Category: Celebrities

  • Media. Padła data powrotu Ter Stegena. Złe wieści dla Szczęsnego?

    Media. Padła data powrotu Ter Stegena. Złe wieści dla Szczęsnego?

    Media. Padła data powrotu Ter Stegena. Złe wieści dla Szczęsnego?

    Marc-Andre ter Stegen wraca do formy po kontuzji z września ubiegłego roku i może zagrać jeszcze w tym sezonie – informuje dziennikarz Javi Miguel dla sport.es. Czy trener Hansi Flick posadzi na ławce Wojciecha Szczęsnego?

     

    Na początku sezonu 2024/2025 Marc-Andre ter Stegen doznał całkowitego zerwania ścięgna rzepki w prawym kolanie. Kontuzja wykluczyła go z gry na kilka miesięcy, jednak wszystko wskazuje na to, że 32-letni bramkarz wraca do pełni sił.

     

    W tym tygodniu trenował już z resztą zespołu, a w rozmowie z “Bildem” przyznał, że czuje się świetnie i jest zdeterminowany, by udowodnić to Hansiemu Flickowi.

     

    Dziennikarz z Hiszpanii Javi Miguel sugeruje, że Ter Stegen może wystąpić w dwóch ostatnich meczach La Liga przeciwko Villarrealowi i Athletikowi Bilbao.

     

    Decyzja trenera Hansiego Flicka o ewentualnym wystawieniu Ter Stegena będzie zależeć od jego formy oraz sytuacji w tabeli. Jeśli walka o mistrzostwo Hiszpanii będzie rozstrzygnięta, bramkarz może wrócić na boisko po długiej przerwie.

     

    Ter Stegen, od momentu przybycia do Barcelony w sezonie 2014/2015, stał się niekwestionowanym liderem w bramce. Jego determinacja i umiejętności sprawiły, że przez dziewięć sezonów nikt nie zdołał go wyprzedzić w hierarchii bramkarzy.

     

    Wojciech Szczęsny z kolei od swojego debiutu w styczniu nie przegrał żadnego z 18 meczów, co czyni go poważnym rywalem dla Niemca.

  • Najmłodsza polska medalistka z Paryża zmieniła swoje życie. “Niedługo zaczynam staż”

    Najmłodsza polska medalistka z Paryża zmieniła swoje życie. “Niedługo zaczynam staż”

    Najmłodsza polska medalistka z Paryża zmieniła swoje życie. “Niedługo zaczynam staż”

    21-latka była jedną z kluczowych zawodniczek naszej brązowej kadry igrzysk w Paryżu. Kilka miesięcy później jej życie zmieniło się nie do poznania. Szpadzistka Alicja Klasik odrzuciła oferty amerykańskich uczelni, dziś mieszka we Włoszech.

     

    Mateusz Puka, WP SportoweFakty: Jesteś najmłodszą polską medalistką olimpijską z Paryża. Jak to wpłynęło na twoje życie?

     

    Alicja Klasik, brązowa medalistka olimpijska z Paryża w szpadzie drużynowej: Faktycznie pozmieniało się u mnie bardzo dużo. Jeszcze przed igrzyskami – jako 20-latka – mieszkałam z rodzicami. Obecnie już się wyprowadziłam i od października studiuję w Rzymie. Wyjechałam tam na Erasmusa.

     

    Masz czas na kontynuowanie treningów?

     

    Wybrałam to miejsce głównie dlatego, że są tam dobre sparingpartnerki, a szermierka jest tam bardzo popularna. Traktuję to jako pierwszy i jeden z wielu etapów przygotowań do igrzysk w Los Angeles. Liczę, że pierwsze efekty zobaczymy już w trakcie tegorocznych mistrzostwach Europy i świata.

     

    Jak więc wygląda teraz twoje życie?

     

    Bardzo pomaga, że jest tutaj o wiele więcej szermierzy, z którymi mogę trenować. Początki w Rzymie były trudne, bo wszystko było dla mnie nowe. Po raz pierwszy mieszkam sama, a dodatkowo pierwszy raz w karierze trenuję pod okiem innego trenera. Sporo zmian jak na kilka miesięcy. Na szczęście władze uczelni poszły mi na rękę i przyznały nauczanie zdalne. Mogę trenować codziennie bez straty dla nauki.

     

    Wyjazd do Włoch to efekt medalu olimpijskiego?

     

    Od dłuższego czasu chciałam wyjechać za granicę. Wcześniej miałam kilka ofert z uniwersytetów amerykańskich, ale ostatecznie zdecydowałam się zostać bliżej rodziny, trenerów i koleżanek. Studia w USA wiązałyby się z koniecznością częstych podróży, zmianą stref czasowych i to mogłyby być duże utrudnienia. Chciałam wybrać to, co najlepsze dla mnie i mojego rozwoju, wolałam zostać w Europie.

     

    Szermierka we Włoszech jest znacznie bardziej popularna niż w Polsce. Czy to znaczy, że bardziej odczuwasz tam popularność niż w rodzinnym Rybniku?

     

    W Polsce nawet po igrzyskach zdarzało się, że gdy jechałam z torbą szermierczą, ludzie podchodzili i pytali, czy uprawiam golf. W Rzymie takich pytań nie ma, bo nawet taksówkarze od razu wiedzą, o jaki sport chodzi. Jeden z nich był w stanie wymienić nawet czołowe włoskie zawodniczki trenujące we Włoszech.

     

    We Włoszech zamierzasz zostać na dłużej?

     

    W tym roku wracam do Polski, bo muszę dokończyć studia z zarządzania zasobami ludzkimi w organizacji na Uniwersytecie Śląskim. Co wydarzy się później, to się dopiero okaże. We Włoszech czuję się dobrze, a najbardziej zaskoczyło mnie podejście Włochów do treningów.

     

    Co to znaczy?

     

    Oni mają zupełnie inne nastawienie. U nas przychodzi się na trening, robi swoją robotę i wraca do innych obowiązków. We Włoszech z kolei przed lub po treningu jest czas na dyskusję i śmiechy. Oni trening traktują jako okazję do spotkania i świetnej zabawy. Podczas zajęć nie ma jednak żartów, bo potrafią być też skupieni i waleczni. Problemów komunikacyjnych nie ma, bo rozmawiam głównie po angielsku, choć uczę się włoskiego.

     

    Cała drużyna szpadzistek robi coś poza sportem, Aleksandra Jarecka jest prawniczką, Martyna Swatowska-Wenglarczyk fizjoterapeutką, a Renata Knapik-Miazga trenerką na uniwersytecie w USA. Już wiesz, co będziesz robiła po skończonych studiach?

     

    Jest bardzo mało szermierzy, którzy mogą utrzymać się tylko ze sportu i dlatego kontynuuję studia. Ostatnio dołączyłam do Centralnego Wojskowego Zespołu Sportowego, który mnie wpiera, za co jestem bardzo wdzięczna. Mam również stypendium, więc teraz jest mi dużo łatwiej. Czy po studiach widzę się jako pani z HR-u? Może i tak. Niedługo będę musiała odbyć staż, więc sprawdzę się w tej roli. Moje studia dają jednak sporo możliwości.

     

    W Nowym Jorku studiował inny z naszych reprezentantów, a prywatnie twój partner Jan Jurkiewicz. Nie namawiał cię na wyjazd za ocean?

     

    Rozmawialiśmy o tym wiele razy, gdy dostawałam ciekawe oferty z kolejnych uczelni. Podziwiam go, że utrzymał się na tak wysokim poziomie szermierczym i podczas studiów regularnie wracał do Polski na Puchary Polski, gdzie szło mu bardzo dobrze. Przez ostatnie kilka lat żyliśmy na odległość, więc cieszę się, że teraz mieszkamy razem w Rzymie.

     

    Razem debiutowaliście także na igrzyskach w Paryżu. Obecność bliskiej osoby w wiosce olimpijskiej pomaga czy może jednak utrudnia, bo oboje byliście w większym stresie?

     

    Nie dość, że we dwójkę debiutowaliśmy na igrzyskach, to dodatkowo mieliśmy okazję przebywać ze sobą podczas zawodów. Dobrze, że chwilę wcześniej byliśmy razem na mistrzostwach Europy, więc mogliśmy się nauczyć, czego wzajemnie potrzebujemy. Mi obecność Jaśka bardzo pomogła. Dużo dała nam też współpraca z psychologiem sportowym, który nauczył nas też tego, że każde z nas potrzebuje trochę czasu dla siebie.

     

    Co najbardziej zapamiętałaś z igrzysk w Paryżu?

     

    Gdy wychodziłam na walkę drużynową, byłam tak rozemocjonowana, że prawie się rozpłakałam. Byłam od tego o krok. Dobrze, że zdołałam się powstrzymać, bo to było tuż przed wyjściem na planszę.

     

    Zdarzało ci się coś takiego wcześniej?

     

    Mam sporo medali mistrzostw świata kadetów i juniorów, ale czegoś takiego, jak na igrzyskach, jeszcze nie przeżyłam. Nigdy w życiu nie widziałam tak żywo reagujących kibiców. Pierwszy raz – z wrażenia – miałam problemy z wzięciem tchu czy normalnym oddychaniem. Atmosfera była niesamowita. Paryż już zawsze będzie mi się z tym kojarzył.

     

    W trakcie igrzysk wokół waszej drużyny było sporo zamieszania, a to przez niejasne zasady powoływania do kadry. Pretensje o brak udziału w rywalizacji indywidualnej miała choćby Aleksandra Jarecka. Jak to wyglądało z twojej perspektywy?

     

    Wiem, że na zewnątrz wiele się o tym mówiło, ale między nami nie było to aż takim problemem. Zasady były znane wcześniej, ja zajęłam jedno z dwóch najwyższych miejsc rankingowych i nikt nie podważał tego, że mam prawo wystąpić w turnieju indywidualnym. Jeśli chodzi o trzecią nominację, wszystko działo się poza nami, bo była to decyzja trenerów i związku. Z dziewczynami starałyśmy się utrzymywać dobre relacje, a przede wszystkim profesjonalne podejście, ponieważ wiedziałyśmy, że mamy wspólny cel.

     

    Jakie masz marzenia na ten sezon?

     

    Nadal intensywnie trenuję, ale próbuję też psychicznie troszkę sobie odpuścić i zwolnić, bo naprawdę rok kwalifikacji olimpijskich i same igrzyska były bardzo męczące.

     

    Ostatnio zaangażowałaś się w akcję “Wykopmy e-pety na aut” przeciwko papierosom elektronicznym. Skąd taki pomysł?

     

    To jest dla mnie ważne, bo na co dzień spędzam dużo czasu z nastolatkami i widzę, że coraz łatwiej uzależniają się od elektronicznych papierosów. Nie dość, że bardzo mocno sobie szkodzą, to szkodzą też planecie. Poprzez tę kampanię chciałabym dotrzeć do moich rówieśników, ponieważ nałóg nikotynowy w młodym wieku to większe ryzyko pozostania palaczem na resztę życia. Blisko połowa nastolatków swój pierwszy kontakt z paleniem ma właśnie poprzez jednorazowe e-papierosy.

     

    Sama paliłaś?

     

    Kilka razy próbowałam, ale szybko odpuściłam, bo zdałam sobie sprawę, że to bardzo szkodliwe. Konsekwencje społeczne tego nałogu mogą być bardzo poważne. Byłam w szoku, gdy usłyszałam, że w Polsce sprzedawanych jest sto milionów sztuk e-papierosów rocznie, a klientami są głównie młodzi ludzie. Liczę, że dzięki takim akcjom uda się wprowadzić zakaz sprzedaży e-papierosów.

  • Ewa Pajor miażdży rekordy w FC Barcelonie – Nikt się tego nie spodziewał

    Ewa Pajor miażdży rekordy w FC Barcelonie – Nikt się tego nie spodziewał

    Ewa Pajor miażdży rekordy w FC Barcelonie – Nikt się tego nie spodziewał

    W zaskakującym zwrocie wydarzeń, który zelektryzował kibiców FC Barcelony i zszokował rywalki, Ewa Pajor nie tylko zadebiutowała — ona wtargnęła na scenę z niebywałym impetem. Zaledwie sześć meczów po rozpoczęciu swojego pierwszego sezonu w Liga F, polska napastniczka już zapisała się złotymi literami w historii klubu, zdobywając dziewięć goli i przebijając rekordowe osiągnięcia klubowych legend.

     

    Do tej pory rekord największej liczby bramek zdobytych w pierwszych sześciu występach ligowych w barwach Barcelony należał wspólnie do Asisat Oshoali i Sonii Bermúdez, które zanotowały po siedem trafień. Pajor jednak rozbiła ten sufit, sięgając po dziewiąty gol z taką pewnością siebie i instynktem killera, że zachwyciła kibiców i zostawiła obrończynie bezradne.

     

    Derby, które odmieniło wszystko

     

    Przed ostatnim weekendowym starciem derbowym z Espanyolem, Pajor miała już na koncie sześć bramek. Ale to, co wydarzyło się potem, było czystą piłkarską bajką. Jej zespół przegrywał do przerwy, gdy Pajor weszła na boisko i zagrała koncert życia: hat-trick w zaledwie 45 minut. Jej bramki całkowicie odmieniły przebieg meczu, zamieniając niepokojące widowisko w miażdżące 7:1 dla mistrzyń Hiszpanii.

     

    To nie były tylko gole – to był timing, precyzja wykonania i pewność siebie. Każde trafienie niosło jasny przekaz: Ewa Pajor nie przyszła tu tylko grać. Ona przyszła dominować.

     

    Polska siła ognia

     

    Fenomenalna forma Pajor sprawiła, że coraz częściej porównuje się ją do jej rodaka – Roberta Lewandowskiego, który również przeżywa niesamowity start sezonu w drużynie męskiej FC Barcelony. Napastnik ma już 10 goli, w tym imponujący hat-trick przeciwko Alavés.

     

    Pajor złożyła hołd Lewandowskiemu, naśladując jego kultową cieszynkę po swoich trafieniach – to symboliczne przekazanie pałeczki, które podkreśla nową erę polskiej dominacji na Camp Nou. Ta polska dwójka daje kibicom Barcelony na całym świecie coś naprawdę wyjątkowego, z czym mogą się identyfikować.

     

    Początek nowej ery

     

    Rzadko zdarza się, by zawodniczka pojawiła się na wielkiej scenie z taką dzikością, gracją i skutecznością – ale Ewa Pajor właśnie to zrobiła. Dzięki instynktowi snajpera, zabójczemu wykończeniu akcji i niepodważalnej pasji, Pajor nie tylko pojawia się na nagłówkach – ona je pisze od nowa.

     

    Statystyki mówią same za siebie, ale energia, jaką wnosi na boisko, jest czymś, czego liczby nie są w stanie oddać. Dla FC Barcelony, dla polskiej piłki i dla fanów na całym świecie, Ewa Pajor to nie tylko wschodząca gwiazda – to siła nie do zatrzymania.

     

    A jeśli pierwsze sześć spotkań to dopiero początek… to prawdziwe show dopiero przed nami.

     

  • Od Ciszy do Sławy: Jak Ewa Pajor Podbiła Barcelonę i Świat Piłki Nożnej

    Od Ciszy do Sławy: Jak Ewa Pajor Podbiła Barcelonę i Świat Piłki Nożnej

    Od Ciszy do Sławy: Jak Ewa Pajor Podbiła Barcelonę i Świat Piłki Nożnej

    Kiedy Ewa Pajor po raz pierwszy wyszła na boisko w barwach FC Barcelony, mało kto spodziewał się, jak błyskawicznie osiągnie status gwiazdy. Polska napastniczka nie tylko dołączyła do klubu – ona go zelektryzowała. Z naturalnym instynktem do zdobywania bramek i nieustraszoną postawą w polu karnym, Pajor stała się jedną z najgroźniejszych snajperek we współczesnym futbolu.

     

    Debiut Marzeń jak z Bajki

     

    Debiutancki sezon Pajor w FC Barcelonie to prawdziwa sensacja. W zaledwie 33 meczach zdobyła 33 bramki – statystyka, która mówi sama za siebie. Co więcej, już pięciokrotnie ustrzeliła hat-tricka – coś, o czym większość napastników może tylko pomarzyć.

     

    Jeden z tych hat-tricków przeszedł do historii – Pajor jako pierwsza piłkarka zdobyła hat-tricka w kobiecym El Clásico. Był to występ z przesłaniem – odważny, potężny i niezapomniany.

     

    Bicie Rekordów Krok po Kroku

     

    Od pierwszego meczu Pajor wyznaczyła nowy standard. Zanotowała najlepszy strzelecki start w historii FC Barcelony, zdobywając 9 bramek w pierwszych 6 meczach ligowych. Jej instynkt, czujność i precyzja zaskoczyły nie tylko obrońców, ale i kibiców.

     

    Europejska Klasa na Najwyższym Poziomie

     

    Jej geniusz nie ogranicza się tylko do rozgrywek krajowych. 12 grudnia 2024 roku Pajor rozegrała kolejny spektakularny mecz w Lidze Mistrzyń, strzelając dwa gole w fazie grupowej przeciwko Hammarby. Barcelona wygrała 3:0, a Pajor po raz kolejny była bohaterką wieczoru.

     

    Trofea i Statystyki, Które Mówią Wszystko

     

    41 występów w barwach FC Barcelony

     

    41 zdobytych bramek

     

    1 Superpuchar Hiszpanii już w jej kolekcji trofeów

     

     

    Jej średnia bramek na mecz jest niesamowita i wciąż rośnie. Ale historia Pajor nie zaczęła się w Hiszpanii – jej sukces ma głębokie korzenie.

     

    Niemiecki Rozdział: Tam, Gdzie Rodzą się Legendy

     

    Zanim trafiła do Barcelony, Pajor siała postrach w Bundeslidze. Pomogła swojemu klubowi zdobyć 5 tytułów mistrza Niemiec i sięgnąć po 9 Pucharów Niemiec. Jej skuteczność już wtedy robiła wrażenie: 96 ligowych bramek w 121 meczach.

     

    Choć aż czterokrotnie grała w finale Ligi Mistrzyń, za każdym razem musiała uznać wyższość rywalek – ostatni raz w 2023 roku. Ale jej głód europejskiego trofeum tylko się zaostrzył.

     

    Biało-Czerwona Duma

     

    Na arenie międzynarodowej Pajor jest symbolem polskiego futbolu. Z 59 bramkami w 75 występach dla reprezentacji Polski, jest nie tylko niezawodną strzelczynią, ale i inspirującą liderką.

     

    Światowe Uznanie

     

    Jej niesamowita forma została dostrzeżona na całym świecie. Ewa Pajor została nominowana do prestiżowej nagrody Ballon d’Or Féminin, co umacnia jej pozycję wśród najlepszych piłkarek globu.

     

     

     

    Awans Ewy Pajor to nie przypadek – to wynik lat dyscypliny, determinacji i niepohamowanej chęci zdobywania bramek. Niezależnie od tego, czy gra w barwach Barcelony, czy reprezentacji Polski, nieustannie udowadnia, że wielkość się nie dostaje – ją się wykuwa.

  • Na to czekała cała Polska. Historyczny wyczyn Świątek. “Rozpłakałam się”

    Na to czekała cała Polska. Historyczny wyczyn Świątek. “Rozpłakałam się”

    Na to czekała cała Polska. Historyczny wyczyn Świątek. “Rozpłakałam się”

    Iga Świątek dokładnie cztery lata temu pierwszy raz została numerem jeden na świecie. Przeszła do historii polskiego tenisa, a do jej awansu w rankingu doszło w niespodziewanych okolicznościach. – Na początku to do mnie nie docierało. Zastanawiałam się, jak to możliwe – tłumaczyła nasza tenisistka.

     

    W poniedziałek 4 kwietnia 2022 Iga Świątek został liderką rankingu WTA. Awansowała z drugiej pozycji, która zajmowała od 21 marca. Doszło do tego w nadzwyczajnych okolicznościach, które przeszły do historii tenisa.

     

    Dwa dni przed awansem na pierwsze miejsce Polka wygrała turniej WTA 1000 w Miami. W finale pokonała Naomi Osakę 6:4, 6:0. W całej imprezie nie straciła nawet jednego seta, a po drodze wyeliminowała także m.in. Jessicę Pegulę czy Coco Gauff.

     

    Barty zaskoczyła wszystkich

     

    Świątek notowała serię zwycięstw, wygrywając wcześniej imprezy w Dosze i Indian Wells. W kolejnych aktualizacjach rankingu WTA była coraz wyżej, aż przyszedł początek kwietnia. Światową jedynką została wtedy nie tylko za sprawą własnych sukcesów, ale także decyzji Ashleigh Barty.

     

    Australijka występowała w roli liderki od czerwca 2019. W styczniu 2022 wygrała turniej Australian Open jako pierwsza reprezentantka gospodarzy od 44 lat. Następnie opuściła imprezy na Bliskim Wschodzie, a 22 marca niespodziewanie ogłosiła, że kończy karierę.

     

    Barty prowadziła wówczas w rankingu, ale poprosiła o wymazanie jej nazwiska z zestawienia kobiecego tenisa. W tej sytuacji po kolejnej aktualizacji Świątek wskoczy na jej miejsce. Nadchodząca rola dodała jej w Miami skrzydeł, na Florydzie grała jeszcze lepiej niż w Indian Wells.

     

    Tak to wyglądało z perspektywy samego kortu, ale polska tenisistka odpowiadała później o wyzwaniach, jakie towarzyszyły jej w nowej sytuacji. – Na czas Miami Open wynajęliśmy mieszkanie w Miami, bo wcześniej w tym roku kilka miesięcy spędziłam w hotelach. Siedziałam w mieszkaniu i coś oglądałam, gdy moja psycholożka Daria przekazała mi, że Ash ogłosiła zakończenie kariery. Na początku to do mnie nie docierało. Zastanawiałam się, jak to możliwe. Dlaczego? Później się rozpłakałam – opowiadała w artykule dla portalu The Players Tribune.

     

    Zadzwoniła do taty, Tomasza Świątka. – W Polsce był środek nocy, a ja zazwyczaj do niego nie dzwonię, tylko piszę na Messengerze albo WhatsAppie. Mógł pomyśleć, że coś się stało, ale chyba był tak zaspany, że nie docierał do niego sens moich słów. Po prostu mnie nie rozumiał. Powtarzał tylko: “Tak, tak, to super”.

     

    Świątek o nowej sytuacji

     

    Nasza zawodniczka przyznała, że początkowo nie rozumiała decyzji Barty. – W tamtym momencie uważałam ją za bezapelacyjnie najlepszą tenisistkę na świecie. Zastanawiałam się, czy jest nieszczęśliwa, czy może coś się stało. Dopiero kiedy zobaczyłam jej film na Instagramie, zrozumiałam, co ją skłoniło do odejścia.

     

    Ashleigh Barty tłumaczyła, że ma dość ciągłych podróży i rywalizacji na najwyższym poziomie. Jej prowadzenie w rankingu przypadło m.in. na czas pandemii, gdy część turniejów została odwołana, zamrożone zestawienie WTA nie było aktualizowane, a sama Australijka w obawie przed koronawirusem zrezygnowała z niektórych startów (np. Roland Garros 2020).

     

    Świat tenisa był zaskoczony decyzją Barty, ale życie nie znosi próżni, co najlepiej widać było wtedy w czołówce rankingu WTA. Świątek już jako numer jeden poszła za ciosem, wygrywając kolejne imprezy w Stuttgarcie, Rzymie i Paryżu. Jej seria 37 zwycięstw z rzędu została przerwana dopiero na Wimbledonie. Polka była niepokonana od 16 lutego, gdy uległa w Dubaju Jelenie Ostapenko do 2 lipca, gdy przegrała z Alize Cornet. To do dziś najlepsza seria w kobiecym tenisie w XXI wieku.

     

    Fantastyczne wyniki przyszły tuż po tym, jak Iga Świątek zmieniła trenera. W grudniu 2021 Piotra Sierzputowskiego zastąpił Tomasz Wiktorowski. Pod wodzą byłego szkoleniowca Agnieszki Radwańskiej tenisistka pochodząca z Raszyna pierwszy raz w karierze wskoczyła na tak wysoki poziom.

    Wiktorowski tłumaczył później w rozmowie ze Sport.pl, co zadecydowało o poprawie rezultatów. – Na początku roku zdecydowaliśmy się pokazać jej bardziej agresywny tenis. Agresywność można wprowadzić poprzez szybkość piłki, tempo i kierunek zagrania. Iga zaczęła naprawdę dobrze podejmować decyzje, kiedy przyspieszyć, z których piłek, ile przyspieszyć i w jakim kierunku – wskazywał.

     

    Iga Świątek została pierwszą osobą w polskim tenisie bez podziału na płeć, która wskoczyła na pierwsze miejsce w rankingu singlowym. Przed nią najwyżej sklasyfikowana w rozgrywkach WTA Agnieszka Radwańska dwukrotnie zajmowała drugą pozycję (2012 i 2016). Łukasz Kubot był pierwszym deblistą świata w 2018 roku.

     

    Świątek pierwszy raz prowadziła w rankingu kobiecego tenisa do 11 września 2023. Wtedy to na jej miejsce wskoczyła Aryna Sabalenka, która chwilę wcześniej dotarła do finału US Open. Prowadzenie Białorusinki nie trwało jednak długo – raptem dwa miesiące. Po wygranej w listopadzie w imprezie WTA Finals w Cancun Polka znów została światową jedynką.

     

    Drugi raz w rankingu liderowała do 21 października zeszłego roku. Tego dnia ponownie została wyprzedzona przez Sabalenkę, która na ten moment pozostaje numerem jeden. Białorusinka skorzystała na przymusowej przerwie Polki w startach. Jesienią nasza zawodniczka była tymczasowo zawieszona po tym, jak w jej organizmie wykryto niedozwoloną substancję. Z tego powodu ominęły ją turnieje rangi WTA 1000 w Pekinie i Wuhanie.

     

    Walczy o powrót na prowadzenie

     

    Wysokie miejsca w rankingu mają znaczenie w tenisie, bo nie tylko dodają prestiżu, ale także umożliwiają rozstawienie w turniejach, pozwalają na start bez eliminacji. Rola liderki to jedno z marzeń każdej z tenisistek. Iga Świątek dziś jako numer dwa walczy o to, by odzyskać pierwszą pozycję. Podkreślała to w niedawnym komunikacie do kibiców opublikowanym po imprezie w Miami.

     

    – Na Bliskim Wschodzie uderzyło mnie, że moja sprawa dopingowa i to, że nie zagrałam dwóch wysoko punktowanych turniejów w październiku oraz wyniki z zeszłego roku (wygranie 4 tysięczników i Szlema w pierwszej połowie zeszłego sezonu) będą się za mną “ciągnąć” i uniemożliwią mi powrót na pozycję numer jeden. Bardzo mnie to rozgoryczyło. Można to było zobaczyć na korcie w Dubaju i na pewno wiem, że kontynuowanie gry gdy wracam do przeszłości i frustruję się tym na co nie mam już wpływu to nie jest dobra droga – napisała.

     

    I dodała: “Wyłapaliśmy ten problem praktycznie od razu, gdy się pojawił (mogę się założyć, że z doświadczeniem mojego teamu o wiele szybciej, niż można byłoby przypuszczać), ale na przepracowanie tego i zmianę perspektywy potrzeba czasu i mojej dużej pracy przy wsparciu mojego zespołu.”

     

    Na ten moment Sabalenka ma nad Świątek ponad 3000 punktów przewagi, ale w tenisie wszystko jest zmienne i nie wiadomo, która z nich będzie kończyć sezon 2025 jako pierwsza rakieta świata. Zarówno przed Polką, jak i Białorusinką kolejne turnieje, w których będą bronić sporej liczby punktów. Wiele wskazuje na to, że w najbliższych latach jeszcze nie raz będą wymieniać sięna prowadzeniu.

     

  • Ostapenko wyeliminowana z turnieju. 5:4 dla Łotyszki, serwis i bolesny zwrot akcji

    Ostapenko wyeliminowana z turnieju. 5:4 dla Łotyszki, serwis i bolesny zwrot akcji

    Ostapenko wyeliminowana z turnieju. 5:4 dla Łotyszki, serwis i bolesny zwrot akcji

    Pary trzeciej rundy turnieju WTA 500 w Charleston przyniosły wiele ciekawych zestawień, ale jedno z nich wyróżniało się na tle reszty. W batalii o awans do najlepszej “8” zmagań doszło do starcia pomiędzy Jeleną Ostapenko i Danielle Collins. Obie tenisistki słyną z silnych osobowości, więc mogliśmy się spodziewać zaciętej potyczki. W pierwszym secie Łotyszka prowadziła 5:4 i miała serwis. Później nastąpił jednak zwrot akcji. Ostatecznie Amerykanka triumfowała 7:5, 6:3 i zameldowała się w ćwierćfinale.

     

    Jelena Ostapenko przystępowała do turnieju WTA 500 w Charleston z serią czterech porażek z rzędu. Zanim pokonała w drugiej rundzie Louisę Chirico 7:5, 6:2, jej ostatnim zwycięstwem było to odniesione w półfinale tysięcznika w Dosze z Igą Świątek. Musiała zatem czekać ponad 1,5 miesiąca na przełamanie złej passy w singlowych zmaganiach.

     

    Lepiej wyglądała sytuacja z perspektywy Danielle Collins. Amerykanka dotarła do trzeciej rundy w Indian Wells i czwartej w Miami. Na Florydzie uległa późniejszej triumfatorce imprezy Arynie Sabalence. Tamta porażka oznaczała jednak dla 31-latki, że nie obroni tytułu wywalczonego przed rokiem, a to wiązało się ze sporym spadkiem w rankingu. Aktualnie plasuje się na 22. pozycji.

     

    To był jednak tak naprawdę dopiero początek serii ważnych turniejów z perspektywy Collins. Tak się składa, że w poprzednim sezonie wygrała także zmagania w Charleston. Ewentualne potknięcie we wczesnej fazie mogłoby oznaczać wypadnięcie z TOP 32 kobiecego zestawienia, czyli z lokat gwarantujących rozstawienie na Wielkim Szlemie. Stawka meczu trzeciej rundy z Ostapenko była zatem bardzo wysoka. W przeszłości obie rywalizowały ze sobą trzykrotnie – Danielle triumfowała tylko w ich ostatniej batalii. Dziś miała szansę wyrównać H2H na 2-2.

     

    Zacięta batalia pomiędzy Jeleną Ostapenko i Danielle Collins o ćwierćfinał WTA 500 w Charleston

     

    Od początku spotkania obserwowaliśmy ciekawą walkę z obu stron. W pierwszym gemie break pointa miała Ostapenko, po chwili to Collins wypracowała sobie okazję na 2:0. Na premierowe przełamanie trzeba było jednak zaczekać do trzeciego rozdania. Wówczas Jelena nie straciła ani jednego punktu przy serwisie Danielle i wyszła na prowadzenie. Po kilku minutach potwierdziła przewagę breaka, chociaż nie bez problemów – musiała wracać ze stanu 15-30.

     

    Podczas dwóch następnych gemów rozgrywanych przy podaniu Amerykanki, Łotyszka miała w sumie trzy szanse na przełamanie. Mimo to nie zdołała wyjść na 4:1 lub 5:2. Ósme rozdanie przyniosło odrobienie strat przez reprezentantkę Stanów Zjednoczonych, zrobiło się 4:4. Obrończyni tytułu nie nacieszyła się tym faktem zbyt długo. Po chwili przegrała gema po podwójnym błędzie serwisowym i przy stanie 5:4 mistrzyni Roland Garros 2017 mogła zamykać partię. Collins walczyła jednak do końca i jeszcze raz doprowadziła do wyrównania. Rozstawiona z “7” zawodniczka nie zamierzała się zatrzymywać. Zakończyła premierową odsłonę jeszcze przed potencjalnym tie-breakiem. Najpierw Danielle utrzymała serwis bez straty punktu, a później wykorzystała trzeciego setbola przy podaniu rywalki i triumfowała 7:5.

     

    Na starcie drugiej partii obie pilnowały swoich podań, chociaż większe problemy miała z tym Ostapenko. Raz musiała wracać ze stanu 0-30, a chwilę później grać na przewagi. Mimo to unikała break pointów. Piąty gem przyniósł zwrot na korzyść Jeleny. To ona wypracowała sobie dwie okazje na przełamanie i wykorzystała już pierwszą z nich. Strata została jednak szybko zniwelowana przez Amerykankę.

     

    Danielle odzyskała pewność siebie, czego najlepszym dowodem było to, co działo się w kolejnych minutach. Utrzymała swoje podanie, a w trakcie ósmego rozdania posłała zagranie przy break poincie, po którym Łotyszka nie dowierzała, że przeciwniczka zmieściła piłkę w korcie. Mistrzyni Roland Garros 2017 do końca próbowała odrobić straty, ale Amerykanka nie dała sobie wydrzeć przewagi. Dzięki czterem wygranym gemom z rzędu, Collins triumfowała 7:5, 6:3 i zameldowała się w ćwierćfinale WTA 500 w Charleston, gdzie zagra ze zwyciężczynią meczu Jessica Pegula –Ajla Tomljanović.

     

  • Demolka w Ameryce, koniec po 55 minutach. Mistrzyni Miami Open za burtą

    Demolka w Ameryce, koniec po 55 minutach. Mistrzyni Miami Open za burtą

    Demolka w Ameryce, koniec po 55 minutach. Mistrzyni Miami Open za burtą

    Noc z niedzieli na poniedziałek czasu polskiego okazała się bardzo szczęśliwa dla Diany Sznajder. Rosjanka i grająca z nią w duecie Mirra Andriejewa triumfowały w deblowych zmaganiach rangi WTA 1000 na Florydzie. 21-latka nie miała zbyt wiele czasu na świętowanie, bowiem już w środę musiała rozegrać swój pierwszy singlowy mecz podczas turnieju rangi “500” w Charleston. Wówczas poradziła sobie jeszcze z Poliną Kudiermietową, ale dzisiaj doznała bolesnej porażki – 2:6, 1:6 z Jekateriną Aleksandrową w zaledwie 55 minut.

     

    Turniej WTA 500 w Charleston stanowi pewien przełom dla Jekateriny Aleksandrowej. Zawodniczka, która na przełomie stycznia i lutego imponowała serią ośmiu zwycięstw z rzędu, później przegrała cztery kolejne spotkania. Ostatnie z nich przeciwko Magdzie Linette, w drugiej rundzie tysięcznika w Miami. Podczas zmagań na mączce radzi jednak sobie świetnie. W drugiej rundzie w ekspresowym stylu rozprawiła się z Ann Li, wygrywając 6:3, 6:0.

     

    Dzisiaj czekała ją rywalizacja z Dianą Sznajder, która wczoraj obchodziła 21. urodziny, a cztery dni temu świętowała zwycięstwo w deblowych rozgrywkach w Miami. Problem młodej Rosjanki polega jednak na tym, że o ile w grze podwójnej radzi sobie ostatnio świetnie, to jej singlowa dyspozycja nieco poszła w dół względem ubiegłego sezonu. Podczas czwartkowej rywalizacji nie miała większych szans w premierowej potyczce ze starszą rodaczką.

     

    Jekaterina Aleksandrowa w ćwierćfinale WTA 500 w Charleston. Pogrom w meczu Rosjanek

     

    Aleksandrowa nadawała ton rywalizacji od samego początku. W pierwszych dwóch gemach straciła zaledwie jeden punkt. Po chwili nastąpił jedyny zryw w premierowej odsłonie spotkania ze strony Sznajder, miała dwie piłki na 2:2. Mimo to nie utrzymała swojego podania i pozwoliła starszej koleżance na odzyskanie kontroli nad wydarzeniami w secie. W pewnym momencie zrobiło się już 4:1 dla Jekateriny.

     

    Diana podjęła jeszcze jedną próbę powrotu, w trakcie siódmego rozdania miała break pointa na zniwelowanie straty przełamania. Ostatnie trzy akcje zakończyły się jednak po myśli tenisistki z Czelabińska. W ósmym gemie Aleksandrowa rozstrzygnęła sprawę i wygrała pierwszą partię 6:2.

     

    Druga odsłona przyniosła jeszcze większą dominację ze strony Jekateriny. 30-latka rozpoczęła seta od utrzymania serwisu bez straty punktu, a później wróciła ze stanu 15-40 i wywalczyła przełamanie. Następnie potwierdziła przewagę i prowadziła już 3:0.

     

    Tym razem Sznajder nie miała już choćby jednego break pointa na to, by odrobić różnicę. Co więcej, to zawodniczka z Czelabińska wypracowała sobie kolejne przełamanie i przy stanie 5:1 serwowała po awans do kolejnej fazy. Wykorzystała drugiego meczbola i zakończyła spotkanie rezultatem 6:2, 6:1 po zaledwie 55 minutach gry. Rywalką Aleksandrowej w ćwierćfinale WTA 500 w Charleston będzie Qinwen Zheng lub Elise Mertens.

     

  • Rodzice opuścili Rosję, dziś wygrywa na potęgę. 10 razy z rzędu, na liście Andriejewa

    Rodzice opuścili Rosję, dziś wygrywa na potęgę. 10 razy z rzędu, na liście Andriejewa

    Rodzice opuścili Rosję, dziś wygrywa na potęgę. 10 razy z rzędu, na liście Andriejewa

    Aby dać swojej starszej córce większe szanse na rozwój, państwo Anisimowie pod koniec XX wieku wyjechali z Rosji do USA. Tam urodziła się już Amanda, która – w przeciwieństwie do siostry, stała się czołową tenisistką świata. A jeszcze w maju zeszłego roku była w trzeciej setce rankingu WTA, miała problemy z powrotem do formy po długiej przerwie. Dziś jest już blisko TOP 15, a w jej wynikach można dopatrzeć się pewnego wzorca. Chodzi o wyniki uzyskane z rywalkami, które… urodziły się na terenie Rosji. Kolejne mamy w Charleston.

     

    Amanda Anisimova pokonała w czwartek Julię Putincewą – w 76 minut uporała się z Kazaszką w dwóch setach (6:4, 6:4). Choć bardziej poprawne byłoby stwierdzenie, że z “reprezentantką Kazachstanu”, bo Putincewa urodziła się w Moskwie i Rosję reprezentowała do połowy 2012 roku. I jako Rosjanka dwukrotnie zagrała w finałach juniorskiego Wielkiego Szlema. W tym pierwszym, w 2010 roku, przegrała zresztą w finale z Darią Gawriłową, dziś pod nazwiskiem Saville reprezentującą Australię. O niej też będzie mowa.

     

    Anisimova zaś w Rosji się nie urodziła, choć to kraj jej rodziców, tam na świat przyszła też jej siostra Maria. I to właśnie dbając o rozwój Marii Olga i Konstantin Anisimowie wyjechali w 1998 roku do USA, tam trzy lata później urodziła się Amanda. Maria grała w tenisa na poziomie collegu, kariery w sporcie nie zrobiła. Dużo lepiej poszło jej w zajmowaniu się finansami – w tej kategorii w 2018 roku Maria Egee trafiła na listę Forbesa Under 30.

     

    Amanda w tym czasie miała zaś w kolekcji juniorskie mistrzostwo US Open.

     

    Starsza siostra odegrała ważną rolę w rozwoju Amandy. Sprawiła, by ta nie popełniała jej błędów, także w sprawach godzenia treningów z życiem rodzinno-towarzyskim. W 2019 roku 17-letnia Amanda była najmłodszą zawodniczką w TOP 100 rankingu WTA, znalazła się tam szybciej niż Iga Świątek. Na korcie spotkały się tylko raz – w finale juniorskiego Fed Cupu w Budapeszcie, jesienią 2016 roku. Iga wygrała 6:4, 6:2, Polki zostały mistrzyniami świata.

     

    Anisimova była więc na dobrej drodze, by jako nastolatka znaleźć się w ścisłej czołówce, w Bogocie wygrała turniej WTA, w Paryżu dotarła do półfinału French Open. Media pisały o następczyni Marii Szarapowej i potencjalnym wielomilionowym kontrakcie od Nike.

     

    I tuż przed US Open 24. rakieta świata dowiedziała się o nagłej śmierci ojca – 50-letniego Konstantina, który był jej trenerem. To przyhamowało karierę zawodniczki, a największe problemy pojawiły się w 2022 roku. Była 22. na liście WTA, zaczęła przegrywać mecze, wreszcie na kilka miesięcy zniknęła z kortów. Później zdradziła, że zmagała się z problemami psychicznymi i wypaleniem. Wróciła do gry w kolejnym sezonie, ale wciąż było źle – trzy zwycięstwa w 11 spotkaniach. I już po WTA w Madrycie dała sobie spokój, tym razem na osiem miesięcy.

     

    Dopiero wtedy zdradziła, że ma ogromne problemy. “Bycie na turniejach tenisowych stało się nie do zniesienia. W tym momencie moim priorytetem jest moje dobre samopoczucie psychiczne i zrobienie sobie przerwy. Pracowałam tak ciężko, jak mogłam, żeby to przetrwać” – napisała na Instagramie. Zajęła się… malarstwem.

     

    Wróciła w 2024 roku, z miejscem w czwartej setce światowej listy. Przełom nastąpił latem, zaczynając od kalifikacji, doszła do ćwierćfinału WTA 500 w Waszyngtonie, za chwilę zagrała w finale WTA 1000 w Toronto, ogrywając choćby Arynę Sabalenkę. Największym sukcesem był oczywiście triumf w Dosze półtora miesiąca temu, dający jej awans na rekordowe 18. miejsce na świecie.

     

    Niezwykła seria Anisimovej w starciach z zawodniczkami urodzonymi w Rosji. Aż trudno w nią uwierzyć. Mocne nazwiska

     

    Szczególnym przypadkiem, na który warto zwrócić uwagę, jest zaś… ogrywanie zawodniczek urodzonych na terenie Rosji, choć nie wszystkie dziś reprezentują ten kraj. W Waszyngtonie pokonała Anastazję Pawluczenkową, w Toronto: Darię Kasatkinę i Annę Kalinską. W Seulu zwyciężyła Putincewą, w Pekinie ponownie Kasatkinę. A w tym roku: Darię Saville w Hobart, Jekaterinę Aleksandrową w Dosze, Mirrę Andriejewą w Miami, przerywając serię zwycięstw 17-latki.

     

    Serię zaś kontynuuje już w Charleston – najpierw pokonała Weronikę Kudiermietową, dziś dorzuciła kolejny triumf nad Putincewą. Po spotkaniu bez większej historii (6:4, 6:4), w którym przez cały czas miała inicjatywę. To już 10 zwycięstw z rzędu nad zawodniczkami urodzonymi w kraju, z którego wyemigrowali jej rodzice. Na kolejne będzie miała szansę najwcześniej w półfinale, w tej połowie drabinki są bowiem Kalinska i Kasatkina.

     

  • 3:6, 2:6 z Igą Świątek, teraz kolejny bolesny cios. Gwieździe puściły nerwy

    3:6, 2:6 z Igą Świątek, teraz kolejny bolesny cios. Gwieździe puściły nerwy

    3:6, 2:6 z Igą Świątek, teraz kolejny bolesny cios. Gwieździe puściły nerwy

    Maria Sakkari w poprzednim roku pauzowała przez kilka miesięcy z powodu kontuzji, na kort wróciła dopiero przy okazji United Cup inaugurującego kolejny sezon. Greczynka regularnie jednak zalicza wpadki i przegrywa nie tylko z wyżej notowanymi zawodniczkami takimi jak Iga Świątek, ale też teoretycznie słabszymi rywalkami. Wciąż nie jest w stanie się przełamać, kolejnej porażki doznała w Charleston. Po meczu z kolei nerwowo zareagowała na uwagę jednego z internautów.

     

    Maria Sakkari jeszcze kilka lat temu należała do ścisłej czołówki światowego tenisa. Greczynka w 2021 roku dochodziła do półfinałów Roland Garros i US Open, w kolejnym sezonie oglądaliśmy ją z kolei m.in. w finałach turniejów w Indian Wells i Waszyngtonie. Trzecia pozycja w rankingu WTA, jaką zajmowała w marcu 2022 roku, potwierdzała, że pochodząca z Aten zawodniczka dysponuje olbrzymim potencjałem.

     

    W kolejnych sezonach Sakkari przeplatała pojedyncze sukcesy (zwycięstwo we wrześniu 2023 roku w Guadalajarze czy finał Indian Wells w ubiegłym roku) z bolesnymi porażkami. W walce o powrót na szczyt przeszkadzały jej problemy zdrowotne, które dały się we znaki podczas ostatniego US Open. Greczynka skreczowała w pierwszej rundzie i już więcej na korcie jej nie oglądaliśmy – w październiku ogłosiła zakończenie sezonu.

     

    Była trzecia rakieta świata na korty wróciła podczas rozgrywanego na przełomie grudnia i stycznia United Cup, gdzie przegrała oba mecze. Szybko, bo na etapie drugiej rundy pożegnała się z turniejem w Adelajdzie, w Australian Open nie była w stanie wygrać nawet jednego meczu. Podobnie jak w Dubaju i Meridzie, a w pozostałych turniejach nie zanotowała serii dwóch zwycięstw z rzędu. Po drodze uległa m.in. Idze Świątek, która w lutym ograła ją w Dosze (6:3, 6:2).

     

    Maria Sakkari znowu przegrała. Później puściły ją nerwy

     

    Szansą na “nowe otwarcie” dla Sakkari miał być turniej WTA 500 w Charleston. Nie tak mocno obsadzony jak “tysięczniki” w Miami, Indian Wells czy na Bliskim Wschodzie, ale z udziałem kilku zawodniczek z czołówki rankingu: Jessiki Peguli, Madison Keys, Qinwen Zheng czy Emmy Navarro.

     

    Greczynka zmagania rozpoczęła udanie, bo w pierwszej rundzie odprawiła występującą z dziką kartą Marinę Stakusic (6:3, 6:2). A później miała pecha, bo trafiła na rozstawioną z “trójką” Zheng. Mistrzyni olimpijska z Paryża oddała jej w sumie tylko pięć gemów (6:4, 6:1) i przekreśliła marzenia Sakkari o dobrym wyniku w Charleston. Szybkie odpadnięcie z turnieju to jednak niejedyne zmartwienie półfinalistki Roland Garros i US Open.

     

    Sakkari, która obecnie plasuje się na 64. miejscu w rankingu WTA, przed rokiem w Charleston dotarła aż do półfinału, w którym przegrała z późniejszą triumfatorką, Danielle Collins. A to oznacza, że w bieżącej edycji broniła 195 punktów, z kolei wywalczyła zaledwie 32. W najnowszym zestawieniu straci więc 163 “oczka” i spadnie a 81. pozycję.

     

    Maria Sakkari wypadnie teraz poza pierwszą 80-tkę po tej porażce z Qinwen w Charleston… trudno sobie wyobrazić, żeby wróciła do pierwszej 10-tki

     

    ~ zaraportował po meczu z Chinką prowadzący konto Christian’s Court w X.

     

    Na jego wpis zareagowała Greczynka. Najwyraźniej ubodło ją to, że publicznie zwrócono uwagę na jej spadek w rankingu.

     

    “Czy jestem pierwszą lub ostatnią zawodniczą, która wraca po kontuzji i traci punkty?”– zapytała retorycznie.

     

  • Przykra prawda o trenerze Świątek. Tego się już nie da zatuszować. Trudny moment

    Przykra prawda o trenerze Świątek. Tego się już nie da zatuszować. Trudny moment

    Przykra prawda o trenerze Świątek. Tego się już nie da zatuszować. Trudny moment

    Mija właśnie pół roku, od kiedy szkoleniową opiekę nad Igą Świątek przejął Wim Fissette. Plan w ostatnich miesiącach był klarowny – najlepsza polska tenisistka miała urozmaicić rzemiosło i szybko wrócić na pozycję liderki światowego rankingu. Rzeczywistość okazała się jednak bardziej prozaiczna. Pod wodzą nowego trenera w żadnym turnieju nie udało jej się dotrzeć do finału. – Nie chciałbym go krzywdzić, bo to na pewno dobry fachowiec, ale jeżeli coś się zmieniło, to na gorsze – mówi w rozmowie z TVP Sport, ceniony ekspert Tomasz Wolfke.

     

    Iga Świątek przechodzi kryzys formy. Pod wodzą nowego szkoleniowca wzięła udział w 10 turniejach. Efekt? Żadnego z nich nie wygrała. W żadnym nie awansowała do finałowej rozgrywki.

     

    Pół roku to wystarczająco długo, by ocenić pracę Wima Fissette’a, który w roli trenera Igi zastąpił Tomasza Wiktorowskiego. Czy wniósł coś pozytywnego do gry najlepszej polskiej tenisistki?

     

    – Moim zdaniem nie – odpowiada Tomasz Wolfke w rozmowie z TVP Sport. – Przepraszam, bo nie chciałbym go krzywdzić, bo to na pewno dobry fachowiec, ale jeżeli coś się zmieniło, to na gorsze. Liczby pokazują, że Iga troszeczkę gorzej serwuje, nie wygrywa ważnych meczów. Nie wiem więc, czy mógł coś zmienić na dobre.

     

    Świątek czeka na turniejowy triumf. Rezygnuje z gry w Radomiu, kibice rozczarowani

     

    Kibice mają bardzo podobne zdanie. Zaczęli je wyrażać głośno, kiedy Świątek w ubiegłym miesiącu wróciła z USA bez tytułu – po nieudanym podboju Indian Wells i Miami. Część fanów otwarcie domaga się ponownego zatrudnienia Wiktorowskiego, mając pełną świadomość, że to scenariusz abstrakcyjny.

     

    – Zawsze jednak powtarzam – nie róbmy tak jak w piłce nożnej, że zmieniamy trenera po trzech przegranych meczach. Niech on chociaż rok popracuje, niech ma okazję się wykazać. Poczekajmy, co się będzie działo w sezonie na kortach ziemnych. Może Iga znowu wygra Madryt, Rzym i Paryż? – dywaguje Wolfke.

     

    – Poczekajmy, co się stanie w Wimbledonie – dodaje ekspert. – Może zobaczymy tam wreszcie inną Igę? Może oni gdzieś w zaciszach kortów treningowych nad czymś pracują, nad jakąś tajną bronią, nad tym legendarnym “planem B”? Dajmy im trochę czasu. To nie jest piekarnia. Tutaj nie ocenia się efektu pracy po jednej nocy, czy po jednym turnieju, a nawet po trzech. Za jakiś czas zobaczymy, czy został wykonany krok w przód, czy dwa w tył.

     

    Tymczasem sympatycy Świątek mają powody do podwójnej frustracji. Raszynianka ogłosiła właśnie, że nie weźmie udziału w turnieju eliminacyjnym BJK Cup, który 10 kwietnia rozpocznie się w Radomiu.