tegorocznej edycji turnieju WTA 1000 w Indian Wells. Polka powalczy o trzecią rundę zmagań z Caroline Garcią w nocy czasu polskiego. Tymczasem już teraz napłynęły bardzo pozytywne informacje z perspektywy raszynianki, prosto z naszego kraju. Organizatorzy “Rankingu 50 Najbardziej Wpływowych Kobiet w Polskim Biznesie Sportowym” ogłosili właśnie, że 23-latka po raz trzeci z rzędu została numerem jeden w zestawieniu. Poniżej prezentujemy pozostałe miejsca.

     

    Odkąd Iga Świątek wygrała Roland Garros 2020, raszynianka stała się czołową ambasadorką polskiego sportu na całym świecie. Polka szybko zyskała mocnych sponsorów i ciągle rozwija swoje portfolio. Potwierdzeniem jej pozycji na rynku jest “Ranking 50 Najbardziej Wpływowych Kobiet w Polskim Biznesie Sportowym”. W czwartym zestawieniu przygotowanym przez SportMarketing.pl, 23-latka po raz trzeci z rzędu znalazła się na pierwszym miejscu.

     

    Najlepsza polska tenisistka świętowała wiele sukcesów sportowych na kortach, ale też biznesowych w ostatnim roku. Naszą główną ideą było wyróżnienie oraz podkreślenie ważnej roli kobiet funkcjonujących w szeroko rozumianym biznesie sportowym w Polsce” – powiedział Marcin Poślada, prezes zarządu Shark Agency, wydawca portalu SportMarketing.pl. Organizatorzy docenili kolejny triumf Igi na kortach im. Rolanda Garrosa oraz brązowy medal igrzysk olimpijskich w Paryżu, a także fakt, jak sukcesy Świątek przekładają się na zainteresowanie dyscypliną w naszym kraju oraz poprawę infrastruktury sportowej.

     

    Anna Lewandowska tym razem poza podium. Przetasowania w czołowej trójce

     

    Z racji tego, że rok 2024 był olimpijskim, mocno doceniono także kobiety, które osiągnęły sukcesy na igrzyskach. Drugie miejsce w rankingu zajęła Aleksandra Mirosław – złota medalistka we wspinaczce sportowej, rekordzistka świata w tej dyscyplinie oraz triumfatorka plebiscytu na “Najlepszego Sportowca Polski 2024”. Z kolei czwarta lokata trafiła w ręce Natalii Bukowieckiej (Kaczmarek) – trzeciej zawodniczki igrzysk na 400 m. Na najniższy stopień podium wdrapała się Ewa Pajor, której transfer do FC Barcelona zrobił sporą furorę. Nasza piłkarka mocno przyczyniła się także do historycznego awansu reprezentacji Polski na Mistrzostwa Europy pań.

     

    Dopiero na piątej pozycji sklasyfikowano tym razem Annę Lewandowską – zwyciężczynię pierwszej edycji rankingu. W poprzednim zestawieniu żona Roberta uplasowała się na drugim miejscu, a podium uzupełniła Ewa Chodakowska. Co ciekawe, w czołowej “10” aktualnego plebiscytu znalazło się też miejsce dla Darii Abramowicz – psycholożki Igi Świątek. 37-latka współpracuje także z pozostałymi kobietami, które znalazły się w czołowej trójce zestawienia za rok 2024.

     

    TOP 10 “Rankingu 50 Najbardziej Wpływowych Kobiet w Polskim Biznesie Sportowym”:

     

    1. Iga Świątek2. Aleksandra Mirosław

    3. Ewa Pajor

    4. Natalia Bukowiecka (Kaczmarek)

    5. Anna Lewandowska

    6. Lidia Kołucka

    7. Edyta Sadowska

    8. Katarzyna Kieli

    9. Daria Abramowicz

    10. Beata Stelmach

     

  • Włosi mówią o Polaku “najwierniejszy”. Idzie po fenomenalny rekord

    Włosi mówią o Polaku “najwierniejszy”. Idzie po fenomenalny rekord

    Włosi mówią o Polaku “najwierniejszy”. Idzie po fenomenalny rekord

    Bartosz Bereszyński jest o krok od zapisania się w historii Sampdorii. Jak donosi włoska gazeta “La Reppubblica”, 32-letni zawodnik może wkrótce zostać obcokrajowcem z największą liczbą występów w barwach Blucerchiatich. Polski obrońca jeszcze w tym sezonie może zapisać się złotymi zgłoskami w historii klubu.

     

    Do pobicia rekordu, należącego obecnie do Brazylijczyka Toninho Cerezo, brakuje mu zaledwie 11 meczów. Włoskie media już teraz określają Bereszyńskiego mianem “najwierniejszego obcokrajowca” Sampdorii, doceniając jego długoletnią lojalność wobec klubu.

     

    Do tej pory Polak rozegrał 206 spotkań w niebiesko-biało-czerwonej koszulce, co plasuje go na drugim miejscu wśród zagranicznych graczy w historii Sampdorii. Liderem pozostaje Toninho Cerezo, legendarny brazylijski pomocnik, który w latach 1986–1992 zanotował 216 występów. “Polak rozegrał 206 meczów w koszulce Blucerchiatich. Rekordzistą jest Toninho Cerezo z 216 występami” – czytamy w artykule “La Repubblica”.

     

    Bereszyński, który do Sampdorii trafił w styczniu 2017 r. z Legii Warszawa, ma realną szansę przegonić Cerezo jeszcze w tym sezonie, jeśli tylko utrzyma regularność gry. Droga do rekordu nie była jednak usłana różami. Polski piłkarz zmagał się w tym sezonie z kontuzją, przez co opuścił 13 meczów swojej drużyny w Serie B.

     

    Gdyby nie kontuzja, Bereszyński już pobiłby rekord

     

    Gdyby nie uraz, już teraz mógłby cieszyć się rekordem – bowiem miałby już teraz 219 meczów na swoim koncie, czyli o trzy spotkania więcej niż wynik Cerezo. Kontuzja przyniosła też inną stratę – Polak na początku sezonu został obdarzony opaską kapitana, ale po powrocie na boisko musiał ją oddać. Mimo to jego powrót do gry został zauważony i doceniony przez włoskie media.

     

    Do końca sezonu zostało 10 kolejek. Jeśli jednak Sampdoria załapałaby się do baraży o awans, Bereszyński mógłby liczyć na kolejne występy. Dzieli ją od tego osiem punktów.

     

    Od momentu wyleczenia kontuzji Bereszyński rozegrał dwa mecze – oba w niepełnym wymiarze czasowym. Wszystko jednak idzie ku lepszemu, oprócz wyników Sampdorii, która zamiast walczyć o powrót do Serie A, utknęła w dole tabeli i jest blisko drużyn zagrożonych spadkiem na trzeci poziom rozgrywek.

     

  • Brawo Polacy! Świetne biegi Skrzyszowskiej i Szymańskiego

    Brawo Polacy! Świetne biegi Skrzyszowskiej i Szymańskiego

    Brawo Polacy! Świetne biegi Skrzyszowskiej i Szymańskiego

    Pia Skrzyszowska i Jakub Szymański w wielkim stylu awansowali do finałów biegu na 60 m przez płotki na Halowych Mistrzostwach Europy w Apeldoorn.

     

    Nie było wątpliwości – tak jak w eliminacjach, tak i w półfinałach polscy płotkarze udowodnili, że przyjechali do Apeldoorn po medale Halowych Mistrzostw Europy.

     

    Pia Skrzyszowska i Jakub Szymański zgodnie wygrali swoje serie i uzyskali pewne awanse do wieczornych finałów.

     

    Skrzyszowska uzyskała ponadto swój najlepszy wynik w sezonie – 7,84 s. To tylko pokazuje, że razem z trenerem Jarosławem Skrzyszowskim nie popełnili błędu w przygotowaniach i najwyższa forma przyszła na najważniejszy moment sezonu.

     

    Szymański wprawdzie nie uzyskał rekordu sezonu, ale 7,49 s w zupełności wystarczyło do zwycięstwa.

     

    W finałach Polacy będą faworytami do medali, zwłaszcza Szymański, który na HME celuje w złoto.

     

    Biegi o medale rozpoczną się o godz. 21:43 (kobiety) i 21:53 (mężczyźni).

  • Sensacyjny Sezon Ewy Pajor: Maszyna do Strzelania Goli w FC Barcelona!

    Sensacyjny Sezon Ewy Pajor: Maszyna do Strzelania Goli w FC Barcelona!

    Sensacyjny Sezon Ewy Pajor: Maszyna do Strzelania Goli w FC Barcelona!

    Ewa Pajor jest w tym sezonie absolutnie niezwykła, prezentując oszałamiającą formę w barwach FC Barcelona. Polska napastniczka udowodniła, że jest nie do zatrzymania – regularnie znajduje drogę do siatki rywali i znakomicie asystuje swoim koleżankom z drużyny. Z dorobkiem 30 goli i 7 asyst w zaledwie 29 meczach we wszystkich rozgrywkach Pajor na stałe zapisała się wśród najlepszych napastniczek kobiecej piłki nożnej.

    Analiza Fenomenalnych Statystyk Pajor

    Liczba goli: 30

    Liczba asyst: 7

    Rozegrane mecze: 29

    Łączny udział przy golach (G/A): 37

    https://youtu.be/8Vivyffd9Cs?si=HUstT9RCraODBV3W

     

    Pajor imponuje niesamowitą regularnością, zdobywając ponad jednego gola na mecz, a do tego dokładając kluczowe asysty. Jej zabójcza skuteczność, inteligentne poruszanie się po boisku i umiejętność kreowania sytuacji bramkowych sprawiają, że jest nieocenionym atutem FC Barcelona.

    Sezon, Który Przejdzie do Historii

    Jej znakomite występy odegrały kluczową rolę w dominacji Barcelony i utrzymują drużynę na kursie po kolejne trofea. Pajor nie boi się wielkich spotkań – jest ulubienicą kibiców i prawdziwym koszmarem dla obrończyń rywali. W obecnej formie jest nie tylko faworytką do indywidualnych nagród, ale także kluczowym elementem układanki Barcelony w walce o mistrzostwo Hiszpanii i triumf w Lidze Mistrzyń.

    Sezon wciąż trwa, a oczy całego świata zwrócone są na Ewę Pajor. Czy utrzyma swoje piorunujące tempo i pobije kolejne rekordy? Jedno jest pewne – pisze historię z każdym kolejnym meczem!

     

  • Rewelacyjna Amerykanka stanęła na drodze Aryny Sabalenki w Indian Wells. Pogrom w 60 minut

    Rewelacyjna Amerykanka stanęła na drodze Aryny Sabalenki w Indian Wells. Pogrom w 60 minut

    Rewelacyjna Amerykanka stanęła na drodze Aryny Sabalenki w Indian Wells. Pogrom w 60 minut

    Dobiega końca rywalizacja w pierwszej rundzie zmagań WTA 1000 w Indian Wells, a co za tym idzie – zawodniczki rozstawione już niemal w komplecie poznały swoje przeciwniczki w drugiej fazie turnieju. Jedną z tych, które musiały czekać najdłużej, była Aryna Sabalenka. Rywalkę dla liderki rankingu wyłoniło starcie McCartney Kessler – Anna Blinkowa. Amerykanka, finalistka imprezy rangi “250” w Austin z ubiegłego tygodnia, nie dała żadnych szans Rosjance i triumfowała 6:1, 6:2 w zaledwie 60 minut.

    Aryna Sabalenka ma za sobą nieudane starty na Bliskim Wschodzie. W dwóch lutowych tysięcznikach zanotowała zaledwie jedno zwycięstwo. W Dosze pożegnała się już na “dzień dobry” po elektryzującym pojedynku z Jekateriną Aleksandrową, zakończonym tie-breakiem trzeciego seta. W Dubaju udało jej się wygrać z Weroniką Kudiermietową, ale później była zupełnie bezradna w potyczce z Clarą Tauson.

    Liderka rankingu miała kilkanaście dni przerwy, by odbudować formę przed turniejem WTA 1000 w Indian Wells. Na efekty ostatnich treningów przyjdzie nam poczekać co najmniej do soboty czasu kalifornijskiego, kiedy tenisistka z Mińska rozegra swoje spotkanie drugiej rundy. Dzisiaj Białorusinka poznała swoją przeciwniczkę. Wyłoniło ją starcie McCartney Kessler – Anna Blinkowa.

    Faworytką pojedynku była Amerykanka, która prezentuje się ostatnio z bardzo dobrej strony. Najlepszym tego potwierdzeniem jest chociażby ostatni finał na turnieju WTA 250 w Austin. Dopiero w decydującym pojedynku musiała uznać wyższość swojej rodaczki – Jessie Peguli. Kilkanaście dni wcześniej Kessler cieszyła się z pokonania Coco Gauff podczas zmagań w Dubaju. Blinkowa również miała okazję zaprezentować się w Austin. Rosjanka też zakończyła swoją przygodę na meczu z Pegulą – z tą różnicą, że trafiła na nią już w ćwierćfinale. Anna słynie z tego, że potrafi zagrozić czołowym zawodniczkom. W zeszłym roku przekonała się o tym na Australian Open sama Jelena Rybakina. Dziś była jednak bezradna w starciu z McCartney.

    McCartney Kessler będzie rywalką Aryny Sabalenki w drugiej rundzie WTA 1000 w Indian Wells

    Finalistka z Austin zawiązała swoją dominację od samego początku. Już na “dzień dobry” udało jej się przełamać za trzecim break pointem, a potem utrzymała swoje podanie, wychodząc ze stanu 0-30. Blinkowa odpowiedziała premierowym “oczkiem” w trzecim gemie, ale to było wszystko, na co jej pozwoliła w premierowej odsłonie Kessler. Amerykanka wygrywała większość wymian, niezależnie od tego czy podawała ona, czy jej przeciwniczka. McCartney zdominowała końcówkę seta i ostatecznie wygrała go 6:1.

    Rosjanka miała swój moment na początku drugiej partii, kiedy to odrobiła stratę ze stanu 15:40 i doprowadziła do równowagi przy serwisie tenisistki z USA. Wypracowała sobie nawet break pointa, którego od razu udało się wykorzystać. Anna nie poszła jednak za ciosem. Dała rywalce odrobić stratę, a potem nie wykorzystała dwóch break pointów na 2:1. Od tego momentu pojedynek uciekł Blinkowej na dobre. Kessler zgarnęła w sumie cztery gemy z rzędu. Jeszcze na sam koniec odsłony ponownie przełamała Rosjankę i ostatecznie wygrała mecz 6:1, 6:2 po zaledwie godzinie rywalizacji. Amerykanka potwierdziła bardzo dobrą formę i pytanie, na co ją będzie stać w rywalizacji z Aryną Sabalenką. To właśnie z liderką rankingu przyjdzie jej się zmierzyć w batalii o trzecią rundę WTA 1000 w Indian Wells.

  • 0:6 w drugim secie! Paolini nie wiedziała, co się dzieje, ależ sensacja!

    0:6 w drugim secie! Paolini nie wiedziała, co się dzieje, ależ sensacja!

    0:6 w drugim secie! Paolini nie wiedziała, co się dzieje, ależ sensacja!

    Szokujący przebieg miał drugi set w turnieju deblowym w Dubaju, w którym grały aktualne mistrzynie olimpijskie – Włoszki Sara Errani/Jasmine Paoloni. Trwał on zaledwie 26 minut.

     

    Duet: Sara Errani/Jasmine Paolini w ubiegłym roku wywalczył wielki sukces, bo zdobył złoto igrzysk olimpijskich w Paryżu. Włoszki zwyciężyły też w turniejach w Linz, Rzymie, Pekinie oraz były w finale wielkoszlemowego Rolanda Garrosa. W lutym tego roku Errani/Paolini wygrały prestiżowy turniej w Dosze, pokonując w finale 7:5, 7:6 duet: Jiang Xinyu/Wu Fang-hsien (Chiny, Tajwan).

     

    Ależ sensacja w Indian Wells. Paolini nie wiedziała co się dzieje

     

    Teraz Errani/Paolini były rozstawione z “3” w prestiżowym turnieju na kortach twardych w Indian Wells. W pierwszej rundzie Włoszki zmierzyły się z duetem: Asia Muhammad/Demi Schuurs (USA, Holandia) i były zdecydowanymi faworytkami. W pierwszym secie wszystko układało się po ich myśli do prowadzenia 3:2. Od tego stanu przegrały trzy gemy z rzędu. Chwilę później Amerykanka z Holenderką wygrały seta 6:4.

     

    Druga partia miała sensacyjny przebieg. Włoszki nie miały nic do powiedzenia i przegrały ją, nie zdobywając żadnego gema! Mecz trwał godzinę i osiem minut.

     

    “Podróż Errani i Paolini w prestiżowym Indian Wells niespodziewanie kończy się już w I rundzie. Statystyki wyraźnie przemawiają za rywalkami, które zdobyły 56 punktów przy 40 Włoszek i zrobiły różnicę przede wszystkim pierwszym serwisem, dzięki któremu wygrały 72 proc. punktów, a Włoszki tylko 44 proc.” – pisze włoski “Oasport”.

     

    Muhammad/Schuurs w 1/8 finału zmierzą się z parą z Rosji: Jekaterina Aleksandrowa/Ludmiła Samsonowa, która też niespodziewanie wygrała 6:4, 7:6 (7:4) z duetem: Caroline Dolehide/Storm Hunter (USA, Australia).

     

    I runda debla w Indian Wells: Sara Errrani/Jasmine Paolini (Włochy) – Asia Muhammad/Demi Schuurs (USA, Holandia) 4:6, 0:6