Category: Home

  • Hurkacz nie gra, a Polak w ćwierćfinale ATP. Cudowny powrót z 2:5, piękny sen trwa

    Hurkacz nie gra, a Polak w ćwierćfinale ATP. Cudowny powrót z 2:5, piękny sen trwa

    Hurkacz nie gra, a Polak w ćwierćfinale ATP. Cudowny powrót z 2:5, piękny sen trwa

    Chociaż Hubert Hurkacz nie gra nigdzie w tym tygodniu, to emocje w głównym cyklu męskich rozgrywek dostarcza nam Kamil Majchrzak. 29-latek rywalizuje w turnieju ATP 250 w Marrakeszu i notuje najlepsze wyniki od kilku lat. Wczoraj wyeliminował rozstawionego z “6” Jaume Munara, a dzisiaj uporał się z będącym w dobrej formie Jesperem de Jongiem. W pierwszym secie Polak wrócił ze stanu 2:5 i triumfował po tie-breaku. Ostatecznie pokonał Holendra 7:6(3), 6:1 i awansował do ćwierćfinału, gdzie jego rywalem będzie Alexandre Muller.

     

    30 miesięcy czekał Kamil Majchrzak na to, by odnieść zwycięstwo w głównej drabince imprezy rangi ATP Tour. Poprzednim razem dokonał tej sztuki jeszcze w październiku 2022 roku, podczas zmagań w Tokio. Wczoraj wyzerował licznik oczekiwania, po raz trzeci w karierze pokonując Jaume Munara, na dodatek w naturalnym środowisku Hiszpana. Polak pokonał faworyta pojedynku, notowanego na 55. miejscu w męskim zestawieniu, 6:4, 6:3.

     

    Na kolejny mecz z udziałem naszego reprezentanta nie trzeba było długo czekać. Już dzisiaj przyszło mu rywalizować o ćwierćfinał ATP 250 w Marrakeszu z plasującym się na 98. lokacie Jesperem de Jongiem. Holender prezentował solidną formę w ostatnim czasie. Na przełomie stycznia i lutego dotarł do półfinału imprezy rangi “250” na nawierzchni twardej w Montpellier. Poprzednie tygodnie przyniosły finał Challengera w Murcii i półfinał w Gironie – w obu przypadkach rywalizacja toczyła na mączce. Holender był zatem bardzo dobrze przygotowany do marokańskich zmagań. Zapowiadało się bardzo ciekawe starcie o najlepszą “8”.

     

    Kamil Majchrzak w ćwierćfinale ATP 250 w Marrakeszu. Kapitalna pogoń Polaka w pierwszym secieMecz rozpoczynał się od serwisu de Jonga. W pierwszych dwóch gemach nie obserwowaliśmy żadnej okazji na przełamanie, chociaż przy serwisie Majchrzaka doszło do rywalizacji na przewagi. Premierowy break point pojawił się w trakcie trzeciego rozdania. Wówczas Kamil miał szansę na 2:1, ale ostatnie trzy akcje trafiły na konto Jespera. Natchniony Holender ruszył do ofensywy i po chwili nie stracił ani jednego punktu przy podaniu Polaka. Tenisista z końcówki pierwszej setki przedłużył serię wygranych wymian do 11 z rzędu i wyszedł na prowadzenie 4:1.

     

    Mimo niekorzystnej sytuacji, nasz reprezentant zdołał odrobić straty. Swoją pogoń rozpoczął od stanu 2:5. Najpierw utrzymał własne podanie, a później miał 40-0 w gemie, w którym de Jong mógł zamykać seta. Majchrzak nie zdołał wykorzystać żadnej z tych trzech szans – dwukrotnie zepsuł return, potem posłał piłkę w siatkę. Po nieudanym dropszocie przeciwnika pojawiła się jednak czwarta okazja. Tutaj Kamil miał sporo szczęścia. Będąc przy siatce nie obrał najlepszego kierunku do ataku, przez co nadział się na loba ze strony rywala. Jesper wyrzucił piłkę na długość i Polak wrócił do gry. Po dziesięciu rozdaniach na tablicy wyników zrobiło się 5:5.

     

    Ostatecznie o losach partii rozstrzygał tie-break. Decydująca rozgrywka rozpoczęła się od punktu zdobytego przez de Jonga. Później nastąpiła jednak seria po stronie Majchrzaka, która całkowicie odmieniła rywalizację w kluczowym fragmencie pierwszego seta. Polak wygrał cztery akcje z rzędu i przejął kontrolę nad wydarzeniami. Później nasz tenisista utrzymywał już bezpieczną przewagę, miał co najmniej dwa “oczka” różnicy. Ostatecznie premierowa odsłona trafiła na konto Kamila rezultatem 7:6(3).

     

    Drugi set od początku układał się po myśli Polaka. Już w drugim gemie udało się wywalczyć przełamanie, chwilę później zrobiło się już 3:0 dla naszego reprezentanta. Przy stanie 4:1 rywal poprosił o wizytę fizjo na korcie. Po powrocie do gry Jesper nie zdołał już dołożyć ani jednego “oczka” na swoje konto. Zawodnik z Piotrkowa Trybunalskiego kontrolował sytuację do końca meczu i ostatecznie triumfował 7:6(3), 6:1.

  • Piłka meczowa Polki, a później niemal zawał serca. Koniec po trzysetowej batalii

    Piłka meczowa Polki, a później niemal zawał serca. Koniec po trzysetowej batalii

    Piłka meczowa Polki, a później niemal zawał serca. Koniec po trzysetowej batalii

    Maja Chwalińska swój mecz w pierwszej rundzie WTA 125 w Antalyi miała rozegrać we wtorek – opady deszczu sprawiły, że z kalendarza spadły niemal wszystkie spotkania. Z Chinką Wushuang Zheng zmierzyła się więc dopiero w środę, była zdecydowaną faworytką. I prowadził 6:4, 4:1, a przy stanie 5:4 miała piłkę meczową i serwowała. Wszystko jednak za chwilę runęło, przegrała tego seta, a później kolejnego. A ponieważ nie gra tym razem w deblu, może już wrócić do Polski – tu za osiem dni Polska zagra w ramach Billie Jean King Cup.

     

    Maja Chwalińska spędzała na południu Turcji już trzeci tydzień – w Antalyi, a właściwie w Belek – kurorcie znanym wielu klubom piłkarskiej Ekstraklasy, bo tam często wyjeżdżają w przerwie zimowej na zgrupowania.W pierwszych zawodach WTA 125 dotarła do półfinału singla i zdobyła tytuł w deblu. Drugi tydzień był gorszy, choć wcale nie zły: zaowocował może i porażką w singlu na dzień dobry, ale też tytułem w deblu. I rekordowymi pozycjami w karierze w ranking WTA.

     

    A ten trzeci był najgorszy – 23-latka nie zgłosiła się do debla, a w grze pojedynczej odpadła już po pierwszym pojedynku. Mimo że tym razem szczęście jej dopisało w losowaniu, a w trakcie meczu miała wszystko w swoich rękach. I piłkę meczową na rakiecie

     

    WTA 125 w Antalyi. Trzeci turniej tej rangi dla Mai Chwalińskiej. I bardzo korzystny układ, “szczęśliwa przegrana” z eliminacji na pierwszy ogieńRywalką Polki, rozstawionej tu z piątką, miała być pierwotnie doświadczona Niemka Tamara Korpatsch, co zwiastowało… długie spotkanie. To bowiem również zawodniczka grająca cierpliwie, głównie defensywna. We wtorek rano zrezygnowała jednak z występu, w jej miejsce wskoczyła klasyfikowana pod koniec trzeciej setki na liście WTA Chinka Wushuang Zheng.Z tą zawodniczką Maja mierzyła się już w ostatni piątek, ale w półfinale debla. Choć Chinka była mocniejszym punktem w swojej parze od Prarthany Thombare z Indii, to z Chwalińską i Anastasią Detiuc nie miały większych szans, przegrały 1:6, 4:6. A w finale kwalifikacji Chinka wygrała pierwszego seta 7:6 z Żibek Kulambajewą z Kazachstanu, w drugim przegrywała 5:6, była równowaga w 12. gemie. I Zheng zrezygnowała z dalszej gry.

     

    Po czym następnego dnia okazało się, że jako “szczęśliwa przegrana” wskakuje do drabinki, co też tylko pokazuje, jak kuriozalne mogą być przepisy.

     

    W teorii Polka powinna sobie poradzić bez większych problemów, praktyka pokazywała co innego.Chwalińska jednak miała wszystko w swoich rękach, pierwszą partię wygrała 6:4, wywalczając kluczowe przełamanie w 10. gemie. A wcześniej były wzajemne cztery utraty serwisów z rzędu i to Polka musiała gonić rywalkę.Gdy zaś w drugiej partii Maja prowadziła 4:1, wszystko było na dobrej drodze do wywalczenia awansu. W siódmym gemie przegrała jednak swojego gema serwisowego, a chwilę odpowiedziała re-breakiem. Prowadziła 5:3 i serwowała. A w tym gemie miała piłkę meczową przy stanie 40-30. I ją przegrała

     

    Set zakończył się tie-breakiem, Chwalińska prowadziła w nim 3-1 i przegrała sześć kolejnych akcji. Niby zaczęła od przełamania decydującą rozgrywkę, ale kompletnie rozleciał się jej serwis. Przegrała wszystkie własne gemy, zarazem i całe spotkanie: 6:4, 6:7 (3), 2:6. A szkoda, bo wydawało się, że ma otwartą drogą przynajmniej do ćwierćfinału.

     

    To zaś oznacza, że Chwalińska w maju będzie musiała już grać w eliminacjach French Open, nie uda jej się do momentu zakończenia zgłoszeń awansować do Top 100 rankingu. Za tydzień zaś będzie w składzie reprezentacji Polski na mecze z Ukrainą i Szwajcarią w Billie Jean King Cup. Z dużą szansą na występy, przynajmniej w deblu, pod nieobecność Igi Świątek i Magdaleny Fręch.

  • Co za walka Julii Szeremety, rywalka z Ameryki rozbita. Jest kolejny medal

    Co za walka Julii Szeremety, rywalka z Ameryki rozbita. Jest kolejny medal

    Co za walka Julii Szeremety, rywalka z Ameryki rozbita. Jest kolejny medal

    Julia Szeremeta (57kg) świetnie spisała się na starcie zawodów Pucharu Świata w Brazylii, po raz drugi w karierze pokonując wymagającą Amerykankę Alyssę Mendozę. Nasza zawodniczka zwyciężyła w ćwierćfinale jednogłośnie na punkty, tym samym zapewniając sobie minimum brązowy medal. W zeszłym roku Polka pokonała tę przeciwniczkę, ale wówczas niejednogłośnie na punkty (3:2), a było to w kwalifikacjach do igrzysk olimpijskich, gdzie później zrobiła furorę, stając w Paryżu na drugim stopniu podium.

     

    – Nie ukrywam, że Julka Szeremeta jest w wysokiej formie. Na ostatnim zgrupowaniu w Wałczu na sparingach wyglądała wyśmienicie. Jeszcze nigdy nie widziałem jej w takiej formie. Sparowała z dziewczynami z czterech, a nawet pięciu wyższych kategorii wagowych, bo po prostu już nie miała z kim sparować. Dlatego musiała toczyć treningowe walki z dziewczynami z kategorii 75 kg. Pomimo, że sama waży 57 kg, to i tak te sparingi wygrywała. Nie wiem, czy tak trafiła z formą, ale wygląda bardzo dobrze – mówił mi w połowie lutego trener kobiecej reprezentacji Tomasz Dylak

     

    Popis Julii Szeremety. Wicemistrzyni olimpijska wypunktowała AmerykankęSłuchanie tych słów było niesamowite. I od razu uspokoiło wszystkich tych, którzy mogli podejrzewać, że spektakularny sukces na igrzyskach olimpijskich nieco uśpi dalsze ambicje reprezentantki klubu Paco Lublin. Nic bardziej mylnego, po zawirowaniach związanych ze zmianą federacji przez Polski Związek Bokserski, co spowodowało absencję Polaków na marcowych MŚ pod egidą IBA, Szeremeta znów odzyskała wielki głód, a “delikatny problem motywacyjny” poszedł w niepamięć.Prestiżowy start w Brazylii w zawodach rangi Pucharu Świata to dla gwiazdy naszego boksu olimpijskiego ważny sprawdzian formy. Gdy Polka wchodziła do ringu do pojedynku z Alyssą Mendozą, była już zbudowana wcześniejszymi występami “biało-czerwonych”. Na sześć walk, aż pięć w Foz do Iguacu zakończyło się wygranymi koleżanek i kolegów z kadry, którzy tym samym zapewnili sobie co najmniej brązowe medale.

     

    Polka pierwsza weszła do ringu i, jak to ma w zwyczaju, uczyniła to tanecznym krokiem, meldując się w biało-czerwonym trykocie w czerwonym narożniku. Sam pojedynek rozpoczęła bardzo pewnie. Szybka, stojąca nisko na nogach, od początku boksowała bardzo sprytnie, demonstrując dużo uników, a gdy była okazja, lokowała świetne kontry z prawej ręki. Groźna była także w dystansujących uderzeniach, na odchyleniu ciała, z lewej ręki. Rywalka dążyła do bliskiego dystansu, w którym widziała dla siebie szansę i w drugiej połowie pierwszej odsłony miała swoje momenty. Refleks kilka razy nieco zawiódł naszą pięściarkę, pojedyncze ciosy rywalki nie wyrządzały jej krzywdy, ale Mendoza dawały argumenty sędziom punktowym. Tę odsłonę nasza zawodniczka wygrała “tylko” 3:2.

     

    Szeremeta napoczęła Mendozę, a potem jej odjechała. Werdykt jednogłośny

     

    W takim samym stosunku podopieczna trenera Dylaka rozprawiła się z Mendozą w ostatniej rundzie. Reprezentantka USA wiedziała już, że musi bardziej zaryzykować, ale to była woda na młyn dla naszej gwiazdy. Doskakiwała, szukając szans w szybkim doskoku z ciosami, ale rzadko za pojedynczym uderzeniem do celu dochodziły kolejne. Z kolei Polka parokrotnie przetestowała choćby tułów przeciwniczki. Raz wyraźniej, tzw. długim dyszlem, Mendoza doprowadziła cios do jej głowy, ale to było za mało. Pod sam koniec Szeremeta potknęła się i przykucnęła na macie, ale sędzia słusznie zinterpretował sytuację i nie przystąpił do liczenia

     

    Jednogłośna decyzja piątki sędziów na korzyść Julii Szeremety była jedynym, słusznym werdyktem.

  • Co za walka Julii Szeremety, rywalka z Ameryki rozbita. Jest kolejny medal

    Co za walka Julii Szeremety, rywalka z Ameryki rozbita. Jest kolejny medal

    Co za walka Julii Szeremety, rywalka z Ameryki rozbita. Jest kolejny medal

    Julia Szeremeta (57kg) świetnie spisała się na starcie zawodów Pucharu Świata w Brazylii, po raz drugi w karierze pokonując wymagającą Amerykankę Alyssę Mendozę. Nasza zawodniczka zwyciężyła w ćwierćfinale jednogłośnie na punkty, tym samym zapewniając sobie minimum brązowy medal. W zeszłym roku Polka pokonała tę przeciwniczkę, ale wówczas niejednogłośnie na punkty (3:2), a było to w kwalifikacjach do igrzysk olimpijskich, gdzie później zrobiła furorę, stając w Paryżu na drugim stopniu podium.

     

    – Nie ukrywam, że Julka Szeremeta jest w wysokiej formie. Na ostatnim zgrupowaniu w Wałczu na sparingach wyglądała wyśmienicie. Jeszcze nigdy nie widziałem jej w takiej formie. Sparowała z dziewczynami z czterech, a nawet pięciu wyższych kategorii wagowych, bo po prostu już nie miała z kim sparować. Dlatego musiała toczyć treningowe walki z dziewczynami z kategorii 75 kg. Pomimo, że sama waży 57 kg, to i tak te sparingi wygrywała. Nie wiem, czy tak trafiła z formą, ale wygląda bardzo dobrze – mówił mi w połowie lutego trener kobiecej reprezentacji Tomasz Dylak

     

    Popis Julii Szeremety. Wicemistrzyni olimpijska wypunktowała AmerykankęSłuchanie tych słów było niesamowite. I od razu uspokoiło wszystkich tych, którzy mogli podejrzewać, że spektakularny sukces na igrzyskach olimpijskich nieco uśpi dalsze ambicje reprezentantki klubu Paco Lublin. Nic bardziej mylnego, po zawirowaniach związanych ze zmianą federacji przez Polski Związek Bokserski, co spowodowało absencję Polaków na marcowych MŚ pod egidą IBA, Szeremeta znów odzyskała wielki głód, a “delikatny problem motywacyjny” poszedł w niepamięć.Prestiżowy start w Brazylii w zawodach rangi Pucharu Świata to dla gwiazdy naszego boksu olimpijskiego ważny sprawdzian formy. Gdy Polka wchodziła do ringu do pojedynku z Alyssą Mendozą, była już zbudowana wcześniejszymi występami “biało-czerwonych”. Na sześć walk, aż pięć w Foz do Iguacu zakończyło się wygranymi koleżanek i kolegów z kadry, którzy tym samym zapewnili sobie co najmniej brązowe medale.

     

    Polka pierwsza weszła do ringu i, jak to ma w zwyczaju, uczyniła to tanecznym krokiem, meldując się w biało-czerwonym trykocie w czerwonym narożniku. Sam pojedynek rozpoczęła bardzo pewnie. Szybka, stojąca nisko na nogach, od początku boksowała bardzo sprytnie, demonstrując dużo uników, a gdy była okazja, lokowała świetne kontry z prawej ręki. Groźna była także w dystansujących uderzeniach, na odchyleniu ciała, z lewej ręki. Rywalka dążyła do bliskiego dystansu, w którym widziała dla siebie szansę i w drugiej połowie pierwszej odsłony miała swoje momenty. Refleks kilka razy nieco zawiódł naszą pięściarkę, pojedyncze ciosy rywalki nie wyrządzały jej krzywdy, ale Mendoza dawały argumenty sędziom punktowym. Tę odsłonę nasza zawodniczka wygrała “tylko” 3:2.

     

    Szeremeta napoczęła Mendozę, a potem jej odjechała. Werdykt jednogłośny

     

    W takim samym stosunku podopieczna trenera Dylaka rozprawiła się z Mendozą w ostatniej rundzie. Reprezentantka USA wiedziała już, że musi bardziej zaryzykować, ale to była woda na młyn dla naszej gwiazdy. Doskakiwała, szukając szans w szybkim doskoku z ciosami, ale rzadko za pojedynczym uderzeniem do celu dochodziły kolejne. Z kolei Polka parokrotnie przetestowała choćby tułów przeciwniczki. Raz wyraźniej, tzw. długim dyszlem, Mendoza doprowadziła cios do jej głowy, ale to było za mało. Pod sam koniec Szeremeta potknęła się i przykucnęła na macie, ale sędzia słusznie zinterpretował sytuację i nie przystąpił do liczenia

     

    Jednogłośna decyzja piątki sędziów na korzyść Julii Szeremety była jedynym, słusznym werdyktem.

  • Stało się. Iga Świątek rezygnuje! “Podjęłam trudną decyzję”

    Stało się. Iga Świątek rezygnuje! “Podjęłam trudną decyzję”

    Stało się. Iga Świątek rezygnuje! “Podjęłam trudną decyzję”

    Iga Świątek nie tak dawno grała w amerykańskich turniejach. Jej dalsze plany startowe były pewną zagadką, ale tenisistka właśnie przekazała bardzo ważną wiadomość. I nie jest ona dobra dla polskich kibiców. “Przyszedł czas na więcej balansu, skupienie się na sobie i swoich treningach” – czytamy w komunikacie.

    Iga Świątek (2. WTA) niedawno zakończyła udział w tzw. Sunshine Double – w Indian Wells dotarła do półfinału, natomiast w Miami odpadła w ćwierćfinale. A właśnie przekazała informacje dotyczące dalszych planów startowych.

     

    Iga Świątek podjęła decyzję ws. udziału w turnieju eliminacyjnym Billie Jean King Cup

    “Podjęłam trudną decyzję. Wiem, że nie jest to informacja, której chcieli kibice, szczególnie polscy, niemniej to decyzja dla mnie słuszna na ten moment. Nie zagram w turnieju eliminacyjnym Billie Jean King Cup, który odbędzie się w Radomiu” – ogłosiła na Instagramie.

     

    “Zawsze z dumą reprezentuję Polskę. W zeszłym roku zagrałam dla kraju wszystko, co było do zagrania. Jestem niezwykle dumna z historycznych drużynowych sukcesów – półfinału BJKC oraz finału United Cup. Teraz przyszedł czas na więcej balansu, skupienie się na sobie i swoich treningach. Trzymam kciuki za dziewczyny i cały zespół” – dodała.

     

    Iga Świątek nie pomoże reprezentacji Polski w eliminacjach Billie Jean King Cup. Rywalki zacierają ręce

     

    Absencja Świątek to ogromna starta dla Polek, które będą rywalizować ze Szwajcarkami oraz Ukrainkami. W przeciwnych zespołach nie zabraknie wielkich gwiazd jak Belinda Bencic (41. WTA), Elina Switolina (18. WTA) czy Marta Kostiuk (24. WTA).

     

    Już wcześniej PZT ogłosił, że w składzie reprezentacji Polski znajdą się: Magdalena Fręch (30. WTA), Magda Linette (31. WTA), Maja Chwalińska (121. WTA) i Katarzyna Kawa (223. WTA). Piąta zawodniczka ma zostać ogłoszona do 6 kwietnia.

     

    Turniej eliminacyjny Billie Jean King Cup zostanie rozegrany w dniach 10-12 kwietnia w Radomskim Centrum Sportu. Awans do finałów wywalczy najlepszy zespół.

     

  • Stało się. Iga Świątek rezygnuje! “Podjęłam trudną decyzję”

    Stało się. Iga Świątek rezygnuje! “Podjęłam trudną decyzję”

    Stało się. Iga Świątek rezygnuje! “Podjęłam trudną decyzję”

    Iga Świątek nie tak dawno grała w amerykańskich turniejach. Jej dalsze plany startowe były pewną zagadką, ale tenisistka właśnie przekazała bardzo ważną wiadomość. I nie jest ona dobra dla polskich kibiców. “Przyszedł czas na więcej balansu, skupienie się na sobie i swoich treningach” – czytamy w komunikacie.

     

    Iga Świątek (2. WTA) niedawno zakończyła udział w tzw. Sunshine Double – w Indian Wells dotarła do półfinału, natomiast w Miami odpadła w ćwierćfinale. A właśnie przekazała informacje dotyczące dalszych planów startowych.

     

    Iga Świątek podjęła decyzję ws. udziału w turnieju eliminacyjnym Billie Jean King Cup

    “Podjęłam trudną decyzję. Wiem, że nie jest to informacja, której chcieli kibice, szczególnie polscy, niemniej to decyzja dla mnie słuszna na ten moment. Nie zagram w turnieju eliminacyjnym Billie Jean King Cup, który odbędzie się w Radomiu” – ogłosiła na Instagramie.

     

    “Zawsze z dumą reprezentuję Polskę. W zeszłym roku zagrałam dla kraju wszystko, co było do zagrania. Jestem niezwykle dumna z historycznych drużynowych sukcesów – półfinału BJKC oraz finału United Cup. Teraz przyszedł czas na więcej balansu, skupienie się na sobie i swoich treningach. Trzymam kciuki za dziewczyny i cały zespół” – dodała.

     

    Iga Świątek nie pomoże reprezentacji Polski w eliminacjach Billie Jean King Cup. Rywalki zacierają ręce

    Absencja Świątek to ogromna starta dla Polek, które będą rywalizować ze Szwajcarkami oraz Ukrainkami. W przeciwnych zespołach nie zabraknie wielkich gwiazd jak Belinda Bencic (41. WTA), Elina Switolina (18. WTA) czy Marta Kostiuk (24. WTA).

     

    Już wcześniej PZT ogłosił, że w składzie reprezentacji Polski znajdą się: Magdalena Fręch (30. WTA), Magda Linette (31. WTA), Maja Chwalińska (121. WTA) i Katarzyna Kawa (223. WTA). Piąta zawodniczka ma zostać ogłoszona do 6 kwietnia.

     

    Turniej eliminacyjny Billie Jean King Cup zostanie rozegrany w dniach 10-12 kwietnia w Radomskim Centrum Sportu. Awans do finałów wywalczy najlepszy zespół.

  • ‎”Zatarte wszelkie granice”. Kim jest Abramowicz dla Świątek?

    ‎”Zatarte wszelkie granice”. Kim jest Abramowicz dla Świątek?

    ‎”Zatarte wszelkie granice”. Kim jest Abramowicz dla Świątek

    ‎Pierwszy trener Igi Świątek Artur Szostaczko mówi wprost o Darii Abramowicz: – Tam zostały według mnie zatarte wszystkie granice, pomiędzy zawodniczką a panią psycholog.

    ‎Iga Świątek zaliczyła najgorszy start sezonu od pięciu lat. Wiceliderka rankingu WTA w tym roku nie dotarła do finału żadnego turnieju. Swoje występy zazwyczaj kończy na półfinałach, bądź ćwierćfinałach i ponosi coraz to bardziej zaskakujące porażki.

    ‎Ostatnio Świątek w ćwierćfinale turnieju w Miami przegrała ze znajdującą się w drugiej setce rankingu WTA Alexandra Eala 2:6, 5:7. Takie porażki powodują, że Iga Świątek traci już ponad 3000 punktów do Aryny Sabalenki i musi oglądać się za siebie, by nie wypaść z czołowej dwójki.

    ‎O problemy Igi został zapytany jej pierwszy trener – Artur Szostaczko. Opowiedział on o tym, że w grze Świątek nic się nie zmienia, ale najbardziej przeszkadza jej mental, który jest teraz bardzo słaby. Opowiedział także, że spotyka się z zaskakującą reakcją za swoją krytykę.

    ‎- W tym miejscu muszę powiedzieć, że niestety, ale dostaję pogróżki komentując pewne sytuacje, choć nikogo nie oczerniam – przyznał trener w rozmowie z i.pl.

    ‎- Myślę, że Daria Abramowicz jest dla Igi bardziej koleżanką, przyjaciółką, tak naprawdę nie wiadomo, kim dla niej jest, bo oficjalnie nikt niczego nie chce powiedzieć. Tam zostały według mnie zatarte wszystkie granice, pomiędzy zawodniczką a panią psycholog. Nikt inny nie ma przy sobie na co dzień, niemalże 24 godziny na dobę psycholog – dodał Szostaczko.

  • 180 miliardów dolarów wyparowało. Potężne problemy światowego giganta

    180 miliardów dolarów wyparowało. Potężne problemy światowego giganta

    180 miliardów dolarów wyparowało. Potężne problemy światowego gigant

     

    Koncern Nike, który w listopadzie ubiegłego roku podpisał z FC Barceloną nową lukratywną dla klubu umowę na dostawę sprzętu sportowego, przeżywa nieustanne kłopoty. Sukces, którym był niewątpliwie kontrakt z wielkim klubem, nie poprawił notowań firmy. W ostatni piątek jej akcję spadły do najniższego poziomu od 2018 roku.

     

    Jeszcze w 2021 r. giełdowa wartość koncernu Nike wynosiła 281 miliardów dolarów. Dziś znany producent sprzętu sportowego wyceniany jest na 30 proc. tamtej kwoty. Ponad 180 mld dol. po prostu wyparowało.

     

    1,7 miliarda dla Barcelony

    Głównym powodem spadku wartości akcji Nike są coraz niższe przychody ze sprzedaży produktów. Firma, która wcześniej rosła szybciej niż rywale na rynku sprzętu sportowego, w końcu dostała zadyszki. Tąpnięciem okazały się wyniki kwartalne ogłoszone 28 czerwca 2024 roku. Wtedy spółka odnotowała najgorszy dzień w swojej 45-letniej historii. Cena akcji spadła o 21 procent.

     

    To właśnie mniej więcej w tym czasie Barcelona przystąpiła do renegocjacji umowy z amerykańską firmą. Początkowo hiszpańska prasa pisała o możliwości zerwania wcześniejszego kontraktu przez klub ze stolicy Katalonii. Jednak później okazało się, że Barcelona nie miała takiej możliwości. Zawarcie umowy z innym kontrahentem naraziłoby ją na proces sądowy bez żadnej nadziei na przychylny wyrok.

     

    Jednak Nike się ugiął i w listopadzie ogłoszono nową umowę. Barcelona zarobi z jej tytułu 1,7 miliarda dolarów do 2038 roku. Średni roczny przychód katalońskiego klubu będzie wynosił ok. 127 mln dolarów. W ramach umowy Nike wypłaci też premię za podpisanie kontraktu w wysokości 158 mln dol. Barcelona chciała dostać tę płatność w jednej racie, bo to pozwoliłoby jej wybrnąć finansowych kłopotów. Chodziło o zarejestrowanie Daniego Olmo, który był wtedy zatwierdzony tylko tymczasowo w ramach zastępstwa za długotrwale kontuzjowanego Andreasa Christensena. Amerykanie się na to jednak nie zgodzili i bonus wypłacą w 14 rocznych ratach.

     

    Gigantyczna wpadka z nowymi strojami MLB

    Umowa z Barceloną nie poprawiła notowań Nike’a, który w ubiegłym roku zaliczył gigantyczną wpadkę na rynku amerykańskim. W ramach umowy z ligą MLB firma zaopatrzyła zawodowe drużyny baseballistów w nowy wzór strojów. Reklamowała je jako lżejsze, bardziej dopasowane i lepiej odprowadzające wilgoć. Okazało się jednak, że zawodnicy od pierwszego dnia narzekali na nowe uniformy. Sprawiały przede wszystkim wrażenie tanich podróbek, a nie strojów produkcji renomowanej firmy. Podczas meczu na koszulkach było widać wielkie plamy potu, a spodnie okazały się zbyt cienkie, prześwitywały w tych miejscach, w których nie powinny i łatwo się darły.

     

    Jednak tym, co “zabiło” sprzedaż produktów Nike była decyzja John Donahoe, by skupić się na dystrybucji produktów koncernu przez własną sieć: głównie stronę internetową i aplikację. Świetnie to działało w czasie pandemii, przez którą koncern przeszedł właściwie suchą stopą, zwiększając swoją sprzedaż w internecie. W dodatku był to czas, gdy wszyscy mieli więcej czasu na bieganie i uprawianie innej aktywności fizycznej.

     

    Nowy szef Nike porzucił dla firmy swoją wygodę

    Gdy jednak klienci mogli wrócić do sklepów, okazało się, że wciąż wolą oni buty czy sportową odzież najpierw przymierzyć, zanim je kupią. I wtedy zamiast produktów Nike, które wycofał swoje towary z dużej części sieci sklepów sportowych, zaczęli wybierać tańsze buty firm Hoka czy On Running. Właśnie te dwie małe marki były największymi beneficjentami zmiany strategii w Nike, który z kolei odnotował znaczny spadek sprzedaży w swoim sklepie internetowym. W dodatku amerykańską firmę dobiły problemy na rynku chińskim, na którym sprzedaż też gwałtownie spadła. Kolejnym gwoździem do trumny okazał się kompletny brak innowacji w produktach firmy.

     

    W październiku ubiegłego roku Donahoe został zwolniony i zastąpił go Elliott Hill, który dla Nike porzucił wygodne życie na emeryturze.

     

    Firma wróciła do tradycyjnej dystrybucji swoich produktów, ale nie udało się jej jak na razie odzyskać straconej na rzecz konkurencji pozycji. Na ostatniej konferencji prasowej Hill powiedział: “Nasze podejście jest proste. Chcemy pomóc konsumentom zakochać się w czymś nowym od Nike’a”.

  • Błyskawiczna wygrana Kawy. Rywalka ugrała tylko dwa gemy

    Błyskawiczna wygrana Kawy. Rywalka ugrała tylko dwa gemy

    Błyskawiczna wygrana Kawy. Rywalka ugrała tylko dwa gem

     

    Katarzyna Kawa nie marnowała czasu na korcie i błyskawicznie rozprawiła się z Valentiną Mediorreal Arias w I rundzie zawodów WTA 250 na nawierzchni ziemnej w Bogocie. Po zaledwie 64 minutach polska tenisistka zwyciężyła młodą Kolumbijkę 6:1, 6:1.

     

    Po wyczerpujących kwalifikacjach Katarzyna Kawa (WTA 223) miała dzień przerwy. We wtorkowym meczu I rundy zmierzyła się z nagrodzoną dziką kartą Valentiną Mediorreal Arias. 18-letnia Kolumbijka zajmuje obecnie 800. miejsce w rankingu WTA. Polka wykorzystała swoją szansę i pokonała młodą reprezentantkę gospodarzy 6:1, 6:1.

     

    W starciu z Mediorreal Arias 32-letnia kryniczanka musiała przede wszystkim zachować spokój i cierpliwie czekać na swoje szanse. W zeszłym roku Kolumbijka zaskoczyła na rodzimej mączce Rosjankę Kamillę Rachimową, której uległa ostatecznie po trzysetowym boju.

     

    Ale we wtorek Kawa robiła swoje. Znakomicie pracowała na returnie i wypracowała wiele szans na przełamanie. Gdy przełamała w czwartym gemie na 3:1, to potem wydarzenia potoczyły się już błyskawicznie. Mediorreal Arias nie była w stanie zatrzymać doświadczonej Polki, która dołożyła jeszcze breaka na 5:1. Po chwili nasza reprezentantka wykorzystała pierwszego setbola.

     

    W drugiej partii Kawa kontynuowała znakomitą serię. Postarała się o przełamania w pierwszym i trzecim gemie, a następnie odskoczyła na 4:0. Dopiero wówczas Kolumbijka utrzymała serwis i przerwała serię dziewięciu gemów z rzędu Polki. O powrocie do gry nie było jednak mowy, ponieważ po zmianie stron nasza tenisistka wykorzystała drugiego meczbola.

     

    Po zaledwie 64 minutach Kawa cieszyła się ze zdecydowanej wygranej. We wtorek postarała się o pięć przełamań, a jej przeciwniczka nie wywalczyła żadnego breaka. Tenisistki rozegrały w sumie 94 punkty, z których 58 zdobyła Polka.

     

    Tym samym Kawa odniosła pierwsze zwycięstwo w głównym cyklu od października 2023, kiedy to brała udział w imprezie WTA 250 w tunezyjskim Monastyrze. Czekała więc na tę wygraną przez 18 miesięcy.

     

    Przeciwniczką Polki w 1/8 finału będzie Brazylijka Laura Pigossi lub Niemka Laura Siegemund, która została rozstawiona z piątym numerem.

     

    Rywalizacja w głównej drabince turnieju Copa Colsanitas Zurich potrwa do niedzieli (6 kwietnia). Triumfatorka singla otrzyma 250 rankingowych punktów oraz czek na sumę 36,3 tys. dolarów.

     

    Copa Colsanitas Zurich, Bogota (Kolumbia)

    WTA 250, kort ziemny, pula nagród 275 tys. dolarów

    wtorek, 1 kwietnia

     

    I runda gry pojedynczej:

     

    Katarzyna Kawa (Polska, Q) – Valentina Mediorreal Arias (Kolumbia, WC) 6:1, 6:1

  • W otoczeniu Igi Świątek widać wielki problem. Słyszymy o szczegółach

    W otoczeniu Igi Świątek widać wielki problem. Słyszymy o szczegółach

    W otoczeniu Igi Świątek widać wielki problem. Słyszymy o szczegółach

    Zero wygranych turniejów, wielkie nerwy i brak znaczących zmian w grze Igi Świątek to tylko część kamyczków, które można wrzucić do ogródka Wima Fissette’a. Bartosz Ignacik z Canal+ Sport nie ma wątpliwości i mówi, że Belg jak na razie kompletnie się nie sprawdza. — To nie działa. Wydaje mi się, że Belg nie pasuje charakterologicznie do obozu Igi Świątek — podkreśla w “Misji Sport” oraz przypomina, że polska tenisistka wkracza w ważny dla siebie okres sezonu i kreśli najczarniejszy scenariusz.

     

    Przed obecnym sezonem Świątek postanowiła zamienić Tomasza Wiktorowskiego na Wima Fissette’a. Polka liczyła, że współpraca z Belgiem pomoże szybko wrócić na pierwsze miejsce w rankingu WTA i zapewni kolejne tytuły. Obiecujące Australian Open tylko rozbudziło apetyty. Faktem jednak jest, że Świątek w tym roku nie wygrała jeszcze żadnego turnieju.

     

    W grze Polki jest wiele frustracji, a brak tytułów tylko ją pogłębia. W opinii publicznej coraz głośniej podnoszony jest temat przyszłości Belga w zespole. Ignacik przyznaje w “Misji Sport”, że obecność Fissette’a jak na razie nie działa. Podkreśla jednak, że takie serie jak w 2022 r., kiedy wygrała 37 meczów z rzędu, raczej już nie wróci.

     

    — Nie chcę teraz oceniać Wima Fissette’a, ale powiem wprost, to nie działa. Wydaje mi się, że Belg nie pasuje charakterologicznie do obozu Igi Świątek — zaznacza.

     

    — Iga nie wygrywa turniejów, ale trzeba podkreślić, że my nie narzekamy, że Iga dociera do ćwierćfinałów czy półfinałów turniejów. Tylko widać, że jej też to nie pasuje i nie jest w tenisie po to, żeby być drugą rakietą na świecie — zwraca uwagę Ignacik.

     

    — Nigdy nie wróci, to co działo się z Tomaszem Wiktorowskim, kiedy Iga wygrywała turniej za turniejem i trzeba się do tego przyzwyczaić. Jak może wróci, to za 5-6 lat — dodaje.

     

    Zmiana zachowania Igi Świątek względem swojego teamu

     

    Od pewnego czasu pomiędzy zespołem Świątek a samą tenisistką jest wiele spięć. Jak chociażby w ostatnim meczu w Miami, kiedy sensacyjnie przegrała z Alexandrą Ealą. Z boksu słychać było wiele podpowiedzi. Świątek sama potem powiedziała, że nie lubi, kiedy jest ich tak wiele w trakcie meczu. Natomiast chociażby w Dubaju po porażce z Mirrą Andriejewą nie przybiła piątki Fissette’owi, kiedy ten wyciągnął do niej dłoń.

     

    — Ja bym całej relacji nie sprowadzał do tego, co działo się w meczu z Alexandrą Ealą. Ten obóz musiał tak reagować, bo widzieliśmy, jak wygląda sytuacja. Tamtego dnia to nie była Iga Świątek, a nawet jej 50 proc. Ten obóz ma prawo zachowywać się nienaturalnie i popełniać błędy — twierdzi Ignacik.

     

    — W pewnym momencie przestałem komentować ten mecz, bo nic nie musiałem mówić. Całą tę relację widzieliśmy na żywo, wystarczyło to tylko tłumaczyć: “szybsze nogi, szybsze ręce, nogi, nogi, nogi, więcej intensywności” i to była prawda. Odniosłem wrażenie, że tego było za dużo. Ona zdawała sobie sprawę, jakie błędy popełnia — zwraca uwagę.

     

    Najgorszy scenariusz dla Igi Świątek

     

    Przed Świątek jej ulubiona część sezonu, bo WTA Tour przenosi się na mączkę, gdzie Polka w ostatnich latach dominowała. Jednak przed naszą tenisistką wielkie oczekiwania, bo w tym czasie bronić będzie punktów rankingowych za półfinał w Stuttgarcie i tytuły w Madrycie, Rzymie, Paryż (4195 pkt z 4500 pkt możliwych za ten okres). Ignacik wieszczy, że to właśnie ten najbliższe tygodnie będą gigantycznym testem dla Fissette’a, a na dodatek przedstawia najgorszy scenariusz w kontekście sytuacji w rankingu WTA.

     

    — Jestem przekonany, że Fissette dostanie jeszcze szansę. Moim zdanie Belg na spokojnie przepracuje jeszcze cały sezon na ziemi i turnieje w Stuttgarcie, Madrycie, Rzymie i Paryżu. Tu pewnie nastąpi mocna ocena, bo nikt nie bierze pod uwagę, że Iga nie wygra jednego z tych turniejów, a wiemy ilu punktów broni. Druga pozycja w rankingu może się zaraz zmienić w trzecią, czwartą lub nawet piątą. Widzę już ten lament w Polsce. Fissette z Igą będzie pracować minimum do końca roku, ale też to minimum może zamienić się w maksimum— ocenia w “Misji Sport”.